Tożsamość psychoanalityka i inne studia przypadków - Wojciech Hańbowski


Reflow text when sidebars are open.
Ostatnich kilkanaście lat to czas dynamicznego rozwoju w Polsce psychoanalizy, a także różnych opartych na niej metod terapeutycznych. W tym okresie wzrosły też rola i rozmiar psychoterapii prowadzonej w ramach prywatnych praktyk. Ten szybki rozwój sektora prywatnego to niestety w dużej mierze rezultat sporych ograniczeń nakładanych na psychoterapię w ramach uspołecznionej służby zdrowia, które wpływają negatywnie na możliwość powszechnego korzystania z solidnej psychoterapii. Pomimo tego, paradoksalnie, psychoterapia psychoanalityczna znajduje dla siebie miejsce w skąpej obecnie rzeczywistości publicznej opieki zdrowotnej i co rusz powstają nowe inicjatywy pozwalające różnym grupom pacjentów korzystać z leczenia opartego na psychoanalizie. Dowodzi to zarówno siły i skuteczności idei psychoanalitycznych, jak i determinacji ludzi pragnących zapewnić szeroki dostęp do tej skutecznej metody terapeutycznej.
Chociaż rozwój sektora prywatnego w psychoterapii problemów emocjonalnych, rozwojowych i zaburzeń psychicznych nie może odpowiedzieć na potrzeby wszystkich pacjentów, ma jednak kilka pozytywnych aspektów. Jednym z nich jest fakt coraz powszechniejszego identyfikowania się psychoterapeutów z organizacjami psychoterapeutycznymi, a nie wielozawodowymi instytucjami, na przykład szpitalami, w których kompleksowe szkolenie psychoterapeutyczne nie jest możliwe. Dzięki temu wzrasta ranga towarzystw psychoterapeutycznych zajmujących się szkoleniem swoich członków i nadzorem nad nimi.
Ponadto prywatna praktyka pozwala na prowadzenie intensywnej i długoletniej pracy, stwarzając tym samym okazję do rzetelnego poznania i przepracowania problemów pacjentów. Siła terapii psychoanalitycznych tkwi właśnie w intensywnej, cierpliwej, wnikliwej, systematycznej i długiej pracy. Rozwój psychoanalizy manifestuje się nie tylko we wzroście liczby prowadzonych terapii analitycznych, ale również w bogatym życiu naukowym, liczbie doniesień klinicznych, spotkań z udziałem psychoanalityków, specjalistycznych konferencji i działalności wydawniczej. Ta ostatnia ma kapitalne znaczenie zarówno dla popularyzowania psychoanalizy, jak i dla rozwoju kwalifikacji oraz integracji środowiska profesjonalnego.
Obecnie psychoanaliza w Polsce nie jest już tylko dziedziną psychoterapii, ale stała się faktem społecznym i kulturowym. Wykorzystuje się ją do wyjaśniania twórczości literackiej i artystycznej. Psychoanaliza intryguje i wzbudza wiele pytań dotyczących jej podstaw naukowych, efektywności, trudności napotykanych w trakcie postępowania terapeutycznego, czy też wyjaśnień, jakie dzięki niej można uzyskać.
Poszczególne rozdziały niniejszej książki mogą być traktowane jako próba odpowiedzi na niektóre dylematy związane z tożsamością psychoanalizy. Ponadto w każdym z nich znalazło się miejsce na rozpatrzenie konkretnego przypadku klinicznego.
Rozważania dotyczące usytuowania i specyfiki psychoanalizy są szczególnie mocno zarysowane w pierwszych trzech rozdziałach książki. W rozdziale czwartym i piątym staram się opisać, jak różne cechy psychologii pacjenta wpływają na kształtowanie się kontaktu terapeutycznego, powodując albo stagnację, albo postęp w procesie analitycznym. W rozdziale szóstym opisuję wpływ impulsów i fantazji destrukcyjnych na marzenia senne oraz trudności w wykorzystywaniu tego typu snów w pracy analitycznej. Rozdział siódmy włączyłem do tej książki z pewnym wahaniem, ponieważ dotyczy on mojej pracy prowadzonej wiele lat temu, a od tego czasu moje techniki i zapatrywania warsztatowe uległy znacznej zmianie. Doszedłem jednak do wniosku, iż problem anoreksji u mężczyzn jest rzadko opisywany, w związku z czym zauważyłem, że moje spostrzeżenia lubjyczące tych zagadnień przyciągają uwagę, więc ostatecznie uznałem, iż warto je opublikować.
W rozdziałach ósmym i dziesiątym poruszam uniwersalne problemy związane z rozwojem funkcji opiekuńczych i ze świadomością przemijania, podpierając się materiałem klinicznym oraz inspiracjami płynącymi z literatury i filmu. W rozdziale dziewiątym zaś opisuję mechanizm tworzenia się przestrzeni psychicznej nazywanej utopią, która stanowi wyraz dążeń integracyjnych aparatu psychicznego wywołanych przez wyjątkowo traumatyczne doświadczenia.
Poza drobnymi wyjątkami niniejsza książka jest zbiorem moich wykładów wygłaszanych na przestrzeni ostatnich lat. Specjalne podziękowania kieruję do Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego za inspirację wydawniczą, a Pani Karolinie Bączek dziękuję za pomoc w redakcji tekstów. Dziękuję również Ewie, mojej żonie, za jej trafne uwagi dotyczące wszystkich wersji roboczych i bezcenne wsparcie. Pragnę też podziękować koleżankom i kolegom z trójmiejskiego środowiska psychoanalitycznego, a także z Poznania i Krakowa, za inspirującą współpracę.
Wojciech Hańbowski
Warszawa, grudzień 2012
Odnoszę wrażenie, że z powodu podporządkowania psychologii i psychoterapii innym naukom, które traktuje się jako zespół reguł weryfikujących psychoterapię, doszło do upośledzenia rozwoju psychologii nauki. Przecież nawet najbardziej uniwersalne prawa nauk przyrodniczych są formułowane przez ludzi, nie są więc wyłącznie obiektywnym opisem rzeczywistości, ale również pochodną ludzkiej psychologii.
Przykładem ludzkiego dążenia do posiadania wszechmocnych narzędzi mających chronić przed niepewnością mogą być niektóre poglądy Karla R. Poppera lub sposób ich wykorzystania przez wielu badaczy. Popper uważał, że naukowe są tylko te twierdzenia, które są wyposażone w reguły falsyfikowalności. Trzeba jednak od razu dodać, że twierdzeniom nienaukowym (w tym rozumieniu) nie odmawiał walorów słuszności i pożytku.
Zgodnie z tym poglądem twierdzenie: "Planety są ciałami, które poruszają się po linii eliptycznej" jest twierdzeniem naukowym, ponieważ implicite jest w nie wpisana reguła falsyfikowalności. Zatem ciało, które nie porusza się po linii eliptycznej, nie jest planetą. Czy jednak w praktyce odkrycie ciała planeto-idalnego nieporuszającego się po linii eliptycznej skłoni naukowca do porzucenia tej teorii? Ten prosty przykład nieprzestrzegania reguły Poppera jest powszechnie spotykany, co prowadzi do postawienia pytania o to, czy wiara w istnienie pewnych, obiektywnych podstaw naszego postępowania nie jest formą iluzji, która zmierza do redukcji lęku przed niepewnością, relatywizmem i uczuciem bezradności?
Freud (2001/2009), przedstawiając koncepcję fetyszyzmu, wskazywał na istotne znaczenie lęku kastracyjnego dla formowania się ekscytacji fetyszem. Dowodził, że trauma związana z rozpoznaniem bytów bez penisa jest łagodzona obcowaniem z obiektem zastępczym. Brak penisa jest dostrzegany, ale nie wzbudza lęku, gdyż cały aparat psychiczny jest w stanie ekscytacji związanej z istotniejszym innym obiektem.
Na gruncie tej koncepcji fetyszyzacja w nauce może być rozumiana jako unikanie doświadczania granic w poznawaniu lub świadomości złożonej natury tego, co jest poznawane, na rzecz fascynacji i ekscytacji poglądem, który upewnia, że posiadamy narzędzie doskonałe, mierzące, co trzeba, a rzeczy niemierzalne są bytami wątpliwymi.
Melanie Klein (2007), opisując rozwój w postrzeganiu, który polega na ruchu od widzenia obiektów częściowych do całościowych, nazwała ów proces przejściem od pozycji schi-zoidalno paranoidalnej do pozycji depresyjnej. Pokazała też, jak pierwsze doświadczenia w spostrzeganiu odrębności ukochanych obiektów budzą lęk i uczucie utraty. Ponadto wskazała, jak dostrzeżenie tego, że obiekt jest zewnętrzny, rządzi się niezależnym życiem i podlega własnym, skomplikowanym regułom - godzi w omnipotencję podmiotu, który może się wycofać do pozycji schizoidalno-paranoidalnej dającej doświadczenie całkowitej kontroli nad obiektem teraz przeżywanym jako część self.
Z podobnym mechanizmem można się spotkać w postępowaniu badawczym. Jeśli badana rzeczywistość rozczarowuje swoją niejednolitą, nieuchwytną w precyzyjnych kanonach naturą, to może powstać tendencja do takiego sposobu patrzenia na badany obiekt, aby był on precyzyjnie określony. W takiej sytuacji badany obiekt jest bardziej dostępny, ponieważ jego natura została zniekształcona przez perspektywę badacza.
Dopiero od mniej więcej dwudziestu lat psychoterapia rozwija się w Polsce w sposób wyraźnie wyodrębniony, w ramach stowarzyszeń, które tworzą względnie jednolite środowisko. Do niedawna psychoterapia i psychoterapeuci funkcjonowali przede wszystkim jako część medycznego systemu opieki zdrowotnej. Szkolenie psychoterapeutyczne obowiązkowo podlegało medycznym kryteriom zawodowym lub było skazane na marginalizację. Kliniczna codzienność sytuowała psychoterapeutów w interdyscyplinarnych zespołach, które określały problemy diagnostyczne i terapeutyczne wspólnym językiem.
Przykładem właściwego postępowania medycznego jest umiejętne zdiagnozowanie objawów i zastosowanie działania, które doprowadzi do ich wyeliminowania. Jednakże to postępowanie przeniesione na grunt psychoterapii grozi ryzykiem pominięcia złożonej psychologii, której rezultatem mogą być mechanizmy dezadaptacyjne i psychopatologiczne wywołujące określone objawy.
Herbert Rosenfeld (1952) opisał psychoanalizę pacjenta z rozpoznaniem schizofrenii, który był leczony przez wiele lat za pomocą najrozmaitszych metod. Zauważono, że w ostrej psychozie znacząca poprawa wielokrotnie następowała po zastosowaniu elektrowstrząsów. Rosenfeld wykrył, że pacjent traktował niektóre ze swoich agresywnych zachowań lub fantazji jako wyjątkowo niszczące działania. Uważał, że musi za nie odpokutować karą śmierci. Elektrowstrząsy traktował więc jako zadawanie śmierci, i zawsze przynosiły mu one ulgę. W tej sytuacji trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, co było podstawowym czynnikiem terapeutycznym - zmiany fizjologiczne wywołane podrażnieniem elektrycznym czy gratyfikacja fantazji pokuty.
Ścisła współpraca psychologii i psychoterapii ze środowiskiem medycznym, często wręcz pod jego kierunkiem, oraz konieczność formułowania celów i opisu działań w języku zgodnym z medycyną narzuciły psychoterapii priorytet paradygmatu nauk przyrodniczych, któremu podporządkowanych zostało wiele kryteriów i wartości nauk społecznych i humanistycznych. Na przykład postępowanie opierające się na tak zwanej obserwacji uczestniczącej, gdzie obserwowany obiekt jest opisywany za pomocą hipotez opartych na własnych odczuciach podmiotu, nie może spełnić wielu kryteriów mierzalności i powtarzalności, przez co nie może uzyskać rangi obserwacji naukowej, chociaż stanowi cenne źródło prawdziwych informacji o psychologii badanego.
Tytuł tego rozdziału stanowi aluzję do tytułu dość głośnego filmu Niebezpieczna metoda z 2011 roku, opartego na wydarzeniach, które miały miejsce w początkach psychoanalizy. Film nie tylko nawiązuje do wypadków, które zapoczątkowały rozłam pomiędzy Zygmuntem Freudem a Carlem Gustavem Jungiem, ale oscyluje również wokół pytań stawianych psychoanalizie do dziś. Pytania te dotyczą tego, czy intensywny kontakt pomiędzy leczącym a pacjentem nie wyzwala demonów, które - nieopanowane - mogą doprowadzić do destrukcyjnych działań ze strony ludzi zaangażowanych w proces terapeutyczny. W innej postaci owe pytania, stawiane najczęściej przez krytyków psychoanalizy, dotyczą tak zwanych naukowych podstaw tej metody. Pobrzmiewa w nich wątpliwość, czy proces psychoanalityczny jest dostatecznie kontrolowany przez stałe reguły i założenia naukowe. Właśnie temu zagadnieniu chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi, mając nadzieję na zidentyfikowanie przynajmniej niektórych przyczyn uproszczonych opinii wyrażanych wobec terapii opartych na założeniach psychoanalitycznych.
Początek psychoanalizy charakteryzuje się zarówno znaczącymi odkryciami, jak i dotkliwymi porażkami oraz komicznymi niekiedy zdarzeniami. W 1902 roku z inicjatywy Wilhelma Stekela odbyło się pierwsze psychoanalityczne zebranie naukowe. Podczas środowych spotkań1 w domu Zygmunta Freuda regularnie dyskutowano najrozmaitsze problemy kliniczne i teoretyczne (Gay, 2003). Pierwszymi uczestnikami tych zebrań - oprócz Stekela i Freuda - byli między innymi: Max Kahane, Rudolf Reitler, księgarz Heller, socjalista i psychiatra Alfred Adler, mechanik Otto Rank, prawnik Viktor Tausk oraz adwokat Hans Sachs. Potem do tego grona dołączyli Paul Federn i Sandor Ferenczi. Bywał tam również ojciec małego Hansa Max Graf. Tematy wystąpień były różne. Czasami Freud dzielił się z uczestnikami swoimi najnowszymi odkryciami, innym razem zaś wygłaszano referaty, których treść niejednokrotnie była zaskakująca. Na przykład dermatolog i wenerolog Maksymilian Steiner opisywał zaobserwowane u siebie objawy psychosomatyczne występujące w okresie abstynencji seksualnej, które ustąpiły po romansie, jaki miał z żoną przyjaciela impotenta. Z kolei dr Rudolf von Urbantschitsch, dyrektor jednego z sanatoriów, wygłosił referat pod tytułem Rozwój seksualny do zawarcia małżeństwa oparty na własnym pamiętniku, w którym opisana została masturbacja i towarzyszące jej fantazje sadystyczne. Freud w swoim komentarzu podziękował von Urbantschitschowi za podarowanie grupie cennego prezentu. Niezwykłe, a z dzisiejszego punktu widzenia wręcz zabawne, były również standardy szkolenia. Na przykład Kazimierz Dąbrowski, znany w Polsce twórca teorii dezintegracji pozytywnej, otrzymał od Wilhelma Stekela w 1934 roku, a więc w czasach, kiedy szkolenie psychoanalityczne było już dobrze zorganizowane, "certyfikat zaświadczający o jego znakomitej formie psychicznej i o tym, że nie musi przechodzić własnej analizy, aby prowadzić kuracje psychoanalityczne pacjentów" (Walewska, 2008, s. 241).
W omawianych czasach psychoanalizę traktowano jak obiektywną metodę, którą można stosować w każdych warunkach i wobec każdego, tak jak lekarstwo lub witaminy, które - działając swoim składem chemicznym - mogą być dowolnie aplikowane potrzebującym. Z tego względu Freud analizował swoją córkę Annę, a Ferenczi - Elmę, córkę swojej partnerki Gizelli Palos. W trakcie tej analizy Ferenczi zakochał się w swojej pacjentce i przerwał leczenie, wysyłając Elmę do Wiednia na terapię u Freuda. Po pewnym czasie Freud orzekł, że Elma rozwinęła narcyzm w stopniu uniemożliwiającym psychoanalizę i zakończył pracę z nią. Pacjentka wróciła więc do Budapesztu, gdzie po pewnym czasie kontynuowała analizę z Ferenczim, który w tym okresie poślubił jej matkę.
Z kolei pacjentka Junga Sabina Spielrein w trakcie analizy rozwinęła wobec niego bardzo silne uczucia, które nie zostały odpowiednio rozpoznane przez analityka. Jung miał z kobietą romans, który początkowo ukrywał, kłamiąc podczas konsultacji z Freudem i przeinaczając relacje z przebiegu terapii. Historycy psychoanalizy wskazują na wiele motywów stopniowego rozchodzenia się dróg Freuda i Junga, bardzo znamienna jest tutaj również wymowa dat. Jeszcze w 1910 roku Freud w swoim płomiennym wystąpieniu nakłonił środowisko wiedeńskie do wybrania Junga Prezydentem Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego, a już w roku 1914 bez żalu przyjął jego rezygnację. Freud i większa część środowiska psychoanalitycznego byli zrażeni przywłaszczaniem sobie przez Junga odkryć Freuda i ich przeinaczaniem. Ten ostatni zaczął mocno powątpiewać w rzetelność Junga po wizycie Sabiny Spielrein (Haynal, 2002), a to przecież Freud definiował psychoanalizę jako dziedzinę wymagającą odwagi do mówienia prawdy.
Przez pierwsze trzydziestolecie ubiegłego wieku psychoanalityczny Wiedeń przyciągał wielu lekarzy i pacjentów z całego świata, w tym również Polaków. Najbardziej znane postaci z okresu dwudziestolecia międzywojennego to wykształceni w Wiedniu Gustaw Bychowski, Ludwik Jekels i Salomea Kempnerówna, a także urodzone w Krakowie siostry Berta i Stefanie Bornstein. Stefanie, która po ślubie przyjęła nazwisko Windholzova, była pionierem psychoanalizy w Czechach. Ponadto w Krakowie studiowała pochodząca z Nowego Sącza żona Ottona Ranka - Beata. W sumie około dwudziestu pięciu psychoanalityków wykształconych przed II wojną światową w Wiedniu miało polskie korzenie, między innymi: Herman Nunberg, Helene Deutsch, Max Schur, Wilhelm Reich i Eugenie Sokolnicka. Spośród psychoanalityków urodzonych w Polsce, a wykształconych już po wojnie, najbardziej znanymi byli (lub jeszcze są): Hanna Segal, Esther Bick, Ruth Riesen-berg - Malcolm oraz Emanuel Berman. Także znany brytyjski psychoanalityk Victor Sedlak jest Polakiem urodzonym w Anglii.
Jednak mimo tego, że w okresie międzywojennym na terenie Polski przebywało co najmniej kilku psychoanalityków, to nie udało się w tym czasie założyć w kraju żadnej organizacji psychoanalitycznej ani rozpocząć regularnego szkolenia. Hanna Segal, szukając w Warszawie możliwości szkolenia psychoanalitycznego, rozmawiała z Bychowskim, który zasugerował jej wyjazd do Wiednia. Z pewnością powody braku towarzystwa psychoanalitycznego w tamtych czasach były bardzo złożone. Zdaje się, że podstawowym była krucha jeszcze państwowość i większe przywiązanie polskich psychoanalityków do grupy wiedeńskiej niż chęć poszukiwania tożsamości z organizacją na terenie Polski.
Można zaryzykować stwierdzenie, że pomimo zniszczeń wojennych i ruchów emigracyjnych myśl psychoanalityczna - paradoksalnie - przetrwała w wielu koncepcjach polskiej psychiatrii. Jej wielki filar - profesor Tadeusz Bilikiewicz - podobno przechodził własną psychoanalizę podczas studiów w Zurychu, potem praktykował w Polsce, a tytuł jego pracy habilitacyjnej brzmi Psychologia marzenia sennego.
W połowie lat siedemdziesiątych XX wieku trzech psychiatrów: Jan Malewski, Michał Łapiński i Zbigniew Sokolik oraz żona tego ostatniego, psycholog Maria Szostak-Sokolik, przeszło szkolenia za granicą - Malewski w Budapeszcie, a pozostali w Pradze. Jednak budowanie organizacji psychoanalitycznej w Polsce trwało bardzo długo. Dwaj liderzy - Malewski i Łapiński - wyemigrowali, a okres stanu wojennego wzbudzał wątpliwości przedstawicieli międzynarodowych organizacji psychoanalitycznych co do możliwości rozwoju psychoanalizy w Polsce.
Jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku w domu doktora Sokolika rozpoczęły się regularne spotkania grupy, która nieco później dała początek Polskiemu Towarzystwu Rozwoju Psychoanalizy. W środowych zebraniach tak zwanej grupy Sokolika brali udział między innymi: Alicja i Marek Bobowscy, Czesław Dziekanowski, Wojciech Hańbowski, Józef Latoch, Marek Marzański, Irena Pawlina, Kajetan Zakrzewski i Marina Zalewska. Oddzielne seminarium prowadził doktor Łapiński.
Pod koniec lat osiemdziesiątych Elżbieta Bohomolec i Katarzyna Walewska otrzymały status członka Międzynarodowego Towarzystwa Psychoanalitycznego (International Psychoanalytical Association, IPA) oraz pierwsze po wojnie certyfikaty uprawniające do wykonywania zawodu psychoanalityka. Stopniowo więcej osób zaczęło otrzymywać członkostwo IPA, a w 1997 roku utworzone zostało Polskie Towarzystwo Psychoanalityczne, które dzisiaj jest liczącą się w Europie organizacją psychoanalityczną. Kilka lat później powstało Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychoanalitycznej.
Postmodernizm, czyli postnowoczesność, powstał jako nurt kontestacji modernizmu - nowoczesności rozumianej jako fascynacja globalnymi zasadami pretendującymi do rangi praw obiektywnych. Poglądy i maniery postmodernizmu, początkowo pojawiające się w sztuce, literaturze i krytyce, przedostały się do nauki, gdzie przybrały postać sprzeciwu wobec nowoczesności rozumianej jako dążenie do wyposażenia wszystkich dyscyplin w jednolite kryteria weryfikacji założeń naukowych. Postmodernizm zaproponował wprowadzenie relatywizmu, który może być rozumiany jako przyznanie każdej dyscyplinie naukowej odrębnych kryteriów weryfikowania swoich założeń.
Niestety, ten sam relatywizm może w skrajnych przypadkach prowadzić do solipsyzmu, który uzasadnia każdy punkt widzenia i każdy obraz rzeczywistości tworzony przez narzędzie opisujące tę rzeczywistość. David Bell, ostrzegając przed nadmierną fascynacją postmodernistycznym relatywizmem, daje przykład analitycznego pacjenta, który wrócił wcześniej z podróży i zastał żonę z nieznajomym mężczyzną. Po drobnej awanturze zaczął sobie wyrzucać brak taktu i analizując cały incydent, doszedł do wniosku, że znowu odezwały się jego dziecięca zazdrość i nieprzepracowana rywalizacja z ojcem, która kazała mu interpretować zaistniałą sytuację od razu w kategoriach zdrady.
Jeden z moich pacjentów rozpoczął analizę tuż po tym, jak jego małżeństwo omal się nie rozpadło z powodu romansu, w który mężczyzna wdał się pomimo tego, że autentycznie kochał swoją żonę. Kryzys został przezwyciężony, ale dorosły syn nie mógł wybaczyć ojcu zdrady i zerwał z nim kontakt, jednocześnie wypominając mu przy każdej okazji, że przez swój postępek całkowicie pozbawił się autorytetu. Pacjent wykonał wraz z żoną wiele kroków naprawczych, dzięki czemu stary romans nie byłby już dokuczliwy, gdyby nie regularne odświeżanie go przez syna, którego nieświadomie i milcząco wspierała matka (przynajmniej na to wyglądało). Sam romans również był dokładnie analizowany, więc pacjent mógł zrozumieć, że zarówno kontakt z młodą kobietą, jak i filozofia, która mu tę więź ułatwiła, przynosiły ekscytację działającą jak antydepresant. Mężczyzna zrozumiał też, że ta sama ekscytacja pozbawiła go jednak uczucia godności i lojalności, w konsekwencji nasiliła depresję, a w dodatku wywołała rodzinny kryzys. Poczucie winy, które ogarnęło pacjenta, osłabiło wszelki krytycyzm jego myślenia iw rezultacie nie był w stanie dostrzec przesady w tym, jak odnosił się do niego syn. W swojej opinii uczynił tak wiele zła, że nie pozostawało mu nic innego, jak tylko czekać na przełom w uczuciach syna. Nie był w stanie zwrócić uwagi ani jemu, ani żonie, że od pewnego czasu jest właściwie torturowany przez syna, który dzięki temu zyskuje poczucie moralnej wyższości nad ojcem.
Przytoczę też inny przykład - z historii okulistyki, który jest pomocny, ponieważ ilustruje zniekształcenia subiektywizmu pochodzącego z granicy obszaru psychologii i fizjologii. Władysław H. Melanowski (1972) przywołuje spostrzeżenia francuskiego okulisty Jeana Janina, który w 1772 roku w książce o chorobach oczu opisał przypadek zaćmy. Melanowski pisze:
Przede wszystkim autor zaczął od stwierdzenia, że 22-letnia pacjentka, widząc od urodzenia tylko światło, nie zdawała sobie sprawy ze swego kalectwa i wcale nie pragnęła operacji, gdyż jak powiedział Newton "nie można być nieszczęśliwym z powodu braku dóbr, o których w ogóle nie ma się pojęcia".
W 15 dni po udanej obuocznie dokonanej operacji pokazano chorej zapaloną świecę. Wywołało to wielkie jej przerażenie i zaciśnięcie skurczowe powiek. Dopiero gdy pacjentka nieco się uspokoiła, ponowiono próbę i przekonano się, że chociaż zachwycił ją widok światła, to jednak samego przedmiotu nie rozpoznała. Przekonano się też, że rozpoznawanie przez nią barw, a szczególnie barw mieszanych, przedstawia wiele do życzenia. Musiała ona uczyć się każdej nazwy barwy i każdego szczegółu przedmiotu. Pomocny w tej nauce był dotyk, który pozwalał jej sprostowywać wrażenia dostarczane przez nowy dla niej zmysł wzroku, ale często tego, co uprzednio poznawała dotykiem, nie była w stanie rozpoznać wzrokiem. Jeśli chodzi o barwy, ani dotyk, ani uprzednie doświadczenie oczywiście nic jej nie dawały. W ogóle zmysł wzroku przyniósł jej tylko nowe wrażenia barwnych obrazów, których interpretacji musiała się dopiero uczyć" (Melanowski, 1972, s. 147-148).
Mam wrażenie, że te bardzo krótkie - dla jednych być może zabawne, a dla innych dramatyczne - przykłady dobrze ilustrują niebezpieczeństwo totalnego relatywizmu, według którego każdy subiektywny punkt widzenia może być uprawniony.