Blef
Pan Andrzej: Pewność co do adopcji przyszła w wieku szesnastu lat. Najpierw brat matki wziął mnie na motocykl WFM i zawiózł pod Stutthof. Nie wiem, po co i na co, bo przecież nic nie pamiętałem z obozu. Ale coś już musiał wiedzieć.
Kiedy pytałem matkę, jak było z tą adopcją, odpowiadała tylko: "A daj mi święty spokój!".
Kolejny raz pojechałem do Wróblów na wakacje. Wtedy zablefowałem: "Ciociu, jak to było z moją adopcją?". Odpowiedziała: "Ja tego dokładnie nie wiem, ale wie Jadwiga Plucińska, bo ona wpadła na pomysł twojej adopcji". Przestałem mieć wątpliwości.
Jadwiga Plucińska była reżyserką filmów dokumentalnych, scenarzystką i aktorką, przyjaciółką moich przybranych rodziców. Długo na nią czekałem, gdyż w 1959 roku została skazana na siedem lat więzienia za szpiegostwo na rzecz USA. Po odzyskaniu wolności wróciła do swego mieszkania w Warszawie przy Wilczej. Tam ją odnalazłem.
Po wyjściu z więzienia Jadwiga Plucińska mówiła Andrzejowi Krukowi, że nie pamięta, czy był to czerwiec, czy lipiec 1946 roku. Potwierdzała, że pracowała w "Filmie Polskim" w Łodzi i zbierała dokumentację do filmukrótkometrażowego o domach dziecka. Ulokowane były przeważnie w opuszczonych wiejskich dworkach i pałacykach. Ich centralny punkt mieścił się w Łodzi przy ulicy Głównej (obecnie jest to Mickiewicza) wraz z UNRRA3, gdzie rozdzielano dary i paczki zza granicy.
Kilkorgiem dzieci - w wieku od dwóch do czterech lat - opiekowały się siostry zakonne. Nosiły czarne habity i białe, przylegające do głów czepki, przykryte częściowo czarnym welonem. Szukały rodzin zastępczych dla sierot. Siostra prosiła mnie, czy nie mogłabym wśród moich znajomych znaleźć dla tych małych dzieci, z których każde ma za sobą tragiczne dzieje, zastępczych rodziców, ludzi wartościowych, odpowiednio sytuowanych, gwarantujących im czułą opiekę rodzinną.
Uwagę reżyserki zwrócił około dwuletni chłopczyk o subtelnej urodzie, smutnych ciemnych oczach, czarnowłosy, wyróżniający się lekko śniadą karnacją skóry, którego nazywano Mireczkiem. Wzruszyła ją głęboko jego tragiczna historia. Od siostry zakonnej dowiedziała się, że jest to dziecko urodzone w obozie hitlerowskim Stutthof koło Gdańska (...). Zaopiekowały się nim siostry zakonne. Z dalszej opowieści wynikało, że jego ojciec był także cudzoziemskim więźniem i rodzice chłopca zostali oboje zamordowani przed likwidacją Stutthofu. Nie zostało po nich żadnych śladów, usłyszała reżyserka.
Plucińska od razu pomyślała o koledze, reżyserze z Kroniki Filmowej Wojska Polskiego, Wacławie Kruku i jego żonie Helenie (która przed wojną pracowała w sklepie). Byli bezdzietnym małżeństwem i rozważali adopcję dziecka. Pani Helena ogromnie przejęta jego tragicznym losem i rozczulona jego smutnym wdziękiem i urodą postanowiła po rozmowie z mężem usynowić małego Mirka - opisywała reżyserka, dodając na koniec: Oświadczenie składam na prośbę Andrzeja Kruka, który usiłuje ustalić prawidłowość swojego pochodzenia.
Adopcja, jak wylicza w tej relacji, poszła błyskawicznie: przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Łodzi zgodził się na zniszczenie oryginalnych dokumentów dziecka przekazanych adopcyjnym rodzicom przez siostry elżbietanki. Zameldowano go jako Andrzeja urodzonego 4 sierpnia 1944 roku w Warszawie.
Inicjały imienia i nazwiska, jak powiada pan Andrzej, miały upamiętniać Armię Krajową, do której w czasie okupacji należał Wacław Kruk. O tej nieformalnej adopcji wiedziały tylko Jadwiga Plucińska i jej siostra, Irena Starowa. Wtajemniczeni umówili się, że zapadnie nad nią kurtyna milczenia.
Pan Andrzej: Na początku rodzice bardzo to ukrywali. Poza Łodzią matka udawała, że była w ciąży i mnie urodziła. Ale, tak naprawdę, była to tajemnica poliszynela. Wielu wiedziało. Mistyfikacja miała krótkie nogi, bo mieszkaliśmy w Łodzi, w kamienicy filmowców przy Narutowicza 67, mieszkania 11.
Rzeczywiście, Helena Kruk nie utrzymała długo tajemnicy. Zwierzyła się z niej przyjaciółkom. Andrzej wtenczas nie wiedział, że nie jest ich rodzonym synem.
Jadwiga Plucińska: Dopiero gdy jego ojciec leżał na łożu śmierci pan Andrzej definitywnie dowiedział się prawdy o swoim pochodzeniu, co do którego miał już od kilkunastu lat pewne podejrzenia4.
Kropkę nad "i" w dociekaniach pana Andrzeja co do adopcji miał postawić jego przybrany ojciec, Wacław Kruk, tuż przed śmiercią w 1981 roku.
Pan Andrzej: Lekarz powiedział mi, że nie zostało mu dłużej, jak dwa dni życia. Doradził, bym z nim porozmawiał.
Odważyłem się powiedzieć ojcu o swoich domysłach, o tym, co wiem. Postawiłem go w takiej sytuacji, że nie mógł zaprzeczyć. Wiem, że nie jesteś moim biologicznym ojcem, ale czy to prawda, że urodziłem się w obozie? Potwierdził, że urodziłem się w Stutthof. Że byłem synem francuskiej pół-Żydówki. Nazwiska już nie pamiętał. Potwierdził adopcję, ale więcej nie chciał o tym rozmawiać. Był powściągliwy. Albo mówił, albo milczał. Dał tylko jeszcze wyraz temu, jak jestem mu drogi: Jesteś moim synem i skończmy tę rozmowę. To było ostatnie zdanie, jakie od niego usłyszałem. Zmarł 10 kwietnia 1981 roku na raka.
Czy nie pytałem matki? Pytałem, ale w ogóle nie chciała o tym rozmawiać. Nie pamiętam! Nie gadaj bzdur! - wykrzykiwała. Takie były jej reakcje. Jak zwykle agresywne. Zmarła dwa lata później.
29 kwietniu 1999 roku Sąd Rejonowy dla miasta stołecznego Warszawy zaprzeczył rodzicielstwo przysposobionych rodziców: Małżonkowie Helena i Wacław Kruk dwuletniego chłopca - prawdopodobnie syna francuskiej Żydówki, urodzonego w obozie koncentracyjnym Stutthof, wzięli od Sióstr Zakonnych Elżbietanek z Łodzi pod swoją opiekę. Dokumenty chłopca zostały zniszczone. Na podstawie ustnego oświadczenia Wacława Kruka został sporządzony akt urodzenia Andrzeja Kruka w dniu 25 września 1946 roku w Warszawie jako syna Heleny i Wacława Kruków. Małżonkowie Kruk, nie mając biologicznego potomstwa, dokonali więc nieformalnej adopcji dziecka. Pozwany Andrzej Kruk dowiedział się, że nie jest biologicznym dzieckiem swoich rodziców, lecz żydowskim dzieckiem, urodzonym przez więźniarkę obozu Stutthof, gdy miał lat kilkanaście [sic!]. Jego przybrany ojciec potwierdził te fakty na łożu śmierci.
3 Koniec wojny spowodował, że siostry (elżbietanki z Gdańska - przyp. B.T.) zdecydowały się przekazać grupę sierot wojennych do ośrodka UNRRA (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy - przyp. B.T.) w Łodzi w celu znalezienia dla nich rodzin zastępczych - pisze dr hab. Marek Orski w książce Obywatele francuscy w Obozie Koncentracyjnym Stutthof w latach 1941-1945.
4 Oświadczenie reżyserka złożyła w grudniu 1983 roku w biurze notarialnym. Zmarła w kwietniu 1999.