Tragedie - Eurypides
12.00 zł
10.32 zł
(9,33 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
(????????? ????????????).
Hippolytos uwieńczony.
Osoby dramatu.
AFRODYTE bogini miłości.
HIPPOLYTOS syn Tezeusza i amazonki Antiopy.
SŁUŻBA.
CHÓR KOBIET TROIZEŃSKICH.
PIASTUNKA.
FEDRA, małżonka Tezeusza, córka Minosa, króla Krety.
TEZEUSZ król Aten, syn Ajgajosa (Egeusa).
POSEŁ.
ARTEMIS bogini łowów.
Rzecz dzieje się w mieście Troizenie przed pałacem króla Pitteusza.
Na scenie jawi się
AFRODYTE.
Me imię na niebiesiech niepomiernie słynie
I ludzie znają dobrze kipryjską władczynię.
A jacy są mieszkańcy od ponckich wybrzeży
Po fale Atlantyku, ten, kto we mnie wierzy,
Doznaje mojej łaski, zaś poniżon będzie
Pod słońcem, kto śmie deptać me święte orędzie.
I bóstwa bowiem lubią, jeśli człek jest skory
Oddawać przynależne niebianom honory.
Wykażę ja tu zaraz prawdę mego słowa.
Hippolit, amazonki syn, Tezeuszowa
Latorośl, wychowaniec cnego Pitteusza,
Jedyna, śród troizeńskiej ziemi żywa dusza
Najlichszą mnie śród bogów mianuje i dumnie
Miłosnem gardzi łożem. Nie znajdując u mnie
Radości, Artemidę, siostrzycę Foibosa,
Uważa za najpierwszą śród tych, co niebiosa
Zajmują, i z Zeusza tą córą dziewiczą
Na łowy, tępić zwierza, wyrusza z swą smyczą -
Za wielka to zażyłość dla śmiertelnych ludzi,
Zazdrości przecież we mnie zaszczyt ten nie budzi,
Bo pocóż? Tylko jeszcze dzisiaj zobaczycie.
Że zemszczę się za krzywdę swą na Hippolycie.
Rzecz dawna, pójdzie łatwo, nie będzie zawodu:
Na obchód gdy świąteczny z Pitteusza grodu
Pojawił się ten młodzian w ziemi Pandiona,
Ujrzała go cna Fedra, ojca jego żona,
I straszną się ka niemu rozpaliła żądzą -
Przezemnie to się stało. Jeszcze nim zabłądzą
Jej kroki do Troizeny, na znak swej miłości
Świątynię zbudowała śród ateńskich włości,
Na zboczu Palladyjskiem, skąd widać te łany -
Przybytek ten, w Kiprydy cześć ufundowany,
Ma zwać się od tej pory na zawsze kościołem
Bogini Hippolyta... Potem, kiedy społem
Z małżonką porzuciwszy mury Kekropsowe,
Tezeusz tu zawitał, aby swoją głowę
Od klątwy uratować, i roczną pokutę
Odprawiać jął zdaleka od domu za lute
Wylanie Pallantydów krwi, od onej chwili
Napróżno się nieszczęsna ta kobieta sili
Uwolnić się od cierpień: wzdycha, jęczy, ginie
Z miłości, ale milczy. Jakiejby to winie
Przypisać, z domowników nie wiada nikomu.
Lecz długo tak nie można kochać pokryjomu:
Wyjawię Tezejowi i ojciec młodziana
Zabije, mego wroga. Tak więc wykonana
Zostanie obietnica, jedna z trzech, któremi
Obdarzył Tezeusza władca, nad morskiemi
Falami władający, Pozeidon. I żona
Paść musi, acz chwalebnie. Bo juścić mi ona
I los jej nie oznacza znów tyle, bym miała
Poniechać swojej zemsty na wrogach, jak chwała,
Jak cześć moja wymaga... Lecz oto me oczy
Spostrzegły Hippolyta: Z łowieckiej-ci kroczy
Wyprawy syn Tezejów. Ustąpię mu z drogi.
Pospiesza tu z nim razem służby orszak mnogi
I głośną składa pieśnią hołdy Artemidzie:
On nawet nie przeczuwa, że ku śmierci idzie,
Że słońce mu przyświeca już po raz ostatni.
HIPPOLYTOS.
Za mną, szeregu mój bratni,
Hymny nam trzeba wznieść
W cześć Artemidy, w córki Zeusa cześć!
CHÓR STRZELCÓW.
O pani dostojna, o pani!
Zeusa ty córo i Latony,
Z dziew najpiękniejsza,
Z dziew, zajmujących gmach złocony
Twego rodzica, nieboskłony
Zeusa promienne: tobie w dani,
Tobie jedynej hołd składamy:
Niech się twa cześć nie umniejsza,
O Artemido bez plamy,
O dziew olimpijskich królowo!
HIPPOLYTOS.
Ten wieniec tobie składam, zioła woniejące,
Zerwane, o władczyni, na dziewiczej łące,
Na którą żaden pasterz nie pognał swych owiec
I z sierpem nikt nie zaszedł. Nietknięty manowiec!
Ta tylko skrzętna pszczoła pobrzękuje w wiośnie,
Dziewicza rosa łan ten orzeźwia, kwiat rośnie
Jedynie dla wybrańców, co nie wyuczoną,
Lecz szczerą wstydliwością w swojem sercu płoną -
Kto podły, temu wara! Więc, pani niebiosów,
Racz przyjąć tę ozdobę twych złocistych włosów
Z mej ręki nieskalanej. Ja jeden na ziemi
Zażywam takiej łaski, że mogę się z swemi
Do ciebie zwracać słowy, żeśmy towarzysze,
Że głos twój, o władczyni, każdej chwili słyszę,
Choć lic twoich nie widzę! Chciałbym w takiej mierze
Przez życie przejść, aż grób mnie w swe mroki zabierze.
Odwraca się od ołtarza w kierunku domostwa. W tej chwili występuje z chóru i zachodzi mu drogę
STARY SŁUGA.
O książę! - gdyż li boga władcą zwać wypada -,
Czy raczysz mnie wysłuchać? Dobra moja rada.
HIPPOLYTOS.
I owszem, boć nie mądrze postąpiłbym przecie.
STARY SŁUGA.
A wiesz ty, jaki zwyczaj panuje na świecie?
HIPPOLYTOS.
Nie, nie wiem. W jakiej sprawie twa się warga trudzi?
STARY SŁUGA.
Nikt pychy i uporu nie lubi śród ludzi.
HIPPOLYTOS.
Rzecz prosta, bo i któżby lubił pychę człeka?
STARY SŁUGA.
Że nikt zaś na uprzejmą grzeczność nie narzeka.
HIPPOLYTOS.
Na uprzejmości ludzie nigdy źle nie wyśli.
STARY SŁUGA.
Czyż bóstwa, powiedz, nie są takiej samej myśli?
HIPPOLYTOS.
Gdy życie ich w ten sposób, jak i nasze, płynie.
STARY SŁUGA.
A jednak pokrzywdziłeś dostojną władczynię.
HIPPOLYTOS.
Ja? Kogo? Strzeż się, proszę, by kłamcą nie zostać.
STARY SŁUGA (wskazując na posąg Afrodyty):
Masz oto przed swym domem cną Kiprydy postać.
HIPPOLYTOS (bijąc przelotny pokłon posągowi).
Jam czysty, nieskalany, pozdrawiam ją zdala.
STARY SŁUGA.
Dostojna jej potęga ludzką moc obala.
HIPPOLYTOS.
Nie wszystkim hołd się składa, ludzie to czy bogi.
STARY SŁUGA.
O mędrszyś, niż potrzeba! Szczęsnej życzę drogi!
HIPPOLYTOS.
Nie znoszę bóstw, co w nocy spełniają swą władzę.
STARY SŁUGA.
Daj bogom co boskiego, to ci, synu, radzę.
HIPPOLYTOS (szybko się odwracając)
Odejdźcie, moi słudzy; do domu pospieszcie,
Zgotujcie nam śniadanie; dobrze jest nareszcie
Posilić się po łowach przy obfitym stole.
I konie oporządzić potrzeba; mam wolę
Pohasać po śniadaniu, zabawa się przyda.
(Do starego sługi)
Niech dobrze tu się miewa ta twoja Kipryda.
Znika. Scena się opróżnia. Pozostaje
STARY SŁUGA (przed ołtarzem Afrodyty).
Nie pójdę-ci ja drogą, jaką chodzą młodzi,
Co myślą tak, jak o tem mówić się nie godzi
Człekowi służebnemu, lecz do twej dostojnej
Świętości się pomodlę, Kiprydo!... Niech wojny
Nie będzie między wami! Jeżeli, jak słyszę,
Zbyteczne prawi głupstwa w swej młodzieńczej pysze,
Ty zamknij na to uszy, boć przecież bogowie
Winni mieć rozum większy, niż ma człek w swej głowie.
(Znika).
Z drugiej strony zjawia się
CHÓR KOBIET.
Okeanosa wiecznie świeży zdrój
Płynie wiadrami z opoczystych ścian,
Rzeźwością życia zalewając łan.
Tam krok wypoczął mój,
Tam też mojemu zjawiła się oku
Dawna ma druha, mocząca w potoku
Lśniste purpury, by potem,
Słonecznem oblane złotem,
Na skalnej suszyć je zboczy.
Od niej to pierwszej jam się dowiedziała,
Juk cierpi ma pani wspaniała.
Jaka to boleść ją tłoczy.
*
Nie pozwalając wychodzić za próg.
Do łoża przykuł okrutny ją los.
Przepaska jasny zaciemnia jej włos.
Strasznie zwalona z nóg,
Trzy dni odtrąca wszelkie dary boże,
Do ust niczego wziąć już dziś nie może,
Dar Demetery jej na nic!
Tak do ostatnich granic
Złamana, nie widząc słońca,
Spoglądać musi w milczeniu, jak skrycie
Ucieka młode jej życie,
Jak prędko zdąża do końca.
???
Jakież to bóstwo, o pani,
Tak twoje zmysły tumani?
Któż taką ci daje zapłatę?
Zali to Pan, czy Hekate?
Zali to Macierz gór,
Czy Korybantów chór?
A może tak cierpisz bez miary,
Że, poskąpiwszy ofiary,
Zraniłaś świętą Łowczynię?
Ona-ć to bowiem, ta królowa boża,
Przebiegać umie lądy, a i morza
Ona przepłynie!
*
Czyżby miłosna zawieja
Wtargnęła w gród Erechteja?
Czyżby od twoich się progów
Odwrócił potomek bogów,
Małżonek twój i pan,
Na żądzę przewrotną zdan?
A może z twej Krety rodzinnej
Do tej przystani gościnnej
Przybyli jacyś żeglarze
I, straszne z domu przyniósłszy ci wieści,
Zadali pani mojej te boleści,
Te męki wraże?
???
Dola rodzącej kobiety
Niejednokrotnie tak nieszczęsna bywa,
Że, drogą, którą kroczy jej nadzieja żywa,
Spieszy wraz obłęd i szał!
I ja, niestety,
Tych samych doznałam losów,
Lecz na królowę niebiosów,
Na Artemidę, co grozą swych strzał
Szafuje według swej woli,
Duch się mój zdał!
I nie zawiodły
Moje żarliwe modły:
Wyrwała mnie z ciężkiej niedoli!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Lecz, patrzcie! na dworze
Stara piastunka się jawi!
Wynoszą, patrzcie! naszej pani łoże!
Dusza się moja powstrzymać nie może,
By nie zapytać, co tak gnębi ninie,
Co tak boleśnie dziś trawi
Tę naszą biedną kniahinię?
Służebnice wnoszą Fedrę, leżącą na łożu, towarzyszy im i nadzoruje orszak stara
PIASTUNKA (po krótkiej pauzie)
Ach! ta nędza człowieka!
Ach! ten ból, co go czeka!
Ach! te straszne choroby!
Cóż mam czynić tej doby,
Cóż poniechać ja mam?
Wyniosłyśmy twe leże
Na to słońce, na świeże,
Na rzeźwiące powietrze,
A tu coraz są bledsze
Twoje lica! Twe oczy
W coraz głębszej omroczy!
Ach! odpowiedz-że nam?
Wszak ciągnęła cię wola
Do światłości, do pola,
Za pałacu bramami
Pożądałaś być z nami,
A patrz! teraz na nowo,
O ty chwiejna ma głowo,
Chcesz powracać w pokoje!
Wielce zmienne są twoje
Pożądania i chęci!
Coś cię ledwie przynęci
I odpycha cię wraz!
Twoje serce, o pani,
Tego tylko nie gani,
Co ukryte jest oku:
To ci tylko uroku
Jest przepełne i kras!
(Odwracając się)
Tak! ja sama bez mała
Chorować bym wolała,
Niż tak siedzieć, niżeli
Czuwać obok pościeli
Chorych ludzi! Wszak wtedy
Mniej doznaje się biedy -
To cielesne li męki!
A tu z znojem tej ręki
I znój duszy się para!
Męczarń, cierpień niemiara
Oto ludzkie jest życie!
A gdzież, gdzież zobaczycie
Kres i wyzwolenie?!
Są! Lecz mroczne tu cienie
Ukrywają z daleka
Przed oczami człowieka
Oną przystań... Więc ludzie.
Ulegając ułudzie,
Wzdyć żądzami wszystkiemi
Lgną co siły do ziemi
I to dzięki przyczynie,
Że im znan jest jedynie
Żywot ziemski... Zaiste!
Nikt nie wniknął w te mgliste,
W te umarłych dzierżawy,
Więc też błądzi człek prawy,
Bo niepewne są wieści,
Co za nami się mieści.
FEDRA.
Wyprostujcie mą postać!
Trudno mi tak pozostać:
Głowa zbytnio opadła,
Członków moich wiązadła
Rozluźniły się w męce.
Wznieście w górę te ręce -
I ta chustka na czole
Zbyt mi cięży... Ja-ć wolę,
By tych włosów korona
Na me spadła ramiona.
PIASTUNKA.
Męstwa, ciszy, spokoju!
Nie rzucaj się! Toć w znoju
Łatwiej wytrwać i trudzie,
Gdy odważni są ludzie:
Zresztą na to my przecie,
Aby cierpieć na świecie!
FEDRA.
Ajaj!
A niechże mnie tej chwili
Świeży trunek posili,
Z jasnych krynic czerpany!
Na kwieciste mnie łany,
Na murawy ponieście!
Przy topoli szeleście
Czemuż spocząć nie mogę?
PIASTUNKA.
Szał cię opadł, niebogę!
Snać majaczysz w chorobie!
Nie my same tu obie,
Tłum nas słucha! Strzeż-że się!
FEDRA.
Być mi w górach! W tym lesie
Śród tych jodeł, gdzie w zwierza
Psów zajadłych uderza
Rozszczekany rój.
Z jakim jabym zachwytem
Szczuła sforę! Z dzirytem
Tessalijskim w tej dłoni
Za jeleniem w pogoni,
Jakże jabym śmigała
Jego grotem! Jak strzała
Mknąłby oszczep, rzucony
Obok włosów korony
W ten myśliwski bój...
PIASTUNKA.
O dziecino ma chora,
Na co-ć łowy i sfora?
Żądza twoja się ciska,
Chcesz górskiego źródliska?
Za tą bramą jest wzgórze,
Tam ci wodą usłużę.
FEDRA.
Artemido, ty pani
Słonej, morskiej przystani,
Władająca na torze,
Który stado twe orze
Kopytami! O święta!
Jakżeż jabym źrebięta
Chciała kiełzać weneckie!
PIASTUNKA.
Co za myśli zdradzieckie!
Co za szał to niezdrowy!
To chcesz w góry, na łowy,
To znów chętka cię bierze
Na piasczyste wybrzeże,
By dosiadać rumaki!
Wieszcz li zgadłby dziś, jaki
Bóg cię z toru wytrącił,
Kto twe zmysły zamącił!
FEDRA.
Co ja biedna zrobiła?
Co za straszna mi siła
Wzięła rozum? Zaiste,
Zły opętał mnie duch!
Zakryj twarz mi! Rzęsiste
Pod spuszczoną powieką
Łzy ja czuję! Łzy cieką
Z ócz ze wstydu i bólu!
Zakryj-że mnie, matulu!
Wstyd mi tego, com rzekła!
Ach! prawdziwe to piekła
Stracić zmysły! Źle z nowa,
Gdy odzyszcze je głowa!
Umrzeć juści najlepiej,
Zanim rozum się skrzepi!
PIASTUNKA.
Już zakrywam. Lecz kiedy
Grób mnie wyrwie z tej biedy,
Kiedyż ciało me skryje?
Długo, długo-ć ja żyję,
Wiem niejedno i powiem:
Źle ze serca jest zdrowiem,
Jeśli przyjaźń zawiera,
Która nazbyt jest szczera,
Która w duszę zapada
Zbyt głęboko. Ma rada
Żyć pod uczuć tych władzą,
Które zawsze się dadzą
Czy rozluźniać dowoli,
Czy też ścieśniać! Zbyt boli,
Nazbyt ciężar ugniata,
Jeśli człek się tak zbrata,
Że się troska za dwóch,
Jak ja dzisiaj. Toć przecie
Rzecz wiadoma na świecie.
Że gdy człowiek przesadzi.
Częściej bólu, a rzadziej
Dozna szczęścia! I zdrowie
Też nie wieczny jest zuch -
Cierpi na tem... Przysłowie
Przypomnąć się ośmielę,
Że gdy czego za wiele,
To nie zdrowo!... W tem właśnie
Mądry człek mi przyklaśnie.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Staruszko, naszej Fedry opiekunko wierna!
Widzimy, że jej boleść dolega bezmierna,
Lecz czem jest ta choroba, tego nikt nie zgadnie,
Więc racz-że nam powiedzieć, wyjaśnić dokładnie!
PIASTUNKA.
Jać sama tego nie wiem - ukrywa przedemną.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Przyczyna tych tajemnic również ci tajemną?
PIASTUNKA.
Nic zgoła tutaj niewiem, toć milczy zawzięcie.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zmarniała ponad wyraz, zwiędła nad pojęcie.
PIASTUNKA.
Bo jakoż? Dzień już trzeci bez żadnego jadła!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Z choroby, czy też myśl ją o śmierci opadła?
PIASTUNKA.
Nie wiedzieć, lecz to jasne: na śmierć się zagłodzi.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Mężowi jej - rzecz dziwna - wcale to nie szkodzi?
PIASTUNKA.
Ukrywa przed nim wszystko, mówi, że jest zdrowa.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Czy z ócz jej nie wyczyta, co się w wnętrzu chowa?
PIASTUNKA.
Zdarzyło się, że teraz poza krajem bawi.
PRZODOWNICA CHÓRU.
A ty nie masz potrzeby dotrzeć jak najżwawiej,
Co niszczy tak jej ciało i umysł rozprzęga?
PIASTUNKA.
Zrobiłam już, co można, i żadna potęga
Nie zrobi tu nic więcej. Lecz i dziś nie spocznę
W staraniach najgorętszych... Wy, świadki naoczne,
Widzicie, jak zabiegam w nieszczęsnej chorobie
Mej pani... (Do Fedry) Córko droga! zapomnijmy obie
Poprzednie nasze słowa. Popatrz się wesoło,
Pochmurne brwi te wygładź, rozjaśnij to czoło.
I ja się zwrócę z drogi poprzedniej, na której
Nie pięknie-m się sprawiała, biorąc ciebie z góry,
I lepszą dam ci radę... Jeśli masz z chorobą
Tajemną do czynienia, pogadają z tobą
Niewiasty - są tu obok, a jeśli mężczyzna
Posłyszeć o tem może, niech się lekarz wyzna
W tem wszystkiem, przywołamy coprędzej lekarza.
Co? milczysz? Nie trza milczeć! Niech dziecię me zważa:
Źle radzę, więc mi przygań, lecz słuchać wypada,
Jeżeli się w mych słowach dobra mieści rada;
Mów, spojrzyj! Nieszczęśliwa jest istota ze mnie!
Niewiasty! My się wszystkie trudziły daremnie!
Jesteśmy, gdzieśmy były! Moich rad nie słucha,
A wiedz - chociażbyś była nad morskie bałwany
Nieczulsza -: ani jeden syn twój ukochany
Nie będzie gospodarzem w swym ojcowskim domu,
Jeżeli ty ich zdradzisz, niepamiętna sromu,
Pragnąca teraz umrzeć!... Tak! Na Amazonę,
Co dzieciom twoim pana zrodziła, nie płone
Wzdyć plemię, acz bękarcie - znasz je, Hippolita
Nazwisko ma - -
FEDRA.
O rety!
PIASTUNKA.
Takeś tem przybita?!
FEDRA.
Zabijasz mnie, matuchno! Ból mi serce ściska!
Na Boga, nie powtarzaj mi tego nazwiska!
PIASTUNKA.
A widzisz! Mądra jesteś, lecz ci nie przeleci
Przez myśl dbać o swe życie i o szczęście dzieci.
FEDRA.
Ja kocham je!... Mną teraz dola miota inna.
PIASTUNKA.
A wszak bez krwawej zmazy jest twa dłoń niewinna?
FEDRA.
Bez zmazy dłoń, lecz w sercu mojem plama krwawa!
PIASTUNKA.
Azali to jest wroga zawziętego sprawa?
FEDRA.
Wbrew woli mej i swojej drah do zguby zmusza.
PIASTUNKA.
Czy może jaką krzywdę masz od Tezeusza?
FEDRA.
Bodaj-żeby on krzywdy nie doznał z mej strony!
PIASTUNKA.
I cóż cię pcha ku śmierci? Jaki grzech spełniony?
FEDRA.
Nie przeciw tobie grzeszę, więc niech grzeszę sobie.
PIASTUNKA (padając jej do kolan).
Ustąpię, gdy mnie zmusisz - li, wówczas to zrobię.
FEDRA.
Co czynisz? Pragniesz zmusić, chwytając za ręce?!
PIASTUNKA.
Za ręce i za nogi! Mów o swej udręce!
FEDRA.
Gdy powiem, jeszcze większe sprawię ci boleści.
PIASTUNKA.
Największy ból się dla mnie w twej utracie mieści.
FEDRA.
Utracisz mnie! Lecz dla mnie zaszczyt jest w tej doli.
PIASTUNKA.
O rzeczy więc zaszczytnej pani milczeć woli?
FEDRA.
Nie powiem, aż na cnotę mój występek zmienię.
PIASTUNKA.
Mów! Cnota twa tem większe mieć będzie znaczenie.
FEDRA.
Ach! Odejdź! Puść tę rękę! Błagam cię, na nieba!
PIASTUNKA.
Nie puszczę, póki nie dasz tego, czego trzeba.
FEDRA.
O, daję ci! Cześć we mnie budzą ręce twoje!
PIASTUNKA.
Więc mów, na ciebie kolej: ja w milczeniu stoję.
FEDRA.
O jakież to cię, matko, rozpierały żądze!
PIASTUNKA.
Czy byka masz na myśli? Chyba to, tak sądzę - -
FEDRA.
O siostro nieszczęśliwa, Dioniza żono! -
PIASTUNKA.
Co mówisz, dziecko moje?! Lżysz swe gniazdo pono!
FEDRA.
Jam trzecia... Tak haniebnie tu ginę, nieboga!
PIASTUNKA.
Co znaczą twoje słowa? Lęk mnie zdjął i trwoga.
FEDRA.
Tak, stamtąd me nieszczęście! Nie od dziś ni wczora!
PIASTUNKA.
Nic nie wiem, chociaż wiedzieć bardzo jestem skora.
FEDRA.
Ach!
Tyś winna to powiedzieć, co ja rzec mam tobie!
PIASTUNKA.
Nie jestem wieszczka, nic ja z zagadką nie zrobię.
FEDRA.
Co czuje człowiek, powiedz, gdy, jak mówią, kocha?
PIASTUNKA.
Rozkosze same czuje, lecz i bólu trocha.
FEDRA.
Ból moim jest udziałem. Dojmuje mi srogo...
PIASTUNKA.
Co mówisz, dziecko moje? Ty kochasz? I kogo?
FEDRA.
A jakże on się zowie, ów syn Amazony?
PIASTUNKA.
Hippolytos?
FEDRA.
Tyś rzekła, nie ja!
PIASTUNKA.
O stracony
Mój losie!... Co ty mówisz? Gubisz mnie na zawsze!
Niewiasty! Nie wytrzymam! O dni me najkrwawsze!
O życie! Gardzę życiem! Wstrętny blasku słońca!
Umieram!... Idę sobie!... Blisko jestem końca! -
Na wieki bądźcie zdrowe!... Że też tak się dzieje,
Iż człowiek najzacniejszy wybiera koleje
Występku - wbrew swej woli! Wie, że to ohyda.
A idzie!... O, nietylko bóstwem jest Kipryda -
Czemś więcej jest, niż bóstwem! Ona, co dziś niszczy
I ją i mnie i dom ten zmienia w kupę zgliszczy...
PRZODOWNICA CHÓRU.
Czyście słyszały, o!
Czyście słyszały,
Kobiety,
Jakie straszliwe, niesłychane zło
Padło z warg naszej królowej?
Raczej mi zginąć, niż patrzeć na cały
Ból twój, co zmysły ci miesza! O rety!
O gorze! O biada mnie biednej!
O jakiż to los był gotowy
Takie ci sprawić męczarnie?!
Przemarnie
Gnębi was dola, o ludzie,
W łzach wychowani i trudzie!
Zło-ś wyjawiła - czyż w jednej
Nie zginiesz chwili? Ach, jaki
Czekać cię może czas?!
Dom swój ty gubisz i siebie i nas.
Boć już wiadomo, które sobie szlaki
Wybrała Kiprys, o Krety
Nieszczęsna córo ty!
FEDRA.
(wstaje spokojna i podchodzi ku chórowi).
Trojzeńskie me niewiasty, wy, co zajmujecie
Najdalszy zrąb ziemicy Pelopsa! Na świecie
Żyjąca, noc niejedną strawiłam w zadumie
Nad gorzką nędzą świata i, jak to rozumie
Mój umysł, wraz wam powiem: więc mi się wydaje,
Że człek nie z przyrodzenia grzeszne ma zwyczaje,
Boć przecie ludziom wcale nie braknie rozsądku -
Nie! Cała ona sprawa takiego jest wątku:
My wiemy, co jest dobre, znamy wartość złego,
A tylko postępujem inaczej. Dla czego?
Bo jedni są leniwi, a drudzy przenoszą
Nad cnotę jakąś rozkosz, zaś człek się z rozkoszą
Spotyka rozmaitą, A potem te wczasy,
Te puste pogawędki, to zło, pełne krasy,
I wreszcie wstyd... A wstydu dwa rodzaje mamy:
Godziwy wstyd i drugi, co haniebne plamy
Na domy nasze ściąga, tak, że gdyby chciano
Właściwie je określić, te dwa wstydy, miano
Odmienne daćby trzeba temu i tamtemu.
Tak patrzę na te rzeczy i dziś nie wiem, czemu
Miałby się znaleść środek, coby moje zdanie
Przemienił... Nie!... Już przy tem duch mój pozostanie!
A teraz w własnej sprawie: Kiedy mnie swym grotem
Zadała ranę miłość, myślałam li o tem,
Jak znieść to najgodziwiej... Więc powzięłam sobie
Zamilczeć, nic nie mówić o swojej chorobie,
Albowiem na języku oprzeć się nie można,
Boć umie karcić bliźnich jego siła zdrożna,
A sobie zaś największą snać wyrządza szkodę.
Powtóre znosić chciałam tę moją przygodę
Z odwagą, chciałam męstwem zmódz ten szał. A wreście,
Po trzecie, gdym spostrzegła, iż serce niewieście
Nie zdoła się okiełzać, że ma sił za mało,
By żądzę pohamować, więc mi się wydało,
Że umrzeć jest najlepiej, i nikt mi nie powie,
Iż błądzę... Tak! Czci mojej niech będą świadkowie
Chociażby najliczniejsi, ale hańbić siebie
Przy świadkach?! Raczej hańbę w mogile zagrzebię!..
A przytem, żem kobieta, wiem-ci zbyt dokładnie,
Iż wieczna zawsze hańba na kobietę spadnie,
Co łoże swe bezcześci z cudzymi mężami!
Tą hańbą, tak się stało, pierwsza dom swój splami
Niewiasta cnego rodu: Bo gdy się dopuszcza
Występku ktoś z najpierwszych, odrazu i tłuszcza
Rzecz dobrą w tem dostrzega, wielce sobie chwali
Jakoby jakąś cnotę. Nienawidzę, dalej
Tych, co są skromne w słowie, dla których obłuda
Jest wszystkiem, tak że grzeszą, skoro im się uda,
Kryjomo zdradzieckiego poszukując łoża.
(Przed posągiem Afrodyty).
Kiprydo! Wałów morskich ty władczyni boża!
Że one patrzeć mogą swym małżonkom w oczy,
Że ścian się nie lękają i tej nocnej mroczy,
Wspólniczek ich występków, by nie przemówiły!
Mnie zasię, przyjaciółki, trzeba do mogiły,
Bo nie chcę, aby mogło wydawać się komu,
Żem winna sromu męża i mych dzieci sromu.
Swobodnie, z dumnem czołem niech kroczą po ziemi
Chwalebnych naszych Aten, niech się w nich nie plemi
Poczucie hańby matki! Najzuchwalszy człowiek
Nie będzie mógł do góry podnieść swoich powiek,
Lecz spuści je jak sługa, jeśli ma w pamięci
Srom matki lub też ojca... Jedno niech się święci
Na zawsze: tylko to się równa życia cenie,
Gdy duch jest sprawiedliwy, szlachetne sumienie.
Bo przyjdzie dzień, co grzesznym postawi zwierciadło
Przed oczy, jak dziewczynie. Oby tak nie padło,
Bym ja się kiedy tego doczekać musiała.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Hej! Cnota to dla wszystkich największa jest chwała,
Czcigodne imię ludziom na zawsze zdobywa.
PIASTUNKA.
O pani, gdy przedemną stanęła, jak żywa,
Twa boleść, lęk uczułam odrazu i trwogę,
Lecz całkiem niepotrzebnie. To powiedzieć mogę,
Bo gdy się ludzie czemu raz wtóry przypatrzą,
Sąd bywa rozumniejszy, a pomyłka rzadszą.
Cóż stało się dziwnego? Sprawa całkiem prosta:
Bogini cię nawiedza, swym cię gniewem chłosta -
Miłujesz... Żaden dziw to... Wielu innych ludzi
To samo przecież czyni. Więc skądże się budzi
Ta chęć utraty życia dla miłości?.. Powiedz!
Na jakiżby to świat nasz zbłąkał się manowiec.
Jeżeliby ci wszyscy, co kochali kiedy,
I ci, co kochać będą, musieli z tej biedy
Umierać! Nie drobnostka to budować tamy
Przeciwko naporowi miłości. My znamy,
Że kto się jej poddaje, ten ją znosi łatwo,
Lecz jeślibyś zuchwale zechciała, ma dziatwo,
Opierać się jej mocy, źlebyś wyszła na tem:
Pognębi cię, wysmaga, nie wiem jak, swym batem.
W powietrzu ona władnie i w morskiej powodzi
I wszystko, co tu żyje, li przez nią się rodzi.
Kipryda nam zaszczepia ową żądzę w łonie,
Co naszym jest początkiem na ziemskim zagonie.
A komu nie są obce starodawne dzieje,
Kto w pieśni się wczytuje, ten się nie zdumieje,
Ten wie, jak się - bywało - Zeus ongi zapala
Miłością do Semeli, ten wie, jak Kefala
Uniosła zakochana Jutrznia złotowłosa
W dziedzinę swych współbogów. I dzisiaj niebiosa
Ci wszyscy zamieszkują i, tak mi się zdaje,
Kontenci są zapewne, iż w te boże kraje
Zawiodła ich przemożna namiętność... Ty zasię
Sprzeciwiać chcesz się temu?... Opór nie na czasie,
Gdyż ojciec spłodził ciebie na tych samych przecie
Podstawach i ci sami rządzili na świecie
Bogowie, więc się trzeba poddać pod te prawa.
Co myślisz? Czyż nieznaną mężom jest niesława?
Czyż nawet i najmędrszy nie widzi, iż łoże
Bezcześci mu małżonka, a tai, jak może,
Swą hańbę? I niejeden też ojciec pokrywa
Miłosne uchybienia swych synów... Boć, żywa
To prawda, człek rozumny zataja przed światem
Wszelaką, mówię, brzydkość; nie trzeba, pozatem,
Na życie swoje patrzeć zbyt ciemno. Nie tędy
Prowadzą ludzkie drogi: miewa-ci swe błędy
I dach ten, co nam domy osłania. Z tej doli
Czy myślisz, że cię jaka potęga wyzwoli?
Człowiekiem tylko jesteś, więc niech będzie rada
Twa dusza, jeśli więcej dobrego posiada,
Niż złego.. Daj-że spokój, moja córko miła,
Tej pysze bezrozumnej! Pychy-ć to jest siła,
Gdy człek chce być mocniejszy od bogów. Bogowie
Chcą tego, przeto miłuj. A jeśli masz zdrowie
Odzyskać, szukaj środków godowych. Są słowa
Zaklęcia, czarodziejskie są pieśni: zdrowa
Ty będziesz, lek się znajdzie jakowyś... Mężczyzna
Przepysznie by wyglądał - każdy mi to przyzna -,
Jeżeliby go sztuki nie wsparły niewieście.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Tak, Fedro, to, co ona ci mówi, jest wreście
W twej doli może milsze, ale ja cię chwalę,
Choć chwalba ma w tej chwili nie może ci wcale
Brzmieć słodko ani twego rozradować serca.
FEDRA.
A cóż tu szczęście ludzi i ludów uśmierca,
Co niszczy byt nas wszystkich, jeśli nie te mowy
Zbyt słodkie, te pochlebstwa? Pożytek gotowy
Ma być, a nie przyjemność, z ludzkich rad nauka,
Jak zacnie żyć należy. Tego człek niech szuka!
PIASTUNKA.
I cóż tu się rozwodzić? Mowa tu jest na nic,
Tu młodzian ów potrzebny. Marniejesz bez granic,
Coprędzej więc należy rozstrzygnąć, coprędzej............................................
Medea.
Osoby dramatu.
PIASTUNKA.
PIASTUN.
MEDEA.
CHÓR KOBIET.
KREON.
JAZON.
AJGEUS.
POSEŁ.
DZIECI MEDEI.
Rzecz dzieje się w Koryncie.
PIASTUNKA.
Bodajby nie był Argo krajał głębi sinej
Symplegud, do kolchickiej pędzący krainy!
Bodajżeby też nigdy na leśnym Peljonie
Nie padła była sosna! Dzielnych mężów dłonie
Bodajżeby nie były pochwyciły wiosła
Tej łodzi, co po runo złociste ich niosła
Na rozkaz Peliasa! Medea, ma pani,
Nie byłaby płynęła wonczas ku przystani
Jolkijskiej! Miłująca Jazona, ta nasza
Władczyni, poradziwszy córkom Peliasza
Własnego ubić ojca, do korynckiej ziemi
Nie byłaby ucikła z małżonkiem i z swemi
Dziecięty! Juścić prawda, przybywszy tu w gości,
Oddana Jazonowi, doznała miłości
Powszechnej, boć największe to szczęście, jeżeli
Zgodliwa żona z mężem wierny żywot dzieli.
Dziś wszystko się rozsprzęgło najbliżsi sobie
Wrogami dziś, gdyż Jazon porzucił w tej dobie
Mą panią i swe dziatki, poślubiwszy zdradnie
Królewski płód Kreonta, co w tym kraju władnie.
Nioszczęsna zaś Medea, tak strasznie wzgardzona,
Przysięgi wypomina, z rozdartego łona
Do rąk się odwołuje przymierza, na świadki
Przyzywa oto bóstwa, że dziś się tak rzadkiej
Odpłaty doczekała z Jazonowej woli.
Wzgardziwszy wszelką strawą, gdy ją serce boli,
We łzach dzień cały trawiąc, zdradzona przez męża,
I oczu nie podniesie... Przyjaźń się wytęża
Daremnie: słów pociechy słucha, niby skała,
Lub morza spienionego fala rozszalała.
Czasami, odwróciwszy śnieżno-białą szyję,
Uskarża się sam na sam, z bólem się nie kryje,
Rodzica wspominając i ojczyste łany,
Dla męża porzucone, co dziś dla stroskanej
Litości niema żadnej!... Ach! jakżeż szczęśliwy -
Tak myśli -, kto rodzinnej nie opuszcza niwy!
Znienawidziła dzieci; ja-ć wielce się trwożę,
Czy niema złych zamiarów, czy nie knuje może
W swej duszy jakiej zemsty: gwałtowną ma duszę,
Nie zniesie żadnej krzywdy.. Obawiać się muszę,
Ażeby do sypialni wszedłszy pokryjomu,
Nie wbiła w serce córki królewskiego domu
Wyostrzonego noża. Nikt też dzisiaj nie wie,
Czy króla nie uśmierci w swym szalonym gniewie,
Nie sprzątnie oblubieńca i na większą jeszcze
Narazi się niedolę. Serce ma złowieszcze,
Nie wchodzić w nią w zatargi, droga-ć to jest śliska!
Lecz oto już dziecięta wracają z boiska,
Nie wiedzą nic o matce. Tak, umysł dziecięcy
Ma troskę o zabawę, zresztą o nic więcej.
Na scenę wchodzi z dziećmi Medei
PIASTUN.
Ty w domu mej władczyni siwy skarbie stary!
Dlaczego tak sam na sam skarżysz się bez miary
Na dworze na tę naszą niedolę? Czyż zdoła
Obywać się bez ciebie pani chmurnoczoła?
PIASTUNKA.
Sędziwy towarzyszu Jazonowych dzieci!
Nieszczęście chlebodawców w dobrych sługach nieci
Współczucie, ich cierpieniom równa się ich męka,
Więc ja też, gdy mnie dzisiaj straszna boleść nęka,
Wybiegłam i o losach Medei, tak srodze
Dotkniętej, wobec ziemi i nieba zawodzę...
PIASTUN.
Co? Jeszcze nie przestała się żalić ta biedna?
PIASTUNKA.
Draśnięta ledwie kora, daleko do sedna!
PIASTUN.
Nie mądra - jeśli wolno tak nazywać pany!
Więc dotąd ból najświeższy jeszcze jej nie znany?
PIASTUNKA.
Cóż stało się, mój stary? Wyjaw wszystko szczerze.
PIASTUN.
Nic! Nic! Żem to wogóle mówił, żal mnie bierze.
PIASTUNKA.
O powiedz, towarzyszu, powiedz! Na twą brodę!
Gdy trzeba, milczeć będę, wierz mi, nie zawiodę.
PIASTUN.
Poszedłem po warcaby i niepostrzeżenie
Usiadłszy przy źródlisku, przy świętej Pejrenie,
Gdzie starcy się zbierają, usłyszałem słowa,
Że z ziemi chce korynckiej wola Kreontowa
Wydalić matkę z dziećmi. Czy prawda się mieści
W tych słowach, juścić nie wiem, chciałbym też w ich treści
Dopatrzyć się li kłamu... Odpowiedź nie łatwa.
PIASTUNKA.
A Jazon czyż dopuści, iżby jego dziatwa
Cierpiała, choć dla matki tak jest dzisiaj srogi?
PIASTUN.
Dawniejsze związki nowym ustępują z drogi:
On dziś już szczęścia domu swojego nie strzeże.
PIASTUNKA.
Zginiemy więc, gdy klęski łączą się dziś świeże
Z dawnemi, co nam dotąd biedne serca straszą.
PIASTUN.
Nie pora powiadamiać o tem panią naszą,
Dlatego trzeba milczeć. Weź-że to w rachubę!
PIASTUNKA.
Strasznego wy rodzica macie, dziatki lube!
Lecz ja mu źle nie życzę, wszak on moim panem,
Choć bliskich swych cierpieniem darzy niesłychanem.
PIASTUN.
Rzecz ludzka! Teraz widzisz, że człek zawsze kocha
Więcej siebie, niż innych. I ma racji trocha,
Choć często zysk go ciągnie. Toć, najoczywiściej,
I Jazon wzgardził dziećmi swemi dla korzyści.
PIASTUNKA.
A teraz niech się dziatwa do domu potrudzi.
Ty zaś ją trzymaj z dala od gromady ludzi
I nie wiedź przed oblicze zatroskanej matki.
Widziałam-ci ja wzrok jej, jak w zawiści rzadkiej
Kierował się w ich stronę. Snać coś złego knowa!
Wiem o tem, że w swym gniewie nie spocznie jej głowa,
Dopóki nie porazi swych ofiar. Zaiste!
Nie w swych, lecz w wroga gromy niech rzuca ogniste!
MEDEA (poza sceną).
O jej!
O miej-że litość, ty bolu, o miej!
O jej! A dlaczego nie zginę
W tę przeraźliwą godzinę?
PIASTUNKA.
To właśnie mówiłam, najdroższe me dzieci:
W jej serca znękanem gniew srogi się nieci!
O spieszcie coprędzej! O idźcie już w dom!
A baczcie, by na was nie spłynął jej grom!
Unikać wam trzeba jej dzikiej natury,
Jej myśli wzburzonej, jej duszy ponurej,
Zabójczym oddanej tchom.
O idźcie już, idźcie, biegnijcie coprędzej!
Już widzę, jak rośnie ten obłok jej nędzy -
Przed chwilą zaledwie dostrzegły go oczy,
A teraz jak rośnie w bolesnej swej mroczy
Ten potwór! Ach! stanie się rzecz niepojęta,
Gdy mściwy duch zerwie swe pęta.
MEDEA (j. w.)
Ajaj! Ajaj!
Zbyt wiele ja nieszczęść doznałam, to znaj,
Ty dziatwo wzgardzonej, shańbionej macierzy!
Niech piorun mej klątwy w twe życie uderzy:
I ojciec i dom niech zaginie!
PIASTUNKA.
O, jej mnie nieszczęsnej, o jej!
A jakiż ta dziatwa w ojcowskiej tej winie
Ma udział? Dla czegóż nienawiść twa do niej?
O dzieci wy biedne! A któż was obroni?
Zbyt chełpi się pycha wodzących dziś rej,
Zbyt gniew się nadyma tych władców, co, sami
Zbyt się nie krępując ustawy więzami
Krępują wciąż innych prawem samowoli -
Tylko gdzie jest równość, życie nas nie boli!
Nie pragnę ja bogactw, chcę li mieć ostoję
Bezpieczną na stare, słabe lata moje.
Dla umiarkowanych już w samem ich mianie
Dostatnia jest chwała, boć umiarkowanie
To dobro najwyższe! A kto je przekroczy,
Ten nigdy już szczęścia w swym domu nie zoczy.
A, mówię, dla domu stokrotnie jest gorzej,
Gdy nad nim gniew boski się sroży.
CHÓR.
Słyszałam-ci głosy, te skargi na losy,
Płynące z warg
Nieszczęsnej tej niewiasty kolchidzkiej. O, kiedy
Otrząśnie się, mów, stara! z swej straszliwej biedy?!
Że tak w niej pełno jest skarg!
PIASTUNKA.
Nie dom to już przecie! Przeminie na świecie
Blask jego! Co więcej! łożnicy książęcej
On spragnion, a ona, we łzach zatopiona.
Po swojej tej stracie narzeka w komnacie,
A któż ją pocieszy z przyjaciół jej rzeczy?
MEDEA (j. w.).
Ajaj!
O niechaj w mą głowę pociski gromowe
Uderzą, bo za nic mam żywot, gdy granic
Mój ból nie posiada! Ach! Ach! Oby blada
Przerwała już śmierć to me życie!
CHÓR.
O Zeusie! O światło! O ziemio! Słyszycie
Te skargi gorące, obficie płynące
Z warg najbiedniejszej z żon?
Szalona! Tęsknota, co sercem twem miota
I pcha tak zawzięcie w mężowskie objęcie,
Przyspieszy ci, mówię, twój skon!
Nie pragnij tego! Gdy on
Do innych zrywa się łoży,
Niech gniew się twój nie sroży:
W stosownej cię dobie Bóg pomści. Ty sobie
Daj spokój! Nie brnij po nim w zbytecznej żałobie!
MEDEA (j. w.).
O wielka Temido i ty Artemido!
Ach! w jakiej ja męce wzdyć ginę, gdy ręce
Przeklętymi śluby związał mi dzień zguby!
Niech ujrzą me oczy, jak klęska się stoczy
Na niego i na nią, co taką otchłanią
Cierpienia mnie raczą! Ach! z jakąż rozpaczą
Wspominam, żem, brata sprzątnąwszy ze świata,
Tak ciebie rzuciła, o ziemio ty miła,
O biedny ty ojcze rodzony!
PIASTUNKA.
Słuchajcie, jak bije ten głos w nieboskłony!
Ku mściwej Temidzie, do Zeusa on idzie,
Którego opieka ma śluby człowieka
Na oku!... Ja zasię nie widzę w tym czasie,
By zemsta zbyt mała ukoić zdołała
Tę naszą nieszczęsną kniahinię!
CHÓR.
Bogdajby się tylko zjawiła tu ninie
Przed naszem obliczem! Smagana tym biczem,
Bogdajby zechciała wraz
Nakłonić też ucha mej radzie, co ducha
Gniewnego rozbroi i serce ukoi,
Zrzuci zeń ciężki ten głaz!
Bo juścić w każdy ja czas
Przyjaciół popieram szczerze!
Idź, otwórz domu dźwierze
I wyznaj niebodze mą miłość... Lecz srodze
Ty spiesz się, nim swej zemście straszne puści wodze!
PIASTUNKA.
Uczynić to mogę, przecież czuję trwogę,
Czy mnie wysłucha?
Z miłości ku tobie przechętnie to zrobię,
Choć na domowniki sypie ogień dziki
Z płomiennej źrenicy. Żar jako u lwicy,
Co młode swe broni, skrzy się, jeśli do niej
Zbliżyć się odważy ktoś z sług i szafarzy.
Prawda jest w twem słowie, że nasi przodkowie
Nie wiele zmyślili mądrego tej chwili.
Gdy ludzkiej gromadzie przy tańcu, biesiadzie
Kazali obleśnie piać wesołe pieśnie,
Zaś nauczycieli myśmy w nich nie mieli.
Jak dźwięcznymi tony żywot zachmurzony
Rozjaśniać... Na świecie tak ciągle się plecie,
Że gdy ludzie smutni, to przenigdy lutni
Wielostrunnej dźwięki nie tłumią ich męki.
A oto wciąż gromy biją w nasze domy!
A oto - o losy! - nowe wciąż pokosy
Śmierć kładzie na łanie! Bodajby to granie
Koiło nam bole!... Lecz w biesiadnem kole
Pocóż pieśni trzeba, gdy sam widok chleba
Głodne serca cieszy ucztującej rzeszy?!
(Znika).
CHÓR.
Tysiącznych jęków rozkłębiona fala
Razi me uszy! Zamęt głosów wzrasta!
Nieszczęsna niewiasta
Na zdrajcę się łoża ślubnego użala!
Ku Zeusa córce, przysiąg strażniczce, Temidzie,
Ten krzyk cierpienia idzie!
Ona śród nocy do greckiej ją ziemi
Morzami niosła wzdętemi...
Z pałacu wychodzi
MEDEA.
Rzuciłam progi domu, korynckie me panie,
By waszej przypadkowo nie uledz naganie.
Pysznymi zwią tu wielu - wiem to -, że od ludzi
Wciąż stronią, zaś człek inny zarzut pychy budzi,
Że ciągle poza domu ścianami wystawa.
A innych wreszcie bliźnich spotyka niesława
I wzgarda za to znowu, że im życie płynie
W spokoju arcygnuśnym, w hańbiącym bezczynie.
Źrenicom świata słuszność jakżeż jest daleka!
Nie zdołał człowiek dotrzeć do serca współczłeka.
A już go nienawidzi, chociaż krzywdy żadnej
Nie doznał, zasię przybysz winien żywot składny
Prowadzić według ustaw gościnnego kraju.
Nie chwalę-ć ja też ludzi, co mają w zwyczaju
Dla samej tylko pychy pogardzać innymi.
Mnie los niespodziewanie pogrążył w olbrzymiej
Niedoli; niczem dla mnie uroki żywota.
Ku śmierci, o me drogie, pcha mnie dziś tęsknota.
Bo ten, w którym złożyłam wszystką moją wiarę,
Najgorszym stał się z ludzi. Za jakąż to karę
Z wszystkiego, co oddycha i myśli na świecie,
Najsroższy los się dostał nieszczęsnej kobiecie?
Małżonka trzeba cennem okupywać wianem,
Naszego ciała władcę - złem to niesłychanem,
Lecz gorszym traf: nie wiada, jakim mąż ten będzie,
Szlachetnym czy też podłym, stanąć bowiem w rzędzie
Rozwódek wstyd to wielki, nie można też męża
Odtrącać! A już darmo umysł się wytęża,
Jeżeli w obcym kraju i pod obcem prawem
Z człowiekiem ma się obcym połączyć niebawem.
Zaiste! trzeba być jej jako prorokinie,
Ażeby módz odgadnąć, azali nie zginie.
Lecz gdy się wszystko dobrze zakończy nareście,
Gdy mąż w tem jarzmie życia chodzi przy niewieście
Godziwie, los to godny zazdrości; gdy zasię
Inaczej ma się sprawa, śmierć li dobrą zda się.
Pozatem, gdy mężowi dolega coś w domu,
Uskarżyć się on przecie może lada komu,
Druhowi, z którym wyrósł, a my, złych katuszy
Doznawszy, musim własnej spowiadać się duszy!
A mówią też, iż życie prowadzim bezpieczne
W komnatce, kiedy oni na zatargi wieczne
Wyruszać muszą w pole, gdzie oszczepy warczą!
O głupcy! Trzykroć wolę ja stanąć pod tarczą,
Niż rodzić choć raz jeden! Ale to się ciebie
Nie tyczy: masz ojczyznę, masz swój dom, w potrzebie
Przyjaciół możesz znaleść, żywota rozkosze
Otworem ci tu stoją... Zato co ja znoszę!
Samotna, bez ojczyzny, zdrady mężowskiemi
Nękana, z obcej ku wam przywiedziona ziemi,
Ni matki, ani brata, ani żadnej siostry,
Do których mi się uciec w mej niedoli ostrej!
To jedno tylko raczcie mi spełnić: jeżeli
Wynajdę jakiś środek na mych krzywdzicieli,
Na męża i na ojca, co mu córkę dawa,
I na nią - jeśli wszystkich zniszczę według prawa,
Wy milczcie!.. Tak, kobieta będzie pełna trwogi
We wszystkiem; tchórz do wojny, z pochew broni srogiej
Nie wyjmie, lecz gdy ślubne zbezczeszczą jej łoże,
Nikt mściwszym ani krwawszym od niej być nie może.
CHÓR.
Uczynię tak, Medeo! choć mi nie dziwota,
Że tobą żądza pomsty i żal taki miota.
Lecz, widzę, Kreon idzie, władca tej dziedziny:
Zapewne jakieś świeże niesie ci nowiny.
Na scenę wchodzi
KREON.
Medeo strasznooka, swą zapalczywością........................................
Alkestis.
Osoby dramatu.
APOLLON, bóg delficki.
THANATOS, bóg śmierci.
ADMETOS król w Ferach, w Tessalji.
ALKESTIS (Alcesta), jego żona.
FERES, ojciec Admetosa.
EUMELOS, syn Admetosa i Alcesty.
CÓRKA ADMETOSA, osoba milcząca.
HERAKLES.
SŁUGA (pokojowa) Alcesty.
SŁUGA Admetosa.
CHÓR STARCÓW FEREJSKICH.
Rzecz dzieje się w Ferach.
Na scenie jawi się
APOLLON z łukiem i strzałami.
Domostwo Admetowe! Do bogów się liczę,
A chętnie tutaj życie wiodłem najemnicze.
Asklepios, syn mój, zginął, padł z ręki Zeusza.
Ugodzon jego gromem. Zawrzała ma dusza
I w gniewie zapalczywym od razu położę
Cyklopów, co pioruny wykuwają boże.
Za czyn ten juści Rudzic z zapłatą nie zwleka:
Rozkazał śmiertelnego obsługiwać człeka.
Pasałem mu więc woły, przybywszy w te kraje,
I dotąd, stróż obejścia, do posługi staję.
Sam zbożny, pana-m znalazł zbożnego, toż w pole\
Wywiódłszy dzisiaj Moiry, okazałem wolę
Zbawienia go od śmierci: przyrzekły boginie,
Że skon, który mu grozi, pewnikiem ominie
Latorośl Feretową, jeżeli za siebie
Wydoła inną z ofiar pomieścić w Erebie.
Przyjaciół obszedł wszystkich, zbadał druhów siła
I ojca i staruszkę, która go zrodziła,
Atoli, okrom żony, nikt nie pragnie końca,
Nikt nie chce się pożegnać z promieniami słońca.
Na rękach domowników teraz walczy ona
Ze śmiercią nieochybną: dzisiaj bowiem skona,
Gdyż ta jest postanowa. Ja zaś, by złowrogi
Nie skalał mnie dech śmierci, porzucam te progi
Tak miłe, boć już, widzę, Thanatos tu kroczy,
Umarłych święty patron, aby ją do mroczy
Sprowadzić Hadesowych - w porę tu się słania,
Zna dobrze ostatniego chwilę pożegnania.
THANATOS.
Ej! ej!
Co robisz u tych bram?
Po coś w ten przybył gród?
Wydzierać śmierci plon?
Prawa rabować nam?
Nie dość, że Mojry zwiódł,
Admeta wstrzymał skon
Ten krok podstępny twój,
Ty rękę, zbrojną w łuk,
Znowu podnosisz w górę,
By nowy stoczyć bój!
Od śmierci ratujesz dróg
Niewiastę, która, męża chcąc ratować, szczera,
Sama na śmierć się wybiera -
Peliasową córę!
APOLLON.
Nie! Słowa me i czyny, wierzaj, sprawiedliwe.
THANATOS.
Jeżeli sprawiedliwe, poco masz cięciwę?
APOLLON.
Zwyczajem mym jest zawsze nosić broń tę w dłoni.
THANATOS.
Bezprawnie łuk twój dobra tego domu broni
APOLLON.
Miłego przyjaciela los mnie niepokoi.
THANATOS.
Więc czepiasz się i drugiej dziś zdobyczy mojej?
APOLLON.
Me ręce i tamtego tuż ci nie wydarły.
THANATOS.
A czemuz on żyw jeszcze, choć miał być umarły?
APOLLON.
Przychodzisz po małżonkę, którą w zamian daje.
THANATOS.
I dzisiaj ją zabiorę w me podziemne kraje.
APOLLON.
Zabieraj! Nie wiem, jakby przekonać twą duszę.
THANATOS.
Ażebym nie zabijał, których zabić muszę?
APOLLON.
Uśmiercaj tych, co starość mają w zbytniej cenie.
THANATOS.
Rozumiem twoje słowa i twoje pragnienie.
APOLLON.
Czy może się Alkestis starości doczekać?
THANATOS.
Przenigdy! I ja lubię z swą władzą nie zwlekać.
APOLLON.
Lecz dziś ci tylko jedna duszyczka wygodzi.
THANATOS.
Nagroda dla mnie większa, gdy konają młodzi.
APOLLON.
I starej również pogrzeb bogaty się znaczy.
THANATOS.
Fojbosie! Kujesz prawa tylko dla bogaczy.
APOLLON.
Co mówisz? Mądry jesteś! Nie wiedziałem o tem.
THANATOS.
Bogacze śmierćby późną kupowali złotem.
APOLLON.
Więc nigdy mi twa łaska udziałem nie będzie?
THANATOS.
Nie, nigdy! Ty wiesz dobrze, co myślę w tym względzie.
APOLLON.
Wiem, ludzie nienawidzą cię za to i nieba.
THANATOS.
Pofolguj! Nazbyt wiele żądać ci nie trzeba.
APOLLON.
Ulegniesz niewątpliwie, choć jesteś tak srogi.
Albowiem mąż zawita w Feretowe progi -
Po zaprząg go wysyła w te mroźne dzierżawy
Trakijskie Eurystheusz -, który, przełaskawej
Doznawszy gościnności a Admeta, miłą
Małżonkę jego, widzisz, zabierze ci siłą.
[Nie zyskasz dzięków naszych, przeciwnie: jeżeli
To spełnisz, my nienawiść będziem k'tobie mieli.]
THANATOS.
Mów, gadaj, ile zechcesz, na nic to nikomu!
Niewiasta stanie dzisiaj w Hadesowym domu.
Idę po nią, poświęcę ją mieczem, bo święty
Dla bóstw podziemnych człowiek, moją bronią tknięty.
Odchodzą, jeden w jedną, drugi w drugą stronę.
Na scenie jawi się z dwóch półchórów złożony Chór starców ferejskich.
CHÓR.
Czemu tak w ciszy nasz pałac się pławi?
Dla czego milczy ten dom Admetowy?
Nikt się z przyjaciół nie zjawi,
Aby nam donieść o śmierci królowej.
Lub rzec, iż dotąd patrzy w słońca blaski
Ta, pełna chwalebnej łaski,
Alkestis, żona nad żony,
Nieprześcigniony
Płód Peliasa,
Białogłów wszystkich okrasa?
Może kto klaszcze w dłonie? Może
Zawodzi gorzko, jęczy srogo?
Może narzeka pośród łez,
Że ostateczny nadszedł kres?
U pałacowych wrót, na dworze
Nie widzi oko me nikogo!
Pomocą nam, Pajanie, słaż,
Nieszczęścia odwróć nam falę!
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
O żyje, gdyż inak rozbrzmiałyby żale.
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
Umarła już!
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Nie! jeszcze jest w doma ta droga kobieta!
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
Skądże tę pewność masz?
Bo ja nie łudzę już siebie!
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Nie szłaby samotnie małżonka Admeta
Do grobu! Nie! Władca nasz
Przy licznej ją świcie pogrzebie!
CHÓR.
U progów zamku gdzież święcona
Jest ona-ć woda, jak nam stare
Każą przepisy, kiedy w grób
Ma być wyniesion świeży trup?
Gdzież włosy ścięte, które łona
Żałobne zmarłym na ofiarę
Rzacają wraz u domu bram?
Gdzież w piersi się biją dziewice?
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
To dzisiaj rozstrzyga, że zgaśnie jej lice -
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
O nie mów nam!
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
- Że między umarłe zejść musi, pod ziemię...
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
Przez ciebie smutek legł
Na sercu i duszy tej mojej!...
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Nieszczęście gdy zwali na zacnych swe brzemię,
Musi żałować ich człek,
Co zawsze przy cnocie stoi!
CHÓR.
Gdziekolwiek zwróciłbyś łódź,
Czy do likijskich wybrzeży,
Czy gdzie bezwodna leży
Pustosz Ammona,
Nadzieję wszelaką rzuć!
I ona, ta nieszczęśliwa, stracona
Ach! już na wieki!
Dola okrutnie się spieszy!
Śród jakich przebywa pieleszy
Ofiarnik, co bóstwa przebłaga?
*
Gdyby żył jeden li płód -
Gdyby do dzisiaj w niebiosa
Spoglądał jeszcze Fojbosa
Syn ukochany,
Od Hadu wróciłaby wrót,
Na łany
Przyszłaby nasze z nieznanej
Drogi dalekiej!
On jeden wskrzeszał z mogiły,
Lecz strzały go Zeusa ubiły!
Skąd płynąć ma życia odwaga?
???
Wszystko nasz władca już czyni:
Krwią przesycony
Dym się unosi z świątyni.
Wszystkich już bogów ołtarze
W ofiarnym płonieją żarze,
A znikąd nie widać obrony!
Lecz patrz! Jedna z służebnic ku nam tutaj kroczy...
Z jakiemiż spieszy wieśćmi? We łzach są jej oczy!
(Do sługi wchodzącej na scenę)
Wzdyć godzi się narzekać, godzi wołać biada!,
Gdy państwu nieszczęśliwa dola się układa.
Lecz radzibyśmy słyszeć, czy żyje twa pani,
Lub czy też niema żadnej już nadziei dla niej?
SŁUGA (pokojowa).
Umarłą albo żywą zwijcież ją - jak chcecie!
CHÓR.
Któż może być wraz żywy i zmarły na świecie?
SŁUGA.
Pasuje się ze śmiercią, dni jej policzone.
CHÓR.
Nieszczęsny! Taki człowiek taką traci żonę!
SŁUGA.
Uczuje to pan wówczas, kiedy będzie po niej.
CHÓR.
Nadziei niema żadnej? Już się nie uchroni?
SŁUGA.
O nie! Jej czas już nagli... Umrze każdej chwili.
CHÓR.
A wszystko, co potrzeba, czy już zarządzili?
SŁUGA.
Strój gotów, w którym mąż ją do mogiły złoży.
CHÓR.
Niech wie, że ginie w chwale, ona, śród przestworzy
Słonecznych najgodniejsza między niewiastami.
SŁUGA.
I owszem! Najgodniejsza! Któżby się też z nami
Chciał sprzeczać? Bo i jakaż będzie białogłowa
Wybrana z pośród innych? Nie będąc gotowa
Umierać za małżonka, w jakiż większy sposób
Okaże mu swą miłość? Dla wszystkich to osób
W tem mieście rzecz wiadoma.. Lecz jak się sprawiała
W komnacie, posłuchajcie - dziwota niemała!
Widząca, że się zbliża dzień, ten wzór małżonki
Oblewa wodą z rzeki swe bielutkie członki
I potem, strój z cedrowej wydobywszy skrzyni,
Dostojnie się ozdabia, wreszcie modły czyni,
Stanąwszy u ogniska z słowami zbożnemi:
"O Pani! Ja już dzisiaj schodzę do podziemi,
Więc błagam raz ostatni, padłszy na kolana:
W opiece miej sierotki, niechże będzie dana
Małżonka jak najmilsza jednemu, przy drugiej
Niech mąż szlachetny stanie; oboje, twe sługi,
Niech wcześnie tak nie giną, jako ja, ich matka,
Lecz niechaj w swej ojczyźnie żyją do ostatka
W radości i weselu..." Potem ta kobieta,
Obchodząc, jakie tylko są w domu Admeta
Ołtarze, wieńczy wszystkie, modli się żarliwie,
Z gałązek mirtu zrywa zielone liściwie
Bez płaczu i bez jęku; żaden też jej twarzy
Nadobnej nie pokala cień bladości wrażej.
Dopiero, gdy dopadnie sypialni, nie może
Powstrzymać łez i powie: "O moje ty łoże!
Na tobie utraciłam dziewictwo, dla człeka,
Któremu dziś poświęcam swe życie. Daleka
Od gniewu, już cię żegnam! Ja tylko jedyna
Umieram dzięki tobie... A jaka przyczyna?
Nie chciałam zdradzić męża ni ciebie! Zapewne
Niebawem jakąś inną zdobędziesz królewnę - -
Jaśniejszą? Nie! Lecz chyba szczęśliwszą, zaiste!"
I padłszy, całunkami je zlewa, w rzęsiste
Zatapia łzy to łoże... A potem, do syta
Mająca już tych płaczów, żałobą okryta,
Oderwie się, ucieknie, opuści posłanie,
Ażeby znów powracać i rzucać się na nie.
Dziecięta, uchwyciwszy się matczynej szatki.
Wciąż płaczą, a zaś ona, zamknąwszy swe dziatki
W objęcia, już je żegna, że niby odchodzi
Na wieki!... Wszyscy w domu toną w łez powodzi,
Żałując swej kniahini. Ona dłoń podawa
Każdemu z domowników, na wszystkich łaskawa,
Każdego słuchająca, słówkiem odpowiedzi
Racząca i najmniejszych... Tak się oto biedzi
Admeta dom... On, zmarłszy, byłby zginął, juści!
Lecz teraz już do końca ból go nie opuści.
CHÓR.
Jak sądzisz? Czy Admetos czuje żal głęboki,
Iż żonę mu szlachetną rabują wyroki?
SŁUGA.
Narzeka, towarzyszkę bierze w swe ramiona
I błaga, by go droga nie odeszła żona.
Atoli nadaremnie!... Nieszczęsne to brzemię
Coraz to bardziej więdnie, opada na ziemię,
Lecz chociaż ledwie dyszy, chciałaby bez końca
Podnosić oczy swoje ku promieniom słońca...
Odchodzę, by twe przyjście zapowiedzieć pani.
Nie wszyscy do swych państwa tak są przywiązani
Ażeby im w nieszczęściu dodawać otuchy,
Lecz wy jesteście wierne tego domu druhy.
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Jej, Zeusie! Ach kiedy, o kiedy
Pozbędzie się dom nasz królewski
Ciężaru nieszczęsnej swej biedy?
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
Nadchodzi kto? Mam ciąć już włos?
Powiedzcie, czy może już trzeba
Żałobny przywdziać strój?
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Już nadszedł dzień! Spełniony los!
A przecież modły zanieśmy do nieba -
Największą mocą jest Bóg!...
CHÓR.
O władco mój,
Pajanie!
Wymyślże środek, ażeby się mógł
Admetos wydobyć z tej klęski!
Niech to się stanie! O niech się to stanie!
Był kiedyś czas,
Żeś zbawiał od śmierci! Zwycięski
Bądźże i dzisiaj i nas
Uwolnij od zbójcy Hadesa!
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
O biada ci, synu Fereta!
O jej! jej! O biada ci, biada,
Że taka cię rznca kobieta!...
DRUGIE PÓŁCHÓRU.
Ach! lepiej snać przyłożyć nóż
Do grdyki! Ach! lepiej, byś sobie
Na kark zarzucił sznur.
PIERWSZE PÓŁCHÓRU.
Nie droga, o! najdroższa już
Umiera-ć małżonka! Dziś w grobie
Spocznie na wieków wiek!...
CHÓR.
Na dwór, na dwór
Spojrzyjcie!
Ona to idzie wraz z mężem!... O, człek
Najlepszy ci ginie, ty miasto
Ferejskie! O. płaczcie! O, w piersi się bijcie!
Odchodzisz nam,
Ty najgodniejsza niewiasto!
Złamana, zstępujesz do bram
Podziemnych przybytków Hadesa!...
Nigdy nie powiem, by więcej wesela
Było w małżeństwie, niż bólu...
Dowodów na to przeszłość mi udziela,
A i na naszym widzę to dziś królu,
Co, najzacniejszą tracąc oto żonę,
Niepocieszone
Będzie miał życie
Na zawsze!
Na scenę wchodzi Admetos z opartą na jego ramieniu Alcestą oraz dziećmi.
ALKESTIS.
Słońce! Światłości! Błękicie!
O lotne wy obłoki, krążące po niebie!
ADMETOS.
Obojga nas nieszczęsnych widzą, mnie i ciebie...
Za jakie ty nas winy karzesz śmiercią, Boże!?
ALKESTIS.
Ziemio! Dworzyszcze! Ty łoże
Dziewicze w ziemi Iolka, w mej ojczyźnie lubej!
ADMETOS.
O, krzep się, krzep, ty biedna! Ratuj mnie od zguby,
Do bogów zanoś modły, nuż pomogą oni!
ALKESTIS.
Widzę! ach! widzę już
Tę dwuwiosłową łódź.
Jej stróż,
Przewoźnik zmarłych, Charon, z żerdzią w dłoni,
Woła już na mnie: "Pódź!
Czas pruć, czas pruć
Falę tej toni!
Dlaczego zwlekasz? Pódź!!!"
ADMETOS.
O strasznym ty mi prawisz przewozie, o łodzi
Okrutnej! Dolo-ż dolo! Czyż bić tak się godzi?
ALKESTIS.
Ach! Już mnie ciągnie, ach!
Nie widzisz go? O jej!
Pod dach
Umarłych ciągnie mnie Hades!. Te oczy
Straszne! Miej litość, miej!
Do jakich rwiesz mnie kniej?!
Do jakich mroczy?
Puść-że mnie, puść!... O jej!
ADMETOS.
Ból sprawiasz przyjaciołom, przedsię ja i dziatwa
Najbardziej go czujemy. Dola to niełatwa...
ALKESTIS.
Puśćcie mnie, puśćcie! o!
Spocznę! Nie czuję stóp!...
Grób! Grób!
Gdzie moja moc?
Oczy przyćmiewa mi noc!
Dzieci! Dzieci!
Nie macie już matki, nie macie!
Nie płaczcie po stracie,
Niech słońce radośnie wam świeci,
O dzieci!
ADMETOS.
Gorze mi! gorze!
Cóż to za mowa jest sroga?
Sroższa i śmierć być nie może!
Na Boga
I na te dziatki,
Które pozbawiasz matki,
Nie spełniaj na mnie tej zdrady!
Nabierz odwagi, siły!
Bo zejdziesz-li do mogiły,
I dla mnie nie będzie już rady:
W tobie ma śmierć i me życie,
W tobie ja wielbię miłość...
ALKESTIS.
Admecie, oto widzisz, jak się los mój splata -
Chcę wolę swą wyjawić, nim zejdę ze świata:
Kochałam cię i pragnę ponad życie własne,
By tobie było danem patrzeć w słońce jasne.
Umieram, chociaż mogłam przeżyć dzień twej zguby
I z którymś z Tessalczyków wejść w małżeńskie śluby
I w domu tym królewskim szczęsną dzierżyć władzę.
Lecz myśląc, że bez ciebie żyć już nie poradzę
Wraz z temi sierotkami, odsunęłam dary
Młodości, radujące mą duszę. Zaś stary
Rodziciel twój i matka haniebnie zdradzili
Twą sprawę: Umierając, mogli tejże chwili
I syna uratować i zakończyć w chwale.
Tyś jeden im pozostał, nie mieli też cale
Nadziei po twej śmierci inną zyskać dziatwę.
I jabym wówczas żyła i ty miałbyś łatwe
Godziny niesamotne, a nie tak bez żony
I z dziećmi sierotami... Że dziś takie plony
Zbieramy, jakiż bóg to zarządził? Niech będzie!
Lecz jedną ty mi wyświadcz dziś łaskę, w łask rzędzie
Największą - już o równą ja cię nie poproszę,
Boć nie ma nic nad życie, w niem wszystkie rozkosze.
Rzecz słuszna, sam to przyznasz: czując, jak należy,
Miłujesz lube dzieci nie mniej od macierzy:
Wychowaj je na domu królewskiego panów,
Macochy im nie dawaj: nad tem się zastanów,
Że gorszą będąc żoną, duszę nie tak miękką
Mająca, z nienawiści rzuci się z swą ręką
Na dziatki, które serce twe i moje kocha.
Więc błagam, nie czyń tego! Albowiem macocha
Nie lepszą jest od żmii, wroga jest i obca
Dla dobra swych pasierbów. Jeszcze losy chłopca
Znośniejsze, bo ma w ojcu potężną podporę.
Lecz ty, moja córuchno, nie zawołasz gore?!
Jak spędzisz czas dziewictwa? Jakaż w dom rodzica
Małżonka wejdzie druga? Czy nie spłoną-ć lica,
Gdy ona twoją młodość zniesławi, że oto
Odejdą zalotniki? O moja sieroto!
Nie odda ciebie matka mężowi, nie stanie
Przy tobie, gdy położne-ć zgotują posłanie,
Gdy niema nic nad drogą pomoc rodzicielki...
Mam zginąć i nie jutro ni po jutrze wielki
Ten los mój się wypełni, jeno dzisiaj właśnie
Do zmarłych mnie zaliczą... Więc niech wam nie gaśnie
Radosny promień życia!... Żegnajcie!... Ty, słodki,
Najlepszą miałeś żonę, a wy, me sierotki,
Macierzą się najlepszą pochlubić możecie.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Spokojna bądź, ja oń się nie lękam, wiem przecie,
Że wszystko ci wypełni, chyba - oszaleje!
ADMETOS.
Wypełnię, o, wypełnię! Miej-że tę nadzieję!
Za życia ma jedyna, będziesz nią po skonie.
Do żadnej z tessalijskich dziewic nie zapłonie
Me serce, żadna mężem zwać mnie swym nie będzie.
Bo która-ż może z tobą się mierzyć i w względzie
Zacnego pochodzenia i takiej uroczej
Postaci? A i dzieci mam dosyć... Te oczy
Ku niebu dzisiaj zwracam, iżbym miał z nich radość,
Nie mogąc mieć jej z ciebie... Sercu czyniąc zadość,
Nie myślę też, małżonko, chodzić rok w żałobie,
Lecz całe będę życie nosił ją po tobie.
Rodzonej nienawidzę, nie jej też jedynie,
Lecz razem z nią i ojca, albowiem nie w czynie,
A w słowach okazali swą miłość... Ty zato,
Co miałaś najdroższego, dajesz mnie, bogato
Ratując moje życie. Jakżeż mi nie płakać,
Wspólnicę taką tracąc. Przestanę-ć ja skakać,
Przestanę się radować przy biesiadnym stole,
Uwieńczać tego czoła już ja nie wydolę,
Zarzucę ja muzykę i wszelakie, pieśni,
Co dom mój rozsadzały... Nie ujrzą rówieśni,
Ażebym kiedykolwiek, aż do mego skonu,
Miał w sobie jeszcze chętkę do strun barbitonu,
Ażebym przyśpiewywał do libijskiej fletni,
Gdyś ty mi wzięła radość żywota.. Uświetni
Łożnicę mą twój posąg, arcydzieło mistrza:
Upadać będzie przed niem miłość najognistsza
I biorąc je w objęcia i twoje nazwisko,
O żono, wymieniając, uwierzy, iż blisko
Ty jesteś!... Lecz niestety! rozkosz to lodowa,
A przecież dla mej duszy ulgę w sobie chowa...
I w snach mi się pojawisz i dodasz otuchy,
Boć słodko jest oglądać w takiej nocy głuchej
Przyjaciół, skoro zechcą ukazać się we śnie...
Ach! Gdybym Orfeusza język miał i pieśnie
Mógł nucić tak czarowne, o sile tak szczerej,
Ażeby niemi wzruszyć córkę Demetery
I męża jej i hymnem wyciągnąć cię z Hadu,
Zstąpiłbym do podziemi bez obawy śladu -
Nie strwożyłby mnie Pluto ani bestya dzika,
Ów brytan, nie lękałbym się dusz przewoźnika,
Charona - zszedłbym k'tobie i wywiódł do słońca.
Tak, zasię, czekaj mnie tam aż do mego końca.
Przygotuj dom, abyśmy, jako dzisiaj u mnie,
Mieszkali razem z sobą. W cedrowej się trumnie
Rozkażę (wskazując na dzieci) im pochować, członki swe przy tobie
Wyciągnę, bym z małżonką tak wierną i w grobie
Pozostał już na zawsze...
PRZODOWNIK CHÓRU.
Jako przyjaciele
Ze swymi przyjacioły, i ja ból twój dzielę
Nad dolą takiej pani... Zasługuje na to.
ALKESTIS.
O dziatki! Słyszałyście, co powiedział tato,
Że nigdy drugiej żony w dom ten niewprowadzi,
Ażeby nie ukrzywdzić nas, swojej czeladzi.
ADMETOS.
I teraz to powtarzam i dotrzymam słowa.
ALKESTIS.
Więc weź je dziś z mej ręki, oddaję gotowa.
ADMETOS.
Przyjmuję z rąk twych rzadkich podarunek rzadki.
ALKESTIS.
Od chwili tej zastępuj ty im miejsce matki.
ADMETOS.
Zastąpię, boć jaż ciebie nie zastąpi inna.
ALKESTIS.
Że muszę też umierać, kiedym żyć powinna!
ADMETOS.
O biada! Cóż ja zrobię bez małżonki mojej!
ALKESTIS.
Co znaczy, że ktoś umrze! Czas ci ból ukoi.
ADMETOS.
O weź mnie, weź mnie z sobą! Proszę cię, na nieba!
ALKESTIS.
Już ja za ciebie konam, więcej nas nie trzeba.
ADMETOS.
Ach, jakiej-ż ty małżonki pozbawiasz mnie, Boże!
ALKESTIS.
Mrok pada mi na oko, patrzeć już nie może.
ADMETOS.
Stracony-m ja bez ciebie! Tyś moja podpora!
ALKESTIS.
Przemawiasz do umarłej, żyłam-ci ja - wczora!
ADMETOS.
O podnieś-że oblicze, nie opuszczaj dziatek.
ALKESTIS.
Nie chętnie ja odchodzę, żegnam - na ostatek!
ADMETOS.
O racz-że spojrzeć na mnie! O spojrzyj!..
ALKESTIS.
Już po mnie!
ADMETOS.
Opuszczasz je? Co czynisz?
ALKESTIS.
Żegnaj mi - niezłomnie!...
(Kona).
ADMETOS.
Zgubiony-m ja na wieki! Nieszczęsny! Zgubiony!
CHÓR.
Spojrzyjcie! Już tu niema Admetowej żony!
EUMELOS.
O jej mi, o jej! Co za los!
Matusia, ojcze, nie widzi już słońca,
Już kroczy
W grób!
O gub mnie, gub!
Sierotą zostanę do końca!...
Patrz, na te oczy,
Na sztywne te dłonie!...
Posłysz, matulu, mój głos!
Posłysz, o posłysz, matulu!
We wielkim wołam cię bólu.
Do ust swych przyciśnij me skronie!...
ADMETOS.
Już ona nie usłyszy, już nie spojrzy na cię!
My obaj nazbyt ciężkiej ulegliśmy stracie.
EUMELOS.
Tak młody, a jestem już sam!
Matka mnie droga rzuciła, rzuciła
Na zawsze!
Ach!...
Zatonę w łzach
Na taką dolę! O miła
Siostrzyczko! Najkrwawsze
Ach! dni nas spotkały!
O biada, ojczusiu, nam!
I ty bez żony, bez żony
Przeżyjesz dni, opuszczony;
Z jej śmiercią nasz dom zginie cały!
CHÓR.
Konieczność nakazuje znosić to, Admecie!
Nie pierwszy ni ostatni ty jesteś na świecie,
Co godną tracisz żonę. Wiedz to, mus nas woła,
Śmierć wszystkich nas z ludzkiego pozabiera koła.
ADMETOS.
Wiem o tem i nie dotknął los ten niespodzianie
Mej duszy. Przeczuwałem ja, że to się stanie
I srodze się martwiłem... Lecz teraz odchodzę,
Zarządzę, co potrzeba w tej ostatniej drodze,
Was tutaj pozostawiam, abyście peany
Błagalne zanucili dla nieubłaganej
Wszechmocy Hadesowej. Mieszkańcom Tessalji,
Podwładnym mym, polecę, iżby się przybrali
W żałobne, czarne szaty i postrzygli włosy
Po śmierci mej małżonki. I wy, którym losy
Kazały kiełzać czwórki czy luźne źrebięta,
Pomnijcie, aby grzywa ich była odcięta
Od szyji. Przez dwanaście miesięcy w tem mieście
Nie wolno też grać lutniom czy fletniom. Niewieście
Najdroższej sprawiam pogrzeb.. Żadne nie kochały
Tak męża... Zmarła za mnie, więc godna tej chwały.
CHÓR.
O córko Peliasowa,
Żegnaj! Uchodzisz już
W te bezsłoneczne podziemia -
Hadesu czeka cię próg.
Ale niech sobie w pamięci zachowa
Ten czarnowłosy bóg
I ten przewoźnik dusz,
Starzec oparty o wiosła,
Że z wszystkich, o ze wszystkich istot, jakie kiedy
Poprzez Acheront niosła
Ta jego barka sosnowa,
Najszlachetniejszą ty jesteś.
*
Mnodzy śpiewają pieśniarze
Hymny na twoją cześć -
Przy siedmiostrunnej je lutni
Śpiewają w halach gór,
A zaś bez gęśli składa ci je w darze
Spartańskich piewców chór,
Kiedy się księżyc ma wznieść
Wczas Karnejskiego miesiąca.
By, obieg swój spełniając, w pełnym zalśnić blasku!
A i w Atenach gorąca
Żyje twa chwała w parze
Z pieśnią, zrodzoną z twej śmierci!
???
Gdybym ja władzę tę miał,
Zstąpiłbym w Hadu otchłanie
I, podziemnego tnąc Kocytu wał,
Przywiódłbym ciebie z powrotem
Na słońce!
Ty bowiem, w białogłów rzędzie
Jedna jedyna,
Męża swym własnym zbawiłaś żywotem
Od zguby.
O niechaj lekką ci będzie
Ta glina!
A gdyby swego zdradzając obrońcę,
Ponowne chciał zawrzeć śluby.
Wzdyć nienawistnym się stanie
Mnie i twym dzieciom...
*
Nie chciały zań uchodzić w dół
Te kroki tak chwiejne matki
I stary ojciec czyż chęć w sobie czuł,
Aby ocalić swą własną
Dziecinę?!
A cóżby to siwym szkodziło
Włosom tych ludzi?
I oto dzisiaj twoje oczy gasną
Przymglone,
Gdy żyć młodości tak miło!
O budzi
Żądza się we mnie, by w szczęsną godzinę
Tak wierną posiadać żonę!
Ale to skarb jest zbyt rzadki
W tem życiu człeka!...
Na scenę wchodzi
HERAKLES.
Druhowie, te ferejskie zajmujący kraje,
Admetos czy jest w domu? Jakżeż wam się zdaje?
PRZODOWNIK CHÓRU.
Jest w domu syn Fereta. Tylko. Heraklesie.
Odpowiedz, co też ciebie do Tessalji niesie?
Co w gród nasz cię przygnało, wiedzieć mam ochotę.
HERAKLES.
Eurystej tyryntyjski śle mnie na robotę.
PRZODOWNIK CHÓRU.
A dokąd się kierujesz? Cóż to jest za bieda?
HERAKLES.
Po czwórkę trakijskiego spieszę Diomeda.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Wydołasz? Cudzoziemiec ten czy jest ci znany?
HERAKLES.
Nie! Nigdy nie wkraczałem na bistońskie łany.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Zaprzęgu nie zdobędziesz bez walki i boju.
HERAKLES.
Nie mogę żadną miarą zbyć się tego znoju.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Powrócisz, zmógłszy wroga, zostaniesz, zmożony.
HERAKLES.
Czyż dla mnie to pierwszyzna takie krwawe gony?
PRZODOWNIK CHÓRU.
Cóż zyskasz, gdy z twej ręki padnie władca taki?
HERAKLES.
Tyryntyjskiemu panu powrócę rumaki.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Nie łatwo je okiełzać - koń nie będzie słuchał.
HERAKLES.
Byleby tylko z nozdrzy ogniami nie buchał.
PRZODOWNIK CHÓRU.
I ludzi ząb ich miażdży, nieraz tak wypadło.
HERAKLES.
Nie koński żer to, zwierza górskiego to jadło.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Zobaczysz, ich koryto całe w krwi czerwieni.
HERAKLES.
A czyim-że się synem ich żywiciel mieni?
PRZODOWNIK CHÓRU.
Pan Traków jest mu ojcem, Ares złototarczy.
HERAKLES.
Niezwykłą ci mnie pracą zawsze los obarczy,
Przetwarde i przegórne nakłada mi czyny,
Każący mi do walki Aresowe syny
Wyzywać, jako było z Lykaonem wprzódy,
A potem zaś z Kyknosem. Teraz nowe trudy
Czekają mnie z zaprzęgiem - zapasy to trzecie -
I z groźnym jego panem. Ale któż na świecie
Rzec może, iż Alkmeny syn się czegoś lęka,
Że drży na widok wroga Heraklesa ręka?
CHÓR.
O widzę, jest i pan nasz, Admetos! Porzucił
Pałacu swego progi i ku nam się zwrócił.
Zjawia się
ADMETOS.
Zawitaj, synu Zeusa, plemię Persejowe.
HERAKLES.
I ty, królu Tessalji! Szczęście na twą głowę!
ADMETOS.
O, chciałbym!... Wiem, że dla mnie życzliwość jest w tobie.
HERAKLES.
Dlaczego włos przystrzyżon? Przychodzisz w żałobie?
ADMETOS.
Dziś jeszcze martwy zewłok mam rzucić w mogiłę.
HERAKLES.
Niech Bóg od tego chroni twoje dziatki miłe.
ADMETOS.
Me dziatki, którem spłodził, żyją dotąd w domu.
HERAKLES.
Jeżeli odszedł ojciec, czas mu był jak komu.
ADMETOS.
I ojciec mój i matka żyją do tej pory.
HERAKLES.
Małżonkę twą, Alkestis, zabrał los zbyt skory?
ADMETOS.
I to mógłbym powiedzieć i tamto - niewiada.
HERAKLES.
Że zmarła czy iż żyje, twój mi język gada?
ADMETOS.
Że jest i że jej niema... Cóż me serce pocznie?!
HERAKLES.
Wiem tyle, co i przedtem; mówisz, jak wyrocznie.
ADMETOS.
Czy nie wiesz, jaka dola przeznaczona dla niej?
HERAKLES.
Wiem jedno: Chciała tobie oddać życie w dani.
ADMETOS.
Nie żyje, kto już umarł i kto ma umierać.
HERAKLES.
Różnica być lub nie być! O co się tu spierać?
ADMETOS.
Tak sądzisz, Heraklesie, ty, ja zaś inaczej.
HERAKLES.
Czy umarł kto z przyjaciół? Cóż ten płacz twój znaczy?
ADMETOS.
Niewiasta. O niewieście wspomniałem już wprzódziej.
HERAKLES.
Swojaczka, czy też z obcych pochodząca lodzi?
ADMETOS.
Nie, obca, lecz należy do niezbędnych osób.
HERAKLES.
W twym domu, przyjacielu, w jakiż zmarła sposób?
ADMETOS.
Sieroctwo tu spędzała po rodzica stracie.
HERAKLES.
Ach! czemuż, Admetosie, spadł ten smutek na cię?!
ADMETOS.
Dla czego? Jakiż powód mówić ci to każe?
HERAKLES.
Gościny nie użyczą inni gospodarze.
ADMETOS.
Nie może być! Tej krzywdy nie zawdzięczę tobie!
HERAKLES.
Namolny gość dla ludzi, którzy są w żałobie.
ADMETOS.
Kto umarł, ten-ci umarł... Idź do swych pokoi!
HERAKLES.
Pożywiać się przy smutnych chyba nie przystoi.
ADMETOS.
W oddzielnych cię komnatach gościnnych umieszczę.
HERAKLES.
Tysiączne przyjmij dzięki, lecz puść mnie dziś jeszcze.
ADMETOS.
Nie puszczę cię w gościnę innego człowieka.
(Do pokojowca)
A ty co tchu otwieraj leżące z daleka
Pokoje i szafarzom poleć, niech obficie
Zastawią stół jedzeniem. A potem pomnijcie,
By zamknąć drzwi środkowe. Druh dziś u nas gości,
Nie chcemy, by go nasze trapiły żałości.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Go czynisz? W tak okrutnym zostający bólu,
Ty jeszcze śmiesz ugaszczać? Oszalałeś, królu?
ADMETOS.
A gdybym pójść mu kazał i z domu i grodu,
Nie byłobyż większego nagany powodu?
Nie zmniejszyłby się ból mój ani o drobinę,
A ja niegościnności ponosiłbym winę.
Do zła. co spadło na mnie, i toby dodano,
Że dom mój nieprzyjaźny - ohydne to miano.
Pozatem, gdy w argiwskiej spiekłej będę ziemi,
Mój gość mnie ramionami przyjmie otwartemi.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Więc czemu taisz przed nim, czem cię los obdziela,
Jeżeli, jak powiadasz, masz w nim przyjaciela?
ADMETOS.
Nie byłby nigdy zaszedł w mego domu progi,
Wiedzący, jaki ból mnie opanował srogi.
Szalonym zwiesz, przyganiasz, lecz ja się nie piszę,
Ażeby od drzwi swoich odpędzać przybysze.
CHÓR.
O ty gościnny, otwarty
Domie naszego dziedzica!
Sam-ci pityjski Apollo
Do twych zapukał wrótni,
Sam ci nie wahał się pasać
Twych trzód.
I on, Admecie, wspaniały mistrz lutni,
Kiedy tak stada swe wiódł
Pośród upłazów i zboczy,
Pasterskie pieśni, ochoczy,
Na skromnej wygrywał piszczałce.
*
I, przywabione twem graniem,
Pasą się razem pstre rysie;
Z jarów otryjskich, z ostępów,
Lwów krwawa pędzi gromada.
Gdy zabrzmią struny twej lutni
Śród gór,
Jeleń graniasty wypada,
Rzuca, Fojbosie, swój bór
I, mknący lekkiemi stopy,
K'tobie przybiega w te tropy,
By chłonąć słodycz twych dźwięków.
???
Licznemi obdarzon trzody,
Panuje dziedzic nasz młody,
W bogatym rozpiera się dworze
Przy szklistem, bojbijskiem jeziorze,
Sięgają ci jego polany
I orne, zasiane łany
Po molossyjskie okraje,
Gdzie słońce z zaprzęgiem swym staje,
Sięgają po Pelion, co leży
U pustych egejskich wybrzeży.
*
I teraz otwiera swe dźwierze,
Gościa przyjmuje szczerze,
Na radość się oczy nie silą,
Żona mu zmarła przed chwilą.
Wie mąż szlachetny, jak trzeba
Zachować się godnie! O, nieba
Dają tę mądrość cnej duszy!
Więc sobie serce me tuszy,
Że jeszcze szczęście mieć można,
Że zyska je dusza ta zbożna.
ADMETOS.
Życzliwi przyjaciele, ferejscy mężowie!
Nieboszczka ma do grobu wszystko, co się zowie,
I służba już ją niesie na stos i do dołu,
Wy przeto jak się godzi, oddajcie pospołu
Hołd zmarłej w tej ostatniej na świecie podróży.
PRZODOWNIK CHÓRU.
I ojca twego widzę - patrzaj, jak się nuży
Ten starzec! Za nim świta niesie dla twej żony
Ozdoby, radość zmarłych, dar im przeznaczony.
Na scenie jawi się
FERES.
Przychodzę, by okazać współczucie twej doli,
Mój synu!... Każdy przyznać to musi, że boli
Utracić żonę zacną i mądrą, w istocie!
A jednak trzeba znosić nieszczęść choćby krocie!...
Weź strój ten, niech z nią idzie do grobu. Jej zwłoki
Należy się tak uczcić, albowiem z głębokiej
Miłości dała życie za ciebie, jedyna
Z małżonek, i mnie, ojcu, zachowawszy syna,
Nie zniosła, bym w sieroctwie spędził lata stare.
A wszystkim białogłowom pokazała miarę
Żywota szlachetnego, spełniając coprędzej
To dzieło... Ty, co dziecko mi zbawiasz i z nędzy
Tak wielkiej nas podnosisz, żegnaj! Tam, w Hadesie,
Niech dobrze ci się dzieje!... To mi żona zwie się!
Mieć taką, albo nigdy żony nie brać sobie.
ADMETOS.
O, nie na me wezwanie stajesz przy jej grobie
I twa obecność tutaj nie jest mi też miła
I stroju, któryś przyniósł, nie ujrzy mogiła -
Bez niego swą małżonkę pochowam. Nie! Wtedy
Trza było mi pokazać współczucie, gdy z biedy
Wydostać się nie mogłem! Lecz tyś wówczas stronił
I dzisiaj ty, coś młodej umierać nie bronił,
Jakkolwiek jesteś starcem, jakże śmiesz te żale
Wygłaszać przy jej trumnie? Powiadam, że wcale
Nie jesteś moim ojcem, a i tej, co zwie się
Mą matką, nigdy matką nie nazwę. Feresie,
Jakiegoś niewolnika krew dała mi życie
I potem ktoś mnie żonie twej podrzucił skrycie,
Ażeby mnie karmiła... Dość mamy dowodu,
Co zacz ty, i nie z twego wyrosłem ja płodu!
Podobnych, jak ty tchórzów, nie ma tu zbyt wielu:
Człek w latach, u żywota stojący już celu,
Odwagi ani woli-ś nie miał, by za dziecko
Poświęcić się! To obce, to biedne kobiecko
Na śmierć wyście wysłali, ją mi się należy
Za ojca mieć drogiego i za skarb macierzy.
A przecież umierając za mnie, dziecię twoje,
Na schyłku swym jak piękne byłbyś stoczył boje,
Albowiem czas ci jeszcze przeznaczon li krótki.
Zaś ja, żyjący dalej, nie popadłbym w smutki
Sieroctwa... Wszelkie szczęście, jakie człek mieć może,
Tyś posiadł: Wszakżeś władał w tym królewskim dworze
Od młodu i następca wyrósł ci też we mnie,
Że chyba ci się lękać było nadaremnie,
Iż tron twój w razie śmierci bezdzietnej przypadnie
Obcemu. Trudno ci też powiedzieć, żem zdradnie
Twych lat sędziwych nie czcił i że z tej przyczyny
Nie chciałeś, aby dalej żyć mógł twój jedyny.
Rodziców nikt szanować nie umiałby więcej
I oto za ten ogrom miłości dziecięcej
Tak wy mnie dziś płacicie! O dziatwę się nową
Postaraj jak najprędzej, co siwą twą głową
Zajmować się tu zechce i ogarnie ciebie,
Gdy skończysz, i twe zwłoki uczciwie pogrzebie,
Ja tego nie uczynię tą ręką!... O ile
Od woli twej zawisło, ja leżę w mogile,
Lecz jeśli mnie kto inny wybawił z tej matni,
Swym ojcem zwać go będę i jak najdostatniej
O wiek się jego troszczyć. Ty obłudo świata!
Narzeka człowiek stary na zbyt długie lata
I umrzeć jest gotowy, lecz gdy przed obliczem
Śmierć stanie, to starości brzemię jest mu niczem.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Przestańcie! Dość już mamy nieszczęścia, więc czemu
O synu, występujesz przeciw ojcu swemu?
FERES.
Czy mniemasz, iż kupiony za grosz z kiesy twojej
Lidyjczyk lub mieszkaniec Frygji tutaj stoi,
Że łajać go masz prawo? Nie wiesz, żem z Tessalji,
Żem wolny się urodził? Urągaj mi dalej
W swej pysze młodocianej! Nie daruję-ć sromu!
Na pana-m cię wychował królewskiego domu,
Lecz życie dać za ciebie?... Któż na to nastaje?
Praojców przepis jakiś? Helleńskie zwyczaje?
Sam sobie-ś jest, szczęśliwy czy też nieszczęśliwy;
Jam dał ci, com był winien. Berłu twemu niwy
Rozległe podlegają, przemnogie też pola
Przypadną ci w dziedzictwie, tak, jak mnie je wola
Ojcowska przekazała. I jakież ja tobie
Wydzieram dzisiaj skarby? Cóż ci złego robię?
Nie każę-ć, byś zmarł za mnie, więc gdzież jest potrzeba
Umierać mnie za ciebie? Słoneczne cię nieba
Radują, zaliż ojca radować nie mogą?
Tam, w dole, żywot długi, lecz słodyczą błogą
Jest żyć tutaj na ziemi, właśnie, że się na niej
Tak krótko przecież żyje!... Każdy ci to zgani,
Że, aby żyć nad kres swój, z góry-ć przeznaczony,
Nie wahasz się uśmiercać swojej własnej żony.
Mnie tchórzem zwiesz, a powiedz, gdzie większy wyrasta
Tchórzliwiec ponad człeka, którego niewiasta
Zwycięża, za pięknego konając młodziana?
Przechytra to jest droga, cnie wymędrkowana:
Nie umrzesz juści nigdy, jeśli każdą nową
Przekonać zdołasz żonę, aby własną głową
Łożyła za twe życie! Jakżeż hańbić można
Najbliższych, że nie czynią, co ci myśl ostrożna
Tak samo czynić wzbrania? Milcz! Sam kochasz ziemię
I dziwisz się, że w innych myśl ta sama drzemie.
Poprzestań lżyć! Gdy jeszcze co twój język doda,
Odemnie wielce słuszna spotka cię nagroda.
PRZODOWNIK CHÓRU.
Dość słów już powiedziano teraz i przed chwilą,
Tak hańbić, niech się, starcze, słowa twe nie silą!
ADMETOS.
Swe rzekłem, ty mów swoje; gdy cię prawda boli,
Więc pocóż taka wina przeciwko mej doli?
FERES.
Za ciebie umierając, większej dam dowody.
ADMETOS.
To jedno, czy umiera stary czy też młody?
FERES.
Nie dwa, lecz tylko jedno życie ludziom służy.
ADMETOS.
Czy może chciałbyś nawet żyć od Zeusa dłużej?
FERES.
Na ojców swych niewinnych tak się syn mój sroma?
ADMETOS.
Smakuje-ć długi żywot, sprawa to wiadoma.
FERES.
A ty czy dziś nie grzebiesz tej zmarłej, miast siebie?
ADMETOS.
Tchórzostwa twego dowód mamy w tym pogrzebie.
FERES.
Nie za mnie-ć ona zmarła! Próżne rozhowory!
ADMETOS.
Bodajbyś potrzebował kiedy mej podpory!
FERES.
By miał kto ginąć za cię, bierz żonę po żonie!
ADMETOS.
Żeś niechciał umrzeć, wstydem niech ci lico spłonie!
FERES.
Przesłodka ach! przesłodka jest ta światłość boska!
ADMETOS.
Niegodna-ć jest mężczyzny taka chęć i troska.
FERES.
Śmiejący się ty starca nie pochowasz w grobie.
ADMETOS.
Gdy umrzesz, wzdyć niesława zostanie po tobie.
FERES.
Po śmierci już mnie żadna nie sięgnie zniewaga.
ADMETOS.
Bezwstydną bywa starość, aż serce się wzdraga.
FERES.
(pokazując na zmarłą Alkestis).
Bezwstydną ta niebyła, tylko pozbawioną
Rozumu.
ADMETOS.
Idź-że precz stąd! Pozostaw mnie z żoną.
Pogrzebać mi ją pozwól!...
FERES.
Grzeb ją, grzeb! Morderca!
Zapłacisz ty jej krewnym! Nie miałby już serca
Męskiego cny Akastos, gdyby nie był ostry
W swej pomście za to życie swej rodzonej siostry.
ADMETOS.
Bodajbyś szczezł! Bodajby i ta szczezła ninie,
Co z tobą mieszka razem! Niech starość wam minie
Bezdzietna, choć przy życiu zostało wam dziecię:
Pod jeden dach wejść ze mną nigdy nie możecie!
A jeśli mi się trzeba zrzec, przez obwołanie,
Ogniska ojcowskiego, zaraz to się stanie.
(Do chóru i Świty)
Zaś my, kiedy mam cierpieć, skierujmy swe kroki,
By złożyć już na stosie ukochane zwłoki.
(Odchodzi wraz z świtą).
CHÓR.
Jej, bohaterka! O jej!
Żegnamy cię, z żon najgodniejsza,
Żegnamy,
Strapieni!..,
Gdy cię ta chwila dzisiejsza
Do Hadu sprowadza bramy,
Niech on i Hermes, bóg cieni,
Raczą cię przyjąć życzliwie!
A jeśli na niwie
Zmarłych szlachetni mieć mogą
Szczęśliwość błogą,
Ty, pani, ją miej
Przy boku małżonki Hadesa!...
(Odchodzą). Za nimi zjawia się
SŁUGA.
Nie jeden w dom Admeta zawitał podróżny.
Niejednych ja przybyszów gościłem, usłużny,
W tym zamku. Ale duszy tak strasznie rogatej
Tak podłej, nie miewały te nasze komnaty.
W żałobie widział pana, a przecież niecnota
Przekroczył próg, zuchwale otwierając wrota.
Skromności nie zna żadnej, wie, co na nas padło,
A przecież czelnie przyjął napitek i jadło,
Co więcej, jeszcze służbę poganiał nad miarę.
Do ręki wziął bluszczami owiniętą czarę,
Pił sok niepomieszany, z ciemnych gron wytrysły,
Aż wrzący ogień wina rozpalił mu zmysły.
Gałązki mirtowemi uwieńczywszy czoło,
Brutalnie począł ryczeć... Podwójna wokoło
Zabrzmiała pieśń: on śpiewał, lekceważąc sobie
Nieszczęście Admetowe my zasię w żałobie
Nad panią biadaliśmy, lecz według nakazu
Admeta, łez on naszych nie widział ni razu.
Takiego oto gościa tu mamy! I na co?
Rozbójnik, rzezimieszek, przeklęte ladaco!
Ta dom nasz opuściła, nie poszedłem za nią,
Do góry-m nie wzniósł ręki, by pożegnać panią,
Tę matkę nas tu wszystkich. Z tysiącznej nas biedy
Zbawiała, gniew łagodząc królewski. Któż kiedy
Miał większy, niż ja, powód nienawidzieć gości,
Jawiących się, gdy dom ten jest pełen żałości?
W drzwiach pałacu staje
HERAKLES.
(z wieńcem na głowie).
Ty, słuchaj! co ma znaczyć ten wzrok twój ponury?
Te brwi twoje ściągnięte? Nie wiadomo-ć z góry,
Że gościa trza przyjmować wesoło? hę? powiedz! -,
Nie z miną pogrzebową! Zawitał wędrowiec,
Przyjaciel twego pana, nie godzi się słudze
Ugaszczać go tak chmurnie i tylko na cudze
Nieszczęście zwracać oko. Chodź tu, chodź, bo może
Coś zyskasz na rozumie! Wiesz ty, czem są boże
Stworzenia? Chyba nie wiesz, bo i skąd? A zatem
Uważaj: Każdy człowiek żegna się z tym światem
I nikt z śmiertelnych nie wie, czy jutra doczeka,
Albowiem przeznaczenia droga jest daleka
I mroczna. Wzrok jej ludzki już się nie doszuka
I na nic tutaj wszelka nauka i sztuka.
To wszystko posłyszawszy, wiedząc już odemnie,
Jak mają się te sprawy, używaj przyjemnie
Żywota, pij, na własność miej dzionek dzisiejszy,
A jutro zostaw losom. I z bóstw najmilejszej,
Kiprydzie, cześć oddawaj. Dobra to bogini
I ludzie ją miłują, bo im dobrze czyni.
O resztę już się nie troszcz, słuchaj rady mojej,
Bo rada, myślę, zdrowa. Wejdź do tych podwoi.
Żałobę rzuć, pij ze mną, uwieńcz skroń i doli
Poprzestań się sprzeciwiać. Wiem, że cię wyzwoli
Puharek: już ja widzę, jak ten napój boski
Unosi cię w swej łodzi od nieszczęść i troski
Do portu weselszego! Juści, ludzie muszą
O ludzkich myśleć sprawach. Lecz dla tych, co z duszą
Posępną i zgryźliwą ziemską chodzą drogą,
To życie nie jest życiem, lecz męczącą trwogą -
Ot, taka jest ma wiara, ufaj mojej wierze.
SŁUGA.
I my coś wiemy o tem. Ale gdy się zbierze
Klęsk tyle, nie do śmiechu bywa człowiekowi!
HERAKLES.
Niewiasta zmarła cudza. Zresztą wszyscy zdrowi
W tym domu twego pana. Więc pocóż te żale?
SŁUGA.
Jak zdrowi? Więc wypadku tego nie znasz wcale?
HERAKLES.
Snać pan mnie twój oszukał. Nie znam klęski żadnej!
SŁUGA.
Mój pan jest zbyt gościnny, zanadto układny.
HERAKLES.
Więc tak? O swem nieszczęściu nie rzekł mi ni słowa?
SŁUGA.
Idź! Żegnaj! Losów króla pełna jest ma głowa.
HERAKLES.
Że zmarła jakaś obca, zrzec się uczty błogiej?
SŁUGA.
Toć mocno ona wrosła w tego domu progi.
HERAKLES.
O obcych w ten się sposób chyba że nie gada.
SŁUGA.
Inaczej, czyż smuciłaby mnie twa biesiada?
HERAKLES.
Więc skrzywdził mnie gospodarz, tak ja rzecz tę biorę.
SŁUGA.
Zapewne, żeś w tym domu zjawił się nie w porę.
Żałoba jest w nim dzisiaj; postrzyżone włosy
I suknie widzisz czarne.
HERAKLES.
Więc kogo wam losy
Zabrały? Zmarło dziecko, czy ojciec sędziwy?
SŁUGA.
Małżonka Admetowa ziemskie rzuca niwy.
HERAKLES.
Co mówisz? Mimo tego wyście mnie gościli?
SŁUGA.
Zamykać nie śmiał domu i tej nawet chwili.
HERAKLES.
Małżonkę stracić taką!... O dolo ty biedna!
SŁUGA.
My wszyscy zginęliśmy, a nie ona jedna.
HERAKLES.
W istocie, jam przeczuwał złą jakowąś sprawę
I suknie widząc czarne, ścięty włos i łzawe
Źrenice. Ale w jego uwierzyłem słowa,
Gdy mówił, że dziś w grobie obce zwłoki chowa.
I oto, wbrew przeczuciom wkroczywszy w te progi,
Nie pomny, jaki los go prześladuje srogi,
Ja w domu tym dziś piłem, jam tu biesiadował
I skroniem sobie wieńczył. A czemuś ty chował
Przedemną to nieszczęście? Zły jestem na ciebie!
Lecz mówże, gdzie go znaleść? Gdzie małżonkę grzebie?
SŁUGA.
Przy drodze do Larysy znajdziesz jej grobowiec
Ciosany, tuż pod miastem...
HERAKLES.
O pokaż, o powiedz,
Ty ręko i ty duszo, któraś tyle zniosła,
Jakiego jest rodzaju latorośl, wyrosła
Zeusowi wszechmocnemu z rodzącego łona
Alkmeny tyryntyjskiej! Wnuk Elektryona
Ocali świeżo zmarłą, Alkestę w ten wdowi
Powróci dom, w ten sposób płacąc Admetowi
Należny dług wdzięczności. Pójdę jak najprędzej,
Poczekam, aż się zjawi w żałobnej oprzędzy
Thanatos, książę zmarłych. Zapewne on sobie
Na krwi ofiarnej będzie używał przy grobie:
Wypadnę z swej kryjówki, pochwycę go w kręgi
Swych ramion, aż mu w płucach dech zaprze! Potęgi
Nie znajdzie wówczas żadnej, coby go wyrwała
Z mych objęć, pokąd zmarłej nie odda. Gdy cała
Nie uda się wyprawa i on się tej pory
Nie zjawi na objatach, do przybytków Kory
Posępnych co tchu zszedłszy, prośby gorącemi
Przekonam władców Hadu, że na łany ziemi
Wypuszczą mi Alkestis. Wiem, ze ta kobieta
Szlachetna spocznie znowu w ramionach Admeta,
Co, chociaż w takiem będąc nieszczęściu, tej mojej
Osoby nie odtrącił od domu podwoi,
Lecz przyjął mnie godziwie, skrywając przedemną
Swój wielki ból. Zaiste! Troską nadaremną
Byłoby szukać ludzi na ziemiach Tessalji,
Ba, nawet i Hellady, coby tak się znali
Na cnocie gościnności. Nie powie nikomu
Ten zacny mąż, iż gościł złego człeka w domu.
(Znika).
Ze świtą wraca z chórem.
ADMETOS.
Ajaj! żałosny ten próg!
Ten widok żałosny
Opustoszałej chudoby!
Ajaj! O rety! Ajaj!
Ajaj! Ach dokąd mi biedz?!
Gdzie stać?
Co rzec?
O czem zachować milczenie?
Na zawsze upaść mi z nóg!
Nieszczęsna zrodziła mnie mać!...
W umarłych zeszedłbym kraj,
W ich groby,
Do ich mnie ciągnie miedz!
Nie nęci mnie już blask wiosny,
Nie chcę już ziemskich dróg!
Taki mi klejnot śmierci bóg
W Hadesu zabiera ciemnie!...
CHÓR.
O tul się, tul,
Ukryj się, zamknij we dworze!
ADMETOS.
Ajaj!...
CHÓR.
Godzien narzekań to ból!
ADMETOS.
Ach! Ach!
CHÓR.
Straszne cię zmogły katusze!
Wyznać to muszę!..
ADMETOS.
Strach!
CHÓR.
Daj folgę, daj!
Umarłej to nic nie pomoże!
O wierz mi, nic!
ADMETOS.
Rety, o rety!
CHÓR.
Nie ujrzysz już lic tej kobiety,
Drogiej małżonki lic!
ADMETOS.
Wspominasz o bolu,
Co w serce się wplata:
Nad stratę małżonki
Gdzież większa jest strata?
Ach! poco mi było
Zawierać te śluby
I mieszkać z nią razem
Dla klęski, dla zguby?!
Bezdzietni, bezżenni
To ludzie szczęśliwi;
Los życia jednego
Mniej martwi, mniej dziwi,
Lecz patrzeć, jak dzieci
Chorują, jak ginie
Małżeńskie ci łoże
W tej śmierci godzinie,
O dzień to, zaiste!,
Nie słodki, nie łatwy,
Gdy człowiek żyć mógłby
Bez żony, bez dziatwy
Spokojnie!...
CHÓR.
Tak, dzień to, dzień -
Trudne to nazbyt są chwile!
ADMETOS.
Ajaj!
CHÓR.
Przecież otrząśnij się zeń!...
ADMETOS.
Ach! Ach!
CHÓR.
Gdzież większe brzemie na świecie?
A przecie... a przecie...
ADMETOS.
Strach!
CHÓR.
O jedno dbaj:
Nie pierwszy ty chowasz w mogile
Ten śmierci łup.
ADMETOS.
Rety, o rety!
CHÓR.
Nie pierwszy ty lubej kobiety
Zwłoki zanosisz w grób.
ADMETOS.
O żalu ty wielki
Po drogich utracie,
Co zeszli pod ziemię!
Dla czego wzbraniacie,
Bym z żoną najlepszą
Zestąpił do dołu,
Do grobu się rzucił
I legł z nią pospołu?
Nie jednoby Hades
Naonczas miał życie,
Lecz dwaby żywoty
Po rzeki korycie
Płynęły podziemnej -
Dwa wierneby duchy
Udały się razem -
W ten ciemny i głuchy
Kraj śmierci!...
CHÓR.
Miałem-ci w rodzie człowieka,
Któremu syn umarł w domu,
Jedyne,
Łez godne dziecię.
Lecz on się nie skarży nikomu,
On nie narzeka,
Choć miałby po temu przyczynę:
Samotny został na świecie,
Ku latom podeszłym się kłoni
I włos mu bieleje na skroni.
ADMETOS.
O jakżeż ja wejdę
W te domu podwoje,
Gdy tak się zmieniło
W nich szczęście to moje?
Inaczej się działo,
O biada mi, biada!,
Gdy ze mną szła razem
Weselna gromada,
Gdym wiódł tu małżonkę
Najszumniej, najgodniej
Przy pieśniach, przy blasku
Pelijskich pochodni!
Weselny nam orszak
Piał hymny w zawody,
Że tak się kojarzą
Wysokie dwa rody.
Dziś, w miejsce radosnych,
Żałobne brzmią nuty
I, zamiast szat białych,
W godzinie tej lutej
W małżeńskiej sypialni
Sieroce podwoje
Te czarne, te smutne
Prowadzą mnie stroje!
CHÓR.
W czasie, gdy żyłeś szczęśliwy,
Nieświadom żadnej katuszy,
Uderza
Grom niespodziany!
Lecz życia-ś się nie zbył ni duszy!
Cóż w tem za dziwy?
Zmarła c-i żona i świeża
Zmarła z nią miłość... Ha! łany
Ziemskie widziały już siła
Żon, które zjadła mogiła!
ADMETOS.
O drodzy przyjaciele! Wyżej sobie cenię
Małżonki mojej losy, niż me przeznaczenie,
Jakkolwiek by to mogło wydać się inaczej.
Nie dotknie ból jej żaden i mnogiej rozpaczy
Uniknie też na przyszłość. Ja, co żyć nie miałem,
Jedynie smutku doznam w mojem życiu całem,
Zboczywszy z drogi losu. Wiem-ci dobrze o tem.
Bo jakżeż ja wydołam wejść w ten dom z powrotem?
Do kogoż ja się zwrócę i któż mnie radośnie
Przywita, wchodzącego? Rozpacz moja rośnie!
Pomyśleć o tej pustce, pędzącej mnie z domu!
A łoże to małżeńskie! Niema go już komu
Zaścielać! A te stołki, na których ma żona
Zazwyczaj siadywała? A ta zaśmiecona
Posadzka? A u kolan mych spłakane dziatki,
Stęsknione za matusią! A służba, tak rzadkiej,
Tak dobrej żałująca gospodzy! Niestety!...
Tak w domu dziać się będzie! Poza nim kobiety
Tessalskie wzdyć spokoju nie dadzą - gromady
Białogłów mnie obiegną, nie ma na to rady.
Nie mogę odtąd patrzeć na mej żony druhy,
I wróg się jakiś znajdzie, który takie słuchy
Rozszerzać będzie wokół: "Umrzeć nie miał siły,
Więc żonę ten bezwstydnik zepchnął do mogiły!
I ojców znienawidził, nie chcąc umrzeć! Przyzna
Człek każdy, że to podlec i tchórz, nie mężczyzna!"
Do cierpień jeszcze taka przyłączy się sława!
Powiedzcie, przyjaciele, czy rozkosz to prawa
Żyć dalej, kiedy człeka złe ścigają losy
I śladem jego kroków złe idą pogłosy?
CHÓR.
I jam się zajmował
Wzniosłemi sprawami
Muz. I jam badał
Księgi
Mądrości.
Ale nad wszystkie potęgi,
Władnąć nad nami,
Idzie Konieczność. Dola...
Czy wola
Przyjrzeć się lekom, co z pieśni orfijskiej
Na trackie przeszły tablice,
Czy tym, które łaska Apolla
Asklepiosa przekazała dziatwie,
Zobaczysz, iż żadna w nich siła
Nie gości,
Coby zbawiła
Ludzi..
*
Jedyna to z bogów,
Dla której my w dani
Nie wznosim posągów,
Ołtarzy.
Jedyna.
Co sobie żadnej nie waży
Ofiary... O Pani!
Niechże mi bardziej srogi
Śród drogi
Mego żywota nie będzie twój ciężar.
Niżeli dotąd! Bez ciebie
Sam Zeus nic nie zdoła. W swej mnogiej
Sile Chalybów ty łamiesz żelazo!
Z kamiennem stajesz obliczem,
Nie zgina
Snać się przed niczem
Twój umysł.
???
O, bóstwo zakuło i ciebie
W nierozerwalne kajdany,
Ale ty znoś je, bo niema sposobu,
By kto umarłe mógł przywołać z grobu -
Wszak nawet synowie boży
Padają w mrok niepoznany.
Drogą ci była, żyjąc między nami,
Drogą ci będzie, chociaż w grób się złoży:
Małżonka nad małżonkami,
Lepszej nikt wybrać nie zdoła!
*
A niechże nie będzie, jak inna,
Ona-ć mogiła królowej,
Niechajże do niej, patrząc na grobowiec,
Niby do bóstwa modli się wędrowiec!
Niejeden też idąc dalej,
Takiemi ozwie się słowy:
"Życie za męża oddała i ninie
Żyje śród bogów! O niechaj ją chwali
Świat, że miał taką - boginię!"
Tak-ci niejeden zawoła...
Lecz patrzaj, Admetosie! Jeżeli mnie oczy
Nie mylą, syn Alkmeny znów tu ku nam kroczy.
Na scenę, zakwefioną prowadząc kobietę, wchodzi
HERAKLES.
Otwarcie z przyjaciółmi rozmawiać należy
I, ma się jaki zarzut, wyznać jaknajszczerzej,
Nie tłumić go milczeniem. Świadom twojej szkody,
Twych cierpień, mogłem dać ci przyjaźni dowody,
Lecz ty, skrywszy przedemną śmierć żony-niebogi,
Gościnyś mi użyczył, mój Admecie drogi,
Udając, że ci cudze dolegają bole.
Więc w domu twym nieszczęsnym ja, z wieńcem na czole,
Ofiarę-m wylał bogom i za to cię ganię,
O, ganię, przecież nie chcę, by moje łajanie
Zwiększyło ten twój smutek. Po co ta się jawię
Z powrotem, wraz ci powiem: Racz dla mnie łaskawie
Zatrzymać tę niewiastę aż do onej pory,
Gdy króla Bistończyków ubiję i skory
Z trackiemi wrócę końmi. Lecz jeśli się zdarzy
Inaczej (co broń Boże, z radością na twarzy
Chcę bowiem znów tu stanąć), weź ją między sługi.
Po walce - równie ciężkiej chyba niema drugiej -
Dostała się w me ręce: Publiczne zapasy
Z stosowną obwołano nagrodą; kto łasy,
Ten stanął, i ja wziąłem łup i z nim przychodzę.
Zwycięzca w lekkiem starciu otrzymywał w drodze
Uznania jakieś konie, kto zasię na pięście
I w ciężkiej atletycznej rozprawie miał szczęście,
Brał woły. Potem była także i niewiasta.
Żem zdobył ją, do twego prowadzę ją miasta -
Wstyd rzucać łup podobny. Dlatego, jak rzekłem,
Ty zajmij się jej losem: W zmaganiu przewściekłem
Zyskałem ją, nie skradła jej złodziejska ręka.
A zresztą może kiedy spotka mnie twa dzięka.
ADMETOS.
Nie, iżbym nie czcił ciebie, lub miał cię za wroga,
Taiłem ci nieszczęście małżonki, lecz mnoga
Niedola z nowąby się złączyła niedolą,
Jeślibyś szedł gościny szukać za mą wolą
Gdzieindziej; dość też było, że ja sam cierpiałem
I cierpię. Zaś co do tej, proszę sercem całem.
Ażebyś ją, dostojny panie, oddał komu
Innemu z Tessalczyków, który niema w domu
Żałoby, przecież w Ferach liczysz druhów wielu.
Nie zwiększaj mych katuszy, drogi przyjacielu!
Nie mógłbym patrzeć na nią ze suchemi oczy,
Niech na mnie się, przez ciebie, większy ból nie tłoczy -
Daj spokój! Już mi dosyć męczarni wyrasta!
A zresztą, co też młoda ma robić niewiasta
W mym domu? Bo że młoda, widzę po jej stroju.
Dość mężczyzn pod mym dachem, nie zazna spokoju,
Nie oprze się młodzieńcom, bywając w ich gronie,
Nie zgasisz, Heraklesie, ognia, który płonie
W młodości wrzących żyłach. Dbam o względy twoje.
Czy chcesz, bym ją wprowadził w sypialne pokoje
Małżonki? Mam nieboszczki odstąpić jej łoże?
Nie! Nigdy! O podwójną naganę się trwożę:
I lud będzie wyrzucał, że popełniam zdradę
Na mojej zbawicielce, jeżeli się kładę
Z kim innym, jeśli druga mnie młoda zachwyca,
A czci mej też przegodna jest i nieboszczyca,
Tej czci jej nie poskąpię. Ty wreście,
Niewiasto, kimbądź jesteś, równasz się Alkeście
W tych kształtach, w harmonijnej budowie postaci
Na Boga! Weź ją z oczu! Druh twój zmysły traci,
Męczarni nie zadawaj mu nowych! Snać własną
Przed sobą widzę żonę! Źrenice mi gasną
Od zdroju łez obfitych! Ileż cierpieć muszę!
I oto znów mi świeże dojmują katusze!
PRZODOWNIK CHÓRU.
Nie nazwę-ć ja szczęśliwą twego życia drogi,
A przecież znoś odważnie, czem cię darzą bogi.
HERAKLES.
Ach! Gdybym mógł posiadać tę władzę, w te tropy
Do zmarłychbym przybytku skierował swe stopy,
Małżonkę bym na światło sprowadził ci boże.
ADMETOS.
Wiem, radbyś to uczynił, lecz to być nie może.
Umarli nie pojawią się na ziemskiej niwie.
HERAKLES.
Daj spokój zbytnim żalom, los swój znoś cierpliwie
ADMETOS.
O, łatwiej radzić drugim, niż cierpieć samemu.
HERAKLES.
Jęczeniem nieustannem zapobiegniesz złemu?
ADMETOS.
Wiem o tem, lecz mnie jakaś tęsknica porywa.
HERAKLES.
Łzy z oczu ci wyciska twoja miłość żywa.
ADMETOS.
Nieboszczka cios mi większy zadała, niż można.
HERAKLES.
Taki zacną-ś stracił żonę! Przeżyć, rzecz to zdrożna.
ADMETOS.
Radości już me serce nigdy nie udzierzy.
HERAKLES.
Czas wszystko ułagodzi. ból twój zbyt jest świeży.
ADMETOS.
Czas, mówisz, ułagodzi? Tak! czas śmierci mojej!
HERAKLES.
Ślub nowy cię uleczy, niewiasta ukoi.
ADMETOS.
Milcz!... Któżby to pomyślał! Daj spokój tej mowie!
HERAKLES.
Więc jakto? Ma-ż twe łoże być na zawsze wdowie?
ADMETOS.
Nie spocznie przy mnie żadna! To się już nie ziści!
HERAKLES.
Lecz jakie stąd dla zmarłej wynikną korzyści?
ADMETOS.
Gdziekolwiek jest dziś ona, we czci będzie u mnie.
HERAKLES.
Pochwalam to, pochwalam, lecz to nierozumnie.
ADMETOS.
Nie pójdę w oblubieńce po tej mojej zgubie.
HERAKLES.
Tak, wiernyś jest małżonce i za to cię lubię.
ADMETOS.
Nim zdradzę ją, w mogiłę wprzódy się zagrzebię.
HERAKLES.
Racz przyjąć tę szlachetną dziewicę do siebie.
ADMETOS.
Na ojca twego, Zeusa, klnę się: prędzej zginę!
HERAKLES.
Nie dając folgi prośbie, wielką spełniasz winę.
ADMETOS.
Folgując, jeszcze większej dopytam się biedy.
HERAKLES.
Wysłuchaj mnie, na dobre wyjdzie ci to kiedy.
ADMETOS.
Ach! Czemużeś ją zdobył, czemuś wziął przebojem?!
HERAKLES.
I twoje toż zwycięstwo jest w zwycięstwie mojem.
ADMETOS.
Przepięknie-ś rzekł, ta przecież niech idzie z mych łanów.
HERAKLES.
Odejdzie, jeśli trzeba, lecz wprzód się zastanów.
ADMETOS.
Tak, trzeba! Tylko za to nie łaj-że mnie, panie!
HERAKLES.
Wiadomo mi coś więcej, stąd me naleganie.
ADMETOS.
Zwyciężaj, lecz nie powiem, że mi jest przyjemnie.
HERAKLES.
Ty zgódź się! Będziesz kiedyś zadowolon ze mnie.
ADMETOS (do służby).
Jeżeli wziąć ją muszę, otwórzcie jej dźwierze!
HERAKLES.
O nie! Ja tej niewiasty służbie nie powierzę.
ADMETOS.
A zatem sam ją wprowadź, jeśli chcesz, w me progi.
HERAKLES.
W twe tylko oddam ręce ten dobytek drogi.
ADMETOS.
Nie dotknę się jej nigdy!... Niech wejdzie do domu!
HERAKLES.
Prawicy twej ją zwierzam, prócz ciebie, nikomu!
ADMETOS.
Zadajesz gwałt mi, panie; twój rozkaz mnie nęka.
HERAKLES.
Odważnie! Niechżeż śmiało tknie się jej twa ręka!
ADMETOS.
Tak, tknę się, jak Gorgony, odwróciwszy głowę.
HERAKLES.
Co? masz ją?
ADMETOS.
Mam.
HERAKLES.
Więc bierz ją w swe progi domowe.
Przekonasz się, że gościem był ci syn Zeusza
Szlachetnym. Teraz spojrzyj! zali cię nie wzrusza
Z małżonką podobieństwo? Wylecz się z swej rany!
ADMETOS.
Bogowie! Cóż ja powiem? Widok niespodziany!
Naprawdę, czy ma żona jest tak przy ranie blisko,
Czy płoną radość w sercu czcze budzi zjawisko?!
HERAKLES.
Przenigdy!.. Na swą żonę patrzeć ci wypadło.
ADMETOS.
A może jest to jakieś upiorne widziadło?
HERAKLES.
Nie! gość twój chyba duchów nie sprowadza tobie!
ADMETOS.
Więc ona to naprawdę, com ją złożył w grobie?
HERAKLES.
Naprawdę!... Wątpisz w szczęście - wcale się nie dziwię.
ADMETOS.
Do żywej więc przemawiam? Mam ją tak szczęśliwie?
HERAKLES.
Przemawiaj!... Masz już wszystko, czegoś chciał.
ADMETOS.
O członki,
O kształty, o źrenice najdroższej małżonki!
Ja mam was! Wbrew nadziejom szczęście mi się iści!
HERAKLES.
Tak, masz je! Lecz wystrzegaj się bogów zawiści!
ADMETOS.
O Zeusa najwyższego przeszlachetne dziecię!
Niech wszystko ci się dzieje jaknajlepiej w świecie!
Ten ojciec, co cię spłodził, niech od zła cię chroni!
Lecz mów, jak tu-ś ją przywiódł? jak dotarłeś do niej?
HERAKLES.
Stoczyłem walkę z władcą umarłych.
ADMETOS.
Opowiedz,
Jak zmogłeś Thanatosa i gdzie?
HERAKLES.
Pod grobowiec
Poszedłem i z zasadzki-m porwał go w ramiona.
ADMETOS.
Lecz czemuż tak milczącą jest ta moja żona?
HERAKLES.
Nie prędzej będzie-ć dane słyszeć dźwięk jej mowy.......................................