Publiczność może być bardzo
zdziwiona, dlaczego nigdy nie spotkała się w pismach z wiadomością
o wypadku, jaki zdarzył się pasażerom Koroska.
W naszych czasach wszechświatowego rozgałęzienia agencyi
prasowych, czułych na najlżejszy bodziec, wygląda na
nieprawdopodobne, aby wydarzenie międzynarodowe o takiej
doniosłości, dotychczas nie zostało nigdzie zarejestrowane. Musiały
być bardzo ważne powody, natury osobistej i politycznej, które
wpłynęły na zatuszowanie sprawy. We właściwym czasie szczegóły te
były dobrze znane szerszemu gronu ludzi i wersya pewna o nich
ukazała się w jednem z pism prowincjonalnych, ale obudziła
powszechne niedowierzanie. Obecnie ubrano ją w formę opowiadania,
skonstruowanego na podstawie popartych przysięgą zeznań pułkownika
Cochrane Cochrane z Klubu Armji i Floty, oraz listów panny Adams z
Bostonu (Massachusetts).
Przybywa do nich zeznanie kapitana Archera z Egipskiego
korpusu wojsk wielbłądzich, złożone podczas tajnego badania przez
władze w Kairze. P. James Stephens odmówił piśmiennego opisu
wydarzenia, ale ponieważ przedstawiono mu akta i nic w nich nie
zmienił i nie wykreślił, należy przypuścić, że nie znalazł nic
niezgodnego z prawdziwym stanem rzeczy, że wiać wszystkie
zastrzeżenia, jakie czynił co do ich opublikowania, były natury
raczej prywatnej i osobistej.
Korosko wypłynął dnia 13 lutego r. 1895 z Shellal nad
pierwszą kataraktą i zdążał do Wady Halfa. Jestem w posiadaniu
listy pasażerów, uczestników tej wycieczki. Listę tę podaję.
"Korosko" 13 lutego.
Pasażerowie:
Pułkownik Cochrane Cochrane - Londyn,
pan Cecil Brown - Londyn,
pan John H. Headingly - Boston, Stany Zjednoczone,
panna Adams - Boston, Stany Zjedn.,
panna S. Adams - Worcester, Massachusetts, St. Zjedn.,
pan Fardet - Paryż,
państwo Belmont - Dublin,
pan James Siephens - Manchester,
ks. John Stuart - Birmingham,
pani Schlesinger z dzieckiem i boną - Florencya.
Oto było towarzystwo, które wyruszyło z Shellal z zamiarem
odbycia przejażdżki po Nilu nubijskim w górę rzeki, na przestrzeni
dwustu mil, jakie dzielą pierwszą kataraktę od drugiej. Dziwny to
kraj ta Nubia. Pod względem szerokości waha się od kilku mil do
tyluż jardów (nazwa bowiem dotyczy tylko wązkiego skrawka ziemi,
zdatnego do uprawy), a przedstawia się jak cienki, zielony,
ablamowany palmami pas po obu stronach szerokiej kawowego koloru
rzeki. Poza nim rozciąga się na brzegu libijskim dzika i bezkresna
pustynia, która zajmuje całą szerokość Afryki. Równie rozpaczliwa
dzicz po drugiej stronie dochodzi aż do dalekiego morza Czerwonego.
Między temi dwoma ogromnemi i jałowemi płatami ziemi Nubia rysuje
się jak zielona glista ziemna wzdłuż koryta rzeki. Miejscami znika
zupełnie i Nil płynie pośród czarnych zżartych przez słońce
pagórków, gdzie pomarańczowy nawiany piasek leży w źlebach, jak
lodowce. Na każdym kroku widać ślady minionych ras i zagasłych
cywilizacji. Dziwaczne grobowiska znaczą się, jak centki na
pagórkach, albo wcinają się w horyzont; groby w kształcie piramid,
groby wykuwane w skale - wszędzie groby. Czasami gdy statek okrąży
skalisty występ, oczom ukazuje się na szczycie opustoszałe miasto,
domy, mury, warownie, w które słońce przenika przez dziury okien.
Niekiedy słyszymy, że był to gród rzymski, czasem, że egipski,
niejednokrotnie wszelki ślad nazwy i pochodzenia zaginął. Pytamy
sami siebie zdumieni, dlaczego te wszystkie szczepy pobudowały się
w tem odstraszającem pustkowiu i niełatwo przystać nam na teorję,
że były to tylko wartownie przed bogatszą krainą, położoną w dole
rzeki i że te liczne miasta to jedynie twierdze, wzniesione przeciw
dzikim hordom łupieżców z południa. Ale o czem bądź one mówią - o
drapieżnym sąsiedzie, czy o zmianie klimatu, fakt, że stoją tutaj,
te ponure i milczące grody, a po szczytach pagórków oglądać możemy
mogiły ich mieszkańców, niby strzelnice na okręcie wojennym. W ten
to niesamowity, zamarły kraj turyści, zmierzający do granicy
egipskiej, zapuszczają się z dymem cygar, plotkami i zabawą.
Podróżni z Koroska składali się na wesołą, zżytą gromadkę,
ponieważ większość ich odbyła już razem drogą z Kairu do Assuanu, a
nawet anglo-saski lód topnieje raptownie nad Nilem. Mieli
szczęście, że nie znalazł się w ich gronie nikt niesympatyczny, co
na małych statkach wystarcza, aby zmrozić całe towarzystwo. Na
parowcu nie wiele co szerszym od kłębów dymu, natręt, cynik, albo
zrzęda, odrazu może narzucić swój ton. Ale Korosko był wolny od
tego rodzaju nieprzyjemności. Pułkownik Cochrane Cochrane należał
do oficerów, których rząd Wielkobrytański, opierając się na
zasadzie wysłużenia lat, ogłasza w pewnym wieku jako niezdolnych do
dalszej służby i którzy udowodniają wartość takiego systemu, pędząc
swoje późne lata na wyprawach eksploatacyjnych do Marokka, albo na
strzelaniu do lwów w kraju Somali. Był to człowiek o wyglądzie
orlim, sztywny, świadomy, w sposobie życia pełen ugrzecznienia, ale
spojrzenie miał twarde i badawcze. W ubraniu był ogromnie staranny
i drobiazgowy, gentleman aż po końce wypielęgnowanych paznogci.
Przez swoją anglo-saską niechęć do wylewności, wyrobił w sobie
powściągliwość, która w pierwszych chwilach znajomości z nim mogła
być aż odpychająca, ludzie jednaką którzy go znali bliżej,
wiedzieli, że dosyć trudno mu przychodziło ukryć dobre serce i
czysto ludzkie wzruszenia, które kierowały jego postępkami. Pośród
towarzyszów podróży wzbudzał raczej szacunek, niż sympatję, czuli
bowiem, jak wszyscy, ci co mieli z nim do czynienia w życiu, że
jest to człowiek, z którym znajomość prawie nigdy nie przechodzi w
przyjaźń, jakkolwiek przyjaźń, raz zawarta, stałaby się niezmienną
i nieodłączną treścią jego duszy. Nosił szpakowate, podstrzyżone po
oficersku wąsy, ale włosy miał dziwnie czarne jak na człowieka w
tym wieku. W rozmowach swoich nie dotykał licznych wypraw, w
których się odznaczył, a jako przyczynę milczenia podawał zwykle
okoliczność, że są to wydarzenia z tak wczesnych lat panowania
królowej Wiktorji, iż woli poświęcić swoją chwałę rycerską na
ołtarzu swojej wiecznej młodości.
Pan Cecil Brown - jeżeli bierzemy nazwiska w porządku, w
jakim figurują na liście pasażerów - był młodym dyplomatą przy
jednem z poselstw na kontynencie, człowiekiem zlekka zarażonym
manierą oksfordzką, który błądził po krańcach nienaturalnego i
nieludzkiego przesubtelizowania, ale jako umysł wysoce był
kulturalny, a w rozmowie prawdziwie interesujący. Miał smutną,
piękną twarz, małe, ostre, wywoskowane wąsiki, nizki głos i leniwe
ruchy, które podkreślał jeszcze śliczny nawyk nagłego rozświetlania
twarzy niespodziewanym uśmiechem i błyskiem, ilekroć coś uderzyło
jego wyobraźnię. Nabyty cynizm miażdżył wiecznie i maskował jego
wrodzony młodzieńczy zapał. Przechodził do porządku dziennego nad
tem, co się powszechnie podobało, a wyrażał się z uznaniem o
wszystkiem, co dla przeciętnych ludzi było trywialne lub niezdrowe.
Jako lekturę na podróż wybrał Waltera Patera i uprzejmy ale pełen
rezerwy siadywał codziennie pod zasłoną z powieścią i ze
szkicownikiem rzuconym obok na ogrodowe krzesło. Osobista godność
nie pozwalała mu na czynienie awansów innym, ale jeżeli ktoś
pierwszy zwrócił się do niego, znajdował w nim miłego i uprzejmego
towarzysza.
Amerykanie stanowili oddzielną grupę. John H. Headingly
pochodził z Nowej Anglji, otrzymał właśnie dyplom uniwersytetu w
Harvard i dopełniał swego wykształcenia, odbywając podróż na około
świata. Był to najdoskonalszy typ młodego amerykanina: żywy,
spostrzegawczy, poważny, żądny wiedzy i rzetelnie wolny od
przesądów, z lekką dozą niesekciarskich, ale szczerych uczuć
religijnych, które czyniły go odpornym wobec wybryków młodości.
Posiadał mniej pozorów, ale za to w treści większą kulturę od
młodego dyplomaty, ponieważ miał bardziej wyostrzoną wrażliwość,
mimo mniej ścisłych wiadomości. Panna Adams i panna Sadie Adams
były to ciotka i siostrzenica, przyczem pierwsza z nich, drobna,
energiczna, o ostrych rysach stara panna z Bostonu, z bogatym
naddatkiem niewyzyskanej miłości, pod szorstkim, kanciastym
pozorem. Pierwszy raz znalazła się poza domem i dobrowolnie wzięła
na siebie obowiązek niesienia na Wschód sztandaru Massachusetts.
Zaledwie postawiła stopę na ziemi egipskiej, zauważyła, że kraj ten
wymaga koniecznie uporządkowania, a odkąd zrodziło się w niej to
przekonanie, była bezustannie zajęta. Osiodłane osły, zdychające z
głodu psy, paryasy, muchy, oblepiające oczy niemowląt, nagie
dzieci, natrętnie żebrzące, obszarpane i brudne kobiety, wszystko
to raniło jej sumienie i rzuciła się odważnie w wir pracy
reformatorskiej. Ponieważ nie znała ani jednego wyrazu miejscowego
języka i nie mogła żadnemu z przestępców dać poznać o co jej
chodzi, jej wyprawa nilowa pozostawiła niewdzięczny Wschód akurat w
takiem stadyum, w jakiem go zastała, dostarczyła za to dużo miłej
rozrywki towarzyszom podróży. Ale nikogo te jej wysiłki nie bawiły
tak, jak jej siostrzenicy, Sadie, która razem z panią Belmont
cieszyła się największą popularnością na statku. Była młodziutka -
świeżo wyszła z kolegjum Smith'a i niejedno w niej jeszcze
pozostało z zalet i przywar dzieciństwa. Miała dużo
bezpośredniości, gotowości do zwierzeń, niewinną prawość i pogodę,
obok wielomówności i pewnego braku uszanowania. Ale nawet usterki
jej bawiły, a chociaż zachowała sporo cech rozgarniętego dzieciaka,
była niemniej słuszną i śliczną kobietą, która wyglądała na więcej
lat, niż miała naprawdę, z powodu włosów zczesanych nizko na uszy i
pełni staniczka i spódniczki, która nie była dziełem ani pomysłem
p. Gibsona. Szelest tej spódniczki, jasny donośny głosik i
swawolny, udzielający się śmiech, były to dobrze znane i mile
widziane na Korosku dźwięki. Nawet sztywny pułkownik miękł we
względną serdeczność, a dyplomata Oksfordski zapominał o swojej
pozie w towarzystwie panny Sadie Adams. O reszcie podróżnych
wystarczy parę słów. Niektórzy byli zajmujący, inni obojętni, a
wszyscy mili. Pan Fardet to poczciwy ale gwałtownie dyskutujący
francuz, który miał zdecydowane przekonania co do ciemnych
machinacji Wielkiej Brytanii i bezprawnego jej posiadania Egiptu.
Pan Belmont był szary jak żelazo, tęgi Irlandczyk, sławny ze swej
niebywałej zręczności strzelania na wielką odległość. Wziął prawie
wszystkie nagrody, jakie ofiarowały Wimbledon albo Bisley.
Towarzyszyła mu żona, urocza, subtelna kobieta, pełna życia i
wesołości, znamiennej dla jej ojczyzny. Pani Schlesinger była
wdową, osobą średnich lat, spokojną i łagodną; wszystkie jej myśli
pochłaniał sześcioletni synek, jak to zwykle bywa z matkami na
okrętach, gdzie jedynie poręcz jest ogrodzeniem. Ksiądz John Stuart
był duchownym sekty niekonformistów z Birminghamu, ani
presbyterjanin, ani kongregacjonalista, człowiek niesłychanej
tuszy, powolny i ospały w ruchach, ale obdarzony dużą dozą
wrodzonego humoru, który, jak powiadają, czynił go ulubionym
kaznodzieją i wpływowym mówcą w kołach radykalnie postępowych.
Wreszcie znajdował się w towarzystwie p. James Stephens adwokat z
Manchesteru (najmłodszy w spółce Hickson, Ward i Stephens).
Podróżował, aby pozbyć się resztek influenzy. Stephens był to
człowiek, który w przeciągu trzydziestu lat wybił się własną pracą,
zacząwszy od mycia okien w kancelarji, a skończywszy na kierowaniu
jej sprawami. Większą część tego długiego czasu stracił na suchej,
bezdusznej robocie, żyjąc tylko jedną myślą: aby zadowolić dawnych
klientów i zdobyć nowych, aż wreszcie sam i umysł jego stał się
równie dokładny i pełen formalistyki jak prawa, które wykładał.
Natura delikatna, uczuciowa była blizka spaczenia - zjawisko częste
u ludzi, którzy prowadzą interesa w wielkich miastach. Praca stała
się dla niego zakorzenionym nawykiem, a że był kawalerem, nie miał
nic w życiu, coby go od niej odwodziło, to też dusza jego stopniowo
odgrodziła się od świata, jak ciało średniowiecznego mnicha. Aż
przyszła owa uprzejma choroba. Natura wyrzuciła Jamesa Stephensa z
nory i wysłała go w szeroki świat, daleko od ryczącego Manchesteru
i półek pełnych powag, oprawnych w skóry cielęce. Narazie czuł się
bardzo nieszczęśliwy, wszystko wydawało mu się przyziemne w
zestawieniu z jego własnym, nędznym kieratem. Ale powoli oczy jego
otwierały się i zaczynał przeglądać stopniowo, że to właśnie jego
praca była przyziemna w porównaniu z tym cudownym, wielokształtnym,
niepojętym światem, którego on tak zupełnie nie znał. Niejasno
zdawał sobie sprawę, że przerwa w karjerze może być dla niego
ważniejsza, niż sama karjera. W duszy jego obudził się cały szereg
nowych zainteresowań, i oto ten prawnik, człowiek już w sile wieku,
przeżywał gasnącą jasność zmarnowanej śród książek młodości. Miał
już zbyt wyrobiony charakter, aby z jego zachowania dała się usunąć
pewna suchość i systematyczność, a ze sposobu mówienia pedandyczna
dokładność, ale czytał, myślał i obserwował, zasmarowując swego
Baedeckera podkreśleniami i uwagami, tak jak swego czasu
"Komentarze Prideaux". Od Kairu odbywał drogę razem ze znanem nam
towarzystwem i zbliżył się bardzo z panną Adams i jej siostrzenicą.
Młoda amerykanka, przez swoje wygadanie, swoją śmiałość i wieczną
pogodę, bawiła go i zajmowała, a ona nawzajem czuła jakąś
mieszaninę szacunku i spółczucia dla jego wiedzy i dla jego braków.
Zaprzyjaźnili się ze sobą i ludzie uśmiechali się, widząc pochylone
nad tym samym przewodnikiem jego pochmurne czoło i jej słoneczną
twarzyczkę.
Mały Korosko z sapaniem i hałasem płynął w górę rzeki,
znacząc za sobą białą bruzdę na wodzie i czyniąc więcej huku i
zamętu przez swoje pięć węzłów na godzinę, niż wielki okręt na
Atlantyku w rekordowej jeździe. Na pokładzie pod gęstą zasłoną
siedziało szczupłe grono podróżnych, a co parę godzin schodziło na
brzeg, aby zwiedzić jedną więcej z niezliczonego szeregu świątyń.
Zwaliska co prawda w miarę oddalania się, od Kairu stają się coraz
późniejsze i turyści, którzy w Gizeh i Sakara napawali się widokiem
najstarszych budowli, wzniesionych ręką człowieka, zaczynają się
niecierpliwić, napotykając świątynie mało co starsze od ery
chrześciańskiej. Ruiny, któreby wzbudziły podziw i cześć w każdym
innym kraju, zaledwie zwracają uwagę w Egipcie.
Podróżni obejrzeli z miernem zainteresowaniem pół-grecką
sztukę w płaskorzeźbach nubijskich, wdrapali się na wzgórze
Korosko, aby zobaczyć wschód słońca nad dziką pustynią wschodnią,
zachwycili się wielkim ołtarzem Abu Simbel, gdzie jakieś starożytne
plemię wydrążyło górę, jak gdyby to był ser, wreszcie pod wieczór
czwartego dnia wyprawy przybyli do Wady Halfa, granicznego i
obsadzonego wojskiem miasta, w którem znaleźli się o parę godzin
później niż należało, skutkiem nieznacznego uszkodzenia maszyny.
Następny ranek był przeznaczony na wyprawę do słynnej skały
Abusir ze wspaniałym widokiem na drugą kataraktę. O pół do
dziewiątej, kiedy podróżni odbywali poobiednią siestę na pokładzie
Manzor, dragoman, pół kopt, pół syryjczyk zgodnie z programem
wieczornym stanął przed nimi, aby zapowiedzieć porządek następnego
rana:
"Panie i panowie - zaczął, dając odważnie nurka w szybki
strumień swojej łamanej angielszczyzny - jutro niech państwo nie
zapomną wstać jak tylko gong się odezwie, żebyśmy zdążyli z wyprawą
do godziny dwunastej. Przybywszy do miejsca, gdzie osły będą nas
oczekiwały, przejedziemy pięć mil pustynią, mijając świątynię
Ammon-ra, pochodzącą z czasów osiemnastej dynastyi i dojedziemy do
sławnej skały pulpitowej Abusir. Skała pulpitowa prawdopodobnie tak
się nazywa, ponieważ jest to skała podobna do pulpitu.
"Znalazłszy się tam, uczujecie państwo, żeście się znaleźli
na ostatnim cyplu cywilizacyi; jeszcze trochę dalej, a traficie do
kraju derwiszów, który będzie dla was widoczny ze szczytu. Minąwszy
wierzchołek zobaczycie koniec drugiej katarakty. Krajobraz pełen
grozy, uroku i przerażającego urozmaicenia. Wszyscy wielcy ludzie
ryli na tej skale swoje nazwiska, więc i wy wasze wyryjecie." -
Manzor zatrzymał się, czekając na uśmiech słuchaczy i gdy go
ujrzał, ukłonił się. - "Wrócicie wtedy do Wady Halfa, i zabawicie
tam dwie godziny, aby przyjrzeć się Korpusowi Wielbłądziemu,
włączając w to oporządzenie zwierząt i bazar przed powrotem. To też
życzę państwu szczęśliwej nocy".
Błysnął w świetle lampy białemi zębami, poczem jego długa
ciemna spódnica, krótka angielska marynarka i czerwony fez, znikały
kolejno na schodkach. Szmer rozmów, przerwany przez jego nadejście,
podniósł się na nowo.
"Liczę na pana, że mi pan opowie wszystko o Abusir - mówiła
do p. Stephensa panna Sadie Adams. - Lubię o tem, co oglądam,
wiedzieć co trzeba we właściwej porze, a nie o sześć godzin
zapóźno, w mojej kajucie. Nie udało mi się w Abu Simbel i malowideł
na murze jeszcze teraz nie mam w głowie, chociaż widziałam je
wczoraj".
"Nie wierzę, abym kiedybądź uporała się z tem - mówiła jej
ciotka: - kiedy wrócę szczęśliwie na Commonwealth Avenue i już nie
będzie mnie poszturgiwał żaden dragoman, będę miała czas czytać o
tem wszystkiem i wierzę, że wtedy zacznę się entuzyazmować i marzyć
aby jeszcze raz tu przyjechać. W każdym razie bardzo pan uprzejmy,
że próbuje zaznajomić nas z przedmiotem".
"Przypuszczałem, że panie będą chciały mieć ścisłe
wiadomości i przygotowałem małą rozprawkę na ten temat", -
odpowiedział Stephens, wręczając zwitek papieru pannie Sadie.
Spojrzała nań przy świetle lampy okrętowej i wybuchła swoim cienkim
serdecznym śmiechem:
"Re Abusir - czytała, - co pan rozumie przez to
re? Na ostatniej kartce, jaką pan mi dał, napisał pan
re Ramzes drugi".
"To zwyczaj, jakiego nabyłem, panno Sadie" - odparł
Stephens.
"Tak piszemy w praktyce prawniczej, kiedy przygotowujemy
memo".
"Co przygotowujecie?"
"Memo - memorandum, rozumie pani? Piszemy
re, to znaczy: w takiej to, a takiej sprawie, aby
wiedzieć, o co rzecz idzie!"
"Przypuszczam, że to jest bardzo wygodny sposób - odrzekła
panna Sadie - ale brzmi trochę komicznie na tle zmarłych królów
egipskich".
Re Cheops czy pan nie czuje, że to ucieszne?"
"Według mnie nie" - rzekł Stephens.
"Nie wiem, czy to prawda, że anglicy mają mniej humoru od
amerykanów, czy tylko jest to humor innego rodzaju - mówiła Sadie.
- Miała spokojną, równą dykcyę, jak gdyby myślała na głos. - Ja
sądziłam, że wogóle posiadają go mniej, a jednak kiedy się
zastanowimy: Dickens, Thackeray i Barrie i tylu innych, najbardziej
podziwianych pisarzy humorystów byli z pochodzenia brytańczykami. Z
drugiej strony w życiu swojem nie słyszałem ludzi śmiejących się w
tak przykry sposób, jak w Londynie w teatrze. Za nami siedział
jakiś jegomość, a ile razy zaczynał się śmiać, ciocia oglądała się,
czy się które drzwi przypadkiem nie otworzyły, taki był przeciąg.
Ale pan ma zabawne wyrażenia, proszę pana".
"Co jeszcze wydaje się pani zabawnem, panno Sadie?"
"Wczoraj, kiedy mi pan przysłał bilet do świątyni i mały
planik, zaczął pan list: "wewnątrz znajduje się.....", a potem na
dole w nawiasie dodał pan: "dwa załączniki".
"To zwykły styl w korespondencyi urzędowej". - "Tak w
urzędowej"... - podchwyciła Sadie sucho i rozmowa urwała się.
"Jednejbym rzeczy chciała" - zauważyła p. Adams, twardym,
skrzypliwym głosem, którym pokrywała wrodzoną miękkość serca -
"zobaczyć legislaturę tego kraju i pokazać tym ludziom kilka na
zimno wybranych faktów. Wytworzyłabym własną platformę
polityczną... stronnictwo według moich przekonań. Jedną z wydanych
tablic byłoby prawo zmuszające do mycia oczu, drugą zniesienie
"jaszmaków", zasłon, które zmieniają kobietę w tłumok wełniany, z
wyglądającą z niego parą oczu".
"Nigdy nie mogłam się domyśleć dlaczego je noszą" - wtrąciła
Sadie - "aż jednego dnia zobaczyłam którąś z podniesionym welonem -
wtedy zrozumiałam".
"Męczą mię te kobiety" - krzyknęła gniewnie panna Adams. Z
równym skutkiem możnaby prawić o obowiązku, o przyzwoitości i o
czystości przed rzędem materaców. Co za kraj! Nie dalej jak wczoraj
w Abu-Simbel przechodziłam koło jednego z ich domostw jeżeli można
nazwać domostwem te lepianki z błota i zobaczyłam na progu dwoje
dzieci z oczyma jak zwykle oblepionemi przez muchy i z wielkiemi
dziurami w biednych niebieskich sukienkach.
Odwinęłam rękawy chusteczką, umyłam im twarze, pozaszywałam
dziury, bo w tym kraju tak samo jest nie do pomyślenia, żeby zejść
na brzeg bez przyborów do szycia, jak bez białej parasolki.
Zapaliłam się do tej roboty, weszłam do mieszkania, co za
mieszkanie! Wyprosiłam ludzi ze środka i zabrałam się do porządków,
poprostu jakbym była najętą posługaczką. Ze świątyni Abu-Simbel
widziałam akurat tyle, jak gdybym się nie była ruszyła z Bostonu,
ale dalibóg, widziałam więcej śmieci i kurzu, niżby pan
przypuszczał, że wogóle może się zmieścić w domu wielkości kabiny w
Newport. Od chwili kiedy zakasałam spódnicę do roboty, od kiedy
wyszłam na zewnątrz z twarzą koloru tej popielniczki, upłynęła może
godzina, może półtorej, ale domek zrobił się czyściutki i milutki,
jak pudełeczko. Miałam z sobą
New York Heralda i wyłożyłam nim półki tym ludziom. Otóż,
proszę pana, poszłam tylko na chwilę umyć ręce na podwórzu, a kiedy
znowu przechodziłam przed drzwiami, tych samych dwoje dzieci
siedziało znowu na progu z oczyma oblepionemi przez muchy, zupełnie
tak jak przedtem, z tą jedynie różnicą, że każde z nich miało na
głowie papierowy kapelusz, zrobiony z
New York Heralda. - Ale słuchaj, Sadie, dziesiąta
dochodzi, a jutro trzeba rano wstać."
"Kiedy takie cudowne jest to czerwone niebo i te wielkie
srebrne gwiazdy" - wymawiała się Sadie. - "Spójrzcie państwo na
milczącą pustynię i czarne cienie pagórków. Podniosłe to, ale i
straszne zarazem, a kiedy jeszcze pomyśleć, że naprawdę, jak
powiedział dragoman, jesteśmy na samym krańcu cywilizacji, a tam,
gdzie tak ślicznie świeci Krzyż Południowy, czyha na nas dzicz i
rozlew krwi, mam wrażenie, jakbyśmy stali na czarującej krawędzi
rozżarzonego wulkanu".
"Cicho, Sadie, nie mów tak, dziecko, - przerwała w
rozdrażnieniu ciotka. - Już słuchanie takich rzeczy wystarczy, aby
napędzić strachu".
"Ale czy sama tego nie czujesz, ciociu? Popatrz na tę
pustynię, biegnącą daleko, daleko, aż do zatracenia w mrokach.
Posłuchaj jak wiatr nad nią szepcze. Nie widziałam w życiu nic
bardziej uroczystego".
"Bardzo się cieszę, kochanie, iż znalazło się coś, co cię
nastraja uroczyście - odpowiedziała ciotka. - Myślałam czasem...
Boże święty! co to?"
Skądeś z pomiędzy cieniów pagórków, na dalszym brzegu rzeki,
zerwał się ostry, chrapliwy jęk, rósł i nabrzmiewał, aż skonał w
żałosnem, przeciągiem kwileniu.
"To tylko szakal, proszę pani, - uspakajał Stephens. -
Słyszałem już kiedyś coś podobnego, kiedy się wybrałem na oglądanie
Sfinksa przy księżycu".
Ale amerykanka wstała, z twarzy jej znać było, że wszystkie
nerwy w niej grają.
"Gdybym była w stanie odrobić to, co się stało, nigdybym nie
ruszyła krokiem za Assuan - rzekła. - Nie rozumiem sama co mi się
stało, że mogłam cię aż tu zawlec, Sadie. Twoja matka pomyśli, że
zwarjowałam, i jeśliby co bądź złego miało się nam przytrafić, nie
śmiałabym jej spojrzeć w oczy. Widziałam już wszystko, co chciałam
widzieć na tej rzece i jednego teraz tylko pragną: być z powrotem w
Kairze".
"Dla czego ciociu? - krzyknęła Sadie - ta tchórzliwość wcale
do ciebie nie podobna".
"Nie wiem co to jest, Sadie, ale czuję się trochę
zdenerwowana. Jeszcze ta bestja miaucząca - to już więcej, niż mogę
wytrzymać. Jedna jest pociecha, że jutro zaczynamy odwrót, jeszcze
tylko ta ostatnia skała, czy świątynia, czy co to tam jest. Wie
pan, mam powyżej uszu skał i świątyń. Nie będę płakała, jeżeli już
żadnej nigdy nie zobaczę. Chodź Sadie, dobranoc".
"Dobranoc. Dobranoc paniom". - Ciotka i Siostrzenica zeszły
do kajuty.
Pan Fardet rozprawiał półgłosem z Headinglym, młodym
absolwentem uniwersytetu w Harvard, pochylony śród kłębów dymu
papierosa.
"Derwisze, proszę pana!" - mówił wyborną angielszczyzną, ale
oddzielając od siebie zgłoski, jak to czynią francuzi. "Niema
derwiszów. Nie istnieją".
"Jakto? sądziłem, że moc ich jest po lasach".
Pan Fardet spojrzał przelotnie na czerwony ognik cygara
pułkownika Cochrane'a, świecący w ciemności.
"Pan jest amerykaninem i nie lubi pan anglików" - szeptał. -
"My na kontynencie doskonale rozumiemy, że istnieje antagonizm
pomiędzy Ameryką a anglikami".
"Tak jest" - zaczął Headingly, jak zwykle powolnie i z
rozwagą - "nie mogę zaprzeczyć, że są między nami kwasy, i że nie
brak u nas ludzi - zwłaszcza, o ile są z pochodzenia irlandczykami,
- którzy są nieuleczalnie chorzy na punkcie Anglji, większość
jednak jest przychylna dawnej ojczyźnie. Widzi pan, oni mogą być z
czasem dokuczliwi jako naród, ale koniec końców to nasza rasa i
tego zatrzeć nie możemy".
"
Eh bien, - mówił francuz - w każdym razie mogę powiedzieć
panu, czego bez obrazy nie mógłbym powiedzieć tamtym. A powtarzam,
że derwiszów niema. Wymyślił ich lord Cromer w r. 1885".
"Co też pan mówi - krzyknął Headingly.
"Znana to rzecz w Paryżu. Pisała o tem
Patrie i inne dobrze informowane dzienniki".
"Niebywałe rzeczy!" - dziwił się Headingly. - "Więc pan chce
mię przekonać, że oblężenie Chartumu, albo śmierć Gordona i innych
to był wielki
bluff"
"Nie przeczę, że były rozruchy, ale miały charakter lokalny,
rozumie pan? i dawno już poszły w zapomnienie. Od tej pory w
Sudanie panuje bezwzględny spokój".
"A jednak proszę pana, słyszałem o napadach, czytałam o
bitwach, w których arabowie chcieli opanować Egipt. Nie dawniej jak
dwa dni temu przejeżdżaliśmy przez Toski, gdzie jak mówił dragoman,
była kiedyś bitwa. Czy i to jest
bluff?".
"Ha, nie zna pan anglików, drogi panie. Bierze ich pan tak,
jak pan ich widzi, z fajką w ustach, z pogodną twarzą i myśli pan,
że to dobrzy, prości ludzie, którzy nigdy nie skrzywdzą nikogo. A
oni tymczasem bezustannie myślą, czuwają i kombinują". "Egipt jest
słaby - wołają -
Allons!" i spadają jak mewa na okruchy. "Nie macie prawa
tu wchodzić - mówi świat - wyjdźcie". Ale Anglja zaczęła już
wszędzie robić porządki, akurat jak poczciwa p. Adams, kiedy
wdziera się do domu arabów. "Wyjdźcie" - powiada świat. -
"Wyjdziemy" - mówią anglicy - "poczekajcie chwilkę tylko,
uporządkujemy wszystko i oczyścimy". Świat czeka rok, czy więcej,
poczem powtarza znowu: "Wyjdźcie!" "Wyjdziemy" - twierdzi Anglja -
"w Chartumie są zamieszki, kiedy je uspokoję, wyjdziemy z
rozkoszą." I znowu czekamy, aż wszystko się ułoży i znowu
upominamy. "Wyjdź!" "Jakże mogę wyjść - mówi Anglja - ciągle są
jeszcze napady i bitwy. Jeżeli się usuniemy, Egipt będzie zalany".
"Ależ kiedy niema żadnych napadów" - powiada świat. - "Jak to
niema?" - wpiera Anglja i wtedy napewno najdalej po tygodniu, pisma
pełne będą nowych napadów derwiszów. Mój panie, nie jesteśmy
wszyscy ślepi, rozumiemy doskonale, jak się takie rzeczy urządza.
Kilku beduinów, trochę kubanów, parę ślepych nabojów i jest napad".
"Tak, tak - mówił amerykanin - rad jestem, że dowiedziałem
się prawdy w sprawie, która często niepokoiła mię. Ale właściwie,
co Anglja na tem zyska?"
"Zyska kraj, proszę pana".
"Rozumiem. Pan przypuszcza, dajmy na to, że tu jest
korzystna taryfa na towary angielskie?"
"Nie, panie, ta jest wszędzie jednakowa".
"A zatem. Układ z Wielką Brytanją?"
"Otóż to właśnie".
"Czy naprzykład kolej, którą budują przez sam środek kraju,
ta co biegnie brzegiem rzeki będzie korzystnym układem dla
anglików?"
Pan Fardet był człowiekiem uczciwym, chociaż dał się ponosić
fantazji".
"Budowę kolei, proszę pana, prowadzi towarzystwo
francuskie".
Amerykanin nie wiedział już co myśleć.
"Jak się zdaje, nie bogatą mają zapłatę za swoje trudy" -
zadecydował. - "Swoją drogą musi tu być jakieś choćby pośrednie
parcie. Samo to, że Egipt zmuszony jest płacić i utrzymywać tych
żołnierzy w Kairze".
"Egipt! Nie, panie, to Anglja ich płaci."
"Ha, sami muszą najlepiej znać swój interes. Ale zdaje mi
się, że wzięli na siebie ogromne kłopoty, wzamian mają bardzo
niewiele. Zresztą, jeżeli dobrowolnie podjęli się utrzymania
porządku i obrony granic pod grozą ciągłej wojny z derwiszami, nie
wiem co mógłby ktoś mieć przeciwko temu. Nie można chyba
zaprzeczyć, że od czasu ich przybycia, dobrobyt kraju niezmiernie
się podniósł. Dowodem budżet. Słyszałem również, że nareszcie
dzieje się sprawiedliwość biedniejszym warstwom, czego dotąd nigdy
nie było."
"Ale wogóle po co oni tu są? - krzyknął francuz cierpko. -
Niech wracają na swoją wyspę. Nie możemy przecie tolerować ich na
całym świecie."
"Zapewne dla nas, amerykanów, którzy mieszkamy we własnym
kraju, wydaje się rzeczą dziwną, jak narody europejskie wiecznie
włażą na jakieś inne terytorjum, które jest nie dla nich. Łatwo nam
zresztą o tem mówić, bo mamy jeszcze dużo miejsca, więcej niż nam
potrzeba dla nas samych. Kiedy zaczniemy się już tłoczyć aż po
brzegi, będziemy musieli i my zacząć anektować. Ale na razie
właśnie tu, w Afryce północnej, Włochy siedzą w Abissynji, Anglja w
Egipcie, Francja w Algierze."
"Francja - krzyknął pan Fardet - Algier należy do Francji.
Pan się śmieje! Mam zaszczyt życzyć panu dobrej nocy." Wstał z
fotela i zeszedł do kajuty sztywny, dotknięty w swoim
patryotyzmie.