Tuż przed świtem w niedzielę 28 lutego 1993 roku z bazy armii amerykańskiej Fort Hood, położonej nieopodal Killeen w Teksasie, wyruszył konwój osiemdziesięciu pojazdów, który skierował się na północny wschód do oddalonego o nieco ponad sto kilometrów Waco. Na początku i na końcu kolumny jechały pick-upy ciągnące przyczepy do przewozu zwierząt. Pomiędzy nimi sunęła zbieranina aut sportowych, kombi i nieoznakowanych rządowych sedanów, na co wskazywały wymownie wysunięte anteny. Wszystkie pojazdy miały włączone światła - było wcześnie rano, kiedy ciemność nocy zlewa się ze światłem dnia, a rześki, przenikliwy wiatr unosił z ziemi kłęby mgły. Deszcz był tylko kwestią czasu. Mocno niedoskonała pogoda mogła irytować, ale kierowcy w półtorakilometrowej procesji mieli co innego na głowie. Wszyscy byli agentami Bureau of Alcohol, Tobacco and Firearms (Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej), lepiej znanego jako ATF, i zajmowali się egzekwowaniem niezbyt popularnego prawodawstwa federalnego. Przez ostatnie dwa dni przechodzili specjalne szkolenie w Fort Hood. Za kilka godzin mieli wziąć udział w największym i, jak się spodziewano, najlepiej nagłośnionym nalocie w historii agencji, który mógł poprawić wizerunek kontrowersyjnej instytucji.
Pod koniec czerwca 1992 roku ATF przeprowadziło dochodzenie w sprawie proroka Davida Koresha i jego wyznawców, powszechnie znanych jako Gałąź Dawidowa, którzy zamieszkiwali rozległy, chałupniczo i własnoręcznie zbudowany obiekt (w raportach ATF określany jako "kompleks") - Mount Carmel. Kompleks mieścił się na trzydziestojednohektarowej jałowej parceli około piętnastu kilometrów od Waco. Planiści ATF oszacowali, że opanowaną przez mrówki ogniste posiadłość zamieszkuje mniej więcej siedemdziesięcioro pięcioro mężczyzn, kobiet i dzieci; trudno było wskazać dokładną liczbę, ponieważ mieszkańcy bez przerwy kłębili się chaotycznie wokół budynku. Po ośmiu miesiącach zgromadzone dowody wskazały, że grupa nielegalnie przerabia broń z samopowtarzalnej na automatyczną; śmiercionośną broń zamierzali albo sprzedać, albo wykorzystać w ramach spisku, który miał doprowadzić do końca świata. To, spekulowali stratedzy ATF, mogło oznaczać wszystko: od ataku na ludzi z zewnątrz po przerażające zbiorowe samobójstwo.
Chociaż ATF nie wiedziało, w co konkretnie wierzyli członkowie Gałęzi Dawidowej i co dokładnie planowali, oczywiste było, że na pewno przechowują w posiadłości nielegalną broń oraz "improwizowane urządzenia wybuchowe" domowej produkcji (granaty ręczne)[1]. Samo to świadczyło o tym, że złamali prawo i są właściwym obiektem zainteresowania agencji. Dwa dni wcześniej, w piątek 26 lutego, sędzia okręgowy podpisał ATF nakaz przeszukania Mount Carmel, a także akt oskarżenia Vernona Wayne'a Howella (oficjalne nazwisko Davida Koresha) i nakaz jego aresztowania oraz, co najważniejsze, rozkaz natychmiastowego zablokowania opinii publicznej dostępu do informacji. Funkcjonariusze ATF najbardziej ze wszystkiego obawiali się utraty elementu zaskoczenia; plan nalotu uwzględnił wszelkie możliwe środki, by podejrzani niczego się nie spodziewali.
Zazwyczaj naloty ATF przybierały jedną z dwóch form: "otocz i wezwij", co dawało podejrzanym szansę na pokojowe poddanie się, lub "wkroczenie dynamiczne", które polegało na wtargnięciu do kryjówki podejrzanych, zanim ci zdążą chwycić za broń i stawić opór. Po wielu spotkaniach i długich dyskusjach dla Mount Carmel zatwierdzono plan dynamicznego wkroczenia, pozbawiający członków Gałęzi Dawida szansy na walkę, zniszczenie dowodów lub popełnienie zbiorowego samobójstwa, zanim agenci będą mieli szansę ich powstrzymać[2]. ATF zamierzało zrobić nalot, aresztować Koresha, znaleźć i skonfiskować kluczowe dowody, po czym zakończyć bez jednego wystrzału oraz uwiecznić przynajmniej częściowo tę skuteczną bezkrwawą akcję na filmie przeznaczonym dla mediów i kongresmenów. Przesłuchania w kwestii budżetu ATF miały się odbyć w marcu.
Plan miał oczywiste wady. Posiadłość Gałęzi Dawidowej mieściła się przy wąskiej wiejskiej drodze, na końcu długiego, krętego podjazdu po jałowym zboczu, tak więc ktoś próbujący podejść do frontowego wejścia nie mógł liczyć na żadną osłonę. Podejrzani zaczynali dzień o świcie i zapewne trzymali cały arsenał pod ręką. Funkcjonariusze ATF oparli jednak plan na dwóch założeniach, wspieranych przez informatorów, dawnych członków Gałęzi Dawidowej, którzy zwrócili się przeciwko Koreshowi. Po pierwsze, Koresh rygorystycznie pilnował broni; wszystkie karabiny przechowywano w zamkniętym magazynie, a wydawane były wyłącznie na osobisty rozkaz przywódcy. Po drugie, mieszkańcy Mount Carmel ściśle przestrzegali rozkładu dnia. Co rano po śniadaniu odbywały się "codzienne praktyki", zgromadzenie, podczas którego wyznawcy przyjmowali komunię (sok winogronowy i suchary zamiast wina i opłatków) oraz dyskutowali na tematy biblijne. Potem, około dziesiątej, wszyscy sprawni mężczyźni wychodzili na zewnątrz i kontynuowali kopanie olbrzymiego dołu, który ocalali wyznawcy Gałęzi Dawidowej opisywali potem jako schron przed tornadami. Zdaniem ATF miał to być bunkier zapewniający schronienie podczas strzelaniny.
Jak przewidywano, w wilgotny niedzielny poranek mężczyźni z Gałęzi Dawidowej mieli przez kilka godzin pracować poza zabudowaniami, bez dostępu do broni zamkniętej w środku, a siedemdziesięciu sześciu agentów ATF ukrytych w dwóch przyczepach do przewozu bydła, powszechnie widywanych na bocznych drogach środkowego Teksasu, zamierzało w tym czasie pokonać podjazd Mount Carmel, błyskawicznie wyskoczyć z ukrycia, odciąć pracującym dostęp do broni i przejąć kontrolę nad posiadłością. Potem poszłoby już łatwo. Wszystko opierało się jednak na elemencie zaskoczenia. Autorzy planu nalotu byli tak pewni sukcesu, że nie opracowali planu B na wypadek, gdyby coś poszło niezgodnie z przewidywaniami. Agent ATF Mike Duncan wspomina, że podczas specjalnego szkolenia w Fort Hood ktoś spytał: "A jeśli coś się spieprzy? Tam nie ma się gdzie schować". Padła mglista odpowiedź - wyjść z przyczep, oddalić się od kompleksu, odpowiadać na ogień. Agent Dave DiBetta wspomina: "To było jak żywcem wyjęte z Monty Pythona i Świętego Graala. Plan [awaryjny] zakładał wyskoczenie z przyczep i ucieczkę, a potem otoczenie obiektu?". Ale agenci trzymali się pierwotnych założeń; w Gałęzi Dawidowej niczego nie będą podejrzewać i podczas akcji uda się wykorzystać element zaskoczenia.
Konwój ATF dotarł do Bellmead Civic Center około siódmej czterdzieści pięć. (Sześciu agentów znalazło się tu kilka godzin wcześniej i już udali się na miejsce, by zabezpieczać błotnisty, zadrzewiony teren za Mount Carmel i nie dopuścić do ucieczek w tamtym kierunku). Na bazę wypadową ze względu na dogodne położenie wybrano skupisko przysadzistych budynków użyteczności publicznej tuż przy teksańskiej autostradzie stanowej 84 - nieduże miasteczko Bellmead leżało kilka kilometrów na północny wschód od Waco i niecałe piętnaście kilometrów od Mount Carmel. Mimo skupienia planistów na elemencie zaskoczenia członków Gałęzi Dawidowej nikt nie zadbał o ukrycie obecności ATF przed mieszkańcami Bellmead - agent w kurtce z symbolem agencji federalnej i kilku policjantów z Bellmead stali na ulicy i kierowali konwój na parking[3]. Bill Buford, dowódca Special Response Team (SRT), taktycznych zespołów specjalnych z filii ATF w Nowym Orleanie, z przerażeniem odkrył w budynku "sympatyczne damy, dziesięć czy dwanaście", które podały im kawę i donaty. Poczęstunek był mile widziany, ale obecność cywilów, przynajmniej według Buforda, wręcz przeciwnie: "Było oczywiste, że coś planujemy. [Kobiety] mogły komuś o tym powiedzieć".
Agenci mieli około dziewięćdziesięciu minut na omówienie planów nalotu z szefami drużyn, potem musieli przebrać się do akcji i przygotować do zajęcia miejsc w przyczepach dla bydła, którymi mieli odbyć piętnasto-, dwudziestominutową drogę do Mount Carmel. Przyczepą numer jeden miało pojechać trzydziestu siedmiu agentów upakowanych trójkami, przyczepa numer dwa zabierała trzydzieści dziewięć osób[4]. Drugą przyczepą miały być przewiezione jeszcze dwie drabiny. Plan zakładał, że część agentów wdrapie się na dach poniżej górnego piętra z boku budynku, w miejscu, gdzie Koresh podobno przechowywał broń zamkniętą w osobnym pomieszczeniu.
Kiedy agenci popijali kawę i rozmawiali, panowała raczej ożywiona niż nerwowa atmosfera. Większość z nich była weteranami armii amerykańskiej z solidnym doświadczeniem bojowym, niektórzy pracowali też poprzednio w policji lub straży granicznej. Pewne elementy operacji były jednak całkowicie wyjątkowe, co sprawiało, że - jak to ujął agent Rory Heish - "to było w chuj ważne". Po raz pierwszy w historii ATF agenci z wielu oddziałów - z Houston, Dallas i Nowego Orleanu - planowali wspólną operację. Typowy nalot ATF przeprowadzało maksymalnie dwudziestu uczestników: grupa uderzeniowa, ekipa zabezpieczająca i w ramach wsparcia jeden lub dwóch funkcjonariuszy z biura szeryfa okręgowego[5]. Ale zwykle naloty przeprowadzano na domy lub mieszkania o powierzchni najwyżej kilkuset metrów kwadratowych.
Obiekt Mount Carmel, jak ustalili autorzy planu ATF, liczył sobie blisko cztery tysiące metrów kwadratowych i agenci nie dysponowali planem wnętrza. Ponieważ wyznawcy z Gałęzi Dawidowej budowali siedzibę po amatorsku, bez wykonawców z zewnątrz, ATF nie mogło zdobyć projektu do przestudiowania[6]. Podczas szkolenia w Fort Hood do wyznaczenia przybliżonego rozkładu pomieszczeń agenci użyli taśmy malarskiej i sznurka[7]. Poza konkretami o codziennych zwyczajach grupy i informacją o broni zamkniętej w pomieszczeniu na piętrze reszta planu wtargnięcia do Mount Carmel i opanowania budynku opierała się na domysłach. Rankiem tamtego dnia w gotowości do udziału w nalocie czekało stu trzydziestu siedmiu agentów ATF, w tym personel pomocniczy[8]. Nie da się stwierdzić z całą pewnością, czy była to właściwa liczba, czy zbyt duża, czy może za mała.
Połowa z siedemdziesięciu sześciu agentów wyznaczonych do dynamicznego wejścia należała do oddziałów szybkiego reagowania ATF, Special Response Teams, elitarnej taktycznej jednostki agencji. Zespoły SRT były jeszcze względną nowością; szczególnie w natłoku akcji związanych z braniem zakładników podczas egzekwowania prawa, agenci ATF zadręczali przełożonych o dodatkowe szkolenia, na wzór tych prowadzonych przez policyjny wydział SWAT. Skierowanie na szkolenia SRT nie oznaczało większych pieniędzy - udział był dobrowolny - ale znacznie zwiększało pozycję w agencji. Z pozycją wiązało się ryzyko: SRT meldowało się pierwsze przy każdej większej, potencjalnie nieprzewidywalnej akcji. Mimo to wyszkolenie agentów i umiejętność zachowywania zimnej krwi w warunkach ekstremalnych dały zdumiewające rezultaty: w ciągu poprzednich trzech lat doświadczone zespoły szybkiego reagowania ATF zrealizowały sześćset trzy nakazy, a do wymiany ognia doszło tylko dwa razy, przy łącznej liczbie trzech ofiar śmiertelnych, wszystkich po stronie podejrzanych[9]. W ATF nikt nigdy nie przystępował do akcji z zamiarem ranienia kogoś, nie mówiąc już o zabijaniu.
Ta myśl przyświecała również agentom przygotowującym się do nalotu na Mount Carmel. Zbroili się, by zająć i utrzymać obiekt, a nie by angażować się w strzelaninę. Sześciu agentów wyposażonych zostało w automatyczne karabiny AR-15, ale reszta w większości miała pistolety maszynowe MP5 - ponieważ należało założyć, że ściany, podłogi i sufity Mount Carmel zbudowano z materiałów kiepskiej jakości, agenci nie chcieli, by ich pociski przebiły się do sąsiednich pomieszczeń, gdzie mogły się schronić kobiety i dzieci[10]. Kilku agentów miało strzelby. Prawie każdy trzymał broń krótką w kaburze pod pachą, a kilku, głównie weteranów, miało po zapasowym pistolecie. Agent Robert Champion dźwigał gaśnicę. W Gałęzi Dawidowej mieli psy, niektóre podobno agresywne. Gdyby psy zaatakowały agentów, Champion miał je spryskać z gaśnicy w nadziei, że to odstraszy zwierzęta i nie będzie trzeba ich zabić.
Wszyscy nosili kamizelki kuloodporne, chociaż ich wkłady balistyczne niekoniecznie mogły ochronić funkcjonariuszy przed pociskami z broni o dużej mocy, jaką zgodnie z ustaleniami ATF mieli w Gałęzi Dawidowej. Część agentów, którzy mieli wedrzeć się przez frontowe wejście Mount Carmel, usunęła nawet wkłady z kamizelek, zakładając, że skoro dawidianie nie będą mieli dostępu do broni palnej, dojdzie do walki wręcz[11]. Same wkłady z przodu kamizelki ważyły prawie sześć kilo. Usunięcie ich dawało agentom większą swobodę ruchów. Głowy chroniły różnego typu hełmy, a nawet wełniane czapki; ograniczony budżet ATF nie pozwalał na zakup innego wyposażenia poza bronią, amunicją i kamizelkami. Niedofinansowanie było nieodłącznym elementem życia w ATF. Agenci wysępiali hełmy z magazynów demobilu (często podmieniali nimi wełniane czapki, które były tańsze), większość musiała też sama kupić bojowe buty. Ale mimo przymusowej skromności sprzętu agenci wiedzieli, że kiedy zaroją się na Mount Carmel, i tak będą stanowić spektakularny widok. Nawet najbardziej niewzruszeni podejrzani zwykle kapitulowali, gdy nieoczekiwanie pojawiali się wyszkoleni, gotowi do walki profesjonaliści. Agent Blake Boteler wspomina: "Nie sądziliśmy, że [dawidianie] będą walczyć na śmierć i życie. Wiele osób twierdziło, że będą. Jeśli dziesięciu by się na to zdecydowało, to wtedy, gdy wykopalibyśmy drzwi, czterech z nich zeszczałoby się w gacie, a pozostała szóstka turlałaby się po podłodze jak piłki. Czasem do walki jest gotowy jeden. Element zaskoczenia zawsze pomaga. Wprawia ludzi w stan szoku. Zamierzają walczyć, ale instynkt samozachowawczy bierze górę nad każdą doktryną, jaka siedzi im w głowie".
Agenci ATF nie myśleli o walce, liczyli, że uda im się stworzyć przyjazną atmosferę[12]. Wśród siedemdziesięciu sześciu agentów wyznaczonych do nalotu znajdowało się kilka kobiet. Miały wejść do Mount Carmel, kiedy jednostki taktyczne zabezpieczą już budynek, a potem oddzielić kobiety i dzieci wyznawców Gałęzi Dawidowej od mężczyzn, troskliwie odprowadzić je w zaciszne miejsce, gdzie uspokoją najmłodszych, dając im słodycze. Było jasne, że dzieci rzadko doświadczały takiego traktowania w Gałęzi Dawidowej. Kiedy wszystko by się uspokoiło, jeden lub dwaj agenci mieli skoczyć do pobliskiego McDonalda i przywieźć zestawy Happy Meal dla najmłodszych. Personel pomocniczy ATF planował rozbicie kilku namiotów, żeby kobiety i dzieci mogły schronić się przed zimnem i deszczem, oraz ustawić przenośne toalety, by załatwiać się w odosobnieniu - w ramach niewątpliwie miłej odmiany po rozstawionych wszędzie w Mount Carmel wiadrach, które świadczyły o braku kanalizacji. W Bellmead Civic Center agentki napakowały kieszenie cukierkami, agenci poszli w ich ślady. Mieli nadzieję, że słodycze pomogą stłumić panikę dzieci z Mount Carmel, a może także ich matek.
Nawet hasło, na które agenci mieli wyjść z przyczep i pobiec do obiektu, jako ostatnie wybrano możliwie najmniej agresywne[13]. Nalot otrzymał kryptonim Trojan Horse (Koń trojański). Tradycyjnie hasłem wzywającym do akcji było "Execute" (ang. wykonać, ale też wykonać egzekucję), jednak termin wydawał się zbyt ryzykowny: gdyby nagranie z tego momentu akcji trafiło do opinii publicznej, nieodpowiedzialni dziennikarze i kongresmeni mogliby przywoływać "Execute" jako dowód na agresywne zamiary. Dlatego ustalono, że hasłem do rozpoczęcia nalotu na Mount Carmel będzie "Akcja!".
Dowódcami akcji zostali Phil Chojnacki i Chuck Sarabyn, głównodowodzący agent specjalny oraz jego zastępca z oddziału ATF w Houston. Dostali ten przydział, ponieważ Waco leżało w ich rejonie. Bardziej doświadczeni agenci odnosili się sceptycznie do tych nominacji[14]. Żaden nie miał dostatecznego doświadczenia w terenie. W dniu akcji Chojnacki miał obserwować działania z pokładu jednego z trzech śmigłowców dostarczonych przez Gwardię Narodową Teksasu w charakterze wsparcia dla ATF, a Sarabyn zamierzał jechać do Mount Carmel w pierwszej przyczepie. Na razie obaj znajdowali się w terenowym punkcie dowodzenia zorganizowanym w kampusie Texas State Technical College (TSTC), kilka kilometrów od Bellmead Civic Center i Mount Carmel, ale z dogodnym lądowiskiem, które mogło pomieścić śmigłowce Gwardii Narodowej.
Na początku stycznia ATF zorganizowało też tajną bazę w wynajętej nieruchomości po drugiej stronie drogi do Mount Carmel i umieściło tam ośmiu agentów, którzy udawali studentów TSTC. Jeden z nich zdołał kilka razy odwiedzić Koresha w Mount Carmel. Tego dnia rano miał wejść na teren obiektu po raz ostatni i upewnić się, że dawidianie trzymają się zwyczajowego grafiku i że nie spodziewają się rychłego przybycia ATF. Gdy agent przekaże taką informację Sarabynowi do punktu dowodzenia w TSTC, zastępca dowódcy uda się do Bellmead Civic Center i operacja się rozpocznie.
Nieoczekiwanie powodu do niepokoju dostarczył pierwszy z serii artykułów o Koreshu, który w rezultacie dziennikarskiego śledztwa ukazał się w sobotę 27 lutego w "Waco Tribune-Herald". Tekst, zatytułowany Grzeszny mesjasz, ujawniał, że Koresh utrzymuje w Mount Carmel harem złożony z kobiet, w tym nieletnich, oraz że dzieci w Gałęzi Dawidowej są dyscyplinowane tak surowo, że sprawą zainteresowała się teksańska opieka społeczna, chociaż pracownicy prowadzący sprawę nie znaleźli żadnych obciążających dowodów. Kiedy agenci ATF dowiedzieli się o artykule, zaniepokoili się, że publikacja może wzbudzić alarm w Gałęzi Dawidowej i zniweczyć efekt zaskoczenia. Do Fort Hood dotarła wiadomość, że redaktor naczelny odmówił prośbie agencji, by wstrzymać się kilka dni z publikacją. Data operacji została najpierw wyznaczona na poniedziałek 1 marca. Po odmowie "Tribune-Herald" funkcjonariusze agencji przesunęli termin o jeden dzień, na niedzielę 28 lutego - trzeba było skrócić szkolenie z trzech pełnych dni do dwóch. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w niedzielę rano konwój ATF wyjeżdżał z Fort Hood, Koresh i wyznawcy z Gałęzi Dawidowej czytali drugi odcinek oskarżycielskiej serii. Kluczowe znaczenie miała więc poranna wizyta w Mount Carmel agenta ATF pod przykryciem: musiał stwierdzić, czy artykuł w jakikolwiek sposób zaburzył dzienną rutynę dawidian[15].
Tuż po dziewiątej rano zastępca dowódcy operacyjnego Chuck Sarabyn wtargnął do pomieszczenia, w którym agenci przygotowywali się do nalotu na Mount Carmel[16]. Był wyraźnie zdenerwowany, krzyczał: "Ruchy! Ruchy! Wyjeżdżamy natychmiast!". Niektórzy agenci wspominają, że Sarabyn dodał: "Wiedzą o nas".
Zdaniem szefów jednostek szybkiego reagowania, Billa Buforda i Jerry'ego Petrillego, udzielanie takich informacji na głos stanowiło naruszenie procedur. Sarabyn, jako dowodzący operacją od strony taktycznej, powinien najpierw cicho odwołać najbardziej doświadczonych dowódców oddziałów na stronę i spytać o radę, a dopiero potem ogłosić decyzję, nawet jeśli przepadł decydujący o powodzeniu element zaskoczenia. Próbowali uspokoić Sarabyna i dopytać o więcej szczegółów. I Petrilli, i Buford wspominali, że powtarzał w kółko: "Musimy ruszać teraz"[17].
Sarabyn przekazał więcej informacji: tajny agent, który dostał się do obiektu Gałęzi Dawidowej, powiedział, że Koresh odebrał telefon i zaraz potem oznajmił wyznawcom, że ATF i Gwardia Narodowa jadą po nich. Jednak Koresh nie wysłał mężczyzn po broń. Tajny agent twierdził, ciągnął Sarabyn, że Koresh siedział z Biblią w rękach. Nigdzie nie było śladu broni. Jeszcze mieli czas dotrzeć do Mount Carmel, zanim podejrzani przygotują się do oporu, jeśli w ogóle to planowali. Siedemdziesięcioro sześcioro agentów w pośpiechu kończyło przygotowania. Medycy SRT zapisywali markerami agentom na karku grupę krwi. Był to nowy środek ostrożności przejęty podczas szkolenia w Fort Hood.
Większość agentów podchodziła do sytuacji sceptycznie. Plan zakładał odwołanie akcji, jeśli przepadnie element zaskoczenia. Gałąź Dawidowa dysponowała lepszą bronią, o większej mocy niż federalni agenci. Gdyby okazało się, że podejrzani są gotowi do walki, wówczas ATF wpakowałoby się pod intensywny ogień zaporowy, nie mając choćby minimalnej osłony. Ale agenci mieli wpojone posłuszeństwo: wydane rozkazy należy wykonać. Jeśli zgodnie z sygnałami, które dostał Sarabyn, Koresh rzeczywiście czytał Biblię, zamiast organizować zwolenników do walki, misja nadal mogła zakończyć się sukcesem. Niektórzy, szczególnie młodsi, spragnieni udziału w akcji, byli najzwyczajniej w świecie podekscytowani. Wszyscy rzucili się do przyczep. Kolejność zajmowania miejsc ćwiczyli aż do znudzenia w Fort Hood. Teraz zapakowali się do środka. Zaczął padać lekki deszcz. Nadal było dość chłodno. Tylne drzwi przyczep zamknięto i pick-upy holujące przyczepy wytarabaniły się z parkingu przy Civic Centre.
"Byliśmy ściśnięci jak sardynki, obijaliśmy się o siebie" - wspomina Mike Russell. "Przyczepy nie miały resorów". Wąskie wiejskie drogi między Bellmead Civic Center a Mount Carmel były niedbale utwardzone i "rzucało nami we wszystkie strony, próbowaliśmy się czegoś złapać, na przykład żelaznego pręta nad głową, albo przycisnąć do ściany". Do boków przyczep przymocowano płyty ze sklejki, a na dach naciągnięto plandeki, żeby nikt nie mógł zajrzeć do środka. Ale też agenci nie widzieli, co się dzieje na zewnątrz - światło mglistego poranka wpadało do środka jedynie przez szpary między płytami, trochę przebijało się też przez ciemny brezent rozpostarty nad głowami. Widzieli jednak siebie nawzajem i większość wyglądała na zaniepokojonych. "Licznik zaczął bić" - mówi Champion. Wszyscy mieli krótkofalówki i czekali na dodatkowe informacje. Ale nie usłyszeli nic, dopóki nie dotarli prawie do Mount Carmel. "Na zewnątrz nie ma nikogo" - zachrypiał głośnik. Wszystkich zmroziło. "Albo niszczą w środku dowody, albo się zbroją i wejdziemy prosto w pułapkę", pomyślał Boteler.
W pierwszej przyczepie szef zespołu SRT Petrilli żałował, że nie może jeszcze raz powiedzieć Sarabynowi, "jak bardzo mu się to wszystko nie podoba", ale tkwił ściśnięty w samym środku przyczepy, a Sarabyn jechał w kabinie pick-upa. Dlatego pogodził się z nieuchronnym i zwrócił się do zespołu: "Zaczynamy akcję, gogle w dół, palec na spust"[18]. W drugiej przyczepie kierowca krzyknął w tył do pasażerów: "Ruszacie, kiedy tylko się zatrzymam"[19]. Russell, walcząc o utrzymanie równowagi jak wszyscy pozostali w drugiej przyczepie, która właśnie z rozmachem skręcała na podjazd Mount Carmel, pomyślał jeszcze z nadzieją: "Nawet jeśli Koresh dowiedział się, że go obserwujemy i że pewnie dobierzemy mu się do skóry, to może nie wie, że nadciągamy już, teraz".
Koresh wiedział.