Tożsamość Rodneya Cullacka - Przemek Angerman

Reflow text when sidebars are open.
Jadł niespiesznie wodorosty z Hokkaido albo jakieś inne gówno ze strefy siódmej. Żadnych zwierząt, żadnych anaboli, wszystko świeże i naturalne. Tak, strefa siódma była naprawdę nudna. Nudna i cholernie droga. Skurczybyk dbał o siebie. Według dokumentów miał sto dwadzieścia sześć lat, lecz trzymał się, jakby miał zaledwie setkę. Zresztą, kto go tam wie? Po dziesiątkach morfowań i przelotów przez Nieczas kto wie, ile lat miał Rodney Cullack? I kim, do cholery, był Rodney Cullack? Jeszcze człowiekiem czy już tylko powidmową symulacją stworzoną w wielkich molochach Xiltu? Ja na pewno tego nie wiedziałem.
Miałem dwadzieścia pięć lat, jeśli dokumenty na mój temat były prawdziwe. Ale raczej nie były. Były zhakowane tyle setek razy, że świadomość, iż to, co zapisane w rubryce daty urodzin, jest prawdziwe, podobna jest świadomości, że prostytutki z Nahal Tagore wciąż są dziewicami. A trzeba wam wiedzieć, że Nahal Tagore to najbardziej przelotowy port tej części Wszechgównowatości, jak mawiam o Wszechświecie. Rodney mówi, abym tak się nie wyrażał z łaski swojej, bowiem myśli się krystalizują. Nie wiem, czy moje nazywanie Wszechświata Wszechgównowatością może jeszcze bardziej zepsuć jego sytuację. Nie wydaje mi się, bo chyba niżej już upaść się nie da. Wczoraj widziałem wiadomości z Ruastor Zero kwadrat Szósty, gdzie ludziom przestał podobać się Zarządzający i wyszli na ulice. Nie pobyli tam długo, może ze dwadzieścia minut. Zmieciono ich falami C, a nie wiem, czy wiecie, że fale C nie są tak ekskluzywne jak bortal albo lasery. Fale C są tańsze, a przez to niezbyt dokładne. Tak więc resztki czaszek tych biedaków z Ruastor Zero miałem przyjemność oglądać podczas zażerania się moim ulubionym japońskim kurakiem z małżami w pubie na Dziewiątej. I nie było to nic sympatycznego. Dlatego niech Rodney nie gada głupstw. To Wszechgówno nie może upaść niżej, nawet gdybym cały dzień powtarzał: Wszechgówno, Wszechgówno, Wszechgówno...
- Przestań. - To Rodney znad talerza wodorostów.
- Co mam przestać?
- Ty wiesz co. Przestań rzucać mięsem.
- Przecież robię to tylko we własnej głowie. Nic ci do tego.
- To bez znaczenia. To, co robisz, sprawia, że żyjemy w takim świecie, w jakim żyjemy.
- Może przeze mnie? - Szczerze mnie ubawił ten staruszek.
- Przez ciebie - odpowiedział spokojnie i powrócił do jedzenia.
Ciężko było wytrzymać ze starym. Kiedy się skupił, czytał w tobie jak w otwartej księdze. Musiałem przy nim uważać, aby zachować pewne informacje tylko dla siebie. Ale i tak nie wiedziałem, czy było to możliwe. Myślę, że przewiercał mnie tymi niebieskimi oczami na wylot i tak naprawdę wiedział wszystko. Tyle że był sympatyczny i nie chciał mnie upokarzać, zostawiając mi świadomość naiwniaka, że niby potrafiłem coś tam przed nim ukryć.
Miałem dość, byłem zmęczony, minął dopiero tydzień od powrotu z misji. Byłem wyczerpany, zniszczony, wydymany. Nie wiedziałem, ani kim jestem, ani dokąd zmierzam. "Cała Galaktyka wylatana", jak to mówią. Oczywiście z tym chełpliwym "Galaktyka" to był bardziej żart, gdyż praktycznie operujemy jedynie w naszym Układzie Słonecznym. Niby prędkość światła została przekroczona już dwieście pięćdziesiąt lat temu, a konkretniej prędkość przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, gdyż zastąpił ją dryf holograficzny w Nieczasie. Od tamtego momentu w technologii nastąpił przeskok kwantowy, ale podbój kosmosu nie okazał się wcale takim łatwym i bezbolesnym kąskiem. Cały rozwój zatrzymał się w czasie wojen ze sztuczną inteligencją. To było sto lat makabrycznych przepychanek. Maszyny niemal doprowadziły do unicestwienia rasy ludzkiej, a poszło im tym łatwiej, że w tamtym czasie ludzie mieli powszczepianą w siebie całą masę gówna, apgrejdującej elektroniki, którą maszyny zdalnie przejęły. Wszyscy tzw. ludzie sukcesu, pracownicy korporacji i inni z wyścigu szczurów, którzy chcieli biec jeszcze szybciej i przegonić współtowarzyszy dzięki swoim "nadludzkim" czipom, stali się z dnia na dzień niewolnikami. Poza systemem apgrejdu pozostała zaledwie garstka osób i to ona zapoczątkowała ruch oporu. Mistrzowie medytacji zjednoczyli się z antyglobalistami, wspierani przez alternatywnych naukowców. Na ich czele stanął Aquarius Sforza, prapradziadek Matki. Dzięki niemu, a potem jego synom i wnukom, udało się stworzyć inteligentnego wirusa, który zmutował i doprowadził do zniszczenia sztucznej inteligencji. Z radością oddano demokratyczną władzę w twarde ręce pradziadka Matki, Helleniusa, zwanego Belladonną Okrutnym. Reszta jest w podręcznikach historii. Musieliśmy zaczynać jeszcze raz niemal od zera. Wszystkie konwencje raz na zawsze zakazały prac nad sztuczną inteligencją. Jest to bezwzględnie karane śmiercią. W takich warunkach rozwój został poważnie przyhamowany, trzeba było powrócić do analogu i bardzo uważać z samoreplikacją. Człowiek odzyskał władzę, ale prawda jest taka, że nie jest on ani tak szybki, ani tak bystry jak maszyny. Wszystko więc zwolniło.
Co z tego, że Proxima Centauri została skolonizowana pięćdziesiąt lat temu, kiedy właściwie odbyło się to tylko na pokaz, aby udowodnić możliwości Matki. Podróż tam trwa rok i...komu by się chciało latać? Poza tym przy pierwszej kolonizacji była awaria, nastąpiła dekompresja i szlag trafił kolonizatorów. Tak więc raczej połowiczny sukces. Oczywiście po całym kosmosie porozsiewani są jeszcze banici wszelkiej maści, ze słynną łowczynią Miradei na czele, skazaną na Ziemi na dziesięciokrotne wysmażenie, a obecnie rezydującą na Wolfie 359. Ale tak czy owak, używanie słowa "Galaktyka" jest raczej żartobliwe. No chyba że w końcu dojdzie do spotkania z obcymi i przekażą nam technologię, która tę Galaktykę naprawdę otworzy. Na razie jednak obcy nie kwapią się do ujawnienia. Natomiast człowiek potrafił z uśmiechem na twarzy wydrenować i zniszczyć nawet tak małą przestrzeń, jaką miał do tej pory do dyspozycji. Ziemia ledwie dycha, co chwila jakiś kataklizm, skażenie powyżej wszelkich norm, gorąco jak szlag i temperatura cały czas rośnie. Bogacze spieprzają na Marsa, twierdząc, że to ostatnia chwila, zanim wszystko pierdolnie. Biedacy zdychają z braku wody i nadmiaru zanieczyszczeń. Tak że może lepiej, aby człowiek w Galaktykę się nie zagłębiał, jeśli ta Galaktyka ma jeszcze chwilę pociągnąć.
No, ale wracając do tematu, loty przez Nieczas są wyniszczające, zawsze jest jakieś drobne zawirowanie z czasem i coś jakby ci umyka. Jet lag przedłuża się na kilka dni, a osobiście znam przypadek, że przedłużył się gościowi na resztę życia i do dzisiaj siedzi zaśliniony, obserwując ścianę.
Krótko mówiąc - nie czułem się najlepiej. A całkiem szczerze - jak kupa gówna. W służbie jestem dziesiąty rok, oczywiście jeśli wierzyć dokumentom, a jak już wspomniałem, wierzyć im raczej nie można. Pamiętam może ostatnie dwa lata, reszta zlewa się w jakiś jeden kubeł wymiocin. Częściowo są temu winne narkotyki, ale nie zmniejszałbym też odpowiedzialności Czyszczących. Część z nich to debile. Matka, aby oszczędzić, wynajmuje Żółtków z Rebelionu za jedną trzecią ceny. Oni, owszem, czyszczą, jak trzeba, ale potem nie tylko nie pamiętasz szczegółów misji, ale nie pamiętasz nawet, z której planetoidy pochodzisz ani czy jesteś chłopcem, czy może dziewczynką. Zawsze na to uważałem i z uwagi na swoje zasługi mogłem sobie pozwolić na kaprys, żeby czyścili mnie jedynie Czarni z Makau. To najlepsi spece, oczyszczą, co trzeba, ale zostawiają ci zręby tożsamości; masz się na czym oprzeć. Podczas gdy seans z Żółtkiem możesz zakończyć jako kompletny czub, śliniący się i nieumiejący mówić. Widziałem takie przypadki. Tak było z Hagonem, bardzo sprytnym koleżką, specem szóstej kategorii. A trzeba wam wiedzieć, że jeśli ktoś zdobywa szóstą kategorię przed dwudziestkąpiątką, to znaczy, że to jest naprawdę niezły zawodnik. Hagon taki był i tak jak ja uważał, aby czyścili go tylko Czarni z Makau. Ale tamtego feralnego piątku zajebiście się spieszył do nowo poznanej panny, Post-Chinki Max Yeung z sekcji drugiej. Nie wiem, jak się z nią spiknął, bo chyba każdy próbował, ale ta laska wszystkich spuszczała na bambus i w końcu pogodziliśmy się z tym, że jest lesbą. Niezwykle sexy lesbą z cudownymi cyckami, które wypychały jej kombinezon, dając dosyć konkretne pole dla wyobraźni. Jednym słowem, chciałeś być jedynym człowiekiem na Kosmodromie, a drugim byłaby Max Yeung, najlepiej w samej bieliźnie. Tymczasem zimny i niedostępny Hagon Bloomkvist, przez niektórych nazywany Mr. Nicość, nagle w przedziwny sposób przeleciał pannę Max i ni stąd, ni zowąd został jej osobistym przydupasem. Każdy mu zazdrościł, ale jak mówi stara prawda, jeszcze z czasów przedkolonialnych: kobiety są wiralami nieszczęścia. I to się sprawdziło. Hagon wylądował o piętnastej na Kosmodromie, szybkie czyszczonko i po półgodzinie mógł już grzać do miłego loftu w centrum, aby poobracać w jedwabiu stęsknioną Max Yeung. Tyle tylko, że nie było żadnego Czarnego do czyszczenia. Boriz się rozchorował, Lex złapał ciąg, a Kristo zanikł gdzieś w czasoprzestrzeni. Dopiero o dziewiętnastej miał przybyć major Hartwig, nie tak sprawny jak ci trzej, ale w końcu też Czarny z Makau, więc i tak o kilka klas wyżej niż cholerne Żółtki. Ale Hagon nie chciał czekać do dziewiętnastej, bo czuł, że panna Max Yeung do tej godziny może się nieźle wpienić i z bara-bara nici. Dlatego zrobił to, czego nie zrobił nigdy dotąd, i dał się wyczyścić temu ofermie Gendrowi Painowi z Rebelionu. Była piętnasta trzydzieści, gdy zaczęli, i o piętnastej pięćdziesiąt Hagon był już tylko wspomnieniem. Nie wiem, co zaaplikował mu Żółtek, ale kompletnie wypalił mu pamięć, zresztą nie tylko ją. Hagon stracił całą osobowość, nie wiem, czy zostały mu jakieś pierwotne odruchy. Nie wiem nawet, czy byłby w stanie sam się odlać. Tak, jasne, że próbowali go ratować, był w końcu wysokiej klasy specjalistą, ale, gówno tam, nie dali rady. Mózg spalił mu się jak styropian. Odwieźli go do czubasów i podobno będą transplantować. Tak czy inaczej, Hagon nie poruchał w ten piękny dzień, a mnie tylko utwierdził w moim prawie numer jeden, które brzmi: "Nie daj się wyczyścić, a jeśli już, to tylko Czarnuchowi z Makau".
- Siadaj - odezwał się Rodney.
Usiadłem. Talerz był już pusty. Niespieszno mi było do tej rozmowy, ale wiem, że musiała nastąpić. Rodney miał do mnie interes, a ja miałem interes do niego i tak nasze dwa interesy się spotkały. Kiwnął głową, wskazując na tabliczkę zawieszoną na lodówce. Było na niej napisane: "Prawda was wyzwoli". Wymyślił to jakiś koleś tysiące lat temu. Brzmiało dosyć mądrze, ale nie było zbyt praktyczne. Rodney zawsze wskazywał na to głową i pytał: "Wiesz, o co biega?". Niby wiedziałem, ale z drugiej strony to nie wiedziałem. Byłem mocno zagubionym młodzieńcem. Do Rodneya zgłosiłem się, kiedy zaczęło mi naprawdę zdrowo odwalać. W barze w strefie Size 2, czyli dosyć ekskluzywnej jak na nasze warunki, rozwaliłem facetowi łeb za pomocą podstawki pod ciekłokrystal. I nie bardzo wiedziałem dlaczego. Najwyraźniej mnie wkurwił, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć, czym mnie tak zirytował. Size 2 przypomina dawne Monte Carlo, więc psy zjawiły się w jakieś dwadzieścia sekund. Nie załatwili mnie tylko dlatego, że mam wypalony kod zielony na źrenicy, który oznacza pracownika Matki, a oni wiedzą, że z Matką lepiej nie zadzierać. A poza tym zdawali sobie sprawę, że jeśli ktoś ma wypalony kod zielony, to znaczy, że jest agentem, a jeśli jest agentem, to i tak sobie z nim siłowo nie poradzą. No, ale mimo że rozmawialiśmy pokojowo, załadowali mnie w prądowe kajdany i jak śledzia dotaszczyli na posterunek. Byłem zbyt pijany i zbyt leniwy tego wieczoru, by się z nimi przepychać i urządzać jakieś jatki. I tak wiedziałem, że zaraz mnie puszczą. Potem przyjechał Doradca i mnie zabrał. Matka sra na takie incydenty, dla Niej liczy się zysk. Jeśli jesteś dobrym specem, to możesz sobie co wtorek rozwalić kogoś za pomocą podstawki pod ciekłokrystal. Doradca był jednak świeży i była to kobieta. Liczyłem, że odbierze mnie z psiarni Zaloon X., który w dupie ma procedury i mówi tylko coś w stylu: "Chyba przegiąłeś, chłopcze, nie sądzisz?", a potem czyści kartę i nie ma tematu. Ale to była świeżynka, dopiero co wypuszczona z uniwerku, zimna lesba o zacięciu psychologicznym. Dała mi wybór: albo poddam się leczeniu i wtedy wyczyszczą mi kartę, albo muszę polecieć na Cyber 5 na sprawdzenie tożsamości. "Chyba ocipiałaś, blondynko, jeśli sądzisz, że polecę na Cyber 5". Stamtąd się raczej nie wraca. Robią ci zrzut pamięci na dysk i potem szukaj wiatru w polu. Jesteś czysty i zadowolony, tylko nie masz pojęcia, kim w ogóle jesteś. Tak czy owak, ja, przekraczając lata temu progi tego gówna, obiecałem sobie, że nie dam się dokumentnie wyczyścić za żadną cenę. Dlatego zgodziłem się na leczenie. Dostałem przydział do Rodneya Cullacka i oto jestem.
Rodney był drugim starcem, z którym się liczyłem. Na ogół wszyscy oni, pełni mądrych frazesów i dobrych rad, wkurzali mnie jak jasna cholera. Pamiętam jednak kolesia z V sekcji, z ponad setką na karku, byłego pułkownika, zdegradowanego za utrzymywanie intymnych kontaktów z dzikuskami z Long Line. Miał swoje układy, więc nie wyleciał, tylko delikatnie zmienili mu zaszeregowanie. Został instruktorem rekrutów. A tak się akurat złożyło, że ja byłem rekrutem. Ileż krwi mi napsuł ten staruch, to trudno opowiedzieć. A ciężki był do wyjebania, bo w biostrukturę zaopatrywali go ci z Wysokiego Brzegu, a wiadomo, że oni mają najlepszą biologię we Wszechgównie. Tak więc był mocarzem i nieraz mi to udowodnił. Raz, na Kosmodromie, w ciągu może dwudziestu sekund wywalił mi panewki z czterech stawów. Obie ręce i nogi, nie mogłem się ruszyć. Leżałem jak pająk, plułem krwią i wiłem się na podłodze. On stał nade mną i darł ryja, żebym mu nie podskakiwał, bo zamiast takich żartów jak dzisiejsze naprawdę go wpienię i wtedy mi pokaże, jak się sprowadza rekruta do stanu materii pierwotnej. Kiedy skończył, kolejne dziesięć sekund poświęcił na to, aby nastawić mi stawy, a potem poszedł na obiad. Ze zdziwieniem najpierw usiadłem, a potem wstałem i okazało się, że wszystko działa. Moje stawy pracowały. Pomyślałem: "Kim jesteś, staruszku? Kim ty, kurwa, jesteś?". Cholernie go nienawidziłem i gdyby ktoś zliczył wszystkie życzenia śmierci, jakie mu wysłałem, to mógłby się ubiegać o tytuł Cybermatrycy Dekady. Tyle tego było. Ale fakty są takie, że ten staruch nauczył mnie wszystkich sztuczek, dzięki którym przeżyłem na Kontynencie i poza nim. Kiedy wreszcie go odpalili, śmiałem się w głos, nie uroniłem jednej łzy i jest to jeden z niewielu momentów mojego żywota, za który czuję do siebie prawdziwy niesmak i zalatuje mi to byciem łachudrą najgorszej kategorii. Bo ten starik zasłużył nie na jedną łzę, ale na całe wiadro. Był dla mnie w tej całej cholernej Matce jedynym prawdziwym ojcem.
Przypomniałem go sobie, gdy patrzyłem na Rodneya. Ten sam dryl, ta sama ostrość spojrzenia, te same drapieżne ruchy, niby spokojne, ale niech cię nie zmylą, bo będziesz tego gorzko żałował. Ponoć Rodney nie zaopatruje się w biologię u kolesi z Wysokiego Brzegu. Podobno w ogóle nie używa biologii, ale w to nie chce mi się już wierzyć. Nie ma szans, aby dożył takiego wieku na naturalu, i to w takiej formie.
- Pogadajmy jak starzy kumple - przerwał moje rozmyślania.
- Jak starzy? - odpowiedziałem. - Ty możesz gadać jak stary, bo spłodzili cię jeszcze w zeszłym milenium, ale ja nie jestem ani stary, ani twój kumpel. Według przepisów za dziesięć minut kończy się nam randka, więc podbij mi kartę i nie zawracam dupala.
- A gdybym cię czymś zaciekawił? Powiedzmy tak, że chciałbyś zostać na kolejne pół godziny i byłbyś gotów zapłacić mi za to sto gorących?
- To stwierdziłbym, że kolesie z Wysokiego Brzegu sprzedali ci ostatnio lewy mózg od jakiegoś dzikusa i w dodatku z czasowym wyłącznikiem. I właśnie teraz on się wyłączył.
Zaśmiałem się z dobrego żartu, Rodney Cullack też się zaśmiał, potem spojrzał z ukosa i powiedział:
- Nie dostałeś do mnie przydziału przypadkowo, kolego, wiesz?
- Tak? - zapytałem. - A co? Lubisz takich chłopaków jak ja? Młodych, silnych, z jedynie trzyprocentowym indeksem tłuszczowym?
- Lubię. Lubię, kiedy ci chłopcy oprócz trzyprocentowego indeksu tłuszczowego szukają odpowiedzi na pytania, na które jeszcze nikt nie odpowiedział.
- I myślisz, że ja takich odpowiedzi szukam? - zapytałem przekornie.
- Nie myślę. Wiem, że ich szukasz.
A potem powiedział mi coś, co kazało mi w ciągu sześciu sekund sięgnąć do mojej platynowej karty i przelać na jego kartę te cholerne sto gorących. Sto gorących to był tydzień żołdu w naszej sekcji, a nie byłem byle ciurą, który zarabiał grosze. Zarabiałem gruby hajs, więc jak się domyślacie, Rodney Cullack wyszarpał ode mnie pokaźną sumkę. Ale prawda jest taka, że nie o tę sumkę mu chodziło. Po prostu wykonał taki ruch, abym nie mógł tej wiedzy zbagatelizować. Wiadomo, że to, co dostajemy za darmo, traktujemy jak śmieci. Ale niech ci tylko powiedzą, że kupa małej zambijskiej rybki jest wielką rzadkością, to nie tylko zapłacisz miliony, ale jeszcze będziesz się nią opychał, delektował i głośno zachwalał, choć smakuje jak najgorsze ścierwo i śmierdzi na kilometry. Tak to dziwnie pracuje.
Tamtego popołudnia przestałem się śmiać z Rodneya Cullacka. Zrozumiałem, że dzieją się ważne sprawy. Za to, co mi wyjawił, po jednym donosie wypaliliby mu mózg w kazamatach Jersey, nawet nie pytając o szczegóły. Nie wiem, skąd miał dostęp do tej wiedzy, i początkowo wybuchnąłem rubasznym rechotem idioty, który nie wierzy, że to Słońce ogrzewa Ziemię. Ale on pokazał mi dane i przestało mi być do śmiechu. Bez wahania przelałem mu na konto sto gorących, a następnie spędziłem w jego norze kolejne trzy godziny, słuchając z szeroko otwartymi patrzałkami tego, co mówił. Nie wiem, dlaczego na mnie trafiło. Nie wiem, dlaczego mi to powiedział. Patrzył mi w oczy, lekko się uśmiechał, nie wiem, czy kpiąco, czy przyjaźnie - i wypowiadał tak ciężkie słowa, że czułem, jak obwody w mózgu roztapiają się mi z przerażenia. Po tym, co usłyszałem, ciężko było powrócić na Kosmodrom i uśmiechać się dalej do wszystkich, wiedząc, jak głębokie i potężne było ich oszustwo. Wiedziałem, że Matka oszukiwała, to było wpisane w naszą profesję, ale sądziłem, że to drobna hipokryzja, nad którą swobodnie panujemy. Nie sądziłem, że kłamstwem jest wszystko, a nawet jeszcze więcej. A to był dopiero czubeczek góry lodowej. Miałem od Rodneya Cullacka usłyszeć jeszcze wiele rewelacji, z których każda była warta wypalenia jego mózgu, mojego mózgu, a także mózgów naszych krewnych i znajomych. Także tych dalszych.
Wiedziałem, że po tym, co usłyszałem, nic już nie będzie takie samo. Byłem zbyt skołowany, by podjąć jakieś decyzje. Potrzebowałem czasu, ale nie wiem, ile go miałem. Nagle zacząłem być bardzo nerwowy. Kto jeszcze o tym wie? Kto wie, że Rodney Cullack wie? I dlaczego, do cholery, ja się dowiedziałem? Dlaczego nie zachorowałem i musiałem dzisiaj tu przyjść? Co mnie podkusiło, by ulec jego słowom o stu gorących? Mogłem wtedy zaśmiać się i wyjść. Mogłem, ale tego nie zrobiłem. Bo coś we mnie krzyczało już od dawna. Coś na głębokich poziomach. Coś, co od lat poszukiwało Prawdy. I teraz właśnie dostało swój żer. Szkoda, że nie taki, jaki sobie wyobrażałem. Myślałem, że kiedy w końcu poznam Prawdę, to będzie tak, jakbym się nawpieprzał ptasiego różu. Że uśmiechnę się delikatnie w promieniach pełnego oświecenia i osiądę na wysokiej chmurce na zawsze cudownie zdystansowany do problemów Wszechgówna i żałosnych istot je zamieszkujących. Tak się jednak nie stało. Prawda była inna. Była jak ostrze brzytwy. Jeden nieostrożny ruch i lądujesz z gardłem wywróconym na lewą stronę. Ta wiedza była niebezpieczna. Ta wiedza parzyła. I wiedziałem, że ja sparzę się również, chyba że... wszystko zapomnę. Wysilę swoją mózgownicę i cofnę się przed wizytę u Rodneya. Czy to możliwe? Może jeszcze jest szansa? Migiem polecę do bazy i każę Painowi z Rebelionu wysmażyć mnie na amen. Może wtedy mi wybaczą, że usłyszałem to, co usłyszałem.
Cierpki uśmiech przebiegł mi przez twarz. Nie. Nigdy mi nie wybaczą, że to usłyszałem, choćbym wysmażył się dziesięciokrotnie.
Po skończonej audiencji wstałem jak robot na sztywnych nogach i wyszedłem. Gdzieś tam na jakichś zakrętach moich synaps pomyślałem, że widzę Rodneya Cullacka po raz ostatni. Nie wiem, czy była to projekcja, czy przeczucie. W jakiś sposób się sprawdziło, lecz nigdy tak, jak bym przypuszczał.
Szedłem dobrze znaną ulicą, a jednak jakbym był tu po raz pierwszy. Czułem się, jakbym dopiero co przyleciał na tę planetę. Szukałem znajomych szyldów, nazw, skrzyżowań, ale znajdowałem tylko pusty chichot. Wszystko ze mnie szydziło, popsute latarnie śmiały mi się w twarz. Nawet mijany robotnik utylizator, parias z pariasów, ostatnia ludzka szumowina, wydawał się kpić ze mnie. Szedłem jak błędny, nie mogąc myśleć i nie widząc szczegółów. Czułem się jak po trzydniowym balecie w knajpie Rudej Ev, a przecież mogę przysiąc, że dziś nie walnąłem ani jednej kreski. Nie wiem, ile to trwało i jakim cudem zapędziłem się do strefy J, gdzie - jak wiadomo - lepiej o tej porze się nie zapędzać. Nawet jeśli tutejszy monitoring działał, to wszyscy mieli go w dupie. Czarne panienki niemal chwytały mnie za ręce, namawiając na full rozkosze tuż za rogiem. W ciemnościach łyskały białe zęby dilerów i łowców. A ja szedłem, nie zważając na otaczający mnie krajobraz. W końcu przycumowałem w najpodlejszym barze w okolicy. Wejście białasa na tutejsze terytorium spowodowało niemałe zamieszanie. Nie wsadzili mi od razu kosy chyba tylko dlatego, że byli w niezłym szoku. Podejrzewali, że skoro jakiś białas o tej godzinie zapuścił się do strefy J, a w tej strefie do najpodlejszego baru w promieniu tysiąca mil, to nie jest zwykłym białasem i może lepiej go nie ruszać. Wypiłem dwie tequile. To jak nic zdejmowało z chmur i sprowadzało na ziemię. Jakby łączyło cię z twardym nieprzerwanym łańcuchem ludzkiego istnienia. Tequila była jedną z niewielu rzeczy zachowanych z dawnych czasów w dokładnie takiej formie, w jakiej istniała kiedyś. Chociaż kto mógł przysiąc, że to, co dziś nazywano tequilą, było tym samym co trzysta lat temu? No tak, niby były Muzea Prawdy z dawnymi smakami i zapachami, ale po tym, co mi nadał Rodney Cullack, przestałem wierzyć w cokolwiek. Równie dobrze Muzea mogły dysponować smakami wygenerowanymi sześć sekund wcześniej i z przeszłością nie miało to nic wspólnego.
Ale o czym ja, kurwa, gadam? We łbie mi się pomieszało od rewelacji Cullacka. Na chuj mi czyszczenie na Cyber 5, skoro jego słowa dokumentnie wypaliły mi mózg. Nie mogłem tego zrozumieć, tego wielkiego kłamstwa. Nie mogłem zrozumieć, kto i dlaczego w ten sposób sterował rzeczywistością. Oczywiście gówno zrozumiałem z tego, co mówił Rodney, i będę potrzebował jeszcze wielu wizyt u niego, zanim zakukam tak, jak kukają kukułki. Ale kilka rzeczy świdrowało mi umysł już teraz, a zwłaszcza jedna.
Mam pięćdziesiąt osiem lat. Pięćdziesiąt osiem, a nie dwadzieścia pięć. Fuck! Jak to możliwe, że mam pięćdziesiąt osiem lat? Jakim cudem? Mam cholerne ciało gówniarza i nawet myśli gówniarza, a jednak nie mogłem się mylić. Na hologramie, jaki pokazał Rodney, byłem wyraźnie ja, wyglądający jak dziś, tyle że to był hologram sprzed trzydziestu lat. Oficjalna obstawa rządu. Lato, stolica, parada i rutynowe działania agentów. Wśród nich ja. Tylko jedna rzecz się nie zgadzała. Ten rząd nie istniał, kurwa, od trzydziestu lat. Kilka osób widniejących na hologramie nie żyło, inne się postarzały. Ja wyglądałem identycznie jak dzisiaj. Hologram nie mógł być podrobiony, miał certyfikat państwowy, który jak na razie jest jedynym niepodrabialnym dokumentem w Galaktyce. Kręciło mi się w głowie, nie rozumiałem tego i bałem się, że kiedy wszystkie klocki ułożą się w całość, to moja mózgownica eksploduje, ochlapując resztkami neuronów ściany tego obsranego przybytku.
Przysiadła się jakaś czarnulka, chyba świeża w tej grze, bo jeszcze tliły się w głębi jej źrenic resztki człowieczeństwa. Pytała, czy nie zabłądziłem, i oferowała wyprowadzenie mnie z tej strefy za jednego gorącego. Prosiła, abym skorzystał, zanim użyją mnie jako części zamiennych dla miejscowych. Walnąłem trzecią tequilę i się uśmiechnąłem. To wzruszające, że byli jeszcze dobrzy ludzie we Wszechgównie. Myślałem, że wyginęli na ostatniej Wielkiej Wojnie, a zostali sami szubrawcy.
Koleś za barem łypnął już do swego funfla, studwudziestokilogramowego Murzaja ze szramą na twarzy. Znam ten wzrok. Zauważył, że mam platynową kartę, czterdziestkę, niepodrabialną w dwudziestu jeden strefach. Wartą, by ją zdobyć. Dużo można dzięki niej osiągnąć. "Lepsze życie, lepsze szczęście", jak mawiają. To, że działa tylko w połączeniu z moimi papilarami, nie było wielką przeszkodą. Najwyżej upierdolą mi palec. Dziewczyna coraz intensywniej ciągnęła mnie za rękę. Przyglądałem się jej. Nie była zła. Mała i poręczna. Zwykle wolałem wysokie gidie, sto osiemdziesiąt pięć centymetrów to dla mnie minimum. Kazałem im jeszcze wkładać dwunastocentymetrowe szpile i wtedy czułem się bosko, choć sam mam tylko metr osiemdziesiąt. Natomiast od czasu do czasu takie poręczne, kieszonkowe kobietki były miłą odmianą. Zwłaszcza że w łóżku można z nimi dokonywać czynów, o których wysokie gidie mogą tylko pomarzyć. Ruszyłem dupę ze stołka i wyszedłem za czarnulką. Kątem oka widziałem, że dwa grubasy też ruszyły ze swoich miejsc. Murzaj ze szramą i jego nie mniejszych rozmiarów koleżka. Oceniłem ich pobieżnie. To, że się ruszyli ze stołków, to ich błąd. Nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Nie byłem szeregowym pracownikiem Matki. Byłem jej nieodrodnym synem, ulubieńcem, mamusinym syneczkiem. Specem z kategorią ósmą. Wspominałem już, że Hagon Bloomkvist, powszechnie szanowany, miał kategorię szóstą. No więc ja mam ósmą. Wyższą mają już tylko lordowie z gór Nachstu, ale oni zawsze byli ponad, więc nie ma co ich podawać za przykład. Na dwadzieścia jeden najbliższych stref było tylko trzech kolesi z kategorią ósmą, w tym dwóch kompletnie wyniszczonych przez dragersy. Jednym z nich byłem ja, ale to, co mam zniszczone, to jedynie mózg. Kutas oraz pięści pracują bezbłędnie. Trzeba wiedzieć, jaki proszek brać, aby nie doznać uszczerbku na majestatyczności swojej erekcji. Ha, ha, ha, dobre bzdury. Każdy dragers z czasem powoduje, że masz miękką kuśkę i rozlazłą breję zamiast mózgu. Takie fakty. No, ale to jeszcze nie mój przypadek. Na razie mam kategorię ósmą i jeszcze mi jej nie zawiesili.
Dziewczyna prowadziła mnie wąską ścieżynką pomiędzy dwoma barakami. Miejsce wąskie jak sam skurwysyn, jak wąwóz w Termopilach z zamierzchłej przeszłości. Co się wydarzyło w Termopilach, nie mam pojęcia, ale chętnie przed wyprowadzeniem ze strefy nieco bym wyobracał tę siksę. Mówiłem już, czego można dokonać z taką kieszonkową panią, prawda? Czarnulka odwraca się i delikatnie uśmiecha, czym wzbudza we mnie wibrującą sensytywność. Jest taka bezbronna w tym okrutnym świecie. Ma wielkie niewinne czarne oczy, lekko rozchylone usta, namiętny, przyspieszony oddech i nagle jeb! Zapodaje mi impuls D3. Wyładowanie jest tak potężne, że na moment mnie oślepia. No żeż kurwa mać! Najbardziej nieprzyjemno-kurewski impuls w tej strefie czasowej. Dawniej używano go do wysmażania morderców małych dziewczynek, ale potem biologia uległa zmianie. Ludzie stali się wytrzymalsi i zaczął służyć do torturowania studentów, którym nie podobali się Zarządzający. Ten impuls powoduje, że puszczają ci wszystkie zwieracze i robisz kupę i siku w gacie jednocześnie. Czasem, jeśli jesteś wyjątkowo mało wytrzymały, wypadają ci gałki oczne. Taki to sympatyczny dynks. Oczywiście człowiek z kategorią ósmą nie mógł sobie pozwolić na to, aby D3 wywarł na nim jakiekolwiek wrażenie. Pięć cholernie długich lat szkolono nas całymi dniami, aplikując naszym ciałom i mózgom D3, laser Barnoouma, strychninę, rtęć, elektroszokery najróżniejszej maści, a nawet bortal, oczywiście w rozcieńczonej wersji.
Czarnulka jest mocno zdziwiona, że się nie obsrałem po gaciach i nie leżę z pianą na pysku, ale trwa to tylko sekundę, bo walę ją dosyć konkretnie pięścią w twarz. Nos pęka jak precelek. Nie jest już tak piękna jak przed momentem, ale zbytnio mnie to nie wzrusza. Skopiuje go sobie za pięć gorącychu Post-Chińczyków i jutro będzie jak nowa. Nie mam zresztą za dużo czasu na te dywagacje, bo dwóch grubasów właśnie przybyło i mają w rękach lewarki Hiccksa. Od lewarków z dawnych czasów różni je to, że mają uderzenie rzędu dziesięciu ton i nawet koleś z ósmą kategorią może mieć problemy, by posklejać kości rozpieprzone Hiccksem. Grubas numer jeden zamierza się i w tym samym momencie traci oczy. Nie mam, kurwa, ani nastroju do żartów, ani czasu na zabawę. Wybijam mu patrzałki i kontynuując ruch, pociągam go za sobą i tak zmieniam trajektorię jego ciała, że Hiccks w jego ręce rozpieprza czaszkę jego kumpla. Facet przez ułamek sekundy drze się jak zarzynane prosię, potem dźwięk zamiera w powietrzu. Nie ma już kto krzyczeć. A więc dobra nasza. To amatorzy. Mordercy z Klanu nawet by nie pisnęli, a przeprawa z nimi byłaby znacznie gorętsza i obarczona niepewnym rezultatem. Na nieszczęście dla czarnulki grubas, upadając, złamał jej lewą nogę. Kolejnych dziesięć gorących pójdzie na sklejanko. Czyli dwa dni ciężkiej pracy kroczem poszło w niebyt. Byłem zadowolony i nieco próżny. Poszło aż za łatwo. I jak to w takich historiach bywa, owa próżność mnie zgubiła. Za późno wychwyciłem turbulencje powietrza i zareagowałem właściwie dopiero wtedy, kiedy kula śniegu wnikała już w moją szyję. Śniegiem nazywamy rtęć, zwykle gorszej jakości i w mniejszym stężeniu niż rtęć używana przez psy, którą zwą lodem. Wykonałem unik, spiąłem mięśnie, jak trzeba, i zdołałem nie zemdleć, ale i tak około jednej czwartej dawki weszło mi w tętnice. Gdyby to był lód, już bym nie żył. Śnieg był do wytrzymania. Czasem zapodawaliśmy go sobie wieczorami w Akademii, gdy nie dotarł diler. Mózg robił się po nim dziurawy jak stare wiadro, ale były to chwile niezłego odlotu. Oczywiście nie w takich ilościach, jakie teraz wniknęły w mój krwiobieg. To już nie będzie odlot, to będzie niezły zjazd na pełnym negatywie.
Wiedziałem, że logika zgaśnie mi za trzy sekundy. Przepiąłem się na gadzi mózg. Trzy lata treningu, by działać tylko w oparciu o najbardziej pierwotne warunkowanie, pozwala agentom funkcjonować, nawet kiedy wysmażą im dziewięćdziesiąt osiem procent umysłu. Trudno ich wówczas nazwać intelektualistami i ciężko z nimi dyskutować o współczesnej poezji, ale wciąż potrafią zabijać i nadal mogą nieźle spierdalać. Co niniejszym uczyniłem, bowiem mój nos wychwycił, że napastników nagle zrobił się tuzin i w takim stanie mógłbym zostać z łatwością wyeliminowany. Poza tym ludzki los nie jest mi obojętny i nie lubię zabijać bez absolutnej potrzeby. A tutaj tej potrzeby nie miałem. Wszak kolesiom chodziło jedynie o moją platynową czterdziestkę, za pomocą której chcieli przewegetować kilka dni dłużej w tej śmierdzącej dziurze Wszechgówna. Rozumiałem ich imperatyw i nie widziałem potrzeby ich zabijania. Tak przynajmniej wtedy myślałem, gdy na czterech łapach jak jakiś niezgorszy śmietnikowy sierściuch zasuwałem środkiem dachu w kierunku północnym. Wiedziałem bowiem, że na północy favela kończy się najszybciej i nikt nie przekona moich oprawców do wyjścia w Strefę M zwaną Strefą Dnia. Bez czipów identyfikacyjnych w niespełna kwadrans zostaliby wysmażeni przez psiarnię.
Jak bardzo się myliłem, przekonałem się w ciągu najbliższych dwudziestu minut. Oprawcy nie tylko weszli do Strefy Dnia, ale okazało się, że wspomaga ich dwóch agentów ze współpracującej z Matką agencji Mirror Desk orb-3. Ciężko było mi łączyć fakty za pomocą gadziego mózgu. Wiedziałem, że lotność w moim umyśle po tej dawce śniegu zacznie powracać dopiero za jakieś czterdzieści pięć minut. Byłem więc skazany jeszcze na ponad dwadzieścia minut dedukcji za pomocą trzech neuronów aligatora. Ale nawet to mi wystarczyło, aby zrozumieć, że to grubsza sprawa. Musieli mieć oko na Rodneya już wcześniej, a teraz bardzo im się nie spodobało, gdy powiedział to, co powiedział. Obaj staliśmy się nagle kłopotliwi dla wszystkich agencji w promieniu dwunastu lat świetlnych od epicentrum Wszechbłogosławionej Matki.
Siedemnaście minut później byłem już w zaułkach Małej Azji. Wpadłem do sklepiku Dreyfussa i odpaliłem neutratol prosto w serce. Po trzydziestu sekundach wróciła moja normalna świadomość. Zabrałem przechowywany u Dreyfussa "plecaczek spierdalającego agenta", jak go nazwałem. Kilka potrzebnych na taką okazję precjozów i substancji. A potem zmyłem się najszybciej, jak można. Zanim zmienię tożsamość, mogą mnie łatwo namierzyć. Dreyfuss przepuścił mnie wschodnim kanałem i zatarł za mną energetyczne ślady. Jako agent Matki miałem ze sobą przynajmniej trzy zestawy tożsamości. Wybrałem tożsamość nierzucającego się w oczy emigranta z Suchej Strefy. Kręciło się ich do cholery i trochę po mieście, i byli najmniej indoktrynowani. Kto by się tam przejmował zwykłym robolem, jakich tysiące. Ale dwie minuty później przekonałem się, że jednak się przejmują. Mijany monitor wyświetlił moją twarz wraz z pełnymi danymi i czerwonym kodem alarmowym. Kurwa, mieli dostęp. Dałem w długą. Szybko przeanalizowałem fakty. Jest podwójnie grubo. Jeśli ktoś ma dostęp do zakamuflowanych tożsamości agenta ósmej kategorii, to znaczy, że sprawa rozbija się o same szczyty i nie jest to zabawa. Nie byłbym jednak takim właśnie agentem, gdybym nie miał w swoim plecaczku również kilku nielegali. Spuściłem więc w rynsztoku swoje oficjalne tożsamości z agencji i wkodowałem sobie za pomocą stetaksu nowe źrenice. Stałem się Clifem Oksem, jednym z nomadów, pracowników średniego szczebla do wynajęcia. Ciągle migrują w poszukiwaniu pracy, więc występują dość duże luki w ich notyfikacji. Ja jednak byłem zanotowany ze szczegółowymi danymi. Nie po to zapłaciłem dwieście gorących za tę tożsamość, aby była lewa. Z pewnością należała do realnego gościa, którego szczątki obecnie walają się na dnie zimnego morza, kilometr od nabrzeży portu. Stuprocentowej pewności nie mam, ale zwykle tak się załatwia tego typu tematy. Musiałem myśleć logicznie. Skoro mieli namierzone moje agencyjne alter egosy, to oficjalna część mojej tożsamości z pewnością była spalona. Pytanie tylko, czy Rodney jeszcze zipał, czy już go wysmażyli? I co teraz? Wiedza, którą mi sprzedał, miała jeszcze zbyt dużo luk. Nie rozumiałem całości i z pewnością było za wcześnie, abym mógł na podstawie tej wiedzy działać. Czułem się trochę jak starożytny samuraj, któremu właśnie zajebano pana. A nawet gorzej, bo mnie odcięto od Matki. Mojej jedynej, kochającej gorzką może, ale silną i prawdziwą miłością. Od wielu lat nie miałem nikogo innego oprócz Matki. Czułem się jak opuszczone dziecko. A jednocześnie złe i nielojalne dziecko, które zdradza rodzicielkę. Na razie w moim organizmie rządziła adrenalina, ale wiedziałem, że nadejdzie również czas żalu.
Przyjdzie moment, że poczuję się jak kapitan Ueshiba, schwytany i wysmażony po dwudziestu sześciu latach nienagannej służby, który nawet nie wiedział, za co umiera. Gdybym był w bezpiecznym miejscu, starałbym się złożyć tę układankę w całość. Co właściwie się wydarzyło? Dlaczego teraz? Kim tak naprawdę był Rodney Cullack i dlaczego wybrał właśnie mnie? I na jak wysokim szczeblu cała ta rozpierducha została zaplanowana? Tak bym kombinował, ale na razie nie byłem w bezpiecznym miejscu. I już nie ścigało mnie dwóch niemrawych grubasów, tylko stadko agentów z samej centrali. Może nie mieli tak wysokich kategorii jak ja, ale mieli wystarczająco wysokie, żeby mnie deportować na tamten świat. O ile tamten świat w ogóle istniał. Byłem raczej przekonany, że po prostu wysmażą mi mózg i na tym się skończy.
O dwudziestej trzeciej, przekradając się bocznymi szlakami, dotarłem w okolice Lou, mojej nielegalnej informatorki. Spotykałem się z nią zawsze pod działaniem nuwaksu, w związku z czym moja zwykła świadomość nie notowała jej. W normalnym stanie umysłu nie pamiętałem, że ktoś taki jak ona w ogóle istnieje. Ze względów bezpieczeństwa. Nawet jeśli potajemnie skanowali mi umysł na Kosmodromie, to nie mieli zanotowanej panny Lou. Problem w tym, że nie miałem ze sobą nuwaksu, więc nie wiedziałem, jak Lou dokładnie wygląda ani gdzie dokładnie przebywa. Poruszałem się po zaszyfrowanych znakach, jakie zostawiłem dla siebie na wypadek takiego właśnie zdarzenia. Głupi nie byłem. Już po historii z kapitanem Ueshibą, który był wielkim ulubieńcem Matki do czasu, aż pewnego dnia przestał nim być, czyli tak gdzieś od dwóch lat, zostawiłem w Mieście pełno znaków, skrytek i ludzi, którzy byli hodowani na taką właśnie okazję. Ueshiba nie był tak mądry jak ja. Sądził, że miłość Matki jest wieczna, i nie był w ogóle przygotowany na to, że go wrobią, przetrawią i wyplują. Mimo że miał tak jak ja ósmą kategorię, wytropienie i pojmanie go zajęło zaledwie trzy godziny. Po prostu nie był przygotowany. Widziałem film z jego przesłuchania pokazywany nam ku przestrodze. Co grozi wyrodnym synom, którzy zdradzą matczyną miłość. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie. Oglądanie, jak flaki twojego nauczyciela i mentora zaczynają wypełniać cały pokój, było dosyć męczące. Zabijali go przez czterdzieści godzin i udowodnili tym skuteczność własnych metod treningu, jeśli chodzi o wytrzymałość swoich agentów na ból. Ueshiba, mimo zastosowania każdego rodzaju przemocy, łącznie z powolnym zgniataniem jąder, nie wydał z siebie ani jednego krzyku. Zaimponował mi, ale tylko trochę. Reszta to była pogarda dla jego głupoty i braku przewidywania. Jego zabójstwo tylko przyspieszyło moje działania. Robiłem to zawsze na nuwaksie albo sitriniolu, dlatego mój świadomy umysł nie znał żadnych szczegółów. Pozostawiłem sobie jednak znaki, abym mógł w normalnym stanie świadomości dotrzeć do utajnionych przyjaciół. Jeden ze znaków powiedział mi właśnie, że jest ktoś taki jak panna Lou i na pewno mi pomoże. Zrobi to nie tylko dlatego, że była dobrze opłacana, ale też dlatego, że miała bardziej osobiste powody. Nie raz i nie dwa zafundowałem jej tak zwaną oralną przyjemność, co tutejszym japońskim kobietom wybitnie się podobało, gdyż pruderia ich małżonków nie dopuszczała tego typu zachowań. Teraz wystarczyło ją tylko odnaleźć. Swoją drogą, ciekawy jest żywot podzielony na kilka części, kiedy jedna część ciebie nie wie, co robi druga. Może wtedy dochodzić do interesujących incydentów. Jak bardzo interesujących - miałem się przekonać osobiście w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin.
Tak samo zresztą było na misjach. W większości aplikowali nam rządowy stret-11, silny środek zmieniający tożsamość. Ale oczywiście nie tak silny jak nielegalny nuwax. Tak czy inaczej, po powrocie zupełnie nie kojarzyłeś, co się tam działo. Nienawidziłem tego braku świadomości i potajemnie zacząłem ćwiczyć się w sztuce operowania gadzim mózgiem. Technologie te pochodzą od lordów z Nachstu i są dostępne tylko absolutnie zaufanym członkom przybocznej gwardii Matki, tym z dziewiątą kategorią w klapie. Zarówno jednak ja, jak i jeden z pośledniejszych lordów lubiliśmy balety w XIII dzielnicy, więc z czasem, w zamian za laboratoryjnie czystą somaxoinę, mój znajomek dostarczył mi pełen pakiet informacji. Krok po kroku składałem tę układankę, a że zawsze miałem talent, to już po roku potrafiłem płynnie przechodzić pomiędzy swoimi umysłami. Tajemnicą pozostawał oczywiście Nadumysł, o którym krążyły tylko legendy. To tak zwana Wyższa Jaźń, dzięki której mogłeś poznać przyszłość i łączyć się z innymi bytami, pozyskując z nich nie tylko informację czy energię, ale - co brzmi bardzo tajemniczo - przekształcając się w nie. Jak by to miało wyglądać w realu, nie miałem pojęcia. Od lat szukałem kogoś, kto by mi dał jakieś drogowskazy w tej materii, i czułem w kościach, że w Nadumyśle kryła się wielka tajemnica ludzkiego istnienia. Niestety, instrukcje dotyczące podumysłów nie zawierały kodów do Nadumysłu. Gdybym ten kod znał, taka sytuacja jak obecna w ogóle by się nie zdarzyła. Po prostu umiałbym ją przewidzieć, a potem - tak jak Nadlordowie zmieniają trajektorię lotu kuli za pomocą umysłu - tak samo ja pozamiatałbym specsłużby. I to siedząc wygodnie u siebie na kibelku i zaśmiewając się z ploteczek wyczytanych w sieciowym szmatławcu. Ale dosyć dywagacji. Stret-11 nie do końca wyłączał reptiliańskie obwody, dlatego częściową wiedzę o misjach zachowywałem. Nie była ona jednak możliwa do odzyskania w zwykłym stanie wejścia w gadzi mózg. Musiałem wzmacniać te stany skomplikowaną aparaturą i dodatkowymi dragersami, takimi jak nowodekaina. Generalnie było to kosztowne i wyczerpujące. Tak samo teraz, przełączając się na gadzi system, czułem, że znam te miejsca i uliczki. Zapachy wwiercały mi się w nos i dawały odczucie pamięci. Ale tylko na ich podstawie w życiu nie znalazłbym panny Lou. Poziom szczegółów, które mogłem odnaleźć w gadziej części systemu, nie pozwoliłby na skonstruowanie dokładnej mapy. Na pewno nie bez nowodekainy. Natomiast dzięki pozostawionym zaszyfrowanym wskazówkom z łatwością dotrę do celu, a gadzi mózg odpowie mi na pytanie, czy panna Lou jest autentyczna, czy też jest podstawioną repliką, jeśli agencja dotarła do niej wcześniej.
Wskazówki zaprowadziły mnie do sklepu rzeźniczego. Za ladą stała potężnie zbudowana kobieta o konkretnej tuszy. Miała może z sześćdziesiąt lat. Tłuste włosy, tłusta na twarzy, pryszcze. Krótko mówiąc, dosyć hardcorowe emploi. Jednak ni stąd, ni zowąd zacząłem mieć erekcję i poczułem się bardzo nieswojo. Co jest, przyjacielu? Dlaczego stajesz do boju? Nigdy przecież nie gustowałeś w stupięćdziesięciokilogramowych wielorybach? Podszedłem niepewnie do lady, bacznie lustrując otoczenie. Byłem tu w przeszłości, co do tego nie miałem wątpliwości. Ale gdzie była teraz panna Lou? Czy gruba mi na to odpowie, czy będę musiał ją nieco przycisnąć?
- Szukam panny Lou - powiedziałem, patrząc jej w oczy.
Czekałem na ruch źrenic. Ten ruch powie mi, czy kłamie, czy mówi prawdę. Ale źrenice się nie poruszyły. Kobieta patrzyła prosto na mnie.
- Jaja sobie robisz? - spytała po chwili uciążliwego milczenia.
- Grzecznie pytam.
- Żebyś mnie czasem nie wkurwił tą grzecznością - prychnęła niczym zazdrosna kocica.
Wyszła zza lady, podeszła powoli, ciągnąc swoje cielsko niemal po ziemi. Oprócz tego, że była tłusta i pryszczata, utykała dość konkretnie na prawą nogę. Niezły model, istna Miss Galaktyki. Powinna jeszcze mieć garb i syfilis, wtedy byłby komplet.
Stanęła w odległości metra, nieoczekiwanie zadarła sukienkę i pokazała mi niewydepilowane krocze. Ten gest wywołał we mnie nie tylko niesmak i niedowierzanie. Nastąpiło też coś całkiem nieoczekiwanego. Mój fiut o mało nie wybił mi oka. O co tutaj, kurwa, chodzi? Położyła mi rękę na głowie i przyciągnęła do swojego brzucha. Dziwne było to, że nie wyłamałem jej tej ręki ze stawów i nie sprzedałem kopa, który złamałby jej kark. Tylko jak mały baranek pozwoliłem przyciągnąć swoje usta do jej owłosionej waginy. Poczułem kwaśny zapach potu i nagle lampka mi się zapaliła. Znałem ten zapach. Aż za dobrze. Witam, panno Lou. Odskoczyłem jak uczniak. Tego się nie spodziewałem. Wiem, że nuwax wyłącza pewne obszary tożsamości i jedziesz w większości na gadziej, ale żeby kompletnie wyłączył mi gust? Zawsze byłem dumny ze swojego smaku, a moje kobiety śmiało mogły występować w nocnym paśmie rozrywkowym Sieci Ogólnoświatowej. Spodziewałem się, że panna Lou to filigranowa Japonka o nieco wystraszonym spojrzeniu i wielkich cyckach i zanim wyciągnę informacje i odpłynę w siną dal, odbędziemy jeszcze jedno wzmacniające i rozkoszne t?te-a-t?te na zapleczu. Ale z tą kolubryną? Boże, jeśli istniejesz, strzeż mnie przed nuwaksem. Co jeszcze, do jasnej cholery, wyczyniałem na tym specyfiku? Przez sekundę miałem wizję, że mieszkam z trzema garbatymi staruszkami i całą chmarą niedorobionych dzieci w malutkiej klitce w strefie J. W jednej mikrosekundzie zrozumiałem, że nuwax to nie tylko cud technologii chemicznej, ale też niezły, kurwa, obciach. Panna Lou patrzyła z wyraźnym niesmakiem.
- Jesteś bez nuwaksu, nieprawdaż?
- Prawdaż. - Potwierdziłem bez entuzjazmu.
- Mogą mnie namierzyć.
- Jestem na innym kodzie.
- Mają swoje sposoby - powiedziała i jednym ruchem wbiła mi strzykawę w szyję.
Znowu ta dziwna miękkość i słabość. Od dziesięciu lat nie dopuściłem, aby ktoś dotknął mego ciała bez pozwolenia. A teraz dałem sobie wbić strzykawę niejasnego pochodzenia, z nie wiadomo czym w środku. Tak, to było dziwne. Nie broniłem się. Próbowałem sobie tłumaczyć, że to względy bezpieczeństwa, a w środku jest tylko stary, poczciwy nuwax, który przynajmniej trochę usunie poczucie niezłego kwasu z tej sytuacji. Jednakże i tak moje zachowanie było dla mnie czymś niespodziewanym. Co zaś do nuwaksu, to miałem rację. Po sześciu sekundach wciągania w lej powróciły fluorescencyjne kolory, a naprzeciwko mnie stał demon seksu. Cała przestrzeń wibrowała od kąśliwego zapachu jej spoconej pipki. Była to ta sama tłusta maszkara co wcześniej, tylko ja byłem już kimś innym. I aż bałem się pomyśleć, kim. Nie traciłem czasu na wyjaśniające rozmowy, popchnąłem ją na zaplecze i zerżnąłem na dostawie świeżych półtusz. Mięso kląskało pod nami, a resztki posoki tryskały na ściany w rytm moich gadzich ruchów. Klap, klap, klap. Jej wielkie cyce odbierały mi tlen, a jej cielsko łamało mi kości. Znowu zaliczyłem kosmiczny orgazm, a zwierzęce ryki, których sobie nie szczędziłem, było pewnie słychać w całej dzielnicy rzeźników. Nuwax rządzi, nie ma co. Może zresztą warto wyciągnąć z tego wnioski i zastosować w świadomym życiu. Nie warto z góry skreślać tłustych kobiet. Czasami mają w sobie owo magiczne coś, o czym chude mogą tylko pomarzyć.
Potem spędziliśmy pół godziny w dźwiękoszczelnej, odizolowanej elektromagnetycznie chłodni. Lou powiedziała mi, co wiedziała, a ja przeszyfrowałem to w matrycy, abym mógł odtworzyć w normalnym stanie świadomości.
W ciągu kilku godzin wieści się rozniosły. Była niezła rozpierducha w związku z Rodneyem Cullackiem. Próbowali go zdjąć agenci z siódemki, ale akurat trafili na sesję kapitana Flo - zbiorówkę motywacyjną sekcji likwidatorów. Zanim ci z siódemki wysłowili się, o co chodzi, likwidatorzy włączyli się do gry i nastąpiła mała rzeź. Podobno można było zadławić się przelatującymi flakami. Kiedy skończono, wśród fragmentów kończyn i rozmazanych wnętrzności nie odnaleziono Rodneya Cullacka ani żadnej jego części. Jakby się zdematerializował. Nie była to dla mnie żadna nowość. Podejrzewałem go, że potrafi usuwać się ze sceny właśnie w taki sposób. Jeśli wiedział to, co wiedział, być może w ogóle go tam nie było w osobistej powłoce, jedynie używał swojego widma. Tak czynili wyżsi rangą lordowie z Nachstu. Często podczas spotkania operacyjnego było ośmiu lordów i ani jednego człowieka. Same widma. To zresztą uratowało im tyłki jesienią, kiedy przygotowano na nich zamach termobaryczny. Olbrzymie ciśnienie i temperatura trzech tysięcy stopni doszczętnie zdematerializowały wyposażenie salki konferencyjnej oraz przerwały im opowieść o wygranej w golfa przez Siddhę I, który zresztą nie powinien grywać w golfa, gdyż siłą myśli umiał sterować lotem piłeczki. Opowieść została przerwana w najciekawszym momencie, ale tylko na chwilę. W rozwalonej salce, wypalonej do gołej tytanowej konstrukcji, widma pojawiły się dwadzieścia sekund później. Tyle że już nie rozmawiały o golfie i małych oszustwach Siddhy I z piłeczką. Ustaliły plan działania, który zaowocował słynną rzezią zamachowców w Sax-Gender 7. Oczywiście lordowie używali do tworzenia swych widm technologii oraz chemicznych zmieniaczy, ale w agencji krążyły legendy o gościach, którzy umieją to robić na żywca. Myślę, że Rodney Cullack był jednym z nich.
Poprosiłem, aby Lou zostawiła mnie samego. Wziąłem neutral i wróciłem do własnej świadomości. Musiałem myśleć logicznie. Odtworzyłem w matrycy ostatnie wydarzenia oraz to, co powiedziała Lou, i zacząłem układać puzzle. Musiałem stworzyć jakiś plan działania. Co dalej? Lecieć na Soho i zrobić plastykę? Czy zniknąć gdzieś w dżungli dawnego Rio de Janeiro? A może w ogóle wlecieć w Nieczas i poprosić o azyl któregoś z banitów. Chociażby Miradei z Wolfa 359. Z drugiej strony półtora roku lotu w jedną stronę to kompletny bezsens. Miałem mętlik w głowie. Najgorsze, co się wydarzyło, to zachwianie mojej tożsamości. Zaczynałem powoli powątpiewać w to, kim w ogóle jestem. Zaczynałem wątpić, że moje wartości są moimi wartościami, a potrzeby - moimi potrzebami. Nawet moje pragnienia stały się mocno wątpliwe. A jeśli to nie były w ogóle moje pragnienia? Kim byłem? Do tej pory byłem jedynym agentem, który przechodził skomplikowane testy osobowości na równe dziesięć. Owszem, było kilku, którzy dostawali dziewięć koma dziewięćdziesiąt osiem, ale pełną dychę brałem tylko ja. Generalnie wszyscy mnie podziwiali, że potrafiłem utrzymać tak dobre rozeznanie mimo ciągłych zmian dokonywanych na umyśle. A ja jak głupi narcystyczny dupek szczyciłem się tym, że zawsze orientuję się w sytuacji. Byłem tak niezwykle plastyczny, bo sądziłem, że to cecha mojego charakteru. Nazywałem ją "szerokim spektrum osobowości". Myślałem, że wyćwiczyłem się poprzez branie narkotyków. Nawet gdy brałem najcięższy stuff, to i tak zachowywałem przytomność umysłu. Płynnie włączałem w swoje teraźniejsze doświadczenie gnomy i krasnoludy, które ukazywały się po zażyciu wyciągu z kaktusa. Nie miałem problemu z zawirowaniami rzeczywistości nawet na pełnym haju, po kilkunastu różowych landrynach, które rozkładały najtwardszych. Sądziłem, że jestem geniuszem tożsamości. Tymczasem teraz mogło się okazać, że to wszystko było bzdurą i miałem tylko wszczepiony program, który stwarzał złudzenie ciągłości osobowości. A tak naprawdę nie miałem jednolitej tożsamości.
Te rewelacje przyprawiały mnie o mdłości. Nie lubiłem zmian, cieszyłem się, że jestem dobrym agentem i mimo tak niepoukładanego charakteru mam tak poukładane w głowie. A teraz to wszystko mogło okazać się złudzeniem. Pieprzony Rodney Cullack. Dlaczego akurat do mnie się przyssał i mnie wybrał z tego całego panteonu? Jest wielu mniej oddanych Matce agentów. Wielu takich, których łatwiej byłoby mu zwerbować. Na przykład taki facet jak Jacky Mincer, który w teście osobowości dostaje ledwo osiem koma sześć i który wszędzie węszy spiski, byłby na pewno bardziej pomocny w układance Cullacka. A jednak on wybrał mnie. Dlaczego? Nie wiedziałem. Bardzo wielu rzeczy nie wiedziałem i nie wyglądało na to, że wkrótce się dowiem. Przepyszne gówno, w którym wylądowałem, zaczynało już poważnie cuchnąć, a teraz musiałem jeszcze zeżreć je do czysta. I podziękować. Ekstra!
Rodney wspominał o jeszcze jednym adresie. Semico. Jego tajemnicza pomocnica. Tak, ona pomoże mi posklejać to wszystko do kupy. Ale najpierw rzecz podstawowa. Musiałem spotkać się z którymś z lordów z Nachstu. Zwykłe agencje nie powinny być dla mnie problemem, ale jeśli kontrakt na mnie wezmą lordowie, to w dwadzieścia cztery godziny stanę się wspomnieniem. Większość z nich ma dziewiątą kategorię, ale są też czterej łowcy z dziesiątką i tym nie umknę w żadnym wymiarze. Musiałem jak najszybciej wykupić swoje życie. Legalny transport na Wyspę Lordów odpadał. Na oficjalnych transportowcach zidentyfikowaliby mnie w ciągu trzech minut. Zapach potu mógłbym zmienić, ale nie DNA. A przynajmniej nie bez biologii z Wysokiego Brzegu. Tyle że o dostaniu się na Wysoki Brzeg mogłem w tym momencie tylko pomarzyć. A nie pójdę pod nóż jakiegoś domorosłego ciury tutaj w stolicy, który przez przypadek wszczepi mi chromosomy jeżozwierza i nagle zaczną mi rosnąć kolce, a ja zacznę wpieprzać termity na kolację. Na Wysokim Brzegu był doktor Siheyzu Miyaki, Post-Japończyk, któremu ufałem na tyle, aby mógł mi pogrzebać w kodzie. Ale to za chwilę. Wszystko za chwilę. Najważniejsi byli lordowie. Jeśli agencja nie dorwie mnie przez dwanaście godzin, dostaną na mnie zlecenie i wtedy mój czas zacznie się liczyć w minutach. Chwilę później byłem w pasażu Syrakuzy. Nie musiałem znacząco wysilać swoich gadzich obwodów, bo dobrze znałem to miejsce z realu. Wszedłem do niebieskiego sklepiku z tandetną biżuterią. Oprócz tanich błyskotek była to też siedziba Przewoźników. Byli mi winni co nieco za przeszłość. Wprowadzono mnie na zaplecze i przybiłem piątkę z Takamoto. Miał zaledwie 18 lat, ale kręcił tym interesem. Jeszcze do niedawna był najmłodszy z Rodziny, ale obecnie jest już najstarszy. Jego trzej bracia i ojczym zostali wysmażeni. Ostatni, Renyo, z którym do tej pory robiłem interesy, w ubiegły piątek. Takamoto nie zdradzał żadnych oznak emocji.
- Czterysta - powiedział cicho i metalicznie.
- Ciebie chyba też próbowali wysmażyć. Przeżyłeś, ale zostały efekty w mózgu, co? - zagaiłem.
Miało to zabrzmieć żartobliwie w świetle ostatnich wydarzeń. Czterysta było fortuną. Takamoto nie zaśmiał się z mojego dowcipu.
- Jesteś na liście i zapłacisz cenę, jaką powiem. Każdą cenę. Więc ciesz się, że brzmi ona tylko czterysta.
Popatrzyłem mu w oczy.
- Robisz błąd, Takamoto. Wiele razy przymykałem na was oko.
Takamoto po raz pierwszy się uśmiechnął.
- Czyż jesteś nieruchomym starcem z pustyni, który nie przyjmuje do wiadomości zmian pór roku? Ciebie już nie ma i to nie ty będziesz teraz przymykał oko.
- Twój brat Renyo inaczej widział tego typu sprawy. Honor coś dla niego znaczył.
- Mojego brata Renyo wysmażyli tak, że nie został z niego nawet kosmyk włosów, co oznacza, że jego widzenie spraw było błędne. Płacisz czy wypierdalasz?
Niestety, Takamoto miał rację. Nie było zbytniego wyboru. Tam gdzie chciałem lecieć, tylko jego Przewoźnicy zapewniali jako takie bezpieczeństwo. O ile o czymś takim w ogóle mogłem mówić w mojej sytuacji. Miałem jeszcze godzinę. Potem agencja wyznaczy cenę za moją głowę i zrobi się gorąco. Nie będę mógł już nikomu ufać. Takamoto jednak wkurwił mnie, a ja nie lubię, gdy ktoś mnie wkurwia. Zapłaciłem mu czterysta z czarnej karty. Należała do indonezyjskiego likwidatora z gangu siedemnastu małp, którego agencja wysmażyła trzy dni temu, ale tego nie upubliczniła. Wiedziałem, że jego ludzie węszyli za nim po dwudziestu jeden strefach. Z natury jestem dobrotliwy i chętnie pomagam, niech więc odnajdą ten przemiły ślad i zawitają do Takamoto. Niech go przepytają. Jako dupek zasłużył na miłą pogawędkę w stylu indonezyjskim. Szkoda tylko, że jego ród na nim się zakończy. Wyszedłem na podwórko, gdzie czekał już na mnie mały i nieco kulejący Przewoźnik.
Wolałem dłuższą wersję podróży, ale bez zatrzymywania w strefie rządowej. Nasz pit stop wypadłby dokładnie za sześćdziesiąt minut na Wyspie Strażników, a wtedy moja facjata wraz z konkretną ofertą pieniężną ukaże się w całej ciekłokrystalicznej strefie i Przewoźnik od Takamoto mógłby zmienić zdanie co do ostatecznego celu naszej podróży. Zanim ruszy-liśmy, przesłałem zaszyfrowaną wiadomość do Threyo, lorda, o którym już wspominałem. To on dostarczył mi konspekty zarządzania gadzim mózgiem. On też będzie moim pośrednikiem. W krótkim info zaznaczyłem, że chcę negocjować i mam do zaoferowania to i owo, więc niech nie spieszą się z próbą wysmażenia mnie.
Dwie godziny później wylądowaliśmy w Lodowym Zakątku. Była to mała wysepka niedaleko Wyspy Lordów, bezpieczniejsza pod względem strategicznym. Zwykle spotykałem się tutaj z Threyo. Threyo był poślednim lordem, utrzymywał swój tytuł tylko z uwagi na zasługi ojca i dziada. Obaj byli wielkimi wojownikami i obaj zginęli z honorem. Threyo zamiast honoru wolał jednak somaxoinę i niezbyt wybredne dziwki. Nie miał żadnych zadatków na wojownika. Był strachliwy, miękki i niestabilny. Wciąż utrzymywał swój stołek, bo w każdym stadzie lwów potrzebne są szczury, by wyjadać gówno. Inaczej zacznie bardzo śmierdzieć i lwy mogą się przytruć. I to właśnie czynił w imieniu lordów. "Wielcy lordowie nigdy nie splamią sobie rąk niehonorowym działaniem", takie mieli powiedzenie. Druga część tego powiedzenia brzmiała: "Mają tyle forsy, że mogą zapłacić, aby ręce splamił sobie ktoś inny".
Threyo spóźnił się trzydzieści minut i był w opłakanym stanie. Trzymał się na ostatnich nogach i zupełnie nie czaił, co się do niego mówi. Był spocony i śmierdział po kilkudniowym balecie. I tak dobrze, że w ogóle dotarł. Zrobiłem dla niego kreskę z laxxi i to go nieco przywróciło do pionu.
- Łał, co za towar. Nawet my takiego nie mamy. Skąd? - zapytał, gdy jego zdolność kojarzenia faktów nieco się wyostrzyła.
- Załatwię ci cały kilogram. A chyba czujesz, że jest to lepsze niż poczciwa somaxa, co?
- Jest lepsze. A w zamian za co załatwisz?
- Za to, że cię lubię. - Uśmiechnąłem się.
- To bardzo mnie lubisz. - On też się uśmiechnął.
- Ale jeśli mnie zabiją, to, jak sam rozumiesz, nic ci nie załatwię. - Mój uśmiech zrobił się jeszcze szerszy.
- Aaa! Takie buty. Jesteś sprytny, bo właśnie przyszedłem ci powiedzieć, że liga lordów nie będzie cię chroniła.
Zamrugałem z niedowierzaniem.
- To znaczy?
- Nie wyznaczą embarga na ciebie. Czyli blokady nie będzie. - Zakłopotany Threyo podrapał się za uchem.
Miał dosyć deprymujący zwyczaj drapania się po włosach albo po jajach, a następnie wąchania sobie palców. Gdy na końcu rozmowy dawał ci dłoń do uściśnięcia, to akurat byłeś już gotowy, aby się zrzygać.
- Zachęcać również nie będą - kontynuował, wąchając palce. - Decyzję zostawią w gestii poszczególnych łowców. Jeśli nikt od nas nie zechce zrealizować kontraktu, no to nic ci się nie stanie.
- Nie pierdol! - przerwałem mu dość obcesowo. - Kto nie zechce? Białasi z Wydm? Albo Takahashi? Oni wysmażą mnie z wielkim uśmiechem i zadowoleniem. Wiesz, że nie przepadamy za sobą.
- Wiem. Tak tylko powiedziałem, aby cię pocieszyć. Richard, co to w ogóle za poważna afera, że wszystko idzie szybkim kanałem? W normalnych warunkach miałbyś przynajmniej trzy doby, aby się gdzieś zaszyć. Wydupczyłeś samą Matkę czy co?
- To duża afera. - Posypałem jeszcze kreskę i podsunąłem Threyo.
Sam nie wziąłem, bo nie mogłem sobie teraz pozwolić na żaden błędny ruch, a po laxxi stawałem się nazbyt rozentuzjazmowany.
- Dobry ten proszek. - Threyo wciągnął i widziałem, że jakość tego gówna wzbudziła w nim wielki dylemat moralny.
Taki zresztą był mój plan. Może gdybym dotarł do lorda Segraya... może on wystawiłby mi ułaskawienie.
- Kilogram najczystszego laxxi w Galaktyce czeka. - Uśmiechnąłem się.
- A pamiętasz dupę z XIII dzielnicy, twoją niby narzeczoną? Rudą?
- Rudą Ev? Raczej.
- Próbowałem się z nią umówić, ile razy byłem w okolicy, a ta suka leje na mnie, nawet nie chce jej się wymyślać kłamstw, po prostu wzrusza ramionami i wydyma usta...
- I co? Mam sprawić, aby nie wydymała ust? - zapytałem.
- Masz sprawić, żebym ja ją wydymał i dwa kilo proszku.
Threyo wstał i rzucił plastik na stół.
- To karta do mojego apartamentu, wejdź przez garaż, schodami przeciwpożarowymi. Monitoring jest uszkodzony. Jesteś tam bezpieczny przynajmniej do wieczora. Jak ta ruda zdzira przyleci do mnie z dwoma kilogramami proszku, to pogadam z sędzią. A jak znowu wydmie usta, to wynieś się przed dziesiątą. Nie chcę mieć twoich flaków na szczoteczce do zębów.
Threyo uśmiechnął się i wyszedł z baru. No to miło. Przyjaciele nigdy nie zostawią cię w potrzebie. Balowaliśmy ze sobą na dobre i złe jakieś pięć lat i proszę. Można liczyć na człowieka, gdy się jest w ciężkiej sytuacji. Bez ułaskawienia mój czas był policzony. Wiedziałem, że nikt z tych kowbojów nie będzie się bawił w dostarczanie mnie na Kosmodrom w jednym kawałku. Żywy albo martwy, tutaj na pograniczu zawsze oznaczało tylko jedno: że zmiotką zaczerpną trochę z twoich roztopionych flaków do woreczka, aby można było dokonać identyfikacji DNA. I tyle. Czym mógłbym skusić Rudą Ev, aby przespała się z tym cymbałem? Przeleciałem w głowie wszystkie zasoby, jakimi dysponowałem, łącznie z poukrywanymi na Oz-13 brylantami oraz recepturą na cudowny preparat na ekspresowe schudnięcie prosto od Pustynnych Mnichów. Tyle tylko, że Ruda Ev miała ciało o idealnych wymiarach najpiękniejszej dupci w Galaktyce i nie potrzebowała specyfiku mnichów ani na chudnięcie, ani na nic innego. Była bardzo bogata i niezależna i po prostu nie cierpiała takich dupków jak Threyo. Nie miałem żadnego pomysłu na to, jak zmusić ją do czegokolwiek, a co dopiero, by rozłożyła nogi przed tym ćpunem. Miałem tylko godzinę, aby ten pomysł wymyślić. Włączyłem kanał sześćdziesiąty siódmy megawizji z pokazami bikini na lato i postanowiłem wraz z rytmem kołyszących się piersi pomyśleć nad argumentami dla Rudej Ev. Ale nic nie przyszło mi do głowy. Zasnąłem.