Antoszwińcie, Wilno, 1816-1823
Wracając na wakacje do Antoszwińciów, położonych około sześćdziesięciu wiorst na północny wschód od Wilna, Andrzej zachwycał się przyrodą, której nie miał w mieście na wyciągnięcie ręki. Uwielbiał aleję klonową, prowadzącą do dworu, i kwiaty w ogrodzie sadzone ręką matki. Spoglądał w niebo, które tu było widać wyraźniej niż w mieście. Promienie słońca przyjemnie muskały twarz. Osuszały trawy z porannej rosy i dawały nadzieję na piękny dzień. Andrzej wsłuchiwał się w śpiew ptaków, odgłosy cykad i świerszczy. Lubił ich muzykę. Była jak nie z tego świata. Chodził na długie spacery, nie po to jednak, by doglądać majątku, jak chciałby ojciec. A majątek był nie byle jaki. Parterowy sześcioizbowy dwór, ogrzewany kominkiem i piecami szwedzkimi z kafelków "poliwanych", posiadał ciemnozielone okiennice, które chroniły od letniego upału. Dom otaczały zabudowania gospodarskie: świniarnik, stodoła, piwnice, lodownia, browar oraz duży ogród. Pani Izabela pielęgnowała w nim szczególnie wysokie malwy, którymi zachwycali się goście. Ale dom nie tętnił życiem tak, jakby tego pragnęła. Próbowała usprawiedliwiać wciąż zajętego i przez to nieobecnego męża. Czuła się samotna, gdy wyjeżdżał do Wilna w sprawach sądu ziemskiego, którego był sekretarzem, lub gdy załatwiał sprawy związane z gospodarstwem. Kolejne ciąże ograniczały jej możliwości przemieszczania się, tak więc nieraz całymi tygodniami nie opuszczała domu. Jedyny zdrowo się chowający syn rzadko dotrzymywał jej towarzystwa. Miał uczyć się przy ojcu lub starym Józefie gospodarowania, jednak najbardziej lubił chodzić na samotne spacery po polach i łąkach. Bacznie obserwował przyrodę o każdej porze roku. Czy były to listki dopiero co rozwinięte na wiosnę, czy bujna letnia zieleń, czy też kolory jesieni, wodził po nich wzrokiem, jakby widział je pierwszy raz. Nawet zimą, kiedy drzewa ogołocone z liści wydawały się martwe, dla niego miały urok gąsienicy w kokonie, która czeka na przeobrażenie w motyla.
Andrzej interesował się życiem chłopów pracujących w polu i gospodarstwie. Czasem był świadkiem przerażających historii. Walkowi od Józków wbił się sierp w stopę, kiedy po raz pierwszy pomagał rodzicom przy żniwach, a wnuk starej Puszczykowej wpadł do studni. Na szczęście udało się go uratować, ale pozostał kaleką. Młody dziedzic zastanawiał się wtedy, co trzeba zrobić, żeby nie dochodziło do takich tragedii.
Od chłopów słyszał opowieści o przeklętym starym dworze antoszwińskim, w którym w przeszłości miały się dziać jakieś straszne rzeczy. Nikt dokładnie nie wiedział co, tylko przekazywano sobie ten strach w oczach i sercu na wspomnienie dawnego dworu. Któryś z poprzednich właścicieli był tyranem. Znęcał się nie tylko nad chłopami, ale i własną rodziną. Znaleziono go martwego nad jeziorem, a wdowa z dziećmi przeniosła się do Wilna, sprzedając majątek po niskiej cenie. Kolejny właściciel pozbył się go w dość krótkim czasie. Dom uchodził bowiem za przeklęty. Pan Jakub postawił nowy, nieco dalej od jeziora, ale nie zburzył starego. Był dumny, że wybudował go jego przodek Jerzy Hipolit Towiański, chorąży wiłkomirski, senator Rzeczypospolitej Obojga Narodów, który w czasie konfederacji warszawskiej wsławił się postawą antysaską.
Andrzej pytał matkę, czy to przez ten dom umiera jego rodzeństwo i czy on też niedługo umrze. Zaprzeczała wtedy z całą mocą, jakby nie tylko od niego, ale przede wszystkim od siebie chciała odpędzić te niepokoje. Urodziła, co prawda, jedenaścioro dzieci, ale umierały tak szybko, że ledwo je nadążano chrzcić. Jeden tylko Andrzejek rósł zdrowo i był pociechą dla rodziców. Imię otrzymał po dziadku Pac-Pomarnackim, którego nie znał, ale o którym słyszał same dobre rzeczy. Ojciec pokładał w nim nadzieję, że wyrośnie na godnego dziedzica i obejmie po nim majątek. W tym też celu posłał go do wileńskich szkół.
Na uniwersytecie Andrzej studiował prawo, interesowała go jednak bardziej literatura i filozofia. Uczęszczał na wykłady Ernesta Grodka i Leona Borowskiego, którzy przybliżyli mu świat starożytnych Greków i Rzymian. Słuchał też historyka Joachima Lelewela. Tymi zainteresowaniami martwił ojca, który czekał na pomoc jedynaka w zarządzaniu majątkiem.
- Synu - zagadnął kiedyś pan Jakub - pójdź ze mną, pokażę ci spis dłużników, abyś, gdy mnie zabraknie, pamiętał, od kogo co ci się należy i z jakim procentem.
Zmartwił się Andrzej takim podejściem, rozumiał jednak, że trzeba należycie dbać o duże gospodarstwo. Żal mu było tych wszystkich biedaków, którzy nie mieli z czego oddać, a ich dług z każdym rokiem się powiększał. Nieraz musiał prosić ojca, żeby nie wnosił sprawy do sądu, obiecywał, że zajmie się tym osobiście, gdy nabędzie uprawnień rejenta.
Tymczasem należało wrócić do Wilna, bo działy się tam niezwykłe rzeczy. Studenci zrzeszali się w różne towarzystwa: filomatów, filaretów, szubrawców, promienistych... Przyświecał im wspólny cel: "uszlachetnienie i umoralnienie społeczeństwa, uwolnienie go od błędów i przywar nieobjętych literą prawa, które tylko własne sumienie ukarać może, od których powstrzymać może tylko poczucie własnej godności i honoru". Każde z nich dochodziło do wyznaczonych celów w inny sposób i Andrzej postanowił im się przyjrzeć.
Najgłośniej było o filomatach i filaretach, z którymi bliżej był jego przyjaciel Ferdynand. Student z Antoszwińciów nie widział siebie w ich gronie. Chciał iść własną drogą. I choć początkowo przystał do Towarzystwa Antyszubrawców, szybko zorientował się, że zajmowanie się magnetyzmem jest sprzeczne z prawdziwym poznawaniem tajemnic. Odrzucił też propozycję przynależności do związków wolnomularskich. Dyskutował o tym z Ferdynandem, którego ojciec był członkiem loży "Gorliwy Litwin" i podskarbim kilku innych.
- Myślę, Andrzeju, że niepotrzebnie się wzbraniasz, aby poznać braci wolnomularzy - zagadnął kiedyś młody Gutt. - Przecież nasi kapłani, nawet prałat Dłuski, należą do loży, nie mówiąc już o profesorach naszego uniwersytetu! Za dwa dni spotykają się w domu moich rodziców bracia z "Gorliwego Litwina", może wpadniesz?
- Dziękuję, ale nie skorzystam z zaproszenia. Moja droga jest inna. Nie jest mi potrzebna żadna organizacja, żeby osiągnąć to, co zamierzam.
- A co właściwie zamierzasz? - zapytał Ferdynand, choć domyślał się, jaka będzie odpowiedź.
- Być dobrym człowiekiem - usłyszał potwierdzenie swoich przypuszczeń.
Kilka lat później wrócili do rozmowy o wileńskich stowarzyszeniach za sprawą procesu, który zapoczątkował aresztowania ich członków. Wśród nich był znany już wtedy w Wilnie Adam Mickiewicz. Andrzej widywał poetę na uniwersytecie, podziwiał go, znał jego Ballady i romanse, Dziady i Grażynę. Kiedy został aresztowany, obaj nie byli już studentami. Mickiewicz pracował jako nauczyciel w Kownie, Towiański zaś był rejentem w wileńskim sądzie. Interesował się losami osadzonych, znał ich samopoczucie dzięki Ferdynandowi, który odwiedzał ich w celi. Wizyty doktora Gutta w klasztorze bazylianów, gdzie podczas śledztwa i procesu zorganizowanego przez senatora Nowosilcowa przetrzymywano większość filaretów, były możliwe ze względu na jego profesję. Więźniom przysługiwała opieka lekarska. Na szczęście Ferdynand zdążył obronić dyplom przed aresztowaniami kolegów i uzyskał prawo wolnej praktyki na terenie całego cesarstwa.
Pewnego grudniowego dnia, gdy siedzieli w domu Guttów, a za oknem panowała śnieżyca, zwierzył się Andrzejowi:
- Martwię się o nich. Szczególnie o Adama. Źle wygląda, wychudł, nie może spać. Denerwuje się, co z nim zrobią.
- Czuję, że będzie dobrze - próbował pocieszyć go przyjaciel. - Przecież Bóg nie pozwoli, żeby taki poeta nic już więcej nie napisał!
Andrzej sam przed laty zastanawiał się, czy nie poświęcić się literaturze. Jeszcze w czasie studiów opublikował w "Tygodniku Wileńskim" powiastkę Zdarzenie prawdziwe. Nie miał głowy do wymyślania fikcyjnych historii, chciał raczej zwrócić uwagę czytelników na problemy trapiące pojedynczą jednostkę. Obchodziły go tajemnice duszy ludzkiej, wpływ czynników nieuświadomionych na wolę człowieka. Na przykładzie swojego bohatera, Ferdynanda, starał się pokazać przemianę, jaka może dokonać się w każdym, i na dobre, i na złe. Przyświecała mu wtedy starożytna myśl nosce te ipsum - poznanie samego siebie jako najważniejsze zadanie człowieka. Poznanie swoich możliwości, talentów, emocji i reakcji, następnie zaś praca z nimi. Porzucił chęć pisania, wolał działać. Co wieczór, kładąc się spać, myślał, jaką okazję do tego przyniesie mu nowy dzień.