Rozdział IV
Orvill Mason miał zawsze serce otwarte dla ludzi biednych i upośledzonych, pamiętał bowiem swe lata dziecinne, spędzone przy matce nieszczęśliwej i ciężko pracującej na kawałek chleba; jadąc więc do Biltz miał wielkie współczucie dla Aldenów, których los nie faworyzował.
Gdy zajechał samochodem przed zrujnowane budynki, wyszedł do niego sam Alden z zawiniętymi rękawami, w zniszczonych spodniach. Wyszedł z chlewika z pokorną miną człowieka, który sam wie o tym, że tak nędznie wygląda. Spojrzawszy na niego Mason zawahał się. Jakże powie temu niedołężnemu człowiekowi o strasznym losie, jaki spotkał jego córkę? Przecież to wstrząśnie nim do głębi! Żałował, że go nie przygotował telefonicznie do tej rozmowy.
Tytus Alden już zauważył gościa, myślał jednak, że to ktoś szukający drogi, zbliżył się więc z uprzejmą miną do niego.
- Czy to pan Tytus Alden?
- Tak, proszę pana.
- Jestem Mason. Przyjeżdżam z Bridgeburga i pełnię obowiązki okręgowego prokuratora.
Alden zdziwił się bardzo, co mogło skłonić prokuratora okręgowego do przybycia do jego farmy. Mason zaś przyglądał się farmerowi nie wiedząc, od czego zacząć. Jak przyjmie tę wiadomość ten pokorny człowieczyna? Przyglądali się sobie w milczeniu, stojąc pod sosną rosnącą przed dworkiem, a wiatr szeptał coś cicho w jej starych jak świat igiełkach.
- Panie Alden - zaczął Mason z powagą i z większą delikatnością, niż to było w jego zwyczaju - pan zdaje się jest ojcem panny Alden, imieniem Berta, a może Alberta, prawda? Nie znam dokładnie imienia.
- Roberta - poprawił Alden czując jakieś dziwne w tej chwili podrażnienie nerwów.
Mason, nie mając odwagi powiedzieć od razu temu człowiekowi, co go tu przywiodło, zapytał:
- Czy nie zna pan jakiego młodego człowieka nazwiskiem Golden, Clifford Golden?
- Nie, nie przypominam sobie, żebym kiedy słyszał o takim nazwisku - odparł zwolna Alden.
- A Carl Graham?
- Nie, proszę pana. I takiego nazwiska nie znam.
- Tak myślałem! - zawołał Mason, bardziej do siebie niż do Aldena. - A gdzież jest teraz pańska córka? - zapytał ostrzejszym tonem.
- Ona? W tej chwili jest w Lycurgus... Pracuje tam. Ale dlaczego pan pyta? Czy ona coś takiego zrobiła, czego nie powinna była zrobić... i... pan jej szuka?
Próbował się uśmiechnąć, lecz w oczach był niepokój i zdziwienie.
- W tej chwili panu to wytłumaczę, ale przedtem chciałem zadać kilka pytań. - Spojrzał na Aldena ze współczuciem. - Kiedy widział pan ostatni raz swoją córkę?
- Ją? Wyjechała stąd przecież we wtorek do Lycurgus. Pracuje w warsztatach Griffithsa. Ale...
- Zaraz, za chwileczkę - przerwał prokurotor. - Przyjechała do państwa tylko na niedzielę?
- Nie. Była u nas prawie cały miesiąc. Dostała urlop - odpowiadał zwolna, z namysłem Alden. - Nie czuła się bardzo zdrowa i przyjechała do domu wypocząć trochę. Ale gdy wyjeżdżała, była już zdrowa. Ale, panie Mason, niech mi pan powie, czy może jej stało się co złego?
Podniósł wychudzoną, opaloną rękę do twarzy z gestem niepokoju. - Ale nic takiego... - przesunął ręką po rzadkich, siwych włosach.
- Czy państwo otrzymali od niej jakąś wiadomość po jej wyjeździe? - pytał dalej prokurator, pragnąc jak najwięcej wyciągnąć zeznań z Aldena zanim mu wyjawi straszną nowinę. - Czy nie pisała na przykład, że wyjeżdża dokądś?
- Nie, nie pisała. Czy jej się co stało? Może ma jakieś przykrości albo kłopoty. Ale skądżeby ona... Pan tak pyta... pan tak dziwnie jakoś mówi...
Drżał lekko, a ręka nerwowo błądziła po twarzy i zatrzymała się bezmyślnie przy wąskich, bladych ustach. Prokurator jednak nic na to nie odpowiedział, tylko wyjął list Roberty i pokazując tylko kopertę zapytał:
- Czy to jest charakter pisma pańskiej córki?
- Tak, to jej pismo - odrzekł Alden nieco głośniej. - Ale co to jest, panie prokuratorze? Dlaczego ten list jest u pana? Co jest w nim? - Zacisnął ręce przeczuwając coś strasznego. - Co to jest? co... co ona napisała w tym liście?... Niech pan powie, co jej się stało?
Rozglądał się bezradnie dokoła, jakby chciał śpieszyć po ratunek, po jakąś pomoc czy podzielić się z kimś swym niepokojem. Mason, widząc jego mękę, położył mu rękę na ramieniu i zaczął:
- Panie Alden, zdarzają się czasem w życiu chwile tak straszne, że za wszelką cenę trzeba utrzymać całą moc charakteru. Trudno mi to panu powiedzieć, bo sam jestem człowiekiem, który też doznał wiele cierpień w życiu, i rozumiem dobrze pańskie cierpienie...
- Co jej się stało? Czy może umarła? - krzyknął Alden nieswoim głosem, mrugając szybko oczami.
Orville Mason kiwnął głową.
- Roberta! moja pierworodna!... Boże mój! Boże Wielki!... Panie Święty!
Zachwiał się jak pod silnym ciosem i musiał się oprzeć o drzewo.
- Ale jak? Kiedy? Może w fabryce przy maszynie?... Boże! Boże!
Zwrócił się ku domowi, lecz prokurator zatrzymał go.
- Jeszcze chwilkę, panie Alden, jeszcze chwileczkę. Niech pan nie idzie teraz do żony. Ja wiem, że to jest straszne, ale... muszę wszystko panu powiedzieć. Otóż nie w Lycurgus, nie przy maszynie... Nie! Utonęła... w Big Bittern. Była tam na wycieczce w czwartek i wtedy utonęła. Utonęła w Big Bittern - powtarzał słowa nieprzytomnemu Aldenowi - w czwartek. Łódź się wywróciła.
Alden jednak gestykulował gwałtownie i wykrzykiwał coś bez związku i prokurator widział, że słowa jego nie trafiają mu do umysłu, bo jakiś chaos zapanował w głowie nieszczęśliwego ojca w chwili, gdy dowiedział się o śmierci córki. Po kilku pierwszych pytaniach zaczął wydawać głośne jęki, prawie zwierzęce wycia, jakby mu tchu brakowało. Pochylił się, skulił, zacisnął pięści i uderzył się w skronie.
- Roberta! moja Roberta... Nie żyje! Moja córuchna najmilsza! Boże... Nie! To nieprawda! Ona nie utonęła! to nie może być!... A matka jeszcze przed godziną mówiła o niej... Ona umrze, kiedy się o tym dowie... Ja bez niej żyć nie mogę... umrę... O, moje biedne, ukochane dzieciątko! Najdroższe, najmilsze! Nie wytrzymam, panie prokuratorze, nie wytrzymam tego!
Osunął się na ramię Masona, który go podtrzymał. Po chwili zwrócił się ku domowi i tocząc błędnym wzrokiem zapytał:
- Kto jej o tym powie? Jakże można jej o tym powiedzieć?
- Panie Alden - perswadował prokurator - zaklinam pana, dla pańskiego dobra, dla dobra pańskiej żony, niech się pan uspokoi i pomoże mi do wyświetlenia sprawy. Niech pan ochłonie i odpowie mi na wiele ważnych pytań, spokojnie, jak gdyby tu nie chodziło o pańską córkę. Jest wiele jeszcze rzeczy do wyjaśnienia, ale musi się pan uspokoić. Proszę mi pozwolić wytłumaczyć wszystko... to jest naprawdę straszne i serdecznie panu współczuję. Rozumiem pana zupełnie, ale jest tyle przykrych szczegółów w tej sprawie, o których chciałbym, żeby pan wiedział. Niechże pan posłucha.
Trzymając Aldena za ramię opowiadał mu wszystkie fakty, tyczące się śmierci Roberty, wszystkie swe podejrzenia, w końcu oddając mu list dodał:
- To zbrodnia, panie Alden! tylko zbrodnia! Przyszliśmy do przekonania, że popełnione zostało morderstwo.
Zamilkł na chwilę, a Alden patrzył na niego w osłupieniu, wstrząśnięty wyrazem "zbrodnia", jak gdyby niedokładnie pojmował.
- Bardzo panu współczuję, ale przybyłem tu jako przedstawiciel prawa, żeby dowiedzieć się przede wszystkim, czy pan albo pańska żona nie słyszeli co o Cliffordzie Goldenie albo Carlu Grahamie, albo kimś takim, kto mógł córkę państwa zwabić na to opustoszałe jezioro. Jakkolwiek wiem, jak strasznie pan cierpi, jednak sądzę, że to byłoby chyba pańskim życzeniem, a nawet obowiązkiem pomóc nam wyświetlić tę sprawę. Z listu tego można wywnioskować, że żona pańska wie coś o tym osobniku, a przynajmniej zna jego nazwisko.
Alden powoli przychodził do siebie. Gdy usłyszał, że prokurator mówi coś o zbrodni, o gwałcie, wezbrało w nim oburzenie, starał się odzyskać równowagę i dalej w milczeniu, spokojniej już słuchał słów prokuratora.
Córka jego więc nie utonęła, lecz została zamordowana i to przez tego człowieka, o którym wspomina w liście, że ma wyjść za niego!
A on, ojciec, nie wie nawet o jego istnieniu! To dziwne, że żona jego wiedziała, a on nie... Dlaczego Roberta nie chciała, żeby się ojciec dowiedział?...
Urodzony i wychowany na wsi, Alden, jak wszyscy wieśniacy, miał wrodzoną niechęć do miejskiego życia, nie stosującego się do bogobojnych zwyczajów wiejskich, i od razu wpadł na myśl, że musiał to być jeden z tych miejskich elegantów. Uwiódł ją obietnicą małżeństwa, której nie miał zamiaru dotrzymać.
Zapaliła się w nim żądza zemsty, żądza niepokonana, straszna, by pomścić się okrutnie na człowieku, który był zdolny uknuć taki spisek na życie jego córki. Łajdak! Uwodziciel! Zbrodniarz!
A oboje z żoną byli tak pewni, że Roberta, aby im pomóc materialnie, prowadzi spokojne, pracowite i uczciwe życie w Lycurgus... Tak spokojnie zasypiali w swych łóżkach albo chodzili koło gospodarstwa, nie wiedząc nic o swoim nieszczęściu... A teraz ciało jej leży w jakimś nieznanym miejscu, może nawet w trupiarni, samotnie, daleko od tych, którzy ją całym sercem kochają... a jutro przewiezione będzie do zimnego, obojętnego urzędu w Bridgeburgu.
- Jeżeli jest Bóg na niebie - wykrzyknął nagle w uniesieniu - to nie dopuści, aby ten łajdak chodził swobodnie po świecie! Nie! nie dopuści! - Obudziła się w nim chęć jakiegoś czynu, działania i dodał: - Muszę o tym pomówić z żoną... Tak, muszę koniecznie... Nie, nie, niech pan tu poczeka. Wiem, że to ją może zabić, ale dowiedzieć się o tym musi.... Może ona powie nam, kto to jest i złapiemy go, zanim zdoła uciec! O, moje biedne dzieciątko!... moja maleńka, droga Roberta! Moja najmilsza, ukochana dziewczynka!
Szepcząc żałosnym głosem te pieszczotliwe słowa, z obłędnym wyrazem twarzy, ciężkim, automatycznym krokiem skierował się do szopy, gdzie Aldenowa przyrządzała jakieś lepsze potrawy na jutrzejszą niedzielę. Skoro jednak stanął przed drzwiami, zatrzymał się nie mając odwagi wejść, jak człowiek, który dojrzał w głębi swej duszy cały patos i beznadziejność ludzkiego losu wobec niezłomnych, nieugiętych i niewytłumaczonych potęg Życia.
Aldenowa zwróciła oczy ku drzwiom i na widok zmienionej twarzy męża opuściła ręce bezwładnie, a z oczu jej znikł zwykły spokój i znużenie.
- Tytus! co się stało? Mów, na miłość Boską!
Podniesione ręce, wpółotwarte usta, jakieś dziwne skupienie na twarzy, szeroko otwarte oczy i tylko jedno słowo:
- Roberta!...
- Co jej się stało? Co się stało? Tytus!... co jej się stało?
Milczenie. Dziwne skręty warg, rąk, oczu. Potem:
- Umarła!... Została... została utopiona... - padło z ust jego, gdy bezwładnie osuwał się na ławę.
Aldenowa stała przez sekundę nieruchomo, jakby nie rozumiejąc, lecz nagle w milczeniu upadła na podłogę, a Tytus patrząc na nią kiwał tylko głową, jakby mówiąc:
- Tak. Tak musiało być. Niech choć na chwilę zapomni o tym.
Wstał zwolna, podszedł do niej, ukląkł i próbował ją unieść, potem wyszedł powoli i zbliżył się do Masona, który, siedząc na połamanych stopniach ganku, w blasku zachodzącego słońca przyglądał się całej nędzy tego gospodarstwa. Żal mu się zrobiło, że wniósł do tego domu jeszcze większą troskę, jakkolwiek sprawa ta była osobiście dla niego korzystna. Ujrzawszy Aldena we drzwiach szopy zerwał się i poszedł ku niemu, a rzuciwszy okiem na omdlałą kobietę zauważył, że jest równie drobna i delikatna jak jej córka.
Wziął ją w swe silne ramiona i zaniósł przez jadalnię do tak zwanego saloniku. Zbadał jej puls i pobiegł po wodę, rozglądając się po drodze, czy nie zobaczy jeszcze kogo - syna, córki, sąsiada, kogo bądź jednym słowem. Nikogo jednak nie było, więc powrócił z wodą i spryskał twarz i ręce Aldenowej.
- Czy jest tu gdzie blisko doktór? - zapytał Tytusa, który klęczał przy żonie.
- Jest w Biltz doktór Crane.
- Czy ma pan... czy jest gdzie blisko telefon?
- U państwa Wilcox. Stamtąd Roberta często telefonowała.
- Niech pan tu pozostanie. Zaraz powrócę.
Wrócił istotnie zaraz po zawezwaniu doktora i przyprowadził ze sobą panią Wilcox i jej córkę. Przyszło też więcej sąsiadów, przyszedł i doktór Crane, którego Mason zapytał, czy można będzie jeszcze dziś wybadać Aldenową o szczegóły, dotyczące tej dziwnej, tajemniczej sprawy, która go tu przywiodła. Doktór Crane zaopiniował, że lepiej nawet będzie dzisiaj to wszystko omówić.
Dzięki życzliwym staraniom obecnych Aldenową odzyskała wreszcie przytomność i mogła wysłuchać ostrożnie podanej wiadomości. Musiała potem odpowiedzieć na pytanie, co mogły oznaczać tajemnicze słowa w liście Roberty.
Aldenową, poza Clydem Griffithsem, o nikim więcej nie wiedziała. Był to bratanek bogatego Samuela Griffithsa z Lycurgus, u którego Clyde miał stanowisko szefa oddziału, w którym pracowała Roberta.
Ani jednak rodzice nieszczęsnej dziewczyny, ani prokurator nie byli zdolni przypuścić, żeby bratanek tak znanego człowieka mógł dopuścić się zbrodni. Dlaczego?
Prokurator Mason dowiedziawszy się jednak o tym zamyślił się głęboko. Taka wielka różnica socjalna między tą dziewczyną a bratankiem Griffithsów... Czyż to takie niemożliwe? Zupełnie nawet prawdopodobne, że taki młodzieniec o zapewnionej pozycji chciał się równie dobrze bawić jak każdy inny, a że Roberta była przystojna, nic więc dziwnego, że zwrócił na nią uwagę. Pracowała przecież w jego oddziale... była uboga... Dowiedział się Mason przy tym od Heita, że Roberta, jakkolwiek wyglądała bardzo niewinnie, nie zawahała się jednak przed zamieszkaniem wspólnie w jednym pokoju z mężczyzną przed zawarciem ślubu. Czyż nie w ten sposób młodzi, bogaci ludzie uwodzą ubogie dziewczęta? Sam prokurator zbyt wiele przeszedł w życiu i na zbyt wiele brzydkich patrzał postępków, żeby nie mógł uwierzyć w winę takiego rozpanoszonego eleganta. Ileż nikczemności jest w ich świecie! Jakaż obojętność na niedolę bliźniego! A ci oto rodzice wierzą święcie w niewinność i cnotę swej córki!
Z dalszych pytań dowiedział się, że Aldenowa nie widziała nigdy tego młodzieńca, a nie słyszała o nikim innym.
Nic już więcej oboje małżonkowie nie mieli do powiedzenia prócz tego, że Roberta przyjechawszy teraz do nich nie czuła się dobrze i bardzo wiele odpoczywała. Pisywała również bardzo dużo listów, które od razu oddawała listonoszowi albo wkładała do przydrożnej skrzynki. Rodzice nie mieli pojęcia, do kogo były adresowane, przyszło jednak na myśl Masonowi, że urzędnik na poczcie będzie wiedział. Przez cały czas pobytu u nich uszyła sobie parę sukien, zdaje się, że cztery. W ostatnich czasach chodziła często do telefonu, wołana przez niejakiego Bakera, jak to stwierdził pan Wilcox. Wyjeżdżając zaś, wzięła ze sobą bardzo niewiele rzeczy, tylko te, które ze sobą przywiozła: mały kuferek i walizkę. Kuferek oddała na bagaż, ale do której stacji, ojciec nie wiedział.
Mason zwrócił uwagę na nazwisko "Baker", ale głównie zajęły go inicjały Clyda Griffithsa, doskonale nadające się do nazwisk Carla Grahama i Clifforda Goldena. Zadziwiający zbieg okoliczności. Czyżby ten Clyde Griffiths miał co wspólnego z tą zbrodnią?
Mason postanowił jak najprędzej zobaczyć się z urzędnikiem pocztowym. Potrzebny mu był jednak stary Alden, który musi stwierdzić identyczność ciała Roberty, zawartość walizki, a również musi wpłynąć na urzędnika poczty, żeby powiedział prawdę prokuratorowi. Polecił więc mu ubrać się i zapewnił go, że nazajutrz powróci do domu. Ostrzegł przy tym Aldenową, żeby nikomu nie powtarzała treści ich rozmowy.
Udali się naprzód na pocztę. Urzędnik, widząc Aldena, który stał u boku Masona jak zgalwanizowany trup, przypomniał sobie, że było sporo listów, może nawet ze dwanaście albo i piętnaście, które mu wręczała Roberta podczas swego tutaj pobytu, i wszystkie adresowane były do jednej osoby... zaraz... tak... do Clyda Griffithsa... na pewno.
Prokurator zabrał urzędnika pocztowego do rejenta, gdzie zostało spisane to zeznanie, następnie zatelefonował do swego biura i dowiedział się, że ciało Roberty zostało już przewiezione do Bridgeburga. Wyjechał więc tam śpiesznie z Aldenem.
Nieszczęśliwy ojciec stanął przed zwłokami córki i nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w swe ukochane dziecko, po czym w obecności koronera Heita, Burtona Burleigha i Earla Newcomba stwierdzono identyczność osoby Roberty Alden.
Prokurator przyglądał się rysom młodziutkiej dziewczyny i zastanawiał się, czy to możliwe, żeby była jedną z tych rozpustnych dziewcząt, które pozwalają na wszelkie ze sobą swawole. Cóż innego można było o niej pomyśleć wiedząc, że zamieszkała razem z obcym mężczyzną w gospodzie. Doszedł jednak do przekonania, że musiał tu zajść wypadek przebiegłego, wyrafinowanego uwiedzenia, a potem morderstwa.
A, łajdak! I to w wielkim stylu!
Dawna odraza do ludzi uprzywilejowanych odnowiła się w prokuratorze. Patrzył, jak stary Alden, klęcząc u zwłok córki, przyciskał ze wzruszeniem do ust jej małe, chłodne rączki, jak wpatrywał się z bólem i rozpaczą w woskową twarzyczkę, okoloną długimi, złocistymi włosami. Uroczyście obiecał sobie prokurator, że sprawę tę musi wyświetlić nie kierując się żadnymi ubocznymi względami.
Wszyscy obecni nie mogli się powstrzymać od łez, gdyż Alden niespodziewanie nadał jeszcze bardziej dramatyczny ton tej scenie. Powstał nagle i zwracając się do Masona w obecności wielu osób i przedstawicieli prasy miejscowej zawołał:
- Pragnę, żeby pan, panie prokuratorze, odnalazł tego nikczemnika. Chcę, żeby tak cierpiał, jak to biedne dziecko cierpiało. Ona jest zamordowana, to pewne. Tylko zbrodniarz mógł ją tak uderzyć. Wszyscy mogą to zauważyć! - Wskazał ręką na swe dziecko. - Nie mam pieniędzy, żeby móc ścigać tego nikczemnika, ale będę je miał. Sprzedam farmę.
Głos mu się załamał i o mało nie upadł spojrzawszy znów na Robertę. Orville Mason rozumiejąc doskonale tę chęć odwetu zbliżył się do niego i odezwał się:
- Chodźmy stąd, panie Alden. Już wiemy, że to pańska córka. Biorę wszystkich panów na świadków, że stwierdzona została tożsamość osoby... A o ile się okaże, że córka pańska została zamordowana, obiecuję mu solennie jako prokurator, że nie pożałuję czasu ani pieniędzy, aby wykryć tego zbrodniarza i oddać go w ręce właściwej władzy. A że mam pewność, że w naszym okręgu panuje poczucie sprawiedliwości, może pan w spokoju zostawić swą zemstę legalnym władzom. Farmy nie powinien pan sprzedawać.
Orville Mason był istotnie wzruszony, a mając przed sobą podniecone, liczne audytorium bardzo pięknie wypowiedział te słowa.
Obecni przyjęli to z powagą, nie szczędząc mu uznania, a Earl Newcomb dodał:
- Życzę panu powodzenia, panie prokuratorze. Pomożemy panu wszyscy, o ile tylko sił nam starczy. Walizka, którą polecono mi przywieźć z Gun Lodge, jest teraz w pańskim biurze. Oddałem ją przed dwiema godzinami Burtonowi.
- Ach, prawda! Omal nie zapomniałem o niej! - zawołał pan Mason, trochę już uspokojony. Niezmiernie był z siebie zadowolony.