Tragedia w Waco. David Koresh i tajemnica jego sekty - Jeff Guinn

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

By poznać religijne korzenie wydarzeń z 1993 roku w Waco, należy cofnąć się o ponad sto siedemdziesiąt lat do północnej części stanu Nowy Jork, gdzie żył rolnik i baptysta, świecki kaznodzieja William Miller. Dogłębnie studiował on i osobiście interpretował Biblię, wskutek czego doszedł do wniosku, że powrót Chrystusa i zniszczenie świata przez ogień są nieuchronne. Miller wieszczył, że nadejdzie Jezus, a po nim niszczycielskie płomienie, co nastąpi pod koniec 1843 lub na początku 1844 roku, zgodnie z biblijnymi przepowiedniami proroka Daniela, w dokładnie wyliczonym momencie od zarządzenia przez króla perskiego odbudowy Jerozolimy w 457 roku p.n.e. Miller głosił swoje przesłanie podczas kazań i w artykułach szeroko rozpowszechnianych w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych oraz w Kanadzie. Koncepcja, że Bóg złoży w ofierze grzeszną ziemię, a wraz z długo wyczekiwanym powrotem Jezusa nastanie nowe, czyste duchowo królestwo, nie była wyjątkowa, ale specyficzny styl Millera wzbudził ogromne zainteresowanie u wielu osób, które dosłownie brały każde słowo Biblii. Skoro drugi adwent nadciąga, będą go wyczekiwać w nadziei, że szczera wiara zapewni im przepustkę do nowego, lepszego świata.

Według niektórych szacunków na wielką chwilę czekały setki tysięcy ludzi, ale rok 1843 dobiegł końca i nic się nie wydarzyło. Miller wyznaczył nowy termin, 21 marca 1844 roku, a kiedy i wówczas nie pojawił się ani Chrystus, ani fala płomieni, obwieścił, że będzie obserwował i nauczał, dopóki dzień chwały nie nadejdzie. Lojalni zwolennicy wierzyli, że Miller musiał po prostu pomylić się w rachunkach. Przytłaczająca większość zgodziła się, że właściwa data to 22 października 1844 roku, ale kiedy i ten dzień minął spokojnie - nastąpiło tak zwane wielkie rozczarowanie - millerystom zostały tylko rozważania, co poszło nie tak i jak wyzbyć się wszelkich ludzkich wad, które nie pozwolą im właściwie przygotować się na ponowne przyjście Jezusa, kiedy zgodnie z biblijną obietnicą oszczędzeni zostaną tylko czyści duchem.

Niektórzy doszli do wniosku, że William Miller poprawnie obliczył czas, ale błędnie zinterpretował Biblię. Chrystus powrócił zgodnie z przepowiednią, ale do niebios, nie na ziemię. Rok 1844 miał być początkiem sądu Chrystusa nad poszczególnymi śmiertelnikami, by zdecydować, czy zasługują na zbawienie. Aby się zakwalifikować, należało ściśle przestrzegać przykazań wyszczególnionych w Biblii, a oświeceni wyznawcy powinni całkowicie odseparować się od grzesznego życia doczesnego. Ten odłam millerystów dał początek nowemu Kościołowi Adwentystów Dnia Siódmego, dziś znanemu zapewne najbardziej z przestrzegania szabasu w sobotę. Nowe wyzwanie tak mocno przemawiało do pokoleń biblijnych literalistów, że w końcu stało się najszybciej rozwijającym się na świecie.

Doktryna adwentystów zakładała, że tylko niezachwiana wiara ocali duszę, zmarli są nieświadomi i ostatecznie zostaną poddani osądowi, a Chrystus wróci na ziemię po czasach chaosu. Należy stale studiować Biblię, gdyż cała prawda została tam spisana dla dość mądrych i dostatecznie pilnych, by ją dostrzec. Przede wszystkim pewną rzeczą jest, że Bóg czasem wykorzystuje ludzi jako posłańców albo proroków. Osoby te oferują nowe teologiczne spostrzeżenia i interpretacje, które trzeba uwzględniać. Spośród nich na pierwszy plan wybiła się Ellen G. White. Ellen wychowała się w rodzinie millerystów i począwszy od 1844 roku, doświadczyła wielu wizji, które wspierały i rozwijały doktrynę Kościoła. Zanim zmarła w 1915 roku, napisała niezliczoną liczbę artykułów i kilkadziesiąt książek, które stały się dla adwentystów bezcennymi przewodnikami.

Do początku lat dwudziestych dwudziestego wieku Kościół Adwentystów Dnia Siódmego działał już w całej Ameryce, od wybrzeża do wybrzeża (wspólnoty pojawiły się też za oceanem), a wyznawcy starali się każdego dnia postępować zgodnie z zaleceniami Biblii, przez cały czas studiować biblijne niuanse i unikać ziemskich pokus, całkowicie przekonani, że w przeciwieństwie do niewiernych rygorystyczna pobożność zapewni im zbawienie, kiedy Jezus zstąpi na ziemię, by osądzić ludzkość. Adwentyści nie trzymali się jak William Miller przepowiedni wskazujących konkretne daty, wierzyli tylko, że drugi adwent, czas ostateczny, pewnego dnia nastąpi i muszą być nań gotowi. Ale to przekonanie, że to oni mają absolutną rację, podczas gdy reszta kompletnie się myli - w końcu Panu nie imponowała letnia pobożność - prowadziło, jak przyznał pewien wierny adwentysta, do niebezpiecznego samozadowolenia, poczucia, że zrobiło się już wszystko, co niezbędne, by zadowolić Boga i osiągnąć łaskawy wyrok podczas powtórnego przyjścia.

Adwentysta Victor Houteff obawiał się, że jego umiłowany Kościół popada w rozleniwienie i duchowe pobłażanie. Jeśli wyznawcy nie powrócą do nakazanego biblijnie stanu czujnej pobożności, będzie im groził negatywny osąd Jezusa, tak samo jak wszystkim ludziom spoza Kościoła. Houteff, bułgarski imigrant urodzony w 1885 roku, przyjechał do Ameryki jako młody człowiek. W latach dwudziestych osiadł w Los Angeles, gdzie zarabiał na życie doczesne jako sprzedawca pralek, a duchową pobożność realizował, nauczając w szabasowej szkółce Kościoła Adwentystów. Z wyglądu całkiem przeciętny, średniego wzrostu, sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, wyróżniały go wyłącznie okulary w grubej oprawie. Ale umysł miał bystry, a jego determinacja, by zrozumieć prawa boskie i ich przestrzegać, nie słabła.

Gdy tylko mógł, ślęczał nad Pismem Świętym, jego uwagę zaś coraz bardziej przykuwały apokaliptyczne sceny z Księgi Objawienia i Księgi Ezechiela (9,1-9), gdzie opisano przybycie na ziemię anioła, który uczynił znak krzyża na czołach stu czterdziestu czterech tysięcy szczęśliwych wyznawców. Ci mieli zostać oszczędzeni w czasach ostatecznych, kiedy pięciu innych aniołów zabije wszystkich nienaznaczonych. Houteff od dawna wraz z innymi wiernymi Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego zakładał, że każdy ze stu czterdziestu czterech tysięcy wybrańców będzie pochodził spośród wyznawców ich Kościoła, do którego w 1929 roku należało trzysta tysięcy osób. Teraz jednak Houteff obawiał się, że zbyt wielu się leniło i ani nie studiowało biblijnego prawa, ani też go nie przestrzegało. Sporządził przydatną listę najcięższych błędów, w tym wyprzedaż kościelnego wyposażenia, brak szacunku, niewiarę w proroctwa, podążanie za światową modą i "upieranie się, że posiedliśmy już całą prawdę i więcej nie potrzebujemy". ­Houteff zaczął omawiać zaobserwowane uchybienia na swoich wykładach oraz podczas innych zgromadzeń adwentystów. Przywódcy Kościoła zaniepokoili się i kazali mu przestać. Gdy odmówił, zapadła decyzja, że Houteff powinien przedstawić swój punkt widzenia przed kościelną starszyzną, która będzie mogła odeprzeć zarzuty. Następnie starszyzna wysłuchała obu stron i oświadczyła, że Houteff nie ma racji i musi wszystko odwołać. Nie zgodził się i podwoił swoje starania.

W 1930 roku za własne pieniądze i z datków zwolenników, których zebrał spośród wiernych Kościoła, wydał pierwszy tom Laski pasterza: 144 tysięcy z rozdziału siódmego Księgi Objawienia - Wezwanie do reformacji. Houteff powtórzył w książce surowe ostrzeżenia, wszystkie poparte odpowiednimi cytatami z Biblii, i napisał tak: "Prawda ma tutaj ogromne znaczenie dla Kościoła właśnie teraz, ze względu na przepowiedziane niebezpieczeństwo, które wkrótce zagrozi ludowi Bożemu. Wzywam do zdecydowanego działania wiernych, odcięcia się od wszelkiego materializmu i przyziemności; by wsparli się na opoce przez posłuszeństwo wobec wszystkich prawd znanych temu wyznaniu, jeśli mamy uniknąć wielkiej katastrofy". Houteff zakończył biblijnym wersetem, zapisanym kursywą: Głos PANA woła do miasta (ale roztropny sam ujrzy twoje imię): Słuchajcie rózgi [laski] i tego, kto ją ustanowił (Księga Micheasza, 6,9)[20]. Jednak Houteff z całą mocą podkreślał, że nie wzywa do założenia nowego Kościoła, tylko do ponownego zaangażowania się obecnych Adwentystów Dnia Siódmego: "Niniejsza publikacja nie opowiada się za nowym ruchem, całkowicie się temu sprzeciwia. Prezentuje przekonujący dowód, któremu nie da się zaprzeczyć, że od 1844 roku Bóg posługuje się Kościołem Adwentystów Dnia Siódmego, by kontynuował jego dzieło".

Houteff i jego zwolennicy, deklarując przez cały czas lojalność wobec adwentystów, nadal przedstawiali swoje racje, głównie na parkingach pod świątyniami adwentystów po tym, jak zabroniono im przemawiać do wiernych w środku. Houteff nazywał siebie laską pasterską zesłaną przez Boga: gdyby tylko adwentyści posłuchali i poprawili swoje postępowanie, nadal mogliby być "resztą dni ostatnich"[21].

Houteff zdecydował, że potrzebuje przestrzeni, by przygotować drogę na ponowne nadejście Chrystusa, przestrzeni, w której na początku drugiego adwentu mógłby pomieścić nawet sto czterdzieści cztery tysiące wybranych, skoro Bóg tak chciał. Badał mapy Stanów Zjednoczonych równie skrupulatnie jak Biblię i szukał idealnej lokalizacji, która byłaby jednocześnie dostępna, tania i przyjazna religii. Nie chciał, by jego trzódka swobodnie integrowała się z nowymi sąsiadami; ci nieszczęśnicy, którzy deklarowali wiarę, ale żyli w sposób światowy, będą musieli wykazać się na sądzie ostatecznym własnymi chybionymi zasługami. Pragnął raczej stworzyć dom, gdzie jego lud - Laska Pasterza - będzie przestrzegał rygorystycznych, opartych na Biblii zasad i w spokoju te zasady praktykował.

W 1935 roku Houteff znalazł idealne miejsce i kupił nieco ponad osiemdziesiąt hektarów ziemi na północny zachód od Waco w Teksasie.

 

Waco, w 1935 roku miejsce zamieszkania około sześćdziesięciu tysięcy zahartowanych dusz, leży w hrabstwie McLennan nad rzeką Brazos, sto dwadzieścia kilometrów na południe od Fort Worth i Dallas i sto czterdzieści kilometrów na północ od Austin. Przysadziste zarysy miasta na horyzoncie pasowały do monotonnego krajobrazu. Widok nie prezentował sobą nic godnego zapamiętania. Waco za to słynęło z dwóch rzeczy: jako miejsce, gdzie wynaleziono popularny napój Dr Pepper, oraz jako siedziba Baylor University, twierdzy baptystów, gdzie zasady obowiązujące studentów stanowiły jaskrawy przykład konserwatywnego chrześcijaństwa. Oczekiwano, że studenci Baylor będą się powstrzymywać od alkoholu, tytoniu i przedmałżeńskiego seksu; co więcej, uczelni skutecznie udało się wyrugować taniec[22]. Chociaż nie istniały pisane zasady zakazujące tej rażąco lubieżnej aktywności, władze zawsze odrzucały prośby mieszkańców kampusu o urządzenie wieczorków tanecznych. Z góry zakładano, że studenci rekrutujący do Baylor deklarują wybór stylu życia na równi z chęcią kontynuowania edukacji.

Nawet w Teksasie panowała opinia, że religijna gorliwość Waco i konserwatywna atmosfera są przesadzone; w granicach stanu nazywano je "Jerozolimą nad Brazos" albo, niekiedy, "klamrą pasa biblijnego"[23]. Większość mieszkańców uważała te określenia za komplementy. Rod Aydelotte, fotograf "Waco Tribune-Herald", który wychował się w mieście, wspomina: "Wiedzieliśmy o religii wszystko, ponieważ mieliśmy tu każdy Kościół świata".

Szczęśliwym trafem lub dzięki boskiemu natchnieniau Victor Houteff wybrał idealne miejsce na siedzibę Laski Pasterza. On i jego wyznawcy weszli w posiadanie kamienistej parceli jedenaście kilometrów na północny zachód od granic miasta Waco. Posiadłość przylegała do skalistego brzegu jeziora Waco o powierzchni trzydziestu kilometrów kwadratowych, którego wody zasilały rzeki North Bosque i Bosque. Zbliżał się powrót Chrystusa i sąd ostateczny. Niecierpliwie wyczekujący wyznawcy nazwali nową osadę Mount Carmel (Górą Karmel), w nawiązaniu do cytatu z Księgi Micheasza (7,14): "Paś swój lud laską swoją, trzodę swojego dziedzictwa, która mieszka samotnie w lesie i w środku Karmelu".

Mount Carmel Houteffa ostatecznie zyskało stu dwudziestu mieszkańców. Wszyscy nowo przybyli pracowali albo na terenie posiadłości, albo w sąsiedztwie, z którym utrzymywali serdeczne relacje. Całkowicie zależna od przywództwa Houteffa świeżo powstała społeczność Laski Pasterza rozkwitała. Chociaż Houteff nie przyznawał sobie żadnego specjalnego statusu, poza oddaniem służbie Pańskiej, większość wyznawców wierzyła, że przywódca jest świętym, współczesnym odpowiednikiem Eliasza, biblijnego proroka, który głosił rychłe nadejście mesjasza. Houteff rządził swoim półdzikim królestwem ręką łagodną, lecz stanowczą, i stale ostrzegał, że nawet najwierniejszych czeka na koniec chrzest ogniem, jak zapowiada Jan Chrzciciel w Ewangelii św. Mateusza (3,11)[24]. Poza tym mocno podkreślał, że to proroctwo nie zostanie wypełnione przez Jezusa, ale przez jakąś niezidentyfikowaną jeszcze osobę, która objawi się jako Jego przedstawiciel[25]. Zasłużyć sobie na łaskę Bożą podczas ponownego przyjścia będzie bardzo trudno, a powinnością prawdziwych wyznawców będzie nie tylko podjęcie wyzwania, będą mieli również obowiązek nadal błagać opornych Adwentystów Dnia Siódmego, aby zmienili swoje błędne postępowanie. Do Mount Carmel nabyta została prasa drukarska i wszystkie kazania oraz nauki Houteffa utrwalano w broszurach i rozsyłano następnie po całym kraju do wiernych Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, których adresy domowe udało się zdobyć.

W kolejnych latach Houteff dokupywał kolejne tereny przyległe do jeziora Waco, aż w końcu powierzchnia posiadłości osiągnęła około stu pięćdziesięciu hektarów. Przez cały czas wysyłał dwuosobowe delegacje kaznodziejów do wszystkich wspólnot Adwentystów Dnia Siódmego w kraju, żeby nakłaniali kolejnych wiernych do przyjęcia nauk Laski Pasterza. Dudley Goff, wyznawca Houteffa, wspomina: "Jeździło się do tych kościołów, skąd nas wyrzucali, ale nie mogli nas przepędzić z chodników przed budynkami, ponieważ były one własnością publiczną. Stawaliśmy tam i rozdawaliśmy nasze broszury. Czasem ludzie na nas pluli". Posłańcy Houteffa dumnie chlubili się swoją przynależnością: "Mieliśmy na samochodach napis "Słuchajcie Laski""[26].

W czasach, gdy w Mount Carmel rządził Victor Houteff, doszło do dwóch ważnych wydarzeń. Pierwsze nastąpiło w 1937 roku, zaledwie dwa lata po przybyciu wspólnoty do środkowego Teksasu. Houteff zawsze starannie dbał o powściąg­liwość zarówno w wyglądzie - skromne tanie garnitury i krawat - jak i w zachowaniu. Do tamtej pory nawet cień skandalu nie położył się na jego posłudze, aż w końcu w wieku pięćdziesięciu dwóch lat ożenił się z Florence Hermanson, siedemnastoletnią córką oddanych wyznawców. Różnica wieku nieco trapiła niektórych zwolenników, szczególnie że pani Houteff natychmiast weszła w rolę głównej asystentki męża, co najbardziej dało się zauważyć podczas szabasowych kazań, kiedy zasiadała w pierwszym rzędzie i stenotypowała wszystkie jego myśli, by potem je starannie spisać[27]. Para zamieszkała w apartamencie na piętrze budynku administracyjnego Mount Carmel. Ze związku Houteffów nie urodziły się dzieci; młodzieńcza energia Florence kierowała się raczej na wsparcie posługi męża zamiast na rodzenie i wychowywanie potomstwa.

A w 1942 roku, wkrótce po tym kiedy Ameryka przystąpiła do drugiej wojny światowej, okazało się, że młodzi mężczyźni z Mount Carmel spełniają wymagania poboru. Kompletnie kłóciło się to z rolą, jaką przydzielił im Houteff - szerzenia przesłania i pracy przy budowaniu w Mount Carmel duchowej przystani, gdzie, jeśli zajdzie taka potrzeba, u zarania drugiego adwentu będą się mogły zgromadzić sto czterdzieści cztery tysiące wybrańców, którzy (przypuszczalnie wraz z wyznawcami Laski Pasterza) zostaną przeniesieni do Izraela. Laska Pasterza nie została oficjalnie zarejestrowana jako Kościół, więc młodzi pobożni mężczyźni nie mogli uzyskać wyłączenia od służby wojskowej ze względów religijnych. Houteff przekształcił swoją wspólnotę w Stowarzyszenie Dawidiańskich Adwentystów Dnia Siódmego, co wskazywało zarówno na związek z zarejestrowanym Kościołem, jak i tronem króla Dawida, który zajmie Chrystus po powrocie na ziemię. I właśnie od tej nazwy grupa stała się znana w Waco jako dawidianie.

 

 

 

 

 

 

 

Przypisy

 

 

Prolog. ATF, ranek 28 lutego 1993 roku

 

W ramach gromadzenia materiałów do książki przeprowadziłem wywiady z kilkunastoma agentami ATF, którzy brali udział w nalocie na Mount Carmel 28 lutego 1993 roku. Niektóre cytaty i uwagi przypisuję konkretnym agentom, w większości przypadków odwołuję się do zbiorowych wspomnień agentów z tych wydarzeń. Do prologu i wielu dalszych rozdziałów chciałem uzyskać bezpośrednie informacje od Phila Chojnackiego i Chucka Sarabyna, dowódców, których decyzje podjęte tamtego dnia pozostały kontrowersyjne. Ale Chojnacki nie odpowiedział na liczne telefony; Sarabyn odmówił zgody na wywiad. Dlatego przy opisie ich karier i kroków podjętych w kwestii Waco musiałem polegać na ich zeznaniach złożonych przed licznymi komisjami śledczymi Kongresu i szczegółach z raportów tych komisji. Uzyskałem też dostęp do kilku wewnętrznych dokumentów ATF, które dostarczył mi informator.

 

[1] Wywiady z Rorym Heischem, Blakiem Botelerem, Mikiem Duncanem i Samem Cohenem.

[2] Wywiady z Philem Lewisem, Jerrym Petrillim i Billem Bufordem.

[3] David DiBetta, Scott Fasnacht, Plain Old Agent: Reflections on the Siege at Waco and My Career with ATF, s. 94-95.

[4] Wewnętrzny dokument ATF, Waco Firefight Narrative, 10 sierpnia 1994; źródło w ATF.

[5] Wywiad z Jerrym Petrillim.

[6] Wywiad z Robertem White'em.

[7] Wywiad z Rorym Heischem.

[8] Wewnętrzny dokument ATF, Waco Firefight Narrative.

[9] Dick J. Reavis, The Ashes of Waco: An Investigation, s. 183.

[10] Wywiady z Krisem Mayfieldem, Mikiem Russelem i Blakiem Botelerem.

[11] Wywiady z Blakiem Botelerem i Krisem Mayfieldem.

[12] Wywiady z Carlą Bel Mayfield, Billem Bufordem i Jerrym Petrillim.

[13] Wywiad z Blakiem Botelerem.

[14] 10. posiedzenie Kongresu, 2. sesja, Raport Izby 104-749, Investigation into the Activites of Federal Law Enforcement Agencies Toward the Branch Davidians; wywiady z Phillem Lewisem, Billem Bufordem i Jerrym Petrillim.

[15] Wywiady z Krisem Mayfieldem i Jerrym Petrillim.

[16] Raport ze śledztwa Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej w sprawie Vernona Wayne'a Howella, znanego też jako David Koresh, wrzesień 1993, s. 171-172; wywiady z Billem Bufordem, Robertem White'em, Jerrym Petrillim, Krisem Mayfieldem, Rorym Heischem, Blakiem Botelerem i Samem Cohenem.

[17] Wywiad z Guillermo Gallegosem.

[18] Wywiad z Blakiem Botelerem.

[19] Wywiad z Mikiem Russellem.

 

Laska Pasterza

 

Większość ogólnych informacji z pierwszej części tego rozdziału pochodzi z długich wywiadów o początkach Gałęzi Dawidowej z trzema uznanymi specjalistami od religii i autorami, którzy pisali na ten temat. Są to dr J. Phillip Arnod z Reunion Institute w Houston, dr James Tabor, University of North Carolina, i dr Catherine Wessinger, profesorka Religion Studies Loyola University w Nowym Orleanie. Wszyscy chętnie dzielili się przemyśleniami i opiniami w wywiadach, rozmowach telefonicznych i e-mailach.

Opisy ruchu millerystów i powstania kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, a potem Laski Pasterza Victora Houteffa zaczerpnąłem z książek: Paul Boyer, When Time Shall Be No More: Profecy Belief in Modern American Culture; Philip Jenkins, Mystics and Messiahs: Cults and New Religions in American History; Dick J. Reavis, The Ashes of Waco: An Investigation; Catherine Wessinger, How the Millenium Comes Violently: From Jonestown to Heaven's Gate. Wyznania wiary i ostrzeżenia Houteffa pochodzą z jego książki The Shepherd's Rod: The 144,000 of Revelation 7 - Call for Reformation, t. 1 (s. 2, 11, 26, 30, 35 i 41).

Dokładnych informacji dostarczyły artykuły z czasopism, w tym: Malcolm Gladwell, Sacred and Profane: How Not to Negotiate with Believers, "The New Yorker", 31 marca 2014; Albert A.C. Waite, From Seventh-day Adventism to David Koresh: The British Connection, "Andrews University Seminary Studies" 2000, t. 38, nr 1.

Część opisów Victora Houteffa uzyskałem od dziewięćdziesięcioletniego Dudleya Goffa, który razem z rodzicami i bratem dołączyli do Houteffa w jego początkach, i należeli do pierwszej wspólnoty w Mount Carmel w Waco.

[Angielska nazwa dawidian, Shepherd's Rod, zwykle jest tłumaczona jako Rózga Pasterza, mimo iż wszystkie materiały ikonograficzne tworzone przez wyznawców ewidentnie pokazują laskę pasterską. Polskie przekłady Biblii nie są tu konsekwentne, ale za stosowaniem raczej laski niż rózgi wydaje się przemawiać znaczenie symboliczne: laska symbolizuje płodność i życie, służy odpędzaniu złych mocy, kojarzy się z berłem; uchodzi za symbol spełnienia Bożych obietnic i ma posłużyć zniszczeniu bezbożnych, podczas gdy rózga pojawia się w Biblii głównie jako narzędzie kary, zob. M. Lurker, Słownik obrazów i symboli biblijnych, Poznań 1989, s. 109-111, 203 - przyp. tłum.].

 

[20] Wszystkie cytaty biblijne według uwspółcześnionej Biblii gdańskiej (rewizji protestanckiej Biblii z 1632 roku) jako najbliższej czasowo Biblii króla Jakuba, którą posługiwał się Koresh (przyp. tłum.).

[21] Nawiązanie do Księgi Objawienia 12,17 (przyp. tłum.).

[22] Baylor ostatecznie zniosło zakaz w kwietniu 1996 roku.

[23] Wywiad z Carltonem Stowersem. [Pas biblijny to potoczna nazwa południowych stanów USA, gdzie dominuje konserwatywny protestantyzm - przyp. tłum.].

[24] "Ja was chrzczę wodą ku pokucie; ten zaś, który idzie za mną, jest mocniejszy ode mnie; nie jestem godny nosić mu obuwia. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem" (przyp. tłum.).

[25] Martydom, Self-Sacrifice and Self-Immolation: Religion Perspectives on Suicide, red. Maro Kitts, s 60; wywiad z J. Phillipem Arnoldem.

[26] Księga Micheasza 6,9: "Słuchajcie rózgi i tego, kto ją ustanowił" (przyp. tłum.).

[27] Wywiad z Dudleyem Goffem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tuż przed świtem w niedzielę 28 lutego 1993 roku z bazy armii amerykańskiej Fort Hood, położonej nieopodal Killeen w Teksasie, wyruszył konwój osiemdziesięciu pojazdów, który skierował się na północny wschód do oddalonego o nieco ponad sto kilometrów Waco. Na początku i na końcu kolumny jechały pick-upy ciągnące przyczepy do przewozu zwierząt. Pomiędzy nimi sunęła zbieranina aut sportowych, kombi i nieoznakowanych rządowych sedanów, na co wskazywały wymownie wysunięte anteny. Wszystkie pojazdy miały włączone światła - było wcześnie rano, kiedy ciemność nocy zlewa się ze światłem dnia, a rześki, przenikliwy wiatr unosił z ziemi kłęby mgły. Deszcz był tylko kwestią czasu. Mocno niedoskonała pogoda mogła irytować, ale kierowcy w półtorakilometrowej procesji mieli co innego na głowie. Wszyscy byli agentami Bureau of Alcohol, Tobacco and Firearms (Biuro ds. Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej), lepiej znanego jako ATF, i zajmowali się egzekwowaniem niezbyt popularnego prawodawstwa federalnego. Przez ostatnie dwa dni przechodzili specjalne szkolenie w Fort Hood. Za kilka godzin mieli wziąć udział w największym i, jak się spodziewano, najlepiej nagłośnionym nalocie w historii agencji, który mógł poprawić wizerunek kontrowersyjnej instytucji.

Pod koniec czerwca 1992 roku ATF przeprowadziło dochodzenie w sprawie proroka Davida Koresha i jego wyznawców, powszechnie znanych jako Gałąź Dawidowa, którzy zamieszkiwali rozległy, chałupniczo i własnoręcznie zbudowany obiekt (w raportach ATF określany jako "kompleks") - Mount Carmel. Kompleks mieścił się na trzydziestojednohektarowej jałowej parceli około piętnastu kilometrów od Waco. Planiści ATF oszacowali, że opanowaną przez mrówki ogniste posiadłość zamieszkuje mniej więcej siedemdziesięcioro pięcioro mężczyzn, kobiet i dzieci; trudno było wskazać dokładną liczbę, ponieważ mieszkańcy bez przerwy kłębili się chaotycznie wokół budynku. Po ośmiu miesiącach zgromadzone dowody wskazały, że grupa nielegalnie przerabia broń z samopowtarzalnej na automatyczną; śmiercionośną broń zamierzali albo sprzedać, albo wykorzystać w ramach spisku, który miał doprowadzić do końca świata. To, spekulowali stratedzy ATF, mogło oznaczać wszystko: od ataku na ludzi z zewnątrz po przerażające zbiorowe samobójstwo.

Chociaż ATF nie wiedziało, w co konkretnie wierzyli członkowie Gałęzi Dawidowej i co dokładnie planowali, oczywiste było, że na pewno przechowują w posiadłości nielegalną broń oraz "improwizowane urządzenia wybuchowe" domowej produkcji (granaty ręczne)[1]. Samo to świadczyło o tym, że złamali prawo i są właściwym obiektem zainteresowania agencji. Dwa dni wcześniej, w piątek 26 lutego, sędzia okręgowy podpisał ATF nakaz przeszukania Mount Carmel, a także akt oskarżenia Vernona Wayne'a Howella (oficjalne nazwisko Davida Koresha) i nakaz jego aresztowania oraz, co najważniejsze, rozkaz natychmiastowego zablokowania opinii publicznej dostępu do informacji. Funkcjonariusze ATF najbardziej ze wszystkiego obawiali się utraty elementu zaskoczenia; plan nalotu uwzględnił wszelkie możliwe środki, by podejrzani niczego się nie spodziewali.

Zazwyczaj naloty ATF przybierały jedną z dwóch form: "otocz i wezwij", co dawało podejrzanym szansę na pokojowe poddanie się, lub "wkroczenie dynamiczne", które polegało na wtargnięciu do kryjówki podejrzanych, zanim ci zdążą chwycić za broń i stawić opór. Po wielu spotkaniach i długich dyskusjach dla Mount Carmel zatwierdzono plan dynamicznego wkroczenia, pozbawiający członków Gałęzi Dawida szansy na walkę, zniszczenie dowodów lub popełnienie zbiorowego samobójstwa, zanim agenci będą mieli szansę ich powstrzymać[2]. ATF zamierzało zrobić nalot, aresztować Koresha, znaleźć i skonfiskować kluczowe dowody, po czym zakończyć bez jednego wystrzału oraz uwiecznić przynajmniej częściowo tę skuteczną bezkrwawą akcję na filmie przeznaczonym dla mediów i kongresmenów. Przesłuchania w kwestii budżetu ATF miały się odbyć w marcu.

Plan miał oczywiste wady. Posiadłość Gałęzi Dawidowej mieściła się przy wąskiej wiejskiej drodze, na końcu długiego, krętego podjazdu po jałowym zboczu, tak więc ktoś próbujący podejść do frontowego wejścia nie mógł liczyć na żadną osłonę. Podejrzani zaczynali dzień o świcie i zapewne trzymali cały arsenał pod ręką. Funkcjonariusze ATF oparli jednak plan na dwóch założeniach, wspieranych przez informatorów, dawnych członków Gałęzi Dawidowej, którzy zwrócili się przeciwko Koreshowi. Po pierwsze, Koresh rygorystycznie pilnował broni; wszystkie karabiny przechowywano w zamkniętym magazynie, a wydawane były wyłącznie na osobisty rozkaz przywódcy. Po drugie, mieszkańcy Mount Carmel ściśle przestrzegali rozkładu dnia. Co rano po śniadaniu odbywały się "codzienne praktyki", zgromadzenie, podczas którego wyznawcy przyjmowali komunię (sok winogronowy i suchary zamiast wina i opłatków) oraz dyskutowali na tematy biblijne. Potem, około dziesiątej, wszyscy sprawni mężczyźni wychodzili na zewnątrz i kontynuowali kopanie olbrzymiego dołu, który ocalali wyznawcy Gałęzi Dawidowej opisywali potem jako schron przed tornadami. Zdaniem ATF miał to być bunkier zapewniający schronienie podczas strzelaniny.

Jak przewidywano, w wilgotny niedzielny poranek mężczyźni z Gałęzi Dawidowej mieli przez kilka godzin pracować poza zabudowaniami, bez dostępu do broni zamkniętej w środku, a siedemdziesięciu sześciu agentów ATF ukrytych w dwóch przyczepach do przewozu bydła, powszechnie widywanych na bocznych drogach środkowego Teksasu, zamierzało w tym czasie pokonać podjazd Mount Carmel, błyskawicznie wyskoczyć z ukrycia, odciąć pracującym dostęp do broni i przejąć kontrolę nad posiadłością. Potem poszłoby już łatwo. Wszystko opierało się jednak na elemencie zaskoczenia. Autorzy planu nalotu byli tak pewni sukcesu, że nie opracowali planu B na wypadek, gdyby coś poszło niezgodnie z przewidywaniami. Agent ATF Mike Duncan wspomina, że podczas specjalnego szkolenia w Fort Hood ktoś spytał: "A jeśli coś się spieprzy? Tam nie ma się gdzie schować". Padła mglista odpowiedź - wyjść z przyczep, oddalić się od kompleksu, odpowiadać na ogień. Agent Dave DiBetta wspomina: "To było jak żywcem wyjęte z Monty Pythona i Świętego Graala. Plan [awaryjny] zakładał wyskoczenie z przyczep i ucieczkę, a potem otoczenie obiektu?". Ale agenci trzymali się pierwotnych założeń; w Gałęzi Dawidowej niczego nie będą podejrzewać i podczas akcji uda się wykorzystać element zaskoczenia.

Konwój ATF dotarł do Bellmead Civic Center około siódmej czterdzieści pięć. (Sześciu agentów znalazło się tu kilka godzin wcześniej i już udali się na miejsce, by zabezpieczać błotnisty, zadrzewiony teren za Mount Carmel i nie dopuścić do ucieczek w tamtym kierunku). Na bazę wypadową ze względu na dogodne położenie wybrano skupisko przysadzistych budynków użyteczności publicznej tuż przy teksańskiej autostradzie stanowej 84 - nieduże miasteczko Bellmead leżało kilka kilometrów na północny wschód od Waco i niecałe piętnaście kilometrów od Mount Carmel. Mimo skupienia planistów na elemencie zaskoczenia członków Gałęzi Dawidowej nikt nie zadbał o ukrycie obecności ATF przed mieszkańcami ­Bellmead - agent w kurtce z symbolem agencji federalnej i kilku policjantów z Bellmead stali na ulicy i kierowali konwój na parking[3]. Bill Buford, dowódca Special Response Team (SRT), taktycznych zespołów specjalnych z filii ATF w Nowym Orleanie, z przerażeniem odkrył w budynku "sympatyczne damy, dziesięć czy dwanaście", które podały im kawę i donaty. Poczęstunek był mile widziany, ale obecność cywilów, przynajmniej według Buforda, wręcz przeciwnie: "Było oczywiste, że coś planujemy. [Kobiety] mogły komuś o tym powiedzieć".

Agenci mieli około dziewięćdziesięciu minut na omówienie planów nalotu z szefami drużyn, potem musieli przebrać się do akcji i przygotować do zajęcia miejsc w przyczepach dla bydła, którymi mieli odbyć piętnasto-, dwudziestominutową drogę do Mount Carmel. Przyczepą numer jeden miało pojechać trzydziestu siedmiu agentów upakowanych trójkami, przyczepa numer dwa zabierała trzydzieści dziewięć osób[4]. Drugą przyczepą miały być przewiezione jeszcze dwie drabiny. Plan zakładał, że część agentów wdrapie się na dach poniżej górnego piętra z boku budynku, w miejscu, gdzie Koresh podobno przechowywał broń zamkniętą w osobnym pomieszczeniu.

Kiedy agenci popijali kawę i rozmawiali, panowała raczej ożywiona niż nerwowa atmosfera. Większość z nich była weteranami armii amerykańskiej z solidnym doświadczeniem bojowym, niektórzy pracowali też poprzednio w policji lub straży granicznej. Pewne elementy operacji były jednak całkowicie wyjątkowe, co sprawiało, że - jak to ujął agent Rory Heish - "to było w chuj ważne". Po raz pierwszy w historii ATF agenci z wielu oddziałów - z Houston, Dallas i Nowego Orleanu - planowali wspólną operację. Typowy nalot ATF przeprowadzało maksymalnie dwudziestu uczestników: grupa uderzeniowa, ekipa zabezpieczająca i w ramach wsparcia jeden lub dwóch funkcjonariuszy z biura szeryfa okręgowego[5]. Ale zwykle naloty przeprowadzano na domy lub mieszkania o powierzchni najwyżej kilkuset metrów kwadratowych.

Obiekt Mount Carmel, jak ustalili autorzy planu ATF, liczył sobie blisko cztery tysiące metrów kwadratowych i agenci nie dysponowali planem wnętrza. Ponieważ wyznawcy z Gałęzi Dawidowej budowali siedzibę po amatorsku, bez wykonawców z zewnątrz, ATF nie mogło zdobyć projektu do przestudiowania[6]. Podczas szkolenia w Fort Hood do wyznaczenia przybliżonego rozkładu pomieszczeń agenci użyli taśmy malarskiej i sznurka[7]. Poza konkretami o codziennych zwyczajach grupy i informacją o broni zamkniętej w pomieszczeniu na piętrze reszta planu wtargnięcia do Mount Carmel i opanowania budynku opierała się na domysłach. Rankiem tamtego dnia w gotowości do udziału w nalocie czekało stu trzydziestu siedmiu agentów ATF, w tym personel pomocniczy[8]. Nie da się stwierdzić z całą pewnością, czy była to właściwa liczba, czy zbyt duża, czy może za mała.

Połowa z siedemdziesięciu sześciu agentów wyznaczonych do dynamicznego wejścia należała do oddziałów szybkiego reagowania ATF, Special Response Teams, elitarnej taktycznej jednostki agencji. Zespoły SRT były jeszcze względną nowością; szczególnie w natłoku akcji związanych z braniem zakładników podczas egzekwowania prawa, agenci ATF zadręczali przełożonych o dodatkowe szkolenia, na wzór tych prowadzonych przez policyjny wydział SWAT. Skierowanie na szkolenia SRT nie oznaczało większych pieniędzy - udział był dobrowolny - ale znacznie zwiększało pozycję w agencji. Z pozycją wiązało się ryzyko: SRT meldowało się pierwsze przy każdej większej, potencjalnie nieprzewidywalnej akcji. Mimo to wyszkolenie agentów i umiejętność zachowywania zimnej krwi w warunkach ekstremalnych dały zdumiewające rezultaty: w ciągu poprzednich trzech lat doświadczone zespoły szybkiego reagowania ATF zrealizowały sześćset trzy nakazy, a do wymiany ognia doszło tylko dwa razy, przy łącznej liczbie trzech ofiar śmiertelnych, wszystkich po stronie podejrzanych[9]. W ATF nikt nigdy nie przystępował do akcji z zamiarem ranienia kogoś, nie mówiąc już o zabijaniu.

Ta myśl przyświecała również agentom przygotowującym się do nalotu na Mount Carmel. Zbroili się, by zająć i utrzymać obiekt, a nie by angażować się w strzelaninę. Sześciu agentów wyposażonych zostało w automatyczne karabiny AR-15, ale reszta w większości miała pistolety maszynowe MP5 - ponieważ należało założyć, że ściany, podłogi i sufity Mount Carmel zbudowano z materiałów kiepskiej jakości, agenci nie chcieli, by ich pociski przebiły się do sąsiednich pomieszczeń, gdzie mog­ły się schronić kobiety i dzieci[10]. Kilku agentów miało strzelby. Prawie każdy trzymał broń krótką w kaburze pod pachą, a kilku, głównie weteranów, miało po zapasowym pistolecie. Agent Robert Champion dźwigał gaśnicę. W Gałęzi Dawidowej mieli psy, niektóre podobno agresywne. Gdyby psy zaatakowały agentów, Champion miał je spryskać z gaśnicy w nadziei, że to odstraszy zwierzęta i nie będzie trzeba ich zabić.

Wszyscy nosili kamizelki kuloodporne, chociaż ich wkłady balistyczne niekoniecznie mogły ochronić funkcjonariuszy przed pociskami z broni o dużej mocy, jaką zgodnie z ustaleniami ATF mieli w Gałęzi Dawidowej. Część agentów, którzy mieli wedrzeć się przez frontowe wejście Mount Carmel, usunęła nawet wkłady z kamizelek, zakładając, że skoro dawidianie nie będą mieli dostępu do broni palnej, dojdzie do walki wręcz[11]. Same wkłady z przodu kamizelki ważyły prawie sześć kilo. Usunięcie ich dawało agentom większą swobodę ruchów. Głowy chroniły różnego typu hełmy, a nawet wełniane czapki; ograniczony budżet ATF nie pozwalał na zakup innego wyposażenia poza bronią, amunicją i kamizelkami. Niedofinansowanie było nieodłącznym elementem życia w ATF. Agenci wysępiali hełmy z magazynów demobilu (często podmieniali nimi wełniane czapki, które były tańsze), większość musiała też sama kupić bojowe buty. Ale mimo przymusowej skromności sprzętu agenci wiedzieli, że kiedy zaroją się na Mount Carmel, i tak będą stanowić spektakularny widok. Nawet najbardziej niewzruszeni podejrzani zwykle kapitulowali, gdy nieoczekiwanie pojawiali się wyszkoleni, gotowi do walki profesjonaliści. Agent Blake Boteler wspomina: "Nie sądziliśmy, że [dawidianie] będą walczyć na śmierć i życie. Wiele osób twierdziło, że będą. Jeśli dziesięciu by się na to zdecydowało, to wtedy, gdy wykopalibyśmy drzwi, czterech z nich zeszczałoby się w gacie, a pozostała szóstka turlałaby się po podłodze jak piłki. Czasem do walki jest gotowy jeden. Element zaskoczenia zawsze pomaga. Wprawia ludzi w stan szoku. Zamierzają walczyć, ale instynkt samozachowawczy bierze górę nad każdą doktryną, jaka siedzi im w głowie".

Agenci ATF nie myśleli o walce, liczyli, że uda im się stworzyć przyjazną atmosferę[12]. Wśród siedemdziesięciu sześciu agentów wyznaczonych do nalotu znajdowało się kilka kobiet. Miały wejść do Mount Carmel, kiedy jednostki taktyczne zabezpieczą już budynek, a potem oddzielić kobiety i dzieci wyznawców Gałęzi Dawidowej od mężczyzn, troskliwie odprowadzić je w zaciszne miejsce, gdzie uspokoją najmłodszych, dając im słodycze. Było jasne, że dzieci rzadko doświadczały takiego traktowania w Gałęzi Dawidowej. Kiedy wszystko by się uspokoiło, jeden lub dwaj agenci mieli skoczyć do pobliskiego McDonalda i przywieźć zestawy Happy Meal dla najmłodszych. Personel pomocniczy ATF planował rozbicie kilku namiotów, żeby kobiety i dzieci mogły schronić się przed zimnem i deszczem, oraz ustawić przenośne toalety, by załat­wiać się w odosobnieniu - w ramach niewątpliwie miłej odmiany po rozstawionych wszędzie w Mount Carmel wiadrach, które świadczyły o braku kanalizacji. W Bellmead Civic Center agentki napakowały kieszenie cukierkami, agenci poszli w ich ślady. Mieli nadzieję, że słodycze pomogą stłumić panikę dzieci z Mount Carmel, a może także ich matek.

Nawet hasło, na które agenci mieli wyjść z przyczep i pobiec do obiektu, jako ostatnie wybrano możliwie najmniej agresywne[13]. Nalot otrzymał kryptonim Trojan Horse (Koń trojański). Tradycyjnie hasłem wzywającym do akcji było "Execute" (ang. wykonać, ale też wykonać egzekucję), jednak termin wydawał się zbyt ryzykowny: gdyby nagranie z tego momentu akcji trafiło do opinii publicznej, nieodpowiedzialni dziennikarze i kongresmeni mogliby przywoływać "Execute" jako dowód na agresywne zamiary. Dlatego ustalono, że hasłem do rozpoczęcia nalotu na Mount Carmel będzie "Akcja!".

Dowódcami akcji zostali Phil Chojnacki i Chuck Sarabyn, głównodowodzący agent specjalny oraz jego zastępca z oddziału ATF w Houston. Dostali ten przydział, ponieważ Waco leżało w ich rejonie. Bardziej doświadczeni agenci odnosili się sceptycznie do tych nominacji[14]. Żaden nie miał dostatecznego doświadczenia w terenie. W dniu akcji Chojnacki miał obserwować działania z pokładu jednego z trzech śmigłowców dostarczonych przez Gwardię Narodową Teksasu w charakterze wsparcia dla ATF, a Sarabyn zamierzał jechać do Mount Carmel w pierwszej przyczepie. Na razie obaj znajdowali się w terenowym punkcie dowodzenia zorganizowanym w kampusie Texas State Technical College (TSTC), kilka kilometrów od Bellmead Civic Center i Mount Carmel, ale z dogodnym lądowiskiem, które mogło pomieścić śmigłowce Gwardii Narodowej.

Na początku stycznia ATF zorganizowało też tajną bazę w wynajętej nieruchomości po drugiej stronie drogi do Mount Carmel i umieściło tam ośmiu agentów, którzy udawali studentów TSTC. Jeden z nich zdołał kilka razy odwiedzić Koresha w Mount Carmel. Tego dnia rano miał wejść na teren obiektu po raz ostatni i upewnić się, że dawidianie trzymają się zwyczajowego grafiku i że nie spodziewają się rychłego przybycia ATF. Gdy agent przekaże taką informację Sarabynowi do punktu dowodzenia w TSTC, zastępca dowódcy uda się do Bellmead Civic Center i operacja się rozpocznie.

Nieoczekiwanie powodu do niepokoju dostarczył pierwszy z serii artykułów o Koreshu, który w rezultacie dziennikarskiego śledztwa ukazał się w sobotę 27 lutego w "Waco Tribune-Herald". Tekst, zatytułowany Grzeszny mesjasz, ujawniał, że Koresh utrzymuje w Mount Carmel harem złożony z kobiet, w tym nieletnich, oraz że dzieci w Gałęzi Dawidowej są dyscyplinowane tak surowo, że sprawą zainteresowała się teksańska opieka społeczna, chociaż pracownicy prowadzący sprawę nie znaleźli żadnych obciążających dowodów. Kiedy agenci ATF dowiedzieli się o artykule, zaniepokoili się, że publikacja może wzbudzić alarm w Gałęzi Dawidowej i zniweczyć efekt zaskoczenia. Do Fort Hood dotarła wiadomość, że redaktor naczelny odmówił prośbie agencji, by wstrzymać się kilka dni z publikacją. Data operacji została najpierw wyznaczona na poniedziałek 1 marca. Po odmowie "Tribune-Herald" funkcjonariusze agencji przesunęli termin o jeden dzień, na niedzielę 28 lutego - trzeba było skrócić szkolenie z trzech pełnych dni do dwóch. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy w niedzielę rano konwój ATF wyjeżdżał z Fort Hood, Koresh i wyznawcy z Gałęzi Dawidowej czytali drugi odcinek oskarżycielskiej serii. Kluczowe znaczenie miała więc poranna wizyta w Mount Carmel agenta ATF pod przykryciem: musiał stwierdzić, czy artykuł w jakikolwiek sposób zaburzył dzienną rutynę dawidian[15].

 

Tuż po dziewiątej rano zastępca dowódcy operacyjnego Chuck Sarabyn wtargnął do pomieszczenia, w którym agenci przygotowywali się do nalotu na Mount Carmel[16]. Był wyraźnie zdenerwowany, krzyczał: "Ruchy! Ruchy! Wyjeżdżamy natychmiast!". Niektórzy agenci wspominają, że Sarabyn dodał: "Wiedzą o nas".

Zdaniem szefów jednostek szybkiego reagowania, Billa Buforda i Jerry'ego Petrillego, udzielanie takich informacji na głos stanowiło naruszenie procedur. Sarabyn, jako dowodzący operacją od strony taktycznej, powinien najpierw cicho odwołać najbardziej doświadczonych dowódców oddziałów na stronę i spytać o radę, a dopiero potem ogłosić decyzję, nawet jeśli przepadł decydujący o powodzeniu element zaskoczenia. Próbowali uspokoić Sarabyna i dopytać o więcej szczegółów. I ­Petrilli, i Buford wspominali, że powtarzał w kółko: "Musimy ruszać teraz"[17].

Sarabyn przekazał więcej informacji: tajny agent, który dostał się do obiektu Gałęzi Dawidowej, powiedział, że Koresh odebrał telefon i zaraz potem oznajmił wyznawcom, że ATF i Gwardia Narodowa jadą po nich. Jednak Koresh nie wysłał mężczyzn po broń. Tajny agent twierdził, ciągnął Sarabyn, że Koresh siedział z Biblią w rękach. Nigdzie nie było śladu broni. Jeszcze mieli czas dotrzeć do Mount Carmel, zanim podejrzani przygotują się do oporu, jeśli w ogóle to planowali. Siedemdziesięcioro sześcioro agentów w pośpiechu kończyło przygotowania. Medycy SRT zapisywali markerami agentom na karku grupę krwi. Był to nowy środek ostrożności przejęty podczas szkolenia w Fort Hood.

Większość agentów podchodziła do sytuacji sceptycznie. Plan zakładał odwołanie akcji, jeśli przepadnie element zaskoczenia. Gałąź Dawidowa dysponowała lepszą bronią, o większej mocy niż federalni agenci. Gdyby okazało się, że podejrzani są gotowi do walki, wówczas ATF wpakowałoby się pod intensywny ogień zaporowy, nie mając choćby minimalnej osłony. Ale agenci mieli wpojone posłuszeństwo: wydane rozkazy należy wykonać. Jeśli zgodnie z sygnałami, które dostał Sarabyn, Koresh rzeczywiście czytał Biblię, zamiast organizować zwolenników do walki, misja nadal mogła zakończyć się sukcesem. Niektórzy, szczególnie młodsi, spragnieni udziału w akcji, byli najzwyczajniej w świecie podekscytowani. Wszyscy rzucili się do przyczep. Kolejność zajmowania miejsc ćwiczyli aż do znudzenia w Fort Hood. Teraz zapakowali się do środka. Zaczął padać lekki deszcz. Nadal było dość chłodno. Tylne drzwi przyczep zamknięto i pick-upy holujące przyczepy wytarabaniły się z parkingu przy Civic Centre.

"Byliśmy ściśnięci jak sardynki, obijaliśmy się o siebie" - wspomina Mike Russell. "Przyczepy nie miały resorów". Wąskie wiejskie drogi między Bellmead Civic Center a Mount Carmel były niedbale utwardzone i "rzucało nami we wszystkie strony, próbowaliśmy się czegoś złapać, na przykład żelaznego pręta nad głową, albo przycisnąć do ściany". Do boków przyczep przymocowano płyty ze sklejki, a na dach naciągnięto plandeki, żeby nikt nie mógł zajrzeć do środka. Ale też agenci nie widzieli, co się dzieje na zewnątrz - światło mglistego poranka wpadało do środka jedynie przez szpary między płytami, trochę przebijało się też przez ciemny brezent rozpostarty nad głowami. Widzieli jednak siebie nawzajem i większość wyglądała na zaniepokojonych. "Licznik zaczął bić" - mówi Champion. Wszyscy mieli krótkofalówki i czekali na dodatkowe informacje. Ale nie usłyszeli nic, dopóki nie dotarli prawie do Mount Carmel. "Na zewnątrz nie ma nikogo" - zachrypiał głośnik. Wszystkich zmroziło. "Albo niszczą w środku dowody, albo się zbroją i wejdziemy prosto w pułapkę", pomyślał Boteler.

W pierwszej przyczepie szef zespołu SRT Petrilli żałował, że nie może jeszcze raz powiedzieć Sarabynowi, "jak bardzo mu się to wszystko nie podoba", ale tkwił ściśnięty w samym środku przyczepy, a Sarabyn jechał w kabinie pick-upa. Dlatego pogodził się z nieuchronnym i zwrócił się do zespołu: "Zaczynamy akcję, gogle w dół, palec na spust"[18]. W drugiej przyczepie kierowca krzyknął w tył do pasażerów: "Ruszacie, kiedy tylko się zatrzymam"[19]. Russell, walcząc o utrzymanie równowagi jak wszyscy pozostali w drugiej przyczepie, która właśnie z rozmachem skręcała na podjazd Mount Carmel, pomyślał jeszcze z nadzieją: "Nawet jeśli Koresh dowiedział się, że go obserwujemy i że pewnie dobierzemy mu się do skóry, to może nie wie, że nadciągamy już, teraz".

Koresh wiedział.