Rozdział XXIX
Dyliżans z Genewy
Mniej więcej o tej samej godzinie, o której Roland wjeżdżał do Nantes, ciężko załadowany dyliżans zatrzymał się przed oberżą de la Croix-d'Or w połowie głównej drogi przecinającej Châtillon-sur-Seine.
Dyliżanse z tamtej epoki posiadały tylko dwa przedziały: przedni, zwany coupé, i wewnętrzny. Przedział tylny, czyli rotunda, jest wynalazkiem późniejszym.
Kiedy tylko powóz się zatrzymał, pocztylion zeskoczył na ziemię i otworzył drzwiczki.
Z otwartego pojazdu wysiedli jego pasażerowie. Owych pasażerów, w tym i pasażerek, było łącznie siedmioro. Przedział wewnętrzny zajmowało trzech mężczyzn, dwie kobiety i niemowlę, natomiast w coupé podróżowała matka z synem.
Trzema mężczyznami siedzącymi w przedziale wewnętrznym byli: lekarz z Troyes, zegarmistrz z Genewy i architekt z Bourg, zaś dwiema kobietami - pokojówka jadąca do Paryża do swej pani i niańka wioząca niemowlę jego rodzicom.
Natomiast pasażerowie coupé to kobieta lat około czterdziestu, która zachowała ślady nadzwyczajnej niegdyś urody, oraz towarzyszący jej syn w wieku jedenastu lub dwunastu lat. Trzecie miejsce w przednim przedziale zajmował przewoźnik.
Posiłek przygotowano jak zwykle w dużej sali. Był to jeden z tych posiłków, na które konduktorzy - zapewne w porozumieniu z oberżystą - nie pozostawiają pasażerom nigdy wystarczająco wiele czasu, by mogli wszystko zjeść.
Pokojówka i niańka udały się do pobliskiej piekarni, gdzie każda z nich kupiła sobie ciepłą bułeczkę. Niańka do tego dorzuciła jeszcze kawałek czosnkowej kiełbasy. Obydwie panie powróciły do pojazdu i tam spokojnie zabrały się do jedzenia. Zaoszczędziły w ten sposób na kosztach posiłku w oberży, które zapewne dotkliwie nadwerężyłyby ich budżet.
Tymczasem lekarz, architekt, zegarmistrz i matka z synem weszli do karczmy. Ogrzali się nieco przy wielkim kominku w kuchni, a następnie udali się do jadalni i zasiedli do stołu.
Matka zadowoliła się filiżanką kawy z mlekiem i kilkoma owocami. Chłopiec zaś, który przez swój apetyt mógł uważać się za mężczyznę, dzielnie zaatakował posiłek widelcem.
Pierwszym odruchem przy stole było jak zwykle zaspokojenie głodu.
Po chwili zegarmistrz z Genewy przerwał milczenie.
- Na honor, obywatele - rzekł, ponieważ w miejscach publicznych nadal tytułowano się obywatelami - przyznam szczerze, że dzisiejszego poranka z ulgą przywitałem nadejście dnia.
- Czyżby pan nie sypiał podczas podróży? - spytał lekarz.
- Ależ tak, drogi panie - odpowiedział rodak Jean-Jacques'a Rousseau - zazwyczaj śpię przez całą drogę. Ale teraz niepokój był silniejszy od zmęczenia.
- Bał się pan, że dyliżans się przewróci? - zainteresował się architekt.
- Nie, pod tym względem mam szczęście. Sądzę nawet, że wystarczy, bym wsiadł do jakiegokolwiek pojazdu, a ten stanie się niewywracalny. Nie, to nie o to chodzi.
- Zatem o co? - indagował lekarz.
- O to, co mówi się w Genewie, że drogi we Francji nie są bezpieczne?
- To zależy - wtrącił architekt.
- Jak to, zależy? - nie rozumiał genewczyk.
- Tak - wyjaśniał architekt. - Na przykład, gdybyśmy transportowali rządowe pieniądze, moglibyśmy być pewni, że zostaniemy zaatakowani, lub raczej już by do tego doszło.
- Tak pan sądzi? - nie dowierzał zegarmistrz.
- To byłoby nieuchronne. Nie mam pojęcia, w jaki sposób te diabły, towarzysze Jehu, są tak dobrze poinformowani. Ale nie wymyka im się ani jeden transport.
Lekarz twierdząco pokiwał głową.
- Ach! - genewczyk zwrócił się teraz do niego. - Pan również jesteś tego samego zdania.
- Całkowicie.
- A gdybyś pan wiedział, że dyliżans wiezie rządowe pieniądze, czy mimo tego również zdecydowałbyś się na podróż?
- Przyznaję - odparł lekarz - że najpierw dobrze bym się zastanowił.
- A pan? - zegarmistrz zwrócił się do architekta.
- Och, ja - padła odpowiedź - gdybym miał do załatwienia bardzo pilną sprawę, mimo wszystko bym pojechał.
- Mam nieodpartą ochotę - wyznał genewczyk - zabrać moje bagaże i poczekać na następny dyliżans. W walizach wiozę zegarki warte około dwudziestu tysięcy franków. Aż do tej pory mieliśmy szczęście, ale nie należy Boga wystawiać na próbę.
- Czy pan nie słyszał - do rozmowy wtrąciła się matka - że ryzyko rozboju istnieje tylko wtedy, gdy dyliżans wiezie rządowe pieniądze? A przynajmniej tak twierdzą obecni tutaj panowie.
- Ano właśnie, w tym cały problem - oznajmił zegarmistrz i niespokojnie rozejrzał się wokół - bo my je również przewozimy!
Kobieta nieco pobladła i z obawą spojrzała na syna. Jak każda matka, w pierwszej kolejności troszczyła się o własne dziecko.
- Co takiego?! My je przewozimy? - lekarz i architekt zareagowali jednocześnie, wydali okrzyk głosem poruszonym, choć w różnym stopniu. - Jesteś pan tego pewny?
- Całkowicie pewny, panowie.
- Zatem powinieneś nas pan o tym uprzedzić wcześniej. A mówiąc o tym teraz, wyrażaj się ciszej.
- Ale - lekarz nie dowierzał - może nie jesteś pan tak całkowicie tego pewny?
- Lub pan tylko żartuje? - architekt też miał wątpliwości.
- Uchowaj Bóg!
- Mieszkańcy Genewy to bardzo zabawni ludzie - do architekta dołączył lekarz.
- Panowie - zegarmistrz poczuł się bardzo urażony, że biorą go za wesołka - panowie, na własne oczy widziałem, jak je ładowano.
- Znaczy co?
- Pieniądze.
- A jest ich dużo?
- Zauważyłem sporo worków.
- Ale skąd te pieniądze pochodzą?
- Ze skarbca berneńskich niedźwiedzi. Chyba jest wam wiadomo, panowie, że ich dochody wynosiły pięćdziesiąt, a nawet sześćdziesiąt tysięcy liwrów.
Lekarz roześmiał się i powiedział:
- Pan zdecydowanie chce nas wystraszyć.
- Panowie - zegarmistrz pozostawał poważny - daję wam moje słowo honoru.
- Do dyliżansu, panowie! - zawołał przewoźnik i otworzył drzwi. - Odjeżdżamy! Mamy trzy kwadranse spóźnienia.
- Chwileczkę, konduktorze, chwileczkę - powstrzymał go architekt - właśnie się naradzamy.
- Nad czym?
- Proszę zamknąć drzwi i przyjść tutaj.
- Wypij z nami kieliszek wina, konduktorze.
- Z przyjemnością, panowie - ucieszył się przewoźnik - tego się nie odmawia.
Po tych słowach ujął swój kieliszek, a trzej podróżni trącili o niego swoimi.
Nim konduktor przyłożył szkło do ust, lekarz powstrzymał go i zapytał:
- Przyznaj uczciwie, konduktorze, czy to jest prawdą?
- A co takiego?
- Co opowiada nam ten pan.
To powiedziawszy, wskazał na genewczyka.
- Pan Féraud?
- Czy ten pan nazywa się Féraud, tego nie wiem.
- Tak, to moje nazwisko. Do pana usług - ukłonił się genewczyk. - Féraud i spółka, zegarmistrzowie, ulica du Rempart, numer sześć, w Genewie.
- Panowie - ponaglał przewoźnik - odjeżdżamy!
- Ale nie odpowiedziałeś nam.
- Ale co, u diabła, miałem wam odpowiedzieć? Przecież o nic nie pytacie.
- Ależ tak. Chcielibyśmy wiedzieć, czy prawdą jest, że ten dyliżans przewozi sporą sumę pieniędzy należących do rządu francuskiego?
- Gaduła! - zwrócił się do zegarmistrza przewoźnik. - To pan powiedziałeś im o tym?
- Stało się, szanowny panie...
- Idziemy, panowie, wsiadamy do dyliżansu.
- Zanim wsiądziemy, chcielibyśmy o tym jednak wiedzieć...
- Co? Czy przewożę rządowe pieniądze? I owszem, przewożę. Ani słowa o tym na następnym postoju, a wszystko dobrze się ułoży.
- Jesteś pewny?
- Załatwienie tej sprawy pozostawcie mnie.
- Co pan zrobisz, jeśli nas napadną? - zapytał architekta lekarz.
- Na honor! Słuchał będę rad konduktora.
- Tak właśnie będzie dla was najlepiej - przyznał przewoźnik.
- Zatem będę się zachowywał spokojnie - dodał architekt.
- Ja również - potwierdził lekarz.
- Naprzód, panowie, wsiadamy, pospieszmy się!
Chłopak słuchał tej rozmowy ze zmarszczonymi brwiami i zaciśniętymi zębami.
- O, już ja wiem - odezwał się do matki - dobrze wiem, co zrobię, jeśli nas napadną.
- Co zamierzasz? - zaniepokoiła się kobieta.
- Zobaczysz.
- Co mówi ten dzieciak? - zainteresował się zegarmistrz.
- Mówię, że wszyscy jesteście tchórzami - odparł bez wahania chłopiec.
- Ależ Edouardzie! - skarciła go matka. - Jak ty się zachowujesz?
- Chciałbym, żeby napadnięto na dyliżans - powiedział dzieciak z błyskiem w oczach.
- Wsiadamy, wsiadamy, panowie, na miły bóg! Do dyliżansu - przynaglił po raz ostatni przewoźnik.
- Konduktorze - spytał lekarz - spodziewam się, że nie jesteś uzbrojony?
- Przeciwnie, mam pistolety.
- O, nieszczęsny!
Przewoźnik pochylił się nad jego uchem i cicho dodał:
- Bądź pan spokojny, doktorze. Załadowane są tylko prochem.
- To już lepiej.
Zamknięto drzwiczki wewnętrznego przedziału.
- Naprzód, pocztylionie, w drogę!
Pocztylion strzelił zatem z bicza, a ciężka machina drgnęła z miejsca. Zatrzasnęły się drzwiczki przedniego przedziału.
- Nie wsiadasz z nami, konduktorze? - zapytała matka.
- Dziękuję, pani de Montrevel - odparł przewoźnik - mam sprawę na dachu pojazdu.
A zaglądnąwszy przez okienko, jeszcze dodał:
- Proszę uważać na panicza Edouarda, żeby nie dotykał pistoletów, które są tam w kieszeni. Mógłby się zranić.
- Też coś! - obruszył się dzieciak. - Tak, jakbym nie wiedział, co to pistolety. Mam ładniejsze niż wasze. Mój przyjaciel, sir John, sprowadził mi je z Anglii. Prawda, mamo?
- Mniejsza o to - rzekła pani de Montrevel. - Proszę cię, Edouardzie, nie dotykaj niczego.
- Och, bądź spokojna, mamusiu - odparł chłopiec, ale półgłosem, jakby sam do siebie dodał:
- Tym niemniej, jeśli towarzysze Jehu nas zatrzymają, wiem ja dobrze, co zrobię.
Dyliżans ociężale nabierał prędkości i toczył się w kierunku Paryża.
Jechał jednym z tych pięknych, zimowych dni, które ludziom przekonanym o śmierci natury pozwalają zrozumieć, że ona nie umiera, lecz tylko zasypia. Osiągający siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt lat człowiek, podczas swego długiego życia miewa trwające dziesięć bądź nawet dwanaście godzin noce i skarży się, że ich długość skraca dodatkowo dni jego żywota. W istniejącej bez końca przyrodzie, rosnące nieraz tysiąc lat drzewa śpią pięć miesięcy. To, co dla nas jest zimą, dla nich to tylko noc. Poeci w swych zazdrosnych wierszach opiewają nieśmiertelność natury, która każdej jesieni umiera, a z każdą wiosną zmartwychwstaje. Poeci się mylą. Przyroda jesienią nie umiera, ona zasypia, a wiosną nie zmartwychwstaje, lecz się budzi. W dniu, w którym nasz glob faktycznie umrze, wszystko naprawdę stanie się martwe, a kula ziemska toczyć się będzie w kosmosie lub zniknie w otchłani chaosu bezwładna, niema, samotna, bez drzew, bez kwiatów, bez zieleni i bez poetów.
Tymczasem owego pięknego dwudziestego trzeciego dnia lutego 1800 roku uśpiona natura zdawała się śnić o wiośnie. Niemal radośnie świecące słońce sprawiło, że owe zwodnicze perły szronu, roztapiające się w dziecięcych paluszkach i radujące oko rolnika, kiedy zwisają z czubków kiełkującego dzielnie z ziemi zboża, iskrzyły się na trawie porastającej dwa okalające drogę rowy. W dyliżansie otworzono okienka, by wpuścić do wnętrza ów przedwiosenny uśmiech Boga. A nieobecne od dawna słoneczne promienie zdawano się pozdrawiać słowami: "Witaj, wędrowcze, którego uznaliśmy za straconego w olbrzymich chmurach zachodu lub w burzliwych falach oceanu".
Nagle, po jakiejś godzinie podróży od wyjazdu z Châtillon, w pobliżu rzecznego zakola pojazd zatrzymał się bez widocznego powodu. Jedynie na drodze pojawiło się czterech jadących spokojnie stępa jeźdźców. Jeden z nich, poprzedzający pozostałych o jakieś dwa, trzy kroki, dał ręką znak pocztylionowi, by nie posuwał się dalej.
Ten go posłuchał.
- Mamo, zobacz! - zawołał mały Edouard, który wbrew zaleceniom pani de Montrevel wyglądał przez okienko z uchyloną szybą. - Och, mamo! Jakie piękne konie! Ale dlaczego ci kawalerzyści noszą maski? Przecież to nie karnawał.
Pani de Montrevel marzyła. Kobieta zawsze nieco marzy: młoda o przyszłości, starsza o przeszłości. Wyrwana z marzeń, również wyjrzała na zewnątrz i krzyknęła.
Edouard gwałtownie się odwrócił.
- Co ci się stało, mamo?! - zapytał.
Blada pani de Montrevel przytuliła go do siebie i nic nie odpowiedziała.
Słychać było krzyki przerażenia dochodzące w wewnętrznego przedziału dyliżansu.
- Ale co takiego się dzieje? - pytał mały Edouard, usiłując się uwolnić od przytrzymującego go ramienia matki.
- Dzieje się to, mój mały przyjacielu - rozległ się pełen łagodności głos należący do jednego z zamaskowanych jeźdźców, który zajrzał do wnętrza coupé - że mamy pewne porachunki do wyrównania z konduktorem. Porachunki, które w niczym nie dotyczą pasażerów. Przekaż więc twojej mamie nasze wyrazy szacunku i powiedz jej, by nie zwracała na nas uwagi.
Potem podszedł do przedziału wewnętrznego i oznajmił:
- Panowie, kłaniam się uniżenie. Nie obawiajcie się ani o wasze trzosy, ani o waszą biżuterię, i zapewnijcie nianię, że nie zabierzemy jej mleka.
Następnie zwrócił się do konduktora:
- Kolej na nas, ojcze Jérôme! Wieziemy jakieś sto tysięcy franków na dachu i w skrzynkach bagażowych, prawda?
- Panowie, zapewniam was...
- Pieniądze przeznaczone są dla rządu, a pochodzą ze skarbca berneńskich niedźwiedzi. Siedemdziesiąt tysięcy jest w złocie, reszta w srebrze. Srebro jest na dyliżansie, a złoto w skrzyni przedziału coupé. Czyż nie jesteśmy dobrze poinformowani?
Na dźwięk słów "w skrzyni przedziału coupé" pani de Montrevel wydała kolejny okrzyk przerażenia. Miała się znaleźć w bezpośrednim kontakcie z tymi ludźmi, którzy pomimo ich uprzejmości napawali ją głębokim strachem.
- Ale co tobie, mamo? Co tobie? - niecierpliwie dopytywał się chłopak.
- Zamilknij, Edouardzie, zamilknij.
- Dlaczego mam milczeć?
- Czy nic nie rozumiesz?
- Nic.
- Dyliżans zatrzymano.
- Dlaczego? Ale w jakim celu...? Ach, mamo! Wreszcie zrozumiałem.
- Nie, nie - pośpiesznie mówiła pani de Montrevel - nic nie rozumiesz.
- Ci panowie są złodziejami.
- Strzeż się to mówić.
- Ani myślę! Czyż nie są to złodzieje? Oto zabierają pieniądze od konduktora.
W istocie, jeden z nich ładował na grzbiet swego konia worki z pieniędzmi, które przewoźnik zrzucał mu z dachu dyliżansu.
- Nie - przekonywała pani de Montrevel - to nie są złodzieje.
A zniżywszy głos, dodała:
- To są towarzysze Jehu.
- Och! - krzyknął dzieciak. - Więc to właśnie oni zamordowali mego przyjaciela, sir Johna?
Teraz z kolei to chłopak zrobił się bardzo blady. Jego oddech, wydawany przez zaciśnięte zęby, stał się świszczący.
W tym momencie jeden z zamaskowanych ludzi otworzył drzwiczki przedziału coupé i odezwał się z najbardziej wyszukaną grzecznością:
- Pani hrabino, niezmiernie nam przykro, że zmuszeni jesteśmy pani przeszkodzić, ale mamy, lub raczej konduktor ma coś do zabrania ze skrzyni tego właśnie przedziału. Niech pani będzie tak miła i na chwilę wysiądzie. Jérôme załatwi sprawę tak szybko, jak tylko to możliwe.
Następnie z wesołym akcentem, który właściwie nigdy nie opuszczał tego śmiejącego się głosu, zwrócił się do przewoźnika:
- Czyż nie, Jérôme?
Konduktor z dachu dyliżansu odpowiedział twierdząco na zadane mu pytanie.
W instynktownym odruchu, by zasłonić syna przed niebezpieczeństwem, jeśliby w ogóle takie zaistniało, pani de Montrevel posłusznie spełniwszy prośbę, pozostawiła Edouarda za swymi plecami.
Ta chwila wystarczyła chłopcu, by wyciągnąć pistolety konduktora.
Młody człowiek o śmiejącym się głosie z największym szacunkiem pomógł wysiąść pani de Montrevel, dał znak jednemu ze swych towarzyszy, by podał jej ramię, i odwrócił się do dyliżansu.
W tejże samej chwili dał się słyszeć podwójny wystrzał. Edouard wypalił z dwóch pistoletów do towarzysza Jehu, którego otoczyła gęsta chmura dymu.
Pani de Montrevel krzyknęła i osunęła się, zemdlona.
Liczne wrzaski, wyrażające różnorodne odczucia, zawtórowały matczynemu okrzykowi.
Z przedziału wewnętrznego dobiegały głosy przerażenia. Przecież postanowiono nie stawiać żadnego oporu, a tutaj ktoś się sprzeciwił.
Trzej zamaskowani ludzie krzykiem dali wyraz zaskoczeniu. Po raz pierwszy przytrafiło im się coś podobnego.
Skoczyli do swego towarzysza, którego spodziewali się znaleźć podziurawionego.
Tymczasem stał on cały i zdrowy, śmiał się do rozpuku, podczas gdy przewoźnik ze złożonymi błagalnie rękami wołał:
- Przysięgam panu, że nie było kul. Zapewniam pana, że załadowane były jedynie prochem.
- Do diabła - skomentował młody człowiek - sam widzę, że naładowane były tylko prochem. Ale godziwych chęci nie brakowało... Czyż nie, mój mały Edouardzie?
Potem, zwróciwszy się do towarzyszy, oznajmił:
- Przyznajcie panowie, że ten oto uroczy chłopak jest godnym synem swego ojca i godnym bratem swego brata. Brawo, Edouardzie, pewnego dnia staniesz się mężczyzną!
I wziąwszy chłopca w ramiona, wbrew jego oporom ucałował go w oba policzki.
Edouard wyrywał się niczym demon, ponieważ zapewne uważał za upokarzający fakt ucałowania go przez człowieka, do którego dwukrotnie wystrzelił.
W tym czasie jeden z trzech pozostałych towarzyszy przeniósł matkę Edouarda kilka kroków od dyliżansu i ułożył na płaszczu rozciągniętym na poboczu drogi.
Ten, który tak czule i natarczywie ucałował Edouarda, przez chwilę szukał jej wzrokiem, a gdy ją spostrzegł, powiedział:
- Po tym wszystkim pani de Montrevel nie doszła jeszcze do siebie. Panowie, nie możemy pozostawić damy w takim stanie. Konduktorze, zaopiekuj się paniczem Edouardem.
Przekazał mu chłopca i zwrócił się do jednego ze swych towarzyszy:
- Przecież ty jesteś człowiekiem bardzo przezornym. Czy nie masz przy sobie jakiegoś flakoniku z solami trzeźwiącymi lub buteleczki z wodą z melisy?
- Owszem, mam - odparł zapytany.
Z kieszeni wyciągnął flakonik z angielskim octem1.
- Daj! A ty pomóż ojcu Jérôme - polecił młody człowiek, który sprawiał wrażenie szefa bandy. - Ja zajmę się udzieleniem pomocy pani de Montrevel.
Należało się śpieszyć. Omdlenie pani de Montrevel zaczęło przybierać charakter kryzysu nerwowego. Konwulsyjne ruchy wstrząsały całym jej ciałem. Głuche okrzyki wyrywały się z jej piersi.
Młody człowiek pochylił się nad zemdloną i podsunął jej pod nos otwarty flakonik.
Pani de Montrevel otwarła przestraszone oczy i zawoławszy "Edouard! Edouard!", mimowolnym gestem strąciła maskę z twarzy człowieka, który niósł jej pomoc.
Jego oblicze w pełni się ukazało.
Młody, uprzejmy i wesoły człowiek to był Morgan, co nasi czytelnicy zapewne już odkryli.
Pani de Montrevel zastygła w zdumieniu na widok pięknych, niebieskich oczu, wysokiego czoła, warg pełnych wdzięku i białych zębów, które ukazywały się w uśmiechu.
Zrozumiała, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z rąk kogoś takiego i że nic złego nie mogło przydarzyć się też Edouardowi.
Potraktowawszy Morgana nie jako bandytę, który był przyczyną jej zasłabnięcia, lecz jako światowca niosącego pomoc zemdlonej kobiecie, powiedziała:
- Och! Jakże pan jest dobry!
W słowach tych i w tonie zawarty był cały ogrom podziękowań, jakie składała nie tylko w swoim imieniu, ale i swojego dziecka.
Z dziwną kokieterią, w której wyrażała się w pełni jego rycerskość, Morgan zamiast co prędzej podnieść maskę i jak najszybciej założyć ją na twarz, by pani de Montrevel nie była w stanie zachować jej w pamięci, odwzajemnił komplement ukłonem i pozostawał z odkrytym licem, które zrobiło tak dobre wrażenie. Dopiero gdy przekazał flakonik d'Assasa w dłonie pani de Montrevel, umocował z powrotem maskę na twarzy.
Pani de Montrevel zrozumiała ową delikatność młodego człowieka.
- Och! Proszę być spokojnym - zapewniła - w jakimkolwiek miejscu i jakiejkolwiek sytuacji bym pana nie spotkała, pozostanie pan dla mnie nieznajomym.
- W takim razie teraz moja kolej, by pani podziękować - odwzajemnił się Morgan - i stwierdzić, że jest pani dobrą kobietą!
- Państwo podróżni, wsiadamy do dyliżansu! - zawołał przewoźnik w taki sposób, jak gdyby nic nadzwyczajnego się nie przydarzyło.
- Czy doszła pani już w pełni do siebie - spytał Morgan - czy też potrzebuje pani jeszcze kilku chwil? Dyliżans poczeka.
- Nie, to zbędne. Jestem panu niezmiernie wdzięczna i czuję się już doskonale.
Morgan podał ramię pani de Montrevel, a ta wsparła się na nim, by powrócić do dyliżansu i wspiąć się na swoje miejsce.
Przewoźnik umieścił tam już małego Edouarda.
Gdy pani de Montrevel usiadła, Morgan, który zawarł już pokój z matką, chciał pojednać się również z synem.
- Nie chowam urazy, mój młody bohaterze - powiedział i wyciągnął dłoń do chłopca.
Ale dzieciak się cofnął.
- Nie podaję ręki drogowemu rozbójnikowi - odparł.
Pani de Montrevel uczyniła gest przerażenia.
- Ma pani urocze dziecko - skwitował sytuację Morgan - ale ma ono swoje uprzedzenia.
A wykwintnie się ukłoniwszy, dodał:
- Życzę pani szczęśliwej podróży!
Po czym zamknął drzwiczki.
- W drogę! - krzyknął przewoźnik.
Pojazd się zakołysał.
- Och! Przepraszam - krzyknęła pani de Montrevel - pański flakonik! Pański flakonik!
- Niech pani go zatrzyma - odpowiedział Morgan - choć mam nadzieję, że czuje się pani dostatecznie dobrze, by już go nie potrzebować.
Ale dzieciak wyrwał flakonik z rąk matki.
- Mama nie przyjmuje prezentów od złodzieja - zawołał i wyrzucił buteleczkę przez okno.
- Do diabła! - mruknął Morgan, a jego towarzysze po raz pierwszy usłyszeli u niego westchnienie. - Sądzę, że dobrze uczyniłem, nie prosząc o rękę mojej biednej Amélie.
A zwróciwszy się do kolegów, zapytał:
- No i co, panowie, wszystko załatwione?
- Tak! - padła jednogłośna odpowiedź.
- Zatem na koń i w drogę! Nie zapominajmy, że o dziewiątej wieczorem mamy być w operze.
Wskoczył na siodło, przeskoczył przez rów i jako pierwszy dotarł na brzeg rzeki. Tam bez wahania ruszył brodem zaznaczonym na mapie Cassiniego przez fałszywego kuriera.
Po przeprawie przez rzekę zebrali się na jej drugim brzegu.
- Powiedz no - d'Assas zwrócił się do Morgana - czy twoja maska przypadkiem nie spadła?
- Istotnie, spadła. Ale tylko pani de Montrevel widziała moją twarz.
- Hmmm! - d'Assasa nie uspokoiła ta odpowiedź. - Lepiej byłoby, gdyby nikt jej nie widział.
Wszyscy czterej puścili konie galopem przez pola i wkrótce zniknęli od strony Chaource.
1 Ocet angielski - aromatyczny płyn na bazie stężonego octu z dodatkiem kamfory, olejków lawendy, rozmarynu, ambry i innych składników.