Trans i pół, bejbi - Torrey Peters

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy. Miesiąc po poczęciu

Reese chciałaby wiedzieć: czy to ona nie może się oprzeć żonatym? A może zbiór mężczyzn zainteresowanych trans kobietą ogranicza się jedynie do tych już uwięzionych w małżeństwie z cispłciową żonką i gotowych na "eksperymenty" z kimś takim jak ona? Najprostsza odpowiedź, podsuwana jej przez wszystkie koleżanki, brzmiała, że facet to świnia. Ale teraz proszę, Reese przemyka się po kątach z kolejnym przystojnym, czarującym, obesranym zdradzaczem. Patrzcie na nią, jak siedzi w jego becie, ubrana w czarną koronkową sukienkę, i czeka, aż on kupi w aptece gumy. Potem weźmie go do mieszkania, unikając po drodze wymownego spojrzenia swojej współlokatorki Iris i pozwoli mu się wyruchać na tandetnej narzucie w kwiatki, którą kupił jej ostatni żonaty koleś, żeby pokój wyglądał bardziej dziewczęco i niegrzecznie podczas jego wizyt bez wiedzy żony.

Reese już zdiagnozowała swój problem. Nie potrafi być sama. Ucieka przed własnym towarzystwem, przed samotnością. Poza zapewnieniami o tym, jak koszmarni są jej żonaci faceci, po dwóch poważnych rozstaniach słyszała też wielokrotnie, że musi się nauczyć być sobą i ze sobą. Ona jednak nie wiedziała, jak radzić sobie z brakiem towarzystwa w sposób umiarkowany. Wystarczał tydzień, żeby zaczęła się izolować i hodować rosnące w niekontrolowanym tempie spopielałe kupki samotności, aż zaczynała fantazjować, że sprzedaje wszystko i odpływa łódką w siną dal. Aby wyrwać się z tego stanu, wchodziła na Grindra, Tindera albo jakąś inną apkę i fundowała sobie strzał dziesięciu tysięcy woltów prosto w serce, uganiając się za najdramatyczniejszym, najbardziej zawałogennym romansem w zasięgu wzroku. Spotkania z żonatymi stanowiły najlepszą ucieczkę przed samotnością, bo oni też nie potrafili sobie z nią radzić. Jak nikt znali się na byciu razem, na kurczowym trzymaniu się drugiej połowy bez względu na wszystko, póki śmierć nas nie rozłączy. Reese udawała, że wyznacza w relacji granice "to tylko romans", ale jednocześnie skakała w uczucia na główkę. Zapewniając samą siebie o przelotności związku, pozwalała sobie spełniać każdy fetysz, jaki kiedykolwiek przyszedł facetowi do głowy, rozdrapać każdą jego ranę i upadlać się na najbardziej bizantyjskie, paskudne i niemożliwe do dłuższego utrzymania sposoby - a następnie zapadała się w rozgoryczenie, żal i pretensje, że romans był przelotny, bo przecież wykazała się taką odwagą i bezbronnością, kiedy rzuciła się w niego na główkę!

Uważała się za atrakcyjną, lubiła swoją okrągłą twarz i pełne kształty, ale nie oszukiwała się, że na jej widok kierowcy zaliczają dzwony na skrzyżowaniu; ludzie nieczęsto przystawali też, by podziwiać bogactwa jej umysłu. Przy odpowiednich mężczyznach rozkwitał w niej jednak melodramatyczny geniusz. Potrafiła wydestylować go w każdej sytuacji i rozpalić niczym paliwo rakietowe, kiedy samotność mroziła jej kości.

Najnowszy mężczyzna nie różnił się specjalnie od jej wcześniejszych. Przystojny żonaty alfa, który w sypialni brał ją na smycz. Tylko że ten był jeszcze lepszy od pozostałych: HIV-pozytywny prawnik z kowbojską przeszłością. Kręciły go trans dziewczyny, a serokonwersja przytrafiła mu się, kiedy zdradzał z jedną z nich żonę, która mimo to go nie rzuciła. A teraz koleś fundował swojemu małżeństwu powtórkę z rozrywki, tym razem z Reese. Mmm, fajnie!

- Byłeś pasywem czy jak? - spytała go na pierwszej randce.

- Kurwa, w życiu - odparł. - Lekarze powiedzieli, że miałem jedną szansę na dziesięć tysięcy, żeby ktoś mnie zaraził robieniem laski. Człowiek myślałby, że co najmniej dziesięć tysięcy ludzi ma obciągane w dowolnym momencie, ale padło akurat na mnie. Fakt faktem, że często mi obrabiała gałę.

- Spoko - powiedziała tylko Reese, która doskonale wiedziała, że to wyjaśnienie nie ma wiele wspólnego z prawdą, ale na nie przystała. Tak naprawdę interesowało ją tylko to, że typ nie będzie chciał, by ona posuwała jego. Już po godzinie siedział w jej pokoju i wyznawał, gdzie i od kogo zaraził się HIV. Po dwóch Reese wycisnęła z niego zwierzenia o tym, jak zawiódł żonę, która nie chciała zrobić sobie z nim dziecka, mimo że HIV opadł mu do niewykrywalnego poziomu. Opowiadał, jak bardzo żona nie znosi zabiegów in vitro i że kliniczny charakter tego doświadczenia w kółko przypomina jej o tym, dlaczego musi leżeć na zimnym szpitalnym stole zamiast w ciepłym małżeńskim łóżku.

- Wyciągasz ze mnie o wiele więcej szczerości, niż mam w zwyczaju dawać - powiedział kowboj, jakby sam był tym zaskoczony, nawet kiedy miętosił jej cycki. - To chyba ta magiczna cipka.

- Może i dostaniesz się do mojej cipki - odparła z zadowoleniem, naśladując jego rozlazły kowbojski akcent - ale przyzwoita kobieta rozszarpałaby ci serce na strzępy.

- Czyżby - mruknął równie przeciągle. Położył potężną łapę na karku Reese i przysunął jej twarz do swojej.

Ona westchnęła, zwiotczała. Wpatrzyła się w niego szklistym wzrokiem.

- Wiesz co, najpierw zajmę się twoją cipką... - przerwał i powoli, stanowczo wcisnął jej twarz w poduszkę. - A potem zobaczymy, co z moim sercem.

Teraz on wsiada do samochodu, w dłoni ściska brązową torebeczkę z lubrykantem i gumami, a przez żołądek Reese przechodzi mrowiąca fala ekscytacji.

- Serio będziemy tego dziś potrzebować? - pyta facet, podnosząc pakunek. - Wiesz, że będę chciał ci zrobić brzuch.

Oto dlaczego jeszcze go tolerowała: on ją rozumiał. Z nim odkryła tę naprawdę groźną stronę seksu. Kobiety cis, rozumowała, ocierają się o niebezpieczeństwo za każdym razem, kiedy idą z kimś do łóżka. W ich doświadczenie jest wpisane to ryzyko, ten dreszczyk emocji na myśl, że być może zajdą w ciążę - wystarczy się raz przebzykać, żeby zjebać (albo pobłogosławić?) im całe życie. Reese wyobrażała sobie, że dla nich seks to taniec na skraju klifu. Zanim poznała kowboja, nigdy nie przypadło jej w udziale to szczególne zagrożenie. Dopiero teraz, kiedy spotkała faceta z HIV, poczuła, czym jest seks dla cisek: doświadczeniem zmieniającym całe życie. Kowboj mógł ją przelecieć i zostawić w niej na zawsze swój ślad. Wyruchać z niej przyszłość. Obrócić ją w nicość jednym pchnięciem fiuta.

Twierdził, że ma niewykrywalny poziom wiremii, ale ona nigdy nie poprosiła, żeby pokazał na to jakieś papiery. Zabiłoby to całą słodycz i stępiło ostrze zabawy. On też lubił balansować na granicy rozsądku: naciskał, żeby pozwoliła mu na spust, na zapłodnienie wirusowym nasieniem. Zrobiłby z niej mamusię, uczynił jej ciało miejscem nowego życia, będącego częścią i nieczęścią jej, naznaczył piętnem równie wiecznym jak macierzyństwo.

- Umawialiśmy się, że zawsze będzie guma. Sam mówiłeś, że nie chcesz mieć tego na sumieniu.

- Tak, ale to było, zanim zaczęłaś antykoncepcję.

Pierwszy raz nazwała tak PrEP w chińskiej knajpie na Sunset Park, gdzie on nie obawiał się, że mogłaby ich nakryć jakaś koleżanka żony. Przyszło jej to do głowy jako żart, ale on spojrzał na nią i powiedział: "Kurwa, jak mi właśnie stanął". Poprosił o rachunek, a jej oświadczył, żeby nie liczyła dziś na kino, zawiózł ją prosto do domu i wcisnął jej twarz w pościel. Następnego ranka Reese wysłała mu jeden z najseksowniejszych, choć najmniej erotycznych filmików w swoim życiu - wpychała na nim kilka wielkich niebieskich tabletek truvady do pastelowego pudełeczka na pigułki antykoncepcyjne, takiego otwieranego jak puderniczka, z podpisanymi dniami miesiąca. Wtedy jej "antykoncepcja" stała się częścią ich życia łóżkowego.

Istniała jeszcze jedna przyczyna poza uerotycznionym tabu i społecznym piętnem, dla której ten ich szczególny rodzaj bug chasingu - czyli polowania na wirusa - tak pociągał Reese: naprawdę bardzo chciała zostać mamą. Marzyła o tym najbardziej na świecie. Całe dorosłe życie spędziła wśród elgiebetów, chłonęła ich świat radykalnych związków, poliamorii i redefinicji ról społecznych, ale jakimś cudem nigdy nie odkleiła się od tej wizji szczytowej formy kobiecości, jaką osiągały miłe białe mamusie z Wisconsin zamieszkujące całe jej dzieciństwo. Nigdy nie zgasło w niej sekretne pragnienie, by stać się jedną z nich, gdy dorośnie. Wyobrażała sobie, że dziecko odsunęłoby ją od samotności i tej wiecznej potrzeby bliskości, bo jako matka - szczerze w to wierzyła - nigdy nie byłaby tak naprawdę sama. Choć z doświadczenia własnego i swoich transpłciowych znajomych Reese zdążyła wywnioskować, że ta bezwarunkowa rodzicielska miłość zawsze okazuje się obwarowana zaskakująco wieloma warunkami.

Być może równie ważne było to, że jako matka mogłaby wreszcie zostać obdarzona kobiecością w formie, którą boginie jej dzieciństwa traktowały zapewne jako należącą się im z urzędu. Raz nawet Reese już sobie wszystko ustawiła. Była w lesbijskim związku z Amy, trans kobietą, która miała dobrą pracę w IT i stała się tak idealnie podmiejska, że kiedy mówiła, człowiek widział każde jej słowo zapisane krojem pisma z magazynu Marthy Stewart. Przy niej Reese zbliżyła się do ideału domowego ogniska tak bardzo, jak to tylko możliwe dla trans dziewczyny - wypracowała z Amy zaufanie, nudę i stabilność, które teraz wyblakły i rozmywały się w jej pamięci jak sen po przebudzeniu. Miały nawet mieszkanie przy parku Prospect na Brooklynie - jasne i przestronne, urządzone gustownie i emanujące aurą szanującego się domostwa na tyle, że przyjmowanie w nim pracownic agencji adopcyjnych stanowiło jedną z najmniejszych przeszkód na drodze do macierzyństwa.

Minęły jednak trzy lata i teraz Reese była już bliżej czterdziestki niż trzydziestki. To zaś skłaniało ją do rozmyślań nad zagadnieniem, które na własny użytek nazywała problemem Seksu w wielkim mieście.

Problem Seksu w wielkim mieście nie dotyczył tylko Reese, lecz wszystkich kobiet. Ale w przeciwieństwie do milionów cisek przed nią żadne pokolenie dziewczyn trans nie zdołało go rozwiązać. Problem ten można było opisać następująco: kiedy kobieta zauważa, że się starzeje, konieczność nadania swojemu życiu znaczenia staje się coraz bardziej paląca. Przywileje urody i młodości stopniowo przygasają, a kobieta szuka ocalenia w sobie albo w otoczeniu. Reese była zdania, że w pogoni za sensem istnienia - mimo wszystkich zdobyczy feminizmu - kobiety wciąż trafiają do jednej z czterech szufladek reprezentowanych przez trajektorie losów czterech głównych bohaterek Seksu w wielkim mieście. Można było zostać Charlotte i znaleźć sobie partnera, robić karierę jak Samantha, poświęcić się macierzyństwu jak Miranda albo wzorem Carrie szukać spełnienia w sztuce lub pisarstwie. Reese uważała, że każde pokolenie kobiet realizuje ten wzorzec na swój własny sposób, tu go rozwadnia, tam przetwarza, ale nigdy się z niego tak do końca nie wyrywa.

A mimo to dla wszystkich pokoleń trans kobiet przed Reese problem Seksu w wielkim mieście pozostawał w sferze aspiracji. Tylko najbardziej wyjątkowe, najprzebieglejsze i odnoszące największe sukcesy trans kobiety miały w ogóle szansę się z nim zmierzyć. Reszta już na starcie mogła zapomnieć o każdej z czterech opcji. Nie dla nich praca, kochankowie i dzieci. I o ile trans kobieta mogła być czyjąś muzą, to nikt nie chciał mieć do czynienia ze sztuką, w której taka kobieta mówi sama za siebie. A zatem wszystkie z automatu wpadały w swego rodzaju bezprzyszłość. I choć niektóre inne queery może i celebrują ironię, szczęście i groby, do których tak chętnie wpadają, to pęd ku No Future lśni dużo bardziej uwodzicielskim blaskiem, kiedy piękne zwłoki pozostawiasz po sobie w geście dzikiego i spontanicznego wyboru, a nie za sprawą statystycznego prawdopodobieństwa.

We wspólnym życiu z Amy Reese miała ambicję zmierzyć się z problemem Seksu w wielkim mieście. Uważała to za gest radykalny dla kobiety trans i chciała się pławić w rozmyślaniach, jak bardzo mieszczańska powinna się stać. Szczyciła się tym, że decyzja nie została podjęta za nią.

A potem Amy przeszła detranzycję i wszystko się posypało.

Teraz w jej życie znów sączyła się bezprzyszłość. Reese kradła zatem rozkosz ze zdobyczy innych kobiet i robiła sobie dzieci z wirusów.

- Zgoda - odzywa się po jakichś dziesięciu minutach jazdy.

- Co: zgoda?

- Zgoda. Zobaczymy, czy dasz radę mnie zapłodnić.

- Serio?

- No.

Kowboj zaczyna coś mówić, ale ona mu przerywa.

- Ale jeśli mamy to zrobić, to musisz zacząć mnie lepiej traktować. Jak matkę swojego dziecka.

- Matkę mojego dziecka? - On pochyla się, żeby ją uszczypnąć w bok. - Daj spokój. Nie chcesz tego. Jeśli wpuszczę ci kijanki do studzienki, to będziesz szesnastką z brzuchem, taką ze złej dzielnicy. I chcesz, żeby wszyscy wiedzieli, że jesteś puszczalska i dlatego zaciążyłaś.

Reese wywija się z jego uścisku.

- Nie żartuję. Masz mnie lepiej traktować.

Kowboj marszczy brwi, ale nie odrywa wzroku od drogi.

- Mhm. No dobra. Będę. Skoczmy do knajpy - proponuje, hamując na czerwonym.

- Serio?

Jechali w jej okolice, na Greenpoint, a on zwykle nie chciał tam z nią jadać. Znał zbyt wiele osób mieszkających w okolicy. Raz zmusiła go, żeby poszedł z nią do wegańskiego bufetu koło jej domu, ale przez cały posiłek unikał jej wzroku. Za to zerkał w stronę wejścia za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi. Po tamtej sytuacji pozwalała mu się zabierać na południe, czasami na Queens. Nigdy na Manhattan czy Williamsburg, gdzie toczyło się życie towarzyskie jego żony.

Teraz jednak powiedziała, że pozwoli mu zamoczyć bez kondoma, i proszę, wszystkie zasady wylatują przez okno. Reese rozkoszuje się chwilą satysfakcji. Jej ciało stanowi najsilniejszą kartę przetargową.

- No - potwierdza on. - Może wskoczyłabyś gdzieś po drodze i wzięła coś na wynos.

Oczywiście. Na wynos. A on poczeka w samochodzie. Reese kiwa głową.

- Jasne, na co masz ochotę?

W tajskiej knajpie Reese nie zamawia nic dla siebie. On uwielbia curry tak ostre, że na skali Scoville'a wpada w kategorię prawie niejadalnego. Ona nie podziela jego entuzjazmu. Ugotuje sobie coś po jego wyjściu. Przewija Instagrama, kiedy nagle dzwoni telefon - nieznany numer, kierunkowy jakiegoś innego stanu. Kowboj używa Google Voice, żeby jej wiadomości nie pojawiały się na iPadzie, z którego korzysta czasami żona, a Google często przekierowuje połączenia na dziwne numery.

Reese wciska zielony przycisk i przykłada komórkę do ucha.

- Wzięłam ci zielone curry z wołowiną, ostrość pięć na pięć - mówi od razu.

- Hej, to miło z twojej strony, ale chyba zapomniałaś, że w kwestii pikantnego żarcia zawsze byłem strasznym mięczakiem.

Męski głos. Ciepły i gładki, ale bez tego rozwlekłego akcentu, który jej kowboj zdołał jakimś cudem zachować mimo lat spędzonych w Nowym Jorku.

Reese odsuwa telefon, patrzy na numer.

- Kto mówi?

- A, Reese, hej. - Ton faceta się zmienia, brzmi trochę przepraszająco, a trochę jak zachęta. - Wybacz. Tu Ames.

Przez okno widzi swojego kowboja, blask smartfona oświetla mu okulary do czytania. Reese się odwraca, jakby tamten mógł ją usłyszeć przez szyby samochodu, restauracyjną witrynę, brzęk naczyń w kuchni i rozmowy klientów rozproszonych po knajpie.

- Po co do mnie dzwonisz, Ames? Wydawało mi się, że już nie rozmawiamy.

- Wiem.

Reese czeka, zaciska usta. Słyszy jego oddech. Chce go zmusić, żeby odezwał się pierwszy.

- Nie dzwonię, żeby ci się narzucać - podejmuje w końcu Ames. - Ale pomyślałem, że zapytam, czy nie zgodziłabyś się mi pomóc.

- Pomóc? Nie wiedziałam, że mam jeszcze coś, co mógłbyś mi zabrać.

On przez chwilę milczy.

- Zabrać? - To brzmi tak, jakby był szczerze zaskoczony. Właśnie na tym polegał cały problem z Amesem. Nie miał pojęcia, jakie straty spowodował w jej życiu. - Nie wiem, może na to zasłużyłem. Ale daję ci słowo, że nie po to dzwonię. Chodzi o coś prawie przeciwnego.

- Jestem na randce. Czekam na tajskie. - Reese wie, że to mściwa zagrywka, ale nie potrafi się powstrzymać. Została odrzucona, więc teraz chce zarówno odwdzięczyć się pięknym za nadobne, jak i pokazać, że jej życie też toczy się dalej.

- Wolisz, żebym zadzwonił kiedy indziej?

- Nie, masz czas, żeby się wytłumaczyć, dopóki nie przyjdzie moje jedzenie.

- Słucha nas jakiś koleś?

- Odbieram zamówienie. On czeka w samochodzie.

Samozadowolenie wibruje Reese w piersi. Ames mógł sobie wyobrażać tę rozmowę na różne sposoby, ale ona wytrąciła go z równowagi.

- Okej. Liczyłem, że uda mi się wyjaśnić wszystko ze szczegółami, ale niech będzie po twojemu. Pamiętasz, jak zawsze mówiłaś, że chciałabyś mieć ze mną dziecko? Jak to planowaliśmy?

Coś musiało się stać, skoro do niej z tym zadzwonił. Nie był typem człowieka, który rani innych dla zabawy, a na pewno wiedział, że takie pytanie, w dodatku zadane prosto z mostu, sprawi jej ból. Czuje się jak idiotka - nie wie, po co mówiła mu o randce.

- Nadal byś tego chciała? W sensie... dziecka? - Kończy nieco wyższym tonem, jakby trochę się przestraszył, że w ogóle miał czelność powiedzieć to na głos.

- Ja pierdolę, oczywiście, że tak.

- Strasznie się cieszę, że to słyszę. - Teraz w jego głosie pobrzmiewa ulga.

Reese tak dobrze go zna, że prawie widzi, jak Ames się rozluźnia.

- No bo wiesz, coś mi się przydarzyło. I mimo wszystkiego, co zaszło między nami, tylko tobie ufam na tyle, żeby o tym porozmawiać. Proszę, błagam, spotkasz się ze mną? Ze względu na to, co nas łączyło. Bardzo potrzebuję z tobą pogadać.

- Musiałbyś mi powiedzieć coś więcej.

- Okej. - Ames wypuszcza powietrze. - Zaliczyłem wpadkę z taką jedną dziewczyną. Będę miał dziecko.

Reese nie może w to uwierzyć. Nie mieści jej się w głowie, że Ames zadzwonił, by jej powiedzieć, że osiągnął coś, o czym ona tak rozpaczliwie marzyła. Zamyka oczy, liczy do pięciu.

Kelnerka stawia na ladzie papierową torbę i daje znać Reese, że to jej zamówienie, ale ona tego nie zauważa. Kowboj, jego zielone curry pięć na pięć, pigułka antykoncepcyjna, którą miał jej później podać - wszystko to przepadło. Gdzieś tam daleko Amy dokonała niemożliwego: zrobiła sobie dziecko.

Katrina siada na obrotowym krześle przed biurkiem Amesa. Ta chwila ma w sobie coś zaskakującego - doszło do rzadkiego odwrócenia ról. Ponieważ to Katrina jest szefową, a Ames prawie zawsze tym, kto przychodzi do jej gabinetu i siada przed jej biurkiem. Zgodnie z ich pozycjami w korporacyjnej hierarchii gabinet Katriny jest dwukrotnie większy i ma dwa ogromne okna z widokiem na budynki, między którymi widać skrawek rzeki East. Ames zaś może się poszczycić jednym oknem z widokiem na niewielki parking, przez które raz o zmroku zauważył, jak przez chodnik śmiga zgrabnym truchtem jakieś brązowe stworzenie - zarzeka się, że to był miejski kojot. Nie ma co kręcić nosem, trzeba się cieszyć z każdej rozrywki.

- No cóż - odzywa się Katrina. - Potwierdziło się. To naprawdę to.

Ames sięga po teczkę. Ma dobrą postawę, posyła szefowej swobodny uśmiech. W teczce znajdują się wydruki z internetowego portalu pacjenta.

- Ginka zrobiła mi testy krwi i badanie - mówi Katrina, przyglądając mu się z uwagą. - Potwierdziła wynik domowego testu. Bez USG nie da się ustalić, który to tydzień, więc umówiłam się na następny czwartek. Wiem, że jeszcze nie potrafisz ocenić, jak się z tym czujesz, ale może pomogłoby ci, gdybyś poszedł ze mną? Jeśli jestem w czwartym tygodniu albo później, to będziemy mogli zobaczyć dziecko... czy tam, nie wiem, płód?

Ames zdaje sobie sprawę, że ona czeka na jego następny ruch. Nie potrafił okazać żadnych emocji na wieść o pozytywnym wyniku testu. Teraz czuje to samo otępienie co wtedy, tylko że nie może już zwlekać z reakcją i zasłaniać się czekaniem na oficjalny wynik badania.

- Fantastycznie - mówi i próbuje się uśmiechnąć, choć nie ma pewności, czy nie wyszedł mu grymas. - Czyli to prawda! Zwłaszcza że teraz mamy... - przez moment szuka odpowiedniego zwrotu - ...całe portfolio dowodów.

Katrina zakłada nogę na nogę. Ma na stopach codzienne czółenka na koturnie. Ames zawsze zwraca uwagę na jej ubiór, trochę z podziwem, a trochę z zainteresowaniem wyrobionym przez lata obserwowania damskiej mody.

- Trudno mi było coś z ciebie wyczytać - mówi ostrożnie szefowa. - Pomyślałam, że... nie wiem, może jeśli pokażę ci to czarno na białym, będę w stanie poznać, jak się z tym czujesz. - Milknie, przełyka ślinę. - Ale dalej nie wiem.

Ames widzi, ile wysiłku kosztuje ją takie wyznanie.

Wstaje, obchodzi biurko i opiera się o nie tuż przed Katriną, tak że dotyka nogą jej kolana.

Odwraca wydruki, patrzy na listę wyników badań, ale nie potrafi ich zinterpretować. Ma w mózgu zwarcie za każdym razem, kiedy próbuje zestawić dane wskazujące jasno i wyraźnie, że ma zostać ojcem, z informacją, którą przechowuje w sercu: nie powinien nim być.