Teatr Narodowy w Warszawie
Warszawskie tradycje teatralne, sięgające czasów średniowiecznych widowisk misteryjnych i moralitetów, poprzez wystawioną w 1578 roku Odprawę posłów greckich Jana Kochanowskiego, występy przejeżdżających przez stolicę trup teatralnych, dających przedstawienia na dworze królewskim i w siedzibach magnackich, wieńczy powstanie w połowie XVIII wieku tzw. Operalni saskiej - czyli budynku, w którym wystawiano opery. Warszawski obiekt zapewne wzorowany był na gmachu Teatru Małego w Dreźnie. Zlokalizowany został w zachodniej części Ogrodu Saskiego, obecnie w tym miejscu znajduje się skrzyżowanie ul. Marszałkowskiej z Królewską18. Operalnia była pierwszym w Warszawie teatrem otwartym dla publiczności. Na widowni, gdzie odseparowano miejsca "szlacheckie" od "mieszczańskich", mogło znaleźć się około 500 osób. Część miejsc była stojąca, za to wejście na przedstawienia - bezpłatne. Wystawiano nieregularnie opery włoskie, a także niemieckie. Za panowania ostatniego króla Rzeczypospolitej repertuar Operalni wzbogacony został włoskimi operami komicznymi oraz francuskimi wodewilami19.
19 listopada 1765 roku, zatem w drugim roku panowania Stanisława Augusta, na scenie Operalni polski zespół przedstawił komedię Józefa Bielawskiego Natręci. Datę tę uważa się za początek Teatru Narodowego w Warszawie.
Kilka lat później z powodu fatalnego stanu technicznego budynek Operalni trzeba było rozebrać, a przedstawienia przeniesiono do pałacu Radziwiłłów przy Krakowskim Przedmieściu (obecnie Pałac Prezydencki). Było to rozwiązanie tymczasowe i zapewne, jak każda prowizorka, trwałoby sobie w najlepsze, gdyby właściciel pałacu, książę Karol Radziwiłł "Panie Kochanku", nie zażądał opuszczenia gmachu przez aktorów i nie zakazał - z niejasnych przyczyn - dalszych przedstawień. W 1778 roku Warszawa pozostała więc bez teatru. Pilnie trzeba było zbudować zupełnie nowy obiekt. Zadania tego podjął się kamerdyner królewski, Franciszek Ryx20.
Król domagał się szybkiego tempa prac, ponieważ chciał, by inauguracja nowej siedziby Teatru Narodowego uświetniła uroczystości piętnastolecia jego panowania. Wybrano więc stosunkowo niedrogi w realizacji projekt mało znanego architekta, Bonawentury Solariego (budynek teatru był dziełem jego życia). Gmach zlokalizowano przy placu Krasińskich, mniej więcej równolegle do istniejącego pałacu Krasińskich (obecnie mieszczą się w nim zbiory specjalne Biblioteki Narodowej), między ulicami Długą a Świętojerską. Teatr zajmował więc obszar, na którym obecnie znajduje się pomnik Powstania Warszawskiego oraz Sąd Najwyższy. To właśnie tym teatrem kierował Wojciech Bogusławski, a potem jego zięć, Ludwik Osiński, ten właśnie teatr wspierali i nadawali mu pożądany przez siebie kierunek członkowie Towarzystwa Iksów.
W teatrze przy placu Krasińskich wystawiano obyczajowo-satyryczne, dydaktyczne komedie oświeceniowe. Były one często luźnymi adaptacjami, spolszczeniami tworów francuskich, w późniejszych latach coraz częściej wystawiano teksty oryginalne, które dostarczali Jan Baudouin de Courtenay (m.in. Bednarz, Burmistrz poznański), Franciszek Zabłocki (np. Zabobonnik, Fircyk w zalotach, Sarmatyzm, Król w kraju rozkoszy), Franciszek Bohomolec (w tym Małżeństwo z kalendarza, Staruszkiewicz, Pijacy, Nędza uszczęśliwiona).
Budynek teatru przy placu Krasińskich stał się świadkiem najważniejszych wydarzeń historycznych. W latach 1783-1814 (z pewnymi przerwami) jego dyrektorem był Wojciech Bogusławski. Realizował on zasadniczo linię programową, jaką narzucił król, ale nie robił tego w sposób niewolniczy, uważając, że wskutek tego typu tendencyjności teatr traci kontakt z własnymi widzami. Narażał się nawet Stanisławowi Augustowi, niechętnie wprowadzając do repertuaru antysarmackie komedie Zabłockiego. Bogusławski był w tym zakresie bardziej elastyczny politycznie od króla, co wynikało stąd, że na pierwszym miejscu w swej hierarchii wartości stawiał porozumienie się z publicznością, odwołanie się do jej elementarnego poczucia przyzwoitości i tęsknoty do dobra, na drugim zaś zawiłości polityczne i dalekosiężne plany propagandowe. Bogusławski chyba nie cieszył się z tego, że w jego repertuar wkracza wciąż historia, przy akompaniamencie wykrzykiwanych haseł, zbiorowych emocji i w rytmie wojennych marszów. Dyrektor Teatru Narodowego nie poszukiwał historii, to wydarzenia historyczne wdzierały się do teatru. W napisanych pod koniec życia Dziejach Teatru Narodowego wyjaśniał, że Warszawa
[...] ma tylko jeden teatr utrzymywany przez bardzo różnorodną publiczność. Dla tej publiczności nie można wciąż grać Racine'a. Nie można go również grać dobrze, ponieważ aktorzy, występujący na przemiany w farsach, tragediach i dramach, nie mogą się wyspecjalizować w pięknej i wzniosłej deklamacji. Sytuacja ta zaraz by się zmieniła, gdyby aktorów Teatru Narodowego udało się podzielić na mniejsze, wyspecjalizowane zespoły, grywające w oddzielnych salach dla różnych odłamów publiczności21.
Jeżeli więc zaufać zwierzeniu starego aktora, to jego marzeniem zawsze był repertuar klasycystyczny. Deklamację tragedii Racine'a czy Corneille'a uważał za najwyższe osiągnięcie artystyczne w dziejach dramatu. To przyczyny natury ekonomicznej zmusiły go do wprowadzenia na scenę repertuaru popularnego, komedii, wodewilów, dram. Jeżeli też uznamy, że dzieła klasycystyczne reprezentują pewnego rodzaju ideę bezczasu, że przenoszą ponad konkretnymi uwarunkowaniami historycznymi, politycznymi, społecznymi etc. odwieczne konflikty i dylematy, to Bogusławski nie mógł takiej idei konsekwentnie służyć. Zadała jej bowiem kłam sama historia. Należał do pokolenia, które przeżyło przynajmniej siedem różnych systemów politycznych i siedem różnych koncepcji funkcjonowania państwa. To historia, wkraczając tak obcesowo w życie admiratora klasycyzmu, wybijała mu ten klasycyzm z głowy.
5. Scamozzi [?], premiera baletu Pyrrus, l. 90 XVIII w. (jedyny zachowany wizerunek wnętrza
Teatru Narodowego na placu Krasińskich)
Narzuca się tu jednak jeszcze jedno pytanie: czy rozbrat, jaki w przypadku Bogusławskiego zachodzi między wartościami deklarowanymi a realizowanymi w kształtowaniu repertuaru teatralnego, jest tylko rozbratem między teorią a praktyką? Między wzniosłą ideą a jej skarlałym, historycznym wcieleniem? Pamiętajmy, że Bogusławski jest aktorem, człowiekiem grającym rolę. Może w subiektywnie napisanych Dziejach Teatru Narodowego przywdział maskę obrońcy klasycystycznego ładu, gdy naprawdę wcale nie było mu źle w tym kipiącym historycznym kotle. Pełnymi garściami korzystał przecież ze zmieniających się wciąż form życia, lawirował i balansował na wąskich ścieżkach, jakie wiodły między wymaganiami opresyjnej, takiej czy innej władzy a oczekiwaniami publiczności. Czy mógł owo prawdziwe życie odnaleźć w zastygłych formach klasycystycznej deklamacji? Odpowiedzią na to pytanie jest właśnie charakter działalności Bogusławskiego jako autora, jako aktora i jako antreprenera. Losy tej działalności lepiej odpowiadają na sformułowane wyżej pytanie. I losy tej działalności skonfliktowały go z wpływowym środowiskiem Iksów.
Przykładem tego, jak historia wkraczała w praktykę działania sceny narodowej, są dzieje wystawienia Powrotu posła Juliana Ursyna Niemcewicza. Dla Bogusławskiego jako antreprenera obrady Sejmu Wielkiego w Warszawie były wydarzeniem niezwykle korzystnym. Było więcej publiczności, zainteresowanie teatrem wzrastało wraz z temperaturą toczonych sporów politycznych. Premierę przygotowano niezwykle starannie - próby trwały aż dwa miesiące, co w tamtych czasach, gdy sztuki zmieniały się na scenie jak w kalejdoskopie, było ewenementem. Zbigniew Raszewski przypuszcza, że czas ten wynikał z niuansów politycznych dyskusji sejmowych oraz ich zharmonizowania z wymową utworu (młodzi Sarmaci, zwolennicy obozu patriotycznego, wychwalają sojusz polsko-pruski)22. Można też podejrzewać, że Bogusławski konsultował z Niemcewiczem szczegóły kreacji poszczególnych postaci, które spod pióra posła inflanckiego wychodziły jako osoby papierowe, nieprzekonujące.
Świadectwem politycznej służby Bogusławskiego była napisana przez niego kontynuacja komedii Niemcewicza Dowód wdzięczności narodu. Dyrektor dał się tu ponieść powszechnemu w Warszawie po 3 maja 1791 roku entuzjazmowi. Wychwalał króla, Konstytucję, Szarmancki wstępował do kawalerii narodowej, Starosta przestawał fukać na nowe prawa, sam przywdziewał staroświecki strój rycerski i popisywał się przed młodzieżą sztuką jazdy konnej. W listopadzie 1791 roku wystawiono komedię Józefa Wybickiego Szlachcic mieszczaninem, będącą pochwałą Konstytucji oraz idei zbratania stanów.
Apogeum politycznej służby teatru i jego dyrektora nastąpiło w dniu rocznicy uchwalenia Konstytucji. Obchody zainicjowano salutem artyleryjskim. Król uczestniczył w okolicznościowej mszy świętej, uświetnionej odśpiewaniem hymnu Te Deum przez chór 222 śpiewaków. Później Stanisław August na terenie dzisiejszego ogrodu botanicznego wmurował kamień węgielny pod budowę Świątyni Opatrzności. Wieczorem wszyscy udali się do teatru. Po raz pierwszy na deskach narodowej sceny pojawił się dramat historyczny Kazimierz Wielki. Stworzony przez Niemcewicza tekst jest właściwie ciągiem rozmów, jakie mądry król prowadzi z przedstawicielami różnych grup społecznych. Wszystko razem ma służyć umocnieniu państwa oraz uchwalonych w nim praw. Aluzje polityczne były aż nadto czytelne.
Inscenizację przygotowano z wielkim rozmachem. Na scenie pojawiło się łącznie około stu osób, w tym statyści. Nie żałowano pieniędzy na zbudowanie imponujących dekoracji, iluminację całego teatru, efekty specjalne. Największe wrażenie na zgromadzonych zrobił fragment, w którym Kazimierz Wielki mówi:
[...] a jeśliby zdrajca jaki znalazł się, który by z obcą mocą chciał zadawać blizny ojczyźnie, która go urodziła i karmiła, wtenczas ja, choć stary, choć z siwą już głową, stanę na czele poczciwych Polaków i albo trupem padnę, albo zostawię Polskę niepodległą, świetną i poważaną23.
Niemcewicz wspomina, że po tych słowach Stanisław August powstał i wychyliwszy się ze swej loży, zawołał: "Stanę i wystawię się". Publiczność manifestację tę przyjęła frenetyczną owacją24.
Postanowienie królewskie nie było trwałe. W 1792 roku, po przegranej wojnie z Rosją, król przystąpił do konfederacji targowickiej. Rozpoczęły się twarde rządy przeciwników Konstytucji 3 maja. W sytuacji politycznego napięcia każde słowo, jakie padało ze sceny Teatru Narodowego, każda sztuka, nawet dawne komedie Zabłockiego, odbierane były jako antyrządowy paszkwil, ostry, patriotyczny komentarz do bieżącej sytuacji. W roku 1793, jak pisze Zbigniew Raszewski,
[...] jego [Bogusławskiego - A.F.] teatr został jedynym miejscem, w którym publicznie wyrażało się to, co wszyscy myśleli. Nie dziw, że publiczność spontanicznie okazywała mu swoje oddanie. Zgnębieni pychą i hipokryzją władzy, ludzie koniecznie chcą w takich wypadkach słyszeć to, co sobie po cichu myślą, wypowiadane jawnie, głośno, bez ogródek, a im bardziej się im to - mówiąc językiem Norwida - uwstręca, tym większą wdzięczność okazują każdemu, kto się na to odważy. Oto i pewno cały sekret Bogusławskiego z tych lat. Do popularności, którą zdobył w latach osiemdziesiątych, do sławy, którą mu dała Taczka occiarza, dołączyło się teraz uwielbienie, okazywane za głośne wyrażanie skrytych, a powszechnych nastrojów. Skromny aktor, jeszcze tak niedawno wypędzany z Warszawy, dość niespodziewanie wyrastał na trybuna ludu25.
Gdy na jednym z przedstawień zwolennicy targowiczan gwizdali podczas występu Bogusławskiego, zostali przez pozostałych widzów schwytani i pobici26.
Rosnący prestiż teatru jako instytucji ogniskującej i wyrażającej jednocześnie społeczne nastroje, awans dyrektora, który zaczął odgrywać rolę sumienia narodu, prowadziły prostą drogą do największego sukcesu, do premiery - patriotycznej pobudki, opery Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale. 1 marca 1794 roku, niecały miesiąc przed krakowską przysięgą Kościuszki i wybuchem insurekcji, arie i kuplety dzieła Bogusławskiego z muzyką Jana Stefaniego dzięki czytelnym aluzjom stały się wyrazem niepodległościowych dążeń Polaków. Poza tym utwór, za sprawą swej folklorystycznej stylizacji, przywołania tańców ludowych, konkretu geograficznego akcji w dekoracjach malowanych przez Antoniego Smuglewicza, wyrastał wyraźnie ponad wcześniejszą twórczość Bogusławskiego, która polegała przede wszystkim na adaptacji librett oper włoskich, osadzonych w ogólnikowych realiach czasu i przestrzeni. Leon Schiller już po II wojnie światowej nazwał Krakowiaków i Górali "pierwszą operą narodową".
6. Józef Rejchan, Portret Wojciecha Bogusławskiego, 1798
Główna postać opery - Bardos - i Bogusławski zrośli się ze sobą. Dyrektor nie mógł pozostawać na uboczu dziejącej się historii. 19 kwietnia w warszawskim ratuszu podpisał "Akces obywatelów i mieszkańców Księstwa Mazowieckiego do aktu powstania narodowego"27. Zespół teatralny w następnych dniach dwoił się i troił, żeby dać jak najwięcej przedstawień, szczególnie tych, które tchnęły optymizmem i zagrzewały do boju. Najczęściej wystawiany w tych miesiącach był Cud...
W historii jednak cud nie nastąpił. 4 listopada 1794 był tragicznym akordem kończącego się wieku XVIII, upadającej Rzeczypospolitej. Rzeź Pragi i zajęcie Warszawy przez wojska Suworowa przekreśliły nadzieje na utrzymanie niepodległości. Bogusławski ewakuował teatr, udając się na pięcioletnie wygnanie do Lwowa. Tam zaś prowadzenie teatru stało się dla niego procesem dalszego doskonalenia w sztuce aluzji, w mowie ezopowej, w budowaniu wielkich metafor historycznych, które objaśniały bieżącą sytuację polityczną, krzewiły nadzieję, sterowały zbiorowymi emocjami i wyobrażeniami. Bogusławski dobrze poznał charakter niemieckiego panowania: i we Lwowie, i później w Warszawie. Kierował zarówno zespołem niemieckim, jak i polskim. Deklarował lojalność wobec władz zaborczych i, usypiając ich czujność, coraz mocniej wiązał się z publicznością, wyrażając w wystawianych dramatach tęsknoty niepodległościowe.
Niepodległość nie ograniczała się tylko do spraw politycznych. Bogusławski poszerzał repertuar teatralny, wprowadzając we Lwowie po raz pierwszy na deski polskiej sceny Romea i Julię oraz Hamleta28. Obie tragedie były dopasowanymi do ówczesnych gustów publiczności przeróbkami, otrzymały szczęśliwe zakończenia. Ród Montecchich i Capulettich zawierał zgodę, której przypieczętowaniem był ślub młodych, w Hamlecie tytułowy bohater nie ginął, lecz po dramatycznym finale i śmierci matki oraz stryja przejmował władzę, rozpoczynając trudną pracę nad naprawą państwa duńskiego. Scena z powrotem Fortynbrasa została wycięta. Przeróbki te nie były efektem inicjatywy Bogusławskiego. Tak w XVIII wieku wystawiano Shakespeare'a, także w Anglii29.
Po powrocie Bogusławskiego do Warszawy repertuar szekspirowski poszerzony został o Króla Leara i Otella (a pod koniec jego warszawskiej antrepryzy jeszcze o Makbeta). W tym wypadku także obie tragedie otrzymały szczęśliwe zakończenia. Poza klasycystyczny kanon wyszedł też Bogusławski, gdy kierował zespołem niemieckim. Dobrze zapoznał się wtedy z dramatami Friedricha Schillera. Grano Zbójców (nb. krytyka warszawska wyśmiała ten dramat30), Sprzysiężenie Fiesca w Genui, Marię Stuart, Narzeczoną z Messyny. W repertuarze operowym pojawiły się arcydzieła Mozarta: Zaczarowany flet i Don Juan.
Warszawski teatr Bogusławskiego w pierwszych latach XIX wieku nie był skoncentrowany na podtrzymaniu patriotyzmu. Należałoby go raczej określić mianem teatru poszukującego, pracującego nad stworzeniem formuły nowego, wykraczającego poza klasycyzm języka scenicznego, który w przyszłości - zapewne Bogusławski nie zdawał sobie nawet z tego sprawy - przyniesie nowej publiczności w nowy sposób wyrażoną idiomatykę niepodległościową.
Właśnie wtedy teatr Bogusławskiego musiał podjąć walkę z nieoczekiwaną konkurencją. Książę Józef Poniatowski postanowił organizować własne przedstawienia w dawnym teatrze w pałacu Radziwiłłowskim. Inicjatywa księcia spowodowana była w jakimś stopniu potrzebą dość licznego wtedy środowiska emigrantów francuskich, którzy uciekli na wschód przed wydarzeniami rewolucji. W latach 1801-1804 w Warszawie mieszkał wraz ze swym dworem późniejszy król Francji, Ludwik XVIII. Jak pisze Zbigniew Raszewski,
Teatr Blachy31 stał się rewelacją sezonu 1800/1801. Nie grał on za pieniądze, bilety rozdawał darmo, ale tylko wybranym, toteż ludzie żądni niezwykłego widowiska nieraz i dzień cały trawili na zdobywaniu miejsca. [...] Trzeba przyznać, że było na co patrzeć. Znaczną część aktorów stanowili książęta, baronowie, hrabiny, hrabiowie i hrabianki. Występowali m.in.: Ludwik Radziwiłł (dobry aktor, doskonale mówiący po francusku), Izabela Czartoryska ze swoją córką Marią Wirtemberską, Konstancja Tyszkiewiczowa z piękną córką Anetką, Michał Grabowski (nieślubny syn Stanisława Augusta), hr. de Vauban, hr. de Beaumont, duc de Gramond32.
Teatr księcia Józefa był dla Bogusławskiego konkurencją podwójnie groźną, a jak się okazało w przyszłości - mającą poważne konsekwencje. Po pierwsze, odbierał potencjalnych widzów Teatrowi Narodowemu. Po drugie, kreował sam siebie na wyrocznię dobrego smaku, wyśmiewając plebejski teatr, w którym grano po polsku. Po trzecie wreszcie, w środowisku aktorów i admiratorów francuskiego teatru w pruskiej Warszawie widzimy ludzi, którzy za dziesięć lat z małym okładem utworzą Towarzystwo Iksów i zaczną energicznie zwalczać Bogusławskiego.
7. Antoni Brodowski, Portret Ludwika Osińskiego, ok. 1820
Poszukując oparcia także we wpływowym środowisku arystokratycznym, Bogusławski związał się wtedy z koterią Stanisława Sołtyka, który powszechną wówczas gallomanię łączył z postulatem kultu dla rodzimej tradycji kontuszowej oraz dla języka polskiego. Dowodem sojuszu, jaki Dyrektor zawarł ze środowiskiem Sołtyka, było wystawienie Horacjuszy Pierre'a Corneille'a. Tragedii klasycystycznej, wyrażającej jednocześnie głęboki szacunek dla tradycji oraz eksponującej kategorię honoru. Premiera Horacjuszy miała charakter dość niezwykły. Bogusławski postanowił manifestacyjnie ukazać swoich sojuszników, obsadzając ich w głównych rolach tragedii. Posunięcie to nie do końca było fortunne. Jak pisze Zbigniew Raszewski,
Osiński w roli Kuriacjusza rozśmieszył publiczność. Był on, trzeba wiedzieć, mało udarowany przez naturę, gdy chodzi o powierzchowność, "mały, pękaty", a do tego "czupurny". W hełmie i zbroi, zwłaszcza u boku tęgiej pani Sołtykowej, stał się źródłem nieopisanej uciechy dowcipnisiów, których nigdy w Warszawie nie brakowało33.
Pomimo takich niezręczności Bogusławski pozyskiwał coraz ważniejszych sojuszników. Nawet Kościuszko z emigracji pisał, że "Narodowy teatr być powinien najlepiej lubiony", oraz przesyłał piękne ukłony Dyrektorowi34.
Strategia Bogusławskiego przyniosła więc pożądane rezultaty. Udało mu się zdobyć także życzliwość krytyki teatralnej, która "stała się wkrótce czynnikiem wpływowym, gdyż od roku 1802 zaczęły się w prasie warszawskiej ukazywać recenzje teatralne, najczęściej anonimowe, w zasadzie życzliwe Bogusławskiemu, ale nieustępliwie oceniające całe życie teatralne ze stanowiska klasycyzmu"35.
Siłę oddziaływania recenzji prasowej dostrzec musieli wtedy także arystokraci skupieni wokół pałacu Pod Blachą. Sukces wizerunkowy Bogusławskiego zawierał więc w sobie przyszłe niebezpieczeństwo, gdy niechętni mu Iksowie zmonopolizowali właściwie warszawską praktykę recenzencką. Na razie jednak autor Krakowiaków i Górali mógł cieszyć się odniesionym sukcesem. Udało mu się też zwyciężyć konkurencję przybyłej do Warszawy, a popieranej przez księcia Józefa i Stanisława Kostkę Potockiego trupy włoskiej. W tej kampanii wsparcia udzielił mu nie tylko Sołtyk, ale też młodzi arystokraci, na złość kosmopolitycznemu środowisku Blachy manifestacyjnie chodzący w mundurach, które były "czarne, na znak żałoby, z czarno lakierowanymi guzikami. Im bardziej wycierał się lakier, tym jaśniej błyszczała wytłoczona na guziku kotwica z napisem "Nadzieja""36. Nastroje społeczne coraz bardziej sprzyjały Bogusławskiemu i promowanej przez niego linii teatru.
Społeczna rola Teatru Narodowego wzrosła niepomiernie w okresie Księstwa Warszawskiego. Dążąc do budowy stałego, nieprzypadkowego zespołu, a także do powstawania profesjonalnych teatrów w innych miastach polskich poza Warszawą, Bogusławski doprowadził do utworzenia Szkoły Dramatycznej. Wiosną 1811 roku ogłoszono zapisy dla sześciu chłopców i sześciu dziewcząt w wieku 14-17 lat. Bezpłatna nauka miała trwać trzy lata, po niej absolwent szkoły zobowiązany był do występów w Teatrze Narodowym przez sześć lat. Gry aktorskiej nauczał Bogusławski, pisząc przy okazji, niezachowany niestety w całości, podręcznik Dramaturgia, czyli Nauka sztuki scenicznej.
Pozycja teatru i prestiż Dyrektora wydawały się dobrze ugruntowane i zabezpieczone. Jednak w obliczu upadku Księstwa Warszawskiego i niepewnej sytuacji politycznej przed kongresem wiedeńskim Bogusławski znów został zaatakowany z dobrze już rozpoznanych pozycji gustu klasycystycznego. Za Zbigniewem Raszewskim uporządkujmy podstawowe pojęcia. Klasycyzm była to
[...] jedna z najbardziej konsekwentnych doktryn estetycznych w historii. Z wyjątkową precyzją wszystko porządkowała, hierarchizowała, wartościowała. W teatrze zdecydowanie wyróżniała słowo jako najważniejszy środek wyrazu, nieufnie odnosząc się do wszystkich innych. Od słowa domagała się przede wszystkim czystości i precyzji. Ze wszystkich gatunków dramatycznych najwyżej stawiała tragedię. Przedmiotem tragedii, zgodnie ze swą ogólną koncepcją sztuki, kazała czynić wieczne, nieprzemijające udręki ludzkie, z pominięciem problemów mniej lub bardziej doraźnych (np. politycznych czy społecznych). Ogromny nacisk kładła na wyrafinowanie artystyczne, na pokonywanie dobrowolnie przyjętych trudności (a więc wszystkich sławnych reguł klasycznych) przy zachowaniu maksymalnej prostoty37.
Bogusławski nie godził się na teatr zredukowany do kilku mechanistycznie przyjętych reguł. Utrzymywał w repertuarze tragedie Shakespeare'a, także dlatego, że przynosiły one teatrowi dochód, gdy wystawienie francuskich (a także polskich) kończyło się finansowymi stratami. Klasycy w swoim dogmatyzmie przekonywali, że spowodowane to jest niskim poziomem wykonania i brakiem odpowiedniej kultury słowa w Teatrze Narodowym. Kantorbery Tymowski napisał nawet Do dramy - wierszowany traktat o sztuce teatralnej, w którym przekonywał, że wielka, czyli klasycystyczna, sztuka zawsze się obroni:
Ustanie szmer, rozmowy, uciszą się laski,
Cyd, Cynna, Andromaka odbiorą oklaski,
Rządca sceny nie będzie miał narzekać względu,
Że traci, skoro sztukę pierwszego da rzędu38.
W 1815 roku na uroczystości inauguracji kolejnego roku nauki w Szkole Dramatycznej Józef Lipiński, poeta klasycystyczny, a zarazem prezes Rządowej Dyrekcji Teatru, otwarcie już krytykował ostatnie lata antrepryzy Bogusławskiego, mówiąc: "Z rządem obcym wszedł na teatr nasz ten pośredni sztuk rodzaj, w których dekorację, rozmaitość widowiska, sceny burzliwe lub poetyczne, marsze, szturmy, bitwy, pogrzeby i mary mniejszego od autora i aktora wymagają talentu"39. Czyli ideałem sztuki teatralnej ma być deklamacja, każde eksponowanie zaś dekoracji, hałasu i zgiełku, każdy efekt specjalny służy tylko przykryciu autorskiego i aktorskiego braku talentu i zaangażowania. Nadchodziła nowa epoka, po czasie heroicznych zmagań napoleońskich następowały rządy pokoju, a wraz z nimi niezmącona, czysta sztuka klasycystyczna.
Gdy w maju 1815 roku oficjalnie ogłoszono utworzenie Królestwa Polskiego, Teatr Narodowy uczcił jeszcze to wydarzenie stosownie zmienionym Cudem mniemanym. Bardos powstrzymywał chłopów od bijatyki, mówiąc o powstaniu Królestwa, a uszczęśliwieni górale wspólnie z krakowiakami odpowiadali: "Boże, bądź pochwalony! Żyje Polska nasza!". A w drugim akcie na tle dekoracji ozdobionej popiersiem Aleksandra I chór deklarował, że
Za tyle łask, tyle trudów,
Kraj Ci swą wiarę przysięga,
Trwałą, jak Twoja potęga,
Silną, jak moc Twoich ludów40.
Te ulepszenia tekstu nie wyszły spod pióra Bogusławskiego. Napisał je nowy dyrektor, a prywatnie zięć poprzedniego antreprenera, Ludwik Osiński. Tym sposobem powiało nowym. Teatr był zharmonizowany już nie tylko, jak od czasów stanisławowskich, z oczekiwaniami społecznymi, ale także z władzą. W takiej sytuacji politycznej i społecznej swą aktywność zainicjowało Towarzystwo Iksów.
-
Zanim jednak zajmiemy się Iksami, spójrzmy na techniczną stronę funkcjonowania teatru końca XVIII i pierwszych dekad XIX wieku41. Budynek teatralny przy placu Krasińskich był właściwie zespołem kilku budowli, chociaż w pierwotnym założeniu miał być obiektem wolnostojącym. Składał się z korpusu głównego, mieszczącego scenę, widownię i westybule, do którego dobudowano "szopę" (czyli rodzaj wiaty, będący indywidualnym podjazdem dla króla), kamienice mieszkalne, sale redutowe, czyli miejsca do zabaw tanecznych, najczęściej maskowych, szynk. Cały ten kompleks artystyczno-rozrywkowo-kulinarny miał najczęściej kilku zarządców, co było źródłem rozmaitych kłopotów natury administracyjnej i technicznej, związanej np. z finansowaniem wspólnych dla całego zespołu budowli inwestycji. A było ich niemało. Pierwotnie teatr składał się z korpusu głównego z dwiema oficynami, każdy budynek miał własny dach czterospadowy. Tymczasem jeszcze w końcu XVIII wieku lub na początku XIX wieku wykonano przebudowę, polegającą na nakryciu całego teatru wspólnym dachem, co zaburzyło harmonię budowli. W późniejszych latach parokrotnie jeszcze przeprowadzano różne zmiany, polegające na przebiciu nowych przejść, podwyższaniu dachu nad sceną w celu lepszego operowania dekoracjami, pogłębieniu zascenia, przebudowie garderób aktorskich42, przebudowie widowni etc. Teatr nie był skonstruowany raz na zawsze, żył jako budowla, dopasowując się do zmiennych okoliczności i doskonaląc swe uwarunkowania techniczne.
Widz trafiający do teatru musiał przy wejściu pokazać bilet, który wymieniał na kartę wejścia. (Później dopiero wprowadzono bilety oddzierane). Następnie udawał się do szatni, w której nie zostawiał jednak okrycia wierzchniego, lecz szablę lub szpadę. Potem, zgodnie z wykupionym miejscem, przemieszczał się na widownię: do loży, usytuowanej na jednym z trzech pięter, lub najwyżej, do ponad lożami usytuowanego balkonu zwanego paradyzem (ironicznie: rajem, bilety na paradyz były najtańsze), lub do sali głównej, gdzie zasiadał w fotelu bądź na wspólnej ławie albo stał - miejsc stojących było dużo. Nawiasem dodajmy, że Iksowie w swej trosce o komfort widza na spektaklu walczyli o likwidację miejsc stojących, domagając się ustawienia ławek dla całego parteru, i w roku 1816 ogłosili nawet sukces swej inicjatywy, była to jednak przesada43. Przypomnijmy, że miejsca na ławach nie były numerowane i kosztowały tyle samo co miejsca stojące. Decydowała zasada "kto pierwszy, ten lepszy", a przecież przedstawienia trwały nawet pięć godzin, na widowni więc odbywał się prawdziwy wyścig do zajmowania miejsc na ławach.
Teatr był oświetlony lampami olejowymi, które umieszczono w dwóch wielkich żyrandolach wiszących nad środkową częścią widowni (w pewnym momencie zastąpiono je jednym jeszcze większym żyrandolem), oraz całym szeregiem lamp przymocowanych do ściany - kinkietów. Dodajmy, że wszystkie te urządzenia trzeba było napełniać olejem, wymieniać knoty, opuszczać systemem wielokrążków i zapalać przed spektaklem, by po zakończonym przedstawieniu znów cały żyrandol opuścić i zgasić płonące w nim lampy. Myślę, że świadomość siedzenia pod żyrandolem mieszczącym setki litrów płonącego oleju, a utrzymywanym skomplikowanym systemem linowym, musiała dostarczać widzom dodatkowych emocji. Scenę także oświetlały lampy olejowe. Długi ich szereg umieszczony był w specjalnej blaszanej rynnie, usytuowanej wzdłuż brzegu sceny, zwanego rampą. Brzeg rynny od strony widowni był wyższy, widzowie nie widzieli więc umieszczonych w niej lamp, a odbite od wyszlifowanej powierzchni światło zupełnie dobrze oświetlało aktorów, ukazując detale ich stroju oraz mimikę. Inne lampy w kinkietach umocowane były po obu bokach sceny, przy przejściach do kulis. Najjaśniejszym miejscem sceny była więc rampa, dlatego aktorzy wszystkie swoje kwestie wygłaszali, podchodząc blisko widowni. Zwracali się do widzów bezpośrednio, a gdy sytuacja sceniczna wymagała skierowania się do innej postaci, odwracali się do niej lekko, pozostając jednak zawsze widoczni dla publiczności. Rynna z lampami oświetlająca rampę mogła być opuszczana systemem sznurów. Uzyskane w ten sposób zaciemnienie sceny imitowało zmierzch lub głęboką noc. I przeciwnie, wydobycie rynny zalewało scenę światłem, jak podczas wschodu słońca.
W dzisiejszych czasach obiekt mogący pomieścić półtora tysiąca osób, oświetlony setkami lamp olejowych, a więc żywym, niezabezpieczonym płomieniem, nie mógłby być dopuszczony do eksploatacji przez służby pożarnicze. W XIX wieku też zdawano sobie sprawę z istniejącego zagrożenia, dlatego teatr zatrudniał stałą, kilkuosobową brygadę przeciwpożarową oraz, w pełnej gotowości, sprzęt gaśniczy. Z przechowywanych w archiwach inwentarzy teatralnych dowiadujemy się, że w celu utrzymania "porządków ogniowych" w różnych punktach teatru rozmieszczono "sikawki z kiszkami", średnie oraz królewskie, "sikawki w kubełkach", "sikawki ręczne i mosiężne", "sikawki z kiszką i lanym cybuchem", poza tym beczki z wodą, skórzane bukłaki, bosaki i drabiny44. W XIX wieku wybuchło w teatrze kilka pożarów, ale były one szybko lokalizowane i gaszone, nie powodowały zatem większych strat.
W Teatrze Narodowym wystawiano także opery i - często w połączeniu ze sztuką sceniczną - balety. Dlatego między sceną a widownią ulokowano fosę orkiestry. W XIX wieku nie posługiwano się tym terminem, mówiono po prostu "orkiestra". Miejsce zajmowane przez muzyków nie było bowiem zagłębione, lecz znajdowało się na poziomie widowni i było od niej oddzielone balustradą. Ignacy Humnicki, autor wystawionej w 1820 roku i bardzo popularnej tragedii historycznej Żółkiewski pod Cecorą, wspomina, że publiczność, nie znalazłszy dość miejsca dla siebie na widowni, przepędziła muzykantów z orkiestry i zajęła ich miejsce. Podobnie, ale już bez stosowania przemocy, działo się na pierwszym koncercie Chopina. Słuchacze zajęli całą widownię, a także miejsce "orkiestry", ponieważ towarzyszący artyście muzycy siedzieli tym razem na scenie45.
Teatr miał być dla widzów miejscem magicznym, emanującym sztuką i pięknem. Obramowanie sceny, zwane portalem, miało często bogaty wystrój zdobiony kasetonami i sztukaterią. Scenę zasłaniała podnoszona kurtyna, będąca właściwie pięknym malowidłem o treściach alegorycznych, związanych ze sztuką. Kurtynę zawieszoną w 1779 roku przedstawiał wierszem zachwycony widz:
Tam Apollo z swą lutnią jakby dłutem ryty
Świadczy jak jest kunszt pędzla w Polsce znamienity.
Minerwa zaś uczona, płodne Geniusze,
Żartki Pegaz ułudza i oczy i dusze46.
Uniesienie kurtyny polegało na nawinięciu malowidła na drewniany wałek umieszczony nad sceną. Powodowało to szybkie niszczenie dzieła, dlatego kurtyny dość często wymieniano. W czasach aktywności recenzenckiej Iksów kurtyna przedstawiała Olimp z tańczącymi Muzami i ołtarzem sztuki.
Dopiero przebudowa polegająca na podniesieniu stropu nadscenia umożliwiła pionowe podnoszenie kurtyny, a tym samym przedłużyła jej żywot. Zwiększyła też możliwości dynamicznej, szybkiej zmiany dekoracji, dokonywania tzw. zmian otwartych, a więc wykonywanych na oczach widzów, przy podniesionej kurtynie. Skomplikowany system sznurów, zwanych wtedy "cugami" lub "flugami", umożliwiał poruszanie dekoracją, przeciąganie jej w lewo lub w prawo.
Odgłosy nadciągającej burzy uzyskiwano, potrząsając w nadsceniu arkuszami blachy. Jeżeli piorun miał uderzyć blisko, odpowiedni efekt zapewniało rzucanie z tegoż nadscenia dużych desek na stos. Odgłos deszczu czy ulewy powstawał zaś wskutek kręcenia korbą napędzającą ażurowy bęben, w którym grzechotały kamyki albo ziarnka grochu.
Bardziej skomplikowane było uzyskanie efektu błyskawic. Do blaszanej puszki wkładano metalowe sitko, które podgrzewała umieszczona pod nim lampka spirytusowa. W odpowiednim momencie przez lejek na sitko wrzucano sproszkowaną magnezję zmieszaną z chloranem potasu. Na rozgrzanym sitku proszek gwałtownie się spalał, wywołując krótkotrwały, silny błysk.
Bardzo ważnym składnikiem substancji teatralnej były też kostiumy. Ponieważ sztuki na ogół grano zaledwie kilka razy, kostiumy starannie magazynowano (zresztą dekoracje też), by używać ich także w innych inscenizacjach. Magazyny kostiumów i dekoracji były więc w teatrze, zaraz po widowni, największymi pomieszczeniami. W Teatrze Narodowym mieściły się one na poddaszu, co ułatwiało komunikację ze sceną przez nadscenie, ale narażało je na działanie wilgoci, pleśń i butwienie. Zdarzało się też tak, że wprawdzie dekoracja przetrwała w niezłym stanie, ale umieszczony na niej papierowy "napis po większej części myszy zjadły"47.
Teatr był nie tylko świątynią sztuki, lecz także wielobranżowym, trudnym w zarządzaniu przedsiębiorstwem oraz miejscem pracy dla wielu fachowców. Zbigniew Raszewski pisze, że wśród nich znajdował się "malarz, zawsze utrzymywany przez antreprenera, oraz gromadka rzemieślników"48. Skład ekipy rzemieślniczej wyglądał następująco:
[...] teatermajster, czyli główny machinista (lub maszynista), krawiec, cieśla. Machinista i krawiec byli równocześnie magazynierami odpowiedzialnymi za całość dekoracji i kostiumów należących do właściciela gmachu. [...] Na utrzymaniu antreprenera pozostawali pomocnicy tych majstrów, a mianowicie: "2 krawczyków do ubierania", "3 ludzi do światła", "2 fryzjerów" i rekwizytor. [...] Za bezpieczeństwo i czystość gmachu odpowiadał murgrabia (właściwie burgrabia) na czele stróży49.
Tytułem pewnego epilogu dodajmy, że ostatnie przedstawienie w budynku przy placu Krasińskich odbyło się 21 lutego 1833 roku. Zespół przeniósł się do Teatru Wielkiego na Marywilu, czyli przy dzisiejszym placu Teatralnym. W wysłużonym budynku znalazło swe miejsce kilka sklepów i - na widowni - magazyny wełny, którą sprzedawano na organizowanym nieopodal jarmarku. W roku 1883 dużą część teatru zburzono w celu zbudowania nowego odcinka ulicy Nowiniarskiej, resztki gmachu - w końcu XIX wieku. Obecnie po budynku, który tak bardzo przysłużył się polskiej niepodległości, stając się świadkiem i uczestnikiem najważniejszych wydarzeń historycznych końca XVIII i pierwszych dekad XIX wieku, po scenie, na której koncertowali Paganini, Liszt i Chopin, nie zostało nawet śladu.
¤
8. Fryderyk Krzysztof Dietrich, Widok Pałacu Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji
w Warszawie (pałac Mostowskich), 1827-1829
Ciąg dalszy w wersji pełnej