Tożsamość Rodneya Cullacka - Przemek Angerman

-
Proszę czekać

Jadł nie­spiesz­nie wo­do­ro­sty z Hok­ka­ido albo ja­kieś inne gówno ze stre­fy siódmej. Żad­nych zwierząt, żad­nych ana­bo­li, wszyst­ko świeże i na­tu­ral­ne. Tak, stre­fa siódma była na­prawdę nud­na. Nud­na i cho­ler­nie dro­ga. Skur­czy­byk dbał o sie­bie. Według do­ku­mentów miał sto dwa­dzieścia sześć lat, lecz trzy­mał się, jak­by miał za­le­d­wie setkę. Zresztą, kto go tam wie? Po dzie­siątkach mor­fo­wań i prze­lotów przez Nie­czas kto wie, ile lat miał Rod­ney Cul­lack? I kim, do cho­le­ry, był Rod­ney Cul­lack? Jesz­cze człowie­kiem czy już tyl­ko po­wid­mową sy­mu­lacją stwo­rzoną w wiel­kich mo­lo­chach Xil­tu? Ja na pew­no tego nie wie­działem.

Miałem dwa­dzieścia pięć lat, jeśli do­ku­men­ty na mój te­mat były praw­dzi­we. Ale ra­czej nie były. Były zha­ko­wa­ne tyle se­tek razy, że świa­do­mość, iż to, co za­pi­sa­ne w ru­bry­ce daty uro­dzin, jest praw­dzi­we, po­dob­na jest świa­do­mości, że pro­sty­tut­ki z Na­hal Ta­go­re wciąż są dzie­wi­ca­mi. A trze­ba wam wie­dzieć, że Na­hal Ta­go­re to naj­bar­dziej prze­lo­to­wy port tej części Wszechgówno­wa­tości, jak ma­wiam o Wszechświe­cie. Rod­ney mówi, abym tak się nie wyrażał z łaski swo­jej, bo­wiem myśli się kry­sta­li­zują. Nie wiem, czy moje na­zy­wa­nie Wszechświa­ta Wszechgówno­wa­tością może jesz­cze bar­dziej ze­psuć jego sy­tu­ację. Nie wy­da­je mi się, bo chy­ba niżej już upaść się nie da. Wczo­raj wi­działem wia­do­mości z Ru­astor Zero kwa­drat Szósty, gdzie lu­dziom prze­stał po­do­bać się Zarządzający i wy­szli na uli­ce. Nie po­by­li tam długo, może ze dwa­dzieścia mi­nut. Zmie­cio­no ich fa­la­mi C, a nie wiem, czy wie­cie, że fale C nie są tak eks­klu­zyw­ne jak bor­tal albo la­se­ry. Fale C są tańsze, a przez to nie­zbyt dokładne. Tak więc reszt­ki cza­szek tych bie­daków z Ru­astor Zero miałem przy­jem­ność oglądać pod­czas zażera­nia się moim ulu­bio­nym japońskim ku­ra­kiem z małżami w pu­bie na Dzie­wiątej. I nie było to nic sym­pa­tycz­ne­go. Dla­te­go niech Rod­ney nie gada głupstw. To Wszechgówno nie może upaść niżej, na­wet gdy­bym cały dzień po­wta­rzał: Wszechgówno, Wszechgówno, Wszechgówno...

- Prze­stań. - To Rod­ney znad ta­le­rza wo­do­rostów.

- Co mam prze­stać?

- Ty wiesz co. Prze­stań rzu­cać mięsem.

- Prze­cież robię to tyl­ko we własnej głowie. Nic ci do tego.

- To bez zna­cze­nia. To, co ro­bisz, spra­wia, że żyje­my w ta­kim świe­cie, w ja­kim żyje­my.

- Może prze­ze mnie? - Szcze­rze mnie uba­wił ten sta­ru­szek.

- Przez cie­bie - od­po­wie­dział spo­koj­nie i powrócił do je­dze­nia.

Ciężko było wy­trzy­mać ze sta­rym. Kie­dy się sku­pił, czy­tał w to­bie jak w otwar­tej księdze. Mu­siałem przy nim uważać, aby za­cho­wać pew­ne in­for­ma­cje tyl­ko dla sie­bie. Ale i tak nie wie­działem, czy było to możliwe. Myślę, że prze­wier­cał mnie tymi nie­bie­ski­mi ocza­mi na wy­lot i tak na­prawdę wie­dział wszyst­ko. Tyle że był sym­pa­tycz­ny i nie chciał mnie upo­ka­rzać, zo­sta­wiając mi świa­do­mość na­iw­nia­ka, że niby po­tra­fiłem coś tam przed nim ukryć.

Miałem dość, byłem zmęczo­ny, minął do­pie­ro ty­dzień od po­wro­tu z mi­sji. Byłem wy­czer­pa­ny, zniszczo­ny, wy­dy­ma­ny. Nie wie­działem, ani kim je­stem, ani dokąd zmie­rzam. "Cała Ga­lak­ty­ka wy­la­ta­na", jak to mówią. Oczy­wiście z tym chełpli­wym "Ga­lak­ty­ka" to był bar­dziej żart, gdyż prak­tycz­nie ope­ru­je­my je­dy­nie w na­szym Układzie Słonecz­nym. Niby prędkość światła zo­stała prze­kro­czo­na już dwieście pięćdzie­siąt lat temu, a kon­kret­niej prędkość prze­stała mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, gdyż zastąpił ją dryf ho­lo­gra­ficz­ny w Nie­cza­sie. Od tam­te­go mo­men­tu w tech­no­lo­gii nastąpił prze­skok kwan­to­wy, ale podbój ko­smo­su nie oka­zał się wca­le ta­kim łatwym i bez­bo­le­snym kąskiem. Cały rozwój za­trzy­mał się w cza­sie wo­jen ze sztuczną in­te­li­gencją. To było sto lat ma­ka­brycz­nych prze­py­cha­nek. Ma­szy­ny nie­mal do­pro­wa­dziły do uni­ce­stwie­nia rasy ludz­kiej, a poszło im tym łatwiej, że w tam­tym cza­sie lu­dzie mie­li po­wsz­cze­pianą w sie­bie całą masę gówna, ap­grej­dującej elek­tro­ni­ki, którą ma­szy­ny zdal­nie przejęły. Wszy­scy tzw. lu­dzie suk­ce­su, pra­cow­ni­cy kor­po­ra­cji i inni z wyścigu szczurów, którzy chcie­li biec jesz­cze szyb­ciej i prze­go­nić współto­wa­rzy­szy dzięki swo­im "nad­ludz­kim" czi­pom, sta­li się z dnia na dzień nie­wol­ni­ka­mi. Poza sys­te­mem ap­grej­du pozo­stała za­le­d­wie garst­ka osób i to ona za­początko­wała ruch opo­ru. Mi­strzo­wie me­dy­ta­cji zjed­no­czy­li się z an­ty­glo­ba­li­sta­mi, wspie­ra­ni przez al­ter­na­tyw­nych na­ukowców. Na ich cze­le stanął Aqu­arius Sfo­rza, pra­pra­dzia­dek Mat­ki. Dzięki nie­mu, a po­tem jego sy­nom i wnu­kom, udało się stwo­rzyć in­te­li­gent­ne­go wi­ru­sa, który zmu­to­wał i do­pro­wa­dził do znisz­cze­nia sztucz­nej in­te­li­gencji. Z radością od­da­no de­mo­kra­tyczną władzę w twar­de ręce pra­dziad­ka Mat­ki, Hel­le­niu­sa, zwa­ne­go Bel­la­donną Okrut­nym. Resz­ta jest w podręczni­kach hi­sto­rii. Mu­sie­liśmy za­czy­nać jesz­cze raz nie­mal od zera. Wszyst­kie kon­wen­cje raz na za­wsze za­ka­zały prac nad sztuczną in­te­li­gencją. Jest to bez­względnie ka­ra­ne śmier­cią. W ta­kich wa­run­kach rozwój zo­stał poważnie przy­ha­mo­wa­ny, trze­ba było powrócić do ana­lo­gu i bar­dzo uważać z sa­mo­re­pli­kacją. Człowiek od­zy­skał władzę, ale praw­da jest taka, że nie jest on ani tak szyb­ki, ani tak by­stry jak ma­szy­ny. Wszyst­ko więc zwol­niło.

Co z tego, że Pro­xi­ma Cen­tau­ri zo­stała sko­lo­ni­zo­wa­na pięćdzie­siąt lat temu, kie­dy właści­wie odbyło się to tyl­ko na po­kaz, aby udo­wod­nić możliwości Mat­ki. Podróż tam trwa rok i...komu by się chciało latać? Poza tym przy pierw­szej ko­lo­ni­za­cji była awa­ria, nastąpiła de­kom­pre­sja i szlag tra­fił ko­lo­ni­za­torów. Tak więc ra­czej połowicz­ny suk­ces. Oczy­wiście po całym ko­smo­sie po­roz­sie­wa­ni są jesz­cze ba­ni­ci wszel­kiej maści, ze słynną łowczy­nią Mi­ra­dei na cze­le, ska­zaną na Zie­mi na dzie­sięcio­krot­ne wy­smażenie, a obec­nie re­zy­dującą na Wol­fie 359. Ale tak czy owak, używa­nie słowa "Ga­lak­ty­ka" jest ra­czej żar­to­bli­we. No chy­ba że w końcu doj­dzie do spo­tka­nia z ob­cy­mi i prze­każą nam tech­no­lo­gię, która tę Ga­lak­tykę na­prawdę otwo­rzy. Na ra­zie jed­nak obcy nie kwa­pią się do ujaw­nie­nia. Na­to­miast człowiek potra­fił z uśmie­chem na twa­rzy wy­dre­no­wać i znisz­czyć na­wet tak małą prze­strzeń, jaką miał do tej pory do dys­po­zy­cji. Zie­mia le­d­wie dy­cha, co chwi­la jakiś ka­ta­klizm, skażenie powyżej wszel­kich norm, gorąco jak szlag i tem­pe­ra­tu­ra cały czas rośnie. Bo­ga­cze spie­przają na Mar­sa, twierdząc, że to ostat­nia chwi­la, za­nim wszyst­ko pier­dol­nie. Bie­da­cy zdy­chają z bra­ku wody i nad­mia­ru za­nie­czysz­czeń. Tak że może le­piej, aby człowiek w Ga­lak­tykę się nie zagłębiał, jeśli ta Ga­lak­ty­ka ma jesz­cze chwilę pociągnąć.

No, ale wra­cając do te­ma­tu, loty przez Nie­czas są wy­nisz­czające, za­wsze jest ja­kieś drob­ne za­wi­ro­wa­nie z cza­sem i coś jak­by ci umy­ka. Jet lag przedłuża się na kil­ka dni, a oso­biście znam przy­pa­dek, że przedłużył się gościo­wi na resztę życia i do dzi­siaj sie­dzi zaśli­nio­ny, ob­ser­wując ścianę.

Krótko mówiąc - nie czułem się naj­le­piej. A całkiem szcze­rze - jak kupa gówna. W służbie je­stem dzie­siąty rok, oczy­wiście jeśli wie­rzyć do­ku­men­tom, a jak już wspo­mniałem, wie­rzyć im ra­czej nie można. Pamiętam może ostat­nie dwa lata, resz­ta zle­wa się w jakiś je­den kubeł wy­mio­cin. Częścio­wo są temu win­ne nar­ko­ty­ki, ale nie zmniej­szałbym też od­po­wie­dzial­ności Czyszczących. Część z nich to de­bi­le. Mat­ka, aby oszczędzić, wy­naj­mu­je Żółtków z Re­be­lio­nu za jedną trze­cią ceny. Oni, owszem, czyszczą, jak trze­ba, ale po­tem nie tyl­ko nie pamiętasz szczegółów mi­sji, ale nie pamiętasz na­wet, z której pla­ne­to­idy po­cho­dzisz ani czy je­steś chłopcem, czy może dziew­czynką. Za­wsze na to uważałem i z uwa­gi na swo­je zasługi mogłem so­bie po­zwo­lić na ka­prys, żeby czyścili mnie je­dy­nie Czar­ni z Ma­kau. To naj­lep­si spe­ce, oczyszczą, co trze­ba, ale zo­sta­wiają ci zręby tożsamości; masz się na czym oprzeć. Pod­czas gdy se­ans z Żółtkiem możesz zakończyć jako kom­plet­ny czub, śliniący się i nie­umiejący mówić. Wi­działem ta­kie przy­pad­ki. Tak było z Ha­go­nem, bar­dzo spryt­nym koleżką, spe­cem szóstej ka­te­go­rii. A trze­ba wam wie­dzieć, że jeśli ktoś zdo­by­wa szóstą ka­te­go­rię przed dwu­dziestkąpiątką, to zna­czy, że to jest na­prawdę niezły za­wod­nik. Ha­gon taki był i tak jak ja uważał, aby czyścili go tyl­ko Czar­ni z Ma­kau. Ale tam­te­go fe­ral­ne­go piątku za­je­biście się spie­szył do nowo po­zna­nej pan­ny, Post-Chin­ki Max Yeung z sek­cji dru­giej. Nie wiem, jak się z nią spiknął, bo chy­ba każdy próbował, ale ta la­ska wszyst­kich spusz­czała na bam­bus i w końcu po­go­dzi­liśmy się z tym, że jest lesbą. Nie­zwy­kle sexy lesbą z cu­dow­ny­mi cyc­ka­mi, które wy­py­chały jej kom­bi­ne­zon, dając dosyć kon­kret­ne pole dla wy­obraźni. Jed­nym słowem, chciałeś być je­dy­nym człowie­kiem na Ko­smo­dro­mie, a dru­gim byłaby Max Yeung, naj­le­piej w sa­mej bie­liźnie. Tym­cza­sem zim­ny i nie­dostępny Ha­gon Blo­om­kvist, przez niektórych na­zy­wa­ny Mr. Nicość, na­gle w prze­dziw­ny sposób prze­le­ciał pannę Max i ni stąd, ni zowąd zo­stał jej oso­bi­stym przy­du­pa­sem. Każdy mu za­zdrościł, ale jak mówi sta­ra praw­da, jesz­cze z czasów przed­ko­lo­nial­nych: ko­bie­ty są wi­ra­la­mi nieszczęścia. I to się spraw­dziło. Ha­gon wylądował o piętna­stej na Ko­smo­dro­mie, szyb­kie czysz­czon­ko i po półgo­dzi­nie mógł już grzać do miłego lo­ftu w cen­trum, aby po­obra­cać w je­dwa­biu stęsknioną Max Yeung. Tyle tyl­ko, że nie było żad­ne­go Czar­ne­go do czysz­cze­nia. Bo­riz się roz­cho­ro­wał, Lex złapał ciąg, a Kri­sto za­nikł gdzieś w cza­so­prze­strze­ni. Do­pie­ro o dzie­więtna­stej miał przy­być ma­jor Har­twig, nie tak spraw­ny jak ci trzej, ale w końcu też Czar­ny z Ma­kau, więc i tak o kil­ka klas wyżej niż cho­ler­ne Żółtki. Ale Ha­gon nie chciał cze­kać do dzie­więtna­stej, bo czuł, że pan­na Max Yeung do tej go­dzi­ny może się nieźle wpie­nić i z bara-bara nici. Dla­te­go zro­bił to, cze­go nie zro­bił nig­dy dotąd, i dał się wy­czyścić temu ofer­mie Gen­dro­wi Pa­ino­wi z Re­be­lio­nu. Była piętna­sta trzy­dzieści, gdy zaczęli, i o piętna­stej pięćdzie­siąt Ha­gon był już tyl­ko wspo­mnie­niem. Nie wiem, co za­apli­ko­wał mu Żółtek, ale kom­plet­nie wy­pa­lił mu pamięć, zresztą nie tyl­ko ją. Ha­gon stra­cił całą oso­bo­wość, nie wiem, czy zo­stały mu ja­kieś pier­wot­ne od­ru­chy. Nie wiem na­wet, czy byłby w sta­nie sam się odlać. Tak, ja­sne, że próbo­wa­li go ra­to­wać, był w końcu wy­so­kiej kla­sy spe­cja­listą, ale, gówno tam, nie dali rady. Mózg spa­lił mu się jak sty­ro­pian. Od­wieźli go do czu­basów i po­dob­no będą trans­plan­to­wać. Tak czy in­a­czej, Ha­gon nie po­ru­chał w ten piękny dzień, a mnie tyl­ko utwier­dził w moim pra­wie nu­mer je­den, które brzmi: "Nie daj się wy­czyścić, a jeśli już, to tyl­ko Czar­nu­cho­wi z Ma­kau".

- Sia­daj - ode­zwał się Rod­ney.

Usiadłem. Ta­lerz był już pu­sty. Nie­spiesz­no mi było do tej roz­mo­wy, ale wiem, że mu­siała nastąpić. Rod­ney miał do mnie in­te­res, a ja miałem in­te­res do nie­go i tak na­sze dwa in­te­resy się spo­tkały. Kiwnął głową, wska­zując na ta­bliczkę za­wie­szoną na lodówce. Było na niej na­pi­sa­ne: "Praw­da was wy­zwo­li". Wymyślił to jakiś koleś tysiące lat temu. Brzmiało dosyć mądrze, ale nie było zbyt prak­tycz­ne. Rod­ney za­wsze wska­zy­wał na to głową i pytał: "Wiesz, o co bie­ga?". Niby wie­działem, ale z dru­giej stro­ny to nie wie­działem. Byłem moc­no za­gu­bio­nym młodzieńcem. Do Rod­neya zgłosiłem się, kie­dy zaczęło mi na­prawdę zdro­wo od­wa­lać. W ba­rze w stre­fie Size 2, czy­li dosyć eks­klu­zyw­nej jak na na­sze wa­run­ki, roz­wa­liłem fa­ce­to­wi łeb za po­mocą pod­staw­ki pod ciekłokry­stal. I nie bar­dzo wie­działem dla­cze­go. Naj­wy­raźniej mnie wkur­wił, ale nie po­tra­fiłem so­bie przy­po­mnieć, czym mnie tak zi­ry­to­wał. Size 2 przy­po­mi­na daw­ne Mon­te Car­lo, więc psy zja­wiły się w ja­kieś dwa­dzieścia se­kund. Nie załatwi­li mnie tyl­ko dla­te­go, że mam wy­pa­lo­ny kod zie­lo­ny na źre­ni­cy, który ozna­cza pra­cow­ni­ka Mat­ki, a oni wiedzą, że z Matką le­piej nie za­dzie­rać. A poza tym zda­wa­li so­bie sprawę, że jeśli ktoś ma wy­pa­lo­ny kod zie­lo­ny, to zna­czy, że jest agen­tem, a jeśli jest agen­tem, to i tak so­bie z nim siłowo nie po­radzą. No, ale mimo że roz­ma­wia­liśmy po­ko­jo­wo, załado­wa­li mnie w prądowe kaj­da­ny i jak śle­dzia dotaszczy­li na po­ste­ru­nek. Byłem zbyt pi­ja­ny i zbyt le­ni­wy tego wie­czo­ru, by się z nimi prze­py­chać i urządzać ja­kieś jat­ki. I tak wie­działem, że za­raz mnie puszczą. Po­tem przy­je­chał Do­rad­ca i mnie za­brał. Mat­ka sra na ta­kie in­cy­den­ty, dla Niej li­czy się zysk. Jeśli je­steś do­brym spe­cem, to możesz so­bie co wto­rek roz­wa­lić kogoś za po­mocą pod­staw­ki pod ciekłokry­stal. Do­rad­ca był jed­nak świeży i była to ko­bie­ta. Li­czyłem, że od­bie­rze mnie z psiar­ni Za­lo­on X., który w du­pie ma pro­ce­du­ry i mówi tyl­ko coś w sty­lu: "Chy­ba prze­giąłeś, chłopcze, nie sądzisz?", a po­tem czyści kartę i nie ma te­ma­tu. Ale to była świeżynka, do­pie­ro co wy­pusz­czo­na z uni­wer­ku, zim­na les­ba o zacięciu psy­cho­lo­gicz­nym. Dała mi wybór: albo pod­dam się le­cze­niu i wte­dy wy­czyszczą mi kartę, albo muszę po­le­cieć na Cy­ber 5 na spraw­dze­nie tożsamości. "Chy­ba oci­piałaś, blon­dyn­ko, jeśli sądzisz, że po­lecę na Cy­ber 5". Stamtąd się ra­czej nie wra­ca. Robią ci zrzut pamięci na dysk i po­tem szu­kaj wia­tru w polu. Je­steś czy­sty i za­do­wo­lo­ny, tyl­ko nie masz pojęcia, kim w ogóle je­steś. Tak czy owak, ja, prze­kra­czając lata temu pro­gi tego gówna, obie­całem so­bie, że nie dam się do­ku­ment­nie wy­czyścić za żadną cenę. Dla­te­go zgo­dziłem się na le­cze­nie. Do­stałem przy­dział do Rod­neya Cul­lac­ka i oto je­stem.

Rod­ney był dru­gim star­cem, z którym się li­czyłem. Na ogół wszy­scy oni, pełni mądrych fra­zesów i do­brych rad, wku­rza­li mnie jak ja­sna cho­le­ra. Pamiętam jed­nak ko­le­sia z V sek­cji, z po­nad setką na kar­ku, byłego pułkow­ni­ka, zde­gra­do­wa­ne­go za utrzy­my­wa­nie in­tym­nych kon­taktów z dzi­ku­ska­mi z Long Line. Miał swo­je układy, więc nie wy­le­ciał, tyl­ko de­li­kat­nie zmie­ni­li mu za­sze­re­go­wa­nie. Zo­stał in­struk­to­rem re­krutów. A tak się aku­rat złożyło, że ja byłem re­krutem. Ileż krwi mi na­psuł ten sta­ruch, to trud­no opo­wie­dzieć. A ciężki był do wy­je­ba­nia, bo w bio­struk­turę za­opa­try­wa­li go ci z Wy­so­kie­go Brze­gu, a wia­do­mo, że oni mają naj­lepszą bio­lo­gię we Wszechgównie. Tak więc był mo­ca­rzem i nie­raz mi to udo­wod­nił. Raz, na Ko­smo­dro­mie, w ciągu może dwu­dzie­stu se­kund wy­wa­lił mi pa­new­ki z czte­rech stawów. Obie ręce i nogi, nie mogłem się ru­szyć. Leżałem jak pająk, plułem krwią i wiłem się na podłodze. On stał nade mną i darł ryja, żebym mu nie pod­ska­ki­wał, bo za­miast ta­kich żartów jak dzi­siej­sze na­prawdę go wpie­nię i wte­dy mi pokaże, jak się spro­wa­dza re­kruta do sta­nu ma­te­rii pier­wot­nej. Kie­dy skończył, ko­lej­ne dzie­sięć se­kund poświęcił na to, aby na­sta­wić mi sta­wy, a po­tem po­szedł na obiad. Ze zdzi­wie­niem naj­pierw usiadłem, a po­tem wstałem i oka­zało się, że wszyst­ko działa. Moje sta­wy pra­co­wały. Pomyślałem: "Kim je­steś, sta­rusz­ku? Kim ty, kur­wa, je­steś?". Cho­ler­nie go nie­na­wi­dziłem i gdy­by ktoś zli­czył wszyst­kie życze­nia śmier­ci, ja­kie mu wysłałem, to mógłby się ubie­gać o tytuł Cy­ber­ma­try­cy De­ka­dy. Tyle tego było. Ale fak­ty są ta­kie, że ten sta­ruch na­uczył mnie wszyst­kich sztu­czek, dzięki którym przeżyłem na Kon­ty­nen­cie i poza nim. Kie­dy wresz­cie go od­pa­li­li, śmiałem się w głos, nie uro­niłem jed­nej łzy i jest to je­den z nie­wie­lu mo­mentów mo­je­go żywo­ta, za który czuję do sie­bie praw­dzi­wy nie­smak i za­la­tu­je mi to by­ciem łachudrą naj­gor­szej ka­te­go­rii. Bo ten sta­rik zasłużył nie na jedną łzę, ale na całe wia­dro. Był dla mnie w tej całej cho­ler­nej Mat­ce je­dy­nym praw­dzi­wym oj­cem.

Przy­po­mniałem go so­bie, gdy pa­trzyłem na Rod­neya. Ten sam dryl, ta sama ostrość spoj­rze­nia, te same dra­pieżne ru­chy, niby spo­koj­ne, ale niech cię nie zmylą, bo będziesz tego gorz­ko żałował. Ponoć Rod­ney nie za­opa­tru­je się w bio­lo­gię u ko­le­si z Wy­so­kie­go Brze­gu. Po­dob­no w ogóle nie używa bio­lo­gii, ale w to nie chce mi się już wie­rzyć. Nie ma szans, aby dożył ta­kie­go wie­ku na na­tu­ra­lu, i to w ta­kiej for­mie.

- Po­ga­daj­my jak sta­rzy kum­ple - prze­rwał moje roz­myśla­nia.

- Jak sta­rzy? - od­po­wie­działem. - Ty możesz gadać jak sta­ry, bo spłod­zi­li cię jesz­cze w zeszłym mi­le­nium, ale ja nie je­stem ani sta­ry, ani twój kum­pel. Według prze­pisów za dzie­sięć mi­nut kończy się nam rand­ka, więc pod­bij mi kartę i nie za­wra­cam du­pa­la.

- A gdy­bym cię czymś za­cie­ka­wił? Po­wiedz­my tak, że chciałbyś zo­stać na ko­lej­ne pół go­dzi­ny i byłbyś gotów zapłacić mi za to sto gorących?

- To stwier­dziłbym, że ko­le­sie z Wy­so­kie­go Brze­gu sprze­da­li ci ostat­nio lewy mózg od ja­kie­goś dzi­ku­sa i w do­dat­ku z cza­so­wym wyłączni­kiem. I właśnie te­raz on się wyłączył.

Zaśmiałem się z do­bre­go żartu, Rod­ney Cul­lack też się zaśmiał, po­tem spoj­rzał z uko­sa i po­wie­dział:

- Nie do­stałeś do mnie przy­działu przy­pad­ko­wo, ko­le­go, wiesz?

- Tak? - za­py­tałem. - A co? Lu­bisz ta­kich chłopaków jak ja? Młodych, sil­nych, z je­dy­nie trzy­pro­cen­to­wym in­dek­sem tłuszczo­wym?

- Lubię. Lubię, kie­dy ci chłopcy oprócz trzy­pro­cen­to­we­go in­dek­su tłuszczo­we­go szu­kają od­po­wie­dzi na py­ta­nia, na które jesz­cze nikt nie od­po­wie­dział.

- I myślisz, że ja ta­kich od­po­wie­dzi szu­kam? - za­py­tałem prze­kor­nie.

- Nie myślę. Wiem, że ich szu­kasz.

A po­tem po­wie­dział mi coś, co kazało mi w ciągu sześciu se­kund sięgnąć do mo­jej pla­ty­no­wej kar­ty i prze­lać na jego kartę te cho­ler­ne sto gorących. Sto gorących to był ty­dzień żołdu w na­szej sek­cji, a nie byłem byle ciurą, który za­ra­biał gro­sze. Za­ra­białem gru­by hajs, więc jak się domyśla­cie, Rod­ney Cul­lack wy­szar­pał ode mnie pokaźną sumkę. Ale praw­da jest taka, że nie o tę sumkę mu cho­dziło. Po pro­stu wy­ko­nał taki ruch, abym nie mógł tej wie­dzy zba­ga­te­li­zo­wać. Wia­do­mo, że to, co do­sta­je­my za dar­mo, trak­tu­je­my jak śmie­ci. Ale niech ci tyl­ko po­wiedzą, że kupa małej za­mbij­skiej ryb­ki jest wielką rzad­kością, to nie tyl­ko zapłacisz mi­lio­ny, ale jesz­cze będziesz się nią opy­chał, de­lek­to­wał i głośno za­chwa­lał, choć sma­ku­je jak naj­gor­sze ścier­wo i śmier­dzi na ki­lo­me­try. Tak to dziw­nie pra­cu­je.

Tam­te­go popołudnia prze­stałem się śmiać z Rod­neya Cul­lac­ka. Zro­zu­miałem, że dzieją się ważne spra­wy. Za to, co mi wy­ja­wił, po jed­nym do­no­sie wy­pa­li­li­by mu mózg w ka­za­ma­tach Jer­sey, na­wet nie py­tając o szczegóły. Nie wiem, skąd miał dostęp do tej wie­dzy, i początko­wo wy­buchnąłem ru­basz­nym re­cho­tem idio­ty, który nie wie­rzy, że to Słońce ogrze­wa Zie­mię. Ale on po­ka­zał mi dane i prze­stało mi być do śmie­chu. Bez wa­ha­nia prze­lałem mu na kon­to sto gorących, a następnie spędziłem w jego no­rze ko­lej­ne trzy go­dzi­ny, słuchając z sze­ro­ko otwar­ty­mi pa­trzałkami tego, co mówił. Nie wiem, dla­cze­go na mnie tra­fiło. Nie wiem, dla­cze­go mi to po­wie­dział. Pa­trzył mi w oczy, lek­ko się uśmie­chał, nie wiem, czy kpiąco, czy przy­jaźnie - i wy­po­wia­dał tak ciężkie słowa, że czułem, jak ob­wo­dy w mózgu roz­ta­piają się mi z prze­rażenia. Po tym, co usłyszałem, ciężko było powrócić na Ko­smo­drom i uśmie­chać się da­lej do wszyst­kich, wiedząc, jak głębo­kie i potężne było ich oszu­stwo. Wie­działem, że Mat­ka oszu­ki­wała, to było wpi­sa­ne w naszą pro­fesję, ale sądziłem, że to drob­na hi­po­kry­zja, nad którą swo­bod­nie pa­nu­je­my. Nie sądziłem, że kłam­stwem jest wszyst­ko, a na­wet jesz­cze więcej. A to był do­pie­ro czu­be­czek góry lo­do­wej. Miałem od Rod­neya Cul­lac­ka usłyszeć jesz­cze wie­le re­we­la­cji, z których każda była war­ta wy­pa­le­nia jego mózgu, mo­je­go mózgu, a także mózgów na­szych krew­nych i zna­jo­mych. Także tych dal­szych.

Wie­działem, że po tym, co usłyszałem, nic już nie będzie ta­kie samo. Byłem zbyt skołowa­ny, by podjąć ja­kieś de­cy­zje. Po­trze­bo­wałem cza­su, ale nie wiem, ile go miałem. Na­gle zacząłem być bar­dzo ner­wo­wy. Kto jesz­cze o tym wie? Kto wie, że Rod­ney Cul­lack wie? I dla­cze­go, do cho­le­ry, ja się do­wie­działem? Dla­cze­go nie za­cho­ro­wałem i mu­siałem dzi­siaj tu przyjść? Co mnie pod­ku­siło, by ulec jego słowom o stu gorących? Mogłem wte­dy zaśmiać się i wyjść. Mogłem, ale tego nie zro­biłem. Bo coś we mnie krzy­czało już od daw­na. Coś na głębo­kich po­zio­mach. Coś, co od lat po­szu­ki­wało Praw­dy. I te­raz właśnie do­stało swój żer. Szko­da, że nie taki, jaki so­bie wy­obrażałem. Myślałem, że kie­dy w końcu po­znam Prawdę, to będzie tak, jak­bym się na­wpie­przał pta­sie­go różu. Że uśmiechnę się de­li­kat­nie w pro­mie­niach pełnego oświe­ce­nia i osiądę na wy­so­kiej chmur­ce na za­wsze cu­dow­nie zdystansowa­ny do pro­blemów Wszechgówna i żałosnych istot je za­miesz­kujących. Tak się jed­nak nie stało. Praw­da była inna. Była jak ostrze brzy­twy. Je­den nie­ostrożny ruch i lądu­jesz z gardłem wywróco­nym na lewą stronę. Ta wie­dza była nie­bez­piecz­na. Ta wie­dza pa­rzyła. I wie­działem, że ja sparzę się również, chy­ba że... wszyst­ko za­pomnę. Wy­silę swoją mózgow­nicę i cofnę się przed wi­zytę u Rod­neya. Czy to możliwe? Może jesz­cze jest szan­sa? Mi­giem po­lecę do bazy i każę Pa­ino­wi z Re­be­lio­nu wy­smażyć mnie na amen. Może wte­dy mi wy­baczą, że usłyszałem to, co usłyszałem.

Cierp­ki uśmiech prze­biegł mi przez twarz. Nie. Nig­dy mi nie wy­baczą, że to usłyszałem, choćbym wy­smażył się dzie­sięcio­krot­nie.

Po skończo­nej au­dien­cji wstałem jak ro­bot na sztyw­nych no­gach i wy­szedłem. Gdzieś tam na ja­kichś zakrętach mo­ich sy­naps pomyślałem, że widzę Rod­neya Cul­lac­ka po raz ostat­ni. Nie wiem, czy była to pro­jek­cja, czy prze­czu­cie. W jakiś sposób się spraw­dziło, lecz nig­dy tak, jak bym przy­pusz­czał.

Szedłem do­brze znaną ulicą, a jed­nak jak­bym był tu po raz pierw­szy. Czułem się, jak­bym do­pie­ro co przy­le­ciał na tę pla­netę. Szu­kałem zna­jo­mych szyldów, nazw, skrzyżowań, ale znaj­do­wałem tyl­ko pu­sty chi­chot. Wszyst­ko ze mnie szy­dziło, po­psu­te la­tar­nie śmiały mi się w twarz. Na­wet mi­ja­ny ro­bot­nik uty­li­za­tor, pa­rias z pa­riasów, ostat­nia ludz­ka szu­mo­wi­na, wy­da­wał się kpić ze mnie. Szedłem jak błędny, nie mogąc myśleć i nie widząc szczegółów. Czułem się jak po trzy­dnio­wym ba­le­cie w knaj­pie Ru­dej Ev, a prze­cież mogę przy­siąc, że dziś nie walnąłem ani jed­nej kre­ski. Nie wiem, ile to trwało i ja­kim cu­dem zapędziłem się do stre­fy J, gdzie - jak wia­do­mo - le­piej o tej po­rze się nie zapędzać. Na­wet jeśli tu­tej­szy mo­ni­to­ring działał, to wszy­scy mie­li go w du­pie. Czar­ne pa­nien­ki nie­mal chwy­tały mnie za ręce, na­ma­wiając na full roz­ko­sze tuż za ro­giem. W ciem­nościach łyskały białe zęby di­lerów i łowców. A ja szedłem, nie zważając na ota­czający mnie kra­jo­braz. W końcu przy­cu­mo­wałem w naj­po­dlej­szym ba­rze w oko­li­cy. Wejście białasa na tu­tej­sze te­ry­to­rium spo­wo­do­wało nie­małe za­mie­sza­nie. Nie wsa­dzi­li mi od razu kosy chy­ba tyl­ko dla­te­go, że byli w niezłym szo­ku. Po­dej­rze­wa­li, że sko­ro jakiś białas o tej go­dzi­nie zapuścił się do stre­fy J, a w tej stre­fie do naj­po­dlej­sze­go baru w pro­mie­niu tysiąca mil, to nie jest zwykłym białasem i może le­piej go nie ru­szać. Wypiłem dwie te­qu­ile. To jak nic zdej­mo­wało z chmur i spro­wa­dzało na zie­mię. Jak­by łączyło cię z twar­dym nie­prze­rwa­nym łańcu­chem ludz­kie­go ist­nie­nia. Te­qu­ila była jedną z nie­wie­lu rze­czy za­cho­wa­nych z daw­nych czasów w dokład­nie ta­kiej for­mie, w ja­kiej ist­niała kie­dyś. Cho­ciaż kto mógł przy­siąc, że to, co dziś na­zy­wa­no te­qu­ilą, było tym sa­mym co trzy­sta lat temu? No tak, niby były Mu­zea Praw­dy z daw­ny­mi sma­ka­mi i za­pa­cha­mi, ale po tym, co mi nadał Rod­ney Cul­lack, prze­stałem wie­rzyć w co­kol­wiek. Równie do­brze Mu­zea mogły dys­po­no­wać sma­ka­mi wy­ge­ne­ro­wa­ny­mi sześć se­kund wcześniej i z przeszłością nie miało to nic wspólne­go.

Ale o czym ja, kur­wa, ga­dam? We łbie mi się po­mie­szało od re­we­la­cji Cul­lac­ka. Na chuj mi czysz­cze­nie na Cy­ber 5, sko­ro jego słowa do­ku­ment­nie wy­pa­liły mi mózg. Nie mogłem tego zro­zu­mieć, tego wiel­kie­go kłam­stwa. Nie mogłem zro­zu­mieć, kto i dla­cze­go w ten sposób ste­ro­wał rze­czy­wi­stością. Oczy­wiście gówno zro­zu­miałem z tego, co mówił Rod­ney, i będę po­trze­bo­wał jesz­cze wie­lu wi­zyt u nie­go, za­nim za­ku­kam tak, jak ku­kają kukułki. Ale kil­ka rze­czy świ­dro­wało mi umysł już te­raz, a zwłasz­cza jed­na.

Mam pięćdzie­siąt osiem lat. Pięćdzie­siąt osiem, a nie dwa­dzieścia pięć. Fuck! Jak to możliwe, że mam pięćdzie­siąt osiem lat? Ja­kim cu­dem? Mam cho­ler­ne ciało gównia­rza i na­wet myśli gównia­rza, a jed­nak nie mogłem się mylić. Na ho­lo­gra­mie, jaki po­ka­zał Rod­ney, byłem wyraźnie ja, wyglądający jak dziś, tyle że to był ho­lo­gram sprzed trzy­dzie­stu lat. Ofi­cjal­na ob­sta­wa rządu. Lato, sto­li­ca, pa­ra­da i ru­ty­no­we działania agentów. Wśród nich ja. Tyl­ko jed­na rzecz się nie zga­dzała. Ten rząd nie ist­niał, kur­wa, od trzy­dzie­stu lat. Kil­ka osób wid­niejących na ho­lo­gra­mie nie żyło, inne się po­sta­rzały. Ja wyglądałem iden­tycz­nie jak dzi­siaj. Ho­lo­gram nie mógł być pod­ro­bio­ny, miał cer­ty­fi­kat państwo­wy, który jak na ra­zie jest je­dy­nym nie­pod­ra­bial­nym do­ku­men­tem w Ga­lak­ty­ce. Kręciło mi się w głowie, nie ro­zu­miałem tego i bałem się, że kie­dy wszyst­kie kloc­ki ułożą się w całość, to moja mózgow­ni­ca eks­plo­du­je, ochla­pując reszt­ka­mi neu­ronów ścia­ny tego ob­sra­ne­go przy­byt­ku.

Przy­siadła się jakaś czar­nul­ka, chy­ba świeża w tej grze, bo jesz­cze tliły się w głębi jej źre­nic reszt­ki człowie­czeństwa. Pytała, czy nie zabłądziłem, i ofe­ro­wała wy­pro­wa­dze­nie mnie z tej stre­fy za jed­ne­go gorącego. Pro­siła, abym sko­rzy­stał, za­nim użyją mnie jako części za­mien­nych dla miej­sco­wych. Walnąłem trze­cią te­qu­ilę i się uśmiechnąłem. To wzru­szające, że byli jesz­cze do­brzy lu­dzie we Wszechgównie. Myślałem, że wy­ginęli na ostat­niej Wiel­kiej Woj­nie, a zo­sta­li sami szu­braw­cy.

Koleś za ba­rem łypnął już do swe­go fun­fla, stu­dwu­dzie­sto­ki­lo­gra­mo­we­go Mu­rza­ja ze szramą na twa­rzy. Znam ten wzrok. Za­uważył, że mam pla­ty­nową kartę, czter­dziestkę, nie­pod­ra­bialną w dwu­dzie­stu je­den stre­fach. Wartą, by ją zdo­być. Dużo można dzięki niej osiągnąć. "Lep­sze życie, lep­sze szczęście", jak ma­wiają. To, że działa tyl­ko w połącze­niu z mo­imi pa­pi­la­ra­mi, nie było wielką prze­szkodą. Naj­wyżej upier­dolą mi pa­lec. Dziew­czy­na co­raz in­ten­syw­niej ciągnęła mnie za rękę. Przyglądałem się jej. Nie była zła. Mała i poręczna. Zwy­kle wolałem wy­so­kie gi­die, sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­metrów to dla mnie mi­ni­mum. Kazałem im jesz­cze wkładać dwunastocen­ty­metrowe szpi­le i wte­dy czułem się bo­sko, choć sam mam tyl­ko metr osiem­dzie­siąt. Na­to­miast od cza­su do cza­su ta­kie poręczne, kie­szon­ko­we ko­biet­ki były miłą od­mianą. Zwłasz­cza że w łóżku można z nimi do­ko­ny­wać czynów, o których wy­so­kie gi­die mogą tyl­ko po­ma­rzyć. Ru­szyłem dupę ze stołka i wy­szedłem za czar­nulką. Kątem oka wi­działem, że dwa gru­ba­sy też ru­szyły ze swo­ich miejsc. Mu­rzaj ze szramą i jego nie mniej­szych roz­miarów koleżka. Oce­niłem ich po­bieżnie. To, że się ru­szyli ze stołków, to ich błąd. Nie wie­dzie­li, z kim mają do czy­nie­nia. Nie byłem sze­re­go­wym pra­cow­ni­kiem Mat­ki. Byłem jej nie­odrod­nym sy­nem, ulu­bieńcem, ma­mu­si­nym sy­necz­kiem. Spe­cem z ka­te­go­rią ósmą. Wspo­mi­nałem już, że Ha­gon Blo­om­kvist, po­wszech­nie sza­no­wa­ny, miał ka­te­go­rię szóstą. No więc ja mam ósmą. Wyższą mają już tyl­ko lor­do­wie z gór Na­chstu, ale oni za­wsze byli po­nad, więc nie ma co ich po­da­wać za przykład. Na dwa­dzieścia je­den naj­bliższych stref było tyl­ko trzech ko­le­si z ka­te­go­rią ósmą, w tym dwóch kom­plet­nie wy­nisz­czo­nych przez dra­ger­sy. Jed­nym z nich byłem ja, ale to, co mam znisz­czo­ne, to je­dy­nie mózg. Ku­tas oraz pięści pra­cują bezbłędnie. Trze­ba wie­dzieć, jaki pro­szek brać, aby nie do­znać uszczerb­ku na ma­je­sta­tycz­ności swo­jej erek­cji. Ha, ha, ha, do­bre bzdu­ry. Każdy dra­gers z cza­sem po­wo­du­je, że masz miękką kuśkę i roz­lazłą breję za­miast mózgu. Ta­kie fak­ty. No, ale to jesz­cze nie mój przy­pa­dek. Na ra­zie mam ka­te­go­rię ósmą i jesz­cze mi jej nie za­wie­si­li.

Dziew­czy­na pro­wa­dziła mnie wąską ścieżynką pomiędzy dwo­ma ba­ra­ka­mi. Miej­sce wąskie jak sam skur­wy­syn, jak wąwóz w Ter­mo­pi­lach z za­mierzchłej przeszłości. Co się wy­da­rzyło w Ter­mo­pi­lach, nie mam pojęcia, ale chętnie przed wy­pro­wa­dze­niem ze stre­fy nie­co bym wy­obra­cał tę siksę. Mówiłem już, cze­go można do­ko­nać z taką kie­szon­kową panią, praw­da? Czar­nul­ka od­wra­ca się i de­li­kat­nie uśmie­cha, czym wzbu­dza we mnie wi­brującą sen­sy­tyw­ność. Jest taka bez­bron­na w tym okrut­nym świe­cie. Ma wiel­kie nie­win­ne czar­ne oczy, lek­ko roz­chy­lo­ne usta, namiętny, przy­spie­szo­ny od­dech i na­gle jeb! Za­po­da­je mi im­puls D3. Wyłado­wa­nie jest tak potężne, że na mo­ment mnie ośle­pia. No żeż kur­wa mać! Naj­bar­dziej nie­przy­jem­no-ku­rew­ski im­puls w tej stre­fie cza­so­wej. Daw­niej używa­no go do wy­smażania mor­derców małych dziew­czy­nek, ale po­tem bio­lo­gia uległa zmia­nie. Lu­dzie sta­li się wy­trzy­mal­si i zaczął służyć do tor­tu­ro­wa­nia stu­dentów, którym nie po­do­ba­li się Zarządzający. Ten im­puls po­wo­du­je, że pusz­czają ci wszyst­kie zwie­ra­cze i ro­bisz kupę i siku w ga­cie jed­no­cześnie. Cza­sem, jeśli je­steś wyjątko­wo mało wy­trzy­mały, wy­pa­dają ci gałki oczne. Taki to sym­pa­tycz­ny dynks. Oczy­wiście człowiek z ka­te­go­rią ósmą nie mógł so­bie po­zwo­lić na to, aby D3 wy­warł na nim ja­kie­kol­wiek wrażenie. Pięć cho­ler­nie długich lat szko­lo­no nas całymi dnia­mi, apli­kując na­szym ciałom i mózgom D3, la­ser Bar­no­ouma, strych­ninę, rtęć, elek­tro­szo­ke­ry najróżniej­szej maści, a na­wet bor­tal, oczy­wiście w roz­cieńczo­nej wer­sji.

Czar­nul­ka jest moc­no zdzi­wio­na, że się nie ob­srałem po ga­ciach i nie leżę z pianą na py­sku, ale trwa to tyl­ko se­kundę, bo walę ją dosyć kon­kret­nie pięścią w twarz. Nos pęka jak pre­ce­lek. Nie jest już tak piękna jak przed mo­men­tem, ale zbyt­nio mnie to nie wzru­sza. Sko­piu­je go so­bie za pięć gorący­chu Post-Chińczyków i ju­tro będzie jak nowa. Nie mam zresztą za dużo cza­su na te dy­wa­ga­cje, bo dwóch gru­basów właśnie przy­było i mają w rękach le­war­ki Hic­ck­sa. Od le­warków z daw­nych czasów różni je to, że mają ude­rze­nie rzędu dzie­sięciu ton i na­wet koleś z ósmą ka­te­go­rią może mieć pro­ble­my, by po­skle­jać kości roz­pie­przo­ne Hic­ck­sem. Gru­bas nu­mer je­den za­mie­rza się i w tym sa­mym mo­men­cie tra­ci oczy. Nie mam, kur­wa, ani na­stro­ju do żartów, ani cza­su na za­bawę. Wy­bi­jam mu pa­trzałki i kon­ty­nu­ując ruch, pociągam go za sobą i tak zmie­niam tra­jek­to­rię jego ciała, że Hic­cks w jego ręce roz­pie­prza czaszkę jego kum­pla. Fa­cet przez ułamek se­kundy drze się jak za­rzy­na­ne pro­się, po­tem dźwięk za­mie­ra w po­wie­trzu. Nie ma już kto krzy­czeć. A więc do­bra na­sza. To ama­to­rzy. Mor­der­cy z Kla­nu na­wet by nie pisnęli, a prze­pra­wa z nimi byłaby znacz­nie gorętsza i obar­czo­na nie­pew­nym re­zul­ta­tem. Na nieszczęście dla czar­nul­ki gru­bas, upa­dając, złamał jej lewą nogę. Ko­lej­nych dzie­sięć gorących pójdzie na skle­jan­ko. Czy­li dwa dni ciężkiej pra­cy kro­czem poszło w nie­byt. Byłem za­do­wo­lo­ny i nie­co próżny. Poszło aż za łatwo. I jak to w ta­kich hi­sto­riach bywa, owa próżność mnie zgu­biła. Za późno wy­chwy­ciłem tur­bu­len­cje po­wie­trza i za­re­ago­wałem właści­wie do­pie­ro wte­dy, kie­dy kula śnie­gu wni­kała już w moją szyję. Śnie­giem na­zy­wa­my rtęć, zwy­kle gor­szej jakości i w mniej­szym stężeniu niż rtęć używa­na przez psy, którą zwą lo­dem. Wy­ko­nałem unik, spiąłem mięśnie, jak trze­ba, i zdołałem nie ze­mdleć, ale i tak około jed­nej czwar­tej daw­ki weszło mi w tętni­ce. Gdy­by to był lód, już bym nie żył. Śnieg był do wy­trzy­ma­nia. Cza­sem za­po­da­wa­liśmy go so­bie wie­czo­ra­mi w Aka­de­mii, gdy nie do­tarł di­ler. Mózg robił się po nim dziu­ra­wy jak sta­re wia­dro, ale były to chwi­le niezłego od­lo­tu. Oczy­wiście nie w ta­kich ilościach, ja­kie te­raz wniknęły w mój krwio­bieg. To już nie będzie od­lot, to będzie niezły zjazd na pełnym ne­ga­ty­wie.

Wie­działem, że lo­gi­ka zgaśnie mi za trzy se­kun­dy. Prze­piąłem się na ga­dzi mózg. Trzy lata tre­nin­gu, by działać tyl­ko w opar­ciu o naj­bar­dziej pier­wot­ne wa­run­ko­wa­nie, po­zwa­la agen­tom funk­cjo­no­wać, na­wet kie­dy wy­smażą im dzie­więćdzie­siąt osiem pro­cent umysłu. Trud­no ich wówczas na­zwać in­te­lek­tu­ali­sta­mi i ciężko z nimi dys­ku­to­wać o współcze­snej po­ezji, ale wciąż po­tra­fią za­bi­jać i nadal mogą nieźle spier­da­lać. Co ni­niej­szym uczy­niłem, bo­wiem mój nos wy­chwy­cił, że na­past­ników na­gle zro­bił się tu­zin i w ta­kim sta­nie mógłbym zo­stać z łatwością wy­eli­mi­no­wa­ny. Poza tym ludz­ki los nie jest mi obojętny i nie lubię za­bi­jać bez ab­so­lut­nej po­trze­by. A tu­taj tej po­trze­by nie miałem. Wszak ko­le­siom cho­dziło je­dy­nie o moją pla­ty­nową czter­dziestkę, za po­mocą której chcie­li prze­we­ge­to­wać kil­ka dni dłużej w tej śmierdzącej dziu­rze Wszechgówna. Ro­zu­miałem ich im­pe­ra­tyw i nie wi­działem po­trze­by ich za­bi­jania. Tak przy­najm­niej wte­dy myślałem, gdy na czte­rech łapach jak jakiś nie­zgor­szy śmiet­ni­ko­wy sierściuch za­su­wałem środ­kiem da­chu w kie­run­ku północ­nym. Wie­działem bo­wiem, że na północy fa­ve­la kończy się naj­szyb­ciej i nikt nie prze­ko­na mo­ich oprawców do wyjścia w Strefę M zwaną Strefą Dnia. Bez czipów iden­ty­fi­ka­cyj­nych w nie­spełna kwa­drans zo­staliby wy­smażeni przez psiar­nię.

Jak bar­dzo się myliłem, prze­ko­nałem się w ciągu naj­bliższych dwu­dzie­stu mi­nut. Opraw­cy nie tyl­ko we­szli do Stre­fy Dnia, ale oka­zało się, że wspo­ma­ga ich dwóch agentów ze współpra­cującej z Matką agen­cji Mir­ror Desk orb-3. Ciężko było mi łączyć fak­ty za po­mocą ga­dzie­go mózgu. Wie­działem, że lot­ność w moim umyśle po tej daw­ce śnie­gu za­cznie po­wra­cać do­pie­ro za ja­kieś czter­dzieści pięć mi­nut. Byłem więc ska­za­ny jesz­cze na po­nad dwa­dzieścia mi­nut de­duk­cji za po­mocą trzech neu­ronów ali­ga­to­ra. Ale na­wet to mi wy­star­czyło, aby zro­zu­mieć, że to grub­sza spra­wa. Mu­sie­li mieć oko na Rod­neya już wcześniej, a te­raz bar­dzo im się nie spodo­bało, gdy po­wie­dział to, co po­wie­dział. Obaj sta­liśmy się na­gle kłopo­tli­wi dla wszyst­kich agen­cji w pro­mie­niu dwu­na­stu lat świetl­nych od epi­cen­trum Wszechbłogosławio­nej Mat­ki.

Sie­dem­naście mi­nut później byłem już w zaułkach Małej Azji. Wpadłem do skle­pi­ku Drey­fus­sa i od­pa­liłem neu­tra­tol pro­sto w ser­ce. Po trzy­dzie­stu se­kun­dach wróciła moja nor­mal­na świa­do­mość. Za­brałem prze­cho­wy­wa­ny u Drey­fus­sa "ple­ca­czek spier­da­lającego agen­ta", jak go na­zwałem. Kil­ka po­trzeb­nych na taką okazję pre­cjozów i sub­stan­cji. A po­tem zmyłem się naj­szyb­ciej, jak można. Za­nim zmie­nię tożsamość, mogą mnie łatwo na­mie­rzyć. Drey­fuss prze­puścił mnie wschod­nim kanałem i za­tarł za mną ener­ge­tycz­ne ślady. Jako agent Mat­ki miałem ze sobą przy­najm­niej trzy ze­sta­wy tożsamości. Wy­brałem tożsamość nie­rzu­cającego się w oczy emi­gran­ta z Su­chej Stre­fy. Kręciło się ich do cho­le­ry i trochę po mieście, i byli naj­mniej in­dok­try­no­wa­ni. Kto by się tam przej­mo­wał zwykłym ro­bo­lem, ja­kich tysiące. Ale dwie mi­nuty później prze­ko­nałem się, że jed­nak się przej­mują. Mi­ja­ny mo­ni­tor wyświe­tlił moją twarz wraz z pełnymi da­ny­mi i czer­wo­nym ko­dem alar­mo­wym. Kur­wa, mie­li dostęp. Dałem w długą. Szyb­ko prze­ana­li­zo­wałem fak­ty. Jest podwójnie gru­bo. Jeśli ktoś ma dostęp do za­ka­mu­flo­wa­nych tożsamości agen­ta ósmej ka­te­go­rii, to zna­czy, że spra­wa roz­bi­ja się o same szczy­ty i nie jest to za­ba­wa. Nie byłbym jed­nak ta­kim właśnie agen­tem, gdy­bym nie miał w swo­im ple­cacz­ku również kil­ku nie­le­ga­li. Spuściłem więc w rynsz­to­ku swo­je ofi­cjal­ne tożsamości z agen­cji i wko­do­wałem so­bie za po­mocą ste­tak­su nowe źre­ni­ce. Stałem się Cli­fem Oksem, jed­nym z no­madów, pra­cow­ników śred­nie­go szcze­bla do wy­najęcia. Ciągle mi­grują w po­szu­ki­wa­niu pra­cy, więc występują dość duże luki w ich no­ty­fi­ka­cji. Ja jed­nak byłem za­no­to­wa­ny ze szczegółowy­mi da­ny­mi. Nie po to zapłaciłem dwieście gorących za tę tożsamość, aby była lewa. Z pew­nością należała do re­al­ne­go gościa, którego szczątki obec­nie wa­lają się na dnie zim­ne­go mo­rza, ki­lo­metr od na­brzeży por­tu. Stu­pro­cen­to­wej pew­ności nie mam, ale zwy­kle tak się załatwia tego typu te­ma­ty. Mu­siałem myśleć lo­gicz­nie. Sko­ro mie­li na­mie­rzo­ne moje agen­cyj­ne al­ter ego­sy, to ofi­cjal­na część mo­jej tożsamości z pew­nością była spa­lo­na. Py­ta­nie tyl­ko, czy Rod­ney jesz­cze zipał, czy już go wy­smażyli? I co te­raz? Wie­dza, którą mi sprze­dał, miała jesz­cze zbyt dużo luk. Nie ro­zu­miałem całości i z pew­nością było za wcześnie, abym mógł na pod­sta­wie tej wie­dzy działać. Czułem się trochę jak sta­rożytny sa­mu­raj, któremu właśnie za­je­ba­no pana. A na­wet go­rzej, bo mnie odcięto od Mat­ki. Mo­jej je­dy­nej, ko­chającej gorzką może, ale silną i praw­dziwą miłością. Od wie­lu lat nie miałem ni­ko­go in­ne­go oprócz Mat­ki. Czułem się jak opusz­czo­ne dziec­ko. A jed­no­cześnie złe i nie­lo­jal­ne dziec­ko, które zdra­dza ro­dzi­cielkę. Na ra­zie w moim or­ga­ni­zmie rządziła ad­re­na­li­na, ale wie­działem, że na­dej­dzie również czas żalu.

Przyj­dzie mo­ment, że po­czuję się jak ka­pi­tan Ueshi­ba, schwy­ta­ny i wy­smażony po dwu­dzie­stu sześciu la­tach nie­na­gan­nej służby, który na­wet nie wie­dział, za co umie­ra. Gdy­bym był w bez­piecz­nym miej­scu, sta­rałbym się złożyć tę układankę w całość. Co właści­wie się wy­da­rzyło? Dla­cze­go te­raz? Kim tak na­prawdę był Rod­ney Cul­lack i dla­cze­go wy­brał właśnie mnie? I na jak wy­so­kim szcze­blu cała ta roz­pier­du­cha zo­stała za­pla­no­wa­na? Tak bym kom­bi­no­wał, ale na ra­zie nie byłem w bez­piecz­nym miej­scu. I już nie ścigało mnie dwóch nie­mra­wych gru­basów, tyl­ko stad­ko agentów z sa­mej cen­tra­li. Może nie mie­li tak wy­so­kich ka­te­go­rii jak ja, ale mie­li wy­star­czająco wy­so­kie, żeby mnie de­por­to­wać na tam­ten świat. O ile tam­ten świat w ogóle ist­niał. Byłem ra­czej prze­ko­na­ny, że po pro­stu wy­smażą mi mózg i na tym się skończy.

O dwu­dzie­stej trze­ciej, prze­kra­dając się bocz­ny­mi szla­ka­mi, do­tarłem w oko­li­ce Lou, mo­jej nie­le­gal­nej in­for­ma­tor­ki. Spo­ty­kałem się z nią za­wsze pod działaniem nu­wak­su, w związku z czym moja zwykła świa­do­mość nie no­to­wała jej. W nor­mal­nym sta­nie umysłu nie pamiętałem, że ktoś taki jak ona w ogóle ist­nie­je. Ze względów bez­pie­czeństwa. Na­wet jeśli po­ta­jem­nie ska­no­wa­li mi umysł na Ko­smo­dro­mie, to nie mie­li zano­to­wanej pan­ny Lou. Pro­blem w tym, że nie miałem ze sobą nu­wak­su, więc nie wie­działem, jak Lou dokład­nie wygląda ani gdzie dokład­nie prze­by­wa. Po­ru­szałem się po za­szy­fro­wa­nych zna­kach, ja­kie zo­sta­wiłem dla sie­bie na wy­pa­dek ta­kie­go właśnie zda­rze­nia. Głupi nie byłem. Już po hi­sto­rii z ka­pi­ta­nem Ueshibą, który był wiel­kim ulu­bieńcem Mat­ki do cza­su, aż pew­ne­go dnia prze­stał nim być, czy­li tak gdzieś od dwóch lat, zo­sta­wiłem w Mieście pełno znaków, skry­tek i lu­dzi, którzy byli ho­do­wa­ni na taką właśnie okazję. Ueshi­ba nie był tak mądry jak ja. Sądził, że miłość Mat­ki jest wiecz­na, i nie był w ogóle przy­go­to­wa­ny na to, że go wro­bią, prze­tra­wią i wy­plują. Mimo że miał tak jak ja ósmą ka­te­go­rię, wy­tro­pie­nie i poj­ma­nie go zajęło za­le­d­wie trzy go­dzi­ny. Po pro­stu nie był przy­go­to­wa­ny. Wi­działem film z jego przesłucha­nia po­ka­zy­wa­ny nam ku prze­stro­dze. Co gro­zi wy­rod­nym sy­nom, którzy zdradzą mat­czyną miłość. Nie było to naj­przy­jem­niej­sze doświad­cze­nie. Ogląda­nie, jak fla­ki two­je­go na­uczy­cie­la i men­to­ra za­czy­nają wypełniać cały pokój, było dosyć męczące. Za­bi­ja­li go przez czter­dzieści go­dzin i udo­wod­ni­li tym sku­tecz­ność własnych me­tod tre­nin­gu, jeśli cho­dzi o wy­trzy­małość swo­ich agentów na ból. Ueshi­ba, mimo za­sto­so­wa­nia każdego ro­dza­ju prze­mo­cy, łącznie z po­wol­nym zgnia­ta­niem jąder, nie wydał z sie­bie ani jed­ne­go krzy­ku. Za­im­po­no­wał mi, ale tyl­ko trochę. Resz­ta to była po­gar­da dla jego głupo­ty i bra­ku prze­wi­dy­wa­nia. Jego zabójstwo tyl­ko przy­spie­szyło moje działania. Robiłem to za­wsze na nu­wak­sie albo si­tri­nio­lu, dla­te­go mój świa­do­my umysł nie znał żad­nych szczegółów. Pozo­sta­wiłem so­bie jed­nak zna­ki, abym mógł w nor­mal­nym sta­nie świa­do­mości do­trzeć do utaj­nio­nych przy­ja­ciół. Je­den ze znaków powie­dział mi właśnie, że jest ktoś taki jak pan­na Lou i na pew­no mi pomoże. Zro­bi to nie tyl­ko dla­te­go, że była do­brze opłaca­na, ale też dla­te­go, że miała bar­dziej oso­bi­ste po­wo­dy. Nie raz i nie dwa za­fun­do­wałem jej tak zwaną oralną przy­jem­ność, co tu­tej­szym japońskim ko­bie­tom wy­bit­nie się po­do­bało, gdyż pru­de­ria ich małżonków nie do­pusz­czała tego typu za­cho­wań. Te­raz wy­star­czyło ją tyl­ko od­na­leźć. Swoją drogą, cie­ka­wy jest żywot po­dzie­lo­ny na kil­ka części, kie­dy jed­na część cie­bie nie wie, co robi dru­ga. Może wte­dy docho­dzić do in­te­re­sujących in­cy­dentów. Jak bar­dzo in­te­re­sujących - miałem się prze­ko­nać oso­biście w ciągu naj­bliższych dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin.

Tak samo zresztą było na mi­sjach. W większości apli­ko­wa­li nam rządowy stret-11, sil­ny śro­dek zmie­niający tożsamość. Ale oczy­wiście nie tak sil­ny jak nie­le­gal­ny nu­wax. Tak czy in­a­czej, po po­wro­cie zupełnie nie ko­ja­rzyłeś, co się tam działo. Nie­na­wi­dziłem tego bra­ku świa­do­mości i po­ta­jem­nie zacząłem ćwi­czyć się w sztu­ce ope­ro­wa­nia ga­dzim mózgiem. Tech­no­lo­gie te po­chodzą od lordów z Na­chstu i są dostępne tyl­ko ab­so­lut­nie za­ufa­nym człon­kom przy­bocz­nej gwar­dii Mat­ki, tym z dzie­wiątą ka­te­go­rią w kla­pie. Zarówno jed­nak ja, jak i je­den z pośled­niej­szych lordów lu­bi­liśmy ba­le­ty w XIII dziel­ni­cy, więc z cza­sem, w za­mian za la­bo­ra­to­ryj­nie czystą so­ma­xo­inę, mój zna­jo­mek do­star­czył mi pełen pa­kiet in­for­ma­cji. Krok po kro­ku składałem tę układankę, a że za­wsze miałem ta­lent, to już po roku po­tra­fiłem płyn­nie prze­cho­dzić pomiędzy swo­imi umysłami. Ta­jem­nicą po­zo­sta­wał oczy­wiście Nad­umysł, o którym krążyły tyl­ko le­gen­dy. To tak zwa­na Wyższa Jaźń, dzięki której mogłeś po­znać przyszłość i łączyć się z in­ny­mi by­ta­mi, po­zy­skując z nich nie tyl­ko in­for­mację czy ener­gię, ale - co brzmi bar­dzo ta­jem­ni­czo - prze­kształcając się w nie. Jak by to miało wyglądać w re­alu, nie miałem pojęcia. Od lat szu­kałem kogoś, kto by mi dał ja­kieś dro­go­wska­zy w tej ma­te­rii, i czułem w kościach, że w Nad­umyśle kryła się wiel­ka ta­jem­ni­ca ludz­kie­go ist­nie­nia. Nie­ste­ty, in­struk­cje do­tyczące po­du­mysłów nie za­wie­rały kodów do Nad­umysłu. Gdy­bym ten kod znał, taka sy­tu­acja jak obec­na w ogóle by się nie zda­rzyła. Po pro­stu umiałbym ją prze­wi­dzieć, a po­tem - tak jak Nad­lor­do­wie zmie­niają tra­jek­to­rię lotu kuli za po­mocą umysłu - tak samo ja po­za­mia­tałbym specsłużby. I to siedząc wy­god­nie u sie­bie na ki­bel­ku i zaśmie­wając się z plo­te­czek wy­czy­ta­nych w sie­cio­wym szmatławcu. Ale dosyć dy­wa­ga­cji. Stret-11 nie do końca wyłączał rep­ti­liańskie ob­wo­dy, dla­te­go częściową wiedzę o mi­sjach za­cho­wy­wałem. Nie była ona jed­nak możliwa do od­zy­ska­nia w zwykłym sta­nie wejścia w ga­dzi mózg. Mu­siałem wzmac­niać te sta­ny skom­pli­ko­waną apa­ra­turą i do­dat­ko­wy­mi dra­ger­sa­mi, ta­ki­mi jak no­wo­de­ka­ina. Ge­ne­ral­nie było to kosz­tow­ne i wy­czer­pujące. Tak samo te­raz, przełączając się na ga­dzi sys­tem, czułem, że znam te miej­sca i ulicz­ki. Za­pa­chy wwier­cały mi się w nos i dawały od­czu­cie pamięci. Ale tyl­ko na ich pod­sta­wie w życiu nie zna­lazłbym pan­ny Lou. Po­ziom szczegółów, które mogłem od­na­leźć w ga­dziej części sys­temu, nie po­zwo­liłby na skon­stru­owa­nie dokład­nej mapy. Na pew­no nie bez no­wo­de­ka­iny. Na­to­miast dzięki po­zo­sta­wio­nym za­szy­fro­wa­nym wskazówkom z łatwością dotrę do celu, a ga­dzi mózg od­po­wie mi na py­ta­nie, czy pan­na Lou jest au­ten­tycz­na, czy też jest pod­sta­wioną re­pliką, jeśli agen­cja do­tarła do niej wcześniej.

Wskazówki za­pro­wa­dziły mnie do skle­pu rzeźni­cze­go. Za ladą stała potężnie zbu­do­wa­na ko­bie­ta o kon­kret­nej tu­szy. Miała może z sześćdzie­siąt lat. Tłuste włosy, tłusta na twa­rzy, prysz­cze. Krótko mówiąc, dosyć hard­co­ro­we em­ploi. Jed­nak ni stąd, ni zowąd zacząłem mieć erekcję i po­czułem się bar­dzo nie­swo­jo. Co jest, przy­ja­cie­lu? Dla­cze­go sta­jesz do boju? Nig­dy prze­cież nie gu­sto­wałeś w stu­pięćdzie­sięcio­ki­lo­gra­mo­wych wie­lo­ry­bach? Pod­szedłem nie­pew­nie do lady, bacz­nie lu­strując oto­cze­nie. Byłem tu w przeszłości, co do tego nie miałem wątpli­wości. Ale gdzie była te­raz pan­na Lou? Czy gru­ba mi na to od­po­wie, czy będę mu­siał ją nie­co przy­cisnąć?

- Szu­kam pan­ny Lou - po­wie­działem, patrząc jej w oczy.

Cze­kałem na ruch źre­nic. Ten ruch po­wie mi, czy kłamie, czy mówi prawdę. Ale źre­nice się nie po­ru­szyły. Ko­bie­ta pa­trzyła pro­sto na mnie.

- Jaja so­bie ro­bisz? - spy­tała po chwi­li uciążli­we­go mil­cze­nia.

- Grzecz­nie py­tam.

- Żebyś mnie cza­sem nie wkur­wił tą grzecz­nością - prychnęła ni­czym za­zdro­sna ko­ci­ca.

Wyszła zza lady, po­deszła po­wo­li, ciągnąc swo­je ciel­sko nie­mal po zie­mi. Oprócz tego, że była tłusta i prysz­cza­ta, uty­kała dość kon­kret­nie na prawą nogę. Niezły mo­del, ist­na Miss Ga­lak­ty­ki. Po­win­na jesz­cze mieć garb i sy­fi­lis, wte­dy byłby kom­plet.

Stanęła w od­ległości me­tra, nie­ocze­ki­wa­nie za­darła su­kienkę i po­ka­zała mi nie­wy­de­pi­lo­wa­ne kro­cze. Ten gest wywołał we mnie nie tyl­ko nie­smak i nie­do­wie­rza­nie. Nastąpiło też coś całkiem nie­ocze­ki­wa­ne­go. Mój fiut o mało nie wybił mi oka. O co tu­taj, kur­wa, cho­dzi? Położyła mi rękę na głowie i przy­ciągnęła do swo­je­go brzu­cha. Dziw­ne było to, że nie wyłamałem jej tej ręki ze stawów i nie sprze­dałem kopa, który złamałby jej kark. Tyl­ko jak mały ba­ra­nek po­zwo­liłem przy­ciągnąć swo­je usta do jej owłosio­nej wa­gi­ny. Po­czułem kwaśny za­pach potu i na­gle lamp­ka mi się za­pa­liła. Znałem ten za­pach. Aż za do­brze. Wi­tam, pan­no Lou. Od­sko­czyłem jak uczniak. Tego się nie spo­dzie­wałem. Wiem, że nu­wax wyłącza pew­ne ob­sza­ry tożsamości i je­dziesz w większości na ga­dziej, ale żeby kom­plet­nie wyłączył mi gust? Za­wsze byłem dum­ny ze swo­je­go sma­ku, a moje ko­bie­ty śmiało mogły występować w noc­nym paśmie roz­ryw­ko­wym Sie­ci Ogólnoświa­to­wej. Spo­dzie­wałem się, że pan­na Lou to fi­li­gra­no­wa Ja­pon­ka o nie­co wy­stra­szo­nym spoj­rze­niu i wiel­kich cyc­kach i za­nim wyciągnę in­for­ma­cje i odpłynę w siną dal, odbędzie­my jesz­cze jed­no wzmac­niające i roz­kosz­ne t?te-a-t?te na za­ple­czu. Ale z tą ko­lu­bryną? Boże, jeśli ist­nie­jesz, strzeż mnie przed nu­wak­sem. Co jesz­cze, do ja­snej cho­le­ry, wy­czy­niałem na tym spe­cy­fi­ku? Przez se­kundę miałem wizję, że miesz­kam z trze­ma gar­ba­ty­mi sta­rusz­ka­mi i całą chmarą nie­do­ro­bio­nych dzie­ci w ma­lut­kiej klit­ce w stre­fie J. W jed­nej mikrose­kundzie zro­zu­miałem, że nu­wax to nie tyl­ko cud tech­no­lo­gii che­micz­nej, ale też niezły, kur­wa, ob­ciach. Pan­na Lou pa­trzyła z wyraźnym nie­smakiem.

- Je­steś bez nu­wak­su, nie­praw­daż?

- Praw­daż. - Po­twier­dziłem bez en­tu­zja­zmu.

- Mogą mnie na­mie­rzyć.

- Je­stem na in­nym ko­dzie.

- Mają swo­je spo­so­by - po­wie­działa i jed­nym ru­chem wbiła mi strzy­kawę w szyję.

Zno­wu ta dziw­na miękkość i słabość. Od dzie­sięciu lat nie dopuściłem, aby ktoś do­tknął mego ciała bez po­zwo­le­nia. A te­raz dałem so­bie wbić strzy­kawę nie­ja­sne­go po­cho­dze­nia, z nie wia­do­mo czym w środ­ku. Tak, to było dziw­ne. Nie bro­niłem się. Próbowałem so­bie tłuma­czyć, że to względy bez­pie­czeństwa, a w środ­ku jest tyl­ko sta­ry, po­czci­wy nu­wax, który przy­najm­niej trochę usu­nie po­czu­cie niezłego kwa­su z tej sy­tu­acji. Jed­nakże i tak moje za­cho­wa­nie było dla mnie czymś nie­spo­dzie­wa­nym. Co zaś do nu­wak­su, to miałem rację. Po sześciu se­kun­dach wciąga­nia w lej powróciły flu­ore­scen­cyj­ne ko­lo­ry, a na­prze­ciw­ko mnie stał de­mon sek­su. Cała prze­strzeń wi­bro­wała od kąśli­we­go za­pa­chu jej spo­co­nej pip­ki. Była to ta sama tłusta masz­ka­ra co wcześniej, tyl­ko ja byłem już kimś in­nym. I aż bałem się pomyśleć, kim. Nie tra­ciłem cza­su na wyjaśniające roz­mo­wy, po­pchnąłem ją na za­ple­cze i zerżnąłem na do­sta­wie świeżych półtusz. Mięso kląskało pod nami, a reszt­ki po­so­ki try­skały na ścia­ny w rytm mo­ich ga­dzich ruchów. Klap, klap, klap. Jej wiel­kie cyce od­bie­rały mi tlen, a jej ciel­sko łamało mi kości. Zno­wu za­li­czyłem ko­smicz­ny or­gazm, a zwierzęce ryki, których so­bie nie szczędziłem, było pew­nie słychać w całej dziel­ni­cy rzeźników. Nu­wax rządzi, nie ma co. Może zresztą war­to wyciągnąć z tego wnio­ski i za­sto­so­wać w świa­do­mym życiu. Nie war­to z góry skreślać tłustych ko­biet. Cza­sa­mi mają w so­bie owo ma­gicz­ne coś, o czym chu­de mogą tyl­ko po­ma­rzyć.

Po­tem spędzi­liśmy pół go­dzi­ny w dźwiękosz­czel­nej, od­izo­lo­wa­nej elek­tro­ma­gne­tycz­nie chłodni. Lou po­wie­działa mi, co wie­działa, a ja prze­szy­fro­wałem to w ma­try­cy, abym mógł od­two­rzyć w nor­mal­nym sta­nie świa­do­mości.

W ciągu kil­ku go­dzin wieści się roz­niosły. Była niezła roz­pier­du­cha w związku z Rod­ney­em Cul­lac­kiem. Próbo­wa­li go zdjąć agen­ci z siódem­ki, ale aku­rat tra­fi­li na sesję ka­pi­ta­na Flo - zbiorówkę mo­ty­wa­cyjną sek­cji li­kwi­da­torów. Za­nim ci z siódem­ki wysłowi­li się, o co cho­dzi, li­kwi­da­torzy włączy­li się do gry i nastąpiła mała rzeź. Po­dob­no można było zadławić się prze­la­tującymi fla­ka­mi. Kie­dy skończo­no, wśród frag­mentów kończyn i roz­ma­za­nych wnętrzności nie od­na­le­zio­no Rod­neya Cul­lac­ka ani żad­nej jego części. Jak­by się zde­ma­te­ria­li­zo­wał. Nie była to dla mnie żadna nowość. Po­dej­rze­wałem go, że po­tra­fi usu­wać się ze sce­ny właśnie w taki sposób. Jeśli wie­dział to, co wie­dział, być może w ogóle go tam nie było w oso­bi­stej powłoce, je­dy­nie używał swo­je­go wid­ma. Tak czy­ni­li wyżsi rangą lor­do­wie z Na­chstu. Często pod­czas spo­tka­nia ope­ra­cyj­ne­go było ośmiu lordów i ani jed­ne­go człowie­ka. Same wid­ma. To zresztą ura­to­wało im tyłki je­sie­nią, kie­dy przy­go­to­wa­no na nich za­mach ter­mo­ba­rycz­ny. Ol­brzy­mie ciśnie­nie i tem­pe­ra­tu­ra trzech tysięcy stop­ni doszczętnie zde­ma­te­ria­li­zo­wały wy­po­sażenie sal­ki kon­fe­ren­cyj­nej oraz prze­rwały im opo­wieść o wy­gra­nej w gol­fa przez Siddhę I, który zresztą nie po­wi­nien gry­wać w gol­fa, gdyż siłą myśli umiał ste­ro­wać lo­tem piłecz­ki. Opo­wieść zo­stała prze­rwana w naj­cie­kaw­szym mo­men­cie, ale tyl­ko na chwilę. W roz­wa­lo­nej sal­ce, wy­pa­lo­nej do gołej ty­ta­no­wej kon­struk­cji, wid­ma po­ja­wiły się dwa­dzieścia se­kund później. Tyle że już nie roz­ma­wiały o gol­fie i małych oszu­stwach Sid­dhy I z piłeczką. Usta­liły plan działania, który za­owo­co­wał słynną rze­zią za­machowców w Sax-Gen­der 7. Oczy­wiście lor­do­wie używa­li do two­rze­nia swych widm tech­no­lo­gii oraz che­micz­nych zmie­nia­czy, ale w agen­cji krążyły le­gen­dy o gościach, którzy umieją to robić na żywca. Myślę, że Rod­ney Cul­lack był jed­nym z nich.

Po­pro­siłem, aby Lou zo­sta­wiła mnie sa­me­go. Wziąłem neu­tral i wróciłem do własnej świa­do­mości. Mu­siałem myśleć lo­gicz­nie. Od­two­rzyłem w ma­try­cy ostat­nie wy­da­rze­nia oraz to, co po­wie­działa Lou, i zacząłem układać puz­zle. Mu­siałem stwo­rzyć jakiś plan działania. Co da­lej? Le­cieć na Soho i zro­bić pla­stykę? Czy zniknąć gdzieś w dżungli daw­ne­go Rio de Ja­ne­iro? A może w ogóle wle­cieć w Nie­czas i po­pro­sić o azyl któregoś z ba­nitów. Cho­ciażby Mi­ra­dei z Wol­fa 359. Z dru­giej stro­ny półtora roku lotu w jedną stronę to kom­plet­ny bez­sens. Miałem mętlik w głowie. Naj­gor­sze, co się wy­da­rzyło, to za­chwia­nie mo­jej tożsamości. Za­czy­nałem po­wo­li powątpie­wać w to, kim w ogóle je­stem. Za­czy­nałem wątpić, że moje war­tości są mo­imi war­tościa­mi, a po­trze­by - mo­imi po­trze­ba­mi. Na­wet moje pra­gnie­nia stały się moc­no wątpli­we. A jeśli to nie były w ogóle moje pra­gnie­nia? Kim byłem? Do tej pory byłem je­dy­nym agen­tem, który prze­cho­dził skom­pli­ko­wa­ne te­sty oso­bo­wości na równe dzie­sięć. Owszem, było kil­ku, którzy do­sta­wa­li dzie­więć koma dzie­więćdzie­siąt osiem, ale pełną dychę brałem tyl­ko ja. Ge­ne­ral­nie wszy­scy mnie po­dzi­wia­li, że po­tra­fiłem utrzy­mać tak do­bre ro­ze­zna­nie mimo ciągłych zmian do­ko­ny­wa­nych na umyśle. A ja jak głupi nar­cy­stycz­ny du­pek szczy­ciłem się tym, że za­wsze orien­tuję się w sy­tu­acji. Byłem tak nie­zwy­kle pla­stycz­ny, bo sądziłem, że to ce­cha mo­je­go cha­rak­te­ru. Na­zy­wałem ją "sze­ro­kim spek­trum oso­bo­wości". Myślałem, że wyćwi­czyłem się po­przez bra­nie nar­ko­tyków. Na­wet gdy brałem naj­cięższy stuff, to i tak za­cho­wy­wałem przy­tom­ność umysłu. Płyn­nie włączałem w swo­je teraźniej­sze doświad­cze­nie gno­my i kra­sno­lu­dy, które uka­zy­wały się po zażyciu wyciągu z kak­tu­sa. Nie miałem pro­ble­mu z za­wi­ro­wa­nia­mi rze­czy­wi­stości na­wet na pełnym haju, po kil­kunastu różowych lan­dry­nach, które rozkładały naj­tward­szych. Sądziłem, że je­stem ge­niu­szem tożsamości. Tym­cza­sem te­raz mogło się oka­zać, że to wszyst­ko było bzdurą i miałem tyl­ko wsz­cze­pio­ny pro­gram, który stwa­rzał złudze­nie ciągłości oso­bo­wości. A tak na­prawdę nie miałem jed­no­li­tej tożsamości.

Te re­we­la­cje przy­pra­wiały mnie o mdłości. Nie lubiłem zmian, cie­szyłem się, że je­stem do­brym agen­tem i mimo tak nie­po­układa­ne­go cha­rak­te­ru mam tak poukłada­ne w głowie. A te­raz to wszyst­ko mogło oka­zać się złudze­niem. Pie­przo­ny Rod­ney Cul­lack. Dla­cze­go aku­rat do mnie się przy­ssał i mnie wy­brał z tego całego pan­te­onu? Jest wie­lu mniej od­da­nych Mat­ce agentów. Wie­lu ta­kich, których łatwiej byłoby mu zwer­bo­wać. Na przykład taki fa­cet jak Jac­ky Min­cer, który w teście oso­bo­wości do­sta­je le­d­wo osiem koma sześć i który wszędzie węszy spi­ski, byłby na pew­no bar­dziej po­moc­ny w układan­ce Cul­lacka. A jed­nak on wy­brał mnie. Dla­cze­go? Nie wie­działem. Bar­dzo wie­lu rze­czy nie wie­działem i nie wyglądało na to, że wkrótce się do­wiem. Prze­pysz­ne gówno, w którym wylądowałem, za­czy­nało już poważnie cuchnąć, a te­raz mu­siałem jesz­cze zeżreć je do czy­sta. I po­dziękować. Eks­tra!

Rod­ney wspo­mi­nał o jesz­cze jed­nym ad­re­sie. Se­mi­co. Jego ta­jem­ni­cza po­moc­ni­ca. Tak, ona pomoże mi po­skle­jać to wszyst­ko do kupy. Ale naj­pierw rzecz pod­sta­wo­wa. Mu­siałem spo­tkać się z którymś z lordów z Na­chstu. Zwykłe agen­cje nie po­win­ny być dla mnie pro­ble­mem, ale jeśli kon­trakt na mnie wezmą lor­do­wie, to w dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny stanę się wspo­mnie­niem. Większość z nich ma dzie­wiątą ka­te­go­rię, ale są też czte­rej łowcy z dzie­siątką i tym nie umknę w żad­nym wy­mia­rze. Mu­siałem jak naj­szyb­ciej wy­ku­pić swo­je życie. Le­gal­ny trans­port na Wyspę Lordów od­pa­dał. Na ofi­cjal­nych trans­portowcach zi­den­ty­fi­ko­wa­li­by mnie w ciągu trzech mi­nut. Za­pach potu mógłbym zmie­nić, ale nie DNA. A przy­najm­niej nie bez bio­lo­gii z Wy­so­kie­go Brze­gu. Tyle że o do­sta­niu się na Wy­so­ki Brzeg mogłem w tym mo­men­cie tyl­ko po­ma­rzyć. A nie pójdę pod nóż ja­kie­goś do­mo­rosłego ciu­ry tu­taj w sto­li­cy, który przez przy­pa­dek wsz­cze­pi mi chro­mo­so­my jeżozwie­rza i na­gle za­czną mi rosnąć kol­ce, a ja za­cznę wpie­przać ter­mi­ty na ko­lację. Na Wy­so­kim Brze­gu był dok­tor Si­hey­zu Miy­aki, Post-Japończyk, któremu ufałem na tyle, aby mógł mi po­grze­bać w ko­dzie. Ale to za chwilę. Wszyst­ko za chwilę. Naj­ważniej­si byli lor­do­wie. Jeśli agen­cja nie do­rwie mnie przez dwa­naście go­dzin, do­staną na mnie zle­ce­nie i wte­dy mój czas za­cznie się li­czyć w mi­nutach. Chwilę później byłem w pasażu Sy­ra­ku­zy. Nie mu­siałem znacząco wy­si­lać swo­ich ga­dzich ob­wodów, bo do­brze znałem to miej­sce z re­alu. Wszedłem do nie­bie­skie­go skle­pi­ku z tan­detną biżute­rią. Oprócz ta­nich błysko­tek była to też sie­dzi­ba Prze­woźników. Byli mi win­ni co nie­co za przeszłość. Wpro­wa­dzo­no mnie na za­ple­cze i przy­biłem piątkę z Ta­ka­mo­to. Miał za­le­d­wie 18 lat, ale kręcił tym in­te­re­sem. Jesz­cze do nie­daw­na był najmłod­szy z Ro­dzi­ny, ale obec­nie jest już naj­star­szy. Jego trzej bra­cia i oj­czym zo­sta­li wy­smażeni. Ostat­ni, Re­nyo, z którym do tej pory robiłem in­te­re­sy, w ubiegły piątek. Ta­ka­mo­to nie zdra­dzał żad­nych oznak emo­cji.

- Czte­ry­sta - po­wie­dział ci­cho i me­ta­licz­nie.

- Cie­bie chy­ba też próbo­wa­li wy­smażyć. Przeżyłeś, ale zo­stały efek­ty w mózgu, co? - za­gaiłem.

Miało to za­brzmieć żar­to­bli­wie w świe­tle ostat­nich wy­da­rzeń. Czte­ry­sta było for­tuną. Ta­ka­mo­to nie zaśmiał się z mo­je­go dow­ci­pu.

- Je­steś na liście i zapłacisz cenę, jaką po­wiem. Każdą cenę. Więc ciesz się, że brzmi ona tyl­ko czte­ry­sta.

Po­pa­trzyłem mu w oczy.

- Ro­bisz błąd, Ta­ka­mo­to. Wie­le razy przy­my­kałem na was oko.

Ta­ka­mo­to po raz pierw­szy się uśmiechnął.

- Czyż je­steś nie­ru­cho­mym star­cem z pu­sty­ni, który nie przyj­mu­je do wia­do­mości zmian pór roku? Cie­bie już nie ma i to nie ty będziesz te­raz przy­my­kał oko.

- Twój brat Re­nyo in­a­czej wi­dział tego typu spra­wy. Ho­nor coś dla nie­go zna­czył.

- Mo­je­go bra­ta Re­nyo wy­smażyli tak, że nie zo­stał z nie­go na­wet ko­smyk włosów, co ozna­cza, że jego wi­dze­nie spraw było błędne. Płacisz czy wy­pier­da­lasz?

Nie­ste­ty, Ta­ka­mo­to miał rację. Nie było zbyt­nie­go wy­bo­ru. Tam gdzie chciałem le­cieć, tyl­ko jego Prze­woźnicy za­pew­nia­li jako ta­kie bez­pie­czeństwo. O ile o czymś ta­kim w ogóle mogłem mówić w mo­jej sy­tu­acji. Miałem jesz­cze go­dzinę. Po­tem agen­cja wy­zna­czy cenę za moją głowę i zro­bi się gorąco. Nie będę mógł już ni­ko­mu ufać. Ta­ka­mo­to jed­nak wkur­wił mnie, a ja nie lubię, gdy ktoś mnie wkur­wia. Zapłaciłem mu czte­ry­sta z czar­nej kar­ty. Należała do in­do­ne­zyj­skie­go li­kwi­da­to­ra z gan­gu sie­dem­na­stu małp, którego agen­cja wy­smażyła trzy dni temu, ale tego nie upu­blicz­niła. Wie­działem, że jego lu­dzie węszy­li za nim po dwu­dzie­stu je­den stre­fach. Z na­tu­ry je­stem do­bro­tli­wy i chętnie po­ma­gam, niech więc od­najdą ten prze­miły ślad i za­wi­tają do Ta­ka­mo­to. Niech go prze­py­tają. Jako du­pek zasłużył na miłą po­gawędkę w sty­lu in­do­ne­zyj­skim. Szko­da tyl­ko, że jego ród na nim się zakończy. Wy­szedłem na podwórko, gdzie cze­kał już na mnie mały i nie­co ku­lejący Prze­woźnik.

Wolałem dłuższą wersję podróży, ale bez za­trzy­my­wa­nia w stre­fie rządo­wej. Nasz pit stop wy­padłby dokład­nie za sześćdzie­siąt mi­nut na Wy­spie Strażników, a wte­dy moja fa­cja­ta wraz z kon­kretną ofertą pie­niężną ukaże się w całej ciekłokry­sta­licz­nej stre­fie i Prze­woźnik od Ta­ka­mo­to mógłby zmie­nić zda­nie co do osta­tecz­ne­go celu na­szej podróży. Za­nim ru­szy-liśmy, przesłałem za­szy­fro­waną wia­do­mość do Threyo, lor­da, o którym już wspo­mi­nałem. To on do­star­czył mi kon­spek­ty zarządza­nia ga­dzim mózgiem. On też będzie moim pośred­ni­kiem. W krótkim info za­zna­czyłem, że chcę ne­go­cjo­wać i mam do za­ofe­ro­wa­nia to i owo, więc niech nie spieszą się z próbą wy­smażenia mnie.

Dwie go­dzi­ny później wylądo­wa­liśmy w Lo­do­wym Zakątku. Była to mała wy­sep­ka nie­da­le­ko Wy­spy Lordów, bez­piecz­niej­sza pod względem stra­te­gicz­nym. Zwy­kle spo­ty­kałem się tu­taj z Threyo. Threyo był pośled­nim lor­dem, utrzy­my­wał swój tytuł tyl­ko z uwa­gi na zasługi ojca i dzia­da. Obaj byli wiel­ki­mi wo­jow­ni­ka­mi i obaj zginęli z ho­no­rem. Threyo za­miast ho­no­ru wolał jed­nak so­ma­xo­inę i nie­zbyt wy­bred­ne dziw­ki. Nie miał żad­nych za­datków na wo­jow­ni­ka. Był stra­chli­wy, miękki i nie­sta­bil­ny. Wciąż utrzy­my­wał swój stołek, bo w każdym sta­dzie lwów po­trzeb­ne są szczu­ry, by wy­ja­dać gówno. In­a­czej za­cznie bar­dzo śmier­dzieć i lwy mogą się przy­truć. I to właśnie czy­nił w imie­niu lordów. "Wiel­cy lor­do­wie nig­dy nie spla­mią so­bie rąk nie­ho­no­ro­wym działaniem", ta­kie mie­li po­wie­dze­nie. Dru­ga część tego po­wie­dze­nia brzmiała: "Mają tyle for­sy, że mogą zapłacić, aby ręce spla­mił so­bie ktoś inny".

Threyo spóźnił się trzy­dzieści mi­nut i był w opłaka­nym sta­nie. Trzy­mał się na ostat­nich no­gach i zupełnie nie czaił, co się do nie­go mówi. Był spo­co­ny i śmier­dział po kil­ku­dnio­wym ba­le­cie. I tak do­brze, że w ogóle do­tarł. Zro­biłem dla nie­go kreskę z la­xxi i to go nie­co przywróciło do pio­nu.

- Łał, co za to­war. Na­wet my ta­kie­go nie mamy. Skąd? - za­py­tał, gdy jego zdol­ność ko­ja­rze­nia faktów nie­co się wy­ostrzyła.

- Załatwię ci cały ki­lo­gram. A chy­ba czu­jesz, że jest to lep­sze niż po­czci­wa so­ma­xa, co?

- Jest lep­sze. A w za­mian za co załatwisz?

- Za to, że cię lubię. - Uśmiechnąłem się.

- To bar­dzo mnie lu­bisz. - On też się uśmiechnął.

- Ale jeśli mnie za­biją, to, jak sam ro­zu­miesz, nic ci nie załatwię. - Mój uśmiech zro­bił się jesz­cze szer­szy.

- Aaa! Ta­kie buty. Je­steś spryt­ny, bo właśnie przy­szedłem ci po­wie­dzieć, że liga lordów nie będzie cię chro­niła.

Za­mru­gałem z nie­do­wie­rza­niem.

- To zna­czy?

- Nie wy­znaczą em­bar­ga na cie­bie. Czy­li blo­ka­dy nie będzie. - Zakłopo­ta­ny Threyo po­dra­pał się za uchem.

Miał dosyć de­pry­mujący zwy­czaj dra­pa­nia się po włosach albo po ja­jach, a następnie wącha­nia so­bie palców. Gdy na końcu roz­mo­wy dawał ci dłoń do uściśnięcia, to aku­rat byłeś już go­to­wy, aby się zrzy­gać.

- Zachęcać również nie będą - kon­ty­nu­ował, wąchając pal­ce. - De­cyzję zo­sta­wią w ge­stii po­szczególnych łowców. Jeśli nikt od nas nie ze­chce zre­ali­zo­wać kon­trak­tu, no to nic ci się nie sta­nie.

- Nie pier­dol! - prze­rwałem mu dość ob­ce­so­wo. - Kto nie ze­chce? Białasi z Wydm? Albo Ta­ka­ha­shi? Oni wy­smażą mnie z wiel­kim uśmie­chem i za­do­wo­le­niem. Wiesz, że nie prze­pa­da­my za sobą.

- Wiem. Tak tyl­ko po­wie­działem, aby cię po­cie­szyć. Ri­chard, co to w ogóle za poważna afe­ra, że wszyst­ko idzie szyb­kim kanałem? W nor­mal­nych wa­run­kach miałbyś przy­najm­niej trzy doby, aby się gdzieś za­szyć. Wy­dup­czyłeś samą Matkę czy co?

- To duża afe­ra. - Po­sy­pałem jesz­cze kreskę i pod­sunąłem Threyo.

Sam nie wziąłem, bo nie mogłem so­bie te­raz po­zwo­lić na żaden błędny ruch, a po la­xxi sta­wałem się na­zbyt roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny.

- Do­bry ten pro­szek. - Threyo wciągnął i wi­działem, że jakość tego gówna wzbu­dziła w nim wiel­ki dy­le­mat mo­ral­ny.

Taki zresztą był mój plan. Może gdy­bym do­tarł do lor­da Se­graya... może on wy­sta­wiłby mi ułaska­wie­nie.

- Ki­lo­gram naj­czyst­sze­go la­xxi w Ga­lak­ty­ce cze­ka. - Uśmiechnąłem się.

- A pamiętasz dupę z XIII dziel­ni­cy, twoją niby na­rze­czoną? Rudą?

- Rudą Ev? Ra­czej.

- Próbowałem się z nią umówić, ile razy byłem w oko­li­cy, a ta suka leje na mnie, na­wet nie chce jej się wymyślać kłamstw, po pro­stu wzru­sza ra­mio­na­mi i wy­dy­ma usta...

- I co? Mam spra­wić, aby nie wy­dy­mała ust? - za­py­tałem.

- Masz spra­wić, żebym ja ją wy­dy­mał i dwa kilo prosz­ku.

Threyo wstał i rzu­cił pla­stik na stół.

- To kar­ta do mo­je­go apar­ta­men­tu, wejdź przez garaż, scho­da­mi prze­ciw­pożaro­wy­mi. Mo­ni­to­ring jest uszko­dzo­ny. Je­steś tam bez­piecz­ny przy­najm­niej do wie­czo­ra. Jak ta ruda zdzi­ra przy­le­ci do mnie z dwo­ma ki­lo­gra­ma­mi prosz­ku, to po­ga­dam z sędzią. A jak zno­wu wy­dmie usta, to wy­nieś się przed dzie­siątą. Nie chcę mieć two­ich flaków na szczo­tecz­ce do zębów.

Threyo uśmiechnął się i wy­szedł z baru. No to miło. Przy­ja­cie­le nig­dy nie zo­sta­wią cię w po­trze­bie. Ba­lo­wa­liśmy ze sobą na do­bre i złe ja­kieś pięć lat i proszę. Można li­czyć na człowie­ka, gdy się jest w ciężkiej sy­tu­acji. Bez ułaska­wie­nia mój czas był po­li­czo­ny. Wie­działem, że nikt z tych kow­bojów nie będzie się bawił w do­star­cza­nie mnie na Ko­smo­drom w jed­nym kawałku. Żywy albo mar­twy, tu­taj na po­gra­ni­czu za­wsze ozna­czało tyl­ko jed­no: że zmiotką za­czerpną trochę z two­ich roz­to­pio­nych flaków do wo­recz­ka, aby można było do­ko­nać iden­ty­fi­ka­cji DNA. I tyle. Czym mógłbym sku­sić Rudą Ev, aby prze­spała się z tym cym­bałem? Prze­le­ciałem w głowie wszyst­kie za­so­by, ja­ki­mi dys­po­no­wałem, łącznie z po­ukry­wa­ny­mi na Oz-13 bry­lan­ta­mi oraz re­cep­turą na cu­dow­ny pre­pa­rat na eks­pre­so­we schud­nięcie pro­sto od Pu­styn­nych Mnichów. Tyle tyl­ko, że Ruda Ev miała ciało o ide­al­nych wy­mia­rach naj­piękniej­szej dup­ci w Ga­lak­ty­ce i nie po­trze­bo­wała spe­cy­fi­ku mnichów ani na chud­nięcie, ani na nic in­ne­go. Była bar­dzo bo­ga­ta i nie­za­leżna i po pro­stu nie cier­piała ta­kich dupków jak Threyo. Nie miałem żad­ne­go po­mysłu na to, jak zmu­sić ją do cze­go­kol­wiek, a co do­pie­ro, by rozłożyła nogi przed tym ćpu­nem. Miałem tyl­ko go­dzinę, aby ten po­mysł wymyślić. Włączyłem kanał sześćdzie­siąty siódmy me­ga­wi­zji z po­ka­za­mi bi­ki­ni na lato i po­sta­no­wiłem wraz z ryt­mem kołyszących się pier­si pomyśleć nad ar­gu­men­ta­mi dla Ru­dej Ev. Ale nic nie przyszło mi do głowy. Zasnąłem.