Rozdział II
1
Wraz z nadejściem nocy zasłona deszczu pocieniała i gdzieś wysoko, ponad drzewami, księżyc wyłonił się z mroku, śliski i mokry, oklejony mgłą. Pokazał się i zaraz zniknął. Ciemność spłynęła na polanę, a wśród ruin kamiennej twierdzy rozbrzmiały szelesty, głosy, szemrania. Ktoś wędrował wśród cieni, zimne dłonie próbowały dosięgnąć się nawzajem. Potem zapadła cisza. Margeir odwrócił się powoli i ujrzał ogromnego niedźwiedzia. Zwierzę się zachwiało, ciemność wkoło niego zafalowała, jakby coś próbowało sięgać przez grubą opończę - niezliczone dłonie i twarze.
Ale był to tylko sen. Jeden z tych, które śnił już wcześniej, albo tych, które dopiero miał wyśnić - nie wiedział. W tym dziwnym miejscu, w którym się znalazł - w niewiadomej stronie na granicy światów - sny nie zachowywały się tak, jak powinny.
- Gorszy dzień, przyjacielu? - zagadnął długonogi Duńczyk.
Niedźwiedź sapnął ciężko i ułożył się w trawie, kryjąc swe niepokojąco ludzkie oblicze między masywnymi przednimi łapami.
Nie był to oczywiście żaden niedźwiedź, tylko bóg. I powolutku, powolutku umierał.
Margeir wyczuwał to od pewnego czasu - jak długiego, nie potrafiłby orzec. Czas również nie płynął jak powinien, i trzeba było wytężać wolę, aby się nie pogubić w rachubie dni. Duńczyk szacował, że odkąd dał się schwytać w pułapkę Agary, minęło co najmniej kilka tygodni. Nie łudził się jednak. Mogło to tak naprawdę być kilka miesięcy.
Martwił się o Haralda. Trochę. Nie za bardzo. Agara nie pozwoli mu zginąć.
Ilekroć się budził, słyszał za to: "Wróć do mnie, Margeir", choć to tylko wiatr gwizdał między podmurówkami dawno zawalonych domów. Z początku posępniał, słysząc te słowa, i robił sobie gorzkie wyrzuty. Potem zaczęły go drażnić. Chciał krzyczeć: "Nie mogę, nie mogę, Tove, daj mi już spokój!". Tylko że głupstwem byłoby krzyczeć we śnie na wiatr.
Wiedział zresztą, że jego niewola wkrótce dobiegnie końca. Agara wysnuła swe zaklęcie z mocy starego boga. Który umierał...
Właściwie powinno to Margeira cieszyć. Ale nie cieszyło. Przyklęknął obok niedźwiedzia, na mokrej trawie, i wsparł się o potężne cielsko, a było to tak, jakby przytulił policzek do rozgrzanego pieca, na który ktoś rzucił niedźwiedzią skórę; w prastarych kościach płonęła gorączka. Żal go ogarnął. Oto przemijał tuż przy nim, dopalał się, kawałek bardzo starego czasu - i nie będą już mieli olandzcy Słowianie swego leszego, który, choć straszny, strzegł wszak najgłębszych kniei ode złego; nie będą mieli Normanowie swego Fornjota, czyli Tego, Który Mieszkał Tu Zawsze; coś jedyne w swoim rodzaju skończy się i zniknie, i nic się nie narodzi na jego miejsce, a świat stanie się odrobinę pustszy, odrobinę mniej barwny, odrobinę bardziej jednaki.
Margeir zaś straci swego dozorcę, lecz jednocześnie także - jedynego towarzysza niewoli. Nie licząc może kóz.
Kozy przychodziły i odchodziły wedle własnej woli. Jako jedyne, poza bogiem, miały wstęp za kamienne mury. Ludzie zjawiali się czasem, być może składali ofiary, dla więźnia pozostawali jednak wyłącznie głosami dobiegającymi jak gdyby zza grubej ściany. Choćby oczy wypatrzył, wyglądając przez bramę, widział tylko mgłę. Słyszał za to strzępki zdań, westchnienia, czasem śmiechy. Nawet teraz ktoś kręcił się przy twierdzy. Dziewczyna i chłopiec, nie, i dwóch chłopców.
Ogromny niedźwiedź uniósł powoli głowę. Z jego gardła dobył się udręczony pomruk, a Margeir zrozumiał - choć nie miał pojęcia jak - że prastarą istotę łamie w kościach i serce potyka się w przepastnej piersi, i coś pali, pali, pali niemiłosiernie w żołądku, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Bóg się skulił. Sapał. Kiwał z boku na bok.
- To już? - zapytał cicho, łagodnie Duńczyk.
Niedźwiedź zesztywniał. Nastawił uszu. Głosy zza muru pobrzmiewały coraz wyraźniej, zdawały się nadbiegać raz ze wschodu, raz z zachodu. Dwóch chłopców i dziewczyna. I konie.
Bóg jęknął, jakby dźwięki te sprawiały mu ból. Poderwał się nagle i pognał ku najbliższej bramie, i odbił zaraz na północ, tam gdzie rósł potężny pięciopienny dąb - jedyne drzewo widoczne przez mgłę. Tam właśnie mieściła się gawra.
Margeir również ruszył ku wąskiemu przesmykowi w murze, przez który można było - to znaczy mógł kto inny niż on - wydostać się na otaczającą twierdzę polanę. Nim do niej dotarł, deszcz ustał i - jak to we śnie - wstało od razu popołudniowe słońce.
Długonogi Duńczyk wyjrzał za obwarowania. Rzadki mleczny opar wirował nad trawą.
Coś jednak było inaczej. Margeir uświadomił sobie, że do jego nozdrzy dociera woń, której nie czuł od dawna, a kojarzy mu się z domem: woń koni. Posłyszał też zaraz parskanie, mruczenie, niecierpliwe tąpnięcia kopytem. I las. Słyszał las. Mgła unosiła się powoli, rozwiewała, odsłaniała strzeliste korony świerków i sosen.
Za jego plecami coś zaszeleściło. Rozpoznał dźwięk kroków. Obrócił się powoli i zmarszczył brwi.
- Hm - mruknął pod nosem, myśląc o starym bogu i o dogasającej mocy zaklęcia. - Więc przyszedł na ciebie czas.
Stała przed nim para dzieciaków, na oko może osiemnastoletnich. Dziewczyna była trochę ładna, trochę brzydka, koścista, z nogami jak czapla, smagła, ciemnowłosa, ubrana po męsku, z włosami zwiniętymi w małżeńskie sploty, lecz niezakrytymi czepkiem, co momentalnie przywiodło Margeirowi na myśl Tofę. Chłopak - krępy, barczysty, z krągłym podbródkiem - nie przypominał w niczym towarzyszki, a mimo to po zachowaniu obojga zaraz dało się zauważyć, że są rodzeństwem.
- Co tu robisz, dobry człowieku? - zagadnęła dziewczyna, nieco zadziornie, co znowu skojarzyło się Margeirowi z Tofą. - Kozy pasiesz?
Długonogi Duńczyk uśmiechnął się mimowolnie.
- Nakarmiłem je raz, a teraz nie chcą się odczepić - odparł.
- Kim jesteś? - zapytał chłopak.
Margeir się przedstawił, wytłumaczył, skąd przybywa, któremu królowi przysięgał wierność i gdzie miał czekać na niego statek. Czuł się jednak, jakby dalej śnił, jakby to ktoś inny mówił za niego. Przypatrywał się uważnie parze dzieciaków. Wydawali mu się czegoś nieprawdziwi. I mówili nie olandzką gwarą, lecz w języku Swerów z Upplandu, tyle że z jakimś obcym zaśpiewem.
- A wy kim jesteście? Nie brzmicie mi na Swerów. Ani na olandzkich Wendów.
Chłopak i dziewczyna popatrzyli po sobie. Coś zaiskrzyło w ich spojrzeniach, jakieś niewypowiedziane słowa przepłynęły w powietrzu, utwierdzając Duńczyka w przekonaniu, że ma do czynienia z rodzeństwem.
- Jestem Sigrid Misikosdottir - oświadczyła młódka. - A to mój brat Burisleif.
Margeir milczał chwilę, przygryzając brodę. Misikosdottir. Mieszkowiczówna. I Burisleif. Bolesław. Wiedział, że gnieźnieński Mieszko ma ze swej chrześcijańskiej żony Dobrawy dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę, że chłopiec nosi imię Bolesław po wuju, czeskim kniaziu. Zdawało mu się jednak, że powinny to być kajtki takie, o, w wieku Swena.
- Jesteście dzieciakami Krwawego Mieszka... - odezwał się wreszcie, tonem na poły pytającym. A gdy ujrzał w ich oczach potwierdzenie, dodał ostrożnie: - Przemawiacie w jego imieniu czy w imieniu Eryka z Upplandu?
- W swoim własnym - odparł buńczucznie młody Bolko.
- Proszę cię zatem, Bolesławie Mieszkowicu, o prawo gościny. I ciebie też, Sigrid.
- Po naszemu wołają mnie Witka - powiedziała dziewczyna. - No, Wicisława.
Duńczyk uśmiechnął się ponownie.
- Witka. W porządku. Nie szukam z nikim zwady. Tutejszy jarl, Magnus z Hauldtorp, może za mnie poręczyć.
- Nie bardzo. - Witka zmarszczyła nos i cmoknęła jakby z przyganą. - Nie żyje od roku.
Margeirowi zaszumiało w uszach. Wrażenie, że śni dalej sen wariata, wróciło ze zdwojoną siłą. Słyszał, że Bolko odchrząkuje, zadaje jakieś pytania. Sam gadał dalej, odpowiadał. Ale coś było nie tak, bardzo, bardzo nie tak. Witka musnęła jego łokieć i przez chwilę zdawało mu się, że to Tofa weźmie go zaraz pod ramię. Wskazała na bramę.
No tak. Umarł bóg, pora wychodzić, pora wracać.
"Wróć do mnie, Margeir".
Długonogi Duńczyk przymusił się do ruchu. I nagle ogarnęło go uczucie pędu, bezdechu, ciasnoty. W następnej chwili stał już na błoniu pod twierdzą. Słyszał, jak Bolko woła na kogoś, żeby konie rozkulbaczał, szykował ognisko.
- Szczerbiec! Ruszże się, niecnoto!
Nadbiegł sługa, młody mężczyzna, pewnie ze dwudziestoletni, z jednym okiem i bez zęba na przedzie. Na widok Margeira rozdziawił usta, podszedł bliżej. Gapił się chwilę, aż wreszcie wydusił:
- Panie! Panie...
Duńczyk się zmieszał. Nie chciał jeszcze wierzyć.
- Znasz mnie? - zapytał.
- Pewno. Tyle że myślałem, że dawno już po was. A wy mnie nie pamiętacie? Przecie tej gęby nie sposób zapomnieć. - Pachołek zwany Szczerbcem wyszczerzył się w paskudnym grymasie. - Za koniem waszym goniłem. I daliście mi pół dirhema, i drugie pół, żebym tatkowi oddał. Wyście są czarownik Bocian.
Margeir cofnął się odruchowo, tak że wpadł na wychodzącą właśnie z bramy Witkę.
- Pamiętam - rzekł. - Pamiętam cię. Ile to czasu minęło?
- No, będzie z dziesięć lat.
- Dziesięć... - powtórzył Duńczyk. Zrobiło mu się sucho w ustach. - Nie. Rok, może dwa lata. Z dala od ludzi czas płynie dziwnie. Ale dziesięć? Nie. Nie dziesięć.
2
Dziwny to był thing.
Odbywał się wcześnie, dla wielu zbyt wcześnie, bo zwołano go na dzień równonocy poświęcony Frei. Jutlandzcy jarlowie zwykle zjeżdżali na błonia pod Jellinge ósmego dnia przed Majowym Świętem, bo wtedy właśnie według duńskiego obyczaju zaczynała się wiosna, a kończył się czas sztormów i można było planować wyprawy. Uporawszy się, rzecz jasna, z sądami, rozliczeniami wiosennego przychówku i innymi gospodarczymi sprawkami.
Niemniej na placu obrad otoczonym kamieniami na kształt łodzi, pod bliźniaczymi kopcami, pod którymi spoczywali przodkowie Haralda, nie brakowało wcale wojów. Zwłaszcza południowcy zjawili się licznie; niejeden spośród nich - na wzór Ulfryka syna Hrodulfa, jarla utraconego Hedeby - liczył, że uda mu się odzyskać leżącą za Danevirke ojcowiznę.
Nastrój zgromadzenia - zapach rozdeptanej buciorami trawy, trele ptaków hasających po łąkach, swary mężczyzn oglądane gdzieś z boku, z daleka - obudził w pamięci Tofy niespodziewane wspomnienie. Wiec plemienny na Wzgórzu Prowego, dzień drogi od Mechlina. Odbywał się w czas równonocy, w Jare Gody, wraz z którymi dla Obodrzytów - inaczej niż dla Duńczyków - zaczynała się już pora wiosenna. Siedmioletnia Tofa, ze świeżo zaplecionymi warkoczami, towarzyszyła wówczas ojcu wraz z matką i siostrą. Nie miała pojęcia, skąd się tam wzięły; kobietom rzadko udzielano głosu na radzie. Nawet przed sądem przeważnie wypowiadali się za nie ojcowie lub bracia.
Do teraźniejszości przywołało ją przybycie Tomiłki, która ze szczętem owinęła sobie wokół palca swego drugiego męża - Hauka Paniądomu - i nie odstępowała go niemal na krok. Widok przyjaciółki przypomniał królowej, że matka - ta tajemnicza istota, która kiedyś, na tamtym wiecu przed laty, wydała jej się jedyną ochroną przed rozkrzyczanym światem mężczyzn - to teraz ona sama.
Pomorzanka w pierwszej kolejności rzuciła się ściskać pierworodnego syna.
- No, chodź, Przeborek, chodź. Daj, wstydu ci narobię - zaćwirlała do niego po słowiańsku. A potem gdakała dalej: - Dobra Mokoszy, aleś wychudł! Nic cię tam nie karmili? Tofcia! Co ty, dzieciaka mi chciałaś zmarnować? Nie wszyscy muszą być takie chude patyki jak ty.
Sama Tomiłka przez lata przybierała na wadze, rodząc piątkę dzieci, a że była wysoka, mogłaby budzić nie mniejszy postrach niż jej mąż, bodaj najpotężniej zbudowany z Haraldowych jarlów. Na przeszkodzie do owego szczytnego celu stało jej tylko to - zdaniem Tofy - że pozostawała piękna jak jesienne jabłko.
- Matko, proszę cię - zaburczał Przebor, na przekór w mowie Duńczyków. - Nazywam się Peder, nie jakiś Pribor. Mogłabyś mówić po ludzku.
Królowa byłaby się roześmiała, gdyby nie złowiła kątem oka miny Swena. Królewicz przypatrywał się wylewom matczynej czułości, których ofiarą padł jego najbliższy druh, z pogardliwym uśmieszkiem. Tofa poczuła dziwny chłód w piersi, jakby połknęła drobinę lodu. Oparła dłoń na ramieniu syna.
- Ty też wolałbyś, żebym mówiła po ludzku? - zapytała w mowie Obodrzytów, którą Swen świetnie rozumiał, choć nigdy jej nie używał.
Chłopak spojrzał na nią jakoś obco; uśmiechał się dalej.
- Możesz mówić, jak tylko ci się podoba, matko - odparł. - I tak zawsze to robisz.
Wtedy zjawił się Panidomu.
- No-ooo, chodźcie, k-kajtki - wyjąkał, zgarniając obu młodzików. - P-p-posłuchacie, o czym się gada pyyy...rzed thingiem. Miodu się napijecie z mmmężczyznami, co? Ny-no, ale tylko trójniaka.
Tomiłka objęła Tofę, przytuliła się do niej całą sobą, wspierając policzek na czubku głowy królowej.
- Dziwne to, jak przestają być nasi - powiedziała. - Wstydzą się mowy swoich matek.
Tofa milczała w zadumie. Ni z tego, ni z owego ogarnęło ją przeświadczenie, że coś złe się zbliża. Zrobiło jej się nieswojo i chciała się uwolnić z uścisku, lecz Pomorzanka trzymała mocno. Ciepło biło od jej ciała.
Aby owo złe oblekło się w krew i kości, nie trzeba było długo czekać. Przybyło pod postacią Agary. Bo, jako się rzekło, dziwny to był thing. Król się na nim nie stawił, przysłał za to swoją wiedźmę.
Wyglądało, że zrobi się z tego burda. Jarlowie gadali między sobą, że Sinozęby ze szczętem już stracił nie tylko rozum, lecz także jaja, że drwi sobie z nich i z powagi zgromadzenia wolnych Duńczyków. Okazało się jednak, że w imieniu Haralda głos zabierze nie Agara, lecz Helmold Wół ze Skanii. Ten wyjaśnił, że króla przez całą zimę męczyły suchy kaszel i poty, i że dochodzi jeszcze do siebie, ale bez wątpienia pokaże się latem na walnym zgromadzeniu królestwa, by radzić o wojnie w Norwegu. Tymczasem dawał przyzwolenie, aby w sprawie południowej granicy jutlandzcy jarlowie postąpili według własnej rady i własnego uznania.
Rychło więc ustalono, że w przeciągu tygodnia ruszy wyprawa na Hedeby, na wodzów wybrano zaś Paniądomu i Ulfryka Hrodulfssona. Postanowiono też, że równolegle Ernbiorn wyjedzie do Kwedlinburga, aby zapowiedzieć nieprzyjacielowi wojnę, przedstawić warunki pokoju i rozeznać się w panujących w Rzeszy układach. Że będzie mu towarzyszyć królowa, właściwie nie było sprawą thingu, lecz starszyzna pobłogosławiła i poparła ten pomysł. Rozumiało się samo przez się - choć nikt nie mówił o tym głośno - że królewską małżonkę trapią jakoweś kobiece dolegliwości; przez piętnaście lat małżeństwa powiła wszak tylko jedno dziecię. W Kwedlinburgu mieścił się zaś klasztor żeński słynny z cudów i uzdrowień, o których Panidomu - najgorliwszy w całej Danii chrześcijanin - ochoczo prawił druhom przy piwie po skończonym dniu obrad.
Tofa zaczęła się więc szykować do wyjazdu. Cały czas zachodziła jednak w głowę, czego w Jellinge szuka Agara. Aż wreszcie ściągnęła ją chyba myślami, bo pewnego wieczoru czarodziejka zawitała do królewskiego domu - gdzie sama niegdyś sprawowała niepodzielną władzę - wnosząc w zadymioną duchotę świeży zapach wiosennego deszczu i obcokrajowych olejków.
W izbie było pełno ludu; siadali właśnie do wieczerzy. Ernbiorn i Panidomu ze śmiechem sadzali na ławach wojów ze swoich hirdów, Tomiłka krzątała się wśród służby, Swen i Przebor pochylali się nad ogniem, pogrążeni w tajemnych sprawkach dorastających chłopców. Gdy zjawiła się Agara, gwar stopniowo przycichł. Ludzie odwracali głowy. Na mgnienie oka zapanował bezruch, potem Tomiłka naskoczyła na przybyszkę z zajadłością, która najbardziej ze wszystkich zaskoczyła Tofę.
- A ty czego tu szukasz, co? - wypaliła Pomorzanka i jakiś pomruk wydarł jej się z gardła, niewypowiedziane słowo, które królowa rozpoznała bez trudu: "Wywłoko".
Czarodziejka się uśmiechnęła.
- Niczego. Przyszłam tylko życzyć mojej wychowanicy bezpiecznej podróży.
- Wychowanicy? - zatchnęła się Tomiłka.
"Wychowanicy?" - powtórzyła w myślach Tofa. Ale już wstawała zza stołu, wskazywała wolne miejsce u swego boku:
- Proszę, Agaro. Może siądziesz? Będziemy wieczerzać.
- Dziękuję, kochanie.
Czarodziejka posłała Tomiłce rozbawione spojrzenie - ostry, złośliwy sztylecik. Następnie ruszyła wskroś izby, a uwadze królowej nie umknęło, że tak wybrała ścieżkę, aby prześliznąć się jak najbliżej Swena.
Królewicz, rzecz jasna, obejrzał się za mijającą go kobietą. Rozdął nozdrza, na jego twarzy na chwilę odmalował się wyraz oszołomienia. A potem w oczach zabłysnął głód. Głód dojrzewającego chłopca, który wychowywał się wśród kobiet, lecz nigdy nie nasycił się ich dotykiem.
- Nie muszę ci chyba tłumaczyć - odezwała się Agara - że nie pochwalam tej twojej wariackiej wyprawy. Gościńce rozmiękły po odwilży i zbójców pełno na drogach. W dodatku na wieleckich ziemiach wciąż wojna, niepokoje. Myślisz, że tych pogan nie znęci taka niewinna kaczuszka zmierzająca do kwedlinburskiego klasztoru?
Obok czarodziejki rozsiadł się Ernbiorn. W masywnej grabie zaciskał kufel z drogim pszenicznym piwem, zasycanym miodem, które rozchlapał niefrasobliwie na stół.
- Toż królowa nie jedzie sama - powiedział. - Nie frasuj się, pani, przypilnujem jej dobrze. Co, Tofa?
Królowa skinęła głową.
- Wszystko już prawie gotowe do drogi - rzekła. - Głupstwem byłoby teraz zmieniać zdanie.
- Nigdy nie jest za późno, by zmądrzeć - oświadczyła Agara i zwróciła wzrok na Swena. - Nie wątpię, że jarl Ernbiorn zaopiekuje się tobą jak trzeba. Mają Ulflingowie ze Skagen jakąś niezwykłą słabość do ciebie; we wszystkim by ci chcieli dogodzić. Kto jednak zaopiekuje się twym nieopierzonym kaczątkiem?
Tofa zauważyła, że jej syn się rumieni, odwraca gniewnie głowę.
- Swen kończy w tym roku czternaście lat, jest już mężczyzną - powiedziała. A jednocześnie myślała: "Co ona wyprawia? Wiedźma wstrętna, najgorsza. Namawia mnie, żebym została, choć wie, że tylko mnie więcej podjudzi do wyjazdu". I nagle zrobiło jej się czegoś źle, czegoś ciężko na duchu. Bo Agara miała rację: opuszczać Danię było niebezpiecznie. - Wychowałam go najlepiej, jak umiałam. Nie potrzebuje opieki.
- O, w istocie? - Czarodziejka odsłoniła ząbki i dalej mruczała jak kot: - Zobaczymy, zobaczymy. Harald będzie go może chciał wziąć na wojnę w Norwegu.
- Chłopak jest zuch - wtrącił Ernbiorn. - Sam go uczyłem włócznią ciskać, mieczem robić. Na odyńca chodziliśmy. Nie tak było, Swen? I ojciec go też... znaczy mój ojciec... pod rękę brał.
Swen udawał, że nie słyszy.
- Jest w końcu synem Haralda - powiedziała Agara. - No, zobaczymy. Chętnie się przekonam, w czym są z ojcem podobni, a czym się różnią. Ciekawa jestem bardzo. Wiesz, kaczuszko? Bardzo, bardzo.
Czarodziejka otrząsnęła się nagle, jakby wyrwana z głębokiej zadumy, i wybuchnęła śmiechem. I dalej gadała już o rzeczach zwyczajnych. O pogodzie, o stanie gościńców, o tym, jaki szlak najlepiej obrać i czego się wystrzegać w drodze. Ochoczo zjadła wraz z resztą towarzystwa wieczerzę, choć skubała z różnych dań kęsiki jak najmniejsze. Chwilę rozwodziła się nad tym, jakie naprawy by trzeba przeprowadzić w królewskim dworze w Jellinge, co zmienić; strofowała żartobliwie Tofę, że leniwa z niej gospodyni. Wreszcie - dzięki niech będą Jasnemu Perunowi - odeszła.
Królowa starała się niczego po sobie nie pokazać. Dopilnowała, aby służba uprzątnęła dokładnie izbę, pomówiła chwilę z Paniądomu, z Ernbiornem. Dopiero później, kiedy wszyscy mościli się już powoli do snu, wzięła Tomiłkę pod ramię i wyszły razem na podwórzec - niby żeby zajrzeć do koni.
Pomorzanka zaraz jednak wyczuła nastrój przyjaciółki. Objęła ją ramieniem i tak przechadzały się chwilę w nocnym chłodzie, pod młodym wiosennym niebem.
- Tomiłko... - odezwała się Tofa. - Obiecasz mi coś?
- No.
- Będziesz miała baczenie na Swena? I w ogóle, w ogóle na wszystko?
- Obawiasz się tej jędzy, wstręciuchy?
- Nie. Nie boję się jej od dawna.
- To czemu straszysz? Co się dzieje, Tofa?
- Nic się nie dzieje. Po prostu bądź czujna i uważaj na siebie. I może na mnie troszeczkę, jeśli zajdzie taka potrzeba.
3
Bolko koniecznie chciał ujrzeć gawrę martwego boga, a Margeir obiecał spełnić życzenie kniaziewicza. Świństwem byłoby odejść, nie pożegnawszy się ze starym przyjacielem.
Czekał więc zmierzchu, gdy granica między Jawią a Nawią - Midgardem a Niflheimem, jak mawiali Duńczycy - stanie się cienka. W biały dzień nie miałby dość mocy, aby odkryć to, co zakryte przed oczami śmiertelnych. Po prawdzie nie był też przekonany, czy starczy mu jej nocą, zbliżały się jednak wiosenne Dziady, a ziemia Olandii syta była magią zmurszałych kości, zaklęcie powinno zatem okazać się proste. Sęk w tym, że w miarę, jak szarzało niebo i pośród wilgotnego boru gęstniała znów mgła, coraz mniejszą miał ochotę je rzucić.
Opadł go strach, jakiego wcześniej nie znał. Popłoch. Dławiło go coś w piersi i czuł, że jeśli zaraz nie ucieknie, wszystko rozmyje się na powrót w gorączkowym śnieniu, a on, Margeir, syn Thorleifa ze Skagen, już na zawsze pozostanie więźniem w niewiadomej stronie, między życiem a śmiercią. Gęsia skórka oblazła mu kark, ręce, nogi i odnosił wrażenie, jakby jakiś wiatr tajemny, zimny miał zaraz oderwać go od ziemi.
A jednak nie pokazywał niczego po sobie. Uśmiechał się, gadał, odpowiadał na pytania, bajał. Popatrywał na Bolka i myślał o Swenie, i nie dziwił się już nawet, jak to możliwe, że minęło lat dziesięć. Zastanawiał się tylko, czy ten chłopiec, o którym gadano kiedyś, że może być jego, wyrósł na młodzieńca takiego jak syn gnieźnieńskiego kniazia. Obaj mieli surowych, krwawych ojców.
Choć Bolko zachowywał się względem niego nieufnie, długonogi Duńczyk czuł, że mógłby młodzika polubić. Podobało mu się w nim, że stawia stopy jak mężczyzna, i trzyma ramiona jak mężczyzna, i każdym gestem pokazuje, że jest mężczyzną i wie już, co to życie i wojna, ale spogląda nadal jak dzieciak, ciekawy świata i zadziwiony jego okrucieństwami. Taki był kiedyś Harald.
Mrok gęstniał coraz szybciej. Młody kniaziewicz i jego sługa przekomarzali się i dorzucali do ognia, aby gorzał jasny niczym stos sygnałowy wskazujący okrętom drogę na Wolin.
Witka przysiadła się do Margeira, który grzał plecy przy palenisku i masował swe długie nogi, jakby wraz z chłodem mógł przegnać strach ze skóry i z kości.
- Spieszno ci wracać do domu, co? - zagadnęła dziewczyna.
- Mm. Spieszno.
- Jesteś żonaty?
Nie wiedział, czemu skłamał:
- Tak.
- I co, ładna ta twoja żona?
Margeir potrząsnął głową. Oderwał wzrok od ciemnej ściany lasu i popatrzył na Witkę, a w cieniu jego gęstej, kostropatej brody, jakby na przekór wszystkim jego smutkom i strachom, wykwitł szelmowski uśmieszek.
- No - rzekł. - Podobna do ciebie. Tylko ma jaśniejsze włosy, miodowe przy głowie, na końcach prawie białe. I śmieję się z niej czasem, że brwi nie ma, takie są jasne. I oczy też ma jaśniejsze, jak... jak niebo o poranku... zimą.
Witka się roześmiała.
- Czyli tak naprawdę nie przypomina mnie wcale a wcale.
Margeir uśmiechał się dalej pod wąsem.
- Przypomina. Tylko trzeba umieć to dostrzec. Jest w twoim wieku, może trochę starsza. To znaczy... była. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni.
- Macie dzieci?
Duńczyk skłamał ponownie. Przyszło mu to zupełnie swobodnie, bez śladu wahania.
- Syna. Będzie teraz w jego wieku - odparł, łypiąc przez ramię na młodego kniaziewicza.
- To brzmi jak zagadka z bajki o skrzacie, co strzegł skarbu w lesie. Masz żonę w moim wieku i syna w wieku Bolka. Więc ile sam masz lat?
- To nie zagadka. Po prostu dawno nie widziałem domu.
- Dlatego chcesz do niej pędzić? Do żony?
- Obiecałem, że wrócę. I tak zmarudziłem dużo czasu... dużo, dużo czasu. Pewnie będzie zła. Ty byś nie była?
Witka wzruszyła ramionami.
- Mój mąż bez przerwy gdzieś się szlaja, zostawia mnie samą na długie miesiące. - Milczała chwilę. - Pomówię z Bolkiem. Wypływa niedługo na zjazd do Kwedlinburga. Jak mu każę, to weźmie cię ze sobą.
- Kwedlinburg nie jest mi po drodze. Muszę wracać do Danii.
- Coś wymyślimy. Będą płynąć przez Wolin, a tam nigdy nie braknie duńskich kupców. Jeszcze zdążysz do domu na wiosenne Dziady, zobaczysz. - Dziewczyna rozpromieniła się nagle. - Skoroś tyle czasu zmarudził, musiałeś i ty dużo się szlajać. Bywałeś w dalekich krajach, za morzami? Mąż mi mówił, że na południe i wschód stąd, za krajem Kijowskich Polan, za wielką rzeką, która przez niego płynie, jest gród cały ze złota, który po waszemu zwie się Miklagard, a po naszemu Carogród. Naprawdę takie tam bogactwo?
Margeir zaczął więc opowiadać o swoich podróżach i wszystkich ludach, które poznał. I był niemal pewien, że tak samo gadał kiedyś z Tofą - przed laty, gdy przybyli dopiero do Jellinge.
Wreszcie przyszedł zmrok, a wraz z nim spod lasu wytoczył się siny pierścień mgły, który pełzł powoli przez polanę ku kamiennemu grodzisku. Długonogiego Duńczyka przeszedł dreszcz i w mgnieniu oka opuścił go wszelki strach. Odwrócił się w stronę ogniska, rzekł: "Patrzcie w ogień, patrzcie w ogień, tak będzie lepiej" i długo gwarzył o czasach, kiedy na wyspie żyły olbrzymy i stary bóg chadzał przez knieje. Gdy zaś gawęda dobiegła końca, polecił swym młodym towarzyszom wziąć łuczywa i powiódł ich na drugą stronę twierdzy, gdzie pod korzeniami pięciopiennego dębu kryło się zejście do świętej gawry widoczne jedynie dla niewidomej źrenicy. Margeir wymówił słowo mocy - cichutko, tak aby nikt go nie słyszał. I weszli razem w boskie leże.
Ale boga już tam nie było. Tylko truchło przeogromnego białego niedźwiedzia o wyleniałej skórze spoczywało na marach z uschniętych liści i zrudziałej sośniny.
4
Samotny żuraw poderwał się do lotu spłoszony tętentem kopyt i parskaniem koni; pomknął nad moczarem i łęgiem. Poruszyły się drzewa. Wiatr przyniósł zapachy dziwnie obce, a zarazem znajome. Serce Tofy drgnęło. "Dom" - powiedziała sobie, lecz zaraz odegnała tę myśl, z gniewem, z żalem. Nie dom, tylko sny dzieciństwa, odległe, nieprawdziwe. Przed oczami stanęła jej matka. Matka. Bardziej cień niż człowiek, wspomnienie czegoś ciepłego.
Spojrzała ku kamieniom starego mogilnika widocznym na wzgórku po prawej ręce. Z pamięci wypłynął obrazek dziewczynki zbierającej kwiaty. Nie było już kwiatów. Mech - mokry i lśniący - okrył głazy, przerosła je trawa. "Czy nikt nie składa tam ofiar? - pomyślała królowa. A potem: - Powinnam wystawić matce pomnik, kamień zapisany runami jak te, które upamiętniają duńskich królów..."
- Tofa?
Uniosła brwi, obejrzała się na jadącego obok mężczyznę. Para niebieskich oczu, wyzierających znad wysokich kości policzkowych, przyglądała jej się uważnie, z troską. Pod ich wpływem, i pod wpływem obco-swojskich zapachów, kolejne wspomnienie obruszyło się wśród mułu pamięci, nie wypłynęło jednak na powierzchnię.
- Co?
Ernbiorn poprawił się w siodle. Niepewny uśmiech zamajaczył wśród krótko przyciętej, posiwiałej brody. Mężczyzna uniósł rękę i z zakłopotaniem podrapał się po masywnym karku.
- Nic - powiedział. - Zdałaś mi się... smutna czegoś. Tyle.
- Myślałam o matce.
- A, o matce... - Ernbiorn pokiwał głową.
- Pamiętasz waszą matkę?
- Naszą?
- Twoją.
- Oczywiście, że pamiętam. Chociaż... - Ernbiorn się zawahał.
Przez lata Tofa przyzwyczaiła się, że jest bystry, prędki do zabawy i gniewu, a niechętny do zadumy. W tamtej chwili jednak jakiś cień okrył jego twarz.
- Co?
- A nic. Tak sobie tylko pomyślałem... Śmieszne to, kiedy umarła, była młodsza od ciebie. Ale pamiętam ją, pewnie, że tak. - Brodate oblicze ponownie rozjaśnił uśmiech. - Piękna była. Wyglądała jak moja Björk, tyle że drobniejsza, smuklejsza w kibici i biodrach, jak ty. Pewno przez tę waszą wendyjską krew. Duńskie kobiety są... no, są bardziej kobiece. Trzeba by chyba pomyśleć, żeby wydać ją za mąż. Björk, znaczy się. Tylko ckno czegoś. To moja ostatnia.
Björk była najmłodszą z pięciu córek Ernbiorna i jego pierwszej żony, Myrun. Jako jedyna wróciła z nim z Norwegu po śmierci matki. Źle dogadywała się z Drifą, drugą żoną jarla - na tyle młodą, że mogłyby być siostrami.
- Björk - powiedziała Tofa. - Po naszemu mówimy brzoza. Popatrz, jak te drzewa...
Za wzgórzem mogilnym ciągnął się jeszcze kawałek lasu mieszanego, który przechodził w łęgi nad brzegiem rzeki Meszki, nieopodal Mechlina. Błyszczały wśród niego złotawo-zielone listki i biało-czarne pnie.
Mężczyzna poskrobał podbródek. Jego uśmiech zgasł.
- Ojciec usypał jej kurhan w brzezinie. Matce, to jest. Nigdy o tym nie myślałem...
Zbliżyli się do podgrodzia. Wśród zrębowych chat kręciło się mnóstwo ludzi, na kawałku skoszonej łąki stanęła gęstwa namiotów. Dymy snuły się ponad osadą, a powietrze było ciężkie od gwaru głosów i woni pieczonych mięs.
- Widać zjechali na wiec i jeszcze siedzą - zauważył Ernbiorn. - Naradzają się, co będą gadać w Kwedlinburgu.
Przejechawszy między zabudowaniami, dotarli do pomostu prowadzącego do kniaziowskiej bramy. U wrót czekał na nich Mściwój wraz z najbliższymi żupanami. Gdy orszak stanął, kniaź ogarnął Duńczyków wzrokiem. Zmrużył oczy, skrzywił usta.
"Zestarzał się - pomyślała Tofa. - Jest gruby jak ropucha i całkiem osiwiał".
- Witaj, Mstiwój kniaź! - rzucił jadący obok królowej W odróżnieniu od ojca i brata bliźniaka nigdy nie miał daru do języków, i choć dobrze rozumiał mowę Słowian, gadał po swojemu, szybko, koślawo, niedbale. - Dobrze tę widziet. Bogowie dadzą zdrów, i Biały Chryst.
- Widzę, że Harald nie zmienił zwyczaju posyłania Tulirowiców, gdy nie chce mu się samemu ruszać dupy - wymruczał Obodrzyta. - Gdzie jest Sinozęby? I czemu przysłał moją córkę?
- Nasz konung siedzi w Skanii. Robi porządek w Gotaland, przyjeżdża tu. Najpóźno stoi na lato, na letniowe... e...
- Przesilenie - podpowiedziała Tofa. Zeskoczyła z konia i podeszła do ojca. - Mój mąż i król kazał ci przekazać, że jego jarlowie przekroczą Danevirke i zaniosą wojnę w kraj Sasów, ale z tobą nie mają zwady. On sam zamierza zjawić się w Hedeby najpóźniej na letnie przesilenie. - Chwilę patrzyła w oczy Mściwoja, myśląc, jak głęboko zapadły się w tłuszczu. - No, ojcze, nie cieszysz się, że mnie widzisz?
Kniaź zmieszał się, wydął usta, mruknął coś w brodę.
- No... cieszę się. Daj tu dzioba - wydukał.
Królowa wybuchnęła śmiechem. Pospiesznie, tłumiąc niechęć, boćknęła Mściwoja w policzek. "Proszę, jak pięknie - myślała przy tym. - Zagubiona córa wraca do domu, do sędziwego ojca, i wszystko jest... po staremu, jakby nigdy nic".
- Przybygniewa nie ma? - zapytała.
- Nie ma. Siedzi nad Hobolą z Wieletami. Przepraszam, Lutykami. Tak się teraz każą wołać, Lutykowie. Że niby takie lute chłopy. Lute jak mrozy w... e... lutym.
Stary kniaź parsknął. Zwrócił wzrok z powrotem na Ernbiorna.
- Chodźcie, konie wam każę oporządzić, córę zaprowadzę do babińca, a potem radzić nam. Lada dzień przybędą posły od Wieletów i od starego Mieszka. Jako sprzymierzeńcy powinniśmy zająć wobec nich wspólne stanowisko. Chętnie posłucham, co ustalił duński wiec.
- Radzit! - zawołał masywny jarl. - Ty nas pierwej nie ugosti z mjod i mjynso? Nadto, dróttning - wskazał palcem Tofę - wziąć na radę. W Kwedlinburg dróttning Tysków na thingu, to i nasza dróttning na thingu. Ha?
- Jedziesz do Kwedlinburga? Na zjazd dworski Rzeszy? - Mściwój zmierzył córkę spojrzeniem. W jego jasnych oczach zdziwienie walczyło o lepsze z niepokojem. - I Sinozęby przystał na to?
- Nie miał wyboru. Nawet król musi ustąpić przed wolą zgromadzenia wolnych Duńczyków.
- Takie rzeczy... Babę na kniaziowskie zjazdy posyłać.
- Cesarzowa Teofano, jak słyszę, cieszy się wielkim mirem wśród Wschodnich Franków. Podobnie jak matka zmarłego Ottona, Adelajda, i jego ciotka Matylda z Kwedlinburga.
- Nie tak wielkim, jak sądzisz.
Tofa zmusiła się do śmiechu.
- Daj spokój, ojcze. Straszny się z ciebie gbur zrobił na stare lata. Jadę do Kwedlinburga w babskich sprawach, więc nie bój się, nie popsuję wam zabawy. Zamiast zrzędzić, pocieszyłbyś się trochę moim towarzystwem. Chodź. - Chwyciła kniazia pod rękę. - Nakarm nas i daj wypocząć, potem możemy mówić o polityce.
- Dobrze. Szkody z tego wielkiej nie będzie. I tak nic nie zadecydujemy, dopóki nie dowiemy się, co zamyślają Wieleci i Mieszko.
- No widzisz. Nie ma co się spieszyć.
5
Na morzu zrobiło mu się lepiej. Rozkoszował się hukiem fal, głębokimi westchnieniami i klaśnięciami wody toczącej się pod kadłubem, posmakiem soli w ustach, drobinami morskiej piany tnącymi brwi i policzki. Słuchał szczebiotu Swerów z Upplandu, który w jego duńskich uszach brzmiał jak głos dzieci cedzących starannie każde słowo. I powolutku, powoli godził się z tym, gdzie jest, kim jest i w jakim jest czasie.
Nie miał innego wyjścia.
Z zatoki pod Hauldtorp na zachodnim brzegu Olandii wypłynęli w dwie łodzie. Pękaty korab kołobrzeskiej roboty, przysłany przez Mieszka, niósł drużynę kilkudziesięciu wojów pod przewodnictwem wojewody Jaśka z Lubusza. Tymczasem Bolko wraz z Margeirem, Szczerbcem i dwudziestoma swerskimi młodzikami, przydzielonymi do hirdu kniaziewicza przez jego szwagra, króla Eryka z Upplandu, podróżowali na pokładzie rączego snekka, również podarowanego młodzikowi przez upplandzkiego władcę.
Margeir przyglądał się Bolkowi przez całą drogę na Bornholm gdzie mieli spędzić pierwszą noc podróży. Przyglądał się i myślał. Zastanawiało go, że chłopak radziej trzyma ze Swerami niż ze swoimi.
- Kniaź u naszego konunga Eryka od przeszło trzech lat siedzą - powiedział mu Szczerbiec, gdy długonogi Duńczyk pociągnął pachołka za język. - Nie chce bardzo gadać, czemu go tak z kraju pognało, ale musi, że pożarł się o coś ze starym kniaziem, znaczy się panem Mieszkiem. Tak zmiarkowałem. No ale teraz to pewno dawno i nieprawda, skoro go ojciec doma wzywa.
Wieczorem, kiedy wyciągnęli już łodzie na bornholmski brzeg i rozpalali ognie, Margeir nastawił uszu. Widział, jak gnieźnieńscy wojowie łypią na swego młodego pana. Przechadzając się niby przypadkiem, dosłyszał, jak jeden z nich burczy w wąsy:
- Co my jesteśmy, psy? Z tamtymi się brata, choć ani słowa nie umieją powiedzieć po ludzku, a do nas nawet gęby nie otworzy?
Bił się chwilę z myślami, ale nie bardzo długo. Taką już miał naturę. Wyczekał, aż Bolko zostanie sam, i wówczas przysiadł się do niego, zagadnął. Młodzik nastroszył się momentalnie. Nie chciał słuchać.
- Idź do nich, podaruj im baryłkę miodu z zapasów, które przyszykował ci Eryk, siądź z nimi jutro na statek, poopowiadaj im głupstwa i posłuchaj, co mają do opowiedzenia - poradził mu Margeir. - Jeśli masz być kiedyś ich kniaziem, będą cię chcieli widzieć między sobą.
- A tobie co zależy? - burknął Bolko.
- Nic mi nie zależy. Po prostu mam długi nos i lubię go wtykać w nie swoje sprawy. Dlatego wołają mnie Bocian.
Młodzik wzruszył ramionami. Udawał, że słowa starszego towarzysza podróży nic go nie obeszły. Nazajutrz przesiadł się jednak na statek Jaśka z Lubusza i bawił załogę niestworzonymi, sprośnymi gawędami, których bogi wiedzą gdzie się nasłuchał. A ludzie lgnęli do niego jak osy do miodu.
"Tym się różni od Haralda - myślał sobie Margeir. - Będą się go bali, ale będą go lubić". I szczerzył się do siebie, i czuł mieszaninę durnowatej dumy i słodkiej tęsknoty.
Kolejny dzień podróży minął bez przygód, a wieczorem oczom żeglarzy ukazało się wybrzeże Wolina i ujście rzeki Dziwny. Wpływając w przesmyk, musieli poradzić sobie z wirami, wnet jednak przedostali się na spokojne wody zatoki zwanej Cichą. Margeir, który leżał w dziobie korabia, ujrzał nad sobą garb wysokiej, porośniętej wrzosem skarpy. Na jej szczycie, w złotawej poświacie, dało się dostrzec zarys baby kamiennej otoczonej murkiem - zwieńczenie kurhanu.
Przypomniała mu się historia, którą kiedyś opowiadała mu matka, o czarowniku Haraldzie Dotkniętym Przez Bogów, zdradzonym i zamordowanym przez Wolinian. Miał on mieszkać tu właśnie, nad samym morzem. Szczecinianie, którzy nie cierpieli sąsiadów z przeciwnego krańca zalewu, bardzo tę gawędę lubili. Powiadali, że u Haralda chował się Piast, pierwszy kniaź gnieźnieńskiego kraju, i że ten Piast przyszedł na Wolin z ogniem i mieczem, aby pomścić opiekuna i dopaść kryjącego się tam ciemięzcę swego ludu, męża przezywanego złośliwie Chwościskiem.
- Co to Chwościsko? - zaciekawił się mały Margeir.
A matka odparła bez śladu zażenowania:
- Chwost to to, co dynda chłopcom między nogami. Jak ktoś myśli tym dyndadłem, a nie głową, należy mu się imię Chwościsko.
Duńczyk uśmiechnął się do wspomnień. Gdy tak leżał i patrzył w niebo, matka stawała mu przed oczami jak żywa. W chmurach dostrzegał jej twarz, całą jej postać, kiedy siadała w brzezinie na Skagen. Chłodny powiew ciągnący znad morza przypominał mu smukłe przedramiona - jasne, prawie białe - wyłaniające się z rękawów zielonej sukni, dłonie o długich, różowych, niemal przejrzystych palcach. Szemrały jej głosem tataraki.
Margeir stęknął niczym starzec i uniósł się do pozycji siedzącej. Żeglarze krzątali się po pokładzie, szykowali liny.
- Będziemy przybijać?
- Po ćmie źle płynąć - odparł Jaśko z Lubusza. - A do grodu i przystani jeszcze kawałek. Staniemy w szuwarze. Ino oddalmy się nieco od skarpy. Tam, powiadają, panie Margeir, zbłąkane dusze hasają po wrzosowisku. A Dziady blisko.
Zacumowali więc i rozbili obóz pod lasem. Rozsiedli się przy ogniskach, wytoczyli baryłkę lekkiego jęczmiennego piwa, wzięli się za gotowanie kaszy, na lnianych serwetach porozkładali wędzone ryby.
Noc zapadła szybko. Bór szumiał wkoło, a woń sośniny mieszała się z zapachem dymu. Wojowie pili, śmiali się, wiatr porywał ich słowa, kręcił nimi wraz z unoszącymi się z ognia iskrami. Z upływem czasu, w miarę jak ciemność gęstniała wokoło, głosy przycichały. Do obozowiska zakradła się senność.
Margeir głowę miał wciąż pełną wspomnień o matce, z którymi mieszały się powoli myśli o Tofie. Ale były to myśli niegroźne, leniwe, ulotne jak blask ostatnich promieni słońca. Otrząsnął się z nich niby z drzemki i wtedy uświadomił sobie, że śpią już wszyscy poza nim i młodym Bolkiem, który musiał w pewnej chwili przysunąć się blisko do niego - na wyciągnięcie ręki.
Chłopiec siedział zakutany w płaszcz, z kapturem naciągniętym płytko na głowę, tak że nie zasłaniał uszu, a w roztańczonym świetle płomieni jego twarz wyglądała bardzo młodo i smętnie.
- Nie cieszysz się, że wracasz do domu? - zapytał cicho Margeir.
- Ojciec chce, żebym się ożenił.
- To źle?
Kniaziewicz pokiwał głową z boku na bok: ani dobrze, ani źle, co za różnica?
- Co, w innej się kochasz? - zapytał Duńczyk.
- Nie.
Margeir przypuszczał, że Bolko kłamie. Choć mógł się oczywiście mylić. Niewiele wiedział o wychowaniu chłopców.
Postanowił poczekać, aż młodzieniec sam powie, co mu leży na wątrobie. Kniaziewicz milczał jednak dalej. I tylko się rozluźnił, wyciągnął przy ogniu; na twarz wypłynął mu uśmiech. Może tego mu było dosyć: pomilczeć po męsku. "Oczywiście - myślał sobie Margeir - to głupstwo zadowalać się przeświadczeniem, że my, mężczyźni, we wszystkim się rozumiemy, a czego nie rozumiemy, widać rozumieć nie musimy, ale tak to już jest dorastać, tak jest wśród Duńczyków i Słowian, i pewnie wszystkich ludów, jak świat długi i szeroki".
Tknięty jakimś obcym mu dotąd uczuciem, poczochrał chłopakowi włosy, a potem wyciągnął się również i poszedł spać.
Następnego dnia dotarli wreszcie na Wolin. Jaśko z Lubusza gderał zawzięcie na Wolinian - że tłuste takie toto, że leniwe, że głowę zadziera - a jednocześnie przechwalał się, jak to jego pan, kniaź Mieszko, tę butę wolińską ukrócił, jak obrotnym wyspiarzom karku przygiął. Margeir słuchał z nachmurzonym czołem. Odkąd pamiętał, Harald miał liczne sprawki na wyspie, utrzymywał wpływy zarówno pośród osiadłych na niej Normanów, jak i miejscowej starszyzny. Jeśli Krwawy Mieszko wpływy te mu wydarł, jeśli umocnił się na Pomorzu, jak z dawna pragnął, mogło to oznaczać, że Duńczycy zyskali nowego wroga.
Starostwo grodu przyjęło gości uroczyście, wieczorem zaś na cześć Bolka wyprawiono wielką ucztę na placu wiecowym. W blasku ognisk żercy złożyli potrójną ofiarę: z wołu dla Swaroga i Dadźboga oraz z baranka dla saskiego Helianda, czyli Białego Chrysta. Co znamienitsi członkowie wspólnoty przyszli pozdrowić kniaziewicza - oby mu bogowie darzyli! Nie zabrakło także przybyszów z osady normańskiej. Pośród tych ostatnich od razu rzucił się Margeirowi w oczy przygarbiony wielkolud o nieprawdopodobnie szerokich barkach i niezliczonych koralikach wplecionych we włosy i brodę. Styrbjörn.
Woliński jarl zdawał się już pijany. Powitał młodego Mieszkowica kilkoma niezbyt składnymi chrząknięciami i śmiechem; nie kłaniał się. Potem jego spojrzenie zbłądziło ku długonogiemu Duńczykowi. Coś zamigotało za mętnymi tarczami oczu. Zamigotało i zgasło.
"Nie poznał mnie" - pomyślał Margeir.
Ale gdy już siadł wraz z innymi do stołu, gdy nałożył sobie kaszy ze smalcem, kapusty z ciecierzycą i grochem, gdy zaczął odkrawać kawałki pieczeni, które słowiańskim obyczajem nadziewał na długi szpikulec i tak podawał na talerz, poczuł nagle na karku uścisk wielkiej dłoni, długich palców szorstkich jak palce jaszczurki.
Rozległe cielsko Styrbjörna wyłoniło się z roztańczonych cieni i rozciągnęło u boku Duńczyka na ławie.
- Słyszałem, że nie żyjesz.
- E. Przesada - odparł Margeir.
- No, dobrze cię widzieć. Do mnie wracasz? Do hirdu? Na wiking cię ciągnie, mmm...
- Nie spytasz, gdzie się podziewałem?
- Ha! A co mnie do tego? Sinozęby to cię szukał. O, Sinozęby tak. I ta twoja mała.
Margeir zmarszczył brwi.
- Moja mała? - zapytał z powątpiewaniem.
- No, królóweczka twoja. Kupce za tobą pytały, niby że z jej poduszczenia. Lata temu. Mmm. Pocieszyła się, tak mówią. Jedni twierdzą, że jakiś skald grzeje jej łoże. Inni, że może twój brat Ebbe... Mnie te rzeczy nic nie obchodzą. To są babskie sprawy, Margeir...
- Stybbe, nie pleć głupstw, chociaż ty. Tofa nie jest i nigdy nie była żadna moja królóweczka. Harald...
Ale Styrbjörn nie słuchał. Zatkał dłońmi uszy i począł mleć donośnie ozorem niby dziecko.
- Babskie sprawy! - huknął. - Babskie! Słuchaj. Mm? Nosem pociągnij. Wojna, Margeir. Czujesz? W powietrzu? Na Wolinie łapę teraz położył Krwawy Mieszko, Wendowie siedzą u niego w kieszeni. A ja co, mam nie brać? Jak daje? Sinozęby dawno mi srebra nie posyłał. Wojna będzie.
- Z kim? - zapytał Duńczyk. - Z kim się tym razem Mieszko chce bić? Z Wieletami?
- Gdzie! Wielety teraz mocne. Lute chłopy. Lute, rozumiesz? Ha! Tyski za to... o, droczą się między sobą jak panienki. Zjazd robią. W Kwedlinburgu. Płakać będą. Bo im Wielety Brandenburg urwały. I Havelberg, e? Tyski teraz słabe. Tamci podgryzają im boki. Jak wilcy, rozumiesz.
Styrbjörn parsknął śmiechem i wnet zaczął szczekać, udawać, że wyje do księżyca.
- Pijany jesteś - mruknął Margeir. - Nic się z twojej gadaniny nie da zrozumieć. Mów lepiej, co w kraju. Ernbiorn, wnoszę, zdrowy. A ojciec? Harald? Tofa?
Woliński jarl spoważniał nagle. Potrząsnął głową, aż się rozdzwoniły koraliki w jego długich, przetłuszczonych włosach.
- Raz ją widziałem, Margeir, raz jeno...
- I co? Zdrowa?
- Wiedźma to.
- Ty sam jesteś wiedźma, głupi.
- No. - Styrbjörn wyszczerzył zęby. Z rozmachem opróżnił czarkę miodu. - Ufff... Nie masz ty oka, bracie. Brzydka kaczka ta twoja mała. Brzydka. Chuda. Nic bioder. Dziecko jedno jeno powiła. Gadają, jedzie do jakichś raszpl chrześcijańskich, cycki jej będą nacierać miodem, a łono dziegciem...
- Stybbe - przerwał z napiętym czegoś uśmieszkiem Margeir.
- No?
- Nikt cię dawno w zęby nie wyciął, co?
Wielkolud umilkł. Dłuższy czas kiwał się bez słowa. Potem wyrzucił z siebie niespodzianie:
- Wojna, Margeir. Mm, wojna. Dobrze. Zasiedziałem się. Krwawy Mieszko nas pewno puści ze smyczy. Jak wilki, rozumiesz. Albo jak wilczary. Dobrze.
- I na kogo niby was puści?
- Na kogo, kogo. Jak sądzisz, na kogo? Na słabszych.
Rozgadał się Styrbjörn. Prawił długo o księciu Henryku Bawarskim, co po raz kolejny zapragnął dla siebie cesarskiej korony, o młodym Billungu, o Mieszku, czeskim Bolesławie, Mściwoju, Wieletach. Długonogi Duńczyk słuchał tego obojętnie, kiwał głową, uśmiechał się dla niepoznaki. A gdy druha zawiodła wreszcie wymowa, rzekł:
- Słuchaj, Stybbe, potrzebny mi statek do Danii.
- Aha. Możesz dostać. Choćby teraz. Wpakuję cię na smoka, za dwa dni będziesz pod Vejle.
Margeir uśmiechnął się pod wąsem.
- Po ćmie nie będę wypływał. Zresztą muszę się rozmówić z młodym Bolesławem. Udzielił mi prawa gościny, mam u niego dług. Kto wie, czy mnie puści.
Tu obejrzał się na młodzieńca, który siedział nieopodal, lecz Bolko tylko popatrzył na niego zdziwiony, jakby nie dosłyszał.
Styrbjörn również łypnął na kniaziewicza, czegoś drapieżnie.
- Co ma cię nie puścić? - zawarczał półgłosem.
Margeir uniósł ostrzegawczo palec.
- Rozmówimy się jutro, jak przetrzeźwiejesz. Stybbe, spójrz na mnie. To Krwawego Mieszka syn, nie szukaj z nim zwady.
- No dobra, już dobra. Ha, to do domu wracasz? Myślałem... mmm... Myślałem, że za swoją małą pognasz.
- Bredzisz coś.
- Bredzę. Chcesz statek? Dam ci statek. Choćby i do Kwedlinburga. Da się do Kwedlinburga rzekami dopłynąć?
- Do Danii, Stybbe. Pomówimy jutro.
Długonogi Duńczyk zbierał się, by wstać, lecz Styrbjörn przytrzymał go za rękę.
- Czekaj, Margeir. Czekaj, aaa... Powiedz. Gdzieś ty był przez te lata? W Miklagardzie? U Rusów?
- Na Olandii.
- Aaa. Dziwna to wyspa - wymamrotał woliński jarl. - Dziwna, mmm. Trupy tam. Wszędzie trupy. Śpią pod stopami ludzi. Śnią. A bogowie chadzają ścieżkami zwierząt.
- Tak, Stybbe.
- Czekaj, powiadam, czekaj. Tej łodzi... do Kwedlinburga... nie chcesz?
- Do Danii. Do Kwedlinburga się stąd nie dopłynie. Najprostsza droga prowadzi lądem, przez ziemie Wieletów.
- A. To konia ci dam. Chcesz?
Margeir pokręcił z rozbawieniem głową.
- Stybbe, po kiego czarta mnie do Kwedlinburga ślesz?
- A bo to nie wiesz? Twoja królóweczka tam będzie. Ja słyszę wszystkie plotki. Powiadają...
- Tofa będzie w Kwedlinburgu? - przerwał Duńczyk.
- Będzie. Ha! Będzie.
- W Kwedlinburgu?
- Tak. W Kwedlinburgu.