Rozdział 7
Bożena Wysocka nie spała. Wsłuchiwała się w odgłosy nocy i czekała na
uderzenia starego ściennego zegara wiszącego w salonie. W nocy bicie
słychać było bardzo wyraźnie.
Do jej uszu dobiegł dźwięk dwóch uderzeń. Druga w nocy. "Czas tajemnic"
-?szepnęła bezgłośnie i zaśmiała się w duchu. Jej mąż, prokurator
Dariusz Wysocki, spał obok. Słyszała jego miarowy oddech, czasem z gardła wydobywało mu się pochrapywanie.
Cicho wstała i przez chwilę obserwowała męża. Upewniwszy się, że mocno
śpi, ruszyła boso w kierunku schodów prowadzących z sypialni na parter.
Drewniane stopnie skrzypiały, Bożena jednak znała je doskonale,
wiedziała, gdzie stanąć. Jak duch w białej nocnej koszuli spłynęła na
dół. Nie zapalała światła. Podczas nocnych rozmyślań nie zamykała oczu,
dlatego były przyzwyczajone do ciemności.
Na dole przeszukała dokładnie torbę męża, potem kieszenie jego spodni i marynarki. Często to robiła. Wysocki notorycznie ją zdradzał i oszukiwał, traktował jak głupią kurę domową. A ona była bardzo
przebiegła. Przecież gdyby nie zaszła w ciążę, też zostałaby
prokuratorem.
Wiedziała o wszystkich jego romansach. Na początku się nimi przejmowała,
wreszcie jej zobojętniały. Z wyjątkiem jednego.
Tym razem w kieszeni marynarki zabrzęczały klucze. Bożenie szybciej
zabiło serce. Jej mąż miał jedną tajemnicę, której jeszcze nie zdołała
rozwikłać.
Do ich domu przylegały dwa garaże. W pierwszym parkowali terenowego
nissana, drugi nie był używany. Chociaż właściwie Bożena nie miała co do
tego pewności. Przed rokiem jej mąż nagle zmienił zamki do tego garażu.
Nawet jej nie wytłumaczył dlaczego. Długo ignorował pytania, potem
zbywał ją głupimi żartami, wreszcie oświadczył, żeby się tym nie
interesowała, bo on potrzebuje miejsca, gdzie nikt nie ma dostępu i gdzie może realizować swoje męskie hobby. Bożena była zdziwiona. Nigdy
nie zaobserwowała, żeby Wysocki miał jakieś hobby. Może z wyjątkiem
kobiet. Ale kobiet na pewno tam nie zapraszał.
Czasem zamykał się w garażu na kilka godzin, a ona podsłuchiwała pod
drzwiami. Słyszała odgłosy stukania, chyba przecinarkę do metalu, coś
jakby odgłos palnika acetylenowego.
Od miesięcy starała się znaleźć klucze do garażu. Nie była pewna, czy
chodzi o te, ale prawdopodobieństwo było duże. Prokurator Dariusz
Wysocki stracił czujność.
Wyjęła klucze i nie zapalając nigdzie światła, poszła do garażu.
Przeszła przez pierwsze pomieszczenie, w którym majaczył cień czarnego
nissana. Nie lubiła nowego auta. Wcześniej mieli hondę, ale zeszłego
lata ktoś ją ukradł i już się nie znalazła, mimo że Darek postawił na
nogi połowę policji w mieście. Pewnie pojechała na wschód.
Stanęła przed drzwiami do drugiego garażu. Klucze nie pasowały. Wróciła
na górę. Rozczarowanie zmieniło się w złość.
Mąż spał w takiej samej pozycji, w jakiej go zostawiła. Cicho sięgnęła
do skrytki pod parapetem okna. Dotyk chłodnej stali przyprawił ją o zawrót głowy. Poczuła, jak ogarnia ją dziwna euforia. Wyprostowała się i mocno zacisnęła palce na rękojeści pistoletu CZ 75 kaliber 9 milimetrów.
Ona też ma swoje skrytki i tajemnice.
Stanęła w nogach łóżka, podniosła broń i wycelowała w głowę męża. Ze
zdziwieniem zarejestrowała, że czuje mrowienie w podbrzuszu. Cudowne
uczucie. Jakby wstęp do potężnego orgazmu. Pewnie dlatego niektórzy
mężczyźni tak kochają broń.
Zastanowiła się, co by się stało, gdyby teraz strzeliła. Za daleko,
mogłaby nie trafić. Zbliżyła się do śpiącego i jeszcze raz wycelowała mu
w głowę. Wystarczyło tylko z wyczuciem nacisnąć spust i nie zerwać
strzału. Właściwie jego wszystkie zdrady przestały ją interesować. Z wyjątkiem jednej.
Ta cholerna policjantka Paulina. Darek miał czelność się w niej
zakochać. Za to należała mu się kula w łeb. Za to, że obdarzył tę
pierdoloną dziwkę uczuciem, jakim nigdy nie obdarzył własnej żony. Druga
kula należy się dziwce.
Cały czas czuła narastające ciepło w podbrzuszu.
Nacisnęła mocniej palcem wskazującym spust i poczuła, że sprężyna powoli
ustępuje.
Rozdział 8
Początek września
W ułamku sekundy koszmar powrócił. Poczuła się, jakby dostała pałką w głowę. Oszołomiona i zszokowana, patrzyła w ekran komputera, czując
wszechogarniające zimno.
Nie była gotowa na taki widok. Wiadomość z nieznanego adresu otworzyła
odruchowo, myśląc, że to spam. Duże, czarne litery tworzyły zdanie,
które wbiło się w jej duszę niby lodowy sztylet:
Szepce ci do ucha miły głos -?znowu wylosowałaś pusty los.
Ciągle jeszcze śniły jej się w nocy zmasakrowane zwłoki Apacza leżące w kałuży krwi. Przez pierwsze dni non stop myła twarz i dłonie, ciągle
czując na nich jego krew. Jak Lady Makbet. Ale miała nadzieję, że to już
mija.
Ten mail wszystko zmienił.
Pierwszego tygodnia po śmierci Apacza Anka Wiśniewska nie pamiętała.
Czasem wracały do niej jakieś obrazy: policja, koledzy niosący trumnę,
zapłakani rodzice, pochylający się nad nią ratownik medyczny z pytaniem,
czy go słyszy. Obrazy były jednak nienaturalnie zniekształcone jak u Goi
w ostatnim okresie jego twórczości. Ciąg ciemnych twarzy porażających
szpetotą.
Potem bardzo pomogła jej matka -?ta sama matka, która od lat żyła w koszmarach po tragicznej śmierci ojca Anki. Z dnia na dzień rzuciła
palenie, zaczęła się lepiej ubierać, dbać o siebie. I co najważniejsze,
każdą chwilę poświęcała córce. Pomagała jej wrócić do normalnego życia.
I kiedy się już prawie udało, przyszedł ten mail. Bezmyślny, brutalny
żart... albo i nie...
Fiolka siedziała przed jarzącym się ekranem i wstrząsana dreszczami
kiwała się w przód i w tył. Nie miała siły sięgnąć po myszkę i zamknąć
okna. Co to, kurwa, jest?! Wreszcie zrozumiała, że nie jest zziębnięta,
tylko przerażona.
-?Co to, kurwa, jest?! -?wypowiedziała głośno swoją ostatnią myśl.
Wróciła do rzeczywistości.
Odetchnęła głośno i odważyła się spojrzeć w ekran. Nic się nie zmieniło.
Wielkie litery nadal układały się w tę samą upiorną rymowankę. Sięgnęła
po myszkę. Dłoń jej tak drżała, że nie mogła najechać kursorem na
krzyżyk zamykający okno w poczcie. Wreszcie trafiła. Opr3495ssh@tlen.pl.
Nie znała takiego adresu. Pocieszyła się, że przecież w Internecie nic
nie ginie. Zawsze można namierzyć nadawcę wiadomości po kodzie IP.
Poczuła się lepiej.
Nagle pomyślała, że powinna zatelefonować do innych. Może też dostali
kretyńskie wiadomości z tego samego adresu? Zanim jednak zdążyła wybrać
pierwszy numer, aparat zawibrował jej w dłoni. Na wyświetlaczu
zobaczyła, że dzwoni Don Pedro.
-?Fiolka, musimy się spotkać. -?Tymon Jagla był zdenerwowany. -?To nie
na telefon. Za kwadrans przy szkole, jak zwykle.
Kiedy się zjawiła, już na nią czekał. Chodził niespokojnie tam i z powrotem. Trzy kroki w jedną stronę, trzy kroki w drugą. Dłonie zacisnął
w pięści. Domyśliła się, dlaczego jest wzburzony.
Bez słowa podał jej kartkę złożoną na czworo. Rozwinęła ją. To był
wydruk z maila.
Niestety, stary, otrzyj łzy -?w tej kolejce wygrywasz TY.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Znowu dopadł ją strach.
-?Dostałaś rymowankę? -?zapytał Tymon.
Skinęła głową. Wyrwał jej kartkę z dłoni, zmiął i wyrzucił do
pobliskiego kosza.
-?Dzwoniłem do reszty -?powiedział przytłumionym głosem. -?Daenerys
dostała coś podobnego, Skucha tak samo, Kwasu i Mateusz też. Nie
dodzwoniłem się do Werki, ale ona jest jeszcze na dodatkowych zajęciach
w szkole i pewnie nie sprawdzała poczty.
Fiolka zaczynała powoli rozumieć.
-?Wszyscy mają rymowanki o pustym losie. Tylko ja... -?zawahał się -
wygrałem.
Fiolka milczała. Przed oczami znowu miała Apacza. Kiedy powiedziała mu
wtedy o mailu, strasznie się zdenerwował, choć starał się to ukryć. A potem ją pocałował i objął. Nagle zrozumiała dlaczego i spojrzała na
Pedra jeszcze bardziej przestraszona.
-?Posłuchaj, Anka -?zaczął, przestępując z nogi na nogę. -?Jesteś z nas
najrozsądniejsza, dlatego zadzwoniłem do ciebie. Poza tym lubiłaś Apacza
i on ciebie też. Przecież nie był typem samobójcy. Nie wierzę, że
skoczył z tego cholernego dachu. Nie znałem drugiego tak wesołego i pozytywnego gościa. A przyjaźniliśmy się przecież od przedszkola.
Anka pamiętała, że od kiedy poznała chłopaków, Tymon nie odstępował
Apacza. Wyglądało, jakby był jego młodszym bratem -?Oskar tak właśnie go
traktował. Kiedyś trzech chłopaków ze starszej klasy popychało Tymona na
korytarzu. Wtedy zjawił się Apacz -?zawsze był wyrośnięty ponad swój
wiek -?i najzwyczajniej w świecie ich pobił.
-?Poza tym miał straszny fart. Nawet kiedy wpadał w kłopoty, zawsze mu
się udawało z tego wyleźć obronną ręką. No i podkochiwała się w nim
najfajniejsza dziewczyna w szkole.
Na zdziwione spojrzenie Anki Pedro zareagował niecierpliwym machnięciem
ręki.
-?No przecież o tobie mówię. I on też cię bardzo lubił. Anka, im dłużej
o tym myślę, tym większe mam wątpliwości. On nie mógł popełnić
samobójstwa. To, kurwa, niemożliwe!
Fiolka poczuła, że po policzkach spływają jej dwie duże łzy.
-?On... -?Głos jej się załamał. -?Myślę... że on wtedy dostał takiego samego
maila jak ty.
Tymon zamilkł i poszarzał na twarzy.
-?Kiedy mu powiedziałam o swoim mailu, przestraszył się. Wydaje mi się,
że pojechaliśmy na Białowieską, bo chciał nas chronić.
-?Przed czym?
-?Nie wiem.
Znowu te cholerne łzy i ściśnięte gardło. Przełknęła ślinę i otarła
policzki.
-?Wiem, kto może wysyłać te wiadomości -?ciągnęła pewniejszym głosem. -
Ktoś, kto wiedział o naszym Klubie Samobójców i o Kole Fortuny.
-?Czyli kto?
-?Nie wiem. Może któreś z nas się wygadało? Może nawet sam Oskar? Miał
przecież mnóstwo znajomych.
Tymon uderzył pięścią w otwartą dłoń.
-?Nigdy mi się ten pomysł z Kołem Fortuny nie podobał -?mruknął. -?Tylko
jak zwykle uległem Apaczowi. Poza tym zakrzyczeliście mnie.
Na chwilę zamilkł, a potem wreszcie wypowiedział to na głos:
-?Posłuchaj... Jeśli ktoś zrzucił Apacza z tego dachu, to znaczy, że ja
będę następny? Dostałem przecież ten cholerny wierszyk.
-?Jezu, niemożliwe. -?Pokręciła głową. -?Myślisz, że ktoś Oskara
zamordował i teraz... twoja kolej? To jakiś nonsens! -?wykrzyknęła. -?Nie,
to nie może być prawda. Ktoś sobie z nas po prostu robi debilne żarty.
-?Ale kto? Po co? -?przerwał jej Tymon.
-?Chyba nikt z naszej paczki -?rzuciła niepewnie.
Tymon jak gdyby się skurczył. Spojrzał jej ze strachem w oczy.
-?Fiolka, co ja mam robić? Boję się.
Anka Wiśniewska miała zupełną pustkę w głowie.
-?Musimy to zgłosić na policję -?wypaliła po chwili.
-?Zwariowałaś? Stary mnie zabije, kiedy się dowie, że bez jego wiedzy
poszedłem do psiarni.
-?To ja pójdę -?rzuciła.
-?Nie ma mowy. Co za różnica, kto pójdzie?
-?W takim razie powiedz o wszystkim ojcu.
Tymon się zawahał. Wszyscy w ich paczce wiedzieli, że miał fatalne
relacje ze swoim ojcem, prawnikiem. Kiedyś Mateusz powiedział jej w tajemnicy, że Tymon boi się swojego starego.
-?Musisz mu powiedzieć -?nalegała. -?Mogę pójść z tobą.
-?Przestań, Fiolka! Tylko byś zaszkodziła.
Chwyciła go mocno za ramię.
-?Jeśli mu nie powiesz, jutro idę na policję.
-?Powiem.
Uścisnęli się na pożegnanie.
-?Uważaj na siebie -?szepnęła mu do ucha.
Uśmiechnął się blado i poszedł ścieżką między blokami w kierunku domków
jednorodzinnych na Świnoujskiej. Anka odprowadzała go wzrokiem, dopóki
nie zniknął za zakrętem.
Bała się. Strasznie się bała.
Rozdział 9
Bożena Wysocka próbowała oglądać wiadomości na TVN24, ale tylko patrzyła
w ekran na zmieniające się obrazy. Jej myśli krążyły zupełnie gdzie
indziej. Coraz częściej wracały do tamtej nocy, kiedy wycelowała
pistolet w głowę śpiącego męża i nacisnęła spust. Wyobrażała sobie, co
by się stało, gdyby pistolet był odbezpieczony. Huk. Krwawa wyrwa w skroni i szybko powiększająca się plama krwi na poduszce. Prokurator
Wysocki umarłby we śnie. Może śnił o swojej policjantce. Może śniło mu
się, że pieprzą się jak króliki w tanim hostelu z pokojami na godziny.
Uśmiechnęła się na tę myśl i znowu poczuła, jak w podbrzuszu robi jej
się ciepło i przyjemnie. Ciekawe, co powiedziałaby ta suka policjantka.
"Prokurator Wysocki zginął we własnym łóżku od strzału w głowę. Policja
podejrzewa porachunki w świecie przestępczym" -?taki mógłby być napis na
pasku w TVN24.
-?Kochanie, muszę wyjść na godzinkę. -?Głos męża dobiegł ją z daleka.
Ocknęła się gwałtownie z rozmyślań. Mąż usiadł przy niej, objął ją
ramieniem i pocałował w policzek.
-?Wyglądasz jakoś dziwnie -?zaniepokoił się. -?Źle się czujesz?
W życiu się, kurwa, tak dobrze nie czułam -?chciała powiedzieć mu w twarz, ale tylko uśmiechnęła się blado.
-?Ostatnio jestem jakaś osłabiona -?odpowiedziała. -?Chyba za dużo
siedzę w domu.
-?Może umów się z koleżankami gdzieś na mieście -?zaproponował. -
Słyszałem, że Agata Słowak i Jolka, narzeczona prokuratora Romańskiego,
co chwilę wychodzą na piwo. Nie dzwoniły do ciebie?
-?Dzwoniły, odmówiłam. Ale masz rację -?dodała zaraz. -?Następnym razem
się z nimi wybiorę. Dobrze mi to zrobi.
-?Bardzo mądra decyzja -?pochwalił ją. -?Nie można się ciągle zajmować
domem. Jest jeszcze inny świat.
Świat dziwek i takich skurwieli jak ty, zdradzających żony -?pomyślała.
Wysocki cmoknął ją jeszcze raz i wyszedł z domu.
Samochód stał na podjeździe. Wysocki wsiadł do nagrzanego wnętrza,
uruchomił silnik, poczekał, aż brama się automatycznie otworzy, i wyjechał na drogę. Do parku Brochowskiego dojechał w trzy minuty.
Zaparkował na skrzyżowaniu Wiaduktowej i Konduktorskiej, obok boiska
piłkarskiego, i zgasił silnik. Był kilka minut spóźniony, ale nawet go
to cieszyło. Niech tamten trochę poczeka, niech wie, kto tu rozdaje
karty. Przeszedł na drugą stronę ulicy i wreszcie znalazł się na miejscu
spotkania. Żar lejący się z nieba był nie do wytrzymania.
Zielony labirynt powstał w ramach projektu rewitalizacji parku na
Brochowie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, na tyłach hotelu
Brochów. Tworzące labirynt graby miały około dwóch metrów wysokości i śmiałkowie zapuszczający się do środka musieli się nieźle nachodzić,
zanim udało im się znaleźć wyjście. Wysocki przeżył taką przygodę na
własnej skórze, kiedy córki zaciągnęły go tu na spacer. Weszli razem,
ale potem dziewczynki uciekły, zostawiając go samego. Trafienie do
wyjścia zajęło mu dobre kilka minut. Na szczęście zasada skręcania tylko
w prawo świetnie się tu sprawdziła. Córki śmiały się z tego dowcipu
kilka miesięcy.
Mężczyzna już czekał. Miał koło pięćdziesiątki, ale ubierał się na
sportowo, żeby wyglądać młodziej. Starannie przystrzyżone włosy
zafarbował na czarno, może by ukryć siwiznę. Wąsy i hiszpańska bródka
dopełniały całości. Pewnie dlatego tak podobał się kobietom. Według
policyjnej kartoteki, którą Wysocki dokładnie przestudiował przed
spotkaniem, facet dawno temu się rozwiódł, miał dziecko z kobietą, którą
też już zdążył zostawić, a potem był w jeszcze kilku nieformalnych
związkach.
Stanęli naprzeciw siebie.
Wysocki wyciągnął otwartą dłoń i powiedział krótko:
-?Telefon.
Jednym takim gestem zyskał przewagę psychologiczną i wiedział, że nie
straci jej do końca rozmowy.
-?Wyłącz telefon.
Facet posłusznie wyłączył swój smartfon.
-?Pokaż, co masz w kieszeniach.
Mężczyzna wyjął dokumenty, kluczyki od auta i papierosy.
-?Rozepnij i rozchyl koszulę.
Wysocki nie patrzył długo. Nie interesowała go męska owłosiona pierś,
tylko ewentualny podsłuch.
-?Idziemy -?rzucił i wszedł do labiryntu.
Mężczyzna bez słowa poszedł za nim. Doświadczenie zdobyte dzięki
dowcipowi córek pozwoliło Wysockiemu szybko dotrzeć do centrum
labiryntu, o tej porze na szczęście całkiem pustego.
-?Wiesz, dlaczego chciałem się z tobą spotkać? -?zapytał bez żadnych
wstępów.
-?Nie mam pojęcia.
-?Ponieważ jesteś byłym mężem Pauliny Czerny. Wyświadczysz mi przysługę.
-?Prokurator patrzył na tamtego nieruchomym wzrokiem.
-?Jaką? -?padło ostrożne pytanie.
-?Paulina ma w domu kompromitujące mnie fotografie. Zdobędziesz je i mi
oddasz. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz.
-?Co to za zdjęcia?
-?Jestem na nich z dwiema dziewczynami w sytuacji, powiedzmy... in
flagranti.
Mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. Szybko przeszedł do konkretów,
co bardzo Wysockiego ucieszyło.
-?Co będę z tego miał?
-?Raczej czego z tego nie będziesz miał.
-?Jaśniej, proszę.
-?Jesteś zadłużony po uszy, ściga cię czterech komorników. Ale to nie
jest twoje największe zmartwienie. Wspólnicy spółki Extres, której
prezesem byłeś przez ostatnie dwa lata, złożyli zawiadomienie do
prokuratury. Oskarżają cię o działanie na szkodę spółki i sprzeniewierzenie kilku milionów złotych. Ja prowadzę to postępowanie.
Jeśli się nie zgodzisz, wsadzę cię do więzienia na co najmniej dwa lata.
Do tego dołożę zakaz prowadzenia działalności gospodarczej, a sąd
zasądzi odszkodowanie na grube miliony. Będziesz w czarnej dupie.
-?A jeśli się zgodzę?
-?Maksymalnie przeciągnę postępowanie. Być może uda się przedawnić
oskarżenie. W najgorszym razie dostaniesz wyrok w zawiasach i kilkadziesiąt tysięcy nawiązki. Wspólnicy Extresu będą musieli założyć
sprawę cywilną o zwrot zdefraudowanych pieniędzy. A to potrwa. Sądy są
strasznie przeładowane. Żeby nie było, że chcę cię wykorzystać, dołożę
pięćdziesiąt tysięcy gotówką jako zwrot kosztów odzyskania zdjęć. To
chyba uczciwa propozycja?
-?Bardzo ci zależy na tych fotkach.
-?Gówno cię to obchodzi! -?Wysocki podniósł głos. -?Wszystkie zdjęcia
mają trafić do mnie, jasne? Nie próbuj się ze mną kontaktować. Niedługo
się odezwę.
Prokurator Wysocki odwrócił się i ruszył najbliższą ścieżką porośniętą z obu stron wyższymi od niego drzewami.
-?Poczekaj pięć minut, zanim za mną pójdziesz -?rzucił na odchodne. -
Lepiej, żeby nikt nas nie widział razem.
Kiedy zniknął za zieloną ścianą, usłyszał jeszcze pełne niepokoju
pytanie:
-?Hej! Jak ja, do cholery, mam stąd wyjść?!
Wysocki uśmiechnął się i powiedział do siebie:
-?To nie jest twój największy problem.
Rozdział 10
Zdjęcie na nagrobku przedstawiało roześmianą ciemnowłosą dziewczynę
patrzącą prosto w obiektyw. Jego ukochana siostra. Wciąż nie mógł
uwierzyć, że minęły już cztery lata. Pewnej deszczowej niedzieli w listopadzie uszczelniła okna i szpary w drzwiach watą, zrobiła sobie
kawę w ekspresie i usiadła przy kuchennym stole.
"Odkręciła gaz, nie zapukał nikt na czas..." -?śpiewał Grzegorz Markowski
w Autobiografii. Tak samo było z Kasią.
Ale czy na pewno sama odkręciła kurki?
Na początku miał do siebie pretensje, że nie zauważył, kiedy zaczęło się
z nią dziać coś dziwnego. Przygasła, zrobiła się apatyczna, rzadziej do
niego dzwoniła, spotykali się też nie tak często, jak dawniej. Jej
zachowanie wytłumaczył sobie zmęczeniem pracą i jesienną chandrą.
Później miał do niej żal. Byli sobie bardzo bliscy, zwierzali się z najskrytszych tajemnic, a ona mu nie powiedziała, że dzieje się coś
niedobrego.
Przez minione cztery lata jego myślenie o ostatnich chwilach Kasi uległo
diametralnej zmianie. A jeśli to nie była depresja, tylko... strach? Może
ktoś ją przeraził? Może dłoń, która przekręciła kurki i zamknęła drzwi
do kuchni, nie była jej dłonią?
Pamiętał wszystko ze szczegółami, jakby przeżywał to wielokrotnie. Może
zresztą tak było. Śnił koszmary, które zawsze zaczynały się od momentu,
kiedy wchodził do pokoju Kasi i siadał przy jej biurku.
Pamiętał jak dziś. Był 29 listopada. Od trzech dni padał deszcz ze
śniegiem, temperatura utrzymywała się w granicach zera, niebo pokrywały
ciemnoszare, ciężkie chmury. Rodzice zaprosili go na obiad. Po obiedzie
ojciec poszedł do kuchni, wyjął z lodówki zmrożoną butelkę wódki i rozlał do dwóch kieliszków. Wódka była gęsta jak olej i zimna jak
Antarktyda.
Pół godziny później mama podała kawę i karpatkę, a on, trzymając
talerzyk z ciastem w jednej ręce i szklankę z kawą w drugiej, ośmielony
wypitym alkoholem, poszedł do pokoju Kasi i usiadł przy jej biurku. Nic
tu się nie zmieniło, nie było nawet drobinki kurzu. Na obudowie monitora
komputerowego wciąż przyklejone były żółte karteczki post-it. Tylko tusz
trochę wyblakł.
Zadzwonić do Joaśki.
W czwartek ciuchy z pralni!
Projekt na piątek -?deadline!
Zapomnieć o tym świrze.
Kim był świr?
Upił kawy ze szklanki, wziął do ust kawałek karpatki i sięgnął po
papiery leżące na kupce z boku biurka. Przeglądał je machinalnie i nagle
zamarł. Później nie potrafił sobie wytłumaczyć, dlaczego niebieska
karteczka zrobiła na nim takie wrażenie.
Zapalił lampkę i postawił na płycie nagrobka.
-?Muszę już iść, Kasiu -?powiedział.
Zapalił e-papierosa i odszedł. Pod jego stopami chrzęściły kamienie,
którymi wysypana była ścieżka. Po chwili wyszedł na wyasfaltowaną główną
aleję cmentarza Osobowickiego, największej nekropolii w mieście, i ruszył w kierunku kaplicy. Minął dobry kwadrans, zanim znalazł się na
parkingu. Jechał wolno do domu, cały czas błądząc myślami w przeszłości.
Na niebieskiej kwadratowej kartce wyrwanej z biurowego notatnika w kształcie kostki ktoś napisał rozchwianymi literami:
Śmiercior o Tobie pamięta.
Tamtego wieczoru tak długo wpatrywał się w ten napis, aż wreszcie wypity
alkohol zwyciężył jego umysł, przywołując sen. Potem zapomniał na całe
trzy miesiące.
Karteczka wpadła mu ponownie w ręce podczas robienia porządków. Właśnie
skończył cykl artykułów o przemocy seksualnej w rodzinie. Część
materiałów wpinał do segregatorów, ale większość lądowała w koszu na
śmieci.
Przerwał wtedy sprzątanie i odruchowo w Google wpisał hasło
"Śmiercior". W ten sposób znalazł cztery opowiadania opublikowane na
jakimś nędznym blogu literackim. Zamieszczano tam wszystkie śmieci,
które przysyłali marzący o Literackiej Nagrodzie Nobla grafomani. Traf
chciał, że pierwszy tekst, który znalazł, nosił tytuł Śmiercior
dotrzymuje obietnic. Przeczytał opowiadanie i natychmiast skojarzył
treść z prawdziwym zdarzeniem: we wsi Lutomierz ojciec zamordował żonę i dwójkę dzieci, a potem powiesił się w stodole.
Od tego czasu upłynęło prawie trzy i pół roku.
Szesnaście opowiadań o Śmierciorze w większym lub mniejszym stopniu
nawiązywało do prawdziwych wydarzeń.
W domu usiadł w fotelu i popadł w ponurą zadumę.
A jeśli się myli? Może to tylko kolejna faza paranoi, w którą pogrąża
się z wolna, nieświadomy własnego obłędu?
-?Nie -?odpowiedział głośno sam sobie.
Jest zdrowy i w pełni świadomy tego, co robi. Wariat nie przyzna się do
swojej choroby, ponieważ jej sobie nie uświadamia. Dopóki dopadają go
wątpliwości, na pewno jest normalny.
Miał w komputerze jeszcze sześć opowiadań o Śmierciorze, których nie
potrafił powiązać z tragediami opisanymi w mediach.
Coś powinien zrobić. Nie mógł siedzieć bezczynnie i godzinami wpatrywać
się w gołębie za oknem.
Odstawił kawę na biurko, sięgnął po telefon i wybrał znajomy numer. Po
chwili w słuchawce usłyszał głos swojego szefa:
-?Co jest, Krzysiek?
-?Mam temat.
Rozdział 11
Odkąd sięgał pamięcią, sprowadzał na siebie kłopoty.
Zaczęło się w szkole podstawowej. Koledzy robili złośliwe żarty
nauczycielom albo koleżankom z klasy, a na gorącym uczynku łapano tylko
jego. Zawsze znajdował się w nieodpowiednim czasie w jeszcze mniej
odpowiednim miejscu. To jego nauczyciele przyłapywali w szkolnej
toalecie na fajce, to na niego spadały przewiny kolegów.
Przez lata się przyzwyczaił. Taka karma. Miał nawet własną teorię
tłumaczącą życiowe niepowodzenia. Matka dała mu na imię Gotard. Nie
można było mieć gorszego imienia. Przy Gotardzie bladły nawet takie
obciachowe imiona, jak Izydor, Franciszek, Eustachy czy Zenon.
W podstawówce każda odmienność była karana wykluczeniem z grupy
"normalnych" i izolacją. Poza tym można było dorobić się głupiej ksywy.
Sionek, Łysy, Blady, Smrodek, Milord -?te nie były jeszcze najgorsze. Z takim imieniem mógłby spokojnie dostać gorszą ksywkę. Na szczęście dość
wcześnie wpadł na genialny pomysł. Nie przedstawiał się własnym
imieniem, tylko od razu podawał ksywkę, którą sam wymyślił -?Parol.
Pomysł był prosty i genialny. Został Parolem. Nikt go inaczej nie
nazywał, niektórzy jego znajomi nawet nie wiedzieli, jak naprawdę ma na
imię.
Fatum miało się skończyć, gdy zaczął pracować w policji kryminalnej.
Młodszy aspirant "Parol" Szawczak -?długo rozpierała go duma, kiedy
wymawiał te słowa codziennie rano, patrząc sobie w oczy w lustrze w łazience.
Ale nagle fatum wróciło. Oczywiście w gorszym momencie. Stracił
czujność, dał się zaskoczyć. Był na siebie za to wściekły.
Wszystko przez zmęczenie i pośpiech. Od czterdziestu ośmiu godzin niemal
nie spał. Marzył tylko o tym, żeby położyć się do łóżka, zawinąć w koc i zniknąć dla świata na cały weekend. Ale wcześniej musiał kupić działkę.
Był piątkowy wieczór. W klubie, jak zawsze po długim tygodniu pracy, w rytm ogłuszającego techno, przy mrugających hipnotyzująco światłach,
bawiło się na parkiecie kilkaset osób. Przecisnął się do baru. Tutaj też
wszystkie miejsca były zajęte. Na szczęście kojarzył jednego z barmanów.
Nie znał jego imienia, tylko ksywkę z sieci -?Jurand. Poznali się dwa
lata wcześniej na mistrzostwach świata w Counter-Strike'u. Potem
zdarzyło im się parę razy współpracować. Zastępowali się w nielegalnych
sieciowych turniejach, dzieląc się po połowie kasą z wygranych.
Niestety, rynek szybko się skiepścił i musieli sobie radzić na własną
rękę.
Jurand bez słowa postawił przed nim butelkę piwa i odszedł obsługiwać
innych klientów. Parol się napił. Nagle głowa zaciążyła mu w ramionach,
a powieki same zaczęły się zamykać.
Ostatnie dwie noce spędził w wirtualnym świecie. Najpierw na zlecenie
klienta z Nowej Zelandii zastępował go w jakimś lokalnym sieciowym
turnieju w League of Legends. Nawet nieźle mu poszło, przegrał dopiero w finale i zleceniodawca był bardzo zadowolony. Na konto Parola wpadło
kilka setek dolarów. Co prawda australijskich, ale i tak opłacało się
zarwać noc. Druga przeleciała na mniej opłacalnym zajęciu. Odezwał się
znajomy z Warszawy, zawodowo zajmujący się biznesem gier w wirtualnym
świecie. Akurat pilnie potrzebował kogoś do pewnego zlecenia, więc
stawka była o kilka procent większa niż zwykle.
Po dwóch nieprzespanych nocach z rzędu w pracy dopadła go totalna
śpiączka. Przez cały dzień wypił chyba ze dwa litry czarnej kawy i kilka
puszek napojów energetycznych. Niewiele pomogło. Siedział wpatrzony w ekran komputera i oczy same mu się zamykały. Nie potrafił logicznie
myśleć. Co chwilę wpadał w letarg, a raz nawet przysnął na parę minut.
Jak na złość, szef ciągle do niego przychodził i pytał o postępy -?Parol
przeglądał bazę Interpolu, poszukując osób pasujących do profilu
sporządzonego przez policyjnego psychologa. Współpracowali z londyńską
policją przy wyjaśnieniu zabójstwa wśród tamtejszej Polonii.
Właśnie w takich okolicznościach wpakował się w kłopoty.
Dopił piwo i znużonym wzrokiem rozglądał się za dilerem. Nazywali go
Tinky Winky, nie wiadomo dlaczego -?nie miał w sobie nic z oryginału. To
był kawał skurwysyna, który bez mrugnięcia okiem sprzedałby towar
nieletniej córce swojego najlepszego przyjaciela. Nigdzie go nie
dostrzegł. Czuł, że nie jest w stanie dłużej czekać przy barze, bo za
kilka minut po prostu zaśnie. Zapłacił za drinka i obijając się o gości
klubu, ruszył w kierunku uchylonych drzwi prowadzących na zaplecze.
Goście nie mogli tam wchodzić, drzwi pilnował wielki ochroniarz o twarzy
wkurzonego mutanta. Tinky Winky zabierał czasem Parola za te drzwi i zapowiedział ochroniarzowi, żeby go wpuszczał. Teraz goryl tylko
spojrzał na niego z góry i skinął głową.
Parol wszedł na zaplecze klubu i już nie miał odwrotu.
Krótki, słabo oświetlony korytarzyk z drzwiami po obu stronach prowadził
do pomieszczenia, w którym urzędował Tinky Winky. Potem zakręcał w prawo
i biegł na zaplecze do kuchni i magazynów. Zza uchylonych drzwi
dochodziły głosy. Jeden z nich na pewno należał do dilera.
Dopiero tuż przed drzwiami Parol zrozumiał, o czym mówią mężczyźni.
Targowali się. Zawahał się i zastygł w bezruchu. Już chciał się
bezszelestnie wycofać, kiedy drzwi gwałtownie się uchyliły i stanął w nich Tinky Winky. Jeden rzut oka za jego plecy wystarczył, żeby
prawidłowo ocenić sytuację. Na stoliku stała torba z pieniędzmi, a obok
leżało kilka woreczków z białym proszkiem. Dwóch facetów w skórach
patrzyło na niego z zaskoczeniem. Stojący bliżej wejścia wysoki brunet
sięgał po coś za połę skórzanej kurtki.
Pistolet!
-?Parol, co ty tu, kurwa, robisz?! -?zapytał ostro Tinky Winky.
W jego mętnych oczach malowała się złość.
-?Chciałem tylko... -?zaczął Szawczak, czując strach zaciskający mu się
jak pętla na szyi, ale nie dokończył.
Tinky Winky wyraźnie się rozluźnił.
-?Ja pierdolę, ten przygłup przy drzwiach cię wpuścił? Ja go kiedyś
zajebię! Mówiłem mu jasno, żeby nikogo nie wpuszczał. W porządku. -
Machnął do mężczyzn z tyłu.
Brunet wyciągnął dłoń spod kurtki, lecz obaj pozostali czujni i nieufni.
-?Chciałem tylko kupić działkę -?powiedział Parol.
Tinky Winky wyciągnął z kieszeni dwie paczuszki.
-?Zapłacisz później, a teraz spierdalaj, bo mam ważnych klientów.
Parol odwrócił się na pięcie i prawie biegiem ruszył z powrotem na salę,
skąd dochodziło głuche dudnienie muzyki. Po kilku krokach się zatrzymał,
rejestrując jakiś ruch za plecami. Odwrócił się wolno i zastygł jak
sparaliżowany.
Mężczyzna ubrany był na czarno. Poruszał się jak drapieżne zwierzę -
szybko, pewnie i cicho. Wyszedł z drugiego końca korytarza i stanął
przed niedomkniętymi drzwiami, za którymi handlarze dobijali właśnie
targu. Może Parol nie zwróciłby na mężczyznę uwagi, gdyby nie dostrzegł
w jego dłoni pistoletu z tłumikiem.
Patrzył, jak stojący do niego tyłem nieznajomy w czerni popycha lekko
drzwi. Niczym na zwolnionym filmie drzwi się uchylają, a on pewnie robi
krok naprzód i unosi broń do strzału.
Tylko w filmach kryminalnych odgłos wystrzału z pistoletu z tłumikiem
przypomina trzask. W rzeczywistości wystrzał jest o wiele głośniejszy -
jednak nie na tyle głośny, żeby zagłuszyć dudnienie basów wydobywające
się z głośników. Parol wiedział, jak brzmi pistolet z tłumikiem.
Usłyszał pierwszy strzał. Do jego uszu wyraźnie doleciały też kolejne
odgłosy.
Pierwszy zginął Tinky Winky, który zareagował na ruch otwieranych drzwi.
Pewnie myślał, że Parol wraca po jeszcze jedną działkę. Pierwszy pocisk
trafił go w klatkę piersiową, drugi w tętnicę szyjną, trzeci w twarz.
Fontanna krwi trysnęła na ścianę. Zanim Tinky Winky upadł, umarł jeden z jego kontrahentów, trafiony w brzuch i w twarz. Drugi nie zdążył sięgnąć
po broń. Dosięgły go trzy kule.
Parolowi wydawało się, że w jednej sekundzie rzeczywistość stanęła.
Zabójca odwrócił głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. Przez ułamek
sekundy Parol dostrzegł twarz. Od razu wiedział, że nie zapomni jej do
końca życia. Tymczasem zabójca bez chwili wahania uniósł broń i wycelował w jego kierunku.
Szawczak zareagował odruchowo. Pomimo zmęczenia strach zadziałał jak
dobry dopalacz. Zanim padł strzał, Parol z impetem uderzył barkiem w drzwi po prawej stronie. Później sam nie potrafił zrozumieć, skąd miał
tyle siły. Wpadł razem z drzwiami do środka, ale nie zatrzymał się nawet
na sekundę. Biegł na oślep przez kolejne pomieszczenia. Korytarz,
kuchnia, magazyn. Wpadł do składziku zastawionego skrzynkami po piwie i napojach. Na wprost pod sufitem zobaczył uchylone okno prowadzące na
ulicę. Poczuł chłodniejszy podmuch wiatru, usłyszał kroki ludzi na
chodniku i przejeżdżające w oddali samochody. Chciał rzucić się do okna
i wydostać na zewnątrz, lecz coś kazało mu przystanąć. Schował się za
piętrzącą się pod sam sufit stertę skrzynek po piwie.
Teraz dopadł go prawdziwy strach. Nogi miał jak z waty, drżały pod jego
ciężarem, serce tłukło się o żebra. Jeszcze bardziej wcisnął się w kąt
między skrzynki.
Z oddali słychać było rytm muzyki techno i jakieś krzyki.
Nagle drzwi się otworzyły i Parol już widział, że wszystko stracone.
Pech prześladujący go od czasów szkolnych wcale nie zniknął.
Ktoś wszedł do pomieszczenia. Skrzypnęły drzwi, potem zapadła cisza.
Szawczak wstrzymał oddech. Zobaczył pistolet z tłumikiem wyłaniający się
zza skrzynek. Ostatnia myśl -?o matce. I jeszcze jedna, rozpaczliwa.
Dlaczego nie wziął ze sobą służbowej broni?
Przymknął oczy i czekał.
Minęło pięć sekund, potem piętnaście, trzydzieści i... nic się nie stało.
Otworzył oczy. Był sam. Zabójca zniknął.
Wyszedł na korytarz -?pusto.
Aspirant Gotard "Parol" Szawczak drżącymi rękami wyjął telefon i ledwo
udało mu się wykręcić numer do dyżurnego.
Rozdział 12
Minęło równo dziesięć dni. Przez ten czas Tymon Jagla nie zrobił nic.
No, prawie nic. Następnego dnia po spotkaniu koło szkoły Fiolka
zadzwoniła do niego i zapytała, czy powiedział o wszystkim ojcu.
Skłamał. Dodał nawet, że jego ojciec obiecał zająć się sprawą. W głosie
Fiolki usłyszał wyraźną ulgę. Poprosiła, żeby na siebie uważał, i się
rozłączyła.
Tymon długo siedział na tarasie swojego pokoju, w tajemnicy przed matką
paląc jednego papierosa za drugim.
Pewnie gdyby w jego rodzinie panowały normalne stosunki, poszedłby do
ojca po pomoc. Ale Tymon panicznie się go bał.
Stefan Jagla był prawnikiem, a konkretniej prawnikiem mafii
narkotykowej. Od wczesnego dzieciństwa Tymon oglądał go w telewizji w newsach z procesów znanych gangsterów. Później czytał w internetowej
prasie komentarze dotyczące prawdziwej profesji swego ojca. Wtedy zaczął
przypominać sobie różne fakty z dzieciństwa i wczesnej podstawówki.
Pamiętał nocne wizyty ponurych mężczyzn w garniturach, kłótnie, czarne
walizki przekazywane z rąk do rąk. Już jako dziecko wiedział, jak
wyglądają banknoty o nominale sto euro.
Pieniędzy nigdy im nie brakowało. Matka Tymona wydawała grube tysiące na
najmodniejsze ciuchy i wizyty w salonach piękności. Mieli nowoczesny
wielki dom. Tymon nosił w kieszeni tyle pieniędzy, ile niektórzy jego
przyjaciele z paczki nie widzieli przez pół roku, zawsze miał wypasiony
komputer i najnowsze gry. Stefan Jagla wyjeżdżał w interesach nie
wiadomo dokąd, a kiedy wracał do domu, pił. Po alkoholu robił się
agresywny, zdarzało się, że bił żonę. Kiedyś pobił ją do nieprzytomności
i trzeba było wezwać pogotowie, ale policja pewnie się o niczym nie
dowiedziała. Raz Tymon stanął w obronie matki i oberwał tak, że przez
tydzień nie chodził do szkoły. Potem mówił, że miał wypadek na rowerze.
Dlatego Tymon Jagla nie mógł o niczym powiedzieć ojcu. Już wyobrażał
sobie jego minę, kiedy opowiada mu o Klubie Samobójców i Kole Fortuny.
Nie mógł też pójść na policję ani pozwolić, żeby Fiolka to zrobiła.
Policja od lat szukała haków na jego ojca. Gdyby się dowiedzieli, że
Tymon jest synem TEGO Jagli... Zresztą gdyby ojciec dowiedział się, że syn
poszedł na policję -?w obojętnie jakiej sprawie -?też pewnie wpadłby we
wściekłość.
Dlatego skłamał.
Na początku się bał. Przez jakiś czas nie wychodził z domu, ale od
pierwszego września musiał zacząć chodzić do szkoły. Był między ludźmi,
zmieniła mu się perspektywa myślenia. Wciągnięty w szkolny wir przestał
się bać. Dni mijały, nic złego się nie działo, nie dostał kolejnych
maili, nikt za nim nie chodził. Zaczął myśleć, że rymowanki nie mają nic
wspólnego z ich idiotycznym klubem i ze śmiercią Apacza. Może ktoś
wysyłał je dla zgrywy, może to spam, który trafił do nich w niewłaściwym
czasie?
A jednak nadal był ostrożny. Rano szedł na przystanek komunikacji
miejskiej, gdzie na autobus zawsze czekało kilka osób. Wśród ludzi czuł
się bezpiecznie. Popołudniami starał się nie wychodzić z domu, a po
zmroku rzadko wystawiał nos choćby za próg.
W sobotę 6 września, zaraz po kolacji usiadł do komputera i włączył się
do sieciowej rozgrywki Counter-Strike'a. Od śmierci Apacza, czyli od
kiedy ich paczka przestała się regularnie spotykać, spędzał każdą wolną
chwilę, grając.
Jego pokój z małym tarasem, na którym można było spokojnie w tajemnicy
przed starymi zapalić papierosa albo wypić piwo przed snem, znajdował
się na poddaszu. Tymon mógł grać do późna i nikt mu nie przeszkadzał. Na
poddasze prowadziły drewniane schody, które pod ciężarem idącego
skrzypiały przeraźliwie. Nawet ze słuchawkami na uszach Tymon słyszał,
gdy ktoś wchodził. Zresztą dźwięk miał zawsze ściszony do minimum.
Rozłączył się na kilka minut i wyszedł na taras zapalić. Wrześniowa noc
była parna i gorąca. Zaciągał się papierosem i patrzył w niebo. Miasto
rzucało na niebo łunę, ale rozpogodziło się na tyle, że widać było
wyraźnie jaśniejsze gwiazdy. Potrafił rozróżnić tylko dwa gwiazdozbiory:
Kasjopeję i Wielką Niedźwiedzicę. Wiedział, że częścią Wielkiej
Niedźwiedzicy jest Wielki Wóz i że dwie gwiazdy na zgięciu "dyszla"
nazywają się z języka arabskiego Alkor i Mizar. Niby drobiazg, ale
dziewczyny patrzyły na niego jakoś poważniej, kiedy o tym opowiadał.
Spojrzał w dół i zamarł. W rogu podwórka, przy wysokim żywopłocie
oddzielającym dom od ulicy dostrzegł ciemną postać. Wytężył wzrok,
próbując zobaczyć coś więcej. Postać się nie poruszyła. Wyglądała jak
odlana z ołowiu.
I wtedy sobie przypomniał. Dwa dni temu matka oczyszczała klombik, na
którym hodowała róże, i obok krzaków zostawiła agrowłókninę. W ciemnościach zwój materiału wyglądał dokładnie jak stojący człowiek.
Tymon z ulgą wypuścił powietrze. Zaciągnął się końcówką papierosa i zgasił go nerwowym gestem. Przyszło mu do głowy, że w ciemnościach ognik
z czubka papierosa widać z bardzo daleka. Po co kusić los.
Wrócił do komputera i dołączył do zespołu, w którym wszyscy
porozumiewali się nienaganną angielszczyzną. W pierwszej rundzie jego
ekipa komandosów miała za zadanie zabić wszystkich terrorystów na
planszy albo rozbroić podłożoną przez nich bombę. Przed drugą rundą, w której miała nastąpić zmiana ról, Tymon przeciągnął się, żeby
rozprostować zdrętwiałe ramiona. Wtedy zauważył falującą zasłonę w otwartych drzwiach na taras. Pomyślał, że wreszcie powiał wiatr i zrobi
się trochę chłodniej.
Nagle poczuł, że ktoś za nim stoi. Krew w jego żyłach w ułamku sekundy
zmieniła się w ciekły azot.
Odwrócił wolno głowę i spojrzał tamtemu prosto w oczy.
Rozdział 13
Na progu stał mężczyzna wyglądający na nie więcej niż trzydzieści lat.
Miał na sobie czapkę z daszkiem z logo koszykarskiego klubu Chicago
Bulls, koszulkę na ramiączkach i dresowe spodnie. Uwielbiał koszykarzy z Chicago, dlatego nosił ksywę Jordan. Stał przed drzwiami i sprawiał
wrażenie bardzo zdenerwowanego. Postawny blondyn obrzucił go pogardliwym
spojrzeniem.
-?Wejdź -?rzucił krótko i odsunął się na bok.
Na zewnątrz doskwierał nieznośny upał, ale tutaj panował przyjemny
chłód, korytarz pogrążony był w półmroku. Jordan wszedł i niepewnie
spojrzał na gospodarza. Był w tym domu pierwszy raz.
-?Prosto.
Jordan ruszył więc przodem. Szedł, szeroko rozstawiając nogi, a jego
kolana wydawały się zginać na boki.
Gospodarz starał się, żeby nikt nie wiedział, kim jest i gdzie mieszka.
Dla bezpieczeństwa. Teraz sytuacja była nadzwyczajna. Sprzątał po sobie
i zamierzał zniknąć. Dlatego zaprosił tu Jordana.
Korytarz prowadził do urządzonego po spartańsku salonu. Gołe ściany, na
środku stolik i cztery krzesła, w rogu sofa, na której można było się
zdrzemnąć. Nic więcej. Okna z odsłoniętymi żaluzjami wychodziły na tył
domu, odgrodzony od sąsiedniej posesji grubym żywopłotem.
-?Priwiet, Jordan! - Basowy głos rozszedł się echem po pustym
pomieszczeniu.
Na widok podnoszącego się z sofy Mykoły Jordan stanął jak wryty.
Ukrainiec zbliżył się do niego z szerokim uśmiechem i wyciągnął dłoń.
Był wyższy i dużo starszy, miał siwe włosy i pomarszczoną, kwadratową
twarz, w której błyszczały błękitne oczy. Mówił po polsku ze śpiewnym
akcentem, wtrącając rosyjskie lub ukraińskie słowa.
-?Ja tiebia dawno nie widział.
-?Pracuję w klubach, wieczorami -?wyjaśnił Jordan.
-?Da, da. Oczen? dobrze.
Gospodarz pchnął Jordana do pokoju i bez słowa wskazał jedno z krzeseł.
Mężczyzna przysiadł na brzegu najbliższego. Na jego górnej wardze
pojawiły się kropelki potu.
-?Napijesz się czegoś?
Na głos gospodarza drgnął, ale przytaknął.
Po chwili stanęła przed nim szklanka wody z lodem. Tylko umoczył usta i zaraz ją odstawił, jakby woda była zatruta.
Gospodarz podszedł do stołu i usiadł po drugiej stronie. W jego twarzy
było coś dziwnego. Kompletny brak wyrazu, żadnych uczuć, grymasów,
zimne, puste błękitne oczy. Jak gdyby ich właściciel nie był
człowiekiem, tylko zaprogramowanym robotem. W Jordanie budził większy
strach niż potężny i znany z brutalności Ukrainiec.
-?No dobrze, powiedz, czego się dowiedziałeś.
-?Mój bliski kolega pracuje w komendzie wojewódzkiej. -?Jordan zaczął
wyrzucać z siebie słowa. -?Nie jest policjantem. Jest informatykiem.
Pomaga glinom odzyskiwać dane, grzebać w komputerach i tak dalej. Ma
dostęp do wielu informacji.
-?Wiesz czy nie?
-?Jasne, wiem. Ten policjant, który zawiadomił o strzelaninie w klubie
Tester, nazywa się Szawczak. Jakoś ma dziwnie na imię. Nie zapamiętałem.
Chyba Gotfryd. -?Zawahał się, spojrzał przestraszony na gospodarza i dorzucił: -?Ale mam jego adres!
Mykoła uśmiechnął się i założył nogę na nogę tak gwałtownie, że aż sofa
przesunęła się ze zgrzytem. Odgłos rozszedł się nieprzyjemnym echem. Ale
to gospodarz się odezwał:
-?Świetnie się spisałeś, Jordan. Mówiłem, że dobrze zapłacę za tę
informację. Nie interesują cię pieniądze?
Jordan poczuł nagłe podniecenie. Bał się, kiedy tu szedł. Był kapusiem i sprzedawał informacje grupom handlującym narkotykami, gangsterom,
policji. Wszystko jedno komu -?ważny był zysk.
Gospodarz patrzył na niego tym swoim zimnym i pustym spojrzeniem. Jordan
pomyślał, że kto raz zobaczy taką twarz, nie zapomni jej do końca życia.
-?Tak, jak najbardziej. -?Starał się mówić poważnie i pewnie.
Gospodarz wstał.
-?W takim razie chodź -?powiedział. -?Coś ci pokażę.
Jordan ruszył za nim do dużej łazienki. Tu też nie było zbędnych
sprzętów -?tylko wanna, kabina prysznicowa, lustro i półka, a na niej
pasta do zębów i szczoteczka. Żadnego mydła, żadnego ręcznika. Jordan
zatrzymał się zbity z tropu.
-?Tam. -?Gospodarz pchnął go w kierunku otwartej kabiny prysznicowej, a potem wyciągnął zza pleców pistolet z tłumikiem. Puste pomieszczenie
zwielokrotniło odgłos wystrzału. Kula przebiła czaszkę, bezwładne ciało
runęło do kabiny. W ostatniej chwili gospodarz podtrzymał je tak
sprawnie, że dziura w skroni, z której obficie płynęła krew, znalazła
się nad kratką ściekową. Mężczyzna włączył prysznic i spłukał krew oraz
fragmenty mózgu ze ścian kabiny.
Stojący w drzwiach Mykoła pokręcił z uznaniem głową.
-?Szybko, sprawnie i czysto. Mógłbyś rabotat? w KGB, Satyr -
powiedział.
Gospodarz spojrzał na niego uważnie.
-?Co to jest KGB? -?zapytał.
-?Jak to? Nie wiesz?! Przecież Putin rabotał kiedyś w KGB. -?Ukrainiec
z niedowierzaniem pokręcił głową.
-?A kto to jest Putin?
Mykoła zaśmiał się, lecz zaraz zamilkł. To raczej nie był żart.
-?Naprawdę nie wiesz?
-?Lubię swoją pracę, Mykoła. Świat mnie nie interesuje.
-?Oczen? dziwny z ciebie czełowiek, Satyr.
Poszli w kierunku drugiego wyjścia z budynku i znaleźli się na
niewielkim trawniku na tyłach. Rosnące wzdłuż ogrodzenia ponaddwumetrowe
tuje skutecznie odgradzały posesję od sąsiednich domów. Naprzeciw stał
drewniany budynek gospodarczy z zasłoniętymi oknami. Weszli do środka.
Gospodarz zapalił żółte światło, wziął jeden ze szpadli stojących obok
drzwi i rzucił Ukraińcowi.
-?Tu kopiemy. -?Wskazał miejsce po prawej stronie.
-?Poczemu zdies??
Po raz pierwszy na twarzy gospodarza pojawił się grymas, który mógł
trochę przypominać uśmiech.
-?Inne miejsca są już zajęte, Mykoła -?odpowiedział.
Mykoła omiótł spojrzeniem duże pomieszczenie i mimowolnie się wzdrygnął.
-?Dziwny z ciebie czełowiek, Satyr -?powtórzył i chwycił szpadel.
Kopali w milczeniu, na zmianę. Ziemia nie była twarda, więc szło im
sprawnie. Gospodarz pracował w ciszy, Mykoła sapał, klął w swoim
ojczystym języku i pocił się obficie. Oparł się na wbitym w ziemię
szpadlu i zapalił papierosa.
-?Poczemu tak głęboko? -?zapytał.
-?Żeby się nie odkopali. -?Ta odpowiedź też nie brzmiała jak żart.
Ukrainiec ze złością rzucił niedopalonego papierosa i z jękiem wrócił do
pracy. Długo nie wytrzymał w milczeniu.
-?Poczemu Satyr? -?odezwał się. -?Czto eto Satyr?
Tym razem gospodarz oparł się o trzonek szpadla.
-?Satyr to w mitologii greckiej członek orszaku boga Dionizosa. Demon
leśny, bóstwo płodności, istota nieprzyjazna ludziom -?odparł. -?Górną
część ciała miał ludzką, na głowie szpiczaste uszy. Dolna część ciała
była zwierzęca: krzywe, obrośnięte futrem nogi, kozi ogon i wielki
penis.
-?I ty jesteś do niego podobny? -?zakpił Mykoła.
-?W pewnym sensie. Wystarczy już.
Mykoła chwycił gospodarza za ramię.
-?Co będziesz teraz robił, Satyr?
Satyr nagle znieruchomiał, jakby dotyk Mykoły sprawił mu ból. Spojrzał
na Ukraińca w taki sposób, że ten zabrał rękę i cofnął się o krok.
Wyraźnie zmarkotniał.
-?O co ci chodzi? -?zapytał Satyr głosem wyzutym z wszelkich uczuć.
-?Ty bolszoj specialist -?odpowiedział Mykoła. -?Jak się będę z tobą
kontaktować? Mój komandir na pewno będzie miał dla ciebie rabotu. W tej branży zawsze trafiają się oszuści, jak ten Tinky Winky.
Gospodarz pokręcił głową.
-?To było moje ostatnie zlecenie.
-?Mało ci zapłaciliśmy?
-?Zapłaciliście bardzo dobrze, ale to już koniec.
-?Choroszo.
Dół miał już ponad metr głębokości. Wrócili do łazienki, gdzie leżały
zwłoki. Krew przestała płynąć, ciało było jeszcze wiotkie. Na głowę i barki Jordana wciągnęli czarny worek na śmieci. Satyr okleił go taśmą
samoprzylepną, żeby krew nie wypływała na zewnątrz. Razem przenieśli
ciało do budynku gospodarczego, stanęli bokiem do wykopu, rozhuśtali i wrzucili do środka.
-?No, to do roboty -?sapnął Ukrainiec, odwrócił się i sięgnął po szpadel
wbity we wzgórek ziemi.
Zaczął zasypywać ciało w dole. Gospodarz nie ruszył się z miejsca, więc
Mykoła wyprostował się, odwrócił i spojrzał w lufę pistoletu. Nie zdążył
się przestraszyć. Powiedział tylko zdziwiony:
-?No co ty?... -?Ale nie dokończył.
-?Muszę posprzątać.
Satyr schował pistolet za pasek od spodni, podszedł do leżącego na wznak
martwego Mykoły i trącił go butem. To wystarczyło, żeby zwłoki zsunęły
się z pryzmy ziemi wprost do dołu, na leżącego tam już Jordana.
Pół godziny później ciała były zasypane. Satyr ubił ziemię szpadlem,
potem pochodził po niej, a resztę rozrzucił równo po całej powierzchni
pomieszczenia.
Nie musiał się spieszyć. Był w tym domu ostatni raz. Przez minione dni
usuwał ślady swojego pobytu. Znał się na tym i wiedział, że nie zostało
ich wiele. Nawet gdyby trafiła tu policja i coś znalazła, mogła co
najwyżej powiązać je z kilkoma zabójstwami na terenie kraju, ale nie z nim konkretnie. Był bardzo ostrożny. Nie figurował w żadnych policyjnych
kartotekach.
Rozejrzał się i po raz pierwszy tego wieczoru na jego twarzy pojawił się
prawdziwy uśmiech. Nie skłamał, kiedy powiedział Mykole, że nie ma już
wiele miejsc, w których można kopać. W ogrodzie było jeszcze kilka
anonimowych grobów. Wszystkie ofiary doskonale pamiętał.
Zaczął krążyć po pomieszczeniu. Co dwa kroki jego buty zapadały się
trochę głębiej w miękką ziemię. Deptał zakopane zwłoki i czuł rozkoszne
dreszcze rozchodzące się po ciele. Wreszcie zatrzymał się na środku przy
filarze podtrzymującym dach. Oddychał wolno, w podbrzuszu czuł
mrowienie, mięśnie pod skórą napięły się, aż koszula zatrzeszczała w szwach. Gdyby był wilkiem, zawyłby, ogłaszając światu, że tu jest jego
królestwo. Ale on był czymś więcej niż tylko drapieżnikiem.
Drapieżniki w naturze nie zabijają dla przyjemności, tylko dla
zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych. On był ludzkim
drapieżnikiem. Najgroźniejszą bestią, jaka kiedykolwiek chodziła po
ziemi. Superdrapieżnikiem.
Był groźniejszy, ponieważ posiadał inteligencję i mózg o nieograniczonych możliwościach.
Zabijał dla przyjemności zabijania.
Zadowolony wyszedł z budynku. Dokładnie wytarł podeszwy butów z ziemi,
szmatę wrzucił do plastikowego worka, szpadle zaniósł do garażu. Do tego
samego worka włożył jeszcze trzy szklanki i opróżnioną do połowy
półtoralitrową butelkę z wodą mineralną. Wyszedł na ulicę i worek
umieścił w bagażniku auta stojącego na podjeździe przed garażem. W bezpiecznym miejscu się go pozbędzie.
Wrócił jeszcze do domu, spłukał ostatnie ślady krwi w łazience, a potem
zamknął starannie drzwi. Pęk kluczy schował pod wycieraczkę, wyjął
telefon komórkowy, napisał do właściciela domu SMS, w którym
poinformował, że wypowiada umowę najmu ze skutkiem natychmiastowym. Po
krótkim wahaniu dodał, że wyjeżdża służbowo do Ameryki Południowej.
Potem wyłączył aparat, wyciągnął baterię i kartę SIM. Kartę połamał,
wszystkie trzy elementy wrzucił do kanalizacji przez kratkę odpływową na
skraju drogi. Wreszcie wsiadł do samochodu, odpalił silnik i wolno
wyjechał przez bramę na osiedlową drogę. Po raz kolejny zostawiał za
sobą część swojego życia. Bez żalu. Ile razy zaczynał od nowa? Już nie
pamiętał.
Jeszcze tylko wizyta u tego policjanta.
Rozdział 14
Paulina Czerny sięgnęła w bok, namacała stojący tam kubek i dopiła kawę.
Przeglądała opasły tom dokumentów zgromadzonych w śledztwie dotyczącym
zaginięcia dwudziestojednoletniej dziewczyny w okolicach osiedla
Brochów. Teczkę dał jej Grabski. Z tego co jej zdążył opowiedzieć, zanim
wyszedł do sądu na rozprawę, od prawie roku prokuratura nie miała
pojęcia, co zrobić z tą sprawą. Prowadziło ją kolejno trzech
prokuratorów, bez szczególnych rezultatów. Ostatnim był doskonale
Paulinie znany prokurator Dariusz Wysocki. Odkąd przejął sprawę,
postępowanie nie posunęło się ani o krok. Naczelnik prokuratury
rejonowej mógłby podpisać kolejny wniosek o przedłużenie śledztwa na
kolejne trzy miesiące, nie interesując się tym, co podpisuje. Ale musiał
się zainteresować.
Sprawa zaginięcia Anny Kowal nagle stała się głośna na cały kraj dzięki
jednemu z dziennikarzy śledczych, Krzysztofowi Salitrze. Kilka miesięcy
temu zgłosili się do niego zrozpaczeni rodzice i od tego momentu
prokuratura i policja zaczęły mieć kłopoty. Redaktor Salitra
przeprowadził własne śledztwo i udowodnił szereg nieprawidłowości w postępowaniu policji, kilka głupich błędów i zaniechań. Napisał parę
artykułów do lokalnej prasy, a jeden z nich ukazał się nawet na
pierwszej stronie w ogólnopolskim wydaniu "Gazety Wyborczej". Paulina
właśnie go przeczytała i była pełna podziwu dla dziennikarza. Sama by
się podpisała pod większością jego uwag. Facet byłby niezłym śledczym w wydziale kryminalnym.
Potem Salitra wystąpił jeszcze w programie Uwaga w TVN24 i dopiero
wtedy zrobił się prawdziwy szum. Naczelnik prokuratury rejonowej
przedłużył postępowanie na trzy miesiące, ale zażądał od Wysockiego akt
sprawy do wglądu. Akta w tajemnicy trafiły do prokuratora Marka
Grabskiego, który dostał polecenie przeprowadzenia niezależnego
postępowania, zwłaszcza sprawdzenia prawidłowości działań Wysockiego.
Dlatego dokumenty znalazły się na biurku Pauliny Czerny. Grabski
doskonale wiedział, jakie stosunki łączą Paulinę i Wysockiego. Domyślał
się też, że Wysocki będzie chciał się na niej zemścić po tym, jak
szantażem zmusiła go do zostawienia w spokoju komisarza Marcina
Zakrzewskiego.
Paulina po przeczytaniu akt postanowiła natychmiast wdrożyć w życie
działania wyprzedzające. Była zdana na siebie. Nie mogła wtajemniczyć
nikogo z policji. Po chwili namysłu zdecydowała się zaproponować
współpracę jedynej osobie, której mogła zaufać.
W Internecie znalazła numer telefonu do redakcji "Gazety Wrocławskiej".
W sekretariacie ustaliła bezpośredni numer do redaktora Krzysztofa
Salitry. Zadzwoniła od razu.
Krzysztof był na obiedzie u rodziców. Właśnie siedział objedzony w fotelu i wpadał w błogostan. Nie chciało mu się ruszać, przymknął oczy i jego myśli odpływały w inną, o wiele przyjemniejszą rzeczywistość. Głos
w słuchawce sprawił, że w mgnieniu oka wrócił do realu.
Pół godziny później wsiadł do samochodu, włączył się do ruchu na
Powstańców Śląskich przy parku Południowym i jechał wolno w sznurze aut
w kierunku centrum. Na wysokości hotelu Wrocław skręcił w Swobodną.
Zgodnie ze wskazówkami, które otrzymał przez telefon, zaparkował obok
marketu EPI, na najbardziej oddalonym od budynku miejscu parkingowym.
Czekał, nie wyłączając silnika. Auto stało na słońcu, na zewnątrz
temperatura przekraczała trzydzieści stopni. Wyłączenie klimatyzacji w tych warunkach było jednoznaczne z samobójstwem.
Ktoś zastukał w szybę od strony pasażera. Salitra odblokował drzwi i z zainteresowaniem spojrzał na komisarz Paulinę Czerny.
-?Cieszę się, że znalazłeś w sobotę czas, żeby się ze mną spotkać -
powiedziała.
-?Ciekawość nie pozwoliłaby mi odmówić. -?Krzysiek wzruszył ramionami. -
Słynna komisarz Paulina Czerny chce się spotkać z dziennikarzem piszącym
krytycznie o działaniach prokuratury i policji. Do tego na neutralnym
gruncie. Umieram z zaciekawienia.
Paulina obrzuciła go badawczym spojrzeniem, jakby chciała się upewnić,
czy może mu zaufać.
-?Czytałam twoje artykuły na temat zaginięcia Anny Kowal i muszę
przyznać, że w większości zgadzam się z twoją opinią. Prokuratura i policja dały dupy na całej linii. Poszukiwania prowadzone były
niestarannie i bez należytej koordynacji. Śledczy i prokuratorzy zbyt
często się zmieniali, nie potraktowali sprawy poważnie od samego
początku i dlatego niektóre wątki nie zostały sprawdzone.
-?I co w związku z tym, pani komisarz? -?zapytał Salitra z ironicznym
uśmiechem. -?Chcesz mnie uciszyć?
-?Coś w tym stylu.
Dziennikarz zamilkł na moment z tym samym uśmiechem, który zaraz zmienił
się w złośliwy grymas.
-?Zastraszysz mnie? -?odezwał się. -?Wyciągniesz na mnie jakieś
kompromitujące kwity?
-?Bynajmniej -?odpowiedziała. -?Chciałabym ci zaproponować umowę.
Widząc uniesione ze zdziwienia brwi Salitry, Paulina kontynuowała:
-?Tydzień temu w I Wydziale Śledczym Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu
doszło do drobnej awantury. Prokurator Wysocki, który nadzorował sprawę
zaginięcia Anny Kowal, zwrócił się do naczelnika z kolejnym wnioskiem o przedłużenie śledztwa. Naczelnik podpisał wniosek, ale dokładnie
zapoznał się z aktami. Ty byłeś przyczyną tego zainteresowania.
Nagłośniłeś zaginięcie dziewczyny w mediach lokalnych i ogólnopolskich,
a że prokuratura nie ma ostatnio dobrej prasy, naczelnik postanowił w tajemnicy przeprowadzić audyt śledztwa i działań prokuratorów. Koniec
końców, sprawa trafiła do prokuratora Grabskiego.
-?Prokurator Grabski. -?Salitra wzruszył ramionami. -?To ma jakieś
znaczenie?
-?Spore. Jeśli ktoś ma rozwiązać tę sprawę, to tylko Grabski.
-?Trochę wątpię.
-?Grabski zlecił mi czynności operacyjne.
Salitra poczekał, aż do samochodu obok wsiądzie małżeństwo z dwójką
wrzeszczących dzieci.
-?I to ma mnie uspokoić? -?mruknął, kiedy w pobliskim aucie zatrzasnęły
się wszystkie drzwi.
-?Nie. Chcę ci zaproponować umowę. -?Paulina wyciągnęła z torebki
złożoną na pół szarą kopertę i podała Salitrze. Ten spojrzał na nią
podejrzliwie.
-?To notatka sporządzona przez pierwszego prokuratora, który się tym
zajmował. Znajomi Anny Kowal wspomnieli, że kilka tygodni przed
zaginięciem poznała w jednym z barów w okolicach Rynku dużo starszego od
siebie mężczyznę.
-?Wiem, policja nigdy nie ustaliła jego tożsamości. Mnie też się nie
udało. Anna nikomu go nie przedstawiła, raz tylko pochwaliła się
koleżance. Mówiła, że jest dużo starszy i że boi się powiedzieć o nim
rodzicom. Przed znajomymi chyba też się wstydziła. Możliwe, że spotykała
się z nim do dnia zaginięcia. Ale nie wykluczam też, że gość nie
istniał, a koleżanka konfabulowała.
-?Facet istnieje -?oznajmiła Paulina. -?Policja znalazła go prawie od
razu, tylko śledczy i prokurator uznali, że nie ma związku z zaginięciem, i zajęli się czymś innym. Nazywa się Rafał Derec, ma
trzydzieści sześć lat, pracuje w komendzie wojewódzkiej policji. Ma żonę
i dwójkę dzieci.
-?Jasna cholera! -?Dziennikarz szybko otworzył kopertę i przebiegł
wzrokiem ksero notatki.
-?Wygląda ciekawie?
Teraz Krzysiek był naprawdę zainteresowany.
-?O jakiej umowie mówisz?
-?Potrzebujemy trochę czasu, żeby bez zbytniego rozgłosu i nagonki w mediach zapoznać się z tematem i prześwietlić tego Rafała Dereca.
-?A co ja będę z tego miał?
Komisarz kontynuowała, jakby nie dosłyszała pytania.
-?Znaczący jest jeden fakt. Ta notatka o podkomisarzu Derecu zniknęła z akt, kiedy sprawę przejął prokurator Dariusz Wysocki. Wiemy o niej tylko
dlatego, że poprzednik Wysockiego był niezwykle skrupulatnym człowiekiem
i lubił kserować. Na pierwszy rzut oka nie ma żadnego powiązania
pomiędzy Derecem a Wysockim, ale może nie znamy prawdy. Tak się dziwnie
składa, że podkomisarz pracuje w wydziale do walki z przestępczością
zorganizowaną. Może on i Wysocki mają kontakty z kolesiami z miasta albo
w policji działa grupa interesu, która chroni sobie wzajemnie tyłki i tuszuje ciemne sprawki? Posłuchaj, redaktorze. Jeśli tylko potwierdzi
się któraś z wersji, będę twoim osobowym źródłem informacji z pierwszej
linii dochodzenia. Będziesz miał materiał życia. Napiszesz teksty do
czołowych dzienników w kraju. Zrobisz z tego największą aferę w policji
od czasu Olewnika. I jeszcze jedna ważna sprawa. Zagwarantujesz, że
ewentualne nadużycia zostaną nagłośnione w mediach, gdyby ktoś chciał po
cichu ukręcić sprawie łeb. No i będziesz zabezpieczeniem, na wypadek
gdyby mnie albo Grabskiemu coś się stało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
34 lata wcześniej
Ból nagle znika. Cudowne orgiastyczne uczucie ciepła rozlewa się po
zdrętwiałych, skurczonych mięśniach.
Nagle słyszy głosy. Pod przymkniętymi powiekami widzi prześliczne
miasto, które mieni się w słońcu wszystkimi kolorami tęczy i złotem. W mieście bawią się dzieci. Roześmiane twarze, szczęście w oczach, radosne
okrzyki, ubrania lśniące czystością w słonecznym blasku.
Naraz go zauważają. Dziewczynki i chłopcy w jego wieku stają na skraju
miasta i wołają:
-?Chodź do nas!
-?Baw się z nami!
-?Jak masz na imię?
Nie pamięta, kim jest. Nie pamięta, gdzie jest. Nic go to nie
obchodzi.
Zaczyna biec, ale nogi grzęzną w wysokiej trawie porastającej równinę.
Zostało jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów. Biegnie, lecz zamiast się
zbliżać, oddala się od miasta. Chce krzyknąć, żeby poczekali, ale już go
nie słyszą. Dzieci rozchodzą się zawiedzione.
Złote miasto się oddala, blednie, po chwili ginie w białej mgle.
Nie ma już nic. Tylko ta mgła.
Mózg powoli przestaje funkcjonować.
To pierwsza faza agonii.
Jak w pozbawionej zasilania maszynie wyłączają się kolejne obwody:
pamięć, myślenie, ból, uczucia, strach. Kiedy jednak uświadamia sobie,
że za chwilę umrze, szarpie się rozpaczliwie ostatni raz.
Ostatnia próba ratunku. Szanse bliskie zera.
W ułamku sekundy, w procedurze nigdy jeszcze nieużywanej, lecz
zakodowanej w genach, tworzą się dziesiątki milionów nowych połączeń
neuronów. W tej samej chwili w układzie zaczyna krążyć prąd. Budzi się
najbardziej pierwotny instynkt przetrwania, system bezpieczeństwa
przejęty po praprzodkach, którzy musieli bronić się przed dziką i bezwzględną przyrodą praświata. Instynkt budzący się w chwili, kiedy
wszystko inne ginie, kiedy wyłącza się myślenie i świadomość.
Najpierw poruszają się palce. Powoli, wytrwale, jednostajnymi ruchami
przypominającymi przedśmiertne drgawki robią dla dłoni małą niszę w miękkiej ziemi. Zaraz jednak ziemia się zapada i palce nieruchomieją.
To nic. Ten eksperyment pozwala nowej sile zarządzającej ciałem
opanować sytuację. Stabilizuje się tętno, serce zaczyna uderzać miarowo,
oddech staje się głębszy.
Pojawia się nowy problem. Zaczyna brakować tlenu. Głębszy oddech wciąga
do gardła i płuc drobinki ziemi i grozi uduszeniem w ciągu
kilkudziesięciu sekund. Obie dłonie zaczynają rozpaczliwie rozgarniać
ziemię. Na szczęście ciało jest przysypane cienką warstwą czarnej gleby
i już po kilku sekundach nadludzkiego wysiłku dłonie wydostają się na
powierzchnię.
Twarz! Trzeba odsłonić twarz!
Ziemia się obsypuje, szerzej rozwierają się usta zalepione krwią i płuca łapczywie chwytają hausty rześkiego powietrza wrześniowej nocy. Na
moment siły wracają. Ręce zrzucają kamienie leżące na piersiach i podbrzuszu, ciało wydostaje się z płytkiego grobu, przewraca się na
brzuch i odpełza dwa metry w bok, na trawę. Tu zastyga w bezruchu. Płuca
i krtań oczyszczają się z ziemi w gwałtownym ataku kaszlu, żołądek w nagłym skurczu pozbywa się żółci powstałej w chwili agonii.
Dalej! To jeszcze nie koniec.
Popychane przez ślepy instynkt przetrwania ciało przesuwa się wytrwale,
centymetr po centymetrze, przez ciemność w kierunku światła. Jak wielki,
czarny, oślizgły robal, który wypełza spod ziemi tylko pod osłoną nocy.
Nagle trawa się kończy i ludzki robak oblepiony czarną ziemią i krwią
trafia na brukowaną ścieżkę. Tutaj zamiera na dłużej.
Gdyby to widowisko obserwował ktoś z boku, mógłby nabrać podejrzeń, że
ludzki czerw jest już martwy. Jednak w tamtym czasie i miejscu nie było
nikogo. Obserwatorem dramatycznej walki dziecka o życie mógł być co
najwyżej Bóg.
Albo Diabeł.
Okaleczony mózg budzi się z chwilowego letargu i znowu daje sygnał do
walki. Ciało drga i mozolnie zbliża się do uchylonej bramy, w stronę
nikłej poświaty, która dociera w to miejsce z oddalonej o kilkadziesiąt
metrów ulicznej latarni.
Niespodziewanie na wysypanej żwirem drodze słychać kroki. Zbliżają się
szybko i pewnie.
Mózg rejestruje dźwięk i próbuje wezwać pomoc. Stłuczone, spuchnięte
wargi poruszają się w niemym wołaniu o ratunek, lecz ciszy nocy nie
zakłóca żaden dźwięk. Słychać tylko te kroki.
Coraz bliżej i bliżej.
A jeśli wcale nie oznaczają ocalenia? Jeśli teraz nastąpi dalszy ciąg
kaźni?
Ta podprogowa myśl przemyka przez wszystkie komórki kory mózgowej i sprawia, że w jednej chwili wszystko gaśnie i zapada ciemność.
Prawdziwa ciemność pełna błogiej ciszy i nieistnienia.
Początek
Koniec czerwca 2015
Film miał mieć co najmniej dziesięć milionów wyświetleń.
Apacz wybrał miejsce, zorganizował przebrania, stojaki i oświetlenie.
Pożyczył od kogoś profesjonalną kamerę umożliwiającą nocne zdjęcia
dobrej jakości.
Swoim optymizmem zaraził resztę.
W pierwszy weekend lata, w ciepłą i gwiaździstą noc dwa samochody
osobowe wyjechały z Wrocławia drogą w kierunku Smolca. Przed osiedlem
domków jednorodzinnych skręciły z ulicy Żwirki i Wigury w prawo i wąską
asfaltową drogą pojechały wzdłuż wysokiego ogrodzenia, za którym
rozciągały się tereny należące do jednostki wojskowej przy lotnisku na
Strachowicach, w kierunku Krzeptowa i dalej.
Ruch był niewielki, jechali szybko, podnieceni i rozbawieni. Lekki
niepokój zabijali głośnym śmiechem, żartami i dużą ilością piwa.
Droga wiodła przez most na Bystrzycy i ginęła w gęstym lesie. Mimo
księżycowej, dość jasnej nocy światła samochodów z trudem przebijały się
przez mrok. Rosnące po obu stronach wielkie drzewa z rozłożystymi
konarami stykającymi się w górze tworzyły tunel pogrążony w absolutnych
ciemnościach. Nad drogą przelewały się fale białej mgły podnoszącej się
z podmokłych terenów Parku Krajobrazowego Doliny Bystrzycy.
-?Niech to cholera weźmie! -?zaklął Mateusz Jastrzębski prowadzący
pierwsze auto i wcisnął odrobinę zbyt mocno pedał hamulca. -?Nic nie
widać...
Nagle z tyłu dobiegł ich ostry pisk opon hamującego za nim auta.
Siedzący na przednim siedzeniu obok kierowcy Oskar Berton, zwany
Apaczem, obejrzał się zaniepokojony i pokręcił głową.
-?No, teraz pojechałeś -?rzucił.
Mateusz popatrzył we wsteczne lusterko i nonszalancko wzruszył
ramionami.
-?Niech uważa, jak jedzie.
Nie dał po sobie poznać, że przez chwilę zrobiło mu się gorąco. Ojciec
by mu nie wybaczył nawet najdrobniejszej ryski na toyocie. Tym bardziej
że był w delegacji za granicą i nie wiedział, że jego nastoletni syn
jeździ autem bez pozwolenia. Jadący z tyłu nową hondą civic Tymon Jagla
też pewnie nie miałby pomysłu, jak wytłumaczyć starym, co robił o północy kilkanaście kilometrów za miastem i jak doszło do wypadku.
Mateusz wyjął z rąk Apacza piwo w puszce i pociągnął dwa duże łyki dla
kurażu.
-?Daleko jeszcze? -?zapytał zniecierpliwiony.
Mgła zgęstniała. Przed maską samochodu kotłowały się białe tumany, w których ginęło światło reflektorów.
-?Za następnym zakrętem -?odrzekł uspokajająco Apacz.
Rzeczywiście kilkaset metrów dalej las gwałtownie się kończył. Mgła się
przerzedziła, widać było szosę prowadzącą przez pola pod rozgwieżdżonym
niebem. Dojechali do skrzyżowania. Droga w lewo prowadziła do Kątów
Wrocławskich, a w prawo do oddalonej o półtora kilometra miejscowości,
której nazwy nie można było odczytać z zamalowanej sprayem tablicy.
Skręcili w prawo i chwilę później Apacz kazał Mateuszowi znowu skręcić w szutrową drogę pełną wybojów i kolein. Po przejechaniu kilkunastu metrów
znaleźli się w lesie. W świetle księżyca doskonale widać było białe pnie
brzóz, połyskujące zza krzewów porastających gęsto pobocze. Po kolejnych
kilkuset metrach las się kończył. Po prawej stronie rozciągały się pola
uprawne, a w lewo odchodziła zarośnięta wysoką trawą polna droga
prowadząca do cmentarnej bramy.
Apacz wybrał doskonałe miejsce. Pierwsze domostwa znajdowały się
kilkaset metrów dalej. Nikt o tej porze nie mógł im przeszkodzić.
Zaparkowali i wysiedli z samochodów. Odwaga nakręcana do tej chwili
przez młodzieńczą brawurę i alkohol gdzieś uleciała.
-?Co jest? -?Apacz spojrzał na kolegów z kpiącym uśmiechem na ustach. -
Strach was obleciał?
Związał długie włosy i naciągnął maskę na twarz. Ruszył przed siebie,
przecisnął się przez szparę w zardzewiałym ogrodzeniu i znalazł się na
cmentarzu. Przez chwilę szarpał bramę, wydając z siebie potępieńcze
jęki, jakby był nieboszczykiem desperacko próbującym wydostać się na
zewnątrz. Ten pokaz wywołał u reszty mimowolne salwy śmiechu. Apacz,
podobnie jak pozostali chłopcy, ubrany był w obcisły czarny kostium, na
którym białą fosforyzującą farbą nadrukowano ludzki szkielet. W ciemnościach odznaczały się tylko jasne wzory kości.
-?Muszę w krzaki -?powiedział nagle Michał Rudnik.
Jagoda Chmielnik prychnęła pogardliwie.
-?Kwasu, może ty masz jakiś problem z pęcherzem? -?zadrwiła.
Miała długie, prawie białe włosy i uchodziła za klasową piękność. Nie na
darmo nazywano ją Daenerys -?była bardzo podobna do królowej Daenerys
Targaryen z Gry o tron. Przebrała się zresztą odpowiednio. Nosiła
spływającą do ziemi jasną suknię, na ramiona zarzuciła czerwony szal,
białe włosy spięła z tyłu w koński ogon. Czubek jej głowy zdobiła korona
wycięta z kartonu i oklejoną złotą folią.
Kwasu popatrzył na nią z wyższością.
-?Po prostu wypiłem najwięcej. -?Wzruszył ramionami i skręcił w stronę
czerniejących z boku krzewów.
Pozostali chłopcy skorzystali z okazji i bez słowa poszli w jego ślady.
Dziewczyny zostały w miejscu.
-?Jak dzieci -?powiedziała Fiolka, czyli Ania Wiśniewska.
Była przebrana za biskupa. Miała na sobie pozłacaną tunikę imitującą
szaty liturgiczne, na głowie srebrną infułę, a w ręku trzymała
własnoręcznie zrobiony pastorał zakończony efektowną spiralą. Nie mogła
pochwalić się talentem plastycznym, ale spirala wyszła jej doskonale.
-?Cóż, przynajmniej można zapalić -?westchnęła Dominika Skrucha. Zawsze
miała przy sobie co najmniej dwie paczki cienkich mentolowych
papierosów. Z racji nazwiska od wczesnej podstawówki nosiła ksywę Skucha
-?wszyscy, łącznie z nauczycielami, notorycznie przekręcali jej
nazwisko. Dominika przebrała się za rycerza. Jej piersi okrywała
plastikowa zbroja z herbem Ślepowron, na plecy zarzuciła pelerynę, a do
szerokiego wojskowego pasa przymocowała miecz. Na głowie miała hełm.
Przyłbica ciągle opadała jej na oczy i Dominika musiała ją poprawiać.
Ostatnią dziewczyną była Weronika Kaczuk, wysoka, ciemnowłosa, o zadziornym spojrzeniu. Przebrana w czarny habit mniszki wyglądała
bardziej na postać z horroru klasy B niż na siostrę zakonną.
Zanim zdążyły się porządnie zaciągnąć dymem, wrócili chłopcy. Wszyscy
naciągnęli już maski i nie mogły ich rozpoznać.
-?Siostry, rzućcie to świństwo! -?wykrzyknął pierwszy szkielet głosem
Apacza. -?Mam coś o wiele lepszego...
Pogrzebał chwilę w tylnych kieszeniach spodni, wyciągnął kartonowe
pudełko po papierosach i triumfalnie pokazał wszystkim zawartość.
-?Świeży towar -?odezwał się Tymon Jagla. Miał ksywę Don Pedro. -?Ty
zawsze masz genialne pomysły, Apacz.
-?Przestańcie! Mamy kręcić film, a wy się najaracie i nic z tego nie
będzie -?mruknęła Dominika.
-?Przestań, Skucha, będzie lepsza zabawa. -?Apacz puścił dwa skręty w obieg.
Palili w milczeniu.
-?Niezłe zioło -?szepnął Kwasu.
Dziewczyny śmiały się głupkowato. Mateusz Jastrzębski nagle zaczął
podskakiwać, jakby stał bosymi stopami na gorącym żelazie. Powtarzał bez
przerwy:
-?Czujecie to? Czujecie? Czujecie wibracje?
Daenerys co chwilę trącała rycerski hełm Dominiki. Przyłbica raz po raz
opadała z trzaskiem, ale Dominika się nie denerwowała, tylko cierpliwie
ją podnosiła, zanosząc się śmiechem.
W pewnej chwili Apacz klasnął w dłonie.
-?Dość zabawy! Przecież mamy nakręcić film -?przypomniał.
Jak na komendę rzucili się do bagażników i zaczęli wyciągać oświetlenie,
przewody do akumulatorów, kamerę i statywy.
Jan Kamiński wracał do domu rowerem. Było już dobrze po północy. W lesie
za mostem na Bystrzycy zalegała biała jak mleko, wilgotna, zimna mgła.
Czuł, jak lodowate drobinki osiadają mu na twarzy, jego rzadkie siwe
włosy zrobiły się zupełnie mokre. Na szczęście grzała go jeszcze wódka,
którą wypił z kolegą. Dużo wódki. Tak dużo, że na początku nie mógł
wsiąść na rower i złapać równowagi. Skończyło się na upadku na asfalt i stłuczonym boleśnie kolanie.
-?Szlag by trafił, cholerne kolano -?mruczał pod nosem.
Oczy mu się trochę kleiły, kiedy wyjechał wreszcie z lasu. Chciał
skręcić w prawo do wioski i wtedy wywrócił się ponownie. Koła
poślizgnęły się na cienkiej warstwie piasku przykrywającego asfalt na
poboczu jezdni. Był na tyle pijany, że nie zdążył prawidłowo zareagować.
Klnąc, pozbierał się z ziemi, ale jechać dalej już nie mógł. Kolano
bolało okropnie. Postanowił pójść piechotą. Do wioski nie było daleko.
Nie bardzo pamiętał, jak przeszedł kilkaset metrów, prowadząc rower.
Minęło go auto i wtedy trochę otrzeźwiał. Zauważył, że znajduje się na
wysokości polnej drogi odchodzącej w prawo. Nie zastanawiając się długo,
skręcił. Tędy miał bliżej do domu, choć nie chodził tu po zmroku. Przy
drodze znajdował się stary cmentarz, ludzie różne rzeczy gadali. Teraz
jednak Kamiński był na tyle otumaniony wódką, że nawet o tym nie
pomyślał.
Przeszedł już spory kawałek drogi, gdy nagle przystanął zaniepokojony.
Od strony cmentarza, od którego oddzielał go teraz tylko wąski skrawek
brzozowego lasu, dochodziły śmiechy i pokrzykiwania. Między drzewami
migotały światła, a kiedy przyjrzał się uważniej, dostrzegł kilka
postaci tańczących między nagrobkami.
-?Co do diabła? -?mruknął do siebie na głos i się przeżegnał.
Nawet się nie przestraszył, alkohol dziwnie dodawał mu odwagi. Ruszył
dalej, ale już po kilku krokach gwałtownie się zatrzymał.
Na skraju drogi dojrzał zarys ciemnej sylwetki. Kamiński głośno
przełknął ślinę i zawołał drżącym głosem:
-?Kto tam jest?!
Postać odwróciła się wolno i wtedy pod Janem ugięły się nogi z przerażenia. Prawie upuścił rower.
Przed nim stał kościotrup. Wyraźnie rysująca się w ciemnościach czaszka
z pustymi oczodołami i równymi rzędami zębów sprawiała wrażenie, jakby
szkielet się uśmiechał. Jan po chwili zaczął myśleć logiczniej. Chodzące
nocą po polnych drogach szkielety nie istnieją. Domyślił się, że ktoś
stojący nieopodal jest przebrany.
-?Co tu robisz? -?powtórzył o wiele pewniejszym głosem.
Postać zbliżyła się do niego zaskakująco szybko. Teraz w świetle
księżyca Kamiński widział błysk oczu w ziejących czernią oczodołach.
-?Przyszedłem na bal -?odezwał się nieznajomy.
To był szept człowieka ogarniętego szaleństwem i przez to przechodzący w chrapliwy syk. Takie przynajmniej wrażenie odniósł Kamiński.
-?Jaki bal? -?zdołał wyszeptać, czując nieznośną suchość w ustach.
-?Na cmentarzu jest dzisiaj bal. Nie wiedziałeś? -?Przebieraniec
nachylił się jeszcze bardziej. -?Prawdziwy Taniec Śmierci. Szalony
Totentanz. Zabawa do białego rana!
-?Kim, do cholery, jesteś?
-?Nie widzisz? Kościotrupem. Już dawno jestem martwy. Ty też będziesz.
To nic strasznego.
-?Co ty...
Nieznajomy mu przerwał.
-?Niestety, nie mogę cię zaprosić na bal -?powiedział jakby z żalem. -
Brak miejsc.
Nagle Kamiński poczuł piekący ból, jak gdyby ktoś przyłożył mu do
brzucha rozpalone do białości żelazo. Zdziwiony spojrzał w dół i dopiero
po pewnej chwili zrozumiał, co się stało. Nieznajomy wbił mu w brzuch
nóż. Po koszuli szybko rozlewała się czarna plama. Kamiński wiedział, że
to jego krew. W panice próbował sięgnąć rękami do noża, ale tamten
zdążył zadać serię ciosów, kalecząc mu przy tym palce i nadgarstki.
Rower wpadł z brzękiem do przydrożnego rowu, Kamińskiemu nagle zmieniła
się perspektywa widzenia -?miał przed oczami tylko ziemię i stopy
napastnika. Stopy szybko się oddaliły.
-?Czas na Totentanz -?usłyszał jeszcze.
Robiło się coraz zimniej i ciemniej. Świat oddalał się nieubłaganie.
Kamera włączona! Cztery ledowe lampy oświetlały środek cmentarza, gdzie
zaczęło się widowisko.
Przez cmentarz między nagrobkami sunął przedziwny pochód. Cztery pary
podążały jedna za drugą w pozagrobowym polonezie. Pierwszy kościotrup
prowadził za rękę biskupa, kolejny wiódł na zatracenie królową, następny
ciągnął rycerza. W ostatniej parze pod rękę ze szkieletem szła mniszka w czarnym habicie.
Całe przedstawienie być może odbyłoby się w atmosferze śmiertelnej
powagi, ale samozwańczy artyści nie przewidzieli kilku szczegółów. Nikt
nie pomyślał, że ścieżki między nagrobkami będą bardzo wąskie, do tego
porośnięte trawą i cmentarną roślinnością. Poza tym stare nagrobki się
zapadły, inne rozpłynęły się i zniknęły pod warstwą trawy. Przy słabej
widoczności trudno było przewidzieć, gdzie się znajdują. Dodatkowo piwo
i marihuana mocno wpłynęły na koncentrację i koordynację ruchową
odgrywających przedstawienie. Co chwilę ktoś się potykał i przewracał,
prowokując głośne wybuchy śmiechu. Rycerzowi opadała przyłbica i musiał
ciągle ją podnosić. Królowej zjeżdżała korona, szal raz po raz zaczepiał
o kolczaste gałęzie krzewów. Biskup zgubił infułę. Jakby tego było mało,
ktoś stanął na upuszczony pastorał, łamiąc go w połowie.
Pary się wymieszały, każdy tańczył z każdym, zmieniały się taneczne
style. Okazało się, że kościotrupy bardzo dobrze radzą sobie z tańcami
naśladującymi breakdance, mniszka z biskupem próbowali salsy. Zupełnie
nieoczekiwanie jeden ze szkieletów zaczął się popisywać bardzo dobrą
znajomością kroków tanga. Po kolei tańczyli z nim biskup, mniszka i królowa.
Nie wiadomo, kto zawołał, że nadjeżdża jakiś samochód. Towarzystwo
rzuciło się do aut zaparkowanych przed bramą, zapominając o oświetleniu
i rejestrującej wszystko kamerze. Apacz był na tyle przytomny, by
krzyknąć, że trzeba złożyć sprzęt.
Opamiętali się. Wrócili, zdjęli lampy i włożyli je do bagażnika, Apacz
zajął się statywem i kamerą.
Ruszyli, jakby ich ktoś gonił. Pierwsza na polną drogę wyjechała toyota
i buksując oponami w piasku, wolno nabierała prędkości. Wyrwała do
przodu dopiero, kiedy niezbyt przytomny kierowca odjął trochę gazu.
Tymon Jagla miał mniej szczęścia z trafieniem na drogę. Za późno skręcił
i honda wjechała lewym kołem do rowu. Jednak w porę wcisnął hamulec,
samochód zawisł na podwoziu i silnik zgasł. Pasażerom auta udało się
wypchnąć je z powrotem na drogę i chwilę później honda mknęła w ślad za
toyotą w kierunku Wrocławia.
Rozdział 1
Początek sierpnia 2015 roku
Na burzę zbierało się od kilku dni. Wreszcie nadeszła ulewa, krótka i bardzo gwałtowna. Na ulicy Rogowskiej na Nowym Dworze studzienki
kanalizacyjne od razu się zapchały i wielka kałuża rozlała się na
zakręcie między pętlą autobusową a Biedronką. Aspirant Karina Buczko i jej kolega z patrolu, starszy aspirant Jacek Felman, ukryci przed
deszczem w policyjnym radiowozie obserwowali, jak samochody pokonują to
jezioro, efektownie rozbryzgując wodę.
-?Będzie z tego jakiś wypadek -?zrzędził jak zwykle Felman.
-?Niby dlaczego? -?zdziwiła się Buczko.
Felman był od niej dziesięć lat starszy, od dawna jeździł w patrolach,
dlatego chętnie udzielał rad młodszej koleżance. Na początku się
denerwowała, potem przestała zwracać uwagę. Felman narzekał i marudził,
pchał się tam, gdzie nie trzeba, sprowadzał sobie na głowę kłopoty, ale
w sumie był dobrym kolegą i policjantem.
-?Jeden drugiemu zaleje przednią szybę, nie zachowają ostrożności i stłuczka gotowa -?stwierdził. -?Nie wspominając o akwaplaningu.
Uśmiechnęła się pod nosem, nie skomentowała jednak. Dokończyli kanapki,
popili kawą z termosu, Jacek uruchomił silnik i wyjechali z parkingu w prawo, w kierunku Strzegomskiej. Podrasowany silnik policyjnego passata
ryknął, kiedy Felman wcisnął gaz. Miał o wiele więcej koni mechanicznych
niż taki sam model z salonu.
Była dwudziesta czterdzieści pięć. Ich patrol miał trwać jeszcze całą
noc, do szóstej rano.
Budowę biurowca przy ulicy Granicznej rozpoczęto wiosną poprzedniego
roku. W dwa miesiące zakończono prace ziemne i wylano fundamenty, potem
szybko powstały jeszcze dwa piętra i nagle budowa z niewiadomych
przyczyn stanęła. Od roku ludzi jeżdżących na lotnisko straszyła
betonowa konstrukcja bez okien.
Lubił tutaj przychodzić. Był przecież Obserwatorem.
Wewnątrz niedokończonego budynku znalazł zbitą z desek prowizoryczną
drabinę prowadzącą na najwyższy poziom. Początkowo z wysiłkiem się tam
wdrapywał, a jeszcze trudniej mu było schodzić -?miał niesprawne dłonie.
Plastikowe protezy do niczego się nie nadawały, mógł co najwyżej
podrapać się nimi po tyłku. Czasem się zastanawiał, czy ich zakładanie
ma sens. Wielokrotnie chciał je zostawić w domu, lecz zawsze w ostatniej
chwili zmieniał decyzję. Dziwnie się czuł, wychodząc z domu bez rąk.
Wstydził się swojego kalectwa. Kiedy miał protezy, wydawało mu się, że
kikuty mniej bolą.
Ból.
Nie opuszczał go ani na sekundę. Czy do bólu można się przyzwyczaić?
Chyba tak. Inaczej przecież nie spałby po nocach i nie prowadził w miarę
normalnego życia.
Przychodził tu tylko wtedy, kiedy nie było ciecia. Po zachodzie słońca
trzy mocne światła umieszczone na szczycie stróżówki oświetlały budynek,
ale budka strażnicza najczęściej była pusta.
Uwielbiał stawać przy prowizorycznej barierce zbitej z desek na krawędzi
dachu od strony ulicy. Z tego miejsca nawet w nocy rozciągały się
wspaniałe widoki. Na wschodzie, zaraz za zabudowaniami Comexu i polem
kukurydzy, widać było autostradową obwodnicę Wrocławia, a dalej ciemne
szczyty drzew parku Milenijnego, zza których wyłaniały się bloki Nowego
Dworu. Kiedy patrzył na zachód, w niewielkiej odległości widział wieżę z czerwonym napisem "Hotel" i mrugającą białą literę H ponad oświetlonym
terenem hotelu Orle Gniazdo i przyległej do niego stacji benzynowej
Bisek. Lubił obserwować migające światło. Wyobrażał sobie, że jest na
drewnianym, skrzypiącym żaglowcu widmie, który zbliża się do skalistych
wybrzeży. Latarnia morska na skale mrugała ostrzegawczo.
Jakieś cztery kilometry dalej znajdowało się lotnisko. Za każdym razem,
kiedy patrzył w tamtym kierunku, widział światła lądujących lub
startujących samolotów. Czasem słyszał huk silników.
Uwielbiał to miejsce. Potrafił tak stać do wczesnych godzin porannych.
-?Hej, człowieku!
Pogrążony w myślach, nie zareagował na pierwsze okrzyki. Nawet nie
przyszło mu do głowy, że mogą być skierowane do niego. Czyżby strażnik
jednak był w budce? Ocknął się z niechęcią z marzeń i spojrzał w dół.
Na podjeździe przed bramą zaparkowany był policyjny radiowóz. Nie
zauważył go wcześniej. Jeden z policjantów stał w otwartych drzwiach
pojazdu, drugi zbliżył się do bramy. Obaj patrzyli na niego. To wołał
ten drugi.
-?Hej, złaź stamtąd!
Nie zareagował.
Felman pierwszy zauważył człowieka stojącego na dachu. Zaklął i chciał
wcisnąć pedał hamulca, lecz zrezygnował. Radiowóz jechał zbyt szybko.
Ulica była jeszcze wilgotna po deszczu i Jacek przestraszył się
poślizgu.
-?Co się dzieje? -?zapytała zdziwiona Karina, widząc jego nerwowe
manewry.
-?Jakiś świr stoi na dachu. -?Jacek wskazał kciukiem za siebie.
Policyjne auto zawróciło na rondzie i wolno ruszyło przeciwległym pasem
z powrotem w kierunku wiaduktu nad AOW. Karina i Jacek pochylili głowy,
uważnie patrząc na szkielet budowanego przy Granicznej biurowca. Zdążyli
przyjrzeć się postaci stojącej na dachu.
-?Samobójca? -?mruknęła Karina Buczko.
Jej partner się roześmiał.
-?Za nisko. Co najwyżej połamałby sobie kulasy. -?I wdusił nagle gaz do
dechy.
Przemknęli nad autostradą i zawrócili na następnym rondzie. Kiedy
parkowali na podjeździe przy bramie, człowiek wciąż tam był. Oboje
wysiedli z samochodu i spoglądali na niego, zadzierając głowy w górę.
Karina poczuła nagle nieokreślony niepokój. Postać wydała jej się
dziwna. Za długie ręce w stosunku do ciała, zgarbiona sylwetka,
nienaturalny bezruch. Przez chwilę zastanawiała się, czy jest żywy, czy
może ktoś dla kawału postawił tam manekina. Ale postać poruszyła głową.
Najpierw patrzyła w kierunku autostrady, potem w drugą stronę.
Policjantów chyba nie widziała. Jak Quasimodo -?przemknęło Karinie przez
głowę i struchlała jeszcze bardziej.
-?Hej, człowieku!
Wydawało się, że ten na dachu dopiero teraz ich zauważył. Wyraźnie widać
było, że drgnął.
-?Hej, złaź stamtąd! -?krzyknął znowu starszy aspirant Jacek Felman. Był
w swoim żywiole.
Karina na moment odwróciła wzrok i nagle postać na dachu zniknęła.
-?I tak cię dopadnę, pomyleńcu! -?Felman wyszarpnął policyjną pałkę,
przecisnął się przez szparę w ogrodzeniu i zniknął w szkielecie budynku.
-?Cholera jasna! -?zaklęła Karina.
Nie wiedziała, co robić. Poszła dwa kroki za Jackiem, ale przystanęła
niepewnie. Odwróciła się i spojrzała na otwarte drzwi do radiowozu.
Potem znowu przeniosła wzrok na ciemny szkielet budowanego biurowca.
Trzy kondygnacje wylane z betonu, podparte jeszcze w wielu miejscach
stemplami. Żadnego światła, tylko lampy nad pustą budką strażnika.
Zapanowała przeraźliwa cisza. Graniczną nie jechał akurat żaden
samochód, od autostrady dobiegał szum ciągnących tamtędy pojazdów.
-?Jacek! -?krzyknęła Karina.
Nie odpowiedział. Przez chwilę wydawało jej się, że usłyszała od strony
budynku jakiś głuchy łomot, lecz mogło to być złudzenie. W tej samej
chwili dwa auta przemknęły za jej plecami. Ich koła wyjątkowo głośno
szumiały na mokrym asfalcie. Wydobyła z kabury pistolet i ruszyła tą
samą drogą, którą parę minut temu pobiegł Felman -?przez szparę w ogrodzeniu, a potem po drewnianych schodkach do środka.
Wewnątrz było ciemno i cicho. Słyszała wyraźnie, jak chrzęści piasek pod
podeszwami butów i jak ten dźwięk odbija się echem od betonowych
sufitów. Po kilku krokach zatrzymała się, zgasiła latarkę i poczekała,
aż oczy przyzwyczają się do półmroku. Nie było wcale ciemno -?lampy na
ulicy i przy budce strażnika dawały sporo światła. Uspokoiła oddech i ruszyła dalej z wyciągniętym przed siebie pistoletem.
Po drugiej stronie budynku natknęła się na drabinę prowadzącą wyżej.
Ostrożnie wspięła się na czwarty szczebel, wystawiła głowę nad podłogę i rozejrzała się uważnie. Nie dostrzegła nic podejrzanego, więc weszła na
pierwszy poziom. Obeszła wszystkie pomieszczenia. Nikogo. Czuła krople
potu spływające po karku. Koszula nieprzyjemnie lepiła się do ciała.
-?Co jest, do cholery? -?szepnęła do siebie bezgłośnie.
Stanęła przy krawędzi piętra i spojrzała w dół. Plac budowy pusty,
żadnego ruchu, radiowóz stał tak, jak go zostawiła, z otwartymi drzwiami
od strony pasażera. Ani śladu Felmana.
Na najwyższym poziomie, na którym zauważyli dziwną postać, też nie było
nikogo. Co się w takim razie stało? Gdzie zniknął Jacek?
-?Niech cię tylko dorwę, palancie -?powiedziała już głośniej.
Obchodziła dach budynku wzdłuż prowizorycznej bariery z desek, patrząc w dół. Najpierw obejrzała oświetlony plac przed bramą, potem dłuższą część
budynku od strony pola i w końcu tę położoną najdalej od ulicy. Tu było
najciemniej, ale i tak od razu zobaczyła ciało leżące w trawie.
-?Jacek!
Felman nie poruszył się ani nie zareagował.
Prawie zbiegała w dół. Znalazła wyjście na zewnątrz. Zatrzymała się,
uspokoiła oddech i wysunęła się z budynku z pistoletem gotowym do
strzału. Felman leżał na brzuchu, z rozrzuconymi rękami. Podbiegła do
niego i przyłożyła palce do tętnicy szyjnej. Gigantyczna ulga. Serce
biło normalnie, oddychał płytko, po uchu i lewym policzku spływała krew
z rozbitej głowy.
Karina sięgnęła po krótkofalówkę i wezwała pomoc.
Rozdział 2
Anka Wiśniewska wróciła tego dnia do domu o wiele później, niż obiecała
matce. Przecież, do cholery, jest sobota i mam prawo się pobawić dłużej
niż zwykle -?tłumaczyła sobie w duchu. Nie mogła jednak pozbyć się
wyrzutów sumienia.
Jedenaście lat temu jej ojciec zginął w wypadku samochodowym. To była
głupia i niepotrzebna śmierć. Sąsiad kupił samochód i ojciec Anki zszedł
z nim na parking przed blok, żeby obejrzeć nabytek. Nawet nie włożył
butów -?wyszedł w kapciach. Żonie powiedział, że będzie za kwadrans. Nie
wracał przez kilka godzin. Dopiero w nocy skontaktowała się z nimi
policja. Ojciec Anki pojechał z sąsiadem wypróbować samochód. Za
Wrocławiem, w drodze na Trzebnicę, zderzyli się czołowo z tirem i obaj
zginęli na miejscu. Od tego czasu matka miała obsesję na punkcie jej
punktualnych powrotów do domu. Nawet pięciominutowe spóźnienie
wywoływało u niej napady paniki.
-?Spóźniłaś się czterdzieści trzy minuty -?powiedziała zachrypniętym
głosem, kiedy Fiolka weszła do mieszkania i zdejmowała wolno buty.
Matka stała w drzwiach do kuchni, blada, z drżącą dolną wargą i papierosem w pożółkłych od tytoniu palcach. Była kiedyś bardzo ładną
kobietą. Śmierć męża wszystko zmieniła. Pani Wiśniewska przestała o siebie dbać, spotykać się z ludźmi, unikała sąsiadów. Ostatnio doszło
nawet do tego, że trudno było ją przekonać do wyjścia do sklepu po
drugiej stronie ulicy. Miała dopiero czterdzieści pięć lat, a wyglądała
na sześćdziesiąt.
-?Przestań, mamo, jestem prawie dorosła -?rzuciła Anka, mijając ją w drzwiach do kuchni.
Wypiła z chłopakami dwa piwa i nie chciała, żeby matka poczuła od niej
alkohol. Podeszła do okna i otworzyła jedno skrzydło na całą szerokość.
-?Nadymiłaś tu tak, że można się uwędzić -?powiedziała z wyrzutem w głosie.
-?Spóźniłaś się...
-?Wiem, ile się spóźniłam! -?mruknęła opryskliwie. -?Musisz się do tego
przyzwyczaić! Nie możesz mnie pilnować kolejne piętnaście lat!
-?Nie lubię...
Zanim matka dokończyła zdanie, Anka poszła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Cisnęła torebkę na łóżko i zła na matkę
usiadła przy komputerze. Miała już dość tłumaczenia się ze wszystkiego.
A jeśli kiedyś nie wróci na noc? Ciekawe, co wtedy matka powie. Nagle
złość jej minęła, poczuła się głupio. Zareagowała jak rozkapryszone
dziecko. Zamiast wspierać matkę, przysparzała jej kolejnych zmartwień.
Wstała i otworzyła drzwi.
Mama stała w tej samej pozie co przed minutą. Tylko papieros zgasł jej w palcach, a w oczach szkliły się łzy.
Fiolka podeszła do niej i objęła ją ramionami.
-?Przepraszam -?szepnęła jej do ucha.
-?To ja cię przepraszam, Aniu. Wiem, że masz ze mną ciężko.
-?Daj spokój. -?Wyjęła jej z dłoni peta i wrzuciła do popielniczki
stojącej na kuchennym stole. -?Nie pal już i idź spać. Jest późno.
-?Dobrze.
-?Pomóc ci w czymś?
-?Nie. Dziękuję, kochanie.
Matka wolnym krokiem poszła w kierunku łazienki.
Kwadrans później Anka usłyszała skrzypienie łóżka w sąsiednim pokoju,
wreszcie zapadła cisza. Usiadła jeszcze przy komputerze, żeby sprawdzić
pocztę. Nic ciekawego -?kilka reklam, powiadomienia z Facebooka, dowcipy
przysłane przez jednego z kolegów z klasy. Naraz jej wzrok padł na
wiadomość, którą wcześniej wzięła za spam. Nieznany adres, w treści
krótka rymowanka: Dzisiaj masz szczęścia pełen trzos -?wylosowałaś
pusty los. Bez podpisu.
-?Co to ma być? -?powiedziała do siebie cicho.
Chciała wykasować wiadomość, ale się zawahała.
Rozdział 3
Grażyna Tomczyk paliła papierosa na tarasie, zastanawiając się nad swoim
życiem. Nie pierwszy raz dochodziła do wniosku, że wpakowali się w niezłe gówno.
Wcześniej Grażyna i jej mąż mieszkali w centrum miasta, na dziewiątym
piętrze wieżowca z lat siedemdziesiątych. Średnia wieku ich
zdziwaczałych i wiecznie niezadowolonych sąsiadów wynosiła sześćdziesiąt
parę lat. Pretensje mieli o wszystko: że Tomczykowie trzaskają drzwiami,
za głośno słuchają muzyki, puszczają w łazience wodę po dwudziestej
drugiej, za często przychodzą do nich znajomi. Do tego za ścianą
sypialni znajdował się szyb windy, która przez całą dobę wydawała
potępieńcze odgłosy. Tomczykowie postanowili się wyprowadzić.
Spodobał im się niezbyt drogi dom na osiedlu Malowniczym w Leśnicy.
Boczna ulica, niedaleko las, wymarzone miejsce. Wzięli kredyt, sprzedali
mieszkanie na dziewiątym piętrze i zamieszkali za miastem.
Wkrótce wokół ich domu deweloper wybudował sto takich samych. Przestało
być sielsko, znowu zrobiło się ciasno, znowu trzeba było się liczyć z widzimisię pieprzniętych sąsiadów. Dojazdy do pracy stały się koszmarem.
Godzina w korku w jedną stronę i godzina z powrotem, do tego fatalna
komunikacja miejska. Musieli kupić drugi samochód.
Potem zbankrutował cholerny bank o nazwie Lehman Brothers, a kurs franka
szwajcarskiego wystrzelił w górę. Rata kredytu -?i tak niemała -?wzrosła
o połowę. Do tego Grażyna straciła pracę, a jej mąż został przeniesiony
na inne stanowisko z niższym uposażeniem.
Wtedy zdecydował się wyjechać do Anglii, szukać lepszych zarobków.
W teorii to miało być rozwiązanie tylko na kilka miesięcy, tymczasem
Tomczyk zaczął przeciągać pobyt na Wyspach. Ona została sama z małym
dzieckiem, z dala od żłobka, lekarza, w miejscu, które przestało być
malownicze -?najzwyczajniej w świecie zrobiło się paskudne. Dobrze, że
przynajmniej w wychowaniu córki pomagała jej matka.
Ale Grażyna czuła, że nie da rady tak żyć. Może sprzedać ten cholerny
dom i wrócić do miasta? Albo całą rodziną wyjechać do Londynu?
Ocknęła się z rozmyślań, kiedy zrobiło się ciemniej. Wielka chmura
zasłoniła zachodzące słońce, dlatego Grażyna postanowiła poszukać Lenki.
Czterolatka bawiła się jak zwykle za domem, w kącie posesji, nieopodal
wielkich krzaków leszczyny. Grażynie przez chwilę wydawało się, że Lenka
z kimś rozmawia. Pewnie znowu z tym swoim wyimaginowanym kolegą -
pomyślała nie bez dumy. Córka jedynaczka wymyśliła przyjaciela i potrafiła godzinami bawić się sama, nie absorbując matki czy babci.
Dobrze było mieć takie inteligentne nad wiek dziecko.
-?Lena, do domu! -?zawołała Grażyna. -?Burza idzie!
Dziewczynka odwróciła się i niechętnie, ale grzecznie powiedziała:
-?Już idę, mamusiu!
Potem jeszcze raz odwróciła się w kierunku krzaków. Grażyna dałaby
głowę, że usłyszała, jak mała żegna się z kimś i umawia na jutro. Potem
Lenka przybiegła do niej i razem poszły do kuchni przygotować kolację.
-?Nie boisz się burzy? -?zapytała Grażyna.
-?Nie. Dawidek powiedział, że z nim nic mi się nie stanie.
Grażyna uśmiechnęła się pod nosem. Skąd ona wymyśliła takie imię? I nagle sobie o czymś przypomniała. W miejscu, gdzie bawiła się Lena,
leżała w trawie betonowa płyta. Wystawały z niej zardzewiałe pręty
zbrojeniowe, łatwo można się o nie skaleczyć. Oczywiście mąż obiecywał,
że uprzątnie płytę, ale nigdy nie miał na to czasu.
Zmarszczyła brwi.
-?Lenko, prosiłam cię, żebyś nie zbliżała się do krzaków. Możesz się
skaleczyć o te zardzewiałe druty.
-?Nie bój się, mamo. Już nie wystają -?odpowiedziała dziewczynka,
siadając przy kuchennym stole.
Grażyna pogroziła jej palcem.
-?Nie wolno kłamać.
-?Nie kłamię -?oburzyła się Lena. -?Dawidek wygiął te druty i już nie są
groźne.
Grażyna Tomczyk zastanawiała się przez moment, czy zabawa z wymyślonym
przyjacielem nie za bardzo miesza się córce z rzeczywistością.
-?Lenko, nie da się wygiąć tych drutów. Są grube i twarde.
-?Dawidek umie -?padła zdecydowana odpowiedź. -?Dawidek jest duży i silny!
-?Dobrze, dobrze -?roześmiała się matka. -?Teraz kolacja.
Kiedy Lena już spała w swoim pokoju na piętrze, Grażyna znowu wyszła na
taras zapalić. Powietrze było gęste i lepkie. Chmury przykrywały niebo,
na zachodzie raz po raz błyskało, ale tutaj pod lasem nie zanosiło się
na deszcz.
Przypomniała sobie słowa córki. Wróciła do kuchni, wyjęła z szuflady
latarkę i poszła na tyły domu. Krzaki leszczyny za płotem wyglądały jak
złowrogi potwór. Poczuła się dziwnie. Dreszcz na karku był niczym sopel
lodu. Dodała sobie pewności, zapalając latarkę. Nagle krzaki znowu były
krzakami i niczym więcej. Poświeciła na leżącą w trawie płytę i znieruchomiała zaskoczona. Musiała podejść bliżej, aby upewnić się, że
widzi wyraźnie. Wszystkie pręty zbrojeniowe, które dotąd sterczały z trawy, były zagięte w dół, tak jak powiedziała Lenka. Grażyna
zastanowiła się chwilę. Może jej mąż zabezpieczył je podczas ostatniego
pobytu w domu i zapomniał jej powiedzieć? Na pewno tak było. No bo kto?
Naraz usłyszała jakiś trzask w krzakach. Podskoczyła przestraszona i skierowała w to miejsce światło latarki. Nic, tylko płot i krzaki.
Przypomniała sobie nagle słowa córki: "Dawidek wygiął te druty... Dawidek
jest duży i silny". Odwróciła się na pięcie i biegiem wróciła do domu.
Zamknęła starannie drzwi na taras, sprawdziła drzwi wejściowe i poszła
na górę sprawdzić, czy Lena śpi. Spała.
Potem jeszcze długo siedziała w kuchni. Wypiła dwa drinki, ale uczucie
niepokoju nie ustępowało.
Rozdział 4
Koniec sierpnia
-?Kto sobie robi jaja? -?Fiolka wyglądała na naprawdę zdenerwowaną.
Było parno jak w tropikach. Na boisku za ogrodzeniem grupa chłopców
grała w piłkę. Nagle krzyki z boiska umilkły. Biało-czerwona, mocno
zużyta piłka z logo Euro 2012 rozgrywanego w Polsce i na Ukrainie
skakała przez chwilę wesoło, po czym wolno potoczyła się im pod nogi.
Nikomu nie chciało się schylić, żeby oddać ją grającym na orliku
chłopcom. Wreszcie zjawił się jakiś przestraszony gimbus, podniósł piłkę
z ziemi i uciekł, jakby ktoś miał zamiar go gonić.
Skucha jak zwykle paliła papierosa. Też była zdenerwowana, ale starała
się tego nie okazywać.
-?Daj spokój, Fiolka, to pewnie głupi dowcip Apacza -?powiedziała z nieszczerą pewnością siebie w głosie.
Tymon postanowił ją poprzeć.
-?Tak, pewnie chciał cię nastraszyć.
Z paczki, która pod koniec czerwca kręciła film na starym cmentarzu,
brakowało właśnie tylko Oskara.
-?A wy nie dostaliście żadnych maili? -?Fiolka drążyła temat.
Michał Rudnik podrapał się po policzku.
-?Ja też dostałem taką kretyńską rymowankę -?wyznał. -?Ania ma rację, to
już dawno przestało być śmieszne.
-?Ja też. -?Mateusz Jastrzębski wyciągnął z kieszeni spodni swój
smartfon. -?Raz, dwa, trzy, dziś na pewno nie będziesz to ty -
przeczytał. -?Nawet śmieszne. Nie wiem, o co wam chodzi, przecież tak
się umówiliśmy. Raz na miesiąc Apacz kręci Kołem Fortuny i losuje
straceńca. Swoją drogą, skąd on ma pomysły na te rymowanki?
-?Ale potem stwierdziliśmy, że to głupie, i Apacz obiecał zniszczyć to
cholerne koło -?rzuciła Anka.
-?Najwidoczniej dalej losuje.
-?To mi się przestało podobać.
Zapadła cisza. Skucha znowu zapaliła. Tym razem wszyscy poczęstowali się
z jej paczki, w której został ostatni cienki papieros.
-?Cholera, a wy się dziwicie, że zawsze mam przy sobie dwie paczki? -
westchnęła, puszczając w obieg zapalniczkę.
Jagoda Chmielnik też nie była zadowolona z tego, że Apacz samowolnie
kontynuuje ich zabawę sprzed kilku miesięcy.
-?Tak mogliśmy się bawić w gimnazjum. Teraz chyba mamy więcej oleju w głowie, co nie? -?powiedziała.
Werka roześmiała się.
-?My może mamy, ale nie Apacz!
Fiolka popatrzyła na nich z niechęcią. Apacz od dawna był jej cichą
sympatią. Teraz była na niego wściekła, ale nie podobało jej się, jak
oceniają go inni.
W tej chwili zobaczyła Oskara zbliżającego się od strony osiedla i złość
jej trochę przeszła. Apacz był wysoki, przystojny, długie włosy nosił
starannie związane nisko z tyłu głowy, a na twarzy miał jak zwykle
szeroki uśmiech. Przybił piątkę chłopakom i cmoknął dziewczyny w policzek. Fiolka miała wrażenie, że z nią witał się trochę inaczej, że
jego pocałunek był o pół sekundy dłuższy. Serce zabiło jej mocniej.
-?Zdenerwowałeś Fiolkę -?oznajmił Don Pedro prosto z mostu.
Apacz spojrzał na Ankę zaniepokojony, a ona poczuła się trochę głupio.
-?Chodzi o Koło Fortuny -?wyjaśniła.
-?Jakie... -?zaczął Oskar i zamilkł.
Fiolka dałaby głowę, że przez moment zobaczyła na jego twarzy lęk. Zaraz
jednak zareagował jak zwykle -?beztroskim, zaraźliwym uśmiechem.
-?A co wam się nie podoba? -?zapytał.
-?Nie mów, że to nie ty -?prychnął Kwasu. -?Tylko ty masz takie pomysły.
Uśmiech na twarzy Apacza stał się bardziej sztuczny.
-?Wy też dostaliście rymowanki?
-?No właśnie -?powiedziała Fiolka. -?To już nie jest przyjemne.
Obserwowała jego reakcję i była pewna, że jest przestraszony. Do tego
pytanie: "Wy też dostaliście rymowanki?" sugerowało, że Apacz był
zdziwiony. Inni chyba tego nie dostrzegli. Oskar zdążył się opanować.
Znowu kipiał humorem.
-?No dobrze, drodzy państwo! -?wykrzyknął. -?To był ostatni raz.
Podszedł do Anki, objął ją ramieniem i spojrzał jej w oczy.
-?Obiecuję, że więcej nie będzie żadnych głupich maili.
Nachylił się i musnął wargami jej usta.
-?No proszę, jaka niespodzianka! -?parsknęła Daenerys.
Fiolka nie mogła uwierzyć w to, co się właśnie stało. Wodziła za Oskarem
rozmarzonym spojrzeniem od pierwszej klasy gimnazjum. Śniła o takiej
chwili. Całe jej zdenerwowanie zmieniło się w euforię.
-?Halo! -?zaprotestował Don Pedro. -?Umawialiśmy się: żadnych romansów!
To koniec naszego klubu!
Apacz zmierzył go kpiącym spojrzeniem.
-?To było w podstawówce, Tymuś! Teraz trochę wydorośleliśmy, prawda?
Ostatnie słowa skierował do Fiolki wtulonej w jego ramię. Uśmiechnęła
się jak idiotka, kiwając głową.
-?Przestań, Pedro -?rzuciła Werka. -?Nie można stawać na drodze
prawdziwego uczucia!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Potem siedzieli w cieniu drzewa przy trzepaku i rozmawiali jak zwykle.
Mateusz i Tymon skoczyli do sklepu, przynieśli kilka puszek zimnego
tyskiego i atmosfera znacznie się polepszyła. Oczywiście stawiał Tymon,
który zawsze miał jakieś pieniądze w przepastnych kieszeniach spodni.
Wreszcie rozeszli się do domów.
Fiolka została z Apaczem. Pocałował ją znowu, tym razem śmielej.
-?I co teraz? -?zapytała.
-?Żyli długo i szczęśliwie -?zażartował i pociągnął ją za rękę.
Poszli przez Kuźniki.
-?Muszę coś załatwić na Popowicach, a potem zabieram cię na lody do
Tralalala -?powiedział.
-?Masz tyle kasy?
Apacz raczej nie śmierdział gotówką.
-?Mam fundusz na szczególne okazje. -?Puścił do niej oko.
Pojechali autobusem 122 na Kwiską, dalej poszli pieszo, rozmawiając.
Anka czuła, że jest inaczej niż zwykle. Oskar ją rozśmieszał, czasem
obejmował ramieniem, szeptał do ucha miłe słowa.
Nawet nie wiedziała, kiedy doszli na Białowieską, pod bramę
dziesięciopiętrowego bloku oznaczoną numerem 42. Apacz zatrzymał się i znowu ją pocałował.
-?Poczekaj tu chwilę. Muszę coś załatwić.
Nacisnął przycisk na domofonie i rzucił jeszcze w jej kierunku:
-?Pięć minut!
Fiolka przystanęła w cieniu rzucanym przez wielki blok.
Pięć minut zmieniło się w dziesięć. Anka wpatrywała się w niebo. Właśnie
nadlatywał helikopter, po barwach poznała, że to śmigłowiec medyczny.
Zapatrzyła się na niego.
Nagle jakiś cień na ułamek sekundy przysłonił światło. Zaraz potem
rozległ się huk, kiedy coś spadło na ulicę dwa metry przed nią. Chmura
drobinek jakiejś cieczy uderzyła ją w twarz. Anka odruchowo zacisnęła
powieki. Po chwili otworzyła oczy i spojrzała na swoje ręce i ubranie.
Były czerwone, jakby ktoś pochlapał ją farbą. Rozejrzała się
zdezorientowana. W jednej sekundzie poczuła, jak żołądek podchodzi jej
do gardła.
Tam leżał człowiek.
A właściwie to, co z niego zostało po upadku z dużej wysokości. Pod
leżącym rosła szybko kałuża krwi. Anka jak nieprzytomna popatrzyła
jeszcze raz na ręce i ubranie. Jej zszokowany umysł zaczynał z wolna
pracować normalnie. Słyszała krzyki i odgłos kroków biegnących w jej
kierunku ludzi. Jakiś samochód zatrzymał się z piskiem metr od leżącego.
Przyjrzała się uważniej. Zmasakrowane i zakrwawione ciało zatraciło
ludzkie kształty. Wyraźnie jednak dostrzegła długie czarne włosy.
W jednej chwili z nieba trafiła na dno piekła. Zaczęła krzyczeć.
Rozdział 5
Najgorsze były robaki.
Widział wyraźnie, jak przesuwają się pod skórą na przedramionach.
Niektóre długie, bladożółte, inne trochę mniejsze, fioletowe i bardzo
ruchliwe. Najgorsze jednak były te małe, czarne. Próbowały przegryźć
wierzchnią warstwę skóry i wydostać się na zewnątrz. Wtedy skóra się
naprężała, wybrzuszała nienaturalnie i wydawało się, że w każdej chwili
może pęknąć, a fala wszelkiego robactwa, które rozwijało się w jego
martwym ciele, chluśnie na podłogę wraz z resztkami jego zgniłych
trzewi.
Ale to jeszcze nie dzisiaj -?pomyślał zadowolony. Dzisiaj ten chłopak
dał mu siłę i moc do przetrwania jeszcze kilku dni. Będzie mógł utrzymać
w równowadze gnijące ciało.
Ilu umierających ludzi błaga Boga o "jeszcze kilka dni"? Zazwyczaj ich
prośby trafiają w pustkę. Tymczasem na niego spływała niezwykła łaska.
Był już od dawna martwy, a ciągle udawało mu się opóźnić rozpad ciała i kompletną dezintegrację.
Usiadł przy starym biurku z wypaczonym przez wilgoć blatem i włączył
komputer. Podczas gdy ładował się system operacyjny, obejrzał swoje
przedramiona i obmacał dokładnie brzuch. Wciskał palcami wszystkie
wypukłości, na które natrafił. Nie, to nie był jeszcze czas czarnych
robaków.
Zanim położył palce na klawiaturze komputera, stwierdził, że smród jego
gnijącego ciała będzie go rozpraszał. Sięgnął do szuflady biurka, gdzie
zgromadził spory zapas dezodorantów, i spryskał się obficie jednym z nich. Poczuł się lepiej.
Zaczął pisać.
Śmiercior nie zmienia zdania
Na kogo wypadnie, na tego bęc! Raz, dwa, trzy, umierasz ty!
Śmiercior stał na dachu bloku, patrząc na miasto. Był zafascynowany.
Życie miasta gnało na złamanie karku do kresu czasu, tam gdzie
rzeczywistość spada na krawędź świata. A nad tym wszystkim unosił się
pył. Szary pył czasu, który później opadał na dachy domów, na korony
drzew, na chodniki i ulice, na ludzi spieszących donikąd, na skrzypiące
tramwaje, na sunące w obłędnym ciągu samochody. Pył istnienia, pył
śmierci, pył zatracenia.
Śmiercior wiedział, że wszystko kiedyś zgnije, przykryte pyłem,
zmienione w proch. Chciał to zobaczyć. Wiedział, że to kiedyś zobaczy.
Był cierpliwy.
Drgnął na odgłos kroków z tyłu. Chłopak śmierdział strachem, a na jego
twarzy gościła niepewność. Śmiercior łaskawie pozwolił mu mówić.
-?To się musi skończyć. Nie może być już żadnych losowań. Przestań
wysyłać te pierdolone rymowanki do moich przyjaciół. Przecież się
umawialiśmy, że to koniec.
Nic nie zatrzyma Koła Fortuny, kiedy ktoś nim zakręci. Nie ma na ziemi
takiej mocy, która byłaby w stanie zmienić los, dopomóc szczęściu,
sprowadzić zgubę.
-?Śmiercior z nikim się nie umawiał. Koło Fortuny się kręci.
-?Jak to? Sam mówiłeś...
-?Śmiercior nigdy nie zmienia zdania. Muszę zabić robaki, które mnie
zżerają od środka. Podaruj mi swoje życie.
Chłopak cofnął się o krok. Był przerażony, kiedy Śmiercior pokazał mu
swoje prawdziwe oblicze. Cuchnął przerażeniem. Ale nie było już
odwrotu.
-?O czym ty mówisz?
-?Świat jest brudny i zły, choćbyś nie chciał, wygrywasz ty!
-?Co?
-?Taką wiadomość wczoraj dostałeś, prawda? Śmiercior nie zmienia zdania
i musi czynić swoją powinność.
Kiedy chłopak upadał, Śmiercior pomyślał, że to, co robi, jest dobre i miłosierne.
Świat pewnie by chciał, żeby zniknął na wieki. Śmiercior jednak
wiedział, że niedługo powróci.
Zapisał swoje dzieło, po czym odszukał w Internecie właściwą stronę i opublikował opowiadanie.
Odetchnął z ulgą. Robaki w jego ciele zadrżały i nagle przestały się
ruszać.
Rozdział 6
Stara drukarka atramentowa HP zazgrzytała, wciągając kartkę papieru.
Głowica z tuszem przesuwała się po prowadnicy, cierpliwie drukując
linijkę po linijce. Poszedł do kuchni i nalał sobie kawy z ekspresu. Gdy
wrócił, na drukarce czekały już na niego dwie zadrukowane kartki. Zaczął
czytać w skupieniu.
Śmiercior na dworcu kolejowym
Ding-dong!
Śmierciora fascynowały dworce kolejowe. Zarówno te małe, położone
gdzieś przy bocznych trasach żelaznej kolei, na zadupiu, w zabitych
dechami dziurach bez nazwy, jak i te ogromne w wielkich miastach, gdzie
przewalały się tłumy ludzi.
Ding-dong!
"Pociąg osobowy z Pierdołowa przez Wygwizdów do Czarnej Dupy wjeżdża na
tor fyfdziesiąty przy peronie fyfnastym! Proszę zachować ostrożność!"
Ding-dong!
Chwilę później było słychać huk wtaczającej się na peron kupy żelastwa,
przeraźliwy gwizd zardzewiałych hamulców, które wydawały z siebie
najgłośniejsze jęki na sekundę, zanim skład zatrzymał się na peronie.
Potem trzask drzwi i szara ludzka masa tocząca się do schodów
podziemnego przejścia. Blade, jednakowe twarze bez wyrazu. Teczki,
walizki, plecaki, torby na laptopy. Ubrania zlewające się w bezgustowny
nieład i kurz. Kurz unoszący się spod nóg pędzącej tłuszczy, który z wolna podnosił się nad głowy ludzi, a później opadał na puste perony,
ławki i schody, kiedy tylko ostatni podróżny zniknął, spiesząc do
swojego życia. Kurz czasu.
Ale tylko Śmiercior widział ten kurz.
Małe, zżarte przez czas dworce kolejowe, śmierdzące moczem, były
zupełnie inne. Nosiły na sobie nieubłagane piętno czasu. Tutaj kurz był
jeszcze większy niż na dużych dworcach. Drapieżnie pokrywał wszystko
grubą warstwą, bezwzględnie ciągnąc budynki i perony na kres czasu, tam
gdzie rzeczywistość spada na krawędź świata.
Mężczyzna miał nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Śmiercior wypatrzył
go pośród kurzu, kiedy już śmierdząca potem szara ludzka masa zniknęła w podziemnym przejściu prowadzącym do holu dworca. Tamten był ludzkim
wrakiem. Jego dłonie pokryte były plamami przewlekłej śmiertelnej
choroby, gdzieś na dnie oczu jarzyła się tęsknota za kresem cierpień.
Kres miał przynieść wybawienie. Później nie będzie już zimno, nie będą
bolały wrzody na dupie, z których sączyła się cały czas cuchnąca
nieprzyjemnie ciecz, zjedzone przez próchnicę zęby nie będą ćmić bólem
przenikającym aż do wnętrza głowy. Może nawet nie będzie głodu.
Nikt nie zwracał na niego uwagi. A może nie chciał zwracać? Śmiercior
przykucnął obok i powiedział:
-?Chodź ze mną. Pomóż mi. Jesteś moją wielką nadzieją.
-?Pierdol się, zboczeńcu...
Wtedy Śmiercior rozpostarł ręce i pokazał mu swoje chore ciało.
-?I tak jesteś gnijącym trupem. Sczeźniesz i rozsypiesz się w proch. Ja
daję ci szansę, żeby twoja śmierdząca i zaszczana egzystencja na tym
padole trupów miała jakiś sens. Daj mi swoje życie.
-?Ja cierpię...
-?Chodź ze mną, a przestaniesz cierpieć. Pomóż mi zabić robaki, które
zżerają mnie od środka. Podaruj mi swoje życie.
Poszli razem, coraz bardziej oddalając się od ludzkiego zgiełku i ulicznych świateł zakłócających naturalną czerń nocy. Poszli przez czas
i przestrzeń na spotkanie z przeznaczeniem. A Śmiercior wiedział, że to,
co robi, jest dobre i miłosierne.
W parku Śmiercior pokazał mężczyźnie sznur i pętlę zwisającą z gałęzi
drzewa. Potem czynił swoją powinność. Zadumał się nad
niesprawiedliwością świata i poszedł przed siebie, aż zniknął w ciemnościach nocy.
Świat pewnie by chciał, żeby zniknął na wieki. Śmiercior jednak
wiedział, że niedługo powróci.
Przeczytał tekst kilkakrotnie i zamyślił się, patrząc w okno. Najpierw
myślał o nieznanym autorze opowiadania, potem już tylko błądził wzrokiem
po dachu kamienicy sąsiadującej z jego budynkiem i obserwował dwa
gołębie. Ocknął się z rozmyślań, kiedy zerwały się i odleciały
spłoszone.
Kawa wystygła.
Odłożył kartki z opowiadaniem i sięgnął po gruby segregator z wycinkami
prasowymi i wydrukami ze stron internetowych. Wszystkie były poukładane
chronologicznie. Przerzucał je, zerkając tylko na nagłówki. Samobójstwo
czy morderstwo?, Tragedia we wsi Lutomierz -?ojciec morduje rodzinę i sam popełnia samobójstwo, Nieznajomy mężczyzna rzucił się z mostu,
Samobójstwo dwójki nastolatków. W końcu znalazł interesujący go
wycinek. Kilka zdań pośród innych wiadomości miejskich wydrukowanych w "Gazecie Wrocławskiej" 21 lipca zeszłego roku.
* * *
Makabrycznego odkrycia dokonał mieszkaniec ulicy Suchej w piątkowy
poranek. Będąc na porannym spacerze z psem w pobliskim parku, natknął
się na wiszące na gałęzi jednego z drzew zwłoki młodego mężczyzny.
Wezwany na miejsce zdarzenia lekarz pogotowia ratunkowego orzekł zgon.
Przyczyną zgonu było prawdopodobnie powieszenie. Z nieoficjalnych
informacji wynika, że mężczyzna był bezdomnym, widywano go często w okolicach Dworca Głównego PKP. Nie są znane przyczyny samobójstwa.
Policja prowadzi w tej sprawie czynności wyjaśniające.
Treść informacji doskonale pasowała do znalezionego w Internecie
opowiadania. Włożył oba teksty do foliowej koszulki i czarnym flamastrem
nadał jej kolejny numer wypisany starannie w prawym górnym rogu -?16.