Rozdział pierwszy
Chawton, Hampshire
Czerwiec 1932
Położył się na niskim murku, ugiął kolana i mocno przycisnął kręgosłup do kamieni. Przenikliwy świergot ptaków
przeszywał poranne powietrze i odbijał się echem aż w jego czaszce.
Leżąc nieruchomo na niewielkim przykościelnym cmentarzu z twarzą
zwróconą w niebo, czuł otaczającą go śmierć. Sam wyglądał zapewne jak
nagrobna rzeźba, gdy spoczywał na murku, jakby zamknięty w milczącym
kamieniu. Nigdy nie opuścił rodzinnej wioski, by zwiedzić wielkie
katedry w kraju, ale widział w książkach ilustracje przedstawiające
dawnych władców uwiecznionych w ten sposób na wyszukanych nagrobkach, by
prostaczkowie tacy jak on mogli oglądać ich z podziwem kilka stuleci
później.
Trwały sianokosy i zostawił swój wóz w alejce, w miejscu gdzie stykała
się z obrotową bramką i polami na końcu starej Gosport Road. Wielkie
bele siana piętrzyły się już na wozie w oczekiwaniu na transport do
hodujących konie i krowy gospodarstw, które leżały na obrzeżach wioski i ciągnęły się od Alton do East Tisted. Czuł, że tył jego koszuli jest
wilgotny od potu, choć słońce było jeszcze blade i ledwo grzało; o dziewiątej rano miał już za sobą kilka godzin ciężkiej pracy w polu.
Zastępy zięb, rudzików i sikorek ucichły jak na komendę i zamknął oczy.
Jego pies czuwał aż do tej chwili, spoglądając nad omszałym kamiennym
murkiem na owce pasące się na leżących niżej polach, tuż za ukrytym
rowem wyznaczającym granicę majątku. Gdy farmer zasnął, a jego ciężki
oddech stał się głęboki i rytmiczny, pies położył się na chłodnej ziemi
cmentarza.
- Przepraszam.
Obudził go głos, który rozległ się nad nim. Kobieta. Amerykanka.
Usiadł, spuścił nogi z murku i stanął przed nią. Obrzucił szybkim
spojrzeniem jej twarz i całą resztę i równie szybko odwrócił wzrok.
Wyglądała na całkiem młodą, tuż po dwudziestce. Na głowie miała słomkowy
kapelusz z szerokim rondem z wstążką w kolorze indygo, która pasowała do
głębokiego granatu dopasowanej sukni. Początkowo wydawało mu się, że
niemal dorównuje mu wzrostem, ale zauważył, że ma na nogach najwyższe
szpilki, jakie widział w życiu. W jednej ręce trzymała niewielką
broszurkę, w drugiej czarną kopertówkę. Na jej szyi dostrzegł malutki
krzyżyk na krótkim srebrnym łańcuszku.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale jest pan pierwszą osobą, jaką
spotkałam od rana. A zupełnie się zgubiłam.
Mieszkając przez całe życie w liczącym trzysta trzydzieści siedem dusz
Chawton, mężczyzna się nie zdziwił. Zawsze wstawał jako jeden z pierwszych, tuż po mleczarzu, doktorze Grayu, który wyruszał na
najbardziej pilne wizyty, i listonoszu, który odbierał przesyłki z poczty.
- Widzi pan - ciągnęła, próbując przełamać jego wrodzoną rezerwę -
wybrałam się na całodzienną wycieczkę z Londynu. Przyjechałam tu
pociągiem z Winchesteru, by zobaczyć dom pisarki Jane Austen. Ale nie
mogę go znaleźć, z drogi zauważyłam ten kościółek i postanowiłam się
rozejrzeć. Żeby odnaleźć jakiś jej ślad.
Mężczyzna obejrzał się przez prawe ramię na kościół, ten sam, do którego
uczęszczał przez całe życie, zbudowany z lokalnego krzemienia i czerwonego piaskowca, ocieniony przez buki i wiązy. Kilka pokoleń temu
przeszedł remont i w środku nie zostało nic szczególnego, co wiązałoby
się z Jane Austen lub jej najbliższą rodziną.
Odwrócił się i spojrzał teraz przez lewe ramię na niewielki przełaz na
tyłach cmentarza, przez który można było dostrzec wysokie żywopłoty z cisów przyciętych na kształt stożków. Gdy był chłopcem, wyobrażał sobie,
że to ogromne solniczki i pieprzniczki. Żywopłoty biegły wzdłuż
południowego tarasowego ogrodu przylegającego do imponującego
elżbietańskiego budynku z czerwonej cegły z dwuspadowym dachem i trzykondygnacyjnym gankiem w stylu Tudorów.
- Duży dom jest tam - rzucił krótko. - Za kościołem. Nazywamy go Dworem.
Tam mieszka rodzina Knightów. Groby matki i siostry Jane Austen są
tutaj. Widzi je pani? Przy murze kościoła.
Jej twarz rozjaśniła wdzięczność, zarówno za informację, jak i za
podtrzymanie rozmowy.
- Wielkie nieba, nie miałam pojęcia...
Oczy zaszły jej łzami. Była najbardziej olśniewającą osobą, jaką spotkał
w życiu, jak modelka w reklamie szamponu albo mydła w gazecie. Wilgotne
oczy nabrały krystalicznej barwy, jakiej jeszcze nie widział, odcienia
niebieskiego wpadającego niemal w fiolet, a łzy zatrzymywały się na
czarnych jak atrament rzęsach, czarniejszych jeszcze niż jej włosy.
Odwracając wzrok, spróbował obejść ją ostrożnie, a pies Rider chwytał
zębami jego zabłocone buty. Mężczyzna zatrzymał się przy dwóch dużych
kamiennych płytach ustawionych pionowo. Szła za nim, obcasy czarnych
szpilek wbijały się w ziemię cmentarza, potem patrzył, jak bezgłośnie
odczytywała napisy wyryte na bliźniaczych nagrobkach.
Cofnął się i poszukał w kieszeni czapki. Odgarnął pasmo jasnoblond
włosów, które podczas pracy opadało mu na czoło, wsunął je pod brzeg
czapki i nasunął ją nisko na czoło. Chciał się znaleźć daleko od
przybyłej, od dziwnych emocji, jakie poruszyły w niej surowe groby
prostych kobiet, które nie żyły od stu lat.
Odszedł, by poczekać z Riderem przy głównej bramie cmentarza. Po
kilkunastu minutach wyszła wreszcie zza rogu kościoła, tym razem
zatrzymując się, by przeczytać napis na każdym mijanym nagrobku, jakby
liczyła, że odkryje jeszcze więcej spoczywających tu znanych osób. Od
czasu do czasu chwiała się, gdy obcas buta ześlizgiwał się z krawędzi
kamienia, i krzywiła się lekko poirytowana własną niezgrabnością. Jednak
ani na chwilę nie spuszczała wzroku z grobów.
Zatrzymała się przy bramie obok niego i obejrzała, wzdychając z zadowoleniem. Teraz się uśmiechała i była bardziej opanowana - tak
opanowana, że w końcu wyczuł woń pieniędzy zarówno w jej obejściu, jak i manierach.
- Bardzo przepraszam, nie byłam na to przygotowana. Widzi pan,
przyjechałam z daleka, by odnaleźć dom, w którym napisała książki, mały
stolik, skrzypiące drzwi - dodała, nie wywołując jednak żadnej reakcji.
- Nie mogłam się zbyt wiele dowiedzieć podczas pobytu w Londynie, bardzo
dziękuję, że mi pan powiedział.
Przytrzymał dla niej skrzydło bramy i ruszyli razem w stronę głównej
drogi.
- Mogę panią zaprowadzić do jej domu, jeśli pani chce. To mniej więcej
kilometr alejką. Rano, zanim zrobiło się gorąco, skosiłem już siano dla
farmy, więc mam trochę wolnego czasu.
Rzuciła mu szeroki, biały, zwycięski uśmiech, jaki tylko w wyobraźni
mógł łączyć z Amerykanami.
- To szalenie uprzejme z pana strony, dziękuję. Wie pan, zakładałam, że
ludzie stale tu przyjeżdżają, tak jak ja. Nie myliłam się?
Wzruszył ramionami, dostosowując do niej tempo spaceru wysypaną żwirem
ścieżką prowadzącą od głównej drogi do dworu.
- Chyba często. Ale tu nie ma wiele do oglądania. Teraz dom przerobili
na mieszkania dla robotników, zajmują wszystkie pokoje.
Odwrócił się i zobaczył, jak jej twarz tężeje z rozczarowania. Pragnął
ją rozweselić i zanim w ogóle się zorientował, co go naszło, zapytał ją
o książki.
- Nie jestem pewna, czy potrafię odpowiedzieć na to pytanie - odparła,
gdy wskazał wiejską alejkę, na której drugim końcu stał jego wóz z chwilowo zapomnianym ładunkiem. - Kiedy ją czytam, kiedy czytam ją
ponownie, a robię to częściej niż w przypadku innych autorów, po prostu
czuję, jakby siedziała w mojej głowie. To jak muzyka. Kiedy miałam
dwanaście lat, ojciec czytał mi jej książki i gdy do nich wracam, słyszę
też jego głos. Nic go tak nie bawiło, jak te powieści. Tak głośno się
śmiał.
Słuchał jej wywodu, a potem pokręcił głową, jakby szczerze w to wątpił.
- Nie czytał pan jej książek? - zapytała, a gdy wymienili spojrzenia, w jej oczach malowało się niedowierzanie.
- Nie mogę powiedzieć, żeby mnie zbytnio interesowały. Wolę się trzymać
Haggarda i podobnych powieści. Przygodowych. Podejrzewam, że może mnie
pani za to krytykować.
- Nigdy nie krytykuję nikogo z powodu tego, co czyta. - Dojrzała ironię
wypisaną na jego twarzy i dodała z kolejnym szerokim uśmiechem: - Choć
chyba właśnie to zrobiłam.
- Nieważne. Ale nigdy nie potrafiłem pojąć, jak książki o dziewczętach
szukających męża mogą się równać z wielkimi pisarzami. Z Tołstojem i jemu podobnymi.
Spojrzała na niego zaintrygowana na nowo.
- Czytał pan Tołstoja?
- Kiedyś tak. Po wybuchu wojny miałem pójść na studia, ale obu moich
braci powołano do wojska. Zostałem więc, żeby pomagać.
- Teraz wszyscy pracujecie w gospodarstwie?
Odwrócił wzrok.
- Nie, panienko. Obaj nie żyją. Wojna.
Chciał wypowiedzieć właśnie takie słowa, wyraziste, ostre, głębokie i nieodwołalne. Jakby próbował wykluczyć możliwość dalszej rozmowy. Ale
czuł, że w jej przypadku takie podejście sprowokuje jedynie dalsze
pytania, więc szybko mówił dalej.
- Proszę spojrzeć na te dwie drogi, tam gdzie się przecinają. Pani
przyjechała z Winchesteru, z lewej, prawda? Proszę skierować się na
prawo, to teraz główna droga do Londynu, dojdzie pani do samego Chawton.
Tam, na wprost, stoi ten dom.
- To naprawdę niezwykle uprzejme z pana strony. Dziękuję. Ale musi pan
przeczytać te książki. Po prostu musi. Przecież pan tu mieszka. Jak może
ich pan nie znać?
Nie przywykł do tego rodzaju emocjonalnej perswazji, chciał tylko wrócić
do swojego wozu z sianem i odjechać.
- Proszę mi obiecać, panie...?
- Adamie. Mam na imię Adam.
- Mary Anne - odparła, wyciągając rękę na pożegnanie. - Proszę zacząć od
Dumy i uprzedzenia, oczywiście. A potem Emma, to moja ulubiona. Taka
nieznośna, a jednak tak cudownie nieświadoma. Przeczyta pan?
Znów wzruszył ramionami, uchylił czapki i ruszył alejką. Odważył się
odwrócić tylko raz, gdy minął staw przy skrzyżowaniu dróg. Zobaczył, że
ona nadal tam stoi, wysoka i szczupła w ciemnym granacie, wpatrzona w dom z czerwonej cegły, na zamurowane okno i białe drzwi wychodzące
prosto na alejkę.
Kiedy Adam Berwick skończył tego dnia pracę, zostawił pusty już wóz przy
bramie na polu i główną drogą dotarł do malutkiego szeregowego domu, w którym mieszkał przez ostatnie kilka lat.
Niegdyś rodzina była dużo większa: rodzice i trzech synów, z których on
był najmłodszy. Mieli niewielkie gospodarstwo, z dumą przekazywane przez
cztery pokolenia rodziny ojca. To dziedzictwo wymagało, by wszyscy
mężczyźni z rodu Berwicków od najmłodszych lat ciężko pracowali
fizycznie. A on to uwielbiał: powtarzalność, niezakłócony cykl pór roku,
szybkie udawanie się na spoczynek bez czasu na rozmowy.
Jednak Adam był też uważnym i pilnym uczniem, w wieku zaledwie pięciu
lat sam nauczył się czytać z książek, które ojciec zostawiał
porozkładane w domu, a potem pochłaniał wszystko, co wpadło mu w ręce.
Przy każdej okazji odwiedzał z matką większe miasteczko Alton. Jeszcze
bardziej od sklepów ze słodyczami i jedną wielką ciągutką, którą matka
czasem mu kupowała, lubił przeglądać w bibliotece książki dla dzieci i wybierać nową do pożyczenia. Wciąż nie pojmował, jak ludzie tacy jak
jego bracia nie potrafią zrozumieć, że na kartkach każdej książki jest
zamknięty inny świat.
Potrafił znikać w tym świecie, kiedy tylko tego potrzebował, czuł, że
świat zewnętrzny i inni ludzie wywierają na niego presję. A napięcie
wynikające z kontaktów towarzyskich i oczekiwań, które dla wszystkich
innych było z pewnością rutyną, miało na niego znacznie większy, trudny
do wytłumaczenia wpływ. Jednak potrafił też przeżywać wszystko z perspektywy innych i razem z nimi pobierać nauki i - co najważniejsze -
odkrywać klucz do szczęśliwego życia. Czuł, że gdzieś poza jego surową
rolniczą rodziną ludzie egzystują na zupełnie innym poziomie, a ich
emocje i pragnienia niczym telegramy przebiegają wzdłuż niekończących
się linii i wibrując w nieznanych jeszcze uszach, wywołują drobne tarcia
i iskry.
Zdobycie stypendium do college'u było jedynym ekscytującym momentem w jego wczesnym życiu, szybko musiał jednak z niego zrezygnować, gdy
bracia poszli na wojnę. Był jednocześnie zbyt młody, by walczyć i -
zdaniem matki - zbyt teraz dorosły, by oddawać się bezcelowym studiom,
jak je nazywała. Wojna zmieniła wszystko i to nie tylko dla jego
rodziny, choć każdy w wiosce przyznawał, że Berwickowie ucierpieli
bardziej niż inni. Obaj starsi chłopcy zginęli w bitwie na Morzu
Egejskim w 1918 roku, a niecały rok później ojciec zmarł na hiszpankę.
Teraz wszyscy okazywali im troskę, matka i syn mogli liczyć na opiekę
całej społeczności i czasami tylko to ratowało ich przed popadnięciem w najczarniejszą rozpacz.
Choć powstrzymywano ich przed osunięciem się w otchłań, nieustannie
chwiali się jednak na jej krawędzi. Pomimo różnicy temperamentów ani
Adam, ani jego matka nie mieli dość energii, by przeciwstawić się życiu;
myśl, że mogliby walczyć o poprawę swojego losu, nawet nie przychodziła
im do głowy. I tak kilka lat po wojnie pomiędzy długami, żałobą i nieustannym narzekaniem matki, ze sporą stratą odsprzedali gospodarstwo
rodzinie Knightów. Przez kilka pokoleń różni członkowie rodziny
Berwicków pracowali w majątku Knightów jako personel domowy lub służący,
wśród nich matka i babka Adama, a teraz także on dołączył do tego grona,
zbierając siano każdego lata, pracując w polu i siejąc na zmianę
pszenicę, chmiel i jęczmień.
Na koniec również rodzina Knightów, jak wiele innych w wiosce, popadła w finansowe tarapaty. Adam czuł, że wszyscy są ze sobą związani, zależni
od siebie i że sprzedaż gospodarstwa Knightom oraz jego zatrudnienie w majątku stanowią część większego społecznego wysiłku, żeby utrzymać się
na powierzchni i przetrwać.
On stał na krawędzi, a przynajmniej zachowywał się, jakby tak było. Ale
gdzieś głęboko, w miejscu, do którego sięgały jedynie książki, kryły się
głęboka niewiedza i palący, przenikliwy ból. Adam zdawał sobie sprawę,
że część jego mózgu zamknęła się przed bólem w osobliwym wysiłku, by się
chronić, a jego matka postępowała jeszcze gorzej, bo wyglądało na to, że
czeka jedynie na śmierć, przestrzegając go bezustannie, jak źle mu
będzie bez niej. W międzyczasie zachowywała pozory, że się nim opiekuje:
rankiem przygotowywała mu grzankę i herbatę, a pod koniec dnia trzymała
dla niego ciepłą kolację.
Siadywali razem przy kuchennym stole, tak jak teraz, a on opowiadał jej
o swojej pracy, ona o tym, kogo spotkała w wiosce lub w Alton, jeśli
akurat był środek tygodnia i robiła tam zakupy. Rozmawiali o wszystkim z wyjątkiem przeszłości.
Dziś jednak nie opowiedział jej o młodej Amerykance. Nie był pewien, co
chce wyjawić. Z jednej strony matka zawsze naciskała, żeby znalazł sobie
żonę, a nieznajoma ze swoją urodą tak bardzo wykraczała poza jego sferę,
że wydawała się istotą z innego świata. Matka należała też do tych
mieszkańców Chawton, dla których związki z Jane Austen były powodem
bardziej do irytacji niż dumy. Swoje najbardziej gorzkie skargi
zachowywała dla turystów i gapiów, którzy dość często zjeżdżali do
niewielkiej wioski i żądali informacji, pragnęli coś zobaczyć, życzyli
sobie, by życie tutaj przypominało to ze stron powieści. Jakby zwyczajne
życie mieszkańców było nierealne, a to prawdziwe, jedyne, które się
liczyło i kiedykolwiek będzie się liczyć, toczyło się przed ponad stu
laty.
Zaczynał się martwić o pana Darcy'ego.
Adam odnosił wrażenie, że kiedy mężczyzna dostrzega, że kobieta ma ładne
oczy, próbuje podsłuchiwać jej rozmowy i odkrywa, że jej zła opinia na
jego temat zbyt mocno go dotyka, to wstępuje na ścieżkę wiodącą na
niezbadane obszary, nieważne, czy się do tego przyznaje, czy nie. Adam
nie wiedział zbyt wiele o kobietach (choć matka powtarzała mu, że nie
wymaga to wielkiego zachodu), lecz zastanawiał się, czy kiedykolwiek w historii ludzkości i w literaturze mężczyzna poczuł tak oczywiste
pożądanie tak szybko jak pan Darcy i nic z tym nie zrobił poza tym, że
bardzo skutecznie je odepchnął.
Teraz bardziej niż kiedykolwiek doceniał fakt, że ich malutki dom z dwoma pomieszczeniami na dole i dwoma na górze, usadowiony przy alejce
odchodzącej od głównej drogi do Winchesteru, zapewniał mu własną
sypialnię i przestrzeń do czytania. W niewielkim pokoju ze skośnym
sufitem znajdowało się proste pojedyncze łóżko, w którym spał od
dzieciństwa. W przeciwległych kątach stała wąska dębowa szafa i antyczna
komoda. Miał też półkę z książkami, które kiedyś należały do ojca:
powieści przygodowe, skarb każdego chłopca, oraz klasyczne dzieła Conan
Doyle'a, Aleksandra Dumasa i H.G. Wellsa. Jednak teraz przy łóżku leżała
dość gruba wypożyczona z biblioteki książka w twardych okładkach z laminowaną obwolutą ukazującą dwie kobiety w kapeluszach budkach,
szepczące sobie do ucha, a w tle władczego mężczyznę stojącego przy
ogrodowej urnie.
Zaledwie dwa dni wcześniej nieśmiało położył ją na ladzie w wypożyczalni.
Czytanie szło mu szybko.
Książka bawiła go, lecz jednocześnie wprawiała w zakłopotanie. Z jednej
strony zdumiewała go postać ojca. Jego zdaniem nie świadczyło to zbyt
dobrze o panu Bennetcie, który cały wolny czas spędzał zamknięty w swoim
gabinecie lub żartując, bawił się kosztem wszystkich dookoła. O wiele
łatwiej było zrozumieć panią Bennet, lecz coś w ich domostwie nadal mu
nie pasowało w sposób, którego wcześniej w literaturze nie napotkał. A przynajmniej nie w dużej rodzinie. Czytał powieści o sierotach, zdradzie
pośród przyjaciół, ojcach posyłanych do więzienia za długi, lecz
największy zwrot akcji zawsze wiązał się z aktem zemsty, chciwością lub
zaginionym testamentem.
Bennetowie na dobrą sprawę po prostu się nie lubili. Nie spodziewał się
tego po autorce przejawiającej zamiłowanie do szczęśliwych zakończeń. A jednak wydało mu się to niestety bardziej realne niż cokolwiek, co do
tej pory czytał.
Kończąc rozdział, gdzie Darcy oprowadza po swojej posiadłości damę,
która tak zdecydowanie odrzuciła jego oświadczyny, Adam w końcu zaczął
zapadać w sen. Wspomniał Amerykankę, która niedawno odwiedziła jego
wioskę, malutki krzyżyk na łańcuszku, biały ujmujący uśmiech: oznaki
wiary i nadziei, których tak bardzo brakowało w jego życiu. Nie
pojmował, jak można chcieć podróżować tak daleko dla czegoś tak
ulotnego, a jednak kobieta emanowała nieograniczonym, prawdziwym
szczęściem, jakiego zawsze szukał w książkach.
Czytając Jane Austen, identyfikował się z Darcym i fizycznym
przyciąganiem, które jak grom z jasnego nieba spada na kogoś, kto zwykle
myślał inaczej. Pomagało mu to zrozumieć, jak nawet ktoś bez wielkiego
majątku czy koneksji może domagać się dobrego traktowania. Że możemy się
zachowywać jak głupcy i nikt z naszego otoczenia niekonieczne nam o tym
powie.
Z pewnością już nigdy nie zobaczy tej Amerykanki. Ale może, czytając
Jane Austen, choć w małej części poczuje się tak zadowolony jak ona.
Może dzięki Jane Austen znajdzie klucz.
Rozdział drugi
Chawton, Hampshire
Październik 1943
Doktor Gray siedział przy biurku w swoim
niewielkim gabinecie przylegającym do większego saloniku od frontu
służącego jako pokój przyjęć. Wpatrywał się smutnym wzrokiem w leżące
przed nim zdjęcie rentgenowskie. Obie nogi Charlesa Stone'a były tak
poważnie złamane, że doktor nie potrafił sobie wyobrazić, by chory nawet
z czasem mógł odzyskać jakikolwiek stopień sprawności.
Podniósł zdjęcie pod złote październikowe światło wpadające przez boczne
okno i mrużąc oczy, spojrzał na nie ostatni raz, choć wiedział, że nie
dojrzy tam już niczego, co by choć trochę ułatwiło mu przekazanie
diagnozy.
Doktor Gray dorastał w Chawton, a podczas Wielkiej Wojny przeniósł się
do Londynu na studia i staż, by w 1930 roku powrócić do wioski i przejąć
praktykę starego doktora Simpsona. Przez ostatnie trzynaście lat
przywitał na tym świecie tyle samo pacjentów, co pożegnał. Znał historię
każdej rodziny i czekający ją los, tam gdzie szaleństwo przeskoczyło
jedno pokolenie, a astma nie. Wiedział, którym pacjentom może zdradzić
bolesną prawdę, a którzy powinni trwać w niewiedzy. Przynajmniej na
razie Charlie Stone nie może poznać prawdy. Dzięki temu nie wpadnie w rozpacz, dopóki upływ czasu i rosnące ubóstwo nie pokonają jego dumy.
Doktor Gray przyłożył palce do skroni i mocno je przycisnął. Przed nim
na bibularzu stały buteleczki z lekami. Wpatrywał się z roztargnieniem w jedną z nich, a potem zdecydowanie wstał, opierając się na
podłokietnikach drewnianego obrotowego fotela. Było późne popołudnie,
czyli pora, w której jego pielęgniarka i gospodyni przynosiła mu
herbatę. Ale potrzebował się przewietrzyć, musiał oczyścić umysł i znaleźć wytchnienie od wszystkich trosk, które piętrzyły się przed nim
co dnia. W Chawton był nie tylko lekarzem rodzinnym, ale też
powiernikiem, autorytetem i miejscowym duchem; kimś, kto wiedział o przyszłości i przeszłości więcej od innych.
Wyszedł z obrośniętego różami, krytego strzechą domu przez zielone
drzwi, które zawsze stały otworem dla pacjentów. Jak wszystkie pozostałe
domy przeznaczone dla robotników także ten wznosił się tak blisko
głównej drogi, że praktycznie o nią zahaczał. Harriet Peckham,
pielęgniarka, podczas wizyt pacjentów zawsze starała się zaciągać
koronkowe firanki we frontowym oknie wykuszowym, ale ptasie oczka wioski
mrużyły się dodatkowo, by spojrzeć przez ażurowy wzór i wąską szczelinę
między firankami.
Doktor ruszył alejką i zauważył, jak taksówka z Alton zatrzymuje się w miejscu, gdzie Winchester Road rozchodzi się w dwie strony i gdzie
niedawno osuszono stary staw. Od czasu do czasu można było zauważyć trzy
kaczki wędrujące ulicami w poszukiwaniu utraconego raju. Teraz jednak
doktor Gray obserwował trzy kobiety w średnim wieku, które wysiadły z taksówki w powodzi kapeluszy i torebek tuż przed starym domem Jane
Austen.
Choć wojna przekroczyła już Atlantyk, kobiety w pewnym wieku wciąż
przybywały do Chawton, by zobaczyć, gdzie mieszkała Austen. Doktora
Graya zawsze zachwycał ich kobiecy duch, który sprowadzał je tu, by
mogły złożyć hołd wielkiej pisarce. Wojna coś w nich uwolniła; pierwotny
lęk, jaki świat próbował im zaszczepić, rozpadł się w obliczu jeszcze
większego wroga. Doktor zastanawiał się, czy jak przewidywano w filmach,
przyszłość należy do tych kobiet. Rozgadanych, podróżujących, pełnych
wigoru i poczucia misji, sięgających po rzeczy, których pragnęły,
nieważne czy wielkich, czy małych. Zupełnie jak Bette Davis w filmie
Jezebel - dzieje grzesznicy czy Greer Garson w jego ulubionym obrazie
Zagubione dni.
Raz w tygodniu doktor Gray pozwalał sobie oddać się pasji, którą
podzielał ze swoją zmarłą żoną: jeździł autobusem do sąsiedniego Alton,
by obejrzeć najnowszą premierę filmową. Resztę wolnego czasu spędzał,
próbując oderwać myśli od Jennie. Lecz kiedy gasły światła na sali
kinowej, a pary przytulały się do siebie jeszcze bardziej, wyobrażał
sobie ukochaną żonę i ich wspólne wieczorne wypady. Ona zawsze chciała
oglądać wyciskacze łez, opowiadające historię kobiet filmy, w których
główne role grały takie aktorki jak Katherine Hepburn i Barbara
Stanwyck, on czasami trochę marudził, próbował przeforsować western albo
film gangsterski, ale zawsze kończyło się na tym, że był zachwycony jej
wyborem. Czasami po seansie rezygnowali nawet z autobusu na rzecz
półgodzinnego spaceru w świetle księżyca i omawiali obejrzany właśnie
film. Nie mógł się doczekać, by usłyszeć, co ona ma do powiedzenia.
Zawsze kochał ją najbardziej za jej umysł i był na tyle mądry, by zdawać
sobie sprawę, że była o wiele mądrzejsza od niego. Jako jedna z niewielu
kobiet w jego college'u spędzała tyle samo czasu w bibliotece i laboratorium. Jej bystry matematyczny umysł mógł się stać prawdziwym
atutem w wysiłku wojennym, ale była to jedna z wielu rzeczy, których
nigdy się o niej nie dowie. Zmarła przed czterema laty po zwykłym upadku
ze schodów prowadzących do ich sypialni. W najgorszy z możliwych
sposobów uderzyła się w głowę o wystającą część najniższego stopnia,
którą od zawsze zamierzał naprawić. Szybko doszło do poważnego krwotoku
wewnętrznego, a on nie mógł zrobić nic, by ją uratować.
Lekarz, który nie potrafi uratować własnej żony, okrywa się niestety złą
sławą, która towarzyszy żałobie i samooskarżeniu. Nikt nigdy nie
potraktuje go bardziej surowo niż on sam, ale jego zawodowa duma często
zmuszała go do zastanowienia się, czy inni mieszkańcy wioski też go nie
obwiniają.
Kiedy mijał trzy kobiety gawędzące z ożywieniem przy białej furtce
prowadzącej do domu Austen, uchylił kapelusza. Nie należał do
mieszkańców dopatrujących się w nich utrapienia, którego należy się
pozbyć. Każda osoba obierająca ich wioskę ze cel pielgrzymki utrzymywała
przy życiu dziedzictwo i aurę Austen, a on, jako długoletni jej
wielbiciel, doceniał, że mieszkańcy wioski bezwiednie stali się
opiekunami czegoś o wiele większego, niż mogli się domyślać.
Skręcał w starą Gosport Road, która prowadziła do Dworu i majątku
Knightów, kiedy dostrzegł zmierzającego w jego stronę kolegę z rady
szkoły.
Uchylili kapeluszy, po czym mężczyzna szybko przeszedł do sedna.
- Cieszę się, że cię spotkałem, Benjaminie. Znów mamy problem w szkole.
Doktor Gray westchnął.
- Nowa nauczycielka?
Drugi mężczyzna skinął głową.
- Tak, młoda panna Lewis. Zaaplikowała chłopcom solidną dawkę autorek
sięgających aż osiemnastego wieku. Nie mam pojęcia, co nią kieruje. -
Zawiesił głos. - Pomyślałem, że ciebie posłucha.
- A czemuż to?
- Po pierwsze, jesteś jej najbliższy wiekiem.
- Niezbyt.
- Poza tym zdajesz się nieźle pojmować jej... hmm... metody nauczania.
Doktor Gray nieznacznie zmrużył oczy.
- Jestem tu lekarzem od wielu lat i chciałbym móc myśleć, że dobrze
rozumiem wszystkich mieszkańców. Ale to nie oznacza, że mam na nich
jakiś szczególny wpływ.
- Postaraj się z łaski swojej, dobrze?
Doktor Gray nie sądził, że uda mu się przekonać Adeline Lewis do
czegokolwiek. Wiedział, że jego koledzy z rady szkoły - wszyscy dobrze
po pięćdziesiątce i starsi - trochę bali się młodej kobiety, która miała
za sobą pierwszy semestr pracy jako nauczycielka. Adeline była bardzo
przekonana do swojego programu nauczania i opierała się wszelkim próbom
wywierania na nią wpływu. Dorównywała też większości wzrostem, co nie
było takie trudne, gdyż jedynie doktor Gray mierzył blisko metr
osiemdziesiąt. Jednak chyba najbardziej działał im na nerwy fakt, że
Adeline Lewis była ładna w sposób, który do nich wszystkich przemawiał,
i w końcu zapominali, co chcieli powiedzieć. Patrzyła prosto w oczy
każdemu członkowi rady, zawsze gotowa mówić to, co myśli, zawsze gotowa
do walki, i w końcu w sposób nieunikniony ustępowali. Doktor Gray kręcił
głową w proteście, kiedy tylko jeden z nich otwierał comiesięczne
posiedzenie rady kolejną opowieścią o kapitulacji.
- No cóż - odparł z wahaniem, rozglądając się, jakby liczył, że ujrzy
leżącego na ulicy rannego, który będzie wymagał jego pomocy. - Chyba
mogę tam teraz zajrzeć.
- To rozumiem. - Mężczyzna uśmiechnął się. - Na pewno od niczego cię nie
odrywamy?
Doktor Gray pokręcił głową.
- Nie. Wyszedłem na spacer, żeby przewietrzyć głowę.
Drugi mężczyzna ponownie uchylił kapelusza i ruszył dalej, wołając
radośnie przez ramię:
- Wątpię, by można do tego zaliczyć próbę okiełznania panny Lewis...
Doktor zawahał się, obejrzał na kolegę, po czym szedł dalej do starego
wiktoriańskiego budynku szkoły oddzielonego drogą od boiska do krykieta.
Podejrzewał, że teraz, około piętnastej trzydzieści, lekcje będą się
kończyć. Faktycznie, kiedy wszedł do opustoszałej klasy dla starszych
uczniów, ujrzał przy tablicy Adeline Lewis, która z kredą w dłoni na
wpół pisała, na wpół machała do młodej dziewczyny siedzącej przy biurku
nauczyciela, jakby to właśnie było jej miejsce. Doktor zauważył w jej
dłoniach egzemplarz powieści Virginii Woolf.
Duży biały napis na tablicy głosił: "Małżeństwo jako umowa społeczna
zawierana, by uniknąć biedy".
Doktor znów westchnął i Adeline musiała go usłyszeć, bo obróciła się na
pięcie.
- Przysłano pana, by mnie zbeształ - stwierdziła z uśmiechem, ale był to
uśmiech znaczący, niepokonany i doktor poczuł, że automatycznie zaciska
szczęki.
- Nie zbeształ, ale zrozumiał. Solidna dawka autorek, naprawdę? Dla
klasy pełnej dorastających chłopców?
Adeline spojrzała na dziewczynę siedzącą przy biurku, która zamknęła
powieść Virginii Woolf i z nieskrywanym zainteresowaniem patrzyła teraz
na dwoje dorosłych.
- Nie tylko chłopców. Doktorze, zna pan pannę Stone.
Skinął głową.
- Jak się miewasz, Evie? A twój ojciec?
Zdjęcie rentgenowskie, które go tak zmartwiło, należało do ojca Evie.
Charlie Stone został poważnie ranny w wypadku traktora przed kilkoma
miesiącami i doktor wiedział, że dla rodziny jest to prawdziwa
katastrofa, zarówno finansowa, jak i emocjonalna. Wiedział też, że
ojciec już nigdy nie wróci do pracy fizycznej, choć nie miał serca, by
jasno i wyraźnie zakomunikować to pacjentowi. Najbardziej niepokoił go
fakt, jak duża rodzina z pięciorgiem dzieci poradzi sobie bez dochodu
zapewnianego przez jedynego żywiciela. Słyszał, jak dorośli w gospodarstwie napomykali, że Evie będzie musiała rzucić szkołę i pójść
na służbę, i stanowiło to jedną z wielu tajemnic, których musiał
dochowywać.
- Bardzo dużo czyta - odezwała się Evie. - Panna Lewis dała mu listę
książek, które poprawią mu nastrój, i wypożycza z biblioteki jedną po
drugiej.
Doktor spojrzał na pannę Lewis, unosząc brew, jakby właśnie natknął się
na dowód popierający jego sprawę.
- Sam chciałbym kiedyś zobaczyć taką listę.
- Raczej nie - odparła Adeline z lekkim chłodem w głosie. - Już i tak
dość się mnie tu krytykuje za moje wybory.
Evie wciąż przyglądała się dwojgu dorosłym, wyczuła bowiem między nimi
dziwną zmianę nastroju, jakby zapomnieli, że ona tutaj siedzi. Doktor
Gray był zwykle bardzo szarmancki w stosunku do kobiet; szpakowate
włosy, przenikliwe brązowe oczy i szerokie ramiona w połączeniu z miłym
usposobieniem i powołaniem sprawiały, że stanowił obiekt
zainteresowania, a Evie podejrzewała, że również pożądania kobiet z wioski. Jednak w towarzystwie Adeline wydawał się zawsze, tak jak teraz,
jednocześnie wytrącony z równowagi i przyjmujący postawę obronną.
Adeline zaś nie okazywała mu ani krzty typowego dla pań szacunku, co
zdaniem Evie jeszcze bardziej irytowało doktora.
- Zapytajmy Evie, dobrze? - zaproponowała Adeline, a dziewczyna wyrwana
z zamyślenia dostrzegła, że oboje odwracają się w jej stronę.
Nie była jednak zainteresowana, by znaleźć się w środku konfliktu, tym
bardziej że całym sercem popierała metody nauczania panny Lewis.
Chwyciła więc torbę na książki z pobliskiego stolika i z szybkim
skinieniem głowy i słowami pożegnania przebiegła przez starą dębową
podłogę.
- Ach, znów mieć czternaście lat i zero opanowania - zauważył ze
śmiechem doktor Gray, gdy Evie zniknęła im z oczu.
- Evie Stone jest wystarczająco opanowana. Nie ma tylko ochoty wikłać
się z konflikty z takimi osobami jak pan.
Adeline oparła się o przód biurka z rękami splecionymi na piersi; w palcach wciąż trzymała kredę. Miała na sobie prostą sięgająca kolan
brązową spódnicę, kremową bluzkę z kilkoma rozpiętymi guzikami pod
szyją, która podkreślała jej złocistą karnację, i brązowe sznurowane
półbuty na niskim obcasie, takie same, jakie ostatnio zauważał u wszystkich młodych pracujących kobiet.
- Przeprowadzamy krytyczną i tematyczną analizę tekstu, doktorze. Jeśli
bohaterowie wyruszają na poszukiwanie skarbów albo walczą z piratami, to
jest bardziej istotne? Zrozumienie obyczajów społecznych przez pryzmat
literatury jest równie ważne dla młodych chłopców, jak panien. A może w ogóle uważa pan to za mało ważne?
Doktor Gray zdjął kapelusz. Adeline, przekrzywiwszy głowę, patrzyła w milczeniu, jak mierzwi włosy, a potem siada w malutkiej ławce przed nią.
- Co takiego? - spytał, gdy dostrzegł jej wzrok.
- Siedząc tutaj, wygląda pan na niskiego. A zawsze wydaje się taki
wysoki.
- Chyba nie jestem dużo wyższy od pani.
- Nie... Ale odnosi się wrażenie, że pan jest.
- Nie może pani przynajmniej dorzucić trochę Trollope'a, może Doktora
Thorne'a lub coś w tym stylu?
- Pan i ten pański Trollope. - Cały czas przyglądając mu się z zaciekawieniem, skrzyżowała nogi w kostkach, jakby miała nieskończoną
ilość czasu, by z nim się spierać. - Wiemy, że kocha pan Austen tak
mocno jak ja. Opowiadam im o wojnach napoleońskich, abolicjonizmie i tak
dalej.
- Z pewnością. - Uśmiechnął się. - Na pewno ma to pani wszystko w programie. Niezwykle skrupulatnie planuje pani lekcje. Ale pozostali
członkowie rady...
- A pan...
- Nie, zgadzam się tylko do pewnego stopnia, ale głównie dlatego, że nie
chcę, by straciła pani pracę. Kiedy zatrudniliśmy panią na to
stanowisko, byłem zadowolony, że może pani pozostać w wiosce i pomagać
matce. Cieszyłem się, że ktoś z nas, jeśli mogę tak to ująć, odegra rolę
w kształtowaniu naszych najmłodszych umysłów.
- Doktorze, czemu tak oficjalnie? Proszę mi po prostu powiedzieć, co mam
zrobić. Wie pan, że zawsze to zrobię. W końcu - dodała z figlarnym
uśmiechem.
Przyglądał się jej, gdy to mówiła, próbując zrobić coś ze spływającą na
niego świadomością, że w pewnym sensie stroi sobie z niego żarty. Albo
przynajmniej rzuca mu wyzwanie. Irytowało go, że często się tak czuł w jej obecności.
- Hej, Addy! - zawołał młody męski głos z korytarza.
Doktor Gray odwrócił się i ujrzał Samuela Grovera, kolejnego młodego
mieszkańca wioski, który z uśmiechem szedł w ich stronę w pełnym
umundurowaniu.
- Dzień dobry, doktorze, jak się pan miewa? - Młody człowiek stanął przy
Adeline, objął ją w talii i mocno pocałował w policzek.
Jako miejscowy lekarz doktor Benjamin Gray leczył ich oboje od lat,
obserwował, jak dorastają, oboje z brązowymi włosami i oczami, skorzy do
śmiechu, bardzo do siebie podobni. Rodzice mogli być z nich dumni:
Samuel poszedł w ślady ojca i miał zostać prawnikiem, Adeline zrobiła
dyplom nauczycielki. Ale doktor nie miał pojęcia, że oficjalnie są parą.
Wstał dość gwałtownie i chwycił kapelusz.
- Powinienem się zbierać. Panno Lewis, Samuelu... to znaczy panie oficerze
Grover.
Skierował się w stronę głównych drzwi szkoły i Adeline pobiegła za nim.
- Przepraszam, proszę zaczekać, jeszcze nie skończyliśmy - zawołała,
chwytając go za rękaw, by go zatrzymać.
Spojrzał na jej dłoń zaciśniętą na płaszczu i pierwszy raz zauważył
pierścionek zaręczynowy z małym granatem.
- Nie wiedziałem - powiedział szybko. - Powinienem był wam pogratulować.
Proszę przekazać Samuelowi najlepsze życzenia.
- Doktorze, wszystko w porządku? Przemyślę to, co pan powiedział. Chyba
ostatnio trochę przesadziłam. Jak mawiają, władza uderzyła mi do głowy.
- Rzuciła mu szeroki uśmiech i również pierwszy raz zauważył, jak bardzo
jest szczęśliwa.
- Ustaliliście datę? - Wciąż trzymał kapelusz w dłoniach.
- Nie spieszy nam się.
- Oboje jesteście bardzo młodzi.
- Nie tak bardzo. Przecież Samuela wysłano, żeby walczył za króla i ojczyznę. Ale rzeczywiście dość młodzi, o czym stale mi pan przypomina.
Nic się jednak nie dzieje, będziemy mieli na co czekać - dodała z uśmiechem.
- Cieszę się za was oboje. No, lepiej już pójdę. - Włożył kapelusz i ruszył drogą prowadzącą do wioski.
Zgodnie z przewidywaniami rozmowa z Adeline Lewis nie pomogła mu
przewietrzyć głowy.
Rozdział trzeci
Londyn, Anglia
Wrzesień 1945
Główna sala na parterze domu aukcyjnego
Sotheby's była wypełniona po brzegi; na tę okazję obok krzeseł z oparciami z bambusa ustawiono dodatkowe przyniesione z sąsiednich
pomieszczeń. Mimo to wiele osób musiało stać, opierając się o wyłożone
lustrami ściany, wielokrotnie odbijające wszystkich zebranych. To tylko
spotęgowało nastrój podniecenia buzujący w sali, gdy na podium wszedł
dyrektor.
- Oferujemy dziś przedmioty zgromadzone w Godmersham Park, rodzinnym
majątku Knightów, położonym w sercu hrabstwa Kent. Przez lata w gronie
słynnej rodziny i gości znalazło się kilka pokoleń dynastii Saxe-Coburg,
jak również sławna pisarka Jane Austen, której starszy brat odziedziczył
majątek w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym czwartym roku.
Przez tłumek cisnący się przy wejściu przebiegł cichy szmer, gdy przez
lustrzane drzwi przeszła trzydziestoparoletnia kobieta o olśniewającej
urodzie i dyskretnie rozejrzała się dookoła. Usiadła z przodu sali, gdy
kilku dżentelmenów, rozpoznawszy ją, zerwało się z krzeseł.
Yardley Sinclair, zastępca dyrektora do spraw sprzedaży nieruchomości,
obserwował wszystko z miejsca z boku podium. W duchu gratulował sobie,
że zaaranżował późniejsze przybycie kobiety, by dostrzegła ją cała sala
i podniecenie jeszcze wzrosło. Przez ostatnie parę lat kobieta
kilkakrotnie odwiedzała dom aukcyjny, by oglądać pamiątki po Jane
Austen, a niedawno nabyła za rekordową sumę rzadkie pierwsze wydanie
Emmy. Yardley zadbał o to, by jako jedna z pierwszych dowiedziała się
o sprzedaży majątku Godmersham. Wiedział, że wytwórnie w Hollywood dbają
o to, by jej terminarz był zapełniony na kilka miesięcy naprzód, i chciał, żeby zdążyła na czas.
Patrzył, jak się nachyliła i podchwyciła spojrzenie mężczyzny siedzącego
po drugiej stronie przejścia. Przesłali sobie jakiś niemy sygnał i serce
zaczęło Yardleyowi bić szybciej, gdy dostrzegł powagę malującą się na
ich twarzach. Zwłaszcza mężczyzna wyglądał na zdeterminowanego, by coś
dziś zdobyć.
Sam Yardley miał mieszane uczucia co do tej licytacji. Godmersham był
jednym z tych historycznych majątków, które przetrwały pierwszą wojnę
światową, by podupaść po trudach drugiej. Dom aukcyjny Sotheby's od
kilku dekad miał oko na związane z Jane Austen przedmioty, tym bardziej
że sława autorki rosła z roku na rok, szczególnie za granicą. Bogaci
Amerykanie agresywnie podbijali ceny różnych wydań i listów, a Yardley
przewidywał, że niebawem szeregowy kolekcjoner nie będzie sobie mógł
pozwolić na pewne rzeczy. Cały jego zespół miał nadzieję, że dzisiejszy
dzień stanie się początkiem tej nowej ery. Na razie próbki odręcznego
pisma Jane Austen sprzedawano jeszcze za rozsądną cenę, a Yardley
szczególnie cenił sobie własne pierwsze wydanie dzieł zebranych z 1833
roku, które kupił w antykwariacie w Charing Cross, kiedy był jeszcze w college'u.
- Pozycja numer dziesięć - zaczął dyrektor Sotheby's. - Przepiękna
zawieszka w kształcie krzyża. Topaz. Nabyta przez Charlesa Austena,
brata Jane Austen, za nagrodę otrzymaną za zdobycie wrogiego okrętu, gdy
był jeszcze członkiem Królewskiej Marynarki. I drugi, podobny, lecz nie
identyczny krzyżyk, również z topazu. Oba na mocnych złotych
łańcuszkach, opisywane w kilku listach rodziny Knightów i Austenów jako
należące do Jane i jej siostry Cassandry. Uwierzytelnione kopie tych
listów zamieszczono w katalogu.
Yardley wiedział, że siedząca teraz w trzecim rzędzie gwiazda filmowa
była przede wszystkim zainteresowana trzema pozycjami z katalogu:
prostym pierścionkiem z turkusem, który należał do Austen, dwoma
krzyżykami z topazu i małym biureczkiem z mahoniu przekazywanym w rodzinie Austenów z pokolenia na pokolenie. Choć dom Sotheby's nie był w stanie potwierdzić, czy Jane Austen pisywała przy tym biureczku w domu
bądź w podróży, był to jeden z dwóch takich mebelków należących do jej
najbliższej rodziny. Drugi znajdował się w prywatnych rękach.
- Pozycja numer dziesięć - powtórzył dyrektor. - Cena wywoławcza sto
funtów, szacowana wartość tysiąc funtów. Sto funtów, czy mamy sto
funtów?
Aktorka lekko skinęła głową.
- Mamy sto funtów. Czy mamy sto pięćdziesiąt? Sto pięćdziesiąt funtów?
Kolejne skinienie, tym razem kilka rzędów dalej. Aktorka obejrzała się
przez lewe ramię, potem spojrzała szybko na mężczyznę po drugiej stronie
przejścia.
Licytacja ciągnęła się tak przez kilka minut. Kiedy stawka przeskoczyła
z tysiąca funtów na tysiąc pięćset, dyrektor domu aukcyjnego spojrzał na
jednego z kolegów stojących przy lustrzanej ścianie po prawej stronie
podium. Kiwnęli głowami.
- Dwa tysiące funtów - rzucił ostro dyrektor. - Czy mam dwa tysiące?
Yardley zaczął obserwować niemą rozmowę dżentelmena z aktorką. Mężczyzna
był przystojny jak gwiazdor filmowy, mierzył dobrze ponad metr
osiemdziesiąt, jego głowa bez kapelusza wznosiła się ponad głowy ludzi
siedzących wokół niego. Miał na sobie ciemnoszary dopasowany garnitur i półbuty w kolorze ciemnej czekolady. Nie rzucał okiem na nic - ani na
swój zegarek Cartiera, ani na katalog, ani na twarze pozostałych
uczestników licytacji, z wyjątkiem kobiety. Nie okazywał ani grama obawy
bądź niepokoju. Gdy stawki rosły, a cena znacznie przekraczała
szacunkową wartość, większość zebranych nachyliła się, szepcząc z podnieceniem do sąsiadów. Mężczyzna zachowywał spokój i tylko niedbale
raz po raz podnosił palec, jakby ta procedura ogromnie go nudziła.
- Pięć tysięcy funtów! - wykrzyknął dyrektor, a zebrani skwitowali jego
słowa jeszcze głośniejszym pomrukiem aprobaty. Wszystkie twarze zwróciły
się w stronę słynnej hollywoodzkiej aktorki i mężczyzny siedzącego po
drugiej stronie przejścia.
- Pięć tysięcy funtów po raz pierwszy... Pięć tysięcy funtów po raz drugi...
Sprzedane! Dwa krzyżyki z topazu należące do Jane Austen i jej siostry
sprzedane za pięć tysięcy funtów dżentelmenowi w trzecim rzędzie.
Aktorka zerwała się z krzesła i podeszła do mężczyzny, który uśmiechnął
się, gdy go obejmowała. Podniósł wzrok na tę niezwykłą twarz i Yardley
zrozumiał, że wszystko, co ten mężczyzna robił, wszystko, na co dziś
postawił, służyło tej twarzy. Wszyscy inni oglądali ją ogromną na
ekranie, lecz teraz należała do niego, podobnie jak dwa krzyżyki z topazu.
Pierścionek sprzedano jako pozycję numer czternaście, tym razem za
rekordową sumę siedmiu tysięcy funtów, ponownie aktorce i jej
partnerowi. Biureczko wylicytowano za niemal dwukrotność tej sumy, a ostateczną jej wysokość tylko lekko obniżył brak oficjalnego
potwierdzenia, że należało do rodziny. Amerykański kolekcjoner
nieznanego pochodzenia przelicytował British Museum. Yardley skrzywił
się; jego zdaniem wszystkie przedmioty powinny pozostać w Anglii lub
przynajmniej powinno się dołożyć starań, by znalazły się w jednym
miejscu.
Pod koniec aukcji, która przyniosła rekordowe sumy, Yardley i dyrektor
Sotheby's zaprosili aktorkę i jej towarzysza, by przy szampanie
świętować zakup razem z zespołem. Kiedy unosili kryształowe kieliszki za
sukces dnia, Yardley zapytał aktorkę o jej plany dotyczące biżuterii.
- Plany? - powtórzyła. - No, nie wiem... Chyba będę ją nosić.
Myśl, że coś tak cennego i o tak wielkiej wartości kulturowej może
zostać rzucone na toaletkę lub - co gorsza - zgubione na tylnym
siedzeniu taksówki, sprawiła, że Yardley poczuł nadciągającą migrenę.
- Ale jej wartość... - zaczął.
- O jej wartości zadecyduje panna Harrison - przerwał mu dżentelmen. -
Dlatego ją dla niej kupiłem.
Gdy mężczyzna wypowiadał te słowa, Yardley po raz pierwszy dostrzegł na
twarzy aktorki coś więcej niż tylko czystą radość. Zastanawiał się, co
ich łączy; był ciekaw, czy kupno biżuterii stanowiło część jakiejś
większej transakcji. Dobiegały go zwyczajowe plotki o aktorkach sceny
bądź ekranu, jednak mimo wątpliwości akurat tej bardzo chciałby
uwierzyć.
- Tak naprawdę trochę pospieszyłam się z odpowiedzią - powiedziała
przepraszającym tonem. - Ostatnio coraz częściej mi się to zdarza. Chyba
górę wzięło dziś podniecenie związane z aukcją. Oczywiście zadbam o to,
by te bezcenne przedmioty otoczono troską, na jaką zasługują.
Spojrzała na Yardleya, jakby chciała go ułagodzić, a on kolejny raz miał
okazję podziwiać jej cudowną zdolność do przystosowania się.
Podejrzewał, że to bardzo amerykańska cecha: popełnia jakąś gafę, a potem równie szybko i niezwykle uroczo naprawia wszystko, jakby nic jej
to nie kosztowało.
- Był pan zadowolony z aukcji? - zapytała go teraz.
Yardley w zamyśleniu wypił łyk szampana i odstawił kieliszek.
- Tak, byłem zadowolony z sukcesu. Od lat próbowałem zdobyć zawartość
Godmersham. Wie pani, jak niezwykle trudno jest znaleźć większą kolekcję
przedmiotów związanych z Jane Austen. Teraz został już tylko majątek
Knightów w Hampshire, ale z obecnym właścicielem nie da się prowadzić
interesów, a jedyna dziedziczka, panna Frances Knight, to cierpiąca na
agorafobię stara panna.
- Agorafobię? - zapytał towarzysz aktorki, wreszcie podnosząc wzrok znad
leżących przed nim papierów.
Yardley zauważył, że kobieta rzuciła mężczyźnie dziwne spojrzenie i mówił dalej.
- Tak, to lęk przed wychodzeniem na zewnątrz. Nie opuszcza domu.
- Wielka szkoda - odparła kobieta. - Ale to bardzo gotyckie.
Yardley uśmiechnął się. Widział, że ona, podobnie jak on, żyje jedną
nogą w przeszłości.
- Mam nadzieję, że Austen jest jej bliska - dodał. - Oboje wiemy, jak
bardzo leży mi na sercu, by jak najwięcej pamiątek po niej pozostało w Anglii.
Rzuciła mu żywiołowy uśmiech i obejrzała się na swojego towarzysza,
zanim zaczęła mówić dalej.
- To mam dla pana wspaniałe wiadomości. Zostaną. Przynajmniej moje.
Przeprowadzam się do Anglii.
- To rzeczywiście wspaniała wiadomość - wykrzyknął Yardley. - Nie miałem
pojęcia. Teraz to wszystko zaczyna nabierać sensu. Gdzie pani zamieszka?
- Zamieszkamy. - Znów obejrzała się na dżentelmena. - W Hampshire.
Akurat tam! Co pan o tym sądzi?
- Moim zdaniem w zaistniałych okolicznościach to idealne rozwiązanie. -
Yardley spuścił wzrok na pusty serdeczny palec jej lewej ręki. - A więc
pierścionek? - zapytał z uśmiechem.
- Tak, pierścionek. - Odpowiedziała mu uśmiechem. Kryło się w nim
błaganie, któremu nie potrafił się oprzeć.
Skompletowano już dokumenty dotyczące transakcji, lecz przekaz na
przelanie amerykańskich środków nadal czekał w nowojorskim banku.
Yardley spojrzał na dyrektora Sotheby's i po kilku dyskretnych
skinieniach głowy zgodzili się przynieść zawartość pudełka numer
czternaście. Kiedy dyrektor wyszedł z pokoju, Yardley nie mógł się
nadziwić, jak duża część jego pracy, w zasadzie najważniejsza, obywa się
bez użycia jakichkolwiek słów. Niczym aktor był stale wyczulony na
potrzeby i wymagania innych, przystosowując się do nich najlepiej jak
mógł i na ile było to potrzebne, by zdobyć bądź utrzymać część
niezbędnej władzy dla siebie.
Dyrektor wrócił do pokoju kilka minut później i szepnął Yardleyowi, że
po kilku zapytaniach z banku na Manhattanie, prawnicy nabywcy
autoryzowali podjęcie w jego imieniu środków z europejskiego konta. To
znacznie przyspieszyło sprawy i otrzymali już telegraficzne
potwierdzenie przelewu z konta w Zurychu. Yardley skinął głową na znak
aprobaty, po czym podszedł z małym numerowanym pudełeczkiem do
dżentelmena.
- To należy do pana. - Podał pudełeczko mężczyźnie. Wiedzieli już, że
nazywa się Jack Leonard i jest odnoszącym sukcesy biznesmenem i początkującym hollywoodzkim producentem.
Kobieta zerwała się z miejsca i wysoki obcas jej buta - najwyższy, jaki
Yardley widział w życiu - zahaczył lekko o brzeg starego indyjskiego
dywanu zdobiącego podłogę.
- Wielkie nieba - wykrzyknęła, wyciągając palce w stronę pudełeczka, gdy
odzyskała równowagę. Jej dłoń wyraźnie drżała.
Jack wstał i wziął pudełeczko od Yardleya, potem żartobliwym gestem
uniósł je wysoko poza zasięg palców swojej towarzyszki. Yardley
wiedział, że kobieta równie mocno jak on wielbi Jane Austen, dlatego też
dostrzegł w geście mężczyzny coś więcej niż tylko żart. Coś pomiędzy
droczeniem się a odrobiną okrucieństwa.
- Nagrody trafiają do cierpliwych - powiedział Jack do kobiety, która w końcu poddała się i opuściła ręce w geście udanej klęski.
Yardley nie był jednak pewien, czy do końca ufa hollywoodzkiemu
potentatowi o wyglądzie idola popołudniówek. A gdy Amerykanie pożegnali
się i ochrona wyprowadziła ich w objęcia wczesnego wrześniowego
zmierzchu, wciąż się zastanawiał, które nich było prawdziwym aktorem.
Mimi Harrison poznała Jacka Leonarda sześć miesięcy wcześniej nad
basenem należącym do producenta jej ostatniego filmu. Dom i chwała
opowiadał historię wdowy, której dwóch synów walczyło w różnych bitwach
drugiej wojny światowej. Dowództwo brytyjskiej marynarki postanowiło ich
rozdzielić, by w ten sposób zmniejszyć potencjalne bolesne straty dla
rodziny. Jednak chłopcy rozpaczliwie pragnęli walczyć razem, co
doprowadziło do nieuniknionych tragicznych konsekwencji. Przed laty
podczas podróży do Anglii Mimi słyszała podobną prawdziwą historię i przyjęła rolę, nawet nie przeczytawszy scenariusza.
Film był typowym wyciskaczem łez, kręconym z myślą o paniach, który
uczynił z Mimi Harrison gwiazdę Hollywood. Zamierzała zostać wielką
aktorką teatralną i po uzyskaniu dyplomu z historii i dramatu w Smith
College w połowie lat trzydziestych rozpoczęła karierę na Broadwayu
serią kilku wyrazistych ról drugoplanowych, niechętnie porzuciwszy przy
tym nieco ponure imiona Mary Ann. Jednak pewnego wieczoru jej ciemna,
egzotyczna uroda wpadła w oko siedzącemu w pierwszym rzędzie reżyserowi
obsady. Nakręciła w Nowym Jorku szybkie zdjęcia próbne, bez makijażu, po
czym wysłano ją pociągiem na zachód do Los Angeles. Tam zaliczyła
kolejne zdjęcia próbne, już w pełnej charakteryzacji, po czym przeszła
wybielanie twarzy, by zneutralizować piegi, i drobny zabieg
chirurgiczny, który zawstydziłby jej matkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki