II. Przysłowie włoskie.
Jakkolwiek jednak dwa uczucia, które wskazaliśmy właśnie, były uczuciami przeważającemi, niemniej nie objawiały się u wszystkich w jednakim stopniu. Odcienie stopniowały się według płci, według wieku, charakteru, powiemy nawet, że według stanowiska społecznego słuchaczów.
Handlarz wina, Jan Picot, głównie zainteresowany w zajściu, jakie się odbyło, poznawszy od pierwszego rzutu oka po stroju, po broni i po masce jednego z ludzi, z którymi miał do czynienia dnia poprzedniego, zrazu osłupiał na jego widok; poczem stopniowo, dowiadując się o przyczynie wizyty, jaką mu składał tajemniczy bandyta, pan Picot wpadł z osłupienia w radość, przechodząc przez wszystkie odcienie pośrednie, jakie dzielą te dwa uczucia. Jego własny worek złota leżał przy nim i rzekłbyś, iż nie śmie go dotknąć: może obawiał się, że w chwili, gdy wyciągnie po niego rękę, worek ten zniknie, jak znika złoto, które znajdujemy nieraz we śnie i które ulatnia się, zanim zdążymy otworzyć oczy, w okresie tej stopniowanej jawy, jaka dzieli głęboki sen od zupełnego przebudzenia.
Otyły jegomość z dyliżansu i jego małżonka okazali, podobnie jak ich towarzysze podróży, szczery a wielki przestrach. Siedząc po lewej stronie Jana Picota, na widok bandyty, zbliżającego się do handlarza wina, jegomość ów w złudnej nadziei utrzymania należytej odległości między sobą a towarzyszem Jehudy, cofnął krzesło swoje do krzesła żony, która, pod tym naciskiem usiłowała cofnąć z kolei swoje krzesło. Ponieważ jednak na krześle następnem siedział obywatel Alfred de Barjols, nie mający żadnego powodu obawiania się ludzi, o których wyraził właśnie sąd taki pochlebny, przeto krzesło żony otyłego jegomościa napotkało przeszkodę w nieruchomości krzesła młodego szlachcica.
On zaś zachował się, podobnie jak ksiądz, który dał biblijne wyjaśnienie, dotyczące króla izraelskiego Jehudy i misyi, jaką mu powierzył Eliasz, zachował się, mówimy, jak człowiek, nietylko nie odczuwający żadnej obawy, ale nawet spodziewający się wydarzonego wypadku, jakkolwiek niespodziewany może być ten wypadek. Z uśmiechem na ustach śledził zamaskowanego człowieka i, gdyby wszyscy biesiadnicy nie byli tacy zajęci dwoma głównymi aktorami sceny, która się rozegrywała, byliby mogli zauważyć niedostrzegalne prawie spojrzenie porozumiewawcze między bandytą a młodym szlachcicem, spojrzenie, które w tejże prawie chwili powtórzyło się między młodym szlachcicem a księdzem.
Dwaj podróżni wreszcie, których wprowadziliśmy do sali table d'hote'u i którzy, jak wspomnieliśmy, byli dosyć odosobnieni na krańcu stołu, zachowali postawę zgodną z ich różnym charakterem. Młodszy poniósł instynktownie rękę do boku, jakgdyby szukał nieobecnej broni, i wstał, jakby pod naciskiem sprężyny, by rzucić się do gardła człowiekowi zamaskowanemu, co nastąpiłoby z pewnością, gdyby był sam; ale starszy, ten, który, jak się zdawało, wydawał mu rozkazy nietylko z przyzwyczajenia, ale i z prawa, zadowolił się, jak to uczynił już poprzednio, schwytaniem go za surdut, mówiąc tonem rozkazującym, a nawet twardym:
- Siedzieć, Rolandzie!
I młodzieniec usiadł.
Ale ze wszystkich biesiadników najobojętniejszy, pozornie przynajmniej, podczas całej sceny, pozostał mężczyzna, mogący mieć lat trzydzieści trzy do trzydziestu czterech, blondyn, z brodą ryżą, z twarzą spokojną i piękną, o wielkich oczach niebieskich, o cerze jasnej, ustach inteligentnych i wązkich, o postaci smukłej i wysokiej; w mowie miał akcent cudzoziemski, wskazujący człowieka, urodzonego na ziemi tej wyspy, której rząd toczył z nami w danej chwili taką zaciętą wojnę.
O ile można było sądzić z rzadkich słów, jakie mu się wymykały, mówił, mimo akcentu, o którym wspomnieliśmy, językiem francuskim niezwykłej czystości. Na pierwsze słowo, jakie wypowiedział, a w którem poznał ten akcent z za kanału La Manche, starszy z dwóch podróżnych drgnął i, zwracając się do towarzysza, przywykłego czytać myśl w jego spojrzeniu, spytał go wzrokiem, w jaki to sposób Anglik znajduje się we Francyi w chwili, gdy zacięta wojna, prowadzona przez te dwa narody, z natury rzeczy wypędza Anglików z Francyi i Francuzów z Anglii. Niewątpliwie wyjaśnienie wydało się Rolandowi niemożliwe, albowiem odpowiedział ruchem oczu i ramion, który mówił: "Wydaje mi się to równie nadzwyczajne, jak tobie; ale jeśli ty nie znajdujesz wyjaśnienia takiego zagadnienia, ty, matematyk z powołania, nie pytaj mnie o nie".
Jedna tylko w tem wszystkiem była rzecz jasna dla obu młodzieńców, a mianowicie, że blondyn, mówiący akcentem anglosaksońskim, jest podróżnym, na którego czeka zaprzężona wygodna kolasa przed bramą hotelu, i że ten podróżny jest z Londynu albo przynajmniej z jednego z hrabstw czy księstw Wielkiej Brytanii.
Za każdem wyjaśnieniem, którego zażądano o położeniu we Francyi, Anglik ostentacyjnie wydobywał z kieszeni notatnik i, prosząc, bądź handlarza win, bądź księdza, czy też młodego szlachcica o powtórzenie wyjaśnienia - co każdy czynił z uprzejmością równą kurtuazyi, z jaką czynione było zapytanie - zapisywał to, co powiedziano najważniejszego, nadzwyczajnego i najbardziej malowniczego o zatrzymaniu dyliżansu, o stanie rzeczy w Wandei, o towarzyszach Jehudy; za każdym razem, zaś dziękował głosem i ruchem, z tym sztywnym chłodem,/właściwym naszym sąsiadom z za morza, i za każdym razem chował w boczną kieszeń surduta notatnik, wzbogacony świeżą nowiną.
Wreszcie, jak widz, radujący się niespodziewanem zakończeniem, krzyknął z zadowoleniem, na widok człowieka zamaskowanego, wytężył słuch, wytrzeszczył oczy, nie odwrócił odeń wzroku, dopóki drzwi nie zamknęły się za nim, a wówczas, wydobywając szybko notatnik z kieszeni:
- Ooo, panie - rzekł do sąsiada, którym był ksiądz - czy zechciałby pan łaskawie, gdybym nie pamiętał, powtórzyć mi, słowo w słowo, co mówił dżentelmen, który stąd wychodzi?
Zabrał się niezwłocznie do pisania i, wspierając pamięć własną pamięcią księdza, mógł zapisać dokładnie przemowę towarzysza Jehudy do obywatela Jana Picota.
Poczem, napisawszy to zdanie, zawołał z akcentem, który nadawał szczególne piętno oryginalności jego słowom:
- Ooo! doprawdy tylko we Francyi zdarzają się rzeczy podobne; Francya jest krajem najciekawszym na świecie. Jestem uszczęśliwiony, panowie, że podróżuję po Francyi i poznaję Francuzów.
Ostatnie zdanie wypowiedziane było z taką uprzejmością, że nie pozostawało nic innego, tylko podziękować temu, który je wygłosił, choćby był potomkiem zwycięzców z pod Crécy, Poitiers i Azincourt.
Młodszy z dwóch podróżnych tonem zlekka kostycznym, który, jak się zdawało, był jego tonem naturalnym, odpowiedział na tę uprzejmość:
- Dalibóg! i ja również, milordzie; mówię: milordzie, bo przypuszczam, że pan jest Anglikiem.
- Tak jest, panie - odparł dżentelmen - mam ten zaszczyt.
- Otóż, jak rzekłem - ciągnął dalej młodzieniec - jestem uszczęśliwiony, że podróżuję po Francyi i że widzę to, co już widziałem. Trzeba żyć pod rządami obywateli Gohiera, Moulins'a, Rogera Ducosa, Sieyésa i Barrasa, żeby być świadkiem takiego figla; gdy zaś za lat pięćdziesiąt opowiadać będą, że w mieście, mającem trzydzieści tysięcy dusz, w biały dzień złodziej z gościńca, zamaskowany, z dwoma pistoletami i szablą u pasa, przyszedł oddać uczciwemu kupcowi dwieście ludwików, które mu zabrał dnia poprzedniego; gdy dodadzą, że stało się to przy table d'hote, gdzie siedziało dwadzieścia czy dwadzieścia pięć osób, i że ten wzorowy bandyta oddalił się, a nikt z dwudziestu czy dwudziestu pięciu osób obecnych nie skoczył mu do gardła; założę się, że ten, który się ośmieli rzeczy takie opowiadać, nazwany będzie niecnym kłamcą.
I młodzieniec, przechylając się w tył na krześle, wybuchnął śmiechem, ale śmiechem takim nerwowym i ostrym, że wszyscy spojrzeli nań ze zdumieniem, towarzysz jego zaś patrzył na niego z ojcowskiem niemal zaniepokojeniem.
- Panie - rzekł obywatel Alfred de Barjols - pozwoli pan powiedzieć sobie, że człowiek, którego pan tu widział, nie jest złodziejem z gościńca.
- Ba! czemże jest, mówiąc szczerze? Jest to, według wszelkiego prawdopodobieństwa, młodzieniec z równie dobrej rodziny, jak pan i ja.
- Hrabia de Horn, którego regent kazał zatłuc kołem na placu Gr?ve, był również młodzieńcem z dobrej rodziny, czego dowodem, że cała arystokracya paryska przysłała powozy na jego egzekucyę.
- Hrabia de Horn, jeśli się nie mylę, kazał zabić Żyda, żeby mu ukraść weksel, którego nie mógł zapłacić, a nikt nie ośmieli się powiedzieć, że którykolwiek towarzysz Jehudy naruszył włos na głowie dziecka.
- A więc niech i tak będzie; przypuśćmy, że instytucya założona została ze względów filantropijnych, by przywrócić równowagę między majątkami, naprawić kaprysy losu, zreformować nadużycia społeczeństwa; jakkolwiek to złodziej w rodzaju Karola Moora, ten przyjaciel pański Morgan... czy ten uczciwy obywatel nie powiedział, że się nazywa Morgan?
- Tak - odparł Anglik.
- A więc przyjaciel pański Morgan niemniej jest złodziejem.
Obywatel Alfred de Barjols pobladł bardzo silnie.
- Obywatel Morgan nie jest moim przyjacielem - odparł miody arystokrata - ale, gdyby nim był, uważałbym to sobie za zaszczyt.
- Niewątpliwie - odpowiedział Roland, wybuchając śmiechem - wszak pan de Voltaire mówi:
Przyjaźń wielkiego człowieka jest dobrodziejstwem bogów.
- Rolandzie, Rolandzie! - szepnął mu towarzysz. - Generale - odpowiedział ten, umyślnie może wymieniając tytuł, należny towarzyszowi - pozwól mi, błagam, prowadzić dalej z tym panem dyskusyę, która mnie zajmuje w najwyższym stopniu.
Młody arystokrata wzruszył ramionami.
- Tylko, obywatelu - ciągnął dalej młodzieniec ze i szczególnym uporem - przypominam, że opuściłem Francyę przed dwoma laty, a od mojego wyjazdu zmieniło się a tyle rzeczy, strój, obyczaje, akcent, że język także może uległ zmianie. Jakże więc nazywa pan w języku, jakim mówią dzisiaj we Francyi, zatrzymywanie dyliżansów i zabieranie pieniędzy, które zabierają?
- Panie - odparł arystokrata, tonem człowieka zdecydowanego podtrzymać dyskusyę do ostatka - nazywam to prowadzeniem wojny; a towarzysz pański, którego pan przed chwilą nazwał generałem, powie panu, jako wojskowy, że, poza przyjemnością zabijania i zostania zabitym, generałowie od najdawniejszych czasów robili to samo, co obywatel Morgan.
- Jakto! - zawołał młodzieniec, którego oczy rzuciły błyskawicę - pan śmie porównywać?...
- Pozwól panu rozwinąć jego teoryę, Rolandzie - odezwał się brunet, przysłaniając oczy długiemi czarnemi rzęsami, by nie zdradziły, co się działo w jego sercu, gdy oczy towarzysza, przeciwnie, rozszerzyły się, by rzucać płomienie.
-A co! - rzekł młodzieniec - i generał teraz zaczyna się interesować dyskusyą.
Poczem, zwracając się do tego, który upierał się przy swojem:
- Proszę, niech pan mówi dalej - rzekł - generał pozwala.
Młody arystokrata zarumienił się równie widocznie, jak pobladł przed chwilą, i z zaciśniętymi zębami, z łokciami o stół opartymi, z podbródkiem na pięści, by zbliżyć się jak można najwięcej do przeciwnika, mówił coraz wyraźniejszym akcentem prowansalskim, w miarę jak dyskusya stawała się zaciętsza:
- Skoro generał pozwala - wyraz generał wymówił ze szczególnym naciskiem - będę miał zaszczyt powiedzieć jemu i wam, obywatelu, zarazem, że przypominam sobie, iż czytałem w Plutarchu, jako że w chwili, gdy Aleksander wyruszał do Indyi, zabierał ze sobą tylko osiemnaście czy dwadzieścia talentów w złocie, czyli mniej więcej sto do stu dwudziestu tysięcy franków. Otóż, czy panowie sądzicie, że to owymi osiemnastu czy też dwudziestu talentami w złocie karmił armię, podbił Azyę Mniejszą, zdobył Tyr, Syryę, Egipt, zbudował Aleksandryę, wtargnął aż do Libii, kazał wyroczni Amona ogłosić, że jest synem Jowisza, dotarł do Hypanisu, a ponieważ żołnierze nie chcieli iść dalej za nim, przeto powrócił do Babilonu, gdzie przewyższał zbytkiem, znieprawieniem i lubieżnością najwięcej lubujących się w zbytku, najbardziej znieprawionych i najlubieżniejszych królów azyatyckich? Czy to z Macedonii otrzymywał pieniądze i czy pan mniema, że król Filip, jeden z najuboższych królów biednej Grecyi, pokrywał przekazy, które syn wystawiał na niego? Bynajmniej: Aleksander postępował, jak obywatel Morgan; tylko, zamiast zatrzymywać dyliżanse na gościńcach, ograbiał miasta, pobierał haracz od królów, nakładał kontrybucyę na kraje zdobyte. Przejdźmy do Hannibala. Wszak wiecie panowie, jak wyruszył z Kartaginy? Nie miał nawet owych osiemnastu czy dwudziestu talentów swego poprzednika, Aleksandra; ale, ponieważ potrzeba mu było pieniędzy, złupił podczas pokoju i wbrew zawartym traktatom miasto Sagunt; a łupem tym wzbogacony mógł wyruszyć na wyprawę. Przepraszam, tym razem to już nie Plutarch, lecz Korneliusz Nepos. Nie będę opowiadał o zejściu z Pirenejów, o wejściu na Alpy, o trzech bitwach, które wygrał, przywłaszczając sobie za każdym razem skarby zwyciężonego, i przechodzę do pięciu czy sześciu lat, jakie spędził w Kampanii. Czy myślicie, że on i jego armia płacili pensyę Kapuańczykom i że bankierzy kartagińscy, którzy się z nim poróżnili, posyłali mu pieniądze? Nie: wojna karmiła wojnę, system Morgana, obywatelu. Przejdźmy do Cezara. A! Cezar to rzecz inna. Wyrusza z Hiszpanii z jakimi trzydziestu milionami długów, jedzie do Galii, pozostaje przez lat dziesięć u naszych przodków; przez te dziesięć lat posyła przeszło sto milionów do Rzymu, wraca przez Alpy, przekracza Rubikon, idzie prosto na Kapitol, wyłamuje wrota świątyni Saturna, gdzie przechowywany jest skarb, bierze z niego na swoje potrzeby prywatne, a nie na potrzeby rzeczypospolitej, trzy tysiące liwrów w sztabach złota i umiera; on, którego wierzyciele dwadzieścia lat przedtem nie chcieli wypuścić a domku na Suburze, pozostawia dwa czy trzy tysiące sestercyi na każdą głowę obywatela, dziesięć czy dwanaście milionów Kalpurnii i trzydzieści czy czterdzieści milionów Oktawiuszowi; znów system Morgana, z tą tylko różnicą, że Morgan, jestem pewien, umrze, nie ruszywszy na swój rachunek pieniędzy Gallów ani złota Kapitolu. Teraz przeskoczmy tysiąc osiemset lat i weźmy generała Buonaparté...
I młody arystokrata, jak zwykli byli czynić wrogowie zwycięzcy Włoch, położył nacisk na u, które Bonaparte wyrzucił ze swego nazwiska, i na e, nad którem wykreślił akcent.
Rozdrażniło to silnie Rolanda, który poruszył się jakgdyby chciał się rzucić naprzód; ale towarzysz go powstrzymał.
- Daj pokój - rzekł - daj pokój, Rolandzie; jestem pewien, że obywatel Barjols nie powie, iż generał Buonaparté, jak go nazywa, jest złodziejem.
- Nie, tego nie powiem; ale jest przysłowie włoskie, które mówi to za mnie.
- Jakież to przysłowie? - spytał generał, uprzedzając towarzysza, i tym razem zwrócił na młodego arystokratę spojrzenie spokojne i głębokie.
- Brzmi w swej prostocie: Francesi non sono tutti ladroni, ma buona parte. Co znaczy: "Nie wszyscy Francuzi są złodziejami, ale..."
- Znaczna część? - przerwał Roland.
- Tak, ale Buonaparté- odparł Alfred de Barjols.
Zaledwie zuchwały wyraz wybiegł z ust młodego arystokraty, talerz, którym bawił się Roland, wysunął się z jego rąk i uderzył prosto w twarz pana de Barjols.
Kobiety krzyknęły, mężczyźni powstali.
Roland wybuchnął swoim zwykłym nerwowym śmiechem i opadł na krzesło.
Młody arystokrata zachował spokój, jakkolwiek nitka krwawa sączyła się z pod jego brwi i spływała na policzek.
W tejże chwili wszedł konduktor, mówiąc według zwykłej formuły:
- Obywatele podróżni, wsiadać!
Podróżni, którym pilno było oddalić się od miejsca starcia, jakiego byli świadkami, rzucili się ku drzwiom.
- Przepraszam pana - rzekł Alfred de Barjols do Rolanda - mam nadzieję, że pan nie jedzie dyliżansem?
- Nie, panie, jadę ekstrapocztą; ale niech pan będzie spokojny, zostaję.
- I ja również - rzekł Anglik. - Wyprzęgnąć konie, nie jadę.
- A ja jechać muszę - rzekł z westchnieniem młody brunet, którego Roland tytułował generałem - wiesz dobrze, że trzeba, mój drogi, i że moja obecność jest tam niezbędna. Ale przysięgam ci, że nie opuszczałbym cię tak, gdybym mógł postąpić inaczej...
Gdy to mówił, głos jego, zazwyczaj ostry i metaliczny, zdradzał wielkie wzruszenie.
Roland, wprost przeciwnie, nie posiadał się z radości; rzekłbyś, iż ta natura wojownicza rozkoszowała się grożącem niebezpieczeństwem, którego może nie wywołał, ale którego nie starał się uniknąć.
- Generale - rzekł - mieliśmy się rozstać w Lugdunie, skoro dałeś mi łaskawie urlop miesięczny, bym mógł odwiedzić rodzinę w Bourg. A więc skrócimy naszą wspólną podróż o jakie sześćdziesiąt mil. Spotkamy się w Paryżu. Tylko pamiętaj, generale, gdybyś potrzebował człowieka oddanego i który się nie dąsa, pomyśl o mnie.
- Bądź spokojny, Rolandzie - odparł generał.
Poczem, patrząc bacznie na dwóch przeciwników: Przedewszystkiem, Rolandzie - rzekł do towarzysza, tonem niewymuszonej tkliwości - nie pozwalaj się zabijać; ale, jeśli to możliwe, nie zabijaj też przeciwnika swego. Ten młodzieniec jest człowiekiem serca i chcę, gdy nadejdzie czas, mieć za sobą wszystkich ludzi, posiadających serce.
- Zrobi się, co będzie można, generale, bądź spokojny.
W tejże chwili gospodarz ukazał się w progu.
- Ekstrapoczta do Paryża czeka - rzekł.
Generał wziął kapelusz i laską, złożone na krześle; Roland zaś z głową obnażoną wyszedł za nim, żeby widziano, iż nie zamierza wyjechać wraz z towarzyszem.
To też Alfred de Barjols nie sprzeciwiał się bynajmniej jego wyjściu. Zresztą łatwo było domyślić się, że ten przeciwnik należał raczej do tych, którzy szukają kłótni, niż do tych, którzy ich unikają.
Roland towarzyszył generałowi do pojazdu.
- Przykro mi - rzekł ten ostatni, wsiadając - że cię zostawiam tu samego, Rolandzie, bez przyjaciela, który mógłby ci służyć za świadka.
- Nie troszcz się o to, generale; świadek znajdzie się zawsze; nie brak i nie braknie nigdy ludzi ciekawych, którzy zechcą widzieć, jak człowiek zabija człowieka.
- Do widzenia, Rolandzie; słyszysz, nie mówię ci: żegnam, tylko: do widzenia!
- Tak, drogi generale - odparł młodzieniec głosem rozrzewnionym prawie - słyszę i dziękuję ci bardzo.
- Przyrzeknij, że mi doniesiesz, skoro tylko sprawa będzie skończona, albo że każesz mi napisać, gdybyś sam pisać nie mógł.
- O! nie obawiaj się, generale; za cztery dni najdalej będziesz miał list ode mnie - odparł Roland.
Poczem dodał z głęboką goryczą:
- Czy nie zauważyłeś, generale, że zawisła nade mną fatalność, która nie dopuszcza, żebym umarł?
- Rolandzie! - zawołał generał tonem surowym - znów!...
- Nic, nic - odparł młodzieniec, potrząsając głową i usiłując nadać twarzy pozór niefrasobliwej wesołości, która była niewątpliwie zwykłym wyrazem jego oblicza, zanim spotkało go nieszczęście nieznane, sprawiające, że, choć taki młody, już pragnął śmierci.
- Ale, słuchaj: staraj się dowiedzieć, czem się to dzieje, że w chwili, kiedy prowadzimy wojnę z Anglią, Anglik spaceruje sobie po Francyi z taką swobodą, jakgdyby był u siebie.
- Dobrze, dowiem się.
- W jaki sposób?
- Nie wiem; ale skoro panu przyrzekam, że się dowiem, będę wiedział, choćbym miał zapytać o to jego samego.
- A więc raz jeszcze do widzenia i uściskaj mnie.
Roland, w porywie gorącej wdzięczności, rzucił się na szyję temu, który dał mu to pozwolenie.
- Generale! - zawołał - jakiż byłbym szczęśliwy... gdybym nie był taki nieszczęśliwy!
Generał spojrzał na niego z głębokiem przywiązaniem.
- Opowiesz mi kiedyś swoje nieszczęście, nieprawdaż, Rolandzie? - rzekł.
Roland wybuchnął tym śmiechem bolesnym, który dziś już kilkakrotnie wybiegł z ust jego.
- O nie - odparł - wyśmiałbyś mnie, generale.
Generał spojrzał na niego takim wzrokiem, jakgdyby patrzył na waryata.
- Trudno - rzekł - trzeba brać ludzi takimi, jakimi są.
- Zwłaszcza, gdy nie są takimi, jakimi się wydają.
- Bierzesz mnie za Edypa i zadajesz mi zagadki, Rolandzie.
- Jeśli tę odgadniesz, generale, składam ci pokłon, królu Teb. Ale ja tu plotę głupstwa i zapominam, że każda twoja minuta jest droga i że zatrzymuję cię tu niepotrzebnie.
- Masz słuszność. Czy masz jakie zlecenia do Paryża?
- Trzy: pozdrowienia dla Bourrienne'a, wyrazy szacunku dla brata pańskiego, Lucyana, i hołd najwyższy dla pani Bonaparte.
- Stanie się, jak pragniesz.
- Gdzież znajdę pana w Paryżu?
- W moim domu, przy ulicy de la Victoire a może...
- Może...
- Kto wie? może w Luksemburgu!
Poczem, cofając się w głąb pojazdu, jakgdyby żałował, że powiedział tyle nawet temu, którego uważał za najlepszego przyjaciela:
- Droga do Orange! - krzyknął do pocztyliona co koń wyskoczy.
Pocztylion, który czekał tylko na rozkaz, zaciął konie; pojazd potoczył się szybko, z łoskotem grzmotu i znikł za bramą, wiodącą do Oulle.
I. Table d'hôte.
Dnia 9-go października r. 1799-go, w piękny dzień tej jesieni południowej, dzięki której na dwóch krańcach Prowancyi dojrzewają pomarańcze w Hy?res i winogrona w Saint-Péray, kolasa, zaprzężona w trzy konie pocztowe, przejeżdżała przez most na Durancyi, między Cavailhonem a Château-Renard, kierując się ku Awinionowi, dawnemu miastu papieskiemu, przyłączonemu do Francyi przed laty ośmiu, mocą dekretu z d. 25 maja r. 1791-go. Przyłączenie to potwierdzone zostało przez traktat, podpisany w r. 1797 w Tolentino, a między generałem Bonapartem i papieżem Piusem VI-ym zawarty.
Kolasa wtoczyła się przez bramę od strony Aix, przejechała wzdłuż i, nie zwalniając biegu, całe miasto o ulicach wązkich i krętych, zbudowane tak, że było jednocześnie osłonięte od wichru i od słońca, i zatrzymał;.! się o pięćdziesiąt kroków od bramy, prowadzącej do mnicze o kształtach dziwacznych? Niewiadomo, skutek Oulle, przed hotelem Palais-Egalté, który zaczynano powoli nazywać ponownie hotelem Palais-Royal; nazwę tę nosił niegdyś i nosi jeszcze dzisiaj.
Tych kilka słów, prawie nic nie znaczących, z powodu nazwy hotelu, przed którym zatrzymała się ekstrapoczta, zajmująca naszą uwagę wskazuje dostatecznie położenie, w jakiem była Francya pod owym rządem reakcyi termidorowej, ochrzczonym nazwą Dyrektoratu.
Po walce rewolucyjnej, która trwała od 14 lipca r. 1789 do; 9 termidora r. 1794; po dniach 5 i 6 października, 21 czerwca, 10 sierpnia, 2 i 3 września, 21 maja, 29 termidora i 1 preryala; po przyjrzeniu się spadającym głowom króla i jego sędziów, królowej i jej oskarżyciela, Żyrondystów i Franciszkanów, umiarkowanych i Jakobinów, Francyę ogarnął najstraszliwszy ze wszystkich przesytów, przesyt krwi!
I odczuła jeśli nie potrzebę króla, to przynajmniej pragnienie rządu silnego, któremu mogłaby zaufać, na którym mogłaby się oprzeć, któryby za nią działał i pozwolił jej odpocząć.
W miejsce tego rządu, niewyraźnie pożądanego, posiadała słaby i niezdecydowany Dyrektorat, złożony narazie z lubieżnego Barrasa, z intryganta Sieyesa, z dzielnego Moulins'a, z bezbarwnego Rogera Ducosa i uczciwego, lecz zbyt naiwnego Gohiera.
Stąd wynikła mierna powaga na zewnątrz i bardzo wątpliwy spokój na wewnątrz.
Dwaj podróżni, którzy wysiedli z ekstrapoczty przed bramą hotelu Palais-Royal, mieli niewątpliwie pewne powody do obawiania się nastroju ustawicznie wzburzonej ludności miasta papieskiego, albowiem nieco powyżej Orgonu, w miejscu, gdzie podróżny trzy drogi ma cią do Awinionu - pocztylion zatrzymał konie i, obracając się, zapytał:
- Czy obywatele jadą przez Awinion, czy przez Carpentras?
- Która z dwóch dróg jest krótsza? - zapytał krótko ostrym głosem starszy podróżny, który mógł mieć zaledwie lat trzydzieści.
- Droga na Awinion, obywatelu, o dobre półtorej mili przynajmniej.
- W takim razie - odparł podróżny - jedźmy drogą na Awinion.
I kareta potoczyła się galopem, który świadczył, że obywatele podróżni, jak nazywał ich pocztylion, jakkolwiek nazwa pan zaczynała wracać do rozmowy, płacili co najmniej trzydzieści sousów napiwku.
Ta sama chęć unikania straty czasu objawiła się, skoro tylko weszli do hotelu.
Głos zabrał znów, podobnie jak w drodze, starszy podróżny. Zapytał, czy można niezwłocznie zjeść obiad, a sposób, w jaki zadane było pytanie, wykazywał, że podróżny gotów był pominąć niejedno wymaganie gastronomiczne, byleby podano jedzenie jak najśpieszniej.
- Obywatelu - odparł gospodarz, który, na odgłos turkotu kół, wybiegł z serwetą w ręce na powitanie podróżnych - będziecie szybko i przyzwoicie obsłużeni w waszym pokoju; ale, gdybym się ośmielił dać wam radę...
Zawahał się.
- O, proszę o radę, bardzo proszę! - odezwał się młodszy podróżny, zabierając głos po raz pierwszy.
- A więc najlepiej byłoby zjeść poprostu table d'hôte, jak podróżny, na którego czeka zaprzężony powóz; obiad jest doskonały i już podany.
Gospodarz jednocześnie wskazywał powóz, urządzony w niesłychanie wygodny sposób i zaprzężony, istotnie, w dwa konie, które grzebały ziemię kopytami, gdy pocztylion czekał cierpliwie, siedząc na brzegu okna i wychylając butelkę wina zCahors.
Pierwszy ruch tego, któremu gospodarz uczynił tę propozycyę, był przeczący; wszelako, po chwili namysłu, starszy podróżny, jakgdyby zaniechał pierwszego postanowienia, zwrócił się ruchem pytającym do towarzysza.
Ten zaś odpowiedział spojrzeniem, które znaczyło:
"Wszak pan wie, że jestem na pańskie rozkazy".
- A więc niech i tak będzie - rzekł ten, który widocznie obowiązany był podejmować inicyatywę - zjemy obiad przy table d'hôte.
Poczem, zwracając się do pocztyliona, który, z kapeluszem w ręku, czekał na jego rozkazy, dodał:
- Niech za pół godziny najpóźniej konie będą zaprzężone.
I, prowadzeni przez gospodarza, weszli obaj do jadalni, starszy z dwóch, idąc naprzód, młodszy zaś za nim.
Wiadomo, jakie wogóle wrażenie wywierają nowi przybysze przy table d'hôte. Wszystkie spojrzenia skierowały się na wchodzących; rozmowa, dosyć ożywiona, urwała się.
Biesiadnicy składali się ze zwykłych gości hotelu, z podróżnego, którego powóz czekał zaprzężony przed domem, z handlarza win z Bordeaux, przebywającego w Awinionie dla przyczyn, o których później, i z grona osób, jadących z Marsylii do Lugdunu dyliżansem.
Przybysze powitali towarzystwo lekkiem skinieniem głowy i zasiedli na krańcu stołu, tak, że kilka nakryć dzieliło ich od innych biesiadników.
To arystokratyczne odosobnienie podwoiło ciekawość, której byli przedmiotem; zresztą każdy widział, że są to ludzie niezaprzeczonej dystynkcyi, jakkolwiek strój ich był bardzo skromny, taki, jaki nosiła cala ówczesna młodzież. Od wytwornisiów paryskich a nawet i prowincyonalnych odróżniały ich długie, gładko przyczesane włosy i czarny krawat dokoła szyi owiązany, taki, jak nosili wojskowi.
Powierzchowność młodzieńców przedstawiała dwa typy, najzupełniej różne.
Starszy, którego głos, nawet w intonacyach najpoufniejszych, wykazywał przyzwyczajenie do rozkazywania, był, jak wspomnieliśmy, mężczyzną jakich lat trzydziestu, włosy miał czarne, rozdzielone na środku, gładko przyczesane i spadające wzdłuż skroni na ramiona. Twarz jego była ogorzała, jak twarz człowieka, który podróżował po krajach południowych; wargi miał wązkie, nos prosty, zęby białe i te oczy sokole, jakie Dante daje Cezarowi.
Wzrostu był raczej małego, niż dużego, rękę miał delikatną, stopę wązką, kształtną; w obejściu jego nie było swobody; wydawał się skrępowany, co wskazywało, że nosił ubranie, do którego nie przywykł; gdy zaś przemówił a był nad brzegami Loary, zamiast być nad brzegami Rodanu, interlokutor jego byłby mógł zauważyć, że miał w wymowie pewien akcent włoski.
Towarzysz jego mógł być o jakie trzy lub cztery lata młodszy.
Był to piękny młodzieniec o cerze różowej, o włosach jasnych, oczy miał jasno-niebieskie, nos prosty, podbródek wydatny, prawie bez zarostu. Mógł być o dwa cale wyższy od towarzysza, a jakkolwiek wzrostu był mniej niż średniego, całą postać miał taką kształtną, taki był swobodny we wszystkich ruchach, że nietrudno było odgadnąć, iż posiadał, jeśli nie siłę, to przynajmniej niepospolitą zwinność i zręczność.
Jakkolwiek jednakowo ubrany, jakkolwiek wydawał się pozornie na stopie równości z towarzyszem, niemniej okazywał młodemu brunetowi wybitny szacunek, który nie mógł wynikać z wieku, lecz pochodził niewątpliwie z niższego stanowiska społecznego. Nadto zaś nazywał towarzysza obywatelem, gdy ten nazywał go poprostu Bolandem.
Te uwagi, które czynimy, by wtajemniczyć głębiej czytelnika w nasze opowiadanie, nie przyszły prawdopodobnie wcale na myśl współbiesiadnikom przy table d'hote, albowiem, po kilku sekundach przyglądania się przybyszom, spojrzenia oderwały się od nich i rozmowa, na chwilę przerwana, została nanowo podjęta.
Przyznać trzeba, że temat rozmowy był dla podróżnych niesłychanie interesujący; mówiono o zatrzymaniu na drodze dyliżansu, wiozącego sześćdziesiąt tysięcy franków z Marsylii do Awinionu, między Lambesc i Pont-Royal pieniędzy rządowych. Stało się to dnia poprzedniego.
Po pierwszych wyrazach o tym wypadku, dwaj młodzieńcy wytężyli słuch ze szczerem zajęciem.
Wypadek zdarzył się na tej samej drodze, którą jechali, a opowiadający był jednym z głównych aktorów tej sceny z gościńca.
Był to handlarz wina z Bordeaux.
Najchciwszymi szczegółów okazali się podróżni, którzy przybyli dyliżansem i mieli wnet odjechać. Inni współbiesiadnicy, ludzie miejscowi, obeznani byli widocznie z takiemi katastrofami, gdyż sami przytaczali szczegóły, zamiast ich słuchać.
- A więc, obywatelu - mówił gruby jegomość, do którego tuliła się w trwodze kobieta wielka, sucha i chuda - mówicie, że to na tej właśnie drodze, którą jechaliśmy, popełniona została kradzież?
- Tak jest, obywatelu, między Lambesc i Pont-Royal. Czy zauważyliście miejsce, gdzie droga idzie pod górę i zwęża się między dwoma wzgórzami? Jest tam mnóstwo skał.
- Tak, tak, mój drogi - rzekła kobieta, ściskając ramię męża - zauważyłam; powiedziałam nawet, chyba pamiętasz: "To niedobre miejsce, wolę przejeżdżać tędy dniem, niż nocą".
- Ależ pani - odezwał się młodzieniec, który w czasach zwykłych rej wodził w rozmowie przy table d'hôte - dla panów towarzyszów Jehudy niema dnia ani nocy.
- Jakto! obywatelu - zapytała dama, bardziej jeszcze przerażona - zatrzymano was tak w biały dzień?
- W biały dzień, obywatelko, o dziesiątej rano.
- I iluż ich było? - pytał gruby jegomość.
- Czterech, obywatelu.
- Ukrytych na drodze?
- Nie; przyjechali konno, uzbrojeni od stóp do głowy i zamaskowani.
- Taki ich zwyczaj - wtrącił młodzieniec, stały gość table d'hóte'u - powiedzieli: "Nie brońcie się, nie stanie wam się nic złego, chcemy tylko pieniędzy rządowych", nieprawda?
- Słowo w słowo, obywatelu.
- Następnie - mówił dalej ten, który się wydawał tak doskonałe poinformowany - dwaj zsiedli z konia, rzucili cugle towarzyszom i zażądali od konduktora, żeby im wręczył pieniądze.
- Obywatelu - rzekł gruby jegomość, zachwycony - opowiadacie zajście tak, jakgdybyście je widzieli.
- Może też pan był przy tem - odezwał się jeden z podróżnych, nawpół żartobliwie, napoły z powątpiewaniem.
Nie wiem, obywatelu, czy, mówiąc to, macie zamiar powiedzieć mi niegrzeczność - rzekł lekkim tonem młodzieniec, który tak uprzejmie i tak właściwie przyszedł w pomoc opowiadającemu - ale moje zapatrywania polityczne sprawiają, że nie uważam podejrzenia waszego za obelgę. Gdybym miał nieszczęście należenia do liczby napadniętych, albo honor zaliczania się do tych, którzy napadali, przyznałbym się szczerze, zarówno w jednym jak i w drugim wypadku; ale wczoraj rano, o godzinie dziesiątej, właśnie, w chwili, gdy zatrzymywano dyliżans o cztery mile stąd, jadłem najspokojniej śniadanie na tem samem miejscu i nawet z tymi samymi dwoma obywatelami, którzy w tej chwili raczą siedzieć po mojej prawej i po mojej lewej stronie.
- A - zapytał młodszy z dwóch podróżnych, którego towarzysz mienił Rolandem ilu was było mężczyzn w dyliżansie?
- Zaraz; zdaje mi się, że nas było... tak, tak jest, było nas siedmiu mężczyzn i trzy kobiety.
- Siedmiu mężczyzn, nie licząc konduktora? - powtórzył Roland.
- Ma się rozumieć.
- I w siedmiu mężczyzn pozwoliliście się ograbić przez czterech bandytów? Winszuję panom.
- Wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia - odpali handlarz wina - i nie myśleliśmy się bronić.
- Jakto! - zawołał młodzieniec - i z kim mieliście do czynienia? ależ, zdaje mi się, mieliście do czynienia ze złodziejami, z bandytami!
- Bynajmniej: przedstawili się.
- Przedstawili się?
- Powiedzieli: "Panowie, obrona wasza jest zbyteczna; panie, nie obawiajcie się, nie jesteśmy bandytami, jesteśmy towarzyszami Jehudy.
- Tak - rzekł młodzieniec, stały gość table d'hote'u - uprzedzają, żeby nie było pomyłki; taki ich zwyczaj.
- Któż jest ów Jehuda, który ma takich grzecznych towarzyszów? Czy to ich kapitan?
- Panie - odezwał się mężczyzna, którego strój miał pewne cechy stroju księdza świeckiego i który również wydawał się nie tylko stałym gościem table d'hóte'u, ale nadto człowiekiem świadomym tajemnic czcigodnej korporacyi, o jakiej mówiono - gdyby pan znał lepiej Pismo święte, wiedziałby pan, że mniej więcej dwa tysiące sześćset lat temu ten Jehuda umarł i stąd nie może obecnie zatrzymywać dyliżansów na gościńcach.
- Księże dobrodzieju - odparł Roland, który poznał duchownego - ponieważ pomimo cierpkiego tonu, jakim przemawiasz, wydajesz się wielce wykształconym, przeto pozwól biednemu nieświadomemu człowiekowi, żeby cię zapytał o niektóre szczegóły o tym Jehudzie, który umarł dwa tysiące sześćset lat temu, a który jednakże ma zaszczyt posiadania towarzyszów, noszących jego imię.
- Jehuda - odparł człowiek duchowny tym samym cierpkim tonem - był królem Izraela, namaszczonym przez Eliasza pod warunkiem, że ukarze zbrodnie rodu Achaba i Jezabeli i wyda wyrok śmierci na wszystkich kapłanów Baala.
- Księże dobrodzieju - rzekł młodzieniec, śmiejąc się - dziękuję za wyjaśnienie; nie wątpię, że jest dokładne a zwłaszcza bardzo uczone; tylko, wyznaję, niewiele mnie nauczyło.
- Jakto, obywatelu - odezwał się stały gość table d'hôte'u - nie rozumiecie, że Jehuda to jego królewska mość Ludwik XVIII, namaszczony pod warunkiem, że ukarze zbrodnie rewolucyi i wyda wyrok śmierci na kapłanów Baala, to jest na tych wszystkich, którzy mieli jakikolwiek udział w wytworzeniu wstrętnego stanu rzeczy, nazwanego od lat siedmiu rzecząpospolitą?
- Owszem, rozumiem - odpowiedział młodzieniec - Ale czy do tych, których towarzysze Jehudy mają obowiązek zwalczać, zaliczacie też walecznych żołnierzy, którzy odparli cudzoziemca od granic Francyi, i znakomitych generałów, którzy dowodzili armiami Tyrolu, Sambre-et-Meuse i włoską?
- Ależ naturalnie, ci najpierw i przedewszystkiem.
Oczy młodzieńca rzuciły błyskawicę; nozdrza jego wydęły się, wargi zacisnęły, uniósł się na krześle; ale towarzysz pociągnął go za surdut i spojrzeniem nakazał mu milczenie.
Poczem ten, który dał taki dowód swojej władzy, zabierając głos po raz pierwszy:
- Obywatelu - rzekł, zwracając się do stałego gościa table d'hôte'u - wybaczcie dwom podróżnym, którzy przybywają z krańca świata, mniej więcej jakgdyby z Ameryki albo z Indyi, którzy opuścili Francyę przed laty dwoma, nie wiedzą zupełnie, co się w kraju dzieje, i pragnęliby się dowiedzieć.
- Ale jakże - odparł ten, do którego wyrazy te były skierowane - żądanie jest aż nadto słuszne, obywatelu; pytajcie a otrzymacie odpowiedź.
- A więc - ciągnął dalej młody brunet o oku orłem, o włosach kruczych i gładko przyczesanych, o cerze granitowej: - teraz, kiedy wiem, kto jest Jehuda i w jakim celu kompania jego została utworzona, pragnąłbym dowiedzieć się, na jaki cel jego towarzysze obracają pieniądze, które zabierają.
- Ach, Boże! to bardzo proste, obywatelu; wszak wiecie, że powstał zamiar przywrócenia monarchii burbońskiej?
- Nie, nie wiedziałem - odparł młody brunet tonem, któremu napróżno usiłował nadać brzmienie naiwne - przybywam, jako rzekłem, z krańca świata.
- Jakto! nie wiedzieliście o tem? Oznajmiam wam tedy, że za sześć miesięcy będzie to fakt dokonany.
- Istotnie?!
- Stanie się, jako miałem zaszczyt powiedzieć wam, obywatelu.
Dwaj młodzieńcy o postawie wojskowej zamienili spojrzenie i uśmiech, jakkolwiek blondyn tłumił widocznie żywą niecierpliwość.
Ich interlokutor zaś ciągnął dalej:
- Lugdun jest główną kwaterą konspiracyi, jeżeli konspiracyą nazywać można spisek, który organizuje się w pełnem świetle dziennem; lepiej odpowiadałaby tutaj nazwa rządu tymczasowego.
- A więc, obywatelu - rzekł młody brunet z grzecznością, niepozbawioną szyderstwa - powiedzmy rząd tymczasowy.
- Ten rząd tymczasowy ma swój sztab główny i własne armie.
- Ba! sztab główny, może... ale armie...
- Własne armie, powtarzam.
- Gdzież są?
- Jedna tworzy się w górach Owernii, pod wodzą pana de Chardona; druga w górach Jury, pod wodzą pana Teyssonneta; trzecia wreszcie, która w tej chwili jest czynna, i nawet z niemałem powodzeniem, w Wandei, słucha rozkazów d'Escarboville'a, Achillesa Leblonda i Cadoudala.
- Doprawdy, obywatelu, oddajecie mi istotną przysługę, opowiadając te wszystkie nowiny. Mniemałem, że Burbonowie pogodzili się już zupełnie z wygnaniem; zdawało mi się, że organizacya policyi jest tego rodzaju, iż nie istnieją ani tymczasowe komitety rojalistyczne w wielkich miastach, ani bandyci na gościńcach. Wreszcie zdawało mi się, że Wandea jest zupełnie uśmierzona przez generała Hoche'a.
Młodzieniec, do którego skierowana była ta odpowiedź, wybuchnął śmiechem.
- Ależ skądże przyjeżdżacie? - zawołał - skąd przyjeżdżacie?
- Jużem wam powiedział, obywatelu - z krańca świata.
- Widać.
Poczem, ciągnąc dalej:
- Otóż, widzicie - mówił - Burbonowie nie są bogaci; emigranci, których dobra sprzedano, są zrujnowani; niepodobna organizować dwóch armii i utrzymywać trzeciej bez pieniędzy. Powstały kłopoty; rzeczpospolita jedynie mogła wypłacać żołd swoim wrogom; niepodobna było jednak przypuszczać, że zdecyduje się na to z dobrej woli, nie próbując zatem wchodzić z nią w niepewne a niebezpieczne układy, postanowiono, iż krótsza sprawa będzie zabierać jej pieniądze, niż ją o nie prosić.
- A! rozumiem nareszcie.
- To bardzo szczęśliwie.
- Towarzysze Jehudy są pośrednikami między rzecząpospolitą a kontrrewolucyą, poborcami generałów rojalistycznych.
- Tak; to już nie kradzież, to operacya wojskowa, czyn wojenny, jak każdy inny.
- Właśnie, obywatelu, odgadliście i jesteście obecnie pod tym względem równie mądrzy, jak my.
- Ale - wtrącił nieśmiało handlarz wina z Bordeaux - jeśli panowie towarzysze Jehudy - zwracam uwagę, że nie mówię o nich nic złego - jeśli panowie towarzysze Jehudy zagięli parol tylko na pieniądze rządowe...
- Jedynie na pieniądze rządowe; nie zdarzyło się, żeby zabrali pieniądze człowiekowi prywatnemu..
- Nie zdarzyło się?
- Nie zdarzyło się.
- Jakże więc stało się, że wczoraj, wraz z pieniędzmi rządowymi, zabrali dwieście ludwików, które były moją własnością?
- Kochany panie - odparł młodzieniec, stały gość table d'hote'u - powiedziałem już, że zaszła niewątpliwie pomyłka, i zaręczam panu, jak się nazywam Alfred de Barjols, że te pieniądze, prędzej czy później, będą panu zwrócone.
Handlarz win westchnął głęboko i potrząsnął głową, jak człowiek, który, mimo danego zapewnienia, zachowuje jeszcze pewne wątpliwości.
Ale w tejże chwili, jakgdyby zobowiązanie, podjęte przez młodego szlachcica, który, wymieniając nazwisko, odsłonił swoje stanowisko społeczne, obudziło poczucie delikatności w tych, za których ręczył, koń zatrzymał się przed bramą, z korytarza dobiegł odgłos kroków, drzwi jadalni otworzyły się i w progu stanął mężczyzna zamaskowany, uzbrojony od stóp do głowy.
- Panowie - rzekł, wśród głębokiej ciszy, jego ukazaniem się wywołanej - czy jest między wami podróżny, nazwiskiem Jan Picot, który był wczoraj w dyliżansie, zatrzymanym między Lambesc i Pont-Royal?
- Jest - odparł handlarz wina, zdumiony.
- To pan? - spytał mężczyzna zamaskowany.
- To ja!
- Czy panu nic nie zabrano?
- Owszem, zabrano mi dwieście ludwików, które powierzyłem konduktorowi.
- I muszę nadmienić - dodał młody szlachcic - że w tejże chwili pan mówił właśnie o tem i uważał te pieniądze za stracone.
- Pan się mylił - rzekł zamaskowany nieznajomy - prowadzimy wojnę z rządem, nie z ludźmi prywatnymi; jesteśmy partyzantami politycznymi, nie zaś złodziejami. Oto pańskie dwieście ludwików i, gdyby podobna pomyłka zdarzyła się w przyszłości, niech się pan upomni i powoła na nazwisko Morgana.
Po tych słowach, człowiek zamaskowany złożył worek złota po prawej ręce handlarza wina, złożył wytworny ukłon obecnym i wyszedł, pozostawiając jednych w trwodze a innych w zdumieniu, z powodu takiej zuchwałej odwagi.
IV. Pojedynek.
Droga jest możliwa do jazdy kołowej tylko z Awinionu do l'Isle. Sir John i Roland przebyli trzy mile, dzielące l'Isle od Awinionu, w ciągu godziny.
Przez tę godzinę Roland, jakgdyby wziął sobie za zadanie skrócić czas towarzyszowi podróży, rozmowny był i pełen werwy; w miarę jak zbliżali się do miejsca wałki, wzmagała się jego wesołość. Kto nie znał przyczyny podróży, nie domyśliłby się nigdy, że ten młodzieniec, gawędzący i śmiejący się nieustannie, jest pod grozą śmiertelnego niebezpieczeństwa.
W wiosce de l'Isle trzeba było wysiąść z powozu. Zapytawszy kogo należało, Roland i sir John dowiedzieli się, że przybyli pierwsi.
Weszli na drogę, prowadzącą do wodotrysku.
- Oho! - rzekł Roland - ręczę, że tutaj jest świetne echo.
Rzucił kilką okrzyków, na które, istotnie, echo odpowiedziało z wielką dokładnością.
- Dalibóg - zawołał młodzieniec - echo znakomite. Tylko echo Seinonnetty w Medyolanie może się z niem równać. Poczekaj, milordzie.
I z modulacyami, wykazującemi jednocześnie przedziwny głos oraz znakomitą metodę, zaczął śpiewać tyrolienę, która wydawała się, jakby wyzwaniem, rzuconem przez zbuntowaną muzykę krtani ludzkiej.
Sir John patrzył na Rolanda i słuchał go ze zdumieniem, którego już nawet ukryć nie usiłował.
Gdy ostatnia nuta przebrzmiała we wklęsłościach gór:
- Zdaje mi się, niech mnie Bóg skarze - rzekł sir John - że pan ma spleen.
Roland drgnął i spojrzał na niego pytającym wzrokiem.
Ale widząc, że sir John nic więcej nie mówi:
- Z czego pan to wnosi? - zapytał.
- Jest pan tak hałaśliwie wesoły, że pan nie może nie mieć w sercu głębokiego smutku.
- Tak, i ta anomalia dziwi pana?
- Nic mnie nie dziwi, każda rzecz ma swoją racyę bytu.
- Słusznie; trzeba tylko zawsze znać ukrytą przyczynę. Otóż powiem ją panu.
- Nie zmuszam pana bynajmniej do tego.
- Jest pan zbyt dobrze wychowany, by nalegać; ale niech pan przyzna, że sprawiłoby to panu przyjemność, gdyby pan o mnie coś wiedział.
- Zapewne, bo mnie osoba pańska zajmuje.
- A więc, milordzie, rozwiążę zagadkę i tobie powiem to, czego jeszcze nie powiedziałem nikomu. Pomimo pozorów świetnego zdrowia, mam anewryzm serca, który mnie przyprawia o straszne cierpienia. Napadają mnie co chwila spazmy, osłabienia, omdlenia, których powstydziłaby się nawet kobieta. Całe moje życie to jedno śmieszne wystrzeganie się wszystkiego, a mimo to Larrey uprzedził mnie, że muszę być przygotowany na to, iż lada chwila zniknę z tego świata, ponieważ chora arterya może pęknąć w mojej piersi za najlżejszym moim wysiłkiem. Niech pan osądzi, jakie to miłe dla żołnierza! Pojmuje pan, że z chwilą, kiedy mnie objaśniono, jak rzeczy stoją, postanowiłem dać się zabić z jak największym rozgłosem i niezwłocznie zabrałem się do dzieła. Innemu, szczęśliwszemu ode mnie, byłoby się to udało już sto razy; ale ja, doprawdy, jestem zaczarowany: ani kule, ani pociski mnie nie chcą; rzekłbyś, że szable obawiają się wyszczerbić na mojej skórze. A jednak nie brak mi sposobności, łatwo pan może osądzić z tego, co zaszło przy stole. Mamy się bić, nieprawda? Otóż będę się narażał, jak waryat, zrobię przeciwnikowi wszelkie ustępstwa i to nic nie pomoże: będzie strzelał do mnie na piętnaście kroków, na dziesięć, na pięć, i chybi albo strzał spali na panewce; i wszystko po to - piękna wygrana, pomyśl pana tylko - żebym zdechł pewnego pięknego dnia, w chwili, kiedy będę się tego najmniej spodziewał, zdejmując buty! Ale cicho, mój przeciwnik nadchodzi.
Istotnie, na tej krętej drodze, którą szedł Roland i sir John między skałami, ukazywała się teraz górna część postaci trzech mężczyzn, którzy powiększali się w miarę, jak się zbliżali.
- Trzech. Dlaczego trzech - rzekł Roland - skoro nas jest tylko dwóch?
- A! zapomniałem - odparł Anglik - pan de Barjols, zarówno ze względu na pana, jak i na siebie, zażądał, by zabrano ze sobą chirurga.
- A to po co? - zapytał Roland tonem szorstkim niemal i marszcząc brwi.
- Na wypadek, gdyby który z panów został zraniony; puszczenie krwi, w pewnych okolicznościach, może człowiekowi uratować życie.
- Sir Johnie - rzekł Roland a twarz jego przybrała wyraz niemal dziki - nie rozumiem tych wszystkich ceremonii w sprawach pojedynkowych. Jak się ludzie ze sobą biją, to po to, żeby się zabić. Poprzednio niech sobie wyświadczają najrozmaitsze grzeczności, jak pańscy przodkowie i moi w Fontenoy, zgoda; ale z chwilą, gdy szpady są obnażone, albo pistolety nabite, życie człowieka musi opłacić podjęte trudy i stracone uderzenia serca. Otóż żądam od pana, żeby mi pan przyrzekł, pod słowem honoru, iż, bez względu na to, czy zostanę zraniony, czy zabity, chirurg pana de Barjolsa mnie się nie dotknie.
- Jednakże, panie Rolandzie...
- Pańskie słowo honoru, milordzie, albo, niech mnie dyabli wezmą, bić się nie będę!
Anglik spojrzał na młodzieńca ze zdumieniem; twarz Rolanda okryła się śmiertelną bladością, drżał cały tak, jakgdyby ogarnęła go trwoga.
Nie rozumiejąc zupełnie tego niepojętego wrażenia, sir John dał słowo honoru.
- Dziękuję panu - rzekł Roland. - Widzi pan, to jeszcze jeden skutek tej ślicznej choroby: robi mi się zawsze słabo na myśl o narzędziach chirurgicznych, na widok lancetu. Pobladłem bardzo silnie, nieprawda?
- Przez chwilę myślałem, że pan zemdleje.
Roland wybuchnął śmiechem:
- Ładna byłaby to historya - rzekł - gdyby tak nasi przeciwnicy przybyli i zastali pana zajętego trzeźwieniem mnie solami, jak zemdloną kobietę. Czy pan wie, co powiedzieliby i co pan powiedziałby pierwszy? Żem stchórzył.
Trzej przybysze podeszli tymczasem tak blizko, że mogli słyszeć, co się mówi, sir John nie miał tedy czasu odpowiedzieć Rolandowi.
Przystanąwszy na miejscu, złożyli ukłon. Roland, z uśmiechem na ustach, ukazując olśniewające zęby w rozchylonych wargach, odpowiedział na ich ukłon.
Sir John szepnął mu do ucha:
- Pan jest jeszcze blady; niech się pan przejdzie do wodotrysku; przyjdę po pana, gdy będzie czas.
- Dobra myśl - odparł Roland - miałem zawsze ochotę zobaczyć ten słynny wodotrysk Vaucluse, tę hipokrenę Petrarki. Czy pan zna jego sonet?
Chiare, fresche e dolci acque,
Ove le belle membra
Pose colei, che sola a me perdona.
A gdy ta sposobność minie, nie znajdę może podobnej. Z której to strony jest ten wodotrysk?
- O trzydzieści kroków stąd; niech pan idzie tą drogą dalej, a znajdzie go pan na zakręcie, u stóp tej olbrzymiej skały, której szczyt pan widzi.
- Milordzie - rzekł Roland - jesteś najlepszym przewodnikiem, jakiego znam; dziękuję.
I, pożegnawszy sekundanta swego przyjaznem skinieniem ręki, oddalił się w kierunku wodotrysku, nucąc przez zęby prześliczną wilanellę Filipa Desportes'a:
Żeś mnie, Rozetto, miesiąc nie widziała,
Serduszko twoje nowych szuka burz.
Widząc, Rozetto, żeś taka niestała,
Jam także innej serce oddał już.
Serce twe słucha podmuchów wiaterka,
Widzą, gdy rzucą wzrok w przeszłości dal.
Ale zobaczy przewrotna pasterka,
W czyje się pierwej serce wkradzie żal.
Sir John zwrócił się do młodych ludzi, którzy na niego czekali; chirurg stał trochę dalej, z boku.
Anglik niósł w ręku pudełko z pistoletami; postawił je na skale, mającej kształt stołu, wyjął z kieszeni kluczyk, który wydawał się raczej zrobiony przez jubilera, niż przez ślusarza, i otworzył pudełko.
Pistolety były przepyszne, jakkolwiek zupełnie proste; pochodziły z warsztatów Mentona, dziada tego, który jeszcze dzisiaj jest jednym z najlepszych puszkarzy w Londynie. Sir John podał broń sekundantowi pana de Barjolsa, który spuścił powoli kurek, chcąc się przekonać, czy pistolety są na dwa spusty.
Okazało się, że są na jeden spust.
Pan de Barjols spojrzał na nie, ale ich nawet nie ruszył.
- Czy nasz przeciwnik nie zna pańskiej broni? - zapytał pan de Valensolle.
- Nawet jej nie widział - odparł sir John - daję panu słowo honoru.
- O! - rzekł pan de Valensolle - proste zaprzeczenie wystarczy.
Powtórzono raz jeszcze - by uniknąć wszelkich nieporozumień - ułożone już warunki walki; poczem, by jak najmniej tracić czasu na niepotrzebne przygotowania, nabito pistolety, złożono je w pudełko, które powierzono chirurgowi, i sir John, zabrawszy kluczyk od pudełka do kieszeni, poszedł po Rolanda.
Zastał go rozmawiającego z pastuszkiem, który pilnował trzech kóz, pasących się na stromych i skalistych stokach góry, i rzucał kamyki do wodotrysku.
Sir John otworzył usta, by powiedzieć Rolandowi, że wszystko gotowe, ale on, nie dopuszczając Anglika do słowa, rzekł:
- Nie wyobrazisz sobie, milordzie, co mi ten dzieciak opowiada! Istną legendę z nad brzegów Renu. Mówi, że ten wodotrysk, którego dna nikt dotąd nie zgłębił, ciągnie się przeszło dwie albo trzy mile pod górą i służy za siedzibę wieszczce; ta wieszczka, nawpół kobieta, nawpół wąż, podczas cichych, pogodnych nocy letnich wypływa na powierzchnię wody i woła pasterzy górskich, pokazując im oczywiście tylko głowę o długich włosach, obnażone ramiona i cudne ręce; ale głupców nęci ten pozór kobiecy, zbliżają się, dają jej znaki, by zbliżyła się do nich, gdy ona ze swej strony wzywa ich znakami do siebie. Nierozważni idą naprzód, nie patrząc na drogę; nagle ziemia usuwa im się z pod stóp, wieszczka wyciąga ramiona, zanurza się wraz z nimi do swoich wilgotnych pałaców i nazajutrz ukazuje się sama. Kto, u dyabła, mógł dla tych idyotów pasterzy stworzyć tę samą bajkę, którą Wergiliusz opowiada takim przecudnym wierszem Augustowi i Mecenasowi?
Przez chwilę stał zadumany, ze wzrokiem wlepionym w tę wodę lazurową i głęboką; poczem, zwracając się do sir Johna, rzekł:
- Mówią, że najdzielniejszy nawet pływak, zanurzywszy się raz w tę przepaść, nigdy się już z niej nie wydostał; gdybym się w tę toń zanurzył, byłoby to może pewniejsze, niż kula pana de Barjolsa. Zresztą może to być zawsze ucieczka ostateczna; tymczasem spróbujmy kuli. Milordzie, pójdźmy.
I, biorąc pod rękę Anglika, oczarowanego tą ruchliwością umysłu, wrócił z nim do tych, którzy na nich czekali.
A oni przez ten czas zajęli się odszukaniem odpowiedniego miejsca i znaleźli je.
Było to małe, jakby przyczepione do stromego stoku góry, tonące w blasku zachodzącego słońca, płaskowzgórze, na którem stały ruiny zamku, gdzie szukali schronienia pasterze, zaskoczeni przez groźne podmuchy mistrala.
- Służymy panom - rzekł sir John.
- Jesteśmy gotowi, panowie - rzekł pan de Valensolle.
- Niechaj przeciwnicy zechcą słuchać uważnie warunków pojedynku - odezwał się sir John.
Poczem, zwracając się do pana Valensolle'a:
- Zechciej je pan powtórzyć - dodał. - Pan jest Francuzem, a ja cudzoziemcem, wyjaśni je pan wyraźniej ode mnie.
- Pan jest jednym z tych cudzoziemców, milordzie, którzy mogliby uczyć języka takich skromnych Prowansalczyków, jak my; ale skoro pan ustępuje mi uprzejmie głosu, będę posłuszny wezwaniu pana.
I złożył ukłon sir Johnowi, który mu wzajem odpowiedział ukłonem.
- Panowie - ciągnął dalej szlachcic, który służył za sekundanta panu de Barjolsowi - ułożyliśmy, że panowie staniecie w odległości czterdziestu kroków naprzeciwko siebie; że będziecie szli ku sobie; że każdy strzeli, kiedy zechce, i że, bez względu na to, czy zostanie zraniony lub nie, będzie mu wolno iść dalej po strzale przeciwnika.
Przeciwnicy skłonili się na znak zgody i jednakowym głosem, prawie jednocześnie rzekli:
- Broń!
Sir John wyjął kluczyk z kieszeni i otworzył pudełko.
Poczem zbliżył się do pana de Barjolsa i podał mu je otwarte.
On zaś chciał zostawić wybór broni przeciwnikowi, lecz Roland ruchem ręki odmówił i głosem, w którym dźwięczała kobieca niemal słodycz, rzekł:
- Po panu, panie de Barjols; dowiaduję się, że, jakkolwiek zelżony przeze mnie, zrzekł się pan wszystkich swoich przywilejów, niech-że więc pozostawię panu chociaż ten jeden, o ile to przywilejem nazwać można.
Pan de Barjols nie nalegał więcej i wziął, na chybił trafił, jeden z pistoletów.
Sir John podał drugi Rolandowi, który go wziął i, nie spojrzawszy nawet na jego mechanizm, opuścił rękę, w której go trzymał.
Przez ten czas pan de Valensolle odmierzał owe czterdzieści kroków od laski, którą zatknął w ziemię.
- Czy pan zechce przemierzyć po mnie? - zapytał sir Johna.
- To zbyteczne - odparł Anglik - pan de Montrevel i ja ufamy panu najzupełniej.
Pan de Valensolle zatknął drugą laskę przy czterdziestym kroku.
- Panowie - rzekł - wszystko gotowe.
Przeciwnik Rolanda był już na stanowisku, bez kapelusza i fraka.
Chirurg i dwaj sekundanci trzymali się z boku.
Roland zrzucił frak i kapelusz i stanął w odległości czterdziestu kroków naprzeciwko pana de Barjolsa.
Obaj, jeden na prawo, drugi na lewo, rzucili spojrzenie na ten sam widnokrąg.
Widok, jaki przedstawiał, odpowiadał najzupełniej straszliwej scenie, która miała się rozegrać.
Z prawej strony Rolanda ani z lewej pana de Barjolsa nie było widać nic, tu wznosiła się bowiem góra, zbiegająca ku nim stokiem spadzistym a uwieńczona olbrzymim dachem.
Ale ze strony przeciwnej, to jest po prawej ręce pana de Barjolsa a lewej Rolanda, rozpościerał się bezgraniczny widnokrąg.
Na pierwszym planie widniała płaszczyzna, o gruncie czerwonawym, przedziurawiona ze wszystkich stron śpiczastymi głazami, podobna do cmentarza Tytanów, których kości przebijałyby ziemię.
Na drugim planie zarysowywał się na tle zachodzącego słońca Awinion, opasany murami, i olbrzymi jego pałac, który, podobny do przyczajonego lwa, niby trzymał dyszące miasto pod swymi pazurami.
Poza Awinionem Rodan płynął wstęgą świetlaną niby strumień roztopionego złota.
Wreszcie z drugiej strony Rodanu wznosił się pasmem ciemnego lazuru łańcuch pagórków, dzielących Awinion od Nimes'u i od Uz?s'u.
W głębi słońce, na które jeden z tych dwóch mężczyzn patrzył prawdopodobnie po raz ostatni, zesuwało się zwolna i majestatycznie w ocean złota i purpury.
Dwaj mężczyźni, stojący naprzeciwko siebie, stanowili szczególny kontrast.
Jeden, brunet, o cerze smagłej, o postaci wątłej i ciemnem oku, był typem tej rasy południowej, która posiada śród przodków swoich Greków, Rzymian, Arabów i Hiszpanów.
Drugi, o cerze różowej, blondyn z oczyma lazurowemi, z rękoma pulchnemi, kobiecemi, stanowił typ rasy krajów strefy umiarkowanej, która zalicza Gallów, Germanów i Normandczyków do przodków swoich.
Roland stał pogrążony w zachwycie wobec wspaniałego widowiska i zdawało się przez chwilę, że zapomniał o sekundantach, o pojedynku i przeciwniku.
Głos pana de Barjolsa wyrwał go z tego poetycznego upojenia.
- Panie, jestem gotów - rzekł.
Roland drgnął.
- Przepraszam, żem panu pozwolił czekać - odparł. - Ale nie trzeba było zwracać na mnie uwagi, jestem bardzo roztargniony. Służę panu.
I, z uśmiechem na ustach, z włosami, rozwianymi podmuchem wiatru wieczornego, nie zasłaniając się, jakgdyby odbywał zwykłą przechadzkę, gdy natomiast przeciwnik jego nie zaniechał ani jednego środka ostrożności zwykłego w wypadkach podobnych, Roland szedł prosto ku panu de Barjolsowi.
Na obliczu sir Johna, pomimo jego zwykłej obojętności, odmalowała się głęboka trwoga.
Przestrzeń między przeciwnikami malała szybko.
Pan de Barjols zatrzymał się pierwszy, wycelował i dał ognia w chwili, gdy Roland był tylko o dziesięć kroków od niego oddalony.
Kula jego pistoletu zerwała pukiel włosów Rolanda, ale jego nie dosięgła.
Młodzieniec zwrócił się do swojego sekundanta.
- No, widzi pan, com panu mówił? - zapytał.
- Niech pan strzela, niechże pan strzela! - wołali sekundanci.
- Przepraszam panów - odparł Roland - ale pozwolicie, mam nadzieję, że sam osądzę, kiedy i jak mam na strzał odpowiedzieć. Skoro kula pana de Barjolsa przeleciała już nade mną, muszę powiedzieć kilka słów, których poprzednio powiedzieć mu nie mogłem.
Poczem, zwracając się do młodego arystokraty, który stał blady ale spokojny, rzekł:
- Panie, może uniosłem się nieco podczas naszej rozmowy dzisiaj rano.
I czekał.
- Na pana kolej teraz - odpowiedział pan de Barjols.
- Ale - ciągnął dalej Roland, jakgdyby tego nie słyszał - zrozumie pan przyczynę tego uniesienia i może je pan wybaczy, gdy panu powiem, że jestem wojskowym i adjutantem generała Bonapartego.
- Proszę strzelać, panie - odparł młody arystokrata.
- Niech pan odwoła choćby jednem słowem to, co pan powiedział - rzekł młody oficer - niech pan powie, że generał Bonaparte ma taką sławę człowieka honorowego, że złośliwe przysłowie włoskie, ukute przez zwyciężonych, w przystępie złego humoru, nie może go dosięgnąć; niech pan to powie a rzucę broń i uścisnę dłoń pańską, bo widzę, że z pana człowiek dzielny.
- Nie złożę hołdu tej sławie człowieka honorowego, o której pan mówi, dopóki pański generał głównodowodzący wpływu, jaki geniuszem swoim zdobył na sprawy Francyi, nie użyje w tym samym celu, co Monk, to jest, żeby zwrócić tron prawemu monarsze.
- O! - rzekł Roland z uśmiechem - za wiele pan żąda od generała republikańskiego.
- W takim razie powtarzam, co już powiedziałem - odparł młody arystokrata: - strzelaj pan, strzelaj!
Poczem, ponieważ Roland nie śpieszył się usłuchać wezwania:
- Ależ, do pioruna! strzelaj pan! - krzyknął, tupiąc nogą.
Roland, na te słowa, uczynił ruch, wskazujący, że wystrzeli w powietrze.
Nie strzelaj pan w powietrze, błagam! - zawołał pan de Barjols - inaczej zażądam, byśmy zaczęli na nowo i by pan strzelał pierwszy!
- Na honor! - krzyknął Roland, który pobladł śmiertelnie - nigdy w życiu jeszcze nie czyniłem dla nikogo takich ustępstw. Skoro pan nie chcesz życia, bierz śmierć!
I w tejże chwili, nie zadając sobie nawet trudu celowania, opuścił broń i dał ognia.
Alfred de Barjols schwycił się za lewą pierś, zakołysał się naprzód i w tył, zawirował i padł twarzą na ziemię.
Kula Rolanda przeszyła mu serce.
Sir John, widząc pana de Barjolsa upadającego, podszedł do Rolanda i zaprowadził tam, gdzie leżał jego frak i kapelusz.
To trzeci - szepnął Roland z westchnieniem. - Ale pan świadkiem, że ten chciał sam.
I, oddawszy dymiący jeszcze pistolet sir Johnowi, włożył frak i kapelusz.
Przez ten czas pan de Valensolle podniósł pistolet, który wypadł przyjacielowi z ręki, i odniósł broń wraz z pudełkiem sir Johnowi.
- Nie żyje - odparł sekundant.
- I cóż? - spytał Anglik, wskazując oczyma Alfreda de Barjolsa.
- Nie żyje - odparł sekundant.
- Czy postąpiłem, jak człowiek honorowy? - spytał go Roland, ocierając chustką pot, który, na wieść o śmierci przeciwnika, zalał mu nagle twarz.
- Najzupełniej - odparł pan de Valensolle - tylko pozwoli pan, że powiem: ma pan nieszczęśliwą rękę.
I, ukłoniwszy się z wyszukaną grzecznością Rolandowi i jego sekundantowi, powrócił do zwłok przyjaciel.
- A ty, milordzie, co powiesz? - spytał Roland.
- Powiem - odparł sir John jakby z przymusowym podziwem - że pan jest jednym z tych ludzi, którym boski Shakespeare każe mówić o sobie: "Niebezpieczeństwo i ja to dwa lwy, jednego dnia urodzone; ale ja jestem starszy".
III. Anglik.
Roland stał bez ruchu na miejscu nietylko dopóki mógł widzieć pojazd, ale jeszcze długo potem, gdy już znikł.
Poczem, potrząsając głową, jakgdyby chcąc otrząsnąć z czoła chmurę, która je zasnuła, powrócił do hotelu i zażądał pokoju. - Zaprowadź pana pod numer - rzekł gospodarz do jednej z pokojówek.
Pokojówka zdjęła klucz, zawieszony na długiej tablicy z czarnego drzewa, gdzie widniały dwa szeregi białych numerów, i dała znak młodemu podróżnemu, że może iść za nią.
- Proszę mi przysłać na górę papier, pióro i atrament - rzekł Roland do gospodarza - a jeśli pan de Barjols zapyta o mnie, proszę mu podać numer mojego pokoju.
Gospodarz przyrzekł, że zastosuje się do tych poleceń, a Roland, gwiżdżąc Marsyliankę, poszedł za pokojówką.
W pięć minut później siedział przy stole, mając przed sobą papier, pióro i atrament, i zabierał się do pisania.
Ale w chwili, gdy zamierzał nakreślić pierwszą literę, zapukano trzy razy do drzwi jego.
- Proszę wejść - rzekł, obracając na jednej z tylnych nóg fotel, na którym siedział, by zwrócić twarz do wchodzącego; przypuszczał, że mógł to być tylko pan de Barjols, albo jeden z jego przyjaciół.
Drzwi otworzyły się ruchem miarowym, jakby mechanicznie, i w progu stanął Anglik.
- A! - zawołał Roland, uradowany wizytą, ze względu na polecenie, od generała otrzymane - to pan?
- Tak - odparł Anglik - to ja.
- Witam pana serdecznie.
- Ooo! tem lepiej, że mnie pan serdecznie wita. bo nie wiedziałem, czy mam przyjść.
- A to dlaczego?
- Z powodu Abukiru.
Roland roześmiał się.
- Są dwie bitwy pod Abukirem - rzekł - ta, którą przegraliśmy i ta, w której pozostaliśmy zwycięzcami.
- Z powodu tej, którą przegraliście.
- Ludzie się biją, zabijają, mordują się wzajemnie na polu bitwy; ale to nie przeszkadza im bynajmniej witać się uściskiem dłoni, gdy się spotykają na gruncie neutralnym. Powtarzam panu zatem, że witam pana serdecznie, zwłaszcza, jeżeli pan zechce mi powiedzieć, co pana tu sprowadza.
- Dziękuję; przedewszystkiem, niech pan to przeczyta.
I Anglik wydobył z kieszeni papier.
- Co to? - spytał Roland.
- Mój paszport.
- Co mnie obchodzi pański paszport? nie jestem żandarmem.
- Nie; ale ponieważ przychodzę ofiarować panu swoje usługi, może pan nie zechciałby ich przyjąć, gdyby pan nie wiedział, kim jestem.
- Pan mnie swoje usługi?
- Tak jest; ale niech pan czyta.
I Roland czytał:
"W imieniu Rzeczypospolitej francuskiej, Komitet wykonawczy poleca, by pozwolono sir Johnowi Tanlay'owi, esq., przebywać swobodnie na całym obszarze Rzeczypospolitej i, w razie potrzeby, nie odmawiać mu opieki i pomocy.
Podpisano: Fouché.
- A niżej, proszę.
"Polecam szczególnie, komu należy, sir Johna Tanlay'a, jako filantropa i przyjaciela wolności.
Podpisano: Barras.
- Przeczytał pan?
- Tak, przeczytałem; no, i co?...
- Ooo! no, i co?... Mój ojciec, lord Tanlay, oddał usługi panu Barrasowi, dlatego to pan Barras pozwala, żebym wędrował po Francyi, i jestem bardzo zadowolony, że mogę po Francyi wędrować; bawię się doskonale.
- Tak, pamiętam; raczył pan powiedzieć nam to już przy stole.
- Powiedziałem, prawda; powiedziałem także, iż bardzo lubię Francuzów.
Roland skłonił się.
- A zwłaszcza generała Bonapartego - ciągnął dalej sir John.
- Pan lubi bardzo generała Bonapartego?
- Podziwiam go; to wielki, bardzo wielki człowiek.
- Dalibóg, żałuję, sir Johnie, że on nie słyszy tych słów, przez Anglika wypowiedzianych.
- Ooo! nie powiedziałbym tego w jego obecności.
- Dlaczego?
- Nie chciałbym, żeby przypuszczał, że mówię to, by mu się przypodobać. Mówię to, bo takie jest moje mniemanie.
- Nie wątpię o tem, milordzie - rzekł Roland, który nie rozumiał, dokąd Anglik zmierza, a dowiedziawszy się z paszportu, co chciał wiedzieć, zachowywał się powściągliwie.
- A gdy zobaczyłem - ciągnął dalej Anglik z niezamąconą flegmą - że pan staje w obronie generała Bonapartego, sprawiło mi to przyjemność.
- Istotnie?
- Wielką przyjemność - zapewnił Anglik, potwierdzając słowa skinieniem głowy.
- Tem lepiej.
- Ale, gdy zobaczyłem, że pan rzucił talerz w głowę pana Alfreda de Barjolsa, sprawiło mi to przykrość.
- Sprawiło ci to przykrość, milordzie? A to z jakiego powodu?
- Bo w Anglii dżentelmen nie rzuca talerza w głowę dżentelmena.
- Milordzie - rzekł Roland, wstając i marszcząc brwi - czy pan przypadkiem nie przyszedł, żeby mi prawić morały?
- Ooo! nie; przyszedłem, żeby pana zapytać, czy pan może ma kłopot ze znalezieniem sekundanta?
- Wyznaję szczerze, że w chwili, gdy pan pukał do drzwi, zapytywałem siebie właśnie, kogo o tę przysługę poproszę.
- Mnie. Jeśli pan zechce, będę pańskim sekundantem.
- Ach! na honor! przyjmuję, i to wdzięcznem sercem! - zawołał Roland, podając mu rękę. - Dziękuję.
Anglik skłonił się.
- A teraz - odezwał się znów Roland - miałeś tyle taktu, milordzie, że, zanim ofiarowałeś mi swoje usługi, powiedziałeś mi, kim jesteś. Słusznem zatem jest, żeby, skoro te usługi przyjmuję, i pan wiedział, kim ja jestem.
- Ooo! jak pan zechce.
- Nazywam się Ludwik de Montrevel; jestem adjutantem generała Bonapartego.
- Adjutantem generała Bonapartego! Bardzo mi przyjemnie.
- Wytłómaczy to panu, dlaczego wziąłem, trochę za gorąco może, w obronę mego generała.
- Nie, nie za gorąco; tylko talerz...
- Tak, wiem dobrze, wyzwanie mogło było obejść się bez talerza; ale, widzi pan, trzymałem go w ręku, nie wiedziałem, co z nim zrobić, i cisnąłem go w głowę pana de Barjolsa; poleciał sam, ja nie chciałem...
- Ale pan jemu tego nie powie?
- O! niech pan będzie spokojny; mówię to panu, żeby uspokoić pańskie sumienie.
- Doskonale; a więc pan będzie się bił?
- Dlatego właściwie zostałem.
- I na co będziecie się bili?
- To nie pańska rzecz, milordzie.
- Jakto nie moja rzecz?
- Nie; pan de Barjols jest obrażony i do niego należy wybór broni.
- A więc pan przyjmie broń, którą on zaproponuje?
- Nie ja, lecz pan w mojem imieniu, skoro pan robi mi ten zaszczyt, że chce być moim sekundantem.
- A jeśli on wybierze pistolety, na jaką odległość i jak chce się pan bić?
- To już rzecz twoja, milordzie, nie moja. Nie wiem, czy taki jest zwyczaj w Anglii, ale we Francyi przeciwnicy nie wtrącają się do niczego; sekundanci układają warunki, a to, co oni postanowią, jest zawsze jak być powinno.
- A zatem i to, co ja postanowię, będzie jak być powinno?
- Najzupełniej, milordzie.
Anglik skłonił się.
- Godzina i miejsce spotkania?
- O! jak najprędzej; już dwa lata nie widziałem rodziny i przyznam się panu, że mi pilno ucałować ich wszystkich.
Anglik spojrzał na Rolanda z niejakiem zdumieniem; mówił z taką pewnością siebie, jakgdyby z góry wiedział, że nie będzie zabity.
W tejże chwili zapukano do drzwi i głos gospodarza zapytał:
- Czy można wejść?
Roland odpowiedział twierdząco; drzwi otworzyły się i gospodarz wszedł, trzymając w ręce kartę wizytową, którą podał gościowi.
Młodzieniec wziął kartę i przeczytał: "Karol de Valensolle".
- Od pana Alfreda de Barjolsa - rzekł gospodarz.
- Dobrze! - odparł Roland.
Poczem, podając kartę Anglikowi, dodał:
- Proszę, to już pańska sprawa; nie mam potrzeby widzieć się z tym panem, skoro tutaj nie jesteśmy już obywatelami... Pan de Valensolle jest świadkiem pana de Barjolsa, pan zaś jest moim świadkiem; ułóżcie sprawę między sobą. Tylko - dodał młodzieniec, ściskając za rękę Anglika i wpatrując się w niego bystro - proszę pana usilnie, traktujcie sprawę poważnie; odrzucę wasze warunki tylko wtedy, jeśli nie będzie szansy, że jeden z nas pozostanie na placu boju.
- Niech pan będzie spokojny - rzekł Anglik - postąpię, jakgdyby chodziło o mnie.
- Doskonale; gdy ułożycie warunki, niech pan wróci tutaj; nie ruszę się, będę czekał.
Sir John wyszedł z gospodarzem; Roland usiadł, obrócił krzesło w stronę przeciwną i znalazł się znów przed biurkiem.
Wziął pióro i zaczął pisać.
Gdy sir John powrócił, Roland, napisawszy dwa listy, adresował trzeci.
Skinął ręką na Anglika na znak, żeby zaczekał, dokończył pisanie adresu, zamknął list i odwrócił się.
- I cóż - spytał - wszystko załatwione?
- Tak - odparł Anglik - i to bez żadnych trudności; ma pan do czynienia z prawdziwym dżentelmenem.
- Tem lepiej! - rzekł Roland.
- Pojedynkujecie się za dwie godziny, przy wodotrysku Vaucluse - cudowna miejscowość - na pistolety, idąc wzajemnie ku sobie, każdy może strzelać dowoli i iść w dalszym ciągu po strzale przeciwnika.
- Na honor! sir Johnie, trudno o lepsze warunki. Czy pan tak wszystko ułożył?
- Ja i świadek pana de Barjolsa, pański przeciwnik bowiem wyrzekł się wszystkich przywilejów obrażonego.
- A broń?
- Ofiarowałem swoje pistolety; zostały przyjęte, na moje słowo honoru, że są nieznane zarówno panu jak i panu de Barjols; są doskonałe, ręczę za nie.
- A więc za dwie godziny?
- Tak; powiedział mi pan, że się panu śpieszy.
- I to bardzo. Jak daleko stąd do owej cudownej miejscowości?
- Stąd do Vaucluse?
- Tak.
- Cztery mile.
- Droga potrwa półtorej godziny, nie mamy czasu do stracenia; trzeba zatem załatwić rzeczy nudne, żeby nam pozostała już tylko rozrywka.
Anglik spojrzał na młodzieńca ze zdumieniem.
Roland nie zwrócił uwagi na to spojrzenie.
- Oto trzy listy - rzekł, - jeden dla pani de Montrevel, mojej matki; jeden dla panny de Montrevel, mojej siostry, jeden dla obywatela Bonapartego, mojego generała. Jeśli padnę w pojedynku, wyśle je pan poprostu pocztą. Czy nie będzie to za dużo kłopotu?
- Jeśli to nieszczęście nastąpi, wręczę listy osobiście. Gdzie mieszka matka i siostra pana?
- W Bourg, mieście głównem departamentu Ain.
- To blizko stąd - odparł Anglik. - Co zaś do generała Bonapartego, pojadę, jeśli zajdzie potrzeba do Egiptu; będę niesłychanie rad, że zobaczę generała Bonapartego.
- Jeśli zechcesz, jak mówisz, milordzie, wręczyć mu list osobiście, nie będziesz miał potrzeby odbywać takiej długiej drogi: za trzy dni generał Bonaparte będzie w Paryżu.
- Ooo! - rzekł Anglik, nie okazując najmniejszego zdziwienia - tak pan sądzi?
- Jestem tego pewien - odparł Roland.
- To istotnie człowiek nadzwyczajny, ten generał Bonaparte. A teraz, panie de Montrevel, czy ma pan jeszcze jakie polecenia dla mnie?
- Jedno tylko, milordzie.
- Ooo! nawet kilka.
- Nie, dziękuję, jedno, ale bardzo ważne.
- Słucham.
- Jeśli zostanę zabity... ale wątpię, żeby mi się to udało.
Sir John spojrzał na Rolanda tym samym zdziwionym wzrokiem, jaki już kilkakrotnie nań skierował.
- Jeśli zostanę zabity - powtórzył Roland - bo, ostatecznie, trzeba wszystko przewidzieć...
- Tak, jeśli pan zostanie zabity...
- Posłuchaj uważnie, milordzie, bo zależy mi na tem bardzo, żeby stało się tak, jak panu powiem.
- Stanie się tak, jak pan powie - odparł sir John - jestem człowiekiem bardzo sumiennym.
- A więc, jeśli zostanę zabity - powtórzył raz jeszcze Roland, kładąc dłoń na ramieniu swego sekundanta, jakgdyby chcąc lepiej wrazić w jego pamięć polecenie, jakie mu dać zamierzał złoży pan moje zwłoki, tak, jak będą ubrane, nie pozwalając, żeby ktokolwiek ich się dotknął, w trumnę ołowianą, którą każe pan zalutować w swojej obecności; trumnę ołowianą wstawi pan do trumny dębowej, którą pan również każe zamknąć w swojej obecności. A potem wyśle pan to wszystko do mojej matki, o ile nie będzie pan wolał wrzucić tego do Rodanu, co pozostawiam zupełnie panu do wyboru, byleby tylko zostało wrzucone.
- Skoro zabieram list - odparł Anglik - mogę tez zabrać trumnę, nie sprawi mi to najmniejszego kłopotu.
- Milordzie, jesteś stanowczo człowiekiem nieocenionym - zawołał Roland, wybuchając swoim osobliwym śmiechem - i to Opatrzność napewno zesłała mi pana. A teraz w drogę, milordzie, w drogę!
Wyszli z pokoju Rolanda. Pokój sir Johna był na tem samem piętrze. Anglik wszedł do siebie po broń, Roland czekał w korytarzu.
Po kilku sekundach sir John ukazał się, niosąc w ręku pudełko z pistoletami.
- A jak pojedziemy Jdo Vaucluse, milordzie? - spytał Roland - konno, czy powozem?
- Powozem, jeżeli pan zechce. Powóz będzie daleko
wygodniejszy, w razie, gdyby się otrzymało ranę: mój czeka na nas.
- Zdawało mi się, że pan kazał wyprzęgnąć?
- Taki wydałem rozkaz, ale go odwołałem.
Zeszli ze schodów.
- Tom! Tom! - zawołał sir John, gdy stanęli we drzwiach, gdzie czekał na niego lokaj w surowej liberyi grooma angielskiego - weź i trzymaj to pudełko.
- Am I going with, mylord? - zapytał lokaj.
- Yes! - odparł sir John.
Poczem, wskazując Rolandowi stopień kolasy, który lokaj spuszczał:
- Proszę, panie de Montrevel - rzekł.
Roland wsiadł do kolasy i rozparł się z rozkoszą.
- Doprawdy - rzekł - tylko wy, Anglicy, umiecie podróżować; ten powóz pański wygodny jest, jak łóżko. Założę się, że macie nawet wyściełane trumny!
- Tak, to fakt - odparł sir John - naród angielski zna się na wygodach; ale naród francuski jest ciekawszy i zabawniejszy... Pocztylionie, do Vaucluse!
PROLOG.
Miasto Awinion.
Nie wiemy, czy prolog, który przedstawimy oczom czytelnika, jest bardzo potrzebny, niemniej nie możemy się oprzeć chęci uczynienia z niego, nie pierwszego rozdziału, lecz przedmowy książki niniejszej.
Im bardziej posuwamy się w życie, im wyżej wznosimy się w sztuce, tem więcej nabieramy przekonania, że niema nic oderwanego i odosobnionego, że przyroda i społeczeństwo rozwijają się drogą dedukcyi a nie przypadku i że zdarzenie, kwiat radosny czy smutny, wonny czy cuchnący, uśmiechnięty czy złowieszczy, który dzisiaj otwiera się przed naszemi oczyma, miał swój pączek w przeszłości a korzenie niekiedy w dniach, poprzedzających dni nasze, podobnie jak mieć będzie owoc swój w przyszłości.
Człowiek, za młodu, bierze czas, jak idzie - rozkochany w dniu wczorajszym, lekceważy dzień dzisiejszy i nie troszczy się o jutrzejszy. Młodość, to wiosna, bogata w orzeźwiające jutrzenki i piękne wieczory; jeśli niekiedy burza przejdzie po niebie, wybucha, szaleje i mija, pozostawiając niebo błękitniejsze, atmosferę czyściejszą, przyrodę czarowniej uśmiechniętą, niż przedtem.
Po co zastanawiać się nad przyczynami tej burzy, która przemija, jak kaprys, ulotna, jak fantazya? Zanim rozstrzygniemy zagadkę meteorologiczną, burza zniknie.
Ale inaczej rzecz się ma ze strasznemi zjawiskami, które, ku końcowi lata, zagrażają naszym żniwom; które, śród jesieni, czyhają na nasze winnice: zapytujemy, dokąd dążą, niepokoimy się, skąd przychodzą, szukamy sposobu zapobieżenia im.
W rewolucyach, tych burzach atmosfery społecznej, które zalewają ziemię krwią i niszczą całe pokolenie ludzi, istnieje inny jeszcze temat do rozważań, niż w burzach niebieskich, zatapiających żniwo lub niweczących gradem winnicę, to jest nadzieję jednego tylko roku; wyrządzają one krzywdę, która może wynagrodzić sowicie rok następny, o ile nie sroży się gniew Pana.
Tak też niegdyś, bądź przez zapomnienie, bądź przez lekkomyślność a może i nieświadomość - szczęśliwy, kto nieświadomy! nieszczęśliwy, kto uświadomiony! - niegdyś, gdybym miał do opowiedzenia dzieje, które opowiem wam dzisiaj, nie zatrzymując się w miejscu, gdzie dzieje się pierwsza scena mojej książki, napisałbym bez zastanowienia tę scenę, przeszedłbym przez Południe, jak przez każdą inną prowincyę, wymieniłbym Awinion, jak każde inne miasto.
Ale dzisiaj rzecz inna; to już nie zawieruchy wiosenne, lecz burze letnie, wichury jesienne. Dzisiaj, gdy wymieniam Awinion, wywołuję widmo i, podobnie jak Antoniusz, rozpościerając całun śmiertelny Cezara, mówił: "Oto dziura, którą przebił sztylet Kaski, a oto ta, którą przebił miecz Kasyusza, a oto ta, którą przebił miecz Brutusa" - ja, na widok krwawego całuna miasta papieskiego, powiadam: "Oto krew Albigensów; oto krew ludu z Sewennów; oto krew republikanów; oto krew rojalistów; oto krew Lescuyera; oto krew marszałka Brune'a".
I ogarnia mnie wówczas wielki smutek i zabieram się do pisania; ale zaraz po pierwszych wierszach spostrzegam, że, bez mojej wiedzy, rylec historyka zajął w palcach moich miejsce pióra romansopisarza.
A więc bądźmy jednym i drugim: czytelniku, daruj dziesięć, piętnaście, dwadzieścia pierwszych stronic historykowi; dla romansopisarza pozostanie reszta.
Powiedzmy tedy kilka słów o Awinionie, miejscu, gdzie rozegra się pierwsza scena nowej książki, którą składamy w ofierze publiczności.
Może, zanim się przeczyta to, co o mieście tem powiemy, dobrze będzie rzucić okiem na to, co mówi o niem jego historyk narodowy, Franciszek Nouguier.
"Awinion - mówi - miasto szlachetne przez swoją starożytność, wspaniałe przez swoje mury, wesołe przez płodność ziemi, ujmujące przez łagodność mieszkańców, cudowne przez swój pałac, piękne przez swoje wielkie ulice, przedziwne przez budowę swego mostu, bogate przez swój handel i znane światu całemu".
Niechaj cienie Franciszka Nouguiera przebaczą nam, jeśli na jego miasto nie patrzymy zupełnie takiemi samemi, jak on, oczyma.
Ci, którzy znają Awinion, powiedzą, kto go widział lepiej, historyk czy romansopisarz.
Przedewszystkiem stwierdzić należy, że Awinion jest miastem odrębnem, to jest miastem krańcowych namiętności; epoka zatargów religijnych, które sprowadziły na to miasto nienawiści polityczne, sięga wieku dwunastego; doliny góry Ventoux służyły za schronienie - po jego ucieczce z Lugdunu - i Piotrowi de Valdo i jego Waldensom, przodkom tych protestantów, którzy, pod nazwą Albigensów. odebrali hrabiom Tuluzy a przynieśli papiestwu siedem zamków, jakie Rajmund VI posiadał w Langwedocyi.
Będąc potężną republiką, rządzoną przez podestów, Awinion nie chciał poddać się królowi francuskiemu. Pewnego ranka Ludwik VIII - który uważał za rzecz prostszą wyruszyć na wyprawę krzyżową przeciw Awinionowi, jak uczynił Szymon de Monfort, niż do Jerozolimy, jak uczynił Filip August - pewnego ranka, mówimy, Ludwik VIII stanął przed bramami Awinionu, żądając, by go wpuszczono, z kopią do ataku, w hełmie na głowie, z rozwiniętymi sztandarami i przy dźwięku trąb wojennych.
Mieszczanie odmówili; zaproponowali królowi francuskiemu, jako ostatnie ustępstwo, wkroczenie pokojowe, z głową obnażoną, z kopią wzniesioną do góry i z rozwiniętym jedynie sztandarem królewskim. Król rozpoczął oblężenie; oblężenie to trwało trzy miesiące, w ciągu których, mówi kronikarz, mieszczanie z Awinionu oddawali żołnierzom strzały za strzały, rany za rany, śmierć za śmierć.
W końcu miasto kapitulowało. Ludwik VIII prowadził w armii swojej kardynała legata rzymskiego; on to podyktował warunki.
Mieszkańcy Awinionu skazani zostali na zburzenie szańców, na zasypanie rowów, na obalenie trzystu wież, na oddanie statków, na spalenie machin wojennych. Nadto zaś musieli zapłacić olbrzymią kontrybucyę, odprzysiądz się herezyi Waldensów, utrzymywać w Palestynie trzydziestu rycerzy doskonale uzbrojonych, którzy współubiegaliby się o oswobodzenie grobu Chrystusa. Wreszcie, celem czuwania nad wypełnieniem tych warunków, ogłoszonych w bulli, istniejącej jeszcze w archiwach miejskich, założone zostało bractwo pokutników, które przetrwało sześć wieków z górą aż do naszych czasów.
W przeciwieństwie do tych pokutników, których nazywano pokutnikami białymi, utworzył się zakon pokutników czarnych, przejętych duchem opozycyi Rajmunda z Tuluzy.
Począwszy od dnia tego nienawiści religijne zamieniły się na nienawiści polityczne.
Nie dosyć, że Awinion był ziemią herezyi, musiał jeszcze stać się widownią schyzmy.
Niechaj nam będzie wolno, z powodu Rzymu francuskiego, popełnić małe zboczenie historyczne; ściśle rzecz biorąc, nie byłoby wcale potrzebne do tematu, o którym piszemy, i może byłoby lepiej, gdybyśmy odrazu weszli w tok dramatu; ale mamy nadzieję, że to zboczenie będzie nam przebaczone. Piszemy zwłaszcza dla tych, którzy w romansie lubią znaleźć niekiedy coś innego, niż romans.
W r. 1285 Pilip Piękny wstąpił na tron.
Wielka to data historyczna ten rok 1285. Papiestwo, które w osobie Grzegorza VII stawiło czoło cesarzowi niemieckiemu; papiestwo, które, zwyciężone materyalnie przez Henryka IV, pokonało go moralnie; papiestwo zostało spoliczkowane przez prostego szlachcica sabińskiego; od żelaznej rękawicy Colonny zaczerwieniło się oblicze Bonifacego VIII.
Ale cóż stać się mogło za panowania następcy Bonifacego VIII z królem francuskim, gdyż jego to dłoń istotnie wymierzyła policzek?
Tym następcą był Benedykt IX, człowiek nizkiego pochodzenia, ale który byłby może stał się genialnym, gdyby mu pozostawiono czas na to.
Nadto słaby, by stawić hardo czoło Filipowi Pięknemu, wynalazł sposób, którego byłby mu, w dwieście lat później, pozazdrościł założyciel sławnego zakonu: przebaczył Colonnie głośno, publicznie.
Przebaczyć Colonnie, to znaczyło ogłosić, iż jest winowajcą; winowajcy bowiem jedynie potrzebują przebaczenia.
Jeśli Colonna był winien, król francuski był co najmniej jego wspólnikiem.
Podtrzymywanie takiego argumentu groziło pewnem niebezpieczeństwem; to też Benedykt XI tylko przez osiem miesięcy był papieżem.
Pewnego dnia, gdy siedział przy stole, przybyła kobieta zakwefiona, która się mieniła siostrą z zakonu Świętej Petroneli w Peruży, i podała mu koszyk fig.
Byłże w nim ukryty padalec, podobnie jak w koszyku Kleopatry? Fakt jest, że nazajutrz Stolica Apostolska została opróżniona.
Wówczas Filip Piękny wpadł na myśl osobliwą, taką osobliwą, że musiała zrazu wydać mu się halucynacyą.
Oto postanowił wywieść papiestwo z Rzymu, sprowadzić je do Francyi, uwięzić i kazać mu bić monetę na swoją korzyść.
Panowanie Filipa Pięknego zaznaczyło się wprowadzeniem złota.
Złoto było jedynem bóstwem tego króla, który spoliczkował papieża. Ludwik Święty miał za ministra kapłana, czcigodnego księdza Sugera; Filip Piękny miał za ministrów dwóch bankierów, dwóch Florentczyków, którzy nazywali się Biscio i Musiato.
Czy spodziewasz się, kochany czytelniku, że wpadniemy w komunał filozoficzny, polegający na wyklinaniu złota? Pomyliłbyś się wielce.
W wieku trzynastym złoto było postępem.
Dotąd znano tylko ziemię.
Złoto jest ziemią, zamienioną na monetę, ziemią ruchomą, zamienną, przenośną, podzielną, niejako uduchowioną.
Dopóki ziemia nie miała swej przedstawicielki w złocie, człowiek, podobnie jak bóg Terminus, miał nogi uwięzione w ziemi. Niegdyś ziemia panowała nad człowiekiem; dzisiaj zaś człowiek panuje nad ziemią.
Ale, należało złoto wydobyć stamtąd, gdzie było; a było ukryte stokroć głębiej, niż w kopalniach Chili lub Meksyku.
Złoto było u Żydów i w kościołach.
Dla wydostania go z tej podwójnej kopalni potrzebny był więcej, niż król, potrzebny był papież.
Dlatego to Filip Piękny, ten wielki pochłaniacz złota, postanowił mieć własnego papieża.
Po śmierci Benedykta XI odbyło się konklawe w Peruży; kardynałowie francuscy mieli w niem przewagę.
Filip Piękny upatrzył sobie arcybiskupa z Bordeaux, Bertranda de Gota, i wyznaczył mu schadzkę w lesie, w pobliżu Saint-Jean d'Angely.
Bertrand de Got stawił się skwapliwie na wezwanie.
Król i arcybiskup wysłuchali mszy, a w chwili podniesienia poprzysięgli sobie, na tego Boga, którego chwalili, tajemnicę bezwzględną.
Bertrand de Got nie wiedział jeszcze, o co chodzi.
- Arcybiskupie - rzekł Filip Piękny po mszy - gdy zechcę, zrobię cię papieżem.
Bertrand de Got, nie czekając, rzucił się do nóg królowi.
- Cóż mam uczynić? - zapytał.
- Przyznać mi sześć łask, których od ciebie zażądam - odparł Filip Piękny.
- Rozkazuj a będę posłuszny - rzekł przyszły papież.
I złożona została przysięga służalstwa.
Król podniósł Bertranda de Gota, pocałował go w usta i rzekł:
- A oto owe sześć łask, których od ciebie żądam:
Pierwsza, żebyś mnie pogodził zupełnie z Kościołem i żebyś mi zapewnił przebaczenie występku, jakiego się dopuściłem względem Bonifacego VIII.
Druga, żebyś zwrócił mnie i moim komunię, którą mi zabrał dwór rzymski.
Trzecia, żebyś mi przyznał dziesiątą część dochodów duchowieństwa w mojem królestwie, na pokrycie kosztów wojny z Flandryą.
Czwarta, żebyś zniweczył i zatarł pamięć papieża Bonifacego VIII.
Piąta, żebyś przywrócił godność kardynalską czcigodnym Jakóbowi i Piotrowi Colonnom.
Co do szóstej łaski i obietnicy, zastrzegam sobie, że pomówię z tobą o niej w danym czasie i miejscu.
Bertrand de Got przysiągł spełnić obietnice i łaski znane, oraz obietnicę i łaskę nieznaną.
Tą ostatnią, której król nie śmiał wyliczyć razem z innemi, było zniszczenie Templaryuszów.
Oprócz przyrzeczenia i przysięgi na corpus Domini, Bertrand de Got dał, jako zakładników, brata i dwóch bratanków.
Król przysiągł ze swojej strony, że każe go obrać papieżem.
Ta scena na rozdrożu w lesie podobniejsza była do wywoływania szatana przez czarnoksiężnika, niż do umowy, zawartej między królem a papieżem.
To też koronacya króla, która odbyła się wkrótce potem w Lugdunie, i która rozpoczynała niewolę Kościoła - nie była miła Panu Bogu.
W chwili, gdy przeciągał korowód królewski, runął mur, obciążony widzami, zranił króla i zabił księcia Bretanii.
Bertrand de Got został obrany papieżem, pod imieniem Klemensa V.
Klemens V zapłacił wszystko, co przyrzekł Bertrand de Got.
Filip został oczyszczony z winy, komunia została zwrócona jemu i jego rodzinie, purpura powróciła na ramiona Colonnów, Kościół został zmuszony do zapłacenia kosztów wojen z Flandryą i wyprawy krzyżowej Filipa Walezyusza przeciw cesarstwu greckiemu. Pamięć papieża Bonifacego VIII została, jeśli nie zniweczona i zatarta, to przynajmniej przygaszona; mury zakonu zrównane z ziemią, a Templaryuszów spalono na płaszczyźnie Pont Neuf.
Wszystkie te edykty - nie nazywało się to już bullami, skoro dyktowała je władza czasowa - wszystkie te edykty datowane były z Awinionu.
Filip Piękny stał się najbogatszym z królów monarchii francuskiej; posiadał skarb niewyczerpany: swego papieża. Kupił go, posługiwał się nim, kładł go pod tłocznię, a podobnie jak z pod tłoczni płynie jabłecznik i wino, tak samo z tego zmiażdżonego papieża płynęło złoto.
Pontyfikat, spoliczkowany w osobie Bonifacego VIII przez Colonnę, abdykował z władzy świeckiej w osobie Klemensa V.
Opowiedzieliśmy, jak przybyli król krwi i papież złota.
Wiadomo, jak odeszli.
Jakób de Molay, z wysokości stosu, wezwał ich obu za rok przed oblicze Boga.
Klemens V odszedł pierwszy; widział we śnie swój pałac w płomieniach.
"Od tej chwili - mówi Baluze - posmutniał i żył już niedługo".
W siedem miesięcy później przyszła kolej na Filipa; według jednych umarł na polowaniu, powalony przez dzika, Dante należy do tego grona. "Ten - mówi - którego widziano w pobliżu Sekwany, fałszującego monety, umrze, powalony kłem dzika".
Ale Wilhelm de Nangis każe królowi fałszerzowi monet umierać śmiercią daleko bardziej opatrznościową.
"Trawiony chorobą, przez lekarzy nieznaną, Filip zgasł - mówi - ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, ani bowiem puls jego ani uryna nie wykazywały przyczyny choroby ani doniosłości niebezpieczeństwa".
Król zamętu, król wrzawy, Ludwik X, nazwany Upartym, następuje po swoim ojcu, Filipie Pięknym; Jan XXII - po Klemensie V.
Awinion stał się wówczas naprawdę drugim Rzymem, Jan XXII i Klemens VI wyświęcili tę stolicę na królowę zbytku. Obyczaje współczesne uczyniły z niej królowę znieprawienia i zniewieściałości. Na miejsce jej wież zburzonych przez Romana de Saint-Ange, Hernandez de Héredi, wielki mistrz zakonu Świętego Jana w Jerozolimie, opasał ją sznurem murów. I stolica ta miała mnichów rozpustnych, którzy zamienili poświęcone mury klasztorne na siedziby znieprawienia i lubieżności; miała piękne kurtyzany, które wyrywały dyamenty z tyary i robiły sobie z nich bransolety i naszyjniki; wreszcie dobiegały do niej echa z Vaucluse, które ze szmerem wodotrysku przynosiły pełne słodyczy, melodyjne pieśni Petrarki.
Trwało tak, dopóki król Karol V, który był księciem mądrym i religijnym, postanowiwszy przerwać ten skandal, nie posłał marszałka de Boucicaut, by wypędzić z Awinionu antypapieża Benedykta XIII; wszelako ten, na widok żołnierzy króla francuskiego, przypomniał sobie, że, zanim został papieżem pod imieniem Benedykta XIII, był kapitanem pod nazwiskiem Piotra de Luna. Przez pięć miesięcy bronił się, kierując sam, z wysokości murów zamkowych, maszynami oblężniczemi, stokroć bardziej zabójczemi od jego gromów kapłańskich. Wreszcie, zmuszony ratować się ucieczką, wyszedł z miasta furtą, zburzywszy sto domów a zabiwszy czterech Awiniończyków, i schronił się do Hiszpanii, gdzie król Aragoński ofiarował mu przytułek. Tam, każdego ranka, ze szczytu wieży, w asystencyi dwóch księży, stanowiących jego święte kolegium, błogosławił świat, któremu przez to nie działo się lepiej, i rzucał anatemę na swoich wrogów, którym przez to nie działo się gorzej. Nakoniec, czując, iż śmierć się zbliża, i w obawie, żeby schyzma wraz z nim nie zeszła do grobu, mianował dwóch wikaryuszów swoich kardynałami, pod warunkiem, że, gdy on umrze, jeden z nich obierze drugiego papieżem. I tak się stało. Nowy papież przez czas krótki trwał w schyzmie, podtrzymywany przez kardynała, który go obrał. Wreszcie obaj nawiązali rokowania z Rzymem, wyznali publicznie winę swoją i powrócili na łono świętego Kościoła, jeden z tytułem arcybiskupa sewilskiego, drugi z tytułem arcybiskupa toledańskiego.
Począwszy od tej chwili aż do r. 1790, Awinion, owdowiały po swoich papieżach, rządzony był przez legatów i wicelegatów; miał siedmiu najwyższy kapłanów, którzy rezydowali w jego murach przez siedem dziesiątków lat; miał siedem szpitali, siedem bractw pokutniczych, siedem klasztorów męskich, siedem żeńskich, siedem parafii i siedem cmentarzy.
Dla tych, którzy znali Awinion, były w owej epoce, a i są jeszcze, dwa miasta w mieście: miasto księży, to jest miasto rzymskie; miasto kupców, to jest miasto francuskie.
Miasto księży z pałacem papieskim, ze stu kościołami, z niezliczonymi dzwonami, zawsze gotowymi bić wielkim głosem na trwogę i rozbrzmiewać ponurym dźwiękiem pogrzebowym.
Miasto kupców z Rodanem, z robotnikami, wyrabiającymi jedwabie, i z ruchem przewozowym, który idzie od północy na południe, od zachodu na wschód, od Lugdunu do Marsylii, od Nimes do Turynu.
Miasto francuskie, miasto potępione, pragnące mieć króla, dążące do otrzymania swobód, buntujące się przeciw niewoli, przeciw temu, że jest ziemią księży i ma duchowieństwo za władzę.
Nie owo duchowieństwo pobożne, tolerancyjne, surowe w spełnianiu obowiązków i miłosierne, żyjące na świecie, by mu nieść pociechę i dawać budujący przykład, nie uczestnicząc w jego uciechach i namiętnościach - ale duchowieństwo takie, jakiem je uczyniła intryga, ambicya i chciwość, t. j. złożone z owych księży dworu antypapieża, rywalizujących z księżmi rzymskimi, próżniaków, rozpustników, wytwornisiów, zuchwalców, królów mody, autokratów salonowych, całujących dłoń dam, których względami się szczycili, dających swoje dłonie do całowania kobietom z ludu, które zaszczycali swojemi łaskami.
Czy chcecie typ księdza takiego? Weźcie księdza Maury. Dumny, jak książę, zuchwały, jak lokaj, syn szewca, arystokrata większy, niż syn magnata.
Rozumie się, że te dwie kategorye mieszkańców wyobrażające jedna herezyę, druga ortodoksyę; jedna stronnictwo francuskie, druga stronnictwo rzymskie; jedna stronnictwo monarchiczne samowładne, druga stronnictwo konstytucyjne postępowe - nie stanowiły pierwiastków pokoju i bezpieczeństwa dla dawnego miasta papieskiego; rozumie się, mówimy, że w chwili, kiedy w Paryżu rewolucya wybuchła i objawiła się wzięciem Bastylii, oba te stronnictwa, rozgrzane jeszcze wojnami religijnemi Ludwika XIV, nie pozostały obojętne wobec siebie.
Powiedzieliśmy: Awinion miasto księży, dodajmy: miasto nienawiści. Serce dziecięce, wszędzie wolne od złych namiętności, tam przychodziło na świat wezbrane nienawiściami, przekazywanemi z ojca na syna od lat ośmiuset, a po życiu, nienawiściami temi kierowanem, syn przekazywał z kolei szatańskie dziedzictwo swoim dzieciom.
To też, gdy Francya wydała pierwszy okrzyk wolności, miasto francuskie powstało, pełne radości i nadziei; nadeszła nareszcie dla niego chwila głośnego zaprotestowania przeciw postępkowi młodej, nieletniej królowej, która, dla odkupienia własnych grzechów, złożyła w darze miasto, prowincyę a wraz z tem pół miliona dusz. Jakiem prawem dusze te zaprzedane zostały na wieki najsurowszemu i najbardziej wymagającemu ze wszystkich władców, papieżowi rzymskiemu? Francya miała się zgromadzić na Polu Marsowem, w bratnim uścisku federacyi. Czyż Awinion nie był we Francyi? Wybrano posłów, a ci posłowie udali się do legata, z całym szacunkiem prosząc, by wyjechał.
Dano mu dwadzieścia cztery godziny czasu na opuszczenie miasta.
W ciągu nocy papiści powiesili na szubienicy manekin, przystrojony w kokardę trójkolorową.
Łatwo jest zmienić kierunek Rodanu, skanalizować Durancyę, wznieść tamy przeciw rwącym potokom, które w chwili topnienia śniegów staczają się, jak płynna nawałnica, ze szczytów góry Ventoux. Ale Bóg nawet nie próbował jeszcze powstrzymać tej straszliwej fali, tej fali żywej, tego potoku ludzkiego, który zwalił się, rozpętany, na strome ulice Awinionu.
Na widok manekina w barwach narodowych, kołyszącego się na stryczku, miasto francuskie zatrzęsło się w posadach, wydając okrzyki wściekłości. Czterej papiści, o to świętokradztwo posądzeni - dwaj margrabiowie, mieszczanin i robotnik - zostali porwani z domów i powieszeni na miejscu manekina.
Było to 11 czerwca r. 1790.
Całe miasto francuskie wystosowało do Zgromadzenia Narodowego pismo, że oddaje się Francyi wraz z Rodanem swoim, ze swoim handlem, z Południem, z połową Prowancyi.
Stało się to w dniach reakcyi, kiedy Zgromadzenie Narodowe nie chciało się poróżnić z papieżem i oszczędzało króla; odroczyło tedy decyzyę w tej sprawie.
Odtąd ruch w Awinionie był buntem, a papież z miastem uczynił to, co dwór królewski uczyniłby z Paryżem, po wzięciu Bastylii, gdyby Zgromadzenie było odroczyło ogłoszenie praw człowieka.
Papież rozkazał unieważnić wszystko, co się dokonało w hrabstwie Venaissin, przywrócić przywileje szlachty i duchowieństwa i stosować inkwizycyę w całej surowości.
Rozwieszono dekrety papieskie.
Jeden jedyny człowiek, w biały dzień, wobec wszystkich, odważył się podejść prosto do muru, gdzie zawieszony był dekret, i zedrzeć go.
Nazywał się Lescuyer.
Nie był to człowiek miody; nie uczynił tego zatem w porywie zapału młodzieńczego. Nie, był to niemal starzec, obcy w kraju; był to Francuz z Pikardyi, gorącego temperamentu i rozważny zarazem, były notaryusz, oddawna osiadły w Awinionie.
Tę zbrodnię zapamiętał Awinion rzymski; a zbrodnia była taka wielka, że zapłakała nad nią Najświętsza Panna!
Cud ten spełnił się w kościele Franciszkanów.
Tłum przybiegł do kościoła.
Nadto rozeszła się jednocześnie pogłoska, która do ostatecznych granic spotęgowała wzburzenie. Przeniesiono przez miasto wielki, dobrze zamknięty, kufer; kufer ten wzbudził ciekawość Awiniończyków. Co też mógł zawierać?
W dwie godziny później nie chodziło już o jeden kufer - widziano osiemnaście skrzyń przewożonych do przystani Rodanu.
Tragarz zaś zdradził, co zawierały: przedmioty z lombardu, które stronnictwo francuskie zabierało ze sobą, opuszczając Awinion.
Przedmioty z lombardu, to znaczy mienie ubogich.
Im miasto jest nędzniejsze, tem bogatszy jest lombard. Niewiele lombardów mogło się pochwalić takiem bogactwem, jak awinioński.
Nie była to już sprawa partyjna, ale kradzież, i to kradzież nikczemna. Biali i czerwoni biegli do kościoła Franciszkanów, krzycząc, że municypalność musi im się z tego wytłómaczyć.
Lescuyer był sekretarzem municypalności.
Rzucono jego nazwisko tłumowi, nie jako tego, który zerwał dwa dekrety papieskie - byłby bowiem miał obrońców - ale jako tego, który podpisał stróżowi lombardu rozkaz, zezwalający na zabranie rzeczy.
Wysłano tedy czterech ludzi, żeby schwytali Lescuyera i sprowadzili go do kościoła. Znaleziono go na ulicy, idącego do municypalności. Czterej mężczyźni rzucili się nań i zawlekli go do kościoła, wydając dzikie okrzyki.
Przybywszy na miejsce, Lescuyer, na widok oczu roziskrzonych, które wpatrywały się w niego, pięści wyciągniętych, które mu groziły, krzyków, które domagały się jego śmierci, Lescuyer zrozumiał, że nie jest w domu Bożym, lecz w jednym z tych kręgów piekła, o których zapomniał Dante.
I przyszło mu na myśl, że przyczyną tej nienawiści, która przeciw niemu wybuchła, mogło być jedynie zerwanie dekretów papieskich; wszedł na ambonę i głosem człowieka, który nietylko nic sobie nie wyrzuca, ale jeszcze gotów jest zacząć to samo nanowo, rzekł:
- Bracia, mniemałem, że rewolucya jest potrzebna; dlatego też dołożyłem wszelkich sił...
Fanatycy zrozumieli, że, jeśli Lescuyer się wytłómaczy, Lescuyer będzie ocalony.
Nie tego wszakże było im trzeba, Rzucili się na niego, zerwali go z ambony, wepchnęli go w tłum szczekający, który go powlókł do ołtarza, wydając ów krzyk straszliwy, mający w sobie coś z węża i z ryku tygrysa, owo zabójcze zu zu! właściwe ludności awiniońskiej.
Lescuyer znał ten krzyk złowrogi; próbował schronić się u stóp ołtarza.
Nie schronił się tam wszakże, lecz upadł na stopniach.
Robotnik, uzbrojony w kij, zadał mu bowiem w głowę cios taki silny, że kij pękł na dwoje.
A wówczas tłuszcza rzuciła się na biedne ciało z tą mieszaniną okrucieństwa i wesołości, która jest właściwa Południowcom; mężczyźni, śpiewając, zaczęli mu tańczyć po brzuchu, kobiety - zaś, pragnąc, by odpokutował za bluźnierstwa, wypowiedziane przeciw papieżowi, rozcinały mu, a raczej wycinały po kawałku nożyczkami wargi.
A z pośród tej strasznej gromady wydobywał się krzyk, a raczej wrzask chrapliwy; i wrzask ten mówił:
- W imię Boga! w imię Najświętszej Panny! w imię ludzkości, zabijcie mnie zaraz.
Wrzask ten został wysłuchany: za wspólną zgodą mordercy cofnęli się i pozostawili nieszczęśliwego, broczącego we krwi, okaleczonego, zgruchotanego, pozwalając mu rozkoszować się konaniem.
Trwało pięć godzin, podczas których wśród wybuchów śmiechu, obelg i drwin tłumu biedne ciało drgało na stopniach ołtarza.
Tak to zabijają w Awinionie.
Poczekajcie, jest jeszcze sposób inny.
Jeden z członków stronnictwa francuskiego wpadł na myśl pójścia do lombardu, by zasięgnąć wiadomości.
Wszystko było tam w porządku, nie brakło ani jednego nakrycia srebrnego.
Nie jako wspólnik kradzieży zatem został Lescuyer tak okrutnie zamordowany, lecz jako patryota.
Istniał wówczas w Awinionie człowiek, który miał władzę nad tłumem.
Wszyscy ci straszni przywódcy na Południu zdobyli taką smutną sławę, że wystarczy ich wymienić, a każdy, nawet najmniej wykształcony, wie o kogo chodzi.
Tym człowiekiem był Jourdan.
Pyszałek i kłamca, wmówił w ciemny lud, że to on obciął głowę gubernatorowi Bastylii.
To też nazywano go Jourdan, ścinacz głów.
Nie było to wszakże jego nazwisko: nazywał się Maciej Jouve. Nie pochodził z Prowancyi, tylko z Puy-en-Velay. Początkowo był mulnikiem na stromych szczytach, otaczających miasto rodzinne, potem żołnierzem bez wojny; pod wpływem wojny byłby się może stał bardziej ludzki; - następnie szynkarzem w Paryżu.
W Awinionie handlował marzanną.
Zebrał trzystu ludzi, opanował bramy miasta, pozostawił przy nich połowę swego oddziału, a z resztą pomaszerował na kościół Franciszkanów, poprzedzony dwoma działami.
Ustawił je przed kościołem i zaczął strzelać na chybił trafił.
Mordercy rozproszyli się, jak stado spłoszonych ptaków, pozostawiając kilku umarłych na stopniach kościoła.
Jourdan i jego ludzie, przeskoczywszy przez trupy, weszli do świętego miejsca.
Pozostała w niem już tylko Najświętsza Dziewica i nieszczęśliwy Lescuyer, który jeszcze dyszał.
Jourdan i jego towarzysze nie myśleli wcale dobijać Lescuyera: agonia jego była najwyższym środkiem agitacyjnym. Podnieśli tedy tę resztkę człowieka żywego, te trzy czwarte trupa i zabrali go okrwawionego, drgającego, rzężącego.
Na ten widok każdy uciekał, zamykając drzwi i okna.
W godzinę później Jourdan ze swymi trzystu ludźmi byli panami miasta.
Lescuyer umarł, ale mniejsza o to; agonia jego była już niepotrzebna.
Jourdan skorzystał z trwogi, jaką wzbudzał, i zaaresztował lub kazał zaaresztować osiemdziesiąt osób z pośród istotnych i domniemanych morderców Lescuyera.
Ze trzydzieści może nie przestąpiło nawet progu kościoła; ale gdy znajdzie się dobra sposobność pozbycia się wrogów, trzeba z niej skorzystać; dobre sposobności są rzadkie.
Te osiemdziesiąt osób wtłoczono do wieży Trouillas.
Nazwa jej historyczna - wieża Lodowni.
Była to widownia tortur inkwizycyjnych.
Dzisiaj jeszcze widać w niej, wzdłuż ścian, tłuste sadze, które pozostawiał dym, wznoszący się ze stosu, gdzie się paliły niegdyś ciała ludzkie, dzisiaj jeszcze pokazują tam narzędzia tortur, starannie przechowywane: kocioł, piec, dyby, kajdany, ciemnice, nawet stare szkielety; niczego tam nie brak.
W tej to wieży, zbudowanej przez Klemensa V, zamknięto owych osiemdziesięciu więźniów.
A skoro ich już w wieży Trouillas zamknięto, powstał kłopot.
Przez kogo kazać ich osądzić?
Tylko trybunały papieskie były trybunałami legalnymi.
Kazać zabić tych nieszczęśliwych, jak zabito Lescuyera?
Powiedzieliśmy, że jedna trzecia a może i połowa z tych więźniów nietylko nie brała udziału w morderstwie, ale nawet nie przestąpiła progu kościoła.
Kazać ich zabić! Ta rzeź poszłaby na rachunek prześladowań.
Ale dla zabicia tych osiemdziesięciu osób potrzeba było pewnej liczby katów.
Trybunał, utworzony przez Jourdana, obradował w jednej z sal pałacowych: był tam pisarz, nazwiskiem Raphael, prezes, nawpół Włoch, napoły Francuz, mówca w narzeczu ludowem, nazwany Barbe Savournin de la Roua; następnie trzech czy czterech nędzarzy; piekarz, rzeźnik; nazwiska ich zatraciły się zupełnie.
Ludzie ci wrzeszczeli:
- Trzeba ich zabić wszystkich; gdyby jeden z nich ocalał, służyłby za świadka.
Ale, jak powiedzieliśmy, brakło zabójców.
Było zaledwie pod ręką dwudziestu ludzi na dziedzińcu, a wszyscy z drobnego mieszczaństwa w Awinionie: perukarz, szewc damski, tandeciarz, mularz, stolarz; wszystko to zaledwie uzbrojone, ten w szablę, ów w bagnet, tamten znów w drąg żelazny, inny w szczapę drzewa, stwardniałego w ogniu.
A wszystkich tych ludzi ochłodził drobny deszcz październikowy.
Trudno z nich było uczynić morderców.
Tak! ale czyż jest co trudnego dla szatana?
W wypadkach podobnych bywają godziny, kiedy wydaje się, że Bóg opuszcza ludzi.
Wówczas przychodzi kolej na szatana.
I na ten dziedziniec zimny i błotnisty wkroczył szatan we własnej osobie.
Przybrał pozór, postać, oblicze pewnego aptekarza, miejscowego, nazwiskiem Mendes; ustawił stół, oświetlony dwiema latarniami; na tym stole złożył szklanki, konewki, dzbanki, butelki.
Jaki piekielny napój zawierały te naczynia tajenapoju tego jest wszakże dobrze znany.
Wszystkich tych, którzy pili ów trunek szatański, ogarnął nagle szał gorączkowy, żądza krwi i mordu.
Zaledwie wskazano im drzwi, wtargnęli do więzienia.
Rzeź trwała przez całą noc: przez noc całą krzyki, jęki, chrapanie przedśmiertne rozlegały się wśród ciemności.
Zabijano wszystkich, wszystkich zarzynano, mężczyzn i kobiety; trwało to długo: zabójcy, jak powiedzieliśmy, byli pijani i źle uzbrojeni.
Wszelako uporali się.
Wśród zabójców dziecko zwracało uwagę zwierzęcą jkrutnością, nienasyconem pragnieniem krwi.
Był to syn Lescuyera.
Zabijał i zabijał; chełpił się, że sam, swoją ręką dziecięcą, zabił dziesięciu mężczyzn i cztery kobiety.
- Przecież mogę zabijać, ile zechcę - mówił. - Nie mam lat piętnastu, nic mi za to nie będzie.
W miarę, jak zabijali, zrzucali umarłych i ranionych z wieży Trouillas, a ci spadali z wysokości stóp sześćdziesięciu; najpierw zrzucano mężczyzn, a potem kobiety. Mordercy musieli mieć czas na gwałcenie trupów tych, które były młode i ładne.
O godzinie dziewiątej rano, po dwunastogodzinnej rzezi, głos z głębi grobowca tego wrzeszczał:
- Litości! przyjdźcie mnie dobić, nie mogę umrzeć.
Puszkarz Bouffier pochylił się nad otworem i spojrzał; inni nie śmieli.
- Kto to krzyczy? - spytali.
- To Lami - odparł Bouffier.
A potem, gdy wszedł między innych:
- I cóż - pytali - co widziałeś w głębi?
- Groch z kapustą - odparł: - mężczyźni i kodo wyboru - jedną do Nimes, drugą do Carpentras, trzebiety, księża i ładne dziewczęta. Zdychać ze śmiechu, mówię wam.
"Człowiek jest stanowczo szpetną liszką!..." powiedział hrabia de Monte-Cristo do pana de Villeforta.
A więc do tego miasta jeszcze okrwawionego, jeszcze rozgorączkowanego, jeszcze wzruszonego ostatniemi rzeziami, wprowadzimy dwie główne osoby naszej opowieści.