Towarzysz - Krzysztof Lip

Kup ebooka

10.25 zł
8.70 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

W więziennej izolatce, w ciemnym kącie siedzi na ziemi mężczyzna. Opierający się o zimne betonowe ściany trzyma mocno kolana przy brzuchu i nerwowo kołysząc się w przód i w tył bez ustanku powtarza te same słowa:

- Głupcy! Zginiecie wszyscy!

Młody strażnik więzienny przechodzący obok jego drzwi zerknął do środka i nie mogąc już go dalej słuchać, uderzył pałką w metalowe drzwi krzycząc:

- Zamknij się wreszcie!

- Ty zginiesz jako pierwszy, zobaczysz.

Strażnik od razu zamilkł i wycofał się od jego celi. Wtedy otwarły się drzwi prowadzące na główny korytarz i wyłonił się z nich drugi strażnik, a zaraz za nim weszło pięciu bardzo dobrze uzbrojonych policjantów z oddziału specjalnego.

- Już czas - powiedział.

- Wreszcie - odpowiedział im z wyraźną ulgą młody strażnik i zaczął otwierać drzwi do celi więźnia.

Policjanci wycelowali broń w drzwi izolatki i uważnie towarzyszyli otwierającemu drogę do więźnia.

- Ręce przed siebie! - krzyknął do więźnia starszy ze strażników. - Daj nam tylko powód, a nie zawahamy się ani chwili.

Ostrożnie weszli do środka. Na ręce i nogi założyli mu kajdany i dopiero teraz z ulgą w głosie rozkazali iść ze sobą.

- Gdzie idziemy? - zapytał ich więzień. - Lepiej zostawcie mnie tutaj.

- Jeśli miałoby to ode mnie zależeć - odpowiedział mu młodszy strażnik. - To zgniłbyś tutaj do końca swoich dni. Bez jedzenia, bez picia - tylko na to zasłużyłeś.

Prowadzili go korytarzami, na których stało mnóstwo policjantów. Każdy chciał go zobaczyć i wyrazić swoją nienawiść. Jedni pluli na niego, inni wygrażali się, że zajmą się nim, gdy tylko nadarzy się okazja. Nikt nie miał litości dla tego trzydziestoletniego, niczym z pozoru nie wyróżniającego się, mężczyzny.

Gdy doszli do sali przesłuchań, posadzili go na krześle i upewniając się, że jego kajdany są dobrze zapięte bez słowa wyszli pozostawiając go samego w sali. Wiedział, że jest obserwowany, czuł na sobie wzrok zebranych za lustrem weneckim, ale nie patrzył w ich stronę. Głowę miał spuszczoną i starał się być myślami w całkiem innym miejscu. Próbował przenieść swój umysł na otwartą przestrzeń. Zieloną, szeroką i co najważniejsze - całkowicie wyludnioną.

- Palisz?

Nie udało mu się. Znów pojawił się w sali przesłuchań i co gorsza nie był sam. Stał przed nim śledczy Bogusław Kamiński. W ręce trzymał otwartą paczkę papierosów i z niecierpliwością czekał na jego odpowiedź. Przesłuchiwany tylko pokiwał przecząco głową i znów spuścił głowę zamykając oczy i próbując uciec myślami jak najdalej stąd.

Śledczy usiadł naprzeciwko i przez chwilę wpatrywał się w niego jak w lustro próbując wypatrzyć jakąś jego reakcję.

- Na twoim miejscu też bym się nie odzywał.

Zapalił sobie papierosa i znów zaczął się w niego wpatrywać.

- Jeśli chcesz jeszcze ujrzeć światło dzienne, to musisz z nami współpracować. Podać nam nazwiska twoich wspólników i przede wszystkim człowieka, który cię do tego wszystkiego poprowadził.

- Boję się - odpowiedział cicho mężczyzna.

- I bardzo dobrze! - aż krzyknął z radości Kamiński. - Na twoim miejscu też bym się bał.

- Nie rozumiesz.

To powiedziawszy podniósł głowę i spojrzał na niego.

- Boję się o was, głupcy. O ciebie, o twoją rodzinę i wszystkich stojących za ścianą.

- Lepiej zacznij bać się o siebie - odpowiedział mu szybko śledczy zaskoczony jego słowami. - Przed tobą bardzo długa odsiadka.

- Niczego nie rozumiecie.

- Wiemy o tobie bardzo dużo... Piotrze Tarski.

Mężczyzna zdziwiony, aż podniósł na niego wzrok.

- Wiemy również co stało się z twoją rodziną. Przykro mi...

- Zamknij się! - krzyknął podenerwowany próbując wstać z miejsca. - Nic nie mów o mojej rodzinie.

- Wierz mi, że ta sprawa jest cały czas w toku. Znajdziemy tego człowieka i on zapłaci za swoje czyny.

Parsknął śmiechem i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Powiedz mi panie BOGUSŁAWIE KAMIŃSKI - zapytał ostrym tonem kładąc nacisk na jego imię i nazwisko. - Ilu ludzi nad tą sprawą pracuje?

Śledczy przeraził się słysząc swoje nazwisko w jego ustach. Od lat nikt nie siał takiego spustoszenia w Polsce, jak on. Od początku służby nie widział tylu trupów, co w ostatnim czasie. Został przydzielony do tej sprawy od niedawna i szczerze powiedziawszy z chęcią by ją przekazał komuś innemu. Bał się o swoją rodzinę i nie chciał ryzykować ścigając najbardziej niebezpiecznego przestępcę w całej historii naszego kraju. Ale próbował nie dać po sobie tego poznać. Zatrzymał nerwowo dygocącą nogę i odpowiedział szybko:

- Z pewnością jest powołana grupa wyszkolonych specjalnie do takich zadań ludzi.

- Ilu?!

- Myślę, że dziesięciu na pewno.

- Dziesięciu? - powtórzył już spokojnym głosem. - Grupa nieudaczników. Daj mi kartkę i długopis.

Śledczy przez chwilę się zawahał, ale spełnił jego prośbę. Piotr napisał drukowanymi literami nazwę ulicy wraz z numerem domu i oddał mu ją mówiąc:

- Daj to tej waszej GRUPIE SPECJALNEJ. Niech lepiej zaczną pomagać staruszkom przechodzić przez ulicę, a nie udają, że coś potrafią.

Kamiński wyszedł z kartką z pokoju i podszedł do obserwujących ich zza szyby dwóch mężczyzn i kobietę.

- Myślicie, że to kolejna pułapka?

- Musimy to sprawdzić - odpowiedział mu Waldemar - komendant policji. - Wyślij tam jeden patrol. Tylko niech będą ostrożni. Co pani myśli do tej pory?

- Sprawia wrażenie pewnego siebie, ale on się czegoś boi - odpowiedziała mu pani psycholog - Marzena Nowicka.

- Nie pozwolimy, by go pani zamknęła u siebie - dodał starszy sierżant - Marek Kicz. - To on na pewno zabił naszych. Dajcie nam go, a...

- Najpierw musimy dowiedzieć się kto mu pomaga - przerwała mu. - Później zrobicie z nim co zechcecie.

- Już się nie mogę doczekać.

- Sierżancie, zapomina się pan - uciszył go komendant i wskazał na pokój przesłuchań, do którego wrócił już Kamiński.

Usiadł naprzeciwko więźnia i już chciał zadać mu kolejne pytanie, gdy jego rozmówca go uprzedził:

- Może jednak poproszę kawę. Tylko... - spojrzał w lustro i dodał uśmiechając się pod nosem. - ... niech mi ją przyniesie sierżant Kicz. Będzie lepiej smakowała.

Kamiński znał dobrze sierżanta. Wiedział jak bardzo nienawidził on zabójców policjantów. Z trudem można było go powstrzymać od wtargnięcia do celi Piotra. Był on porywczym i bardzo niebezpiecznym człowiekiem, ale jako śledczy był nieoceniony.

- Chyba kpi!

- Niech pan zrobi to, o co prosi - odpowiedział mu stanowczo komendant.

Wyszedł z pokoju wściekły, a Kamiński spokojnie próbował wyciągnąć z podejrzanego bezcenne informacje.

- Zabiłeś ponad dwadzieścia ludzi, w tym wielu funkcjonariuszy policyjnych. Zdecydowana większość z nich miała rodziny. Wiem, że nie dokonałeś tego sam i musisz mieć wspólnika. Wytłumacz mi na początek, dlaczego oni musieli umrzeć?

- To nie ja ich zabiłem.

- Wiesz, że już nigdy nie wyjdziesz na wolność? Przyznając się do winy...

- Jak zechcę to wyjdę stąd jeszcze tej nocy - odpowiedział przerywając mu bezczelnie.

- Skąd ta pewność?

Piotr jednak nie zdążył odpowiedzieć. Wszedł do pokoju sierżant Kicz z kawą w ręce.

- Tutaj postaw - powiedział wskazując na miejsce dokładnie na rogu stołu. - Mam nadzieję, że jest dobrze wymieszana. Nie lubię znajdować cukru na spodzie szklanki.

Sierżant lekko się uśmiechnął słysząc jego kpiący głos i gdy już zbliżył się do stołu udał, że potknął się o swoje nogi i wylał całą kawę na podejrzanego.

- Oj, jak mi przykro - powiedział, patrząc jak ten próbuje wstać i macha zakutymi w kajdany rękami. - Chyba trochę gorące, co nie?

- Specjalnie to zrobiłeś! Piecze!

- Przynieś suche ręczniki - rzekł śledczy do sierżanta, ale ten stał tylko i zadowolony z siebie wpatrywał się w poparzonego więźnia.

- Sierżancie! Ręczniki!

- Już idę - odpowiedział bez pośpiechu.

W końcu wszedł do pomieszczenia komisarz i postawił na stole rolkę z papierowymi ręcznikami. Sierżanta zaś pociągnął ze sobą i razem wyszli z sali.

- Przepraszam za niego - odezwał się śledczy wycierając jego poparzoną szyję.

Poparzony Piotr Tarski patrząc w lustro uśmiechnął się do stojących za nim ludzi i rzekł:

- Możesz zawołać tutaj trzecią osobę, która znajduje się za lustrem. Jestem ciekaw kim ona jest. I nie mówię tu o żadnym policjancie. Opowiem wam, wszystko od samego początku.

Śledczy zerknął w lustro, nie bardzo wiedząc, jak zareagować na prośbę więźnia. Podszedł do drzwi, chcąc zapytać komisarza o odpowiedź jaką ma przekazać, ale ona pojawiła się sama. Gdy tylko otwarł drzwi stała już przed nimi niska blondynka, ze starannie zaczesanymi włosami na prawą stronę. W ręce trzymała swój bezcenny notatnik, bez którego nigdzie się nie ruszała.

- Proszę usiąść z nami - zachęcił ją do wejścia przesłuchiwany.

Pani psycholog, nie dając po sobie poznać, jak bardzo się boi mężczyzny siedzącego naprzeciwko, spoczęła tuż przy Kamińskim, spojrzała na lustro i zapytała:

- Skąd pan wiedział, że tam jestem?

- Strzelałem - odpowiedział jej uśmiechając się pod nosem.

- Teraz twoja kolej - wtrącił lekko zniecierpliwiony śledczy.

Piotr Tarski spojrzał na lustro, a następnie na przesłuchujących go ludzi i odpowiedział:

- Pozwólcie, że zacznę od samego początku.

 

* * *

 

W małym miasteczku w starym, drewnianym kościele właśnie zakończyło się niedzielne nabożeństwo i ludzie zaczynają się rozchodzić do swoich domów. Jednak Piotr Tarski wraz ze swą żoną stoją przed głównym wejściem i czekają na proboszcza, który żegnając swoich wiernych już do nich zmierzał.

- Gratuluję, moi mili - rozpoczął, podając im rękę. - Rok po ślubie, to dopiero początek waszej wspólnej drogi, ale jakże ważny w dzisiejszych czasach. Wiele małżeństw nawet do tej rocznicy nie potrafi żyć w zgodzie i wzajemnej miłości jak wy, moje gołąbki.

- Dziękujemy - odpowiedziała mu żona Piotra - Karolina. Objęła jeszcze mocniej swojego męża i dodała: - Z takim człowiekiem jak Piotr z chęcią przeżyję jeszcze sto takich rocznic.

- Mam nadzieję, że wspólnie będziemy obchodzić każdą waszą rocznicę - dodał proboszcz Tadeusz.

- Oczywiście - odpowiedział mu zdecydowanym głosem Piotr.

- A kiedy, że tak zapytam, rozwiązanie?

Karolina instynktownie chwyciła się za brzuch, który każdego dnia wydawał się jej coraz większy i odpowiedziała:

- Za trzy miesiące.

- Macie już wybrane imię?

- Wspólnie wybraliśmy dla dziewczynki - Ania, a jeśli urodzi się chłopczyk to Wojtuś.

- Ładnie, modlę się każdego dnia za was. Mam nadzieję, że wszystko już będzie w porządku i urodzi się o czasie.

- Lekarze wiedzą co robić - wtrącił Piotr. - Mówili, że to nie jest wyjątkowy przypadek, gdy dziecko spieszy się na świat. Wierzę, że wiedzą co robią.

- Bóg dba o swoje owieczki i z pewnością nie pozwoli skrzywdzić waszego dziecka.

Karolina słysząc te słowa uśmiechnęła się szeroko. Ciężko przeżywała trudy ciąży, która od samego początku nie rozwijała się tak, jak powinna. Marzyła o dziecku i chciała ich mieć jak najwięcej, ale nigdy nie podejrzewała, że może to być dla niej tak trudne.

- Nie będę was dłużej zatrzymywał, na pewno chcecie wspólnie jeszcze skorzystać z tej pięknej pogody.

- Jedziemy nad jezioro - odparła Karolina. - Tam gdzie Piotr mi się oświadczył.

- Piękna z was para. Wracajcie do domu ostrożnie i miłej niedzieli wam życzę.

- Dziękujemy - odparł Piotr żegnając się z proboszczem.

- Proboszcz Tadeusz zawsze był wyjątkowy, prawda? - zapytała męża wsiadając do samochodu.

- Cieszę się, że cię mam, wiesz?

- Wiem - odpowiedziała mu dumna.

Pocałowała go czule.

- Od pierwszej klasy wiedziałem, że będziemy razem. Mimo, że ciężko było zdobyć twe serce, to udało się.

- Nie jestem łatwa.

- To wiem - odparł stanowczo. - I uparta.

- Ale... przestań. Tak trudno nie miałeś.

- Warto było się kilka lat pomęczyć.

- Pomęczyć?

- Zdobywać - niech ci będzie.

- Od razu lepiej - zaśmiała się delikatnie i pocałowała go w policzek, nie chcąc mu przeszkadzać w prowadzeniu samochodu. - Kocham cię, mój zdobywco.

- I ja ciebie, moja księżniczko.

 

* * *

 

W samo południe, gdy letnie słońce osiągnęło swoje najwyższe położenie, dwoje zakochanych siedziało na małej łączce, tuż nad jeziorem. Karolina ukryta w cieniu wielkiego parasola wygrzewała się obok swojego półnagiego męża. Bowiem Piotr, rozebrany do spodenek, siedział przy niej i trzymając w ręce kanapkę przygotowaną specjalnie na piknik, nie mógł zrozumieć zachowania swojej żony.

- Dlaczego tak jest, że gdy kobieta jest w ciąży, to mężczyźni jedzą więcej?

- Nie wiem, może to z nerwów? A może chcesz mi dorównać wielkością brzucha?

Zaśmiała się delikatnie i od razu dodała:

- Tylko pamiętaj, że ja w jeden dzień stracę ponad połowę tego co przybyło.

- To może ty zjedz tę kanapkę.

- Nie jestem głodna. Myślę, jakie będzie to nasze maleństwo.

- Jak to jakie? Piękne po mamusi, a mądre po ojcu - odpowiedział dumnie, uśmiechając się do swej pięknej żony.

- Najważniejsze, żeby było zdrowe i zdrowo rosło.

- Tak będzie, nie przejmuj się tym.

- A co jeśli...

- Będzie dobrze, wszystko idzie w dobrym kierunku i pozostaje wierzyć, że tak zostanie.

Karolina popatrzyła na swego męża. Uwielbiała jego optymistyczne spojrzenie na świat i często korzystała z niego, gdy tylko nachodziły ją zmartwienia.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też, ale... może zjesz jednak tę kanapkę?

- Daj ją.

Nie mogła mu odmówić. Maleństwo w jej brzuchu domagało się już posiłku i wiedziała, że ta kanapka nie wystarczy. Od razu sięgnęła po następną do koszyka i położyła obok siebie.

- To rozumiem - skomentował to jej mąż zadowolony, że wreszcie to nie on jest tym, który więcej je. - Jedz sobie spokojnie, a ja sprawdzę jaka jest woda w jeziorze.

- Idź, trochę mi to zajmie.

Piotr rozebrał się do kąpielówek i całując ją w usta przybrudzone masłem, ruszył do wody. Uwielbiał się kąpać i od czasów dzieciństwa każdego lata przychodził nad to jezioro wraz z kolegami. Spędzali tutaj wiele godzin, poznając każdy zakamarek wodnego zbiornika. Wiedzieli doskonale, gdzie jest płyciej, a gdzie można bezpiecznie skakać do wody. Tym razem był sam w wodzie, więc korzystając z tego, zaczął płynąć na drugi brzeg, by zerwać kwiat dla swej ukochanej. Rosły tam zawsze lilie wodne, które pięknie prezentowały się w swym licznym gronie. I gdy dopłynął już do najpiękniejszej, nagle usłyszał głośny huk, jakby wystrzał. Przestraszony od razu odwrócił się w stronę żony siedzącej na kocu i zdołał tylko ujrzeć plecy mężczyzny uciekającego w kierunku drogi.

- Karolina! - zawołał przerażony i zaczął płynąć z powrotem.

Machał rękoma ile miał tylko sił, by jak najszybciej dotrzeć do brzegu. Gdy wyszedł z wody i dotarł do rozłożonego na ziemi koca, aż przystanął na chwilę, nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Parasol zaplamiony krwią wciąż tkwił nad jego żoną, która leżała na kocu martwa. Podbiegł do niej i zapłakany wołał ją, próbował ratować tamując krew wypływającą z jej serca, ale nie mógł jej już pomóc. Jego ukochana nie miała szans na przeżycie. Spoczywała martwa na jego rękach, zamordowana w bestialski sposób przez nieznanego sprawcę. A on mógł tylko płacząc, tulić jej ciało i pozbawiony jakichkolwiek złudzeń na uratowanie jej życia zawołać patrząc w niebo:

- Dlaczego!? Dlaczego na to pozwoliłeś?!

 

* * *