Towarzyszka panienka - Monika Jaruzelska

Reflow text when sidebars are open.
Ten dworek góralski był dla mnie chyba najważniejszym domem dzieciństwa, w którym spędzałam długie miesiące w różnych porach roku. Nawet ta scena z babcią palącą w altanie mocno przynależy do pamięci dziecięcego świata po góralsku.
O samym dworku mówiło się, że jest nawiedzony. Bo swego czasu mieszkał w nim chorujący na gruźlicę ojciec z córką. Według legendy córka zakochała się w kimś, popełniła samobójstwo i jej duch wciąż krążył po domu. Dworek był stary, drewniany, więc deski się rozsychały. Zwłaszcza podczas zmiany pogody robiły się naprężenia. Słychać było jakby kroki na schodach. Ale ja się nie bałam.
Były i przyjaźnie - z synem Luśki Parowej, Ryśkiem, młodszym ode mnie parę miesięcy, i z jego kolegami, małymi góralami, z którymi mogłam powygłupiać się i robić rzeczy zakazane. W zimie wspólnie jeździliśmy na nartach lub sankach. Latem pewnego razu wybuchła afera, bo z Ryśkiem najedliśmy się cementu. W dworku miała być poprawiana podmurówka, przywieziono więc worek cementu. Zauważyliśmy, że wysypuje się z niego taki fajny miękki pył. Braliśmy go do buzi i pluliśmy, bo zmieszany ze śliną przemieniał się w tężejące kluski. Posypywaliśmy sobie nim również włosy. Pamiętam przerażenie babci i Luśki Parowej, co teraz zrobić z naszymi włosami. A pod koniec podstawówki wykurzyłam z Ryśkiem pierwszego papierosa.
Chłopcy góralscy byli dla mnie taką kwintesencją męskości. Choćby sam Rysiek - prawdziwy mały harnaś. Kiedy miał pięć lat, dostał od matki lanie. Ja nie byłam ani świadkiem lania, ani tego, co stało się potem. Ale pamiętam, że Luśka opowiadała o tym zajściu babci, śmiejąc się swym zaraźliwym śmiechem do łez. W dzisiejszych czasach pewnie inaczej byśmy to odczytali. Otóż ten pięciolatek poszedł do drewutni, wziął siekierę i przyszedł oświadczyć matce: "A ja cię teraz zabiję!".
Polskie Tatry to smaki i zapachy mojego dzieciństwa, i sentyment, który każe mi tu wciąż wracać. Choć Zakopane zmieniło się zdecydowanie - jak okiem sięgnąć McDonaldy i pizzerie, a na Krupówkach do zdjęcia pozują nie tylko białe niedźwiedzie, pojawiają się nawet Darth Vader i Chewbacca z Gwiezdnych wojen. Wyciągi zamykają, halny wieje... Parę razy zbuntowałam się i wyjechałam w Alpy. Tam warunki na stokach zdecydowanie lepsze. Tylko co z tego, kiedy zaczęła ogarniać mnie tęsknota. Ani kwaśnicy, ani muzyki góralskiej, ani tej specyficznej gwary. Wróciłam do Zakopanego, gdzie jednak swojsko. Gdzie mimo serwowania hamburgerów i pizzy wciąż mogę odnaleźć dawne klimaty z powieści Choromańskiego i piosenek Młynarskiego. Jak piewca Tatr Kazimierz Przerwa-Tetmajer będę powtarzać, że "wolę polskie gówno w polu niż fiołki w Neapolu".
Gdy miałam cztery lata i jak zwykle spędzałam okres zimowo-wiosenny z babcią w Kościelisku, zaczął mnie nagle boleć brzuch i dostałam wysokiej gorączki. Przyszedł doktor, wymacał okolice pępka i prawie krzyknął: "Twardy brzuch! Natychmiast do szpitala!".
Błyskawicznie znalazłam się w Zakopanem na oddziale chirurgii dziecięcej. Bardzo miła i ładna siostra powiedziała, że zaraz będę miała zdjęcie u fotografa, gdzie jest taka wielka lampa. Pomimo wcześniejszej wizyty u "fryzjera w czarnej sukience" bez protestu dałam się zawieźć na salę operacyjną. Na miejscu było już gorzej. Ładna siostra założyła sobie zieloną maskę na twarz, obok niej stali inni, również zamaskowani. Widziałam tylko oczy, intensywnie wpatrujące się we mnie. No i tę oślepiającą lampę. Jeden z zamaskowanych usiłował zrobić mi zastrzyk. Czyjeś ręce zbliżały się do mojej twarzy, zobaczyłam jakąś maskę wydzielającą z siebie ostrą woń. Zaczęłam się drzeć i wyrywać, aż usłyszałam: "Zamknijżesz mordę, przeklęty bachorze...". Dalej nic nie pamiętam.
Kilka dni później przyleciał helikopterem wojskowym ojciec, bo wizytował na południu Polski jakąś jednostkę, i przyszedł mnie odwiedzić. Nie rozmawiał jednak ze mną, tylko dziękował personelowi. W pewnym momencie rozpoznałam głos lekarza, który kazał mi się zamknąć. Chociaż potem, kiedy wybudziłam się z narkozy, był już bardzo miły i wesoły, to z zazdrości, że ojciec rozmawia z nim, a nie ze mną, powiedziałam: "Tato, a ten pan kazał mi zamknąć mordę!". Na nic się zdała moja sprytna konfidencja. Lekarz pogłaskał mnie po głowie, a ojciec nadal wychwalał czystość na szpitalnym oddziale, nie słysząc wcale tego, co mówiłam.
Po powrocie do dworku nie wolno było mi biegać, nawet po zdjęciu szwów. Bardzo chciałam iść do chłopaków na górki, ale babcia nie pozwalała. Wtedy, nie wiem, czy w ramach protestu, czy po to, aby szybciej dojść do zdrowia, w każdym razie połknęłam kilka żółtych tabletek. Po chwili w drzwiach wejściowych pojawili się Rysiek z Luśką, którzy przyszli mnie odwiedzić. Powiedziałam babci, że połknęłam jakieś tabletki, co oczywiście wywołało natychmiastowy atak paniki. Krótki na szczęście, ponieważ babcia z Luśką szybko się zorientowały, o które tabletki szło. Zaśmiały się z ulgą - to były witaminy.
Chyba pomogły, już kilka dni później wolno mi było biegać.
Zawsze miałam poczucie, że oprócz krótkich chwil ojciec jest trochę nieobecny. Jakby stale przygnębiony i zamknięty w swoim świecie. Najczęściej to był świat papierów, ważnych dokumentów i gazet wertowanych w gabinecie. Jako dziecko odczuwałam bardzo wyraźnie, że to one odgradzają mnie od ojca. Chyba nigdy nie cieszył się życiem, jego drobnymi przyjemnościami. Zawsze praca i polityka przez duże "P" na pierwszym planie. Dlatego nawet podczas wakacji miałam wrażenie, że jest jakimś obcym elementem - na siłę wyjętym z tego oficjalnego świata polityki. Poukładany na co dzień, systematyczny i obowiązkowy (choć w domu miękki wobec swoich kobiet), nawet w trakcie letnich wyjazdów nie potrafił dać na luz. I wciąż mnie oceniał. Bo wszystko w jego pojęciu winno zmierzać do perfekcji.
W przeciwieństwie do mamy i babci nigdy nie przywiązywał wagi do pieniędzy. Wręcz uważał, że w złym tonie jest posiadać pieniądze, a już afiszować się nimi jest czymś niegodnym. Całą pensję oddawał mamie, potem prosił o kieszonkowe na fryzjera.
Chodziłam czasem po lekcjach do koleżanki. Jej ojciec regularnie wracał do domu o szesnastej. Dla mnie to było nienormalne. Jak to możliwe, by dorosły mężczyzna mógł zasiadać z rodziną do obiadu, oglądać telewizję i czytać najspokojniej gazetę? Uważałam, że obowiązkiem każdego ojca jest wracać najwcześniej o dwudziestej drugiej albo w ogóle nie wracać na noc. Bo praca kojarzyła mi się z wojskiem, a tam pełniło się służbę na okrągło.
Pierwszym wspomnieniem naszych osobistych kontaktów jest nauka jazdy na rowerze. Pewnie musiało to wyglądać dosyć komicznie: pan generał biegający po parku z patykiem wetkniętym w dziecięcy rowerek. Drugie wspomnienie to Kaukaz, tam ojciec nauczył mnie pływać.
Najmilej jednak wspominam wyjazdy do Starej Miłosnej, gdzie klub Legia miał swoją stajnię. Wokół rozciągały się cudowne sosnowe laski, a myśmy przemierzali te trasy konno. Ale osobno. Bo ja jeździłam zwykle z córką generała Zbigniewa Nowaka Magdą i z przydzielanym nam żołnierzem-zawodnikiem Legii. Z ojcem natomiast był pewien kłopot. Bo jako były dowódca zwiadu konnego nie miał wśród ochrony równego sobie jeźdźca. Dlatego galopował w towarzystwie pułkownika Mieczysława Romana - oficera z AK-owską przeszłością, który był równie dobrym jeźdźcem i nie rozstawał się z pistoletem. Pistolet ten niestety odegrał rolę strzelby Czechowa, która w pierwszym akcie zostaje powieszona na ścianie, aby w ostatnim akcie wystrzelić3.
Jako człowiek wysportowany ojciec chciał, by jego córka również była sprawna fizycznie. I za to byłam mu wdzięczna. Nie mogąc zaimponować rodzinie urodą ani talentem, mogłam wykazać się umiejętnościami sportowymi.
Ojciec ma naturę pesymisty. Nawet jak mu się przekazuje dobrą wiadomość, to zaraz ma jakąś wątpliwość: "A co będzie, jeśli..." - i rzuca czarnym scenariuszem. Czasem podcinał mi tym skrzydła, dusił w zarodku entuzjazm. Dlatego nauczyłam się działać samodzielnie i ojca stawiać przed faktem dokonanym.
Ten pesymizm i poczucie lęku determinowały wiele decyzji życiowych, łącznie z tą najważniejszą...
Sam o sobie mówił, że jest osobą głęboko niewierzącą. Ale jednocześnie z domu żarliwie wierzących wyniósł etos cierpienia i posłannictwa. Często słyszałam: "Trzeba nieść ten krzyż", "Trzeba umieć znosić cierpienie". Mówił to jako komunista, dla którego w przeszłości nauki Chrystusa były bardzo ważne. Wiem, że wielu może poczuć się obrażonych takim porównaniem. Ale postać Chrystusa jest nie tylko związana z chrześcijaństwem. Do jego nauk odwoływali się zarówno pierwsi ideowi komuniści, uważając go za rewolucjonistę i humanistę, jak i hipisi. Wszelkie oskarżenia ojciec przyjmuje z niesamowitą pokorą - to chrześcijańska pokora, jak mówi moja mama.
Determinizm w połączeniu z wojskową dyscypliną i oficerskim honorem składają się na wizerunek ascety.
Jest abstynentem. Przez całe życie nie palił, oprócz kilku miesięcy stanu wojennego. Jedyną jego słabością są słodycze, których również sobie odmawia, klepiąc się znacząco po brzuchu.
Pofolgował sobie tylko raz - w czasie moich narodzin. Zamiast iść z kolegami na wódkę, jak robi to większość mężczyzn, siedział samotnie w domu, pochłaniając kilogram mieszanki czekoladowej i z nerwów rozrzucając wokół siebie papierki.
3 Pułkownik Mieczysław Roman w 1982 roku po obejrzeniu w telewizji wystąpienia Mieczysława Rakowskiego wdał się w awanturę z opozycyjnie nastawionym zięciem. Następnie wymierzył z pistoletu, raniąc śmiertelnie córkę, która próbowała zasłonić męża, a potem zabił kolejnym strzałem zięcia.
Jako trzyletnie dziecko podczas pobytu w Kościelisku zostałam zaprowadzona przez babcię do miejsca, gdzie było ciemno, czułam specyficzną woń i miałam mokrą głowę. Pamiętam jeszcze, że krzyczałam i się wyrywałam. Potem pytałam, gdzie byłyśmy, a babcia powiedziała, że u fryzjera. Gdy w odwiedziny przyjechali rodzice, opowiedziałam im, że byłam z babcią u fryzjera, a fryzjer miał długą czarną sukienkę, polewał mi głowę wodą i tak dziwnie pachniało.
Mieszkaliśmy w starym dworku góralskim, który kiedyś należał do rodziny Marii Skłodowskiej-Curie, a po wojnie był częścią WDW1. Tam była na parterze altana, gdzie trzymało się w zastępstwie lodówki jedzenie. Babcia zawsze dużo paliła, jej papierosy nazywały się Płaskie. I zachowałam w pamięci taki obrazek: babcia stoi w tej altanie, paląc papierosy z niejaką Luśką Parową, która tym domem się zajmowała i przyjaźniła z babcią. Akurat weszłam, kiedy babcia mówiła dość konspiracyjnym tonem do Luśki: "Wojtek mi nogi z dupy powyrywa, wszystko ta mała wygadała...". Wiedziałam, że to o mnie, tyle że nie miałam pojęcia, co też mogłam wygadać. A oczami wyobraźni widziałam ojca wyrywającego babci nogi... I to przeze mnie!
Jako dużo starsza dopiero uświadomiłam sobie, że babcia w tajemnicy mnie ochrzciła i że rodzice się o tym dowiedzieli, choć tematu nigdy nie poruszyli. Do chwili, gdy pojawił się na świecie Gustaw.
Ojciec mówi, że dzwonią do niego księża, nawet biskup, i sugerują: "Panie generale, ma pan wnuka, gdyby córka chciała, gdyby pan chciał, możemy ochrzcić". Trochę podchodzimy w domu do sprawy anegdotycznie, ja się zastanawiam. Kolejny raz ktoś dzwoni z propozycją. Ale ojciec tłumaczy, że córka jest niewierząca, nie ma ślubu, jest feministką, nawet nie była ochrzczona. Ja na to, że byłam ochrzczona. Rodzice patrzą zaskoczeni. Okazuje się, że o niczym nie wiedzą. "Jak to?" - pytam. "Przecież babcia bała się, że jej ojciec nogi z dupy powyrywa...". Okazało się, że faktycznie dziecko coś tam mówiło o fryzjerze na czarno, jednak nie potraktowali tego poważnie.
Babcia od lat nie żyje. Ale żyje Luśka i mama zadzwoniła do niej. Luśka Parowa razem z córką Beatą i nowym proboszczem, bo stary już nie żył, siedli do ksiąg parafialnych i odszukali. Ochrzczono mnie pod nazwiskiem panieńskim babci, chrzestną była Luśka, ojcem chrzestnym kościelny. Ksiądz "detektyw", przekazując nam wiadomość, zaproponował, że chętnie Gucia ochrzci.
Pomyślałam, że co prawda jestem niewierząca, ale cała rodzina ojca była bardzo religijna. I że chrzest Gucia w tym samym ślicznym kościółku góralskim mógłby być hołdem złożonym babci. W ten sposób Gucio jako trzylatek poszedł... do fryzjera. I było wzruszająco i pięknie. Mamą chrzestną została moja przyjaciółka Monika Janowska, żona Andrzeja Mleczki, który też uczestniczył w ceremonii. Ojcem chrzestnym był Artur Nowakowski, wieloletni kolega i dawna sympatia (tego dnia odbył się również chrzest jego córki Marii). Ksiądz, który odnalazł mój akt chrztu, był wtedy chory, lecz przysłał swego kolegę z Krakowa. Było to pod koniec sierpnia, a więc w tym czasie co moja tajemna ceremonia, tyle że czterdzieści lat później. Ksiądz taktownie mówił do Gucia: "Teraz przyjmujemy cię do wspólnoty chrześcijańskiej, a reszta jest twoim wolnym wyborem". Mówił również, co szczególnie mnie wzruszyło, że kiedy człowiek płynie po oceanie i woda jest spokojna, można rozkoszować się samotnością. Natomiast w momencie, kiedy zaczyna się sztorm, potrzebni człowiekowi są inni, którzy wyciągną pomocną dłoń - i tym powinna być wspólnota chrześcijańska. Gdyby więcej było takich księży, być może dzisiaj Kościół nie borykałby się z kryzysem wiary.
Wychodziliśmy z kościółka o zachodzie słońca. W oddali piętrzył się Giewont, na tle którego robiliśmy sobie zdjęcia - na tych górskich łąkach, zdecydowanie bliżej nieba... Nawet Andrzej Mleczko ze swoją brodą i świetlistym czołem wyglądał jak święty w aureoli.
Chciałam, by Gustaw uwierzył. Z wiarą łatwiej się żyje - mówię to z pełnym przekonaniem osoby niewierzącej. Wiedziałam, że nie mogę mu nic narzucać, ale miałam takie ciche pragnienie. Nie spełniło się. Podczas pierwszej rozmowy o religii poszliśmy do mojej babci na grób. Opowiadałam mu, jak wiele jej zawdzięczam. Był piękny dzień, Stare Powązki, spacer na cmentarz. Położyliśmy kwiaty na grobie, zapaliliśmy świeczki i powoli wracamy. On nagle mówi, że przecież mieliśmy przyjść do babci, a jej nie ma. Zaczynam tłumaczyć, że różnie ludzie wierzą, że dla większości w Polsce, kiedy człowiek umiera, to idzie do nieba. Ale są i tacy, którzy wierzą, że jak człowiek umiera, to rodzi się w innej postaci, równie dobrze może odrodzić się w ciele zwierzęcia. A dla niektórych śmierć jest kresem wszystkiego. Sama natomiast uważam, że człowiek żyje, bo jego komórki są przekazywane następnym pokoleniom, i w ten sposób staje się nieśmiertelny. A on mówi, że nic nie ma.
Dwa lata temu, tuż przed zaśnięciem, powiedział: "Dziadek potrzebował aż wojny, żeby przestać wierzyć w Boga. A ja się urodziłem i od razu wiedziałem, że to nieprawda". Bo Gustaw to pragmatyk do szpiku kości.
W szkole nie chciał pójść na religię. Namawiałam go, mówiłam, że to jest rodzaj wiedzy, uczy zdolności odróżniania dobra od zła. Odpowiedział, że nie potrzebuje religii, aby to wiedzieć.
1 Wojskowy Dom Wypoczynkowy.