Rodział I
To nie byle co takie dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo! I stanowisko naczelne nad dwudziestoma pięcioma robotnicami!... I możność przywdziania znów przyzwoitego ubrania!
Siedzi sobie przy urzędowym biurku i z zadowoleniem myśli, że po dwumiesięcznej, wstrętnej pracy jest już wreszcie kimś, jakąś odpowiedzialną figurą w tej olbrzymiej instytucji. A dzięki swemu pokrewieństwu i nowej godności Whiggam i Liggett krążą ciągle koło niego nie szczędząc rad i przyjaznych uwag. Kierownicy innych oddziałów przechodząc tędy wstępują także, by go pozdrowić.
Ażeby poznać wszystkie szczegóły swej pracy, musiał Clyde rozejrzeć się po wszystkich warsztatach, zbadać cały tok pracy i zapotrzebowań, dowiedzieć się np. skąd przychodziły ogromne paki bawełny i przędzy, jak się krajało materiał w olbrzymiej, specjalnie do tego przeznaczonej sali, gdzie pracowało setki krawców, otrzymujących wysokie płace. Obejrzał wydział doraźnej pomocy, biuro fabrycznego lekarza, szpital dla robotników, specjalną jadalnię w głównym budynku, gdzie tylko urzędnicy jadali i gdzie on, będąc odpowiedzialnym szefem oddziału, mógłby również jadać, o ile by chciał. Dowiedział się również, że o parę mil od Lycurgus, obok wioski Van Troup nad Mohawk, był klub fabryczny, do którego należała większość urzędników z różnych fabryk, lecz niestety dowiedział się także, że Griffiths Company nie życzyła sobie, żeby jej urzędnicy mieli styczność z urzędnikami innych fabryk i z tej przyczyny bardzo niewielu tutejszych pracowników należało do tego klubu. Ale, jak Liggett twierdził, Clyde, jako należący do rodziny Griffithsów, mógłby chyba pozwolić sobie na to. On jednak, pomny surowych napomnień Gilberta o związkach krwi, postanowił trzymać się od tego z daleka.
Zawsze był uśmiechnięty i uprzejmy dla wszystkich, jednak czuł się bardziej osamotniony niż kiedykolwiek w życiu, zwłaszcza w soboty i niedziele. Ażeby uniknąć towarzystwa Dillarda lub jemu podobnych, a przypuszczając, że stryj z tego będzie zadowolony, zaczął bywać w głównym presbiteriańskim kościele, w którym, jak się przypadkiem dowiedział, bywała i jego rodzina. Nigdy jednak nie spotkał się tam z nimi, gdyż od czerwca do września ojciec z synem spędzali swoje "week-ends" nad jeziorem Greenwood, dokąd zwykle wyjeżdżała na lato większość przedstawicieli sfer towarzyskich.
W lecie życie towarzyskie w Lycurgus prawie zamarło. Nic osobliwego nie działo się w mieście, chociaż jeszcze w maju odbywały się różne zabawy u Griffithsów i ich znajomych, o czym Clyde czytał w dziennikach albo z daleka je oglądał. Następowały kolejno - przyjęcie z tańcami w Snedeker-School, gdzie uczyła się Bella, zabawa ogrodowa u Griffithsów i wtedy w jednej części parku była zawieszona pasiasta markiza i chińskie latarnie między drzewami. Clyde zobaczył to przypadkiem przechadzając się samotnie po mieście. Myślał potem wiele o powadze, jaką cieszy się tu jego rodzina, o tym, że i on także do nich należy i o tym, że oni dając mu przyzwoite zajęcie wykreślili go ze swej pamięci. Sprawuje się tymczasem dobrze, może więc później pomyślą o nim znowu.
W jakiś czas potem przeczytał w Star, że w czerwcu odbędzie się doroczne międzymiastowe samochodowe corso kwiatowe o współzawodnictwo miast: - Fonda, Gloversville, Amsterdamu, Schenectady i Lycurgus. Miało się właśnie w tym roku odbyć w Lycurgus i było ostatnią zabawą towarzyską przed doroczną ucieczką w góry i nad jeziora, dokąd zwykle każdy wyjeżdżał, kto miał na to. Wśród walczących o honor miasta Lycurgus wymieniano nazwiska Belli, Bertiny, Sondry i Gilberta. Dowiedziawszy się o tym Clyde włożył najlepszy garnitur, chociaż pragnął pozostać niewidziany w tłumie pospolitych widzów, i wtedy po po raz drugi ujrzał pannę, która go tak oczarowała od pierwszego wejrzenia. Jechała na białym strumieniu z róż i prowadziła swój statek wiosłem pokrytym żółtymi narcyzami, co miało ilustrować pewną indyjską legendę o rzece Mohawk. Na ciemnych włosach miała opaskę z piór żółtych i brązowych w kształcie indyjskiego diademu. Była tak czarująca, że nie tylko zdobyła nagrodę, lecz na nowo podbiła Clyda. Jakież wspaniałe życie prowadzą wszyscy w tym świecie!
Widział również Gilberta, który towarzyszył bardzo ładnej pannie, prowadzącej jedną z czterech ukwieconych tratew, przedstawiających cztery pory roku. Ich tratwa przedstawiała zimę, więc dama ta miała na sobie gronostaje, a białe róże służyły za śnieżyste tło. Za nią płynęła wiosna, którą reprezentowała Bella, owinięta w przejrzyste zasłony i leżała przy wodospadzie z ciemnych fiołków. Efekt był niesłychany. Zrodził w głębi duszy Clyda pragnienie miłości, radości życia, przygód romantycznych, wszystkiego, co jest tak miłe a jednocześnie bolesne. Może jednak powinien był zatrzymać przy sobie Ritę...
Prowadził życie takie same jak dawniej, tylko nieco na szerszą skalę. Po otrzymaniu wyższej pensji postanowił przede wszystkim zmienić mieszkanie. Musi wynająć lepszy pokój, niechby był dalej położony, lecz na elegantszej ulicy. W ten sposób zerwie wszelki kontakt z Dillardem. Stryj jednak dał dowód, że o nim pamięta, może więc kiedyś on sam albo Gilbert zechce wstąpić do niego. Jakże go przyjmie w tak nędznym pokoiku?
Więc dla utrzymania prestiżu wynajął pokój na jednej z lepszych ulic i w porządnym domu. Mieszkanie na Jefferson Avenue należało do wdowy po kierowniku fabrycznym, która żeby utrzymać mieszkanie, zbyt dla niej drogie, odnajmowała dwa pokoje bez utrzymania.
Pani Peyton, od dawna mieszkając w Lycurgus, wiedziała dużo o Griffithsach i od razu poznała Clyda z powodu jego podobieństwa do Gilberta. Bardzo się tym przejęła i oddała mu wyjątkowo ładny pokój za niską cenę pięciu dolarów tygodniowo. Oczywiście wynajął od razu.
Mimo tak pochopnie danej obietnicy Clyde samą mechaniczną pracą nie mógł zająć umysłu, nie mógł się powstrzymać, żeby nie myśleć o dziewczętach, spośród których było wiele bardzo ładnych. Nadchodziło lato, był koniec czerwca, w monotonnym wirze pracy w popołudniowych godzinach osiadało na wszystkich jakieś zobojętnienie graniczące z lenistwem, czasami prawie zmysłowym i rozpełzało się po wszystkich kątach. Było tam tyle kobiet tak odmiennych typów i usposobień. Z dala od mężczyzn, pozbawione przyjemności i jakiegokolwiek wytchnienia, przebywały tylko z Clydem. Powietrze panowało ciężkie i fizycznie osłabiające, tylko przez otwarte okna można było napoić oczy widokiem toczącej z pluskiem swe fale rzeki, brzegów jej, obrośniętych zieloną murawą i łączek, ocienionych drzewami. Dawało to obraz rozkoszy, którą można by osiągnąć położywszy się bezczynnie na brzegu. Praca ich była tak mechaniczna, że dozwalała myślom zatapiać się w przeczuwanych rozkoszach. Myślały więc te dziewczęta najczęściej jedne o drugich, a także o tym, co robiłyby, gdyby nie były zaprzężone do tak ciężkiej pracy.
Żywe i namiętne skłonne były utrwalić swe pożądania w najbliższym obiekcie. A że Clyde był jedynym przedstawicielem męskiego rodu, a przy tym tak pięknie ubranym, dziewczęta przeważnie myślały o nim. Opowiadały sobie najbardziej fantastyczne komentarze o pokrewieństwie z Griffithsami i podobieństwie do Gilberta, dowiadywały się, gdzie i jak mieszka i czy ma jakąś dziewczynę. On zaś w chwilach, gdy rady Gilberta ulatywały mu z głowy, też myślał o nich, a przynajmniej o niektórych z nich. Nie były to myśli idealne i platoniczne.
Mimo obietnicy danej Gilbertowi i odsunięcia od siebie Rity, a może właśnie dlatego, zainteresował się głównie trzema dziewczętami, przedstawicielkami trzech odmiennych typów.
Cała trójka tych sympatycznych, godnych pożądania dziewcząt, uznała Clyda za bardzo pięknego. Ruza Nikoforycz, z pochodzenia Rosjanka, wielka, jasna, pierwotna, z marzącymi ciemnymi oczyma, orlim, dużym nosem, wyraźnie lgnęła do niego. Lecz Clyde postępował z taką rezerwą, że zaledwie ośmielała się o nim myśleć. Bo dla niej ten piękny chłopiec, z włosami gładko rozdzielonymi, w jasnej koszuli, której rękawy z powodu gorąca miał zawinięte po łokcie, był zbyt wielką doskonałością, żeby miał być realnym. Podziwiała jego ślicznie błyszczące buty, elegancko zapięty, czarny, skórzany pasek i luźno związany krawat.
Była tam również Marta Bordaloue, żwawa Kanadyjka, Francuzka z pochodzenia, zgrabna, okrąglutka, z czerwono złotymi włosami, zielonkawymi oczyma, różową buzią i pulchnymi niewielkimi rączkami. Głupia, namiętna, widziała w Clydzie mężczyznę, któremu gotowa była się oddać w każdej chwili. Z usposobienia chytra i dzika, całą swą niepohamowaną nienawiść przelewała na te koleżanki, które przypuszczalnie mogłyby się kochać w Clydzie. Dlatego też serdecznie niecierpiała Ruzy. Widziała nieraz, jak Ruza, niby niechcący, ocierała się o Clyda, ilekroć przechodziła obok niego. Sama jednak zawsze szukała znanych jej dobrze sposobów, by zwrócić na siebie uwagę. Bluzka zawsze była rozchylona i odsłaniała białą pierś, spódniczka, podczas pracy podniesiona ponad kolana, okrągłe ramiona obnażone po same pachy. Niechże wie, że jest warta grzechu. A te żałosne westchnienia i tęskne spojrzenia przy każdym zbliżeniu...
Oburzona Ruza wołała wtedy:
- Małpa francuska! On będzie patrzył na nią! Patrzcie ją!
Chętnie by ją wytłukła.
Była jeszcze krępa, wesoła Flora Brandt, pochodząca z najuboższych sfer amerykańskich, o grubych, mimo to ponętnych rysach, czarnych włosach, wielkich, marzących, ciężkimi powiekami przysłoniętych oczach, orlim nosie, pełnych, zmysłowych, pięknych ustach i figurze niepozbawionej wdzięku. Od chwili, gdy się tu zjawił Clyde, patrzyła na niego wzrokiem, który mówił:
- Jakże, nie zauważasz wcale, że jestem ładna? - A czasami spojrzenie jej pytało: - Długo jeszcze nie będziesz zwracał na mnie uwagi? Niejeden chłopiec byłby nie wiem jak szczęśliwy, gdyby był na twoim miejscu.
Wobec tych wyraźnie pożądających go dziewcząt Clydowi czasami przychodziło do głowy, że mógłby nie krępować się niczym. Były to bowiem pospolite istoty, odpowiedzialne za siebie, nie zwracające niczyjej uwagi, więc bez obawy wyśledzenia go miał możność zabawić się z którąś z nich, a nawet z trzema po kolei, gdyby go już skusiły do tego stopnia i o ile by udało mu się wpoić w nie przekonanie, że czyni im tym wielką łaskę. Sądząc po ich zachowaniu był pewien, że gotowe były zgodzić się na wszystko, nawet na porzucenie ich po pewnym czasie, co musiałby uczynić, ze względu na swe stanowisko. Ponieważ jednak dał słowo Gilbertowi, nie miał na razie ochoty go łamać. Nie umiał jednak zapanować nad podobnymi myślami, zwłaszcza gdy sytuacja stawała się trudna, prawie nie do zniesienia. Usposobienie miał zapalne i roznamiętniał się na widok piękna kobiecego. Nie łatwo mu przychodziło poskramiać wzburzone zmysły. Za wiele było pokus w czasie tych gorących, omdlewających, letnich dni, kiedy czekał nań pusty, samotny pokój, a w nim nie było żadnej przyjaznej duszy. Trudno mu było czasami nie zbliżyć się do jednej z tych kusicielek, chociaż (co było u niego osobliwe) pozostawał zawsze wyniosły i chłodny na ich spojrzenia i umizgi nie zawsze dyskretne.
W tym czasie w warsztatach nastąpiło zwiększenie obstalunków, skutkiem czego trzeba było zwiększyć personel. Clyde przy pomocy Whiggama i Liggetta musiał przyjąć kilka dziewcząt na praktykantki, które za bardzo niską płacę wprawiały się w pracę, a z czasem, opanowawszy technikę, dochodziły do większych zarobków i stawały się wykwalifikowanymi robotnicami. Zwykle w warsztatach było wiele takich praktykantek. W razie zmniejszenia produkcji usuwano praktykantki i zawieszano ogłoszenie: "Nie przyjmuje się na praktykę".
Ponieważ Clyde względnie nie dawno pracował i nigdy sam nie przyjmował ani nie oddalał pracowników, ustalono, że wszystkie kandydatki będą naprzód egzaminowane przez Liggetta, który oprócz tego poszukiwał nadetatowych krawców i krawczyń. Te siły, które były odpowiednie na pieczętarki, odsyłano do Clyda, ażeby przyjąć je na próbę. Przedtem jednak Liggett obszernie wytłumaczył Clydowi, że w przyjmowaniu i odprawianiu pracowników jest pewien system. Nie powinno się przede wszystkim pozwolić na to, żeby robotnik, chociażby jak najlepiej pracował, miał przekonanie, że jest dobrym pracownikiem. Wolno mu myśleć, że jest zaledwie średnim, dopóki nie nabierze rutyny. Instytucja na tym korzysta, a pracownik staje się dobrym fachowcem. Przy tym systemie można przyjmować tyle dziewcząt, ile wymagają okoliczności, a w razię spadku produkcji usuwać je ze spokojem. Jeżeli zaś między tymi nowicjuszkami znajdzie się jakaś lepsza siła, należy ją zatrzymać usuwając natomiast mniej nadającą się lub odsyłając do innego oddziału, aby zrobić miejsce dla nowej siły i świeżej energii.
A więc po decyzji powiększenia personelu Liggett przyprowadzał do Clyda dziewczyny jedną po drugiej prezentując je w ten sposób:
- Może by ta panienka zdała się dla pana. Nazywa się panna Tyndal. Może ją pan weźmie na próbę.
Albo:
- Niech się pan przekona, czy ta panienka przyda się nam na co.
A Clyde po zadaniu szeregu pytań, gdzie dotychczas pracowała, w czym się kwalifikowała, czy mieszka przy rodzinie, czy sama (samotne panny nie były pożądane u Griffithsów), musiał wytłumaczyć, jaką tu będzie miała robotę, jakie otrzyma wynagrodzenie, potem wzywał pannę Todd, która zabierała kandydatkę do szatni, gdzie stały szafki z ubraniami, potem do stołu i pokazywała, na czym polega jej robota. Wówczas należało już tylko do Clyda i do panny Todd orzec, czy kandydatka dobrze tę pracę wykonuje i czy można ją zatrzymać.
Z wyjątkiem tych trzech dziewcząt, do których go zmysły pociągały, Clydowi dotąd niezbyt się podobał typ dziewczyny-robotnicy. Przeważnie były to nieinteligentne i ciężkie dziewczyny i niejednokrotnie zapytywał siebie, czy nie istnieje typ bardziej do ludzi podobnej istoty. Czyż to jest niemożliwe? Przeważnie miewały wielkie ręce, szerokie twarze, ciężkie uda i grube łydki. Niektóre z nich mówiły okropnym akcentem. A wszystkie pragnęły złapać "chłopaka", chodzić z nim na tańce, a nawet pozwolić na coś więcej. Clyde zauważył, że typ amerykański przedstawia się o wiele korzystniej. Delikatniejszy, bardziej nerwowy, przeważnie szczupły, a pod względem moralnym bardziej skrupulatny i religijny. Dzięki tym przymiotom dziewczęta nie zawierały łatwych przyjaźni, a tym bardziej z mężczyznami, przynajmniej pozornie.
Wśród tych praktykantek, które stawały przed nim w ciągu kilku dni z rzędu, znalazła się jedna, która zainteresowała Clyda bardziej niż inne. Wydawała się inteligentniejsza i sympatyczniejsza, bardziej sprytna, niemniej energiczna, a posiadająca wiele więcej wdzięku. Wyróżniała się na pierwszy rzut oka tym wdziękiem, znać w niej było spryt i zamiłowanie do pracy, a prócz tego pewność siebie i determinację. Przyznała się jednak, że nie miała żadnych do tej pracy kwalifikacji i nie była wcale pewna, czy podoła nowemu zadaniu.
Nazywała się Roberta Alden, pracowała poprzednio w warsztatach pończoszniczych w mieście Trippetts Mills o pięćdziesiąt mil od Lycurgus. Miała na sobie mały brązowy kapelusik, nie bardzo świeży, wciśnięty głęboko na oczy, twarzyczka jej była drobna, ładna, o regularnych rysach, otoczona nimbem jasnych, lśniących włosów. Oczy przezroczyste, szaro błękitne. Ubrana była w pospolitą sukienkę, buciki nie nowe i bardzo solidnie podzelowane. Wyglądała na poważną i praktyczną i tak była pociągająca, tak ochocza, energiczna i ożywiona, że Clyde wraz z Liggettem, który pierwszy się z nią rozmówił, zdecydowali, że należy ją przyjąć. Najwyraźniej pod każdym względem przerastała wszystkie te dziewczęta. Z ciekawością przyglądał się jej Clyde podczas rozmowy, tak wydała mu się skupiona, trochę zmieszana, jakby ten egzamin był dla niej ciężkim przeżyciem.
Opowiedziała przy tym, że mieszkała z rodzicami koło miasta Biltz, ale teraz mieszka u znajomych. Mówiła szczerze, z taką prostotą, że Clyde był tym ujęty i bardzo pragnął jej dopomóc. Tylko wątpił, czy ta praca jest dla niej odpowiednia. Oczy jej ciekawie i inteligentnie patrzyły na świat, usta, nosek, uszy, ręce były małe i ładne.
- Będzie więc pani mieszkała w Lycurgus, jeżeli otrzyma pani tu pracę? - zapytał pragnąc przedłużyć rozmowę.
- Tak - odpowiedziała patrząc mu prosto w oczy.
- Poproszę jeszcze raz o nazwisko.
- Wyciągnął spis nazwisk.
- Roberta Alden.
- A tutejszy adres?
- Ulica Taylor 228.
- Nawet nie wiem, gdzie to jest - mówił, aby przeciągnąć rozmowę. - I ja tu jestem od niedawna. - Sam się zdziwił, po co mówił o sobie, więc dodał: - Nie wiem, czy pan Liggett objaśnił panią, jaką pani będzie miała robotę. Jest to stemplowanie kołnierzyków. Pokażę pani.
I zaprowadził ją do najbliższego stołu, gdzie stały pieczętarki. Pozwolił jej przez chwilę przyglądać się robocie, a potem, nie wzywając panny Todd wziął sam jeden z kołnierzy i objaśniał jej tak, jak to jemu kiedyś objaśniano.
Jednak wyraz ciekawości i skupienia, malujący się w jej wzroku, kiedy śledziła jego ruchy, powaga, z jaką przyjmowała jego objaśnienia, krępowały go trochę i poczuł się nieco zmieszany i nawet zdenerwowany. Było coś przenikliwego i badawczego w jej wzroku. Gdy jeszcze raz jej wytłumaczył, jak się oznacza gatunek i miarę, powiedziała, że pragnęłaby sama spróbować. Wezwał więc pannę Todd, która ją zabrała do szatni, aby tam zostawiła kapelusz i płaszcz. Zobaczył ją znowu, wracającą z szatni, z falą jasnych włosów nad czołem, z twarzyczką lekko zarumienioną, spojrzeniem poważnym i zaciekawionym. Za radą panny Todd zawinęła rękawy ukazując piękne ręce. Z ruchów jej Clyde mógł się domyśleć, że chciała się okazać prędką w robocie i akuratną. Tak bardzo chciałaby otrzymać to zajęcie.
Po pewnym czasie zbliżył się do niej i przyglądał się, jak brała jeden po drugim kołnierzyki ze stosu ułożonego przy niej, stemplowała i odrzucała je na stronę. Robiła to szybko i starannie. Na sekundę odwróciła się ku niemu i uśmiechnęła się niewinnym, radosnym uśmiechem. Zadowolony, przesłał jej podobny uśmiech.
- Sądzę, że pani niedługo się wprawi - odważył się znowu odezwać, tak bardzo pragnął, żeby pozostała. Ona zaś po raz drugi odwróciła się i uśmiechnęła. Clyde mimo woli drgnął cały. Od razu ją polubił, ale pomny obietnicy danej Gilbertowi, postanowił nie pozwalać sobie na żadne zbliżenia nawet z taką czarującą jak ta dziewczyną. Nie powinien. Trzymał się z daleka od tamtych, więc i z nią także powinien tak samo postępować. Było to dlań trochę przykre, gdyż bardzo mu się podobała. Była taka ładna i szykowna. Powinien jednak pamiętać, że to zwykła robotnica, on zaś jest jej zwierzchnikiem. Ale taka miła i delikatna...
Zbliżył się więc zaraz i do innych robotnic, a potem poszedł do panny Todd i spytał, jak panna Alden się sprawia - chciałby wiedzieć.
W chwili, gdy rozmawiał z Robertą i zamienił z nią uśmiech, Ruza Nikoforycz, która pracowała o dwa stoły dalej, trąciła obok stojącą dziewczynę, mrugnęła i lekkim skinieniem głowy wskazała Clyda i Robertę. Sąsiadka jej spojrzała na nich. Clyde odszedł, Roberta pracowała dalej, a Ruza przechyliwszy się szepnęła:
- Powiedział, że robi dobrze.
Podniosła brwi i zacisnęła usta. Sąsiadka odpowiedziała szeptem tak cicho, że nikt więcej nie słyszał prócz Ruzy:
- Prędko idzie, co? A zdawało się, że nie widzi nikogo i trzech nie umie zliczyć.
Uśmiechnęły się obie ironicznie nad wyborem Clyda.
Ruza Nikoforycz była zazdrosna.