ROZDZIAŁ 2
POŁOWA GRUDNIA 2013, WROCŁAW
Mimo mrozu drzwi do kaplicy Cmentarza Grabiszyńskiego były otwarte na oścież. Ludzie, zebrani w niewielkiej grupie, stali jeszcze przed bramą; po raz kolejny czytali nekrolog, przytwierdzony do tablicy ogłoszeń.
Z wielkim żalem zawiadamiam, że dnia 9 grudnia 2013 roku zginął tragicznie, przeżywszy 50 lat
ŚP. IGOR BONAR
Brat, Mistrz, Wojownik, Darczyńca, Przyjaciel, Druh
Pogrzeb, poprzedzony mszą św. w kaplicy, odbędzie się w piątek 19 grudnia 2013 roku o godzinie 14.00 na Cmentarzu Grabiszyńskim we Wrocławiu.
Pogrążona w wielkim bólu - siostra.
- Mój brat był wybitnym człowiekiem. - Danuta Bonar, szczupła, delikatna brunetka, z trudem powstrzymywała drżenie brody. Niemal całą twarz schowała za wielkimi okularami słonecznymi. Ubrana teatralnie - w czarną, elegancko skrojoną sukienkę i mięsiste futro - z przesadną gracją zajęła miejsce na mównicy.
Pracownicy zakładu pogrzebowego, w wyświechtanych garniturach i zniszczonych mokasynach, na których mimo wielu warstw pasty wciąż przebijała sól, trzymali głośniki i mikrofon. Śnieg padał coraz intensywniej, ale oni nawet nie drgnęli. Danuta Bonar kontynuowała, choć przychodziło jej to z ogromnym trudem. Głos grzązł jej w gardle, ręce drżały, a usta, mimo nieustannej walki, wyginały się w żałosny grymas.
Kartkę, którą miała przed sobą, ściskała jak chusteczkę. Przez łzy i tak nie mogła z niej nic odczytać. W końcu zacisnęła pięści i podniosła wzrok na zebrany tłum. Morze głów. Przez coraz gęściej sypiący śnieg próbowała dojrzeć twarz Maxymiliana.
Jaką mam pewność, że chłopak tu jest?, pomyślała, chociaż przed pogrzebem udało się jej dodzwonić do jego matki. Chłopak?, natychmiast zganiła się w myślach. Przecież to już dorosły, prawie trzydziestoletni mężczyzna. Nawet nie wiem, jak wygląda. Bezwiednie wzruszyła ramionami.
Zagryzła wargę i jeszcze raz przyjrzała się otoczeniu. I nagle z prawej strony, za siwym, korpulentnym pracownikiem firmy pogrzebowej, zobaczyła ICH. Chociaż niektórych widywała bardzo rzadko, nie miała wątpliwości, że to oni. Stali złączeni niczym policyjny kordon. Byli wszyscy. Przymknęła oczy i przeszedł ją dreszcz. Jej brat przez całe lata bezskutecznie próbował zorganizować spotkanie, na którym pojawiliby się w komplecie, ale zawsze kilku osób brakowało. Aż do dzisiaj. Wymieniła w myślach ich nazwiska - Igor byłby dumny: Filip Patej, Staszek Tempel, Janek Hul, Paweł Scecewicz, Żaneta Trabuć, Anka Kleynocka i Pola Korowin. Z Polą widywała się dość często, z innymi może rzadziej, ale bywali u Igora, wszystkich przecież zna. Dlaczego dziś się z nią nie przywitali?
- Igor powinien tu teraz być i mnie wspierać - wyszeptała na koniec do mikrofonu i zeszła z drewnianego podestu.
Po krótkim zamieszaniu jej miejsce zajęła przysadzista blondynka w śliwkowym płaszczu i za małym kapeluszu. Odchrząknęła, postukała w mikrofon i zaczęła czytać z pomiętej kartki, pozostawionej przez Dankę Bonar, naśladując głos przedmówczyni:
- "Mój brat był wybitnym człowiekiem. Przede wszystkim wspaniałym synem oraz bratem. Ale też kochającym ojcem dla wielu z was. Los zabrał go niesprawiedliwie i zbyt szybko. Dziękuję, że zechcieliście tu dziś być!". - Kobieta podniosła głowę i spojrzała na zgromadzonych. Alejkę wypełniali zapłakani żałobnicy, ale jej uwagę przykuły osoby skupione w ciasnej grupce. Stali w objęciach, jakby tworzyli jakiś nierozerwalny krąg. Nie mogła oderwać od nich wzroku. Było w nich coś tak magicznego, że przez chwilę zapragnęła być jedną z nich. Wyróżniali się, choć nie umiała powiedzieć czym; biła od nich dziwna moc, może wyższość? Siedem osób - czterech mężczyzn i trzy kobiety - pogrążonych w smutku miało siłę, której nie potrafiła pojąć. - Nazywam się Bożena Lumia - odezwała się po chwili. - Jestem prezesem dziecięcej fundacji Promyk. Pan Igor Bonar był naszym darczyńcą. Był wielkim filantropem, ale przede wszystkim naszym przyjacielem. Prawdziwym przyjacielem. Znał nasze problemy i pomagał nam je rozwiązywać. Czasem wystarczyło, że posłuchał... - Żałobnicy kiwali głowami, jakby doskonale wiedzieli, o czym mówi Bożena Lumia.
Prezeska fundacji wydmuchała nos i zeszła z podestu. Jej miejsce natychmiast zajęła kolejna osoba, młoda kobieta, z ustami pomalowanymi szminką w odcieniu krwistej czerwieni.
- Kochany Igorze, gdyby nie ty, część z nas nie przetrwałaby do dzisiaj...
Płatki śniegu były coraz większe. Okrywały kwiaty, wieńce i urnę. Grupa siedmiu przytulonych osób bardzo powoli odwróciła się i ruszyła w stronę ceglastej, kopułowej kaplicy i dalej - do pomarańczowej bramy cmentarza. Pozostali rozstępowali się uprzejmie, by zrobić im przejście.
Danuta Bonar przestała słuchać mówczyni; ruszyła za nimi, doganiając po kilku metrach. Ciągle szli jak w kordonie.
- Nie przyjdziecie na poczęstunek? Zarezerwowałam wam miejsca w hotelu... - spytała z wyrzutem. Rozejrzeli się po sobie, zwolnili uścisk.
- Nie damy rady - pierwszy odezwał się mężczyzna idący po prawej stronie. Łysy, z drobnym, rudawym zarostem, średniej postury, z błyszczącymi, jasnoniebieskimi oczami. Może płakał, pomyślała Danka.
- Staszek ma rację. - Podeszła do niej bardzo elegancko ubrana kobieta. Blondynka, uczesana w kok, z nienagannym makijażem. Drobne zmarszczki wokół oczu dodawały jej regularnym rysom szlachetności. Im starsza, tym ładniejsza, Danka nie mogła się nadziwić. W głębi duszy zazdrościła Poli Korowin. - Strasznie nam przykro - kontynuowała kobieta. Podała Dance rękę i mocno nią potrząsnęła.
- Anka, no co wy? Mówiłaś, że to dobry pomysł... - Danuta spojrzała na kolejną osobę z cholernego kręgu. Doskonale uczesaną, krótko ściętą blondynkę z rudymi refleksami, milczącą i niezwykle zasmuconą. Anna Kleynocka w tym samym momencie założyła na nos duże okulary słoneczne.
- Wiesz, dziś zrozumieliśmy, że jesteśmy tu wszyscy razem... Pierwszy raz od trzydziestu lat, rozumiesz? WSZYSCY RAZEM. To dla nas najważniejsze. Igor nas połączył, zawsze tego chciał. Szkoda, że udało mu się to dopiero przy takiej okazji. Chcemy pobyć sami. Rozumiesz, prawda? - Anna pogłaskała ją po ramieniu.
- Nic się nie zmieniliście. - Danka pokiwała głową. - Nikogo do siebie nie dopuścicie... Ciągle nie rozumiem, dlaczego Igor... - urwała i odwróciła się. - Nienawidzę was - rzuciła przez ramię, gdy była już w bezpiecznej odległości, po czym szybkim krokiem odeszła w stronę grobu brata.
***
Brązowe ściany, greckie motywy, idealnie białe obrusy, kieliszki, świece i ściszona muzyka klasyczna. Wszystko zgodnie z zamówieniem wymagającej klientki. Anna Kleynocka miała bardzo jasno sprecyzowany plan na ten obiad. Najpierw najlepsze dania, okraszone winami z górnej półki, dopiero potem trudne rozmowy. I jeden warunek - tego dnia Akropol na Solnym ma być na ich wyłączność.
- Na bogato! - Janek Hul zagwizdał, gdy jako pierwszy przekroczył próg restauracji. - Zaraz coś chlapniemy i będziemy w Grecji! - Podszedł do stolika i wziął z niego butelkę czerwonego wina. Czytał etykietę, kręcąc głową. Ortalionową kurtkę niedbale rzucił na oparcie krzesła. Został w czarnym swetrze, spod którego wystawał kołnierzyk niegdyś białej koszuli. Do pozostałych gości podchodziła obsługa, odbierając wierzchnie okrycia. Pola rozpuściła włosy, roztaczając wokół siebie intensywny zapach perfum. Były zbyt mocne jak na tę porę dnia. Chociaż może w tej sytuacji nic nie jest za mocne. Nic nie jest denerwujące, irytujące. Nic nie jest bardziej bolesne od śmierci Igora.
- Kochani - Anka wzięła do ręki kieliszek - usiądźmy. I żeby była jasność, ja zapraszam...
- Zwariowałaś? - Paweł niemal krzyknął. Kompletnie nie pasował do tego miejsca, we flanelowej koszuli i kamizelce w serek, a jednak nie wyglądał na zawstydzonego. Był wyjątkowo silny i mimo smutnych okoliczności - dziwnie rozpromieniony.
- Nie, nie... - Anka machnęła ręką, jakby na znak, że zabrania mu mówić dalej. - To nie jest dla mnie problem. Wiecie, że jestem najlepszą notariuszką w Szczecinie, prawda? To dajcie już spokój i pogadajmy wreszcie.
- Tak, napijmy się... - Filip, ubrany w doskonale skrojony czarny garnitur, błyskając spinkami przy mankietach, wybrał wino i poprosił obsługę o rozlanie. Wszyscy ochoczo podawali kieliszki. Nawet Staszek Tempel, który nie pije od wielu lat, pozwolił napełnić swój.
Każdy ze łzami w oczach cofnął się o prawie trzydzieści lat.
Początkowo panowała niewygodna cisza, atmosfera gęstniała z każdą minutą. Przyglądali się sobie badawczo. Kim są dzisiaj? Jak wyglądają? Jak ułożyło się ich życie? Kolejne łyki cierpkiego czerwonego wina sprawiały, że napięcie ustępowało, a oni znów stawali się starym dobrym bractwem.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI