Totentanz. Cienie przeszłości - Mieczysław Gorzka

Kup ebooka

42.90 zł
36.47 zł (30,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

Bożena Wysocka nie spała. Wsłu­chi­wała się w odgłosy nocy i cze­kała na ude­rze­nia sta­rego ścien­nego zegara wiszą­cego w salo­nie. W nocy bicie sły­chać było bar­dzo wyraź­nie.

Do jej uszu dobiegł dźwięk dwóch ude­rzeń. Druga w nocy. "Czas tajem­nic" -?szep­nęła bez­gło­śnie i zaśmiała się w duchu. Jej mąż, pro­ku­ra­tor Dariusz Wysocki, spał obok. Sły­szała jego mia­rowy oddech, cza­sem z gar­dła wydo­by­wało mu się pochra­py­wa­nie.

Cicho wstała i przez chwilę obser­wo­wała męża. Upew­niw­szy się, że mocno śpi, ruszyła boso w kie­runku scho­dów pro­wa­dzą­cych z sypialni na par­ter. Drew­niane stop­nie skrzy­piały, Bożena jed­nak znała je dosko­nale, wie­działa, gdzie sta­nąć. Jak duch w bia­łej noc­nej koszuli spły­nęła na dół. Nie zapa­lała świa­tła. Pod­czas noc­nych roz­my­ślań nie zamy­kała oczu, dla­tego były przy­zwy­cza­jone do ciem­no­ści.

Na dole prze­szu­kała dokład­nie torbę męża, potem kie­sze­nie jego spodni i mary­narki. Czę­sto to robiła. Wysocki noto­rycz­nie ją zdra­dzał i oszu­ki­wał, trak­to­wał jak głu­pią kurę domową. A ona była bar­dzo prze­bie­gła. Prze­cież gdyby nie zaszła w ciążę, też zosta­łaby pro­ku­ra­to­rem.

Wie­działa o wszyst­kich jego roman­sach. Na początku się nimi przej­mo­wała, wresz­cie jej zobo­jęt­niały. Z wyjąt­kiem jed­nego.

Tym razem w kie­szeni mary­narki zabrzę­czały klu­cze. Boże­nie szyb­ciej zabiło serce. Jej mąż miał jedną tajem­nicę, któ­rej jesz­cze nie zdo­łała roz­wi­kłać.

Do ich domu przy­le­gały dwa garaże. W pierw­szym par­ko­wali tere­no­wego nis­sana, drugi nie był uży­wany. Cho­ciaż wła­ści­wie Bożena nie miała co do tego pew­no­ści. Przed rokiem jej mąż nagle zmie­nił zamki do tego garażu. Nawet jej nie wytłu­ma­czył dla­czego. Długo igno­ro­wał pyta­nia, potem zby­wał ją głu­pimi żar­tami, wresz­cie oświad­czył, żeby się tym nie inte­re­so­wała, bo on potrze­buje miej­sca, gdzie nikt nie ma dostępu i gdzie może reali­zo­wać swoje męskie hobby. Bożena była zdzi­wiona. Ni­gdy nie zaob­ser­wo­wała, żeby Wysocki miał jakieś hobby. Może z wyjąt­kiem kobiet. Ale kobiet na pewno tam nie zapra­szał.

Cza­sem zamy­kał się w garażu na kilka godzin, a ona pod­słu­chi­wała pod drzwiami. Sły­szała odgłosy stu­ka­nia, chyba prze­ci­narkę do metalu, coś jakby odgłos pal­nika ace­ty­le­no­wego.

Od mie­sięcy sta­rała się zna­leźć klu­cze do garażu. Nie była pewna, czy cho­dzi o te, ale praw­do­po­do­bień­stwo było duże. Pro­ku­ra­tor Dariusz Wysocki stra­cił czuj­ność.

Wyjęła klu­cze i nie zapa­la­jąc ni­gdzie świa­tła, poszła do garażu. Prze­szła przez pierw­sze pomiesz­cze­nie, w któ­rym maja­czył cień czar­nego nis­sana. Nie lubiła nowego auta. Wcze­śniej mieli hondę, ale zeszłego lata ktoś ją ukradł i już się nie zna­la­zła, mimo że Darek posta­wił na nogi połowę poli­cji w mie­ście. Pew­nie poje­chała na wschód.

Sta­nęła przed drzwiami do dru­giego garażu. Klu­cze nie paso­wały. Wró­ciła na górę. Roz­cza­ro­wa­nie zmie­niło się w złość.

Mąż spał w takiej samej pozy­cji, w jakiej go zosta­wiła. Cicho się­gnęła do skrytki pod para­pe­tem okna. Dotyk chłod­nej stali przy­pra­wił ją o zawrót głowy. Poczuła, jak ogar­nia ją dziwna eufo­ria. Wypro­sto­wała się i mocno zaci­snęła palce na ręko­je­ści pisto­letu CZ 75 kali­ber 9 mili­me­trów. Ona też ma swoje skrytki i tajem­nice.

Sta­nęła w nogach łóżka, pod­nio­sła broń i wyce­lo­wała w głowę męża. Ze zdzi­wie­niem zare­je­stro­wała, że czuje mro­wie­nie w pod­brzu­szu. Cudowne uczu­cie. Jakby wstęp do potęż­nego orga­zmu. Pew­nie dla­tego nie­któ­rzy męż­czyźni tak kochają broń.

Zasta­no­wiła się, co by się stało, gdyby teraz strze­liła. Za daleko, mogłaby nie tra­fić. Zbli­żyła się do śpią­cego i jesz­cze raz wyce­lo­wała mu w głowę. Wystar­czyło tylko z wyczu­ciem naci­snąć spust i nie zerwać strzału. Wła­ści­wie jego wszyst­kie zdrady prze­stały ją inte­re­so­wać. Z wyjąt­kiem jed­nej.

Ta cho­lerna poli­cjantka Pau­lina. Darek miał czel­ność się w niej zako­chać. Za to nale­żała mu się kula w łeb. Za to, że obda­rzył tę pier­do­loną dziwkę uczu­ciem, jakim ni­gdy nie obda­rzył wła­snej żony. Druga kula należy się dziwce.

Cały czas czuła nara­sta­jące cie­pło w pod­brzu­szu.

Naci­snęła moc­niej pal­cem wska­zu­ją­cym spust i poczuła, że sprę­żyna powoli ustę­puje.

Rozdział 8

Począ­tek wrze­śnia

W ułamku sekundy kosz­mar powró­cił. Poczuła się, jakby dostała pałką w głowę. Oszo­ło­miona i zszo­ko­wana, patrzyła w ekran kom­pu­tera, czu­jąc wszech­ogar­nia­jące zimno.

Nie była gotowa na taki widok. Wia­do­mość z nie­zna­nego adresu otwo­rzyła odru­chowo, myśląc, że to spam. Duże, czarne litery two­rzyły zda­nie, które wbiło się w jej duszę niby lodowy szty­let:

Szepce ci do ucha miły głos -?znowu wylo­so­wa­łaś pusty los.

Cią­gle jesz­cze śniły jej się w nocy zma­sa­kro­wane zwłoki Apa­cza leżące w kałuży krwi. Przez pierw­sze dni non stop myła twarz i dło­nie, cią­gle czu­jąc na nich jego krew. Jak Lady Mak­bet. Ale miała nadzieję, że to już mija.

Ten mail wszystko zmie­nił.

Pierw­szego tygo­dnia po śmierci Apa­cza Anka Wiśniew­ska nie pamię­tała. Cza­sem wra­cały do niej jakieś obrazy: poli­cja, kole­dzy nio­sący trumnę, zapła­kani rodzice, pochy­la­jący się nad nią ratow­nik medyczny z pyta­niem, czy go sły­szy. Obrazy były jed­nak nie­na­tu­ral­nie znie­kształ­cone jak u Goi w ostat­nim okre­sie jego twór­czo­ści. Ciąg ciem­nych twa­rzy pora­ża­ją­cych szpe­totą.

Potem bar­dzo pomo­gła jej matka -?ta sama matka, która od lat żyła w kosz­ma­rach po tra­gicz­nej śmierci ojca Anki. Z dnia na dzień rzu­ciła pale­nie, zaczęła się lepiej ubie­rać, dbać o sie­bie. I co naj­waż­niej­sze, każdą chwilę poświę­cała córce. Poma­gała jej wró­cić do nor­mal­nego życia. I kiedy się już pra­wie udało, przy­szedł ten mail. Bez­myślny, bru­talny żart... albo i nie...

Fiolka sie­działa przed jarzą­cym się ekra­nem i wstrzą­sana dresz­czami kiwała się w przód i w tył. Nie miała siły się­gnąć po myszkę i zamknąć okna. Co to, kurwa, jest?! Wresz­cie zro­zu­miała, że nie jest zzięb­nięta, tylko prze­ra­żona.

-?Co to, kurwa, jest?! -?wypo­wie­działa gło­śno swoją ostat­nią myśl. Wró­ciła do rze­czy­wi­sto­ści.

Ode­tchnęła gło­śno i odwa­żyła się spoj­rzeć w ekran. Nic się nie zmie­niło. Wiel­kie litery na­dal ukła­dały się w tę samą upiorną rymo­wankę. Się­gnęła po myszkę. Dłoń jej tak drżała, że nie mogła naje­chać kur­so­rem na krzy­żyk zamy­ka­jący okno w poczcie. Wresz­cie tra­fiła. Opr3495ssh@tlen.pl. Nie znała takiego adresu. Pocie­szyła się, że prze­cież w Inter­ne­cie nic nie ginie. Zawsze można namie­rzyć nadawcę wia­do­mo­ści po kodzie IP. Poczuła się lepiej.

Nagle pomy­ślała, że powinna zate­le­fo­no­wać do innych. Może też dostali kre­tyń­skie wia­do­mo­ści z tego samego adresu? Zanim jed­nak zdą­żyła wybrać pierw­szy numer, apa­rat zawi­bro­wał jej w dłoni. Na wyświe­tla­czu zoba­czyła, że dzwoni Don Pedro.

-?Fiolka, musimy się spo­tkać. -?Tymon Jagla był zde­ner­wo­wany. -?To nie na tele­fon. Za kwa­drans przy szkole, jak zwy­kle.

Kiedy się zja­wiła, już na nią cze­kał. Cho­dził nie­spo­koj­nie tam i z powro­tem. Trzy kroki w jedną stronę, trzy kroki w drugą. Dło­nie zaci­snął w pię­ści. Domy­śliła się, dla­czego jest wzbu­rzony.

Bez słowa podał jej kartkę zło­żoną na czworo. Roz­wi­nęła ją. To był wydruk z maila.

Nie­stety, stary, otrzyj łzy -?w tej kolejce wygry­wasz TY.

Nie wie­działa, co powie­dzieć. Znowu dopadł ją strach.

-?Dosta­łaś rymo­wankę? -?zapy­tał Tymon.

Ski­nęła głową. Wyrwał jej kartkę z dłoni, zmiął i wyrzu­cił do pobli­skiego kosza.

-?Dzwo­ni­łem do reszty -?powie­dział przy­tłu­mio­nym gło­sem. -?Daene­rys dostała coś podob­nego, Sku­cha tak samo, Kwasu i Mate­usz też. Nie dodzwo­ni­łem się do Werki, ale ona jest jesz­cze na dodat­ko­wych zaję­ciach w szkole i pew­nie nie spraw­dzała poczty.

Fiolka zaczy­nała powoli rozu­mieć.

-?Wszy­scy mają rymo­wanki o pustym losie. Tylko ja... -?zawa­hał się - wygra­łem.

Fiolka mil­czała. Przed oczami znowu miała Apa­cza. Kiedy powie­działa mu wtedy o mailu, strasz­nie się zde­ner­wo­wał, choć sta­rał się to ukryć. A potem ją poca­ło­wał i objął. Nagle zro­zu­miała dla­czego i spoj­rzała na Pedra jesz­cze bar­dziej prze­stra­szona.

-?Posłu­chaj, Anka -?zaczął, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. -?Jesteś z nas naj­roz­sąd­niej­sza, dla­tego zadzwo­ni­łem do cie­bie. Poza tym lubi­łaś Apa­cza i on cie­bie też. Prze­cież nie był typem samo­bójcy. Nie wie­rzę, że sko­czył z tego cho­ler­nego dachu. Nie zna­łem dru­giego tak weso­łego i pozy­tyw­nego gościa. A przy­jaź­ni­li­śmy się prze­cież od przed­szkola.

Anka pamię­tała, że od kiedy poznała chło­pa­ków, Tymon nie odstę­po­wał Apa­cza. Wyglą­dało, jakby był jego młod­szym bra­tem -?Oskar tak wła­śnie go trak­to­wał. Kie­dyś trzech chło­pa­ków ze star­szej klasy popy­chało Tymona na kory­ta­rzu. Wtedy zja­wił się Apacz -?zawsze był wyro­śnięty ponad swój wiek -?i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ich pobił.

-?Poza tym miał straszny fart. Nawet kiedy wpa­dał w kło­poty, zawsze mu się uda­wało z tego wyleźć obronną ręką. No i pod­ko­chi­wała się w nim naj­faj­niej­sza dziew­czyna w szkole.

Na zdzi­wione spoj­rze­nie Anki Pedro zare­ago­wał nie­cier­pli­wym mach­nię­ciem ręki.

-?No prze­cież o tobie mówię. I on też cię bar­dzo lubił. Anka, im dłu­żej o tym myślę, tym więk­sze mam wąt­pli­wo­ści. On nie mógł popeł­nić samo­bój­stwa. To, kurwa, nie­moż­liwe!

Fiolka poczuła, że po policz­kach spły­wają jej dwie duże łzy.

-?On... -?Głos jej się zała­mał. -?Myślę... że on wtedy dostał takiego samego maila jak ty.

Tymon zamilkł i posza­rzał na twa­rzy.

-?Kiedy mu powie­dzia­łam o swoim mailu, prze­stra­szył się. Wydaje mi się, że poje­cha­li­śmy na Bia­ło­wie­ską, bo chciał nas chro­nić.

-?Przed czym?

-?Nie wiem.

Znowu te cho­lerne łzy i ści­śnięte gar­dło. Prze­łknęła ślinę i otarła policzki.

-?Wiem, kto może wysy­łać te wia­do­mo­ści -?cią­gnęła pew­niej­szym gło­sem. - Ktoś, kto wie­dział o naszym Klu­bie Samo­bój­ców i o Kole For­tuny.

-?Czyli kto?

-?Nie wiem. Może któ­reś z nas się wyga­dało? Może nawet sam Oskar? Miał prze­cież mnó­stwo zna­jo­mych.

Tymon ude­rzył pię­ścią w otwartą dłoń.

-?Ni­gdy mi się ten pomysł z Kołem For­tuny nie podo­bał -?mruk­nął. -?Tylko jak zwy­kle ule­głem Apa­czowi. Poza tym zakrzy­cze­li­ście mnie.

Na chwilę zamilkł, a potem wresz­cie wypo­wie­dział to na głos:

-?Posłu­chaj... Jeśli ktoś zrzu­cił Apa­cza z tego dachu, to zna­czy, że ja będę następny? Dosta­łem prze­cież ten cho­lerny wier­szyk.

-?Jezu, nie­moż­liwe. -?Pokrę­ciła głową. -?Myślisz, że ktoś Oskara zamor­do­wał i teraz... twoja kolej? To jakiś non­sens! -?wykrzyk­nęła. -?Nie, to nie może być prawda. Ktoś sobie z nas po pro­stu robi debilne żarty.

-?Ale kto? Po co? -?prze­rwał jej Tymon.

-?Chyba nikt z naszej paczki -?rzu­ciła nie­pew­nie.

Tymon jak gdyby się skur­czył. Spoj­rzał jej ze stra­chem w oczy.

-?Fiolka, co ja mam robić? Boję się.

Anka Wiśniew­ska miała zupełną pustkę w gło­wie.

-?Musimy to zgło­sić na poli­cję -?wypa­liła po chwili.

-?Zwa­rio­wa­łaś? Stary mnie zabije, kiedy się dowie, że bez jego wie­dzy posze­dłem do psiarni.

-?To ja pójdę -?rzu­ciła.

-?Nie ma mowy. Co za róż­nica, kto pój­dzie?

-?W takim razie powiedz o wszyst­kim ojcu.

Tymon się zawa­hał. Wszy­scy w ich paczce wie­dzieli, że miał fatalne rela­cje ze swoim ojcem, praw­ni­kiem. Kie­dyś Mate­usz powie­dział jej w tajem­nicy, że Tymon boi się swo­jego sta­rego.

-?Musisz mu powie­dzieć -?nale­gała. -?Mogę pójść z tobą.

-?Prze­stań, Fiolka! Tylko byś zaszko­dziła.

Chwy­ciła go mocno za ramię.

-?Jeśli mu nie powiesz, jutro idę na poli­cję.

-?Powiem.

Uści­snęli się na poże­gna­nie.

-?Uwa­żaj na sie­bie -?szep­nęła mu do ucha.

Uśmiech­nął się blado i poszedł ścieżką mię­dzy blo­kami w kie­runku dom­ków jed­no­ro­dzin­nych na Świ­no­uj­skiej. Anka odpro­wa­dzała go wzro­kiem, dopóki nie znik­nął za zakrę­tem.

Bała się. Strasz­nie się bała.

Rozdział 9

Bożena Wysocka pró­bo­wała oglą­dać wia­do­mo­ści na TVN24, ale tylko patrzyła w ekran na zmie­nia­jące się obrazy. Jej myśli krą­żyły zupeł­nie gdzie indziej. Coraz czę­ściej wra­cały do tam­tej nocy, kiedy wyce­lo­wała pisto­let w głowę śpią­cego męża i naci­snęła spust. Wyobra­żała sobie, co by się stało, gdyby pisto­let był odbez­pie­czony. Huk. Krwawa wyrwa w skroni i szybko powięk­sza­jąca się plama krwi na poduszce. Pro­ku­ra­tor Wysocki umarłby we śnie. Może śnił o swo­jej poli­cjantce. Może śniło mu się, że pie­przą się jak kró­liki w tanim hostelu z poko­jami na godziny. Uśmiech­nęła się na tę myśl i znowu poczuła, jak w pod­brzu­szu robi jej się cie­pło i przy­jem­nie. Cie­kawe, co powie­dzia­łaby ta suka poli­cjantka. "Pro­ku­ra­tor Wysocki zgi­nął we wła­snym łóżku od strzału w głowę. Poli­cja podej­rzewa pora­chunki w świe­cie prze­stęp­czym" -?taki mógłby być napis na pasku w TVN24.

-?Kocha­nie, muszę wyjść na godzinkę. -?Głos męża dobiegł ją z daleka.

Ock­nęła się gwał­tow­nie z roz­my­ślań. Mąż usiadł przy niej, objął ją ramie­niem i poca­ło­wał w poli­czek.

-?Wyglą­dasz jakoś dziw­nie -?zanie­po­koił się. -?Źle się czu­jesz?

W życiu się, kurwa, tak dobrze nie czu­łam -?chciała powie­dzieć mu w twarz, ale tylko uśmiech­nęła się blado.

-?Ostat­nio jestem jakaś osła­biona -?odpo­wie­działa. -?Chyba za dużo sie­dzę w domu.

-?Może umów się z kole­żan­kami gdzieś na mie­ście -?zapro­po­no­wał. - Sły­sza­łem, że Agata Sło­wak i Jolka, narze­czona pro­ku­ra­tora Romań­skiego, co chwilę wycho­dzą na piwo. Nie dzwo­niły do cie­bie?

-?Dzwo­niły, odmó­wi­łam. Ale masz rację -?dodała zaraz. -?Następ­nym razem się z nimi wybiorę. Dobrze mi to zrobi.

-?Bar­dzo mądra decy­zja -?pochwa­lił ją. -?Nie można się cią­gle zaj­mo­wać domem. Jest jesz­cze inny świat.

Świat dzi­wek i takich skur­wieli jak ty, zdra­dza­ją­cych żony -?pomy­ślała.

Wysocki cmok­nął ją jesz­cze raz i wyszedł z domu.

Samo­chód stał na pod­jeź­dzie. Wysocki wsiadł do nagrza­nego wnę­trza, uru­cho­mił sil­nik, pocze­kał, aż brama się auto­ma­tycz­nie otwo­rzy, i wyje­chał na drogę. Do parku Bro­chow­skiego doje­chał w trzy minuty. Zapar­ko­wał na skrzy­żo­wa­niu Wia­duk­to­wej i Kon­duk­tor­skiej, obok boiska pił­kar­skiego, i zga­sił sil­nik. Był kilka minut spóź­niony, ale nawet go to cie­szyło. Niech tam­ten tro­chę poczeka, niech wie, kto tu roz­daje karty. Prze­szedł na drugą stronę ulicy i wresz­cie zna­lazł się na miej­scu spo­tka­nia. Żar lejący się z nieba był nie do wytrzy­ma­nia.

Zie­lony labi­rynt powstał w ramach pro­jektu rewi­ta­li­za­cji parku na Bro­cho­wie w latach dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku, na tyłach hotelu Bro­chów. Two­rzące labi­rynt graby miały około dwóch metrów wyso­ko­ści i śmiał­ko­wie zapusz­cza­jący się do środka musieli się nie­źle nacho­dzić, zanim udało im się zna­leźć wyj­ście. Wysocki prze­żył taką przy­godę na wła­snej skó­rze, kiedy córki zacią­gnęły go tu na spa­cer. Weszli razem, ale potem dziew­czynki ucie­kły, zosta­wia­jąc go samego. Tra­fie­nie do wyj­ścia zajęło mu dobre kilka minut. Na szczę­ście zasada skrę­ca­nia tylko w prawo świet­nie się tu spraw­dziła. Córki śmiały się z tego dow­cipu kilka mie­sięcy.

Męż­czy­zna już cze­kał. Miał koło pięć­dzie­siątki, ale ubie­rał się na spor­towo, żeby wyglą­dać mło­dziej. Sta­ran­nie przy­strzy­żone włosy zafar­bo­wał na czarno, może by ukryć siwi­znę. Wąsy i hisz­pań­ska bródka dopeł­niały cało­ści. Pew­nie dla­tego tak podo­bał się kobie­tom. Według poli­cyj­nej kar­to­teki, którą Wysocki dokład­nie prze­stu­dio­wał przed spo­tka­niem, facet dawno temu się roz­wiódł, miał dziecko z kobietą, którą też już zdą­żył zosta­wić, a potem był w jesz­cze kilku nie­for­mal­nych związ­kach.

Sta­nęli naprze­ciw sie­bie.

Wysocki wycią­gnął otwartą dłoń i powie­dział krótko:

-?Tele­fon.

Jed­nym takim gestem zyskał prze­wagę psy­cho­lo­giczną i wie­dział, że nie straci jej do końca roz­mowy.

-?Wyłącz tele­fon.

Facet posłusz­nie wyłą­czył swój smart­fon.

-?Pokaż, co masz w kie­sze­niach.

Męż­czy­zna wyjął doku­menty, klu­czyki od auta i papie­rosy.

-?Roze­pnij i roz­chyl koszulę.

Wysocki nie patrzył długo. Nie inte­re­so­wała go męska owło­siona pierś, tylko ewen­tu­alny pod­słuch.

-?Idziemy -?rzu­cił i wszedł do labi­ryntu.

Męż­czy­zna bez słowa poszedł za nim. Doświad­cze­nie zdo­byte dzięki dow­ci­powi córek pozwo­liło Wysoc­kiemu szybko dotrzeć do cen­trum labi­ryntu, o tej porze na szczę­ście cał­kiem pustego.

-?Wiesz, dla­czego chcia­łem się z tobą spo­tkać? -?zapy­tał bez żad­nych wstę­pów.

-?Nie mam poję­cia.

-?Ponie­waż jesteś byłym mężem Pau­liny Czerny. Wyświad­czysz mi przy­sługę. -?Pro­ku­ra­tor patrzył na tam­tego nie­ru­cho­mym wzro­kiem.

-?Jaką? -?padło ostrożne pyta­nie.

-?Pau­lina ma w domu kom­pro­mi­tu­jące mnie foto­gra­fie. Zdo­bę­dziesz je i mi oddasz. Nie obcho­dzi mnie, jak to zro­bisz.

-?Co to za zdję­cia?

-?Jestem na nich z dwiema dziew­czy­nami w sytu­acji, powiedzmy... in fla­granti.

Męż­czy­zna poki­wał ze zro­zu­mie­niem głową. Szybko prze­szedł do kon­kre­tów, co bar­dzo Wysoc­kiego ucie­szyło.

-?Co będę z tego miał?

-?Raczej czego z tego nie będziesz miał.

-?Jaśniej, pro­szę.

-?Jesteś zadłu­żony po uszy, ściga cię czte­rech komor­ni­ków. Ale to nie jest twoje naj­więk­sze zmar­twie­nie. Wspól­nicy spółki Extres, któ­rej pre­ze­sem byłeś przez ostat­nie dwa lata, zło­żyli zawia­do­mie­nie do pro­ku­ra­tury. Oskar­żają cię o dzia­ła­nie na szkodę spółki i sprze­nie­wie­rze­nie kilku milio­nów zło­tych. Ja pro­wa­dzę to postę­po­wa­nie. Jeśli się nie zgo­dzisz, wsa­dzę cię do wię­zie­nia na co naj­mniej dwa lata. Do tego dołożę zakaz pro­wa­dze­nia dzia­łal­no­ści gospo­dar­czej, a sąd zasą­dzi odszko­do­wa­nie na grube miliony. Będziesz w czar­nej dupie.

-?A jeśli się zgo­dzę?

-?Mak­sy­mal­nie prze­cią­gnę postę­po­wa­nie. Być może uda się przedaw­nić oskar­że­nie. W naj­gor­szym razie dosta­niesz wyrok w zawia­sach i kil­ka­dzie­siąt tysięcy nawiązki. Wspól­nicy Extresu będą musieli zało­żyć sprawę cywilną o zwrot zde­frau­do­wa­nych pie­nię­dzy. A to potrwa. Sądy są strasz­nie prze­ła­do­wane. Żeby nie było, że chcę cię wyko­rzy­stać, dołożę pięć­dzie­siąt tysięcy gotówką jako zwrot kosz­tów odzy­ska­nia zdjęć. To chyba uczciwa pro­po­zy­cja?

-?Bar­dzo ci zależy na tych fot­kach.

-?Gówno cię to obcho­dzi! -?Wysocki pod­niósł głos. -?Wszyst­kie zdję­cia mają tra­fić do mnie, jasne? Nie pró­buj się ze mną kon­tak­to­wać. Nie­długo się ode­zwę.

Pro­ku­ra­tor Wysocki odwró­cił się i ruszył naj­bliż­szą ścieżką poro­śniętą z obu stron wyż­szymi od niego drze­wami.

-?Pocze­kaj pięć minut, zanim za mną pój­dziesz -?rzu­cił na odchodne. - Lepiej, żeby nikt nas nie widział razem.

Kiedy znik­nął za zie­loną ścianą, usły­szał jesz­cze pełne nie­po­koju pyta­nie:

-?Hej! Jak ja, do cho­lery, mam stąd wyjść?!

Wysocki uśmiech­nął się i powie­dział do sie­bie:

-?To nie jest twój naj­więk­szy pro­blem.

Rozdział 10

Zdję­cie na nagrobku przed­sta­wiało roze­śmianą ciem­no­włosą dziew­czynę patrzącą pro­sto w obiek­tyw. Jego uko­chana sio­stra. Wciąż nie mógł uwie­rzyć, że minęły już cztery lata. Pew­nej desz­czo­wej nie­dzieli w listo­pa­dzie uszczel­niła okna i szpary w drzwiach watą, zro­biła sobie kawę w eks­pre­sie i usia­dła przy kuchen­nym stole.

"Odkrę­ciła gaz, nie zapu­kał nikt na czas..." -?śpie­wał Grze­gorz Mar­kow­ski w Auto­bio­gra­fii. Tak samo było z Kasią.

Ale czy na pewno sama odkrę­ciła kurki?

Na początku miał do sie­bie pre­ten­sje, że nie zauwa­żył, kiedy zaczęło się z nią dziać coś dziw­nego. Przy­ga­sła, zro­biła się apa­tyczna, rza­dziej do niego dzwo­niła, spo­ty­kali się też nie tak czę­sto, jak daw­niej. Jej zacho­wa­nie wytłu­ma­czył sobie zmę­cze­niem pracą i jesienną chan­drą. Póź­niej miał do niej żal. Byli sobie bar­dzo bli­scy, zwie­rzali się z naj­skryt­szych tajem­nic, a ona mu nie powie­działa, że dzieje się coś nie­do­brego.

Przez minione cztery lata jego myśle­nie o ostat­nich chwi­lach Kasi ule­gło dia­me­tral­nej zmia­nie. A jeśli to nie była depre­sja, tylko... strach? Może ktoś ją prze­ra­ził? Może dłoń, która prze­krę­ciła kurki i zamknęła drzwi do kuchni, nie była jej dło­nią?

Pamię­tał wszystko ze szcze­gó­łami, jakby prze­ży­wał to wie­lo­krot­nie. Może zresztą tak było. Śnił kosz­mary, które zawsze zaczy­nały się od momentu, kiedy wcho­dził do pokoju Kasi i sia­dał przy jej biurku.

Pamię­tał jak dziś. Był 29 listo­pada. Od trzech dni padał deszcz ze śnie­giem, tem­pe­ra­tura utrzy­my­wała się w gra­ni­cach zera, niebo pokry­wały ciem­no­szare, cięż­kie chmury. Rodzice zapro­sili go na obiad. Po obie­dzie ojciec poszedł do kuchni, wyjął z lodówki zmro­żoną butelkę wódki i roz­lał do dwóch kie­lisz­ków. Wódka była gęsta jak olej i zimna jak Antark­tyda.

Pół godziny póź­niej mama podała kawę i kar­patkę, a on, trzy­ma­jąc tale­rzyk z cia­stem w jed­nej ręce i szklankę z kawą w dru­giej, ośmie­lony wypi­tym alko­ho­lem, poszedł do pokoju Kasi i usiadł przy jej biurku. Nic tu się nie zmie­niło, nie było nawet dro­binki kurzu. Na obu­do­wie moni­tora kom­pu­te­ro­wego wciąż przy­kle­jone były żółte kar­teczki post-it. Tylko tusz tro­chę wyblakł.

Zadzwo­nić do Joaśki.

W czwar­tek ciu­chy z pralni!

Pro­jekt na pią­tek -?deadline!

Zapo­mnieć o tym świ­rze.

Kim był świr?

Upił kawy ze szklanki, wziął do ust kawa­łek kar­patki i się­gnął po papiery leżące na kupce z boku biurka. Prze­glą­dał je machi­nal­nie i nagle zamarł. Póź­niej nie potra­fił sobie wytłu­ma­czyć, dla­czego nie­bie­ska kar­teczka zro­biła na nim takie wra­że­nie.

Zapa­lił lampkę i posta­wił na pły­cie nagrobka.

-?Muszę już iść, Kasiu -?powie­dział.

Zapa­lił e-papie­rosa i odszedł. Pod jego sto­pami chrzę­ściły kamie­nie, któ­rymi wysy­pana była ścieżka. Po chwili wyszedł na wyas­fal­to­waną główną aleję cmen­ta­rza Oso­bo­wic­kiego, naj­więk­szej nekro­po­lii w mie­ście, i ruszył w kie­runku kaplicy. Minął dobry kwa­drans, zanim zna­lazł się na par­kingu. Jechał wolno do domu, cały czas błą­dząc myślami w prze­szło­ści.

Na nie­bie­skiej kwa­dra­to­wej kartce wyrwa­nej z biu­ro­wego notat­nika w kształ­cie kostki ktoś napi­sał roz­chwia­nymi lite­rami:

Śmier­cior o Tobie pamięta.

Tam­tego wie­czoru tak długo wpa­try­wał się w ten napis, aż wresz­cie wypity alko­hol zwy­cię­żył jego umysł, przy­wo­łu­jąc sen. Potem zapo­mniał na całe trzy mie­siące.

Kar­teczka wpa­dła mu ponow­nie w ręce pod­czas robie­nia porząd­ków. Wła­śnie skoń­czył cykl arty­ku­łów o prze­mocy sek­su­al­nej w rodzi­nie. Część mate­ria­łów wpi­nał do segre­ga­to­rów, ale więk­szość lądo­wała w koszu na śmieci.

Prze­rwał wtedy sprzą­ta­nie i odru­chowo w Google wpi­sał hasło "Śmier­cior". W ten spo­sób zna­lazł cztery opo­wia­da­nia opu­bli­ko­wane na jakimś nędz­nym blogu lite­rac­kim. Zamiesz­czano tam wszyst­kie śmieci, które przy­sy­łali marzący o Lite­rac­kiej Nagro­dzie Nobla gra­fo­mani. Traf chciał, że pierw­szy tekst, który zna­lazł, nosił tytuł Śmier­cior dotrzy­muje obiet­nic. Prze­czy­tał opo­wia­da­nie i natych­miast sko­ja­rzył treść z praw­dzi­wym zda­rze­niem: we wsi Luto­mierz ojciec zamor­do­wał żonę i dwójkę dzieci, a potem powie­sił się w sto­dole.

Od tego czasu upły­nęło pra­wie trzy i pół roku.

Szes­na­ście opo­wia­dań o Śmier­cio­rze w więk­szym lub mniej­szym stop­niu nawią­zy­wało do praw­dzi­wych wyda­rzeń.

W domu usiadł w fotelu i popadł w ponurą zadumę.

A jeśli się myli? Może to tylko kolejna faza para­noi, w którą pogrąża się z wolna, nie­świa­domy wła­snego obłędu?

-?Nie -?odpo­wie­dział gło­śno sam sobie.

Jest zdrowy i w pełni świa­domy tego, co robi. Wariat nie przy­zna się do swo­jej cho­roby, ponie­waż jej sobie nie uświa­da­mia. Dopóki dopa­dają go wąt­pli­wo­ści, na pewno jest nor­malny.

Miał w kom­pu­te­rze jesz­cze sześć opo­wia­dań o Śmier­cio­rze, któ­rych nie potra­fił powią­zać z tra­ge­diami opi­sa­nymi w mediach.

Coś powi­nien zro­bić. Nie mógł sie­dzieć bez­czyn­nie i godzi­nami wpa­try­wać się w gołę­bie za oknem.

Odsta­wił kawę na biurko, się­gnął po tele­fon i wybrał zna­jomy numer. Po chwili w słu­chawce usły­szał głos swo­jego szefa:

-?Co jest, Krzy­siek?

-?Mam temat.

Rozdział 11

Odkąd się­gał pamię­cią, spro­wa­dzał na sie­bie kło­poty.

Zaczęło się w szkole pod­sta­wo­wej. Kole­dzy robili zło­śliwe żarty nauczy­cie­lom albo kole­żan­kom z klasy, a na gorą­cym uczynku łapano tylko jego. Zawsze znaj­do­wał się w nie­od­po­wied­nim cza­sie w jesz­cze mniej odpo­wied­nim miej­scu. To jego nauczy­ciele przy­ła­py­wali w szkol­nej toa­le­cie na fajce, to na niego spa­dały prze­winy kole­gów.

Przez lata się przy­zwy­czaił. Taka karma. Miał nawet wła­sną teo­rię tłu­ma­czącą życiowe nie­po­wo­dze­nia. Matka dała mu na imię Gotard. Nie można było mieć gor­szego imie­nia. Przy Gotar­dzie bla­dły nawet takie obcia­chowe imiona, jak Izy­dor, Fran­ci­szek, Eusta­chy czy Zenon.

W pod­sta­wówce każda odmien­ność była karana wyklu­cze­niem z grupy "nor­mal­nych" i izo­la­cją. Poza tym można było doro­bić się głu­piej ksywy. Sio­nek, Łysy, Blady, Smro­dek, Milord -?te nie były jesz­cze naj­gor­sze. Z takim imie­niem mógłby spo­koj­nie dostać gor­szą ksywkę. Na szczę­ście dość wcze­śnie wpadł na genialny pomysł. Nie przed­sta­wiał się wła­snym imie­niem, tylko od razu poda­wał ksywkę, którą sam wymy­ślił -?Parol. Pomysł był pro­sty i genialny. Został Paro­lem. Nikt go ina­czej nie nazy­wał, nie­któ­rzy jego zna­jomi nawet nie wie­dzieli, jak naprawdę ma na imię.

Fatum miało się skoń­czyć, gdy zaczął pra­co­wać w poli­cji kry­mi­nal­nej. Młod­szy aspi­rant "Parol" Szaw­czak -?długo roz­pie­rała go duma, kiedy wyma­wiał te słowa codzien­nie rano, patrząc sobie w oczy w lustrze w łazience.

Ale nagle fatum wró­ciło. Oczy­wi­ście w gor­szym momen­cie. Stra­cił czuj­ność, dał się zasko­czyć. Był na sie­bie za to wście­kły.

Wszystko przez zmę­cze­nie i pośpiech. Od czter­dzie­stu ośmiu godzin nie­mal nie spał. Marzył tylko o tym, żeby poło­żyć się do łóżka, zawi­nąć w koc i znik­nąć dla świata na cały week­end. Ale wcze­śniej musiał kupić działkę.

Był piąt­kowy wie­czór. W klu­bie, jak zawsze po dłu­gim tygo­dniu pracy, w rytm ogłu­sza­ją­cego techno, przy mru­ga­ją­cych hip­no­ty­zu­jąco świa­tłach, bawiło się na par­kie­cie kil­ka­set osób. Prze­ci­snął się do baru. Tutaj też wszyst­kie miej­sca były zajęte. Na szczę­ście koja­rzył jed­nego z bar­ma­nów. Nie znał jego imie­nia, tylko ksywkę z sieci -?Jurand. Poznali się dwa lata wcze­śniej na mistrzo­stwach świata w Coun­ter-Strike'u. Potem zda­rzyło im się parę razy współ­pra­co­wać. Zastę­po­wali się w nie­le­gal­nych sie­cio­wych tur­nie­jach, dzie­ląc się po poło­wie kasą z wygra­nych. Nie­stety, rynek szybko się skiep­ścił i musieli sobie radzić na wła­sną rękę.

Jurand bez słowa posta­wił przed nim butelkę piwa i odszedł obsłu­gi­wać innych klien­tów. Parol się napił. Nagle głowa zacią­żyła mu w ramio­nach, a powieki same zaczęły się zamy­kać.

Ostat­nie dwie noce spę­dził w wir­tu­al­nym świe­cie. Naj­pierw na zle­ce­nie klienta z Nowej Zelan­dii zastę­po­wał go w jakimś lokal­nym sie­cio­wym tur­nieju w League of Legends. Nawet nie­źle mu poszło, prze­grał dopiero w finale i zle­ce­nio­dawca był bar­dzo zado­wo­lony. Na konto Parola wpa­dło kilka setek dola­rów. Co prawda austra­lij­skich, ale i tak opła­cało się zarwać noc. Druga prze­le­ciała na mniej opła­cal­nym zaję­ciu. Ode­zwał się zna­jomy z War­szawy, zawo­dowo zaj­mu­jący się biz­ne­sem gier w wir­tu­al­nym świe­cie. Aku­rat pil­nie potrze­bo­wał kogoś do pew­nego zle­ce­nia, więc stawka była o kilka pro­cent więk­sza niż zwy­kle.

Po dwóch nie­prze­spa­nych nocach z rzędu w pracy dopa­dła go totalna śpiączka. Przez cały dzień wypił chyba ze dwa litry czar­nej kawy i kilka puszek napo­jów ener­ge­tycz­nych. Nie­wiele pomo­gło. Sie­dział wpa­trzony w ekran kom­pu­tera i oczy same mu się zamy­kały. Nie potra­fił logicz­nie myśleć. Co chwilę wpa­dał w letarg, a raz nawet przy­snął na parę minut. Jak na złość, szef cią­gle do niego przy­cho­dził i pytał o postępy -?Parol prze­glą­dał bazę Inter­polu, poszu­ku­jąc osób pasu­ją­cych do pro­filu spo­rzą­dzo­nego przez poli­cyj­nego psy­cho­loga. Współ­pra­co­wali z lon­dyń­ską poli­cją przy wyja­śnie­niu zabój­stwa wśród tam­tej­szej Polo­nii.

Wła­śnie w takich oko­licz­no­ściach wpa­ko­wał się w kło­poty.

Dopił piwo i znu­żo­nym wzro­kiem roz­glą­dał się za dile­rem. Nazy­wali go Tinky Winky, nie wia­domo dla­czego -?nie miał w sobie nic z ory­gi­nału. To był kawał skur­wy­syna, który bez mru­gnię­cia okiem sprze­dałby towar nie­let­niej córce swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela. Ni­gdzie go nie dostrzegł. Czuł, że nie jest w sta­nie dłu­żej cze­kać przy barze, bo za kilka minut po pro­stu zaśnie. Zapła­cił za drinka i obi­ja­jąc się o gości klubu, ruszył w kie­runku uchy­lo­nych drzwi pro­wa­dzą­cych na zaple­cze. Goście nie mogli tam wcho­dzić, drzwi pil­no­wał wielki ochro­niarz o twa­rzy wku­rzo­nego mutanta. Tinky Winky zabie­rał cza­sem Parola za te drzwi i zapo­wie­dział ochro­niarzowi, żeby go wpusz­czał. Teraz goryl tylko spoj­rzał na niego z góry i ski­nął głową.

Parol wszedł na zaple­cze klubu i już nie miał odwrotu.

Krótki, słabo oświe­tlony kory­ta­rzyk z drzwiami po obu stro­nach pro­wa­dził do pomiesz­cze­nia, w któ­rym urzę­do­wał Tinky Winky. Potem zakrę­cał w prawo i biegł na zaple­cze do kuchni i maga­zy­nów. Zza uchy­lo­nych drzwi docho­dziły głosy. Jeden z nich na pewno nale­żał do dilera.

Dopiero tuż przed drzwiami Parol zro­zu­miał, o czym mówią męż­czyźni. Tar­go­wali się. Zawa­hał się i zastygł w bez­ru­chu. Już chciał się bez­sze­lest­nie wyco­fać, kiedy drzwi gwał­tow­nie się uchy­liły i sta­nął w nich Tinky Winky. Jeden rzut oka za jego plecy wystar­czył, żeby pra­wi­dłowo oce­nić sytu­ację. Na sto­liku stała torba z pie­niędzmi, a obok leżało kilka worecz­ków z bia­łym prosz­kiem. Dwóch face­tów w skó­rach patrzyło na niego z zasko­cze­niem. Sto­jący bli­żej wej­ścia wysoki bru­net się­gał po coś za połę skó­rza­nej kurtki.

Pisto­let!

-?Parol, co ty tu, kurwa, robisz?! -?zapy­tał ostro Tinky Winky.

W jego męt­nych oczach malo­wała się złość.

-?Chcia­łem tylko... -?zaczął Szaw­czak, czu­jąc strach zaci­ska­jący mu się jak pętla na szyi, ale nie dokoń­czył.

Tinky Winky wyraź­nie się roz­luź­nił.

-?Ja pier­dolę, ten przy­głup przy drzwiach cię wpu­ścił? Ja go kie­dyś zaje­bię! Mówi­łem mu jasno, żeby nikogo nie wpusz­czał. W porządku. - Mach­nął do męż­czyzn z tyłu.

Bru­net wycią­gnął dłoń spod kurtki, lecz obaj pozo­stali czujni i nie­ufni.

-?Chcia­łem tylko kupić działkę -?powie­dział Parol.

Tinky Winky wycią­gnął z kie­szeni dwie paczuszki.

-?Zapła­cisz póź­niej, a teraz spier­da­laj, bo mam waż­nych klien­tów.

Parol odwró­cił się na pię­cie i pra­wie bie­giem ruszył z powro­tem na salę, skąd docho­dziło głu­che dud­nie­nie muzyki. Po kilku kro­kach się zatrzy­mał, reje­stru­jąc jakiś ruch za ple­cami. Odwró­cił się wolno i zastygł jak spa­ra­li­żo­wany.

Męż­czy­zna ubrany był na czarno. Poru­szał się jak dra­pieżne zwie­rzę - szybko, pew­nie i cicho. Wyszedł z dru­giego końca kory­ta­rza i sta­nął przed nie­do­mknię­tymi drzwiami, za któ­rymi han­dla­rze dobi­jali wła­śnie targu. Może Parol nie zwró­ciłby na męż­czy­znę uwagi, gdyby nie dostrzegł w jego dłoni pisto­letu z tłu­mi­kiem.

Patrzył, jak sto­jący do niego tyłem nie­zna­jomy w czerni popy­cha lekko drzwi. Niczym na zwol­nio­nym fil­mie drzwi się uchy­lają, a on pew­nie robi krok naprzód i unosi broń do strzału.

Tylko w fil­mach kry­mi­nal­nych odgłos wystrzału z pisto­letu z tłu­mi­kiem przy­po­mina trzask. W rze­czy­wi­sto­ści wystrzał jest o wiele gło­śniej­szy - jed­nak nie na tyle gło­śny, żeby zagłu­szyć dud­nie­nie basów wydo­by­wa­jące się z gło­śni­ków. Parol wie­dział, jak brzmi pisto­let z tłu­mi­kiem. Usły­szał pierw­szy strzał. Do jego uszu wyraź­nie dole­ciały też kolejne odgłosy.

Pierw­szy zgi­nął Tinky Winky, który zare­ago­wał na ruch otwie­ra­nych drzwi. Pew­nie myślał, że Parol wraca po jesz­cze jedną działkę. Pierw­szy pocisk tra­fił go w klatkę pier­siową, drugi w tęt­nicę szyjną, trzeci w twarz. Fon­tanna krwi try­snęła na ścianę. Zanim Tinky Winky upadł, umarł jeden z jego kon­tra­hen­tów, tra­fiony w brzuch i w twarz. Drugi nie zdą­żył się­gnąć po broń. Dosię­gły go trzy kule.

Paro­lowi wyda­wało się, że w jed­nej sekun­dzie rze­czy­wi­stość sta­nęła.

Zabójca odwró­cił głowę i ich spoj­rze­nia się skrzy­żo­wały. Przez uła­mek sekundy Parol dostrzegł twarz. Od razu wie­dział, że nie zapo­mni jej do końca życia. Tym­cza­sem zabójca bez chwili waha­nia uniósł broń i wyce­lo­wał w jego kie­runku.

Szaw­czak zare­ago­wał odru­chowo. Pomimo zmę­cze­nia strach zadzia­łał jak dobry dopa­lacz. Zanim padł strzał, Parol z impe­tem ude­rzył bar­kiem w drzwi po pra­wej stro­nie. Póź­niej sam nie potra­fił zro­zu­mieć, skąd miał tyle siły. Wpadł razem z drzwiami do środka, ale nie zatrzy­mał się nawet na sekundę. Biegł na oślep przez kolejne pomiesz­cze­nia. Kory­tarz, kuch­nia, maga­zyn. Wpadł do skła­dziku zasta­wio­nego skrzyn­kami po piwie i napo­jach. Na wprost pod sufi­tem zoba­czył uchy­lone okno pro­wa­dzące na ulicę. Poczuł chłod­niej­szy podmuch wia­tru, usły­szał kroki ludzi na chod­niku i prze­jeż­dża­jące w oddali samo­chody. Chciał rzu­cić się do okna i wydo­stać na zewnątrz, lecz coś kazało mu przy­sta­nąć. Scho­wał się za pię­trzącą się pod sam sufit stertę skrzy­nek po piwie.

Teraz dopadł go praw­dziwy strach. Nogi miał jak z waty, drżały pod jego cię­ża­rem, serce tłu­kło się o żebra. Jesz­cze bar­dziej wci­snął się w kąt mię­dzy skrzynki.

Z oddali sły­chać było rytm muzyki techno i jakieś krzyki.

Nagle drzwi się otwo­rzyły i Parol już widział, że wszystko stra­cone. Pech prze­śla­du­jący go od cza­sów szkol­nych wcale nie znik­nął.

Ktoś wszedł do pomiesz­cze­nia. Skrzyp­nęły drzwi, potem zapa­dła cisza. Szaw­czak wstrzy­mał oddech. Zoba­czył pisto­let z tłu­mi­kiem wyła­nia­jący się zza skrzy­nek. Ostat­nia myśl -?o matce. I jesz­cze jedna, roz­pacz­liwa. Dla­czego nie wziął ze sobą służ­bo­wej broni?

Przy­mknął oczy i cze­kał.

Minęło pięć sekund, potem pięt­na­ście, trzy­dzie­ści i... nic się nie stało. Otwo­rzył oczy. Był sam. Zabójca znik­nął.

Wyszedł na kory­tarz -?pusto.

Aspi­rant Gotard "Parol" Szaw­czak drżą­cymi rękami wyjął tele­fon i ledwo udało mu się wykrę­cić numer do dyżur­nego.

Rozdział 12

Minęło równo dzie­sięć dni. Przez ten czas Tymon Jagla nie zro­bił nic. No, pra­wie nic. Następ­nego dnia po spo­tka­niu koło szkoły Fiolka zadzwo­niła do niego i zapy­tała, czy powie­dział o wszyst­kim ojcu. Skła­mał. Dodał nawet, że jego ojciec obie­cał zająć się sprawą. W gło­sie Fiolki usły­szał wyraźną ulgę. Popro­siła, żeby na sie­bie uwa­żał, i się roz­łą­czyła.

Tymon długo sie­dział na tara­sie swo­jego pokoju, w tajem­nicy przed matką paląc jed­nego papie­rosa za dru­gim.

Pew­nie gdyby w jego rodzi­nie pano­wały nor­malne sto­sunki, poszedłby do ojca po pomoc. Ale Tymon panicz­nie się go bał.

Ste­fan Jagla był praw­ni­kiem, a kon­kret­niej praw­ni­kiem mafii nar­ko­ty­ko­wej. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa Tymon oglą­dał go w tele­wi­zji w new­sach z pro­ce­sów zna­nych gang­ste­rów. Póź­niej czy­tał w inter­ne­to­wej pra­sie komen­ta­rze doty­czące praw­dzi­wej pro­fe­sji swego ojca. Wtedy zaczął przy­po­mi­nać sobie różne fakty z dzie­ciń­stwa i wcze­snej pod­sta­wówki. Pamię­tał nocne wizyty ponu­rych męż­czyzn w gar­ni­tu­rach, kłót­nie, czarne walizki prze­ka­zy­wane z rąk do rąk. Już jako dziecko wie­dział, jak wyglą­dają bank­noty o nomi­nale sto euro.

Pie­nię­dzy ni­gdy im nie bra­ko­wało. Matka Tymona wyda­wała grube tysiące na naj­mod­niej­sze ciu­chy i wizyty w salo­nach pięk­no­ści. Mieli nowo­cze­sny wielki dom. Tymon nosił w kie­szeni tyle pie­nię­dzy, ile nie­któ­rzy jego przy­ja­ciele z paczki nie widzieli przez pół roku, zawsze miał wypa­siony kom­pu­ter i naj­now­sze gry. Ste­fan Jagla wyjeż­dżał w inte­re­sach nie wia­domo dokąd, a kiedy wra­cał do domu, pił. Po alko­holu robił się agre­sywny, zda­rzało się, że bił żonę. Kie­dyś pobił ją do nie­przy­tom­no­ści i trzeba było wezwać pogo­to­wie, ale poli­cja pew­nie się o niczym nie dowie­działa. Raz Tymon sta­nął w obro­nie matki i obe­rwał tak, że przez tydzień nie cho­dził do szkoły. Potem mówił, że miał wypa­dek na rowe­rze.

Dla­tego Tymon Jagla nie mógł o niczym powie­dzieć ojcu. Już wyobra­żał sobie jego minę, kiedy opo­wiada mu o Klu­bie Samo­bój­ców i Kole For­tuny. Nie mógł też pójść na poli­cję ani pozwo­lić, żeby Fiolka to zro­biła. Poli­cja od lat szu­kała haków na jego ojca. Gdyby się dowie­dzieli, że Tymon jest synem TEGO Jagli... Zresztą gdyby ojciec dowie­dział się, że syn poszedł na poli­cję -?w obo­jęt­nie jakiej spra­wie -?też pew­nie wpadłby we wście­kłość.

Dla­tego skła­mał.

Na początku się bał. Przez jakiś czas nie wycho­dził z domu, ale od pierw­szego wrze­śnia musiał zacząć cho­dzić do szkoły. Był mię­dzy ludźmi, zmie­niła mu się per­spek­tywa myśle­nia. Wcią­gnięty w szkolny wir prze­stał się bać. Dni mijały, nic złego się nie działo, nie dostał kolej­nych maili, nikt za nim nie cho­dził. Zaczął myśleć, że rymo­wanki nie mają nic wspól­nego z ich idio­tycz­nym klu­bem i ze śmier­cią Apa­cza. Może ktoś wysy­łał je dla zgrywy, może to spam, który tra­fił do nich w nie­wła­ści­wym cza­sie?

A jed­nak na­dal był ostrożny. Rano szedł na przy­sta­nek komu­ni­ka­cji miej­skiej, gdzie na auto­bus zawsze cze­kało kilka osób. Wśród ludzi czuł się bez­piecz­nie. Popo­łu­dniami sta­rał się nie wycho­dzić z domu, a po zmroku rzadko wysta­wiał nos choćby za próg.

W sobotę 6 wrze­śnia, zaraz po kola­cji usiadł do kom­pu­tera i włą­czył się do sie­cio­wej roz­grywki Coun­ter-Strike'a. Od śmierci Apa­cza, czyli od kiedy ich paczka prze­stała się regu­lar­nie spo­ty­kać, spę­dzał każdą wolną chwilę, gra­jąc.

Jego pokój z małym tara­sem, na któ­rym można było spo­koj­nie w tajem­nicy przed sta­rymi zapa­lić papie­rosa albo wypić piwo przed snem, znaj­do­wał się na pod­da­szu. Tymon mógł grać do późna i nikt mu nie prze­szka­dzał. Na pod­da­sze pro­wa­dziły drew­niane schody, które pod cię­ża­rem idą­cego skrzy­piały prze­raź­li­wie. Nawet ze słu­chaw­kami na uszach Tymon sły­szał, gdy ktoś wcho­dził. Zresztą dźwięk miał zawsze ści­szony do mini­mum.

Roz­łą­czył się na kilka minut i wyszedł na taras zapa­lić. Wrze­śniowa noc była parna i gorąca. Zacią­gał się papie­ro­sem i patrzył w niebo. Mia­sto rzu­cało na niebo łunę, ale roz­po­go­dziło się na tyle, że widać było wyraź­nie jaśniej­sze gwiazdy. Potra­fił roz­róż­nić tylko dwa gwiaz­do­zbiory: Kasjo­peję i Wielką Niedź­wie­dzicę. Wie­dział, że czę­ścią Wiel­kiej Niedź­wie­dzicy jest Wielki Wóz i że dwie gwiazdy na zgię­ciu "dyszla" nazy­wają się z języka arab­skiego Alkor i Mizar. Niby dro­biazg, ale dziew­czyny patrzyły na niego jakoś poważ­niej, kiedy o tym opo­wia­dał.

Spoj­rzał w dół i zamarł. W rogu podwórka, przy wyso­kim żywo­pło­cie oddzie­la­ją­cym dom od ulicy dostrzegł ciemną postać. Wytę­żył wzrok, pró­bu­jąc zoba­czyć coś wię­cej. Postać się nie poru­szyła. Wyglą­dała jak odlana z oło­wiu.

I wtedy sobie przy­po­mniał. Dwa dni temu matka oczysz­czała klom­bik, na któ­rym hodo­wała róże, i obok krza­ków zosta­wiła agrow­łók­ninę. W ciem­no­ściach zwój mate­riału wyglą­dał dokład­nie jak sto­jący czło­wiek. Tymon z ulgą wypu­ścił powie­trze. Zacią­gnął się koń­cówką papie­rosa i zga­sił go ner­wo­wym gestem. Przy­szło mu do głowy, że w ciem­no­ściach ognik z czubka papie­rosa widać z bar­dzo daleka. Po co kusić los.

Wró­cił do kom­pu­tera i dołą­czył do zespołu, w któ­rym wszy­scy poro­zu­mie­wali się nie­na­ganną angielsz­czy­zną. W pierw­szej run­dzie jego ekipa koman­do­sów miała za zada­nie zabić wszyst­kich ter­ro­ry­stów na plan­szy albo roz­broić pod­ło­żoną przez nich bombę. Przed drugą rundą, w któ­rej miała nastą­pić zmiana ról, Tymon prze­cią­gnął się, żeby roz­pro­sto­wać zdrę­twiałe ramiona. Wtedy zauwa­żył falu­jącą zasłonę w otwar­tych drzwiach na taras. Pomy­ślał, że wresz­cie powiał wiatr i zrobi się tro­chę chłod­niej.

Nagle poczuł, że ktoś za nim stoi. Krew w jego żyłach w ułamku sekundy zmie­niła się w cie­kły azot.

Odwró­cił wolno głowę i spoj­rzał tam­temu pro­sto w oczy.

Rozdział 13

Na progu stał męż­czy­zna wyglą­da­jący na nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Miał na sobie czapkę z dasz­kiem z logo koszy­kar­skiego klubu Chi­cago Bulls, koszulkę na ramiącz­kach i dre­sowe spodnie. Uwiel­biał koszy­ka­rzy z Chi­cago, dla­tego nosił ksywę Jor­dan. Stał przed drzwiami i spra­wiał wra­że­nie bar­dzo zde­ner­wo­wa­nego. Postawny blon­dyn obrzu­cił go pogar­dli­wym spoj­rze­niem.

-?Wejdź -?rzu­cił krótko i odsu­nął się na bok.

Na zewnątrz doskwie­rał nie­zno­śny upał, ale tutaj pano­wał przy­jemny chłód, kory­tarz pogrą­żony był w pół­mroku. Jor­dan wszedł i nie­pew­nie spoj­rzał na gospo­da­rza. Był w tym domu pierw­szy raz.

-?Pro­sto.

Jor­dan ruszył więc przo­dem. Szedł, sze­roko roz­sta­wia­jąc nogi, a jego kolana wyda­wały się zgi­nać na boki.

Gospo­darz sta­rał się, żeby nikt nie wie­dział, kim jest i gdzie mieszka. Dla bez­pie­czeń­stwa. Teraz sytu­acja była nad­zwy­czajna. Sprzą­tał po sobie i zamie­rzał znik­nąć. Dla­tego zapro­sił tu Jor­dana.

Kory­tarz pro­wa­dził do urzą­dzo­nego po spar­tań­sku salonu. Gołe ściany, na środku sto­lik i cztery krze­sła, w rogu sofa, na któ­rej można było się zdrzem­nąć. Nic wię­cej. Okna z odsło­nię­tymi żalu­zjami wycho­dziły na tył domu, odgro­dzony od sąsied­niej pose­sji gru­bym żywo­pło­tem.

-?Pri­wiet, Jor­dan! - Basowy głos roz­szedł się echem po pustym pomiesz­cze­niu.

Na widok pod­no­szą­cego się z sofy Mykoły Jor­dan sta­nął jak wryty. Ukra­iniec zbli­żył się do niego z sze­ro­kim uśmie­chem i wycią­gnął dłoń. Był wyż­szy i dużo star­szy, miał siwe włosy i pomarsz­czoną, kwa­dra­tową twarz, w któ­rej błysz­czały błę­kitne oczy. Mówił po pol­sku ze śpiew­nym akcen­tem, wtrą­ca­jąc rosyj­skie lub ukra­iń­skie słowa.

-?Ja tie­bia dawno nie widział.

-?Pra­cuję w klu­bach, wie­czo­rami -?wyja­śnił Jor­dan.

-?Da, da. Oczen? dobrze.

Gospo­darz pchnął Jor­dana do pokoju i bez słowa wska­zał jedno z krze­seł. Męż­czy­zna przy­siadł na brzegu naj­bliż­szego. Na jego gór­nej war­dze poja­wiły się kro­pelki potu.

-?Napi­jesz się cze­goś?

Na głos gospo­da­rza drgnął, ale przy­tak­nął.

Po chwili sta­nęła przed nim szklanka wody z lodem. Tylko umo­czył usta i zaraz ją odsta­wił, jakby woda była zatruta.

Gospo­darz pod­szedł do stołu i usiadł po dru­giej stro­nie. W jego twa­rzy było coś dziw­nego. Kom­pletny brak wyrazu, żad­nych uczuć, gry­ma­sów, zimne, puste błę­kitne oczy. Jak gdyby ich wła­ści­ciel nie był czło­wie­kiem, tylko zapro­gra­mo­wa­nym robo­tem. W Jor­da­nie budził więk­szy strach niż potężny i znany z bru­tal­no­ści Ukra­iniec.

-?No dobrze, powiedz, czego się dowie­dzia­łeś.

-?Mój bli­ski kolega pra­cuje w komen­dzie woje­wódz­kiej. -?Jor­dan zaczął wyrzu­cać z sie­bie słowa. -?Nie jest poli­cjan­tem. Jest infor­ma­ty­kiem. Pomaga gli­nom odzy­ski­wać dane, grze­bać w kom­pu­te­rach i tak dalej. Ma dostęp do wielu infor­ma­cji.

-?Wiesz czy nie?

-?Jasne, wiem. Ten poli­cjant, który zawia­do­mił o strze­la­ni­nie w klu­bie Tester, nazywa się Szaw­czak. Jakoś ma dziw­nie na imię. Nie zapa­mię­ta­łem. Chyba Got­fryd. -?Zawa­hał się, spoj­rzał prze­stra­szony na gospo­da­rza i dorzu­cił: -?Ale mam jego adres!

Mykoła uśmiech­nął się i zało­żył nogę na nogę tak gwał­tow­nie, że aż sofa prze­su­nęła się ze zgrzy­tem. Odgłos roz­szedł się nie­przy­jem­nym echem. Ale to gospo­darz się ode­zwał:

-?Świet­nie się spi­sa­łeś, Jor­dan. Mówi­łem, że dobrze zapłacę za tę infor­ma­cję. Nie inte­re­sują cię pie­nią­dze?

Jor­dan poczuł nagłe pod­nie­ce­nie. Bał się, kiedy tu szedł. Był kapu­siem i sprze­da­wał infor­ma­cje gru­pom han­dlu­ją­cym nar­ko­ty­kami, gang­ste­rom, poli­cji. Wszystko jedno komu -?ważny był zysk.

Gospo­darz patrzył na niego tym swoim zim­nym i pustym spoj­rze­niem. Jor­dan pomy­ślał, że kto raz zoba­czy taką twarz, nie zapo­mni jej do końca życia.

-?Tak, jak naj­bar­dziej. -?Sta­rał się mówić poważ­nie i pew­nie.

Gospo­darz wstał.

-?W takim razie chodź -?powie­dział. -?Coś ci pokażę.

Jor­dan ruszył za nim do dużej łazienki. Tu też nie było zbęd­nych sprzę­tów -?tylko wanna, kabina prysz­ni­cowa, lustro i półka, a na niej pasta do zębów i szczo­teczka. Żad­nego mydła, żad­nego ręcz­nika. Jor­dan zatrzy­mał się zbity z tropu.

-?Tam. -?Gospo­darz pchnął go w kie­runku otwar­tej kabiny prysz­ni­co­wej, a potem wycią­gnął zza ple­ców pisto­let z tłu­mi­kiem. Puste pomiesz­cze­nie zwie­lo­krot­niło odgłos wystrzału. Kula prze­biła czaszkę, bez­władne ciało runęło do kabiny. W ostat­niej chwili gospo­darz pod­trzy­mał je tak spraw­nie, że dziura w skroni, z któ­rej obfi­cie pły­nęła krew, zna­la­zła się nad kratką ście­kową. Męż­czy­zna włą­czył prysz­nic i spłu­kał krew oraz frag­menty mózgu ze ścian kabiny.

Sto­jący w drzwiach Mykoła pokrę­cił z uzna­niem głową.

-?Szybko, spraw­nie i czy­sto. Mógł­byś rabotat? w KGB, Satyr - powie­dział.

Gospo­darz spoj­rzał na niego uważ­nie.

-?Co to jest KGB? -?zapy­tał.

-?Jak to? Nie wiesz?! Prze­cież Putin rabo­tał kie­dyś w KGB. -?Ukra­iniec z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

-?A kto to jest Putin?

Mykoła zaśmiał się, lecz zaraz zamilkł. To raczej nie był żart.

-?Naprawdę nie wiesz?

-?Lubię swoją pracę, Mykoła. Świat mnie nie inte­re­suje.

-?Oczen? dziwny z cie­bie cze­ło­wiek, Satyr.

Poszli w kie­runku dru­giego wyj­ścia z budynku i zna­leźli się na nie­wiel­kim traw­niku na tyłach. Rosnące wzdłuż ogro­dze­nia ponad­dwu­me­trowe tuje sku­tecz­nie odgra­dzały pose­sję od sąsied­nich domów. Naprze­ciw stał drew­niany budy­nek gospo­dar­czy z zasło­nię­tymi oknami. Weszli do środka. Gospo­darz zapa­lił żółte świa­tło, wziął jeden ze szpa­dli sto­ją­cych obok drzwi i rzu­cił Ukra­iń­cowi.

-?Tu kopiemy. -?Wska­zał miej­sce po pra­wej stro­nie.

-?Poczemu zdies??

Po raz pierw­szy na twa­rzy gospo­da­rza poja­wił się gry­mas, który mógł tro­chę przy­po­mi­nać uśmiech.

-?Inne miej­sca są już zajęte, Mykoła -?odpo­wie­dział.

Mykoła omiótł spoj­rze­niem duże pomiesz­cze­nie i mimo­wol­nie się wzdry­gnął.

-?Dziwny z cie­bie cze­ło­wiek, Satyr -?powtó­rzył i chwy­cił szpa­del.

Kopali w mil­cze­niu, na zmianę. Zie­mia nie była twarda, więc szło im spraw­nie. Gospo­darz pra­co­wał w ciszy, Mykoła sapał, klął w swoim ojczy­stym języku i pocił się obfi­cie. Oparł się na wbi­tym w zie­mię szpa­dlu i zapa­lił papie­rosa.

-?Poczemu tak głę­boko? -?zapy­tał.

-?Żeby się nie odko­pali. -?Ta odpo­wiedź też nie brzmiała jak żart.

Ukra­iniec ze zło­ścią rzu­cił nie­do­pa­lo­nego papie­rosa i z jękiem wró­cił do pracy. Długo nie wytrzy­mał w mil­cze­niu.

-?Poczemu Satyr? -?ode­zwał się. -?Czto eto Satyr?

Tym razem gospo­darz oparł się o trzo­nek szpa­dla.

-?Satyr to w mito­lo­gii grec­kiej czło­nek orszaku boga Dio­ni­zosa. Demon leśny, bóstwo płod­no­ści, istota nie­przy­ja­zna ludziom -?odparł. -?Górną część ciała miał ludzką, na gło­wie szpi­cza­ste uszy. Dolna część ciała była zwie­rzęca: krzywe, obro­śnięte futrem nogi, kozi ogon i wielki penis.

-?I ty jesteś do niego podobny? -?zakpił Mykoła.

-?W pew­nym sen­sie. Wystar­czy już.

Mykoła chwy­cił gospo­da­rza za ramię.

-?Co będziesz teraz robił, Satyr?

Satyr nagle znie­ru­cho­miał, jakby dotyk Mykoły spra­wił mu ból. Spoj­rzał na Ukra­ińca w taki spo­sób, że ten zabrał rękę i cof­nął się o krok. Wyraź­nie zmar­kot­niał.

-?O co ci cho­dzi? -?zapy­tał Satyr gło­sem wyzu­tym z wszel­kich uczuć.

-?Ty bol­szoj spe­cia­list -?odpo­wie­dział Mykoła. -?Jak się będę z tobą kon­tak­to­wać? Mój koman­dir na pewno będzie miał dla cie­bie rabotu. W tej branży zawsze tra­fiają się oszu­ści, jak ten Tinky Winky.

Gospo­darz pokrę­cił głową.

-?To było moje ostat­nie zle­ce­nie.

-?Mało ci zapła­ci­li­śmy?

-?Zapła­ci­li­ście bar­dzo dobrze, ale to już koniec.

-?Cho­ro­szo.

Dół miał już ponad metr głę­bo­ko­ści. Wró­cili do łazienki, gdzie leżały zwłoki. Krew prze­stała pły­nąć, ciało było jesz­cze wiot­kie. Na głowę i barki Jor­dana wcią­gnęli czarny worek na śmieci. Satyr okleił go taśmą samo­przy­lepną, żeby krew nie wypły­wała na zewnątrz. Razem prze­nie­śli ciało do budynku gospo­dar­czego, sta­nęli bokiem do wykopu, roz­huś­tali i wrzu­cili do środka.

-?No, to do roboty -?sap­nął Ukra­iniec, odwró­cił się i się­gnął po szpa­del wbity we wzgó­rek ziemi.

Zaczął zasy­py­wać ciało w dole. Gospo­darz nie ruszył się z miej­sca, więc Mykoła wypro­sto­wał się, odwró­cił i spoj­rzał w lufę pisto­letu. Nie zdą­żył się prze­stra­szyć. Powie­dział tylko zdzi­wiony:

-?No co ty?... -?Ale nie dokoń­czył.

-?Muszę posprzą­tać.

Satyr scho­wał pisto­let za pasek od spodni, pod­szedł do leżą­cego na wznak mar­twego Mykoły i trą­cił go butem. To wystar­czyło, żeby zwłoki zsu­nęły się z pry­zmy ziemi wprost do dołu, na leżą­cego tam już Jor­dana.

Pół godziny póź­niej ciała były zasy­pane. Satyr ubił zie­mię szpa­dlem, potem pocho­dził po niej, a resztę roz­rzu­cił równo po całej powierzchni pomiesz­cze­nia.

Nie musiał się spie­szyć. Był w tym domu ostatni raz. Przez minione dni usu­wał ślady swo­jego pobytu. Znał się na tym i wie­dział, że nie zostało ich wiele. Nawet gdyby tra­fiła tu poli­cja i coś zna­la­zła, mogła co naj­wy­żej powią­zać je z kil­koma zabój­stwami na tere­nie kraju, ale nie z nim kon­kret­nie. Był bar­dzo ostrożny. Nie figu­ro­wał w żad­nych poli­cyj­nych kar­to­te­kach.

Rozej­rzał się i po raz pierw­szy tego wie­czoru na jego twa­rzy poja­wił się praw­dziwy uśmiech. Nie skła­mał, kiedy powie­dział Mykole, że nie ma już wiele miejsc, w któ­rych można kopać. W ogro­dzie było jesz­cze kilka ano­ni­mo­wych gro­bów. Wszyst­kie ofiary dosko­nale pamię­tał.

Zaczął krą­żyć po pomiesz­cze­niu. Co dwa kroki jego buty zapa­dały się tro­chę głę­biej w miękką zie­mię. Dep­tał zako­pane zwłoki i czuł roz­koszne dresz­cze roz­cho­dzące się po ciele. Wresz­cie zatrzy­mał się na środku przy fila­rze pod­trzy­mu­ją­cym dach. Oddy­chał wolno, w pod­brzu­szu czuł mro­wie­nie, mię­śnie pod skórą napięły się, aż koszula zatrzesz­czała w szwach. Gdyby był wil­kiem, zawyłby, ogła­sza­jąc światu, że tu jest jego kró­le­stwo. Ale on był czymś wię­cej niż tylko dra­pież­ni­kiem.

Dra­pież­niki w natu­rze nie zabi­jają dla przy­jem­no­ści, tylko dla zaspo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb życio­wych. On był ludz­kim dra­pież­ni­kiem. Naj­groź­niej­szą bestią, jaka kie­dy­kol­wiek cho­dziła po ziemi. Superdra­pież­ni­kiem.

Był groź­niej­szy, ponie­waż posia­dał inte­li­gen­cję i mózg o nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach.

Zabi­jał dla przy­jem­no­ści zabi­ja­nia.

Zado­wo­lony wyszedł z budynku. Dokład­nie wytarł pode­szwy butów z ziemi, szmatę wrzu­cił do pla­sti­ko­wego worka, szpa­dle zaniósł do garażu. Do tego samego worka wło­żył jesz­cze trzy szklanki i opróż­nioną do połowy pół­to­ra­li­trową butelkę z wodą mine­ralną. Wyszedł na ulicę i worek umie­ścił w bagaż­niku auta sto­ją­cego na pod­jeź­dzie przed gara­żem. W bez­piecz­nym miej­scu się go pozbę­dzie.

Wró­cił jesz­cze do domu, spłu­kał ostat­nie ślady krwi w łazience, a potem zamknął sta­ran­nie drzwi. Pęk klu­czy scho­wał pod wycie­raczkę, wyjął tele­fon komór­kowy, napi­sał do wła­ści­ciela domu SMS, w któ­rym poin­for­mo­wał, że wypo­wiada umowę najmu ze skut­kiem natych­mia­sto­wym. Po krót­kim waha­niu dodał, że wyjeż­dża służ­bowo do Ame­ryki Połu­dnio­wej. Potem wyłą­czył apa­rat, wycią­gnął bate­rię i kartę SIM. Kartę poła­mał, wszyst­kie trzy ele­menty wrzu­cił do kana­li­za­cji przez kratkę odpły­wową na skraju drogi. Wresz­cie wsiadł do samo­chodu, odpa­lił sil­nik i wolno wyje­chał przez bramę na osie­dlową drogę. Po raz kolejny zosta­wiał za sobą część swo­jego życia. Bez żalu. Ile razy zaczy­nał od nowa? Już nie pamię­tał.

Jesz­cze tylko wizyta u tego poli­cjanta.

Rozdział 14

Pau­lina Czerny się­gnęła w bok, nama­cała sto­jący tam kubek i dopiła kawę.

Prze­glą­dała opa­sły tom doku­men­tów zgro­ma­dzo­nych w śledz­twie doty­czą­cym zagi­nię­cia dwu­dzie­sto­jed­no­let­niej dziew­czyny w oko­li­cach osie­dla Bro­chów. Teczkę dał jej Grab­ski. Z tego co jej zdą­żył opo­wie­dzieć, zanim wyszedł do sądu na roz­prawę, od pra­wie roku pro­ku­ra­tura nie miała poję­cia, co zro­bić z tą sprawą. Pro­wa­dziło ją kolejno trzech pro­ku­ra­to­rów, bez szcze­gól­nych rezul­ta­tów. Ostat­nim był dosko­nale Pau­li­nie znany pro­ku­ra­tor Dariusz Wysocki. Odkąd prze­jął sprawę, postę­po­wa­nie nie posu­nęło się ani o krok. Naczel­nik pro­ku­ra­tury rejo­no­wej mógłby pod­pi­sać kolejny wnio­sek o prze­dłu­że­nie śledz­twa na kolejne trzy mie­siące, nie inte­re­su­jąc się tym, co pod­pi­suje. Ale musiał się zain­te­re­so­wać.

Sprawa zagi­nię­cia Anny Kowal nagle stała się gło­śna na cały kraj dzięki jed­nemu z dzien­ni­ka­rzy śled­czych, Krzysz­to­fowi Sali­trze. Kilka mie­sięcy temu zgło­sili się do niego zroz­pa­czeni rodzice i od tego momentu pro­ku­ra­tura i poli­cja zaczęły mieć kło­poty. Redak­tor Sali­tra prze­pro­wa­dził wła­sne śledz­two i udo­wod­nił sze­reg nie­pra­wi­dło­wo­ści w postę­po­wa­niu poli­cji, kilka głu­pich błę­dów i zanie­chań. Napi­sał parę arty­ku­łów do lokal­nej prasy, a jeden z nich uka­zał się nawet na pierw­szej stro­nie w ogól­no­pol­skim wyda­niu "Gazety Wybor­czej". Pau­lina wła­śnie go prze­czy­tała i była pełna podziwu dla dzien­ni­ka­rza. Sama by się pod­pi­sała pod więk­szo­ścią jego uwag. Facet byłby nie­złym śled­czym w wydziale kry­mi­nal­nym.

Potem Sali­tra wystą­pił jesz­cze w pro­gra­mie Uwaga w TVN24 i dopiero wtedy zro­bił się praw­dziwy szum. Naczel­nik pro­ku­ra­tury rejo­no­wej prze­dłu­żył postę­po­wa­nie na trzy mie­siące, ale zażą­dał od Wysoc­kiego akt sprawy do wglądu. Akta w tajem­nicy tra­fiły do pro­ku­ra­tora Marka Grab­skiego, który dostał pole­ce­nie prze­pro­wa­dze­nia nie­za­leż­nego postę­po­wa­nia, zwłasz­cza spraw­dze­nia pra­wi­dło­wo­ści dzia­łań Wysoc­kiego.

Dla­tego doku­menty zna­la­zły się na biurku Pau­liny Czerny. Grab­ski dosko­nale wie­dział, jakie sto­sunki łączą Pau­linę i Wysoc­kiego. Domy­ślał się też, że Wysocki będzie chciał się na niej zemścić po tym, jak szan­ta­żem zmu­siła go do zosta­wie­nia w spo­koju komi­sa­rza Mar­cina Zakrzew­skiego.

Pau­lina po prze­czy­ta­niu akt posta­no­wiła natych­miast wdro­żyć w życie dzia­ła­nia wyprze­dza­jące. Była zdana na sie­bie. Nie mogła wta­jem­ni­czyć nikogo z poli­cji. Po chwili namy­słu zde­cy­do­wała się zapro­po­no­wać współ­pracę jedy­nej oso­bie, któ­rej mogła zaufać.

W Inter­ne­cie zna­la­zła numer tele­fonu do redak­cji "Gazety Wro­cław­skiej". W sekre­ta­ria­cie usta­liła bez­po­średni numer do redak­tora Krzysz­tofa Sali­try. Zadzwo­niła od razu.

Krzysz­tof był na obie­dzie u rodzi­ców. Wła­śnie sie­dział obje­dzony w fotelu i wpa­dał w bło­go­stan. Nie chciało mu się ruszać, przy­mknął oczy i jego myśli odpły­wały w inną, o wiele przy­jem­niej­szą rze­czy­wi­stość. Głos w słu­chawce spra­wił, że w mgnie­niu oka wró­cił do realu.

Pół godziny póź­niej wsiadł do samo­chodu, włą­czył się do ruchu na Powstań­ców Ślą­skich przy parku Połu­dnio­wym i jechał wolno w sznu­rze aut w kie­runku cen­trum. Na wyso­ko­ści hotelu Wro­cław skrę­cił w Swo­bodną. Zgod­nie ze wska­zów­kami, które otrzy­mał przez tele­fon, zapar­ko­wał obok mar­ketu EPI, na naj­bar­dziej odda­lo­nym od budynku miej­scu par­kin­go­wym. Cze­kał, nie wyłą­cza­jąc sil­nika. Auto stało na słońcu, na zewnątrz tem­pe­ra­tura prze­kra­czała trzy­dzie­ści stopni. Wyłą­cze­nie kli­ma­ty­za­cji w tych warun­kach było jed­no­znaczne z samo­bój­stwem.

Ktoś zastu­kał w szybę od strony pasa­żera. Sali­tra odblo­ko­wał drzwi i z zain­te­re­so­wa­niem spoj­rzał na komi­sarz Pau­linę Czerny.

-?Cie­szę się, że zna­la­złeś w sobotę czas, żeby się ze mną spo­tkać - powie­działa.

-?Cie­ka­wość nie pozwo­li­łaby mi odmó­wić. -?Krzy­siek wzru­szył ramio­nami. - Słynna komi­sarz Pau­lina Czerny chce się spo­tkać z dzien­ni­ka­rzem piszą­cym kry­tycz­nie o dzia­ła­niach pro­ku­ra­tury i poli­cji. Do tego na neu­tral­nym grun­cie. Umie­ram z zacie­ka­wie­nia.

Pau­lina obrzu­ciła go badaw­czym spoj­rze­niem, jakby chciała się upew­nić, czy może mu zaufać.

-?Czy­ta­łam twoje arty­kuły na temat zagi­nię­cia Anny Kowal i muszę przy­znać, że w więk­szo­ści zga­dzam się z twoją opi­nią. Pro­ku­ra­tura i poli­cja dały dupy na całej linii. Poszu­ki­wa­nia pro­wa­dzone były nie­sta­ran­nie i bez nale­ży­tej koor­dy­na­cji. Śled­czy i pro­ku­ra­to­rzy zbyt czę­sto się zmie­niali, nie potrak­to­wali sprawy poważ­nie od samego początku i dla­tego nie­które wątki nie zostały spraw­dzone.

-?I co w związku z tym, pani komi­sarz? -?zapy­tał Sali­tra z iro­nicz­nym uśmie­chem. -?Chcesz mnie uci­szyć?

-?Coś w tym stylu.

Dzien­ni­karz zamilkł na moment z tym samym uśmie­chem, który zaraz zmie­nił się w zło­śliwy gry­mas.

-?Zastra­szysz mnie? -?ode­zwał się. -?Wycią­gniesz na mnie jakieś kom­pro­mi­tu­jące kwity?

-?By­naj­mniej -?odpo­wie­działa. -?Chcia­ła­bym ci zapro­po­no­wać umowę.

Widząc unie­sione ze zdzi­wie­nia brwi Sali­try, Pau­lina kon­ty­nu­owała:

-?Tydzień temu w I Wydziale Śled­czym Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej we Wro­cła­wiu doszło do drob­nej awan­tury. Pro­ku­ra­tor Wysocki, który nad­zo­ro­wał sprawę zagi­nię­cia Anny Kowal, zwró­cił się do naczel­nika z kolej­nym wnio­skiem o prze­dłu­że­nie śledz­twa. Naczel­nik pod­pi­sał wnio­sek, ale dokład­nie zapo­znał się z aktami. Ty byłeś przy­czyną tego zain­te­re­so­wa­nia. Nagło­śni­łeś zagi­nię­cie dziew­czyny w mediach lokal­nych i ogól­no­pol­skich, a że pro­ku­ra­tura nie ma ostat­nio dobrej prasy, naczel­nik posta­no­wił w tajem­nicy prze­pro­wa­dzić audyt śledz­twa i dzia­łań pro­ku­ra­to­rów. Koniec koń­ców, sprawa tra­fiła do pro­ku­ra­tora Grab­skiego.

-?Pro­ku­ra­tor Grab­ski. -?Sali­tra wzru­szył ramio­nami. -?To ma jakieś zna­cze­nie?

-?Spore. Jeśli ktoś ma roz­wią­zać tę sprawę, to tylko Grab­ski.

-?Tro­chę wąt­pię.

-?Grab­ski zle­cił mi czyn­no­ści ope­ra­cyjne.

Sali­tra pocze­kał, aż do samo­chodu obok wsią­dzie mał­żeń­stwo z dwójką wrzesz­czą­cych dzieci.

-?I to ma mnie uspo­koić? -?mruk­nął, kiedy w pobli­skim aucie zatrza­snęły się wszyst­kie drzwi.

-?Nie. Chcę ci zapro­po­no­wać umowę. -?Pau­lina wycią­gnęła z torebki zło­żoną na pół szarą kopertę i podała Sali­trze. Ten spoj­rzał na nią podejrz­li­wie.

-?To notatka spo­rzą­dzona przez pierw­szego pro­ku­ra­tora, który się tym zaj­mo­wał. Zna­jomi Anny Kowal wspo­mnieli, że kilka tygo­dni przed zagi­nię­ciem poznała w jed­nym z barów w oko­li­cach Rynku dużo star­szego od sie­bie męż­czy­znę.

-?Wiem, poli­cja ni­gdy nie usta­liła jego toż­sa­mo­ści. Mnie też się nie udało. Anna nikomu go nie przed­sta­wiła, raz tylko pochwa­liła się kole­żance. Mówiła, że jest dużo star­szy i że boi się powie­dzieć o nim rodzi­com. Przed zna­jo­mymi chyba też się wsty­dziła. Moż­liwe, że spo­ty­kała się z nim do dnia zagi­nię­cia. Ale nie wyklu­czam też, że gość nie ist­niał, a kole­żanka kon­fa­bu­lo­wała.

-?Facet ist­nieje -?oznaj­miła Pau­lina. -?Poli­cja zna­la­zła go pra­wie od razu, tylko śled­czy i pro­ku­ra­tor uznali, że nie ma związku z zagi­nię­ciem, i zajęli się czymś innym. Nazywa się Rafał Derec, ma trzy­dzie­ści sześć lat, pra­cuje w komen­dzie woje­wódz­kiej poli­cji. Ma żonę i dwójkę dzieci.

-?Jasna cho­lera! -?Dzien­ni­karz szybko otwo­rzył kopertę i prze­biegł wzro­kiem ksero notatki.

-?Wygląda cie­ka­wie?

Teraz Krzy­siek był naprawdę zain­te­re­so­wany.

-?O jakiej umo­wie mówisz?

-?Potrze­bu­jemy tro­chę czasu, żeby bez zbyt­niego roz­głosu i nagonki w mediach zapo­znać się z tema­tem i prze­świe­tlić tego Rafała Dereca.

-?A co ja będę z tego miał?

Komi­sarz kon­ty­nu­owała, jakby nie dosły­szała pyta­nia.

-?Zna­czący jest jeden fakt. Ta notatka o pod­ko­mi­sa­rzu Derecu znik­nęła z akt, kiedy sprawę prze­jął pro­ku­ra­tor Dariusz Wysocki. Wiemy o niej tylko dla­tego, że poprzed­nik Wysoc­kiego był nie­zwy­kle skru­pu­lat­nym czło­wie­kiem i lubił kse­ro­wać. Na pierw­szy rzut oka nie ma żad­nego powią­za­nia pomię­dzy Dere­cem a Wysoc­kim, ale może nie znamy prawdy. Tak się dziw­nie składa, że pod­ko­mi­sarz pra­cuje w wydziale do walki z prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. Może on i Wysocki mają kon­takty z kole­siami z mia­sta albo w poli­cji działa grupa inte­resu, która chroni sobie wza­jem­nie tyłki i tuszuje ciemne sprawki? Posłu­chaj, redak­to­rze. Jeśli tylko potwier­dzi się któ­raś z wer­sji, będę twoim oso­bo­wym źró­dłem infor­ma­cji z pierw­szej linii docho­dze­nia. Będziesz miał mate­riał życia. Napi­szesz tek­sty do czo­ło­wych dzien­ni­ków w kraju. Zro­bisz z tego naj­więk­szą aferę w poli­cji od czasu Olew­nika. I jesz­cze jedna ważna sprawa. Zagwa­ran­tu­jesz, że ewen­tu­alne nad­uży­cia zostaną nagło­śnione w mediach, gdyby ktoś chciał po cichu ukrę­cić spra­wie łeb. No i będziesz zabez­pie­cze­niem, na wypa­dek gdyby mnie albo Grab­skiemu coś się stało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

34 lata wcześniej

Ból nagle znika. Cudowne orgia­styczne uczu­cie cie­pła roz­lewa się po zdrę­twia­łych, skur­czo­nych mię­śniach.

Nagle sły­szy głosy. Pod przy­mknię­tymi powie­kami widzi prze­śliczne mia­sto, które mieni się w słońcu wszyst­kimi kolo­rami tęczy i zło­tem. W mie­ście bawią się dzieci. Roze­śmiane twa­rze, szczę­ście w oczach, rado­sne okrzyki, ubra­nia lśniące czy­sto­ścią w sło­necz­nym bla­sku.

Naraz go zauwa­żają. Dziew­czynki i chłopcy w jego wieku stają na skraju mia­sta i wołają:

-?Chodź do nas!

-?Baw się z nami!

-?Jak masz na imię?

Nie pamięta, kim jest. Nie pamięta, gdzie jest. Nic go to nie obcho­dzi.

Zaczyna biec, ale nogi grzę­zną w wyso­kiej tra­wie pora­sta­ją­cej rów­ninę. Zostało jesz­cze tylko kil­ka­dzie­siąt metrów. Bie­gnie, lecz zamiast się zbli­żać, oddala się od mia­sta. Chce krzyk­nąć, żeby pocze­kali, ale już go nie sły­szą. Dzieci roz­cho­dzą się zawie­dzione.

Złote mia­sto się oddala, bled­nie, po chwili ginie w bia­łej mgle.

Nie ma już nic. Tylko ta mgła.

Mózg powoli prze­staje funk­cjo­no­wać.

To pierw­sza faza ago­nii.

Jak w pozba­wio­nej zasi­la­nia maszy­nie wyłą­czają się kolejne obwody: pamięć, myśle­nie, ból, uczu­cia, strach. Kiedy jed­nak uświa­da­mia sobie, że za chwilę umrze, szar­pie się roz­pacz­li­wie ostatni raz.

Ostat­nia próba ratunku. Szanse bli­skie zera.

W ułamku sekundy, w pro­ce­du­rze ni­gdy jesz­cze nie­uży­wa­nej, lecz zako­do­wa­nej w genach, two­rzą się dzie­siątki milio­nów nowych połą­czeń neu­ro­nów. W tej samej chwili w ukła­dzie zaczyna krą­żyć prąd. Budzi się naj­bar­dziej pier­wotny instynkt prze­trwa­nia, sys­tem bez­pie­czeń­stwa prze­jęty po pra­przod­kach, któ­rzy musieli bro­nić się przed dziką i bez­względną przy­rodą pra­świata. Instynkt budzący się w chwili, kiedy wszystko inne ginie, kiedy wyłą­cza się myśle­nie i świa­do­mość.

Naj­pierw poru­szają się palce. Powoli, wytrwale, jed­no­staj­nymi ruchami przy­po­mi­na­ją­cymi przed­śmiertne drgawki robią dla dłoni małą niszę w mięk­kiej ziemi. Zaraz jed­nak zie­mia się zapada i palce nie­ru­cho­mieją.

To nic. Ten eks­pe­ry­ment pozwala nowej sile zarzą­dza­ją­cej cia­łem opa­no­wać sytu­ację. Sta­bi­li­zuje się tętno, serce zaczyna ude­rzać mia­rowo, oddech staje się głęb­szy.

Poja­wia się nowy pro­blem. Zaczyna bra­ko­wać tlenu. Głęb­szy oddech wciąga do gar­dła i płuc dro­binki ziemi i grozi udu­sze­niem w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu sekund. Obie dło­nie zaczy­nają roz­pacz­li­wie roz­gar­niać zie­mię. Na szczę­ście ciało jest przy­sy­pane cienką war­stwą czar­nej gleby i już po kilku sekun­dach nad­ludz­kiego wysiłku dło­nie wydo­stają się na powierzch­nię.

Twarz! Trzeba odsło­nić twarz!

Zie­mia się obsy­puje, sze­rzej roz­wie­rają się usta zale­pione krwią i płuca łap­czy­wie chwy­tają hau­sty rześ­kiego powie­trza wrze­śnio­wej nocy. Na moment siły wra­cają. Ręce zrzu­cają kamie­nie leżące na pier­siach i pod­brzu­szu, ciało wydo­staje się z płyt­kiego grobu, prze­wraca się na brzuch i odpełza dwa metry w bok, na trawę. Tu zastyga w bez­ru­chu. Płuca i krtań oczysz­czają się z ziemi w gwał­tow­nym ataku kaszlu, żołą­dek w nagłym skur­czu pozbywa się żółci powsta­łej w chwili ago­nii.

Dalej! To jesz­cze nie koniec.

Popy­chane przez ślepy instynkt prze­trwa­nia ciało prze­suwa się wytrwale, cen­ty­metr po cen­ty­metrze, przez ciem­ność w kie­runku świa­tła. Jak wielki, czarny, ośli­zgły robal, który wypełza spod ziemi tylko pod osłoną nocy.

Nagle trawa się koń­czy i ludzki robak oble­piony czarną zie­mią i krwią tra­fia na bru­ko­waną ścieżkę. Tutaj zamiera na dłu­żej.

Gdyby to wido­wi­sko obser­wo­wał ktoś z boku, mógłby nabrać podej­rzeń, że ludzki czerw jest już mar­twy. Jed­nak w tam­tym cza­sie i miej­scu nie było nikogo. Obser­wa­to­rem dra­ma­tycz­nej walki dziecka o życie mógł być co naj­wy­żej Bóg.

Albo Dia­beł.

Oka­le­czony mózg budzi się z chwi­lo­wego letargu i znowu daje sygnał do walki. Ciało drga i mozol­nie zbliża się do uchy­lo­nej bramy, w stronę nikłej poświaty, która dociera w to miej­sce z odda­lo­nej o kil­ka­dzie­siąt metrów ulicz­nej latarni.

Nie­spo­dzie­wa­nie na wysy­pa­nej żwi­rem dro­dze sły­chać kroki. Zbli­żają się szybko i pew­nie.

Mózg reje­struje dźwięk i pró­buje wezwać pomoc. Stłu­czone, spuch­nięte wargi poru­szają się w nie­mym woła­niu o ratu­nek, lecz ciszy nocy nie zakłóca żaden dźwięk. Sły­chać tylko te kroki.

Coraz bli­żej i bli­żej.

A jeśli wcale nie ozna­czają oca­le­nia? Jeśli teraz nastąpi dal­szy ciąg kaźni?

Ta pod­pro­gowa myśl prze­myka przez wszyst­kie komórki kory mózgo­wej i spra­wia, że w jed­nej chwili wszystko gaśnie i zapada ciem­ność.

Praw­dziwa ciem­ność pełna bło­giej ciszy i nie­ist­nie­nia.

Początek

Koniec czerwca 2015

Film miał mieć co naj­mniej dzie­sięć milio­nów wyświe­tleń.

Apacz wybrał miej­sce, zor­ga­ni­zo­wał prze­bra­nia, sto­jaki i oświe­tle­nie. Poży­czył od kogoś pro­fe­sjo­nalną kamerę umoż­li­wia­jącą nocne zdję­cia dobrej jako­ści.

Swoim opty­mi­zmem zara­ził resztę.

W pierw­szy week­end lata, w cie­płą i gwiaź­dzi­stą noc dwa samo­chody oso­bowe wyje­chały z Wro­cła­wia drogą w kie­runku Smolca. Przed osie­dlem dom­ków jed­no­ro­dzin­nych skrę­ciły z ulicy Żwirki i Wigury w prawo i wąską asfal­tową drogą poje­chały wzdłuż wyso­kiego ogro­dze­nia, za któ­rym roz­cią­gały się tereny nale­żące do jed­nostki woj­sko­wej przy lot­ni­sku na Stra­cho­wi­cach, w kie­runku Krzep­towa i dalej.

Ruch był nie­wielki, jechali szybko, pod­nie­ceni i roz­ba­wieni. Lekki nie­po­kój zabi­jali gło­śnym śmie­chem, żar­tami i dużą ilo­ścią piwa.

Droga wio­dła przez most na Bystrzycy i ginęła w gęstym lesie. Mimo księ­ży­co­wej, dość jasnej nocy świa­tła samo­cho­dów z tru­dem prze­bi­jały się przez mrok. Rosnące po obu stro­nach wiel­kie drzewa z roz­ło­ży­stymi kona­rami sty­ka­ją­cymi się w górze two­rzyły tunel pogrą­żony w abso­lut­nych ciem­no­ściach. Nad drogą prze­le­wały się fale bia­łej mgły pod­no­szą­cej się z pod­mo­kłych tere­nów Parku Kra­jo­bra­zo­wego Doliny Bystrzycy.

-?Niech to cho­lera weź­mie! -?zaklął Mate­usz Jastrzęb­ski pro­wa­dzący pierw­sze auto i wci­snął odro­binę zbyt mocno pedał hamulca. -?Nic nie widać...

Nagle z tyłu dobiegł ich ostry pisk opon hamu­ją­cego za nim auta.

Sie­dzący na przed­nim sie­dze­niu obok kie­rowcy Oskar Ber­ton, zwany Apa­czem, obej­rzał się zanie­po­ko­jony i pokrę­cił głową.

-?No, teraz poje­cha­łeś -?rzu­cił.

Mate­usz popa­trzył we wsteczne lusterko i non­sza­lancko wzru­szył ramio­nami.

-?Niech uważa, jak jedzie.

Nie dał po sobie poznać, że przez chwilę zro­biło mu się gorąco. Ojciec by mu nie wyba­czył nawet naj­drob­niej­szej ryski na toy­ocie. Tym bar­dziej że był w dele­ga­cji za gra­nicą i nie wie­dział, że jego nasto­letni syn jeź­dzi autem bez pozwo­le­nia. Jadący z tyłu nową hondą civic Tymon Jagla też pew­nie nie miałby pomy­słu, jak wytłu­ma­czyć sta­rym, co robił o pół­nocy kil­ka­na­ście kilo­me­trów za mia­stem i jak doszło do wypadku.

Mate­usz wyjął z rąk Apa­cza piwo w puszce i pocią­gnął dwa duże łyki dla kurażu.

-?Daleko jesz­cze? -?zapy­tał znie­cier­pli­wiony.

Mgła zgęst­niała. Przed maską samo­chodu kotło­wały się białe tumany, w któ­rych ginęło świa­tło reflek­to­rów.

-?Za następ­nym zakrę­tem -?odrzekł uspo­ka­ja­jąco Apacz.

Rze­czy­wi­ście kil­ka­set metrów dalej las gwał­tow­nie się koń­czył. Mgła się prze­rze­dziła, widać było szosę pro­wa­dzącą przez pola pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem. Doje­chali do skrzy­żo­wa­nia. Droga w lewo pro­wa­dziła do Kątów Wro­cław­skich, a w prawo do odda­lo­nej o pół­tora kilo­me­tra miej­sco­wo­ści, któ­rej nazwy nie można było odczy­tać z zama­lo­wa­nej sprayem tablicy. Skrę­cili w prawo i chwilę póź­niej Apacz kazał Mate­uszowi znowu skrę­cić w szu­trową drogę pełną wybo­jów i kolein. Po prze­je­cha­niu kil­ku­na­stu metrów zna­leźli się w lesie. W świe­tle księ­życa dosko­nale widać było białe pnie brzóz, poły­sku­jące zza krze­wów pora­sta­ją­cych gęsto pobo­cze. Po kolej­nych kil­ku­set metrach las się koń­czył. Po pra­wej stro­nie roz­cią­gały się pola uprawne, a w lewo odcho­dziła zaro­śnięta wysoką trawą polna droga pro­wa­dząca do cmen­tar­nej bramy.

Apacz wybrał dosko­nałe miej­sce. Pierw­sze domo­stwa znaj­do­wały się kil­ka­set metrów dalej. Nikt o tej porze nie mógł im prze­szko­dzić.

Zapar­ko­wali i wysie­dli z samo­cho­dów. Odwaga nakrę­cana do tej chwili przez mło­dzień­czą bra­wurę i alko­hol gdzieś ule­ciała.

-?Co jest? -?Apacz spoj­rzał na kole­gów z kpią­cym uśmie­chem na ustach. - Strach was oble­ciał?

Zwią­zał dłu­gie włosy i nacią­gnął maskę na twarz. Ruszył przed sie­bie, prze­ci­snął się przez szparę w zardze­wia­łym ogro­dze­niu i zna­lazł się na cmen­ta­rzu. Przez chwilę szar­pał bramę, wyda­jąc z sie­bie potę­pień­cze jęki, jakby był nie­bosz­czy­kiem despe­racko pró­bu­ją­cym wydo­stać się na zewnątrz. Ten pokaz wywo­łał u reszty mimo­wolne salwy śmie­chu. Apacz, podob­nie jak pozo­stali chłopcy, ubrany był w obci­sły czarny kostium, na któ­rym białą fos­fo­ry­zu­jącą farbą nadru­ko­wano ludzki szkie­let. W ciem­no­ściach odzna­czały się tylko jasne wzory kości.

-?Muszę w krzaki -?powie­dział nagle Michał Rud­nik.

Jagoda Chmiel­nik prych­nęła pogar­dli­wie.

-?Kwasu, może ty masz jakiś pro­blem z pęche­rzem? -?zadrwiła.

Miała dłu­gie, pra­wie białe włosy i ucho­dziła za kla­sową pięk­ność. Nie na darmo nazy­wano ją Daene­rys -?była bar­dzo podobna do kró­lo­wej Daene­rys Tar­ga­ryen z Gry o tron. Prze­brała się zresztą odpo­wied­nio. Nosiła spły­wa­jącą do ziemi jasną suk­nię, na ramiona zarzu­ciła czer­wony szal, białe włosy spięła z tyłu w koń­ski ogon. Czu­bek jej głowy zdo­biła korona wycięta z kar­tonu i okle­joną złotą folią.

Kwasu popa­trzył na nią z wyż­szo­ścią.

-?Po pro­stu wypi­łem naj­wię­cej. -?Wzru­szył ramio­nami i skrę­cił w stronę czer­nie­ją­cych z boku krze­wów.

Pozo­stali chłopcy sko­rzy­stali z oka­zji i bez słowa poszli w jego ślady.

Dziew­czyny zostały w miej­scu.

-?Jak dzieci -?powie­działa Fiolka, czyli Ania Wiśniew­ska.

Była prze­brana za biskupa. Miała na sobie pozła­caną tunikę imi­tu­jącą szaty litur­giczne, na gło­wie srebrną infułę, a w ręku trzy­mała wła­sno­ręcz­nie zro­biony pasto­rał zakoń­czony efek­towną spi­ralą. Nie mogła pochwa­lić się talen­tem pla­stycz­nym, ale spi­rala wyszła jej dosko­nale.

-?Cóż, przy­naj­mniej można zapa­lić -?wes­tchnęła Domi­nika Skru­cha. Zawsze miała przy sobie co naj­mniej dwie paczki cien­kich men­to­lo­wych papie­ro­sów. Z racji nazwi­ska od wcze­snej pod­sta­wówki nosiła ksywę Sku­cha -?wszy­scy, łącz­nie z nauczy­cie­lami, noto­rycz­nie prze­krę­cali jej nazwi­sko. Domi­nika prze­brała się za ryce­rza. Jej piersi okry­wała pla­sti­kowa zbroja z her­bem Śle­pow­ron, na plecy zarzu­ciła pele­rynę, a do sze­ro­kiego woj­sko­wego pasa przy­mo­co­wała miecz. Na gło­wie miała hełm. Przy­łbica cią­gle opa­dała jej na oczy i Domi­nika musiała ją popra­wiać.

Ostat­nią dziew­czyną była Wero­nika Kaczuk, wysoka, ciem­no­włosa, o zadzior­nym spoj­rze­niu. Prze­brana w czarny habit mniszki wyglą­dała bar­dziej na postać z hor­roru klasy B niż na sio­strę zakonną.

Zanim zdą­żyły się porząd­nie zacią­gnąć dymem, wró­cili chłopcy. Wszy­scy nacią­gnęli już maski i nie mogły ich roz­po­znać.

-?Sio­stry, rzuć­cie to świń­stwo! -?wykrzyk­nął pierw­szy szkie­let gło­sem Apa­cza. -?Mam coś o wiele lep­szego...

Pogrze­bał chwilę w tyl­nych kie­sze­niach spodni, wycią­gnął kar­to­nowe pudełko po papie­ro­sach i trium­fal­nie poka­zał wszyst­kim zawar­tość.

-?Świeży towar -?ode­zwał się Tymon Jagla. Miał ksywę Don Pedro. -?Ty zawsze masz genialne pomy­sły, Apacz.

-?Prze­stań­cie! Mamy krę­cić film, a wy się naja­ra­cie i nic z tego nie będzie -?mruk­nęła Domi­nika.

-?Prze­stań, Sku­cha, będzie lep­sza zabawa. -?Apacz puścił dwa skręty w obieg.

Palili w mil­cze­niu.

-?Nie­złe zioło -?szep­nął Kwasu.

Dziew­czyny śmiały się głup­ko­wato. Mate­usz Jastrzęb­ski nagle zaczął pod­ska­ki­wać, jakby stał bosymi sto­pami na gorą­cym żela­zie. Powta­rzał bez prze­rwy:

-?Czu­je­cie to? Czu­je­cie? Czu­je­cie wibra­cje?

Daene­rys co chwilę trą­cała rycer­ski hełm Domi­niki. Przy­łbica raz po raz opa­dała z trza­skiem, ale Domi­nika się nie dener­wo­wała, tylko cier­pli­wie ją pod­no­siła, zano­sząc się śmie­chem.

W pew­nej chwili Apacz kla­snął w dło­nie.

-?Dość zabawy! Prze­cież mamy nakrę­cić film -?przy­po­mniał.

Jak na komendę rzu­cili się do bagaż­ni­ków i zaczęli wycią­gać oświe­tle­nie, prze­wody do aku­mu­la­to­rów, kamerę i sta­tywy.

Jan Kamiń­ski wra­cał do domu rowe­rem. Było już dobrze po pół­nocy. W lesie za mostem na Bystrzycy zale­gała biała jak mleko, wil­gotna, zimna mgła. Czuł, jak lodo­wate dro­binki osia­dają mu na twa­rzy, jego rzad­kie siwe włosy zro­biły się zupeł­nie mokre. Na szczę­ście grzała go jesz­cze wódka, którą wypił z kolegą. Dużo wódki. Tak dużo, że na początku nie mógł wsiąść na rower i zła­pać rów­no­wagi. Skoń­czyło się na upadku na asfalt i stłu­czo­nym bole­śnie kola­nie.

-?Szlag by tra­fił, cho­lerne kolano -?mru­czał pod nosem.

Oczy mu się tro­chę kle­iły, kiedy wyje­chał wresz­cie z lasu. Chciał skrę­cić w prawo do wio­ski i wtedy wywró­cił się ponow­nie. Koła pośli­zgnęły się na cien­kiej war­stwie pia­sku przy­kry­wa­ją­cego asfalt na pobo­czu jezdni. Był na tyle pijany, że nie zdą­żył pra­wi­dłowo zare­ago­wać.

Klnąc, pozbie­rał się z ziemi, ale jechać dalej już nie mógł. Kolano bolało okrop­nie. Posta­no­wił pójść pie­chotą. Do wio­ski nie było daleko. Nie bar­dzo pamię­tał, jak prze­szedł kil­ka­set metrów, pro­wa­dząc rower. Minęło go auto i wtedy tro­chę otrzeź­wiał. Zauwa­żył, że znaj­duje się na wyso­ko­ści polnej drogi odcho­dzą­cej w prawo. Nie zasta­na­wia­jąc się długo, skrę­cił. Tędy miał bli­żej do domu, choć nie cho­dził tu po zmroku. Przy dro­dze znaj­do­wał się stary cmen­tarz, ludzie różne rze­czy gadali. Teraz jed­nak Kamiń­ski był na tyle otu­ma­niony wódką, że nawet o tym nie pomy­ślał.

Prze­szedł już spory kawa­łek drogi, gdy nagle przy­sta­nął zanie­po­ko­jony. Od strony cmen­ta­rza, od któ­rego oddzie­lał go teraz tylko wąski skra­wek brzo­zo­wego lasu, docho­dziły śmie­chy i pokrzy­ki­wa­nia. Mię­dzy drze­wami migo­tały świa­tła, a kiedy przyj­rzał się uważ­niej, dostrzegł kilka postaci tań­czą­cych mię­dzy nagrob­kami.

-?Co do dia­bła? -?mruk­nął do sie­bie na głos i się prze­że­gnał.

Nawet się nie prze­stra­szył, alko­hol dziw­nie doda­wał mu odwagi. Ruszył dalej, ale już po kilku kro­kach gwał­tow­nie się zatrzy­mał.

Na skraju drogi doj­rzał zarys ciem­nej syl­wetki. Kamiń­ski gło­śno prze­łknął ślinę i zawo­łał drżą­cym gło­sem:

-?Kto tam jest?!

Postać odwró­ciła się wolno i wtedy pod Janem ugięły się nogi z prze­ra­że­nia. Pra­wie upu­ścił rower.

Przed nim stał kościo­trup. Wyraź­nie rysu­jąca się w ciem­no­ściach czaszka z pustymi oczo­do­łami i rów­nymi rzę­dami zębów spra­wiała wra­że­nie, jakby szkie­let się uśmie­chał. Jan po chwili zaczął myśleć logicz­niej. Cho­dzące nocą po polnych dro­gach szkie­lety nie ist­nieją. Domy­ślił się, że ktoś sto­jący nie­opo­dal jest prze­brany.

-?Co tu robisz? -?powtó­rzył o wiele pew­niej­szym gło­sem.

Postać zbli­żyła się do niego zaska­ku­jąco szybko. Teraz w świe­tle księ­życa Kamiń­ski widział błysk oczu w zie­ją­cych czer­nią oczo­do­łach.

-?Przy­sze­dłem na bal -?ode­zwał się nie­zna­jomy.

To był szept czło­wieka ogar­nię­tego sza­leń­stwem i przez to prze­cho­dzący w chra­pliwy syk. Takie przy­naj­mniej wra­że­nie odniósł Kamiń­ski.

-?Jaki bal? -?zdo­łał wyszep­tać, czu­jąc nie­zno­śną suchość w ustach.

-?Na cmen­ta­rzu jest dzi­siaj bal. Nie wie­dzia­łeś? -?Prze­bie­ra­niec nachy­lił się jesz­cze bar­dziej. -?Praw­dziwy Taniec Śmierci. Sza­lony Toten­tanz. Zabawa do bia­łego rana!

-?Kim, do cho­lery, jesteś?

-?Nie widzisz? Kościo­tru­pem. Już dawno jestem mar­twy. Ty też będziesz. To nic strasz­nego.

-?Co ty...

Nie­zna­jomy mu prze­rwał.

-?Nie­stety, nie mogę cię zapro­sić na bal -?powie­dział jakby z żalem. - Brak miejsc.

Nagle Kamiń­ski poczuł pie­kący ból, jak gdyby ktoś przy­ło­żył mu do brzu­cha roz­pa­lone do bia­ło­ści żelazo. Zdzi­wiony spoj­rzał w dół i dopiero po pew­nej chwili zro­zu­miał, co się stało. Nie­zna­jomy wbił mu w brzuch nóż. Po koszuli szybko roz­le­wała się czarna plama. Kamiń­ski wie­dział, że to jego krew. W panice pró­bo­wał się­gnąć rękami do noża, ale tam­ten zdą­żył zadać serię cio­sów, kale­cząc mu przy tym palce i nad­garstki. Rower wpadł z brzę­kiem do przy­droż­nego rowu, Kamiń­skiemu nagle zmie­niła się per­spek­tywa widze­nia -?miał przed oczami tylko zie­mię i stopy napast­nika. Stopy szybko się odda­liły.

-?Czas na Toten­tanz -?usły­szał jesz­cze.

Robiło się coraz zim­niej i ciem­niej. Świat odda­lał się nie­ubła­ga­nie.

Kamera włą­czona! Cztery ledowe lampy oświe­tlały śro­dek cmen­ta­rza, gdzie zaczęło się wido­wi­sko.

Przez cmen­tarz mię­dzy nagrob­kami sunął prze­dziwny pochód. Cztery pary podą­żały jedna za drugą w poza­gro­bo­wym polo­ne­zie. Pierw­szy kościo­trup pro­wa­dził za rękę biskupa, kolejny wiódł na zatra­ce­nie kró­lową, następny cią­gnął ryce­rza. W ostat­niej parze pod rękę ze szkie­le­tem szła mniszka w czar­nym habi­cie.

Całe przed­sta­wie­nie być może odby­łoby się w atmos­fe­rze śmier­tel­nej powagi, ale samo­zwań­czy arty­ści nie prze­wi­dzieli kilku szcze­gó­łów. Nikt nie pomy­ślał, że ścieżki mię­dzy nagrob­kami będą bar­dzo wąskie, do tego poro­śnięte trawą i cmen­tarną roślin­no­ścią. Poza tym stare nagrobki się zapa­dły, inne roz­pły­nęły się i znik­nęły pod war­stwą trawy. Przy sła­bej widocz­no­ści trudno było prze­wi­dzieć, gdzie się znaj­dują. Dodat­kowo piwo i mari­hu­ana mocno wpły­nęły na kon­cen­tra­cję i koor­dy­na­cję ruchową odgry­wa­ją­cych przed­sta­wie­nie. Co chwilę ktoś się poty­kał i prze­wra­cał, pro­wo­ku­jąc gło­śne wybu­chy śmie­chu. Ryce­rzowi opa­dała przy­łbica i musiał cią­gle ją pod­no­sić. Kró­lo­wej zjeż­dżała korona, szal raz po raz zacze­piał o kol­cza­ste gałę­zie krze­wów. Biskup zgu­bił infułę. Jakby tego było mało, ktoś sta­nął na upusz­czony pasto­rał, łamiąc go w poło­wie.

Pary się wymie­szały, każdy tań­czył z każ­dym, zmie­niały się taneczne style. Oka­zało się, że kościo­trupy bar­dzo dobrze radzą sobie z tań­cami naśla­du­ją­cymi bre­ak­dance, mniszka z bisku­pem pró­bo­wali salsy. Zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie jeden ze szkie­le­tów zaczął się popi­sy­wać bar­dzo dobrą zna­jo­mo­ścią kro­ków tanga. Po kolei tań­czyli z nim biskup, mniszka i kró­lowa.

Nie wia­domo, kto zawo­łał, że nad­jeż­dża jakiś samo­chód. Towa­rzy­stwo rzu­ciło się do aut zapar­ko­wa­nych przed bramą, zapo­mi­na­jąc o oświe­tle­niu i reje­stru­ją­cej wszystko kame­rze. Apacz był na tyle przy­tomny, by krzyk­nąć, że trzeba zło­żyć sprzęt.

Opa­mię­tali się. Wró­cili, zdjęli lampy i wło­żyli je do bagaż­nika, Apacz zajął się sta­ty­wem i kamerą.

Ruszyli, jakby ich ktoś gonił. Pierw­sza na polną drogę wyje­chała toyota i buk­su­jąc opo­nami w pia­sku, wolno nabie­rała pręd­ko­ści. Wyrwała do przodu dopiero, kiedy nie­zbyt przy­tomny kie­rowca odjął tro­chę gazu. Tymon Jagla miał mniej szczę­ścia z tra­fie­niem na drogę. Za późno skrę­cił i honda wje­chała lewym kołem do rowu. Jed­nak w porę wci­snął hamu­lec, samo­chód zawisł na pod­wo­ziu i sil­nik zgasł. Pasa­że­rom auta udało się wypchnąć je z powro­tem na drogę i chwilę póź­niej honda mknęła w ślad za toyotą w kie­runku Wro­cła­wia.

Rozdział 1

Począ­tek sierp­nia 2015 roku

Na burzę zbie­rało się od kilku dni. Wresz­cie nade­szła ulewa, krótka i bar­dzo gwał­towna. Na ulicy Rogow­skiej na Nowym Dwo­rze stu­dzienki kana­li­za­cyjne od razu się zapchały i wielka kałuża roz­lała się na zakrę­cie mię­dzy pętlą auto­bu­sową a Bie­dronką. Aspi­rant Karina Buczko i jej kolega z patrolu, star­szy aspi­rant Jacek Fel­man, ukryci przed desz­czem w poli­cyj­nym radio­wo­zie obser­wo­wali, jak samo­chody poko­nują to jezioro, efek­tow­nie roz­bry­zgu­jąc wodę.

-?Będzie z tego jakiś wypa­dek -?zrzę­dził jak zwy­kle Fel­man.

-?Niby dla­czego? -?zdzi­wiła się Buczko.

Fel­man był od niej dzie­sięć lat star­szy, od dawna jeź­dził w patro­lach, dla­tego chęt­nie udzie­lał rad młod­szej kole­żance. Na początku się dener­wo­wała, potem prze­stała zwra­cać uwagę. Fel­man narze­kał i maru­dził, pchał się tam, gdzie nie trzeba, spro­wa­dzał sobie na głowę kło­poty, ale w sumie był dobrym kolegą i poli­cjan­tem.

-?Jeden dru­giemu zaleje przed­nią szybę, nie zacho­wają ostroż­no­ści i stłuczka gotowa -?stwier­dził. -?Nie wspo­mi­na­jąc o akwa­pla­ningu.

Uśmiech­nęła się pod nosem, nie sko­men­to­wała jed­nak. Dokoń­czyli kanapki, popili kawą z ter­mosu, Jacek uru­cho­mił sil­nik i wyje­chali z par­kingu w prawo, w kie­runku Strze­gom­skiej. Pod­ra­so­wany sil­nik poli­cyj­nego pas­sata ryk­nął, kiedy Fel­man wci­snął gaz. Miał o wiele wię­cej koni mecha­nicz­nych niż taki sam model z salonu.

Była dwu­dzie­sta czter­dzie­ści pięć. Ich patrol miał trwać jesz­cze całą noc, do szó­stej rano.

Budowę biu­rowca przy ulicy Gra­nicz­nej roz­po­częto wio­sną poprzed­niego roku. W dwa mie­siące zakoń­czono prace ziemne i wylano fun­da­menty, potem szybko powstały jesz­cze dwa pię­tra i nagle budowa z nie­wia­do­mych przy­czyn sta­nęła. Od roku ludzi jeż­dżą­cych na lot­ni­sko stra­szyła beto­nowa kon­struk­cja bez okien.

Lubił tutaj przy­cho­dzić. Był prze­cież Obser­wa­to­rem.

Wewnątrz nie­do­koń­czo­nego budynku zna­lazł zbitą z desek pro­wi­zo­ryczną dra­binę pro­wa­dzącą na naj­wyż­szy poziom. Począt­kowo z wysił­kiem się tam wdra­py­wał, a jesz­cze trud­niej mu było scho­dzić -?miał nie­sprawne dło­nie. Pla­sti­kowe pro­tezy do niczego się nie nada­wały, mógł co naj­wy­żej podra­pać się nimi po tyłku. Cza­sem się zasta­na­wiał, czy ich zakła­da­nie ma sens. Wie­lo­krot­nie chciał je zosta­wić w domu, lecz zawsze w ostat­niej chwili zmie­niał decy­zję. Dziw­nie się czuł, wycho­dząc z domu bez rąk. Wsty­dził się swo­jego kalec­twa. Kiedy miał pro­tezy, wyda­wało mu się, że kikuty mniej bolą.

Ból.

Nie opusz­czał go ani na sekundę. Czy do bólu można się przy­zwy­czaić? Chyba tak. Ina­czej prze­cież nie spałby po nocach i nie pro­wa­dził w miarę nor­mal­nego życia.

Przy­cho­dził tu tylko wtedy, kiedy nie było cie­cia. Po zacho­dzie słońca trzy mocne świa­tła umiesz­czone na szczy­cie stró­żówki oświe­tlały budy­nek, ale budka straż­ni­cza naj­czę­ściej była pusta.

Uwiel­biał sta­wać przy pro­wi­zo­rycz­nej barierce zbi­tej z desek na kra­wę­dzi dachu od strony ulicy. Z tego miej­sca nawet w nocy roz­cią­gały się wspa­niałe widoki. Na wscho­dzie, zaraz za zabu­do­wa­niami Comexu i polem kuku­ry­dzy, widać było auto­stra­dową obwod­nicę Wro­cła­wia, a dalej ciemne szczyty drzew parku Mile­nij­nego, zza któ­rych wyła­niały się bloki Nowego Dworu. Kiedy patrzył na zachód, w nie­wiel­kiej odle­gło­ści widział wieżę z czer­wo­nym napi­sem "Hotel" i mru­ga­jącą białą literę H ponad oświe­tlo­nym tere­nem hotelu Orle Gniazdo i przy­le­głej do niego sta­cji ben­zy­no­wej Bisek. Lubił obser­wo­wać miga­jące świa­tło. Wyobra­żał sobie, że jest na drew­nia­nym, skrzy­pią­cym żaglowcu wid­mie, który zbliża się do ska­li­stych wybrzeży. Latar­nia mor­ska na skale mru­gała ostrze­gaw­czo.

Jakieś cztery kilo­me­try dalej znaj­do­wało się lot­ni­sko. Za każ­dym razem, kiedy patrzył w tam­tym kie­runku, widział świa­tła lądu­ją­cych lub star­tu­ją­cych samo­lo­tów. Cza­sem sły­szał huk sil­ni­ków.

Uwiel­biał to miej­sce. Potra­fił tak stać do wcze­snych godzin poran­nych.

-?Hej, czło­wieku!

Pogrą­żony w myślach, nie zare­ago­wał na pierw­sze okrzyki. Nawet nie przy­szło mu do głowy, że mogą być skie­ro­wane do niego. Czyżby straż­nik jed­nak był w budce? Ock­nął się z nie­chę­cią z marzeń i spoj­rzał w dół.

Na pod­jeź­dzie przed bramą zapar­ko­wany był poli­cyjny radio­wóz. Nie zauwa­żył go wcze­śniej. Jeden z poli­cjan­tów stał w otwar­tych drzwiach pojazdu, drugi zbli­żył się do bramy. Obaj patrzyli na niego. To wołał ten drugi.

-?Hej, złaź stam­tąd!

Nie zare­ago­wał.

Fel­man pierw­szy zauwa­żył czło­wieka sto­ją­cego na dachu. Zaklął i chciał wci­snąć pedał hamulca, lecz zre­zy­gno­wał. Radio­wóz jechał zbyt szybko. Ulica była jesz­cze wil­gotna po desz­czu i Jacek prze­stra­szył się pośli­zgu.

-?Co się dzieje? -?zapy­tała zdzi­wiona Karina, widząc jego ner­wowe manewry.

-?Jakiś świr stoi na dachu. -?Jacek wska­zał kciu­kiem za sie­bie.

Poli­cyjne auto zawró­ciło na ron­dzie i wolno ruszyło prze­ciw­le­głym pasem z powro­tem w kie­runku wia­duktu nad AOW. Karina i Jacek pochy­lili głowy, uważ­nie patrząc na szkie­let budo­wa­nego przy Gra­nicz­nej biu­rowca. Zdą­żyli przyj­rzeć się postaci sto­ją­cej na dachu.

-?Samo­bójca? -?mruk­nęła Karina Buczko.

Jej part­ner się roze­śmiał.

-?Za nisko. Co naj­wy­żej poła­małby sobie kulasy. -?I wdu­sił nagle gaz do dechy.

Prze­mknęli nad auto­stradą i zawró­cili na następ­nym ron­dzie. Kiedy par­ko­wali na pod­jeź­dzie przy bra­mie, czło­wiek wciąż tam był. Oboje wysie­dli z samo­chodu i spo­glą­dali na niego, zadzie­ra­jąc głowy w górę.

Karina poczuła nagle nie­okre­ślony nie­po­kój. Postać wydała jej się dziwna. Za dłu­gie ręce w sto­sunku do ciała, zgar­biona syl­wetka, nie­na­tu­ralny bez­ruch. Przez chwilę zasta­na­wiała się, czy jest żywy, czy może ktoś dla kawału posta­wił tam mane­kina. Ale postać poru­szyła głową. Naj­pierw patrzyła w kie­runku auto­strady, potem w drugą stronę. Poli­cjan­tów chyba nie widziała. Jak Quasi­modo -?prze­mknęło Kari­nie przez głowę i stru­chlała jesz­cze bar­dziej.

-?Hej, czło­wieku!

Wyda­wało się, że ten na dachu dopiero teraz ich zauwa­żył. Wyraź­nie widać było, że drgnął.

-?Hej, złaź stam­tąd! -?krzyk­nął znowu star­szy aspi­rant Jacek Fel­man. Był w swoim żywiole.

Karina na moment odwró­ciła wzrok i nagle postać na dachu znik­nęła.

-?I tak cię dopadnę, pomy­leńcu! -?Fel­man wyszarp­nął poli­cyjną pałkę, prze­ci­snął się przez szparę w ogro­dze­niu i znik­nął w szkie­le­cie budynku.

-?Cho­lera jasna! -?zaklęła Karina.

Nie wie­działa, co robić. Poszła dwa kroki za Jac­kiem, ale przy­sta­nęła nie­pew­nie. Odwró­ciła się i spoj­rzała na otwarte drzwi do radio­wozu. Potem znowu prze­nio­sła wzrok na ciemny szkie­let budo­wa­nego biu­rowca. Trzy kon­dy­gna­cje wylane z betonu, pod­parte jesz­cze w wielu miej­scach stem­plami. Żad­nego świa­tła, tylko lampy nad pustą budką straż­nika.

Zapa­no­wała prze­raź­liwa cisza. Gra­niczną nie jechał aku­rat żaden samo­chód, od auto­strady dobie­gał szum cią­gną­cych tam­tędy pojaz­dów.

-?Jacek! -?krzyk­nęła Karina.

Nie odpo­wie­dział. Przez chwilę wyda­wało jej się, że usły­szała od strony budynku jakiś głu­chy łomot, lecz mogło to być złu­dze­nie. W tej samej chwili dwa auta prze­mknęły za jej ple­cami. Ich koła wyjąt­kowo gło­śno szu­miały na mokrym asfal­cie. Wydo­była z kabury pisto­let i ruszyła tą samą drogą, którą parę minut temu pobiegł Fel­man -?przez szparę w ogro­dze­niu, a potem po drew­nia­nych schod­kach do środka.

Wewnątrz było ciemno i cicho. Sły­szała wyraź­nie, jak chrzę­ści pia­sek pod pode­szwami butów i jak ten dźwięk odbija się echem od beto­no­wych sufi­tów. Po kilku kro­kach zatrzy­mała się, zga­siła latarkę i pocze­kała, aż oczy przy­zwy­czają się do pół­mroku. Nie było wcale ciemno -?lampy na ulicy i przy budce straż­nika dawały sporo świa­tła. Uspo­ko­iła oddech i ruszyła dalej z wycią­gnię­tym przed sie­bie pisto­le­tem.

Po dru­giej stro­nie budynku natknęła się na dra­binę pro­wa­dzącą wyżej. Ostroż­nie wspięła się na czwarty szcze­bel, wysta­wiła głowę nad pod­łogę i rozej­rzała się uważ­nie. Nie dostrze­gła nic podej­rza­nego, więc weszła na pierw­szy poziom. Obe­szła wszyst­kie pomiesz­cze­nia. Nikogo. Czuła kro­ple potu spły­wa­jące po karku. Koszula nie­przy­jem­nie lepiła się do ciała.

-?Co jest, do cho­lery? -?szep­nęła do sie­bie bez­gło­śnie.

Sta­nęła przy kra­wę­dzi pię­tra i spoj­rzała w dół. Plac budowy pusty, żad­nego ruchu, radio­wóz stał tak, jak go zosta­wiła, z otwar­tymi drzwiami od strony pasa­żera. Ani śladu Fel­mana.

Na naj­wyż­szym pozio­mie, na któ­rym zauwa­żyli dziwną postać, też nie było nikogo. Co się w takim razie stało? Gdzie znik­nął Jacek?

-?Niech cię tylko dorwę, palan­cie -?powie­działa już gło­śniej.

Obcho­dziła dach budynku wzdłuż pro­wi­zo­rycz­nej bariery z desek, patrząc w dół. Naj­pierw obej­rzała oświe­tlony plac przed bramą, potem dłuż­szą część budynku od strony pola i w końcu tę poło­żoną naj­da­lej od ulicy. Tu było naj­ciem­niej, ale i tak od razu zoba­czyła ciało leżące w tra­wie.

-?Jacek!

Fel­man nie poru­szył się ani nie zare­ago­wał.

Pra­wie zbie­gała w dół. Zna­la­zła wyj­ście na zewnątrz. Zatrzy­mała się, uspo­ko­iła oddech i wysu­nęła się z budynku z pisto­le­tem goto­wym do strzału. Fel­man leżał na brzu­chu, z roz­rzu­co­nymi rękami. Pod­bie­gła do niego i przy­ło­żyła palce do tęt­nicy szyj­nej. Gigan­tyczna ulga. Serce biło nor­mal­nie, oddy­chał płytko, po uchu i lewym policzku spły­wała krew z roz­bi­tej głowy.

Karina się­gnęła po krót­ko­fa­lówkę i wezwała pomoc.

Rozdział 2

Anka Wiśniew­ska wró­ciła tego dnia do domu o wiele póź­niej, niż obie­cała matce. Prze­cież, do cho­lery, jest sobota i mam prawo się poba­wić dłu­żej niż zwy­kle -?tłu­ma­czyła sobie w duchu. Nie mogła jed­nak pozbyć się wyrzu­tów sumie­nia.

Jede­na­ście lat temu jej ojciec zgi­nął w wypadku samo­cho­do­wym. To była głu­pia i nie­po­trzebna śmierć. Sąsiad kupił samo­chód i ojciec Anki zszedł z nim na par­king przed blok, żeby obej­rzeć naby­tek. Nawet nie wło­żył butów -?wyszedł w kap­ciach. Żonie powie­dział, że będzie za kwa­drans. Nie wra­cał przez kilka godzin. Dopiero w nocy skon­tak­to­wała się z nimi poli­cja. Ojciec Anki poje­chał z sąsia­dem wypró­bo­wać samo­chód. Za Wro­cła­wiem, w dro­dze na Trzeb­nicę, zde­rzyli się czo­łowo z tirem i obaj zgi­nęli na miej­scu. Od tego czasu matka miała obse­sję na punk­cie jej punk­tu­al­nych powro­tów do domu. Nawet pię­cio­mi­nu­towe spóź­nie­nie wywo­ły­wało u niej napady paniki.

-?Spóź­ni­łaś się czter­dzie­ści trzy minuty -?powie­działa zachryp­nię­tym gło­sem, kiedy Fiolka weszła do miesz­ka­nia i zdej­mo­wała wolno buty.

Matka stała w drzwiach do kuchni, blada, z drżącą dolną wargą i papie­ro­sem w pożół­kłych od tyto­niu pal­cach. Była kie­dyś bar­dzo ładną kobietą. Śmierć męża wszystko zmie­niła. Pani Wiśniew­ska prze­stała o sie­bie dbać, spo­ty­kać się z ludźmi, uni­kała sąsia­dów. Ostat­nio doszło nawet do tego, że trudno było ją prze­ko­nać do wyj­ścia do sklepu po dru­giej stro­nie ulicy. Miała dopiero czter­dzie­ści pięć lat, a wyglą­dała na sześć­dzie­siąt.

-?Prze­stań, mamo, jestem pra­wie doro­sła -?rzu­ciła Anka, mija­jąc ją w drzwiach do kuchni.

Wypiła z chło­pa­kami dwa piwa i nie chciała, żeby matka poczuła od niej alko­hol. Pode­szła do okna i otwo­rzyła jedno skrzy­dło na całą sze­ro­kość.

-?Nady­mi­łaś tu tak, że można się uwę­dzić -?powie­działa z wyrzu­tem w gło­sie.

-?Spóź­ni­łaś się...

-?Wiem, ile się spóź­ni­łam! -?mruk­nęła opry­skli­wie. -?Musisz się do tego przy­zwy­czaić! Nie możesz mnie pil­no­wać kolejne pięt­na­ście lat!

-?Nie lubię...

Zanim matka dokoń­czyła zda­nie, Anka poszła do swo­jego pokoju i zatrza­snęła za sobą drzwi. Cisnęła torebkę na łóżko i zła na matkę usia­dła przy kom­pu­te­rze. Miała już dość tłu­ma­cze­nia się ze wszyst­kiego. A jeśli kie­dyś nie wróci na noc? Cie­kawe, co wtedy matka powie. Nagle złość jej minęła, poczuła się głu­pio. Zare­ago­wała jak roz­ka­pry­szone dziecko. Zamiast wspie­rać matkę, przy­spa­rzała jej kolej­nych zmar­twień. Wstała i otwo­rzyła drzwi.

Mama stała w tej samej pozie co przed minutą. Tylko papie­ros zgasł jej w pal­cach, a w oczach szkliły się łzy.

Fiolka pode­szła do niej i objęła ją ramio­nami.

-?Prze­pra­szam -?szep­nęła jej do ucha.

-?To ja cię prze­pra­szam, Aniu. Wiem, że masz ze mną ciężko.

-?Daj spo­kój. -?Wyjęła jej z dłoni peta i wrzu­ciła do popiel­niczki sto­ją­cej na kuchen­nym stole. -?Nie pal już i idź spać. Jest późno.

-?Dobrze.

-?Pomóc ci w czymś?

-?Nie. Dzię­kuję, kocha­nie.

Matka wol­nym kro­kiem poszła w kie­runku łazienki.

Kwa­drans póź­niej Anka usły­szała skrzy­pie­nie łóżka w sąsied­nim pokoju, wresz­cie zapa­dła cisza. Usia­dła jesz­cze przy kom­pu­te­rze, żeby spraw­dzić pocztę. Nic cie­ka­wego -?kilka reklam, powia­do­mie­nia z Face­bo­oka, dow­cipy przy­słane przez jed­nego z kole­gów z klasy. Naraz jej wzrok padł na wia­do­mość, którą wcze­śniej wzięła za spam. Nie­znany adres, w tre­ści krótka rymo­wanka: Dzi­siaj masz szczę­ścia pełen trzos -?wylo­so­wa­łaś pusty los. Bez pod­pisu.

-?Co to ma być? -?powie­działa do sie­bie cicho.

Chciała wyka­so­wać wia­do­mość, ale się zawa­hała.

Rozdział 3

Gra­żyna Tom­czyk paliła papie­rosa na tara­sie, zasta­na­wia­jąc się nad swoim życiem. Nie pierw­szy raz docho­dziła do wnio­sku, że wpa­ko­wali się w nie­złe gówno.

Wcze­śniej Gra­żyna i jej mąż miesz­kali w cen­trum mia­sta, na dzie­wią­tym pię­trze wie­żowca z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Śred­nia wieku ich zdzi­wa­cza­łych i wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nych sąsia­dów wyno­siła sześć­dzie­siąt parę lat. Pre­ten­sje mieli o wszystko: że Tom­czy­ko­wie trza­skają drzwiami, za gło­śno słu­chają muzyki, pusz­czają w łazience wodę po dwu­dzie­stej dru­giej, za czę­sto przy­cho­dzą do nich zna­jomi. Do tego za ścianą sypialni znaj­do­wał się szyb windy, która przez całą dobę wyda­wała potę­pień­cze odgłosy. Tom­czy­ko­wie posta­no­wili się wypro­wa­dzić.

Spodo­bał im się nie­zbyt drogi dom na osie­dlu Malow­ni­czym w Leśnicy. Boczna ulica, nie­da­leko las, wyma­rzone miej­sce. Wzięli kre­dyt, sprze­dali miesz­ka­nie na dzie­wią­tym pię­trze i zamiesz­kali za mia­stem.

Wkrótce wokół ich domu dewe­lo­per wybu­do­wał sto takich samych. Prze­stało być siel­sko, znowu zro­biło się cia­sno, znowu trzeba było się liczyć z widzi­mi­się pie­prz­nię­tych sąsia­dów. Dojazdy do pracy stały się kosz­ma­rem. Godzina w korku w jedną stronę i godzina z powro­tem, do tego fatalna komu­ni­ka­cja miej­ska. Musieli kupić drugi samo­chód.

Potem zban­kru­to­wał cho­lerny bank o nazwie Leh­man Bro­thers, a kurs franka szwaj­car­skiego wystrze­lił w górę. Rata kre­dytu -?i tak nie­mała -?wzro­sła o połowę. Do tego Gra­żyna stra­ciła pracę, a jej mąż został prze­nie­siony na inne sta­no­wi­sko z niż­szym upo­sa­że­niem.

Wtedy zde­cy­do­wał się wyje­chać do Anglii, szu­kać lep­szych zarob­ków.

W teo­rii to miało być roz­wią­za­nie tylko na kilka mie­sięcy, tym­cza­sem Tom­czyk zaczął prze­cią­gać pobyt na Wyspach. Ona została sama z małym dziec­kiem, z dala od żłobka, leka­rza, w miej­scu, które prze­stało być malow­ni­cze -?naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zro­biło się paskudne. Dobrze, że przy­naj­mniej w wycho­wa­niu córki poma­gała jej matka.

Ale Gra­żyna czuła, że nie da rady tak żyć. Może sprze­dać ten cho­lerny dom i wró­cić do mia­sta? Albo całą rodziną wyje­chać do Lon­dynu?

Ock­nęła się z roz­my­ślań, kiedy zro­biło się ciem­niej. Wielka chmura zasło­niła zacho­dzące słońce, dla­tego Gra­żyna posta­no­wiła poszu­kać Lenki.

Czte­ro­latka bawiła się jak zwy­kle za domem, w kącie pose­sji, nie­opo­dal wiel­kich krza­ków lesz­czyny. Gra­ży­nie przez chwilę wyda­wało się, że Lenka z kimś roz­ma­wia. Pew­nie znowu z tym swoim wyima­gi­no­wa­nym kolegą - pomy­ślała nie bez dumy. Córka jedy­naczka wymy­śliła przy­ja­ciela i potra­fiła godzi­nami bawić się sama, nie absor­bu­jąc matki czy babci. Dobrze było mieć takie inte­li­gentne nad wiek dziecko.

-?Lena, do domu! -?zawo­łała Gra­żyna. -?Burza idzie!

Dziew­czynka odwró­ciła się i nie­chęt­nie, ale grzecz­nie powie­działa:

-?Już idę, mamu­siu!

Potem jesz­cze raz odwró­ciła się w kie­runku krza­ków. Gra­żyna dałaby głowę, że usły­szała, jak mała żegna się z kimś i uma­wia na jutro. Potem Lenka przy­bie­gła do niej i razem poszły do kuchni przy­go­to­wać kola­cję.

-?Nie boisz się burzy? -?zapy­tała Gra­żyna.

-?Nie. Dawi­dek powie­dział, że z nim nic mi się nie sta­nie.

Gra­żyna uśmiech­nęła się pod nosem. Skąd ona wymy­śliła takie imię? I nagle sobie o czymś przy­po­mniała. W miej­scu, gdzie bawiła się Lena, leżała w tra­wie beto­nowa płyta. Wysta­wały z niej zardze­wiałe pręty zbro­je­niowe, łatwo można się o nie ska­le­czyć. Oczy­wi­ście mąż obie­cy­wał, że uprząt­nie płytę, ale ni­gdy nie miał na to czasu.

Zmarsz­czyła brwi.

-?Lenko, pro­si­łam cię, żebyś nie zbli­żała się do krza­ków. Możesz się ska­le­czyć o te zardze­wiałe druty.

-?Nie bój się, mamo. Już nie wystają -?odpo­wie­działa dziew­czynka, sia­da­jąc przy kuchen­nym stole.

Gra­żyna pogro­ziła jej pal­cem.

-?Nie wolno kła­mać.

-?Nie kła­mię -?obu­rzyła się Lena. -?Dawi­dek wygiął te druty i już nie są groźne.

Gra­żyna Tom­czyk zasta­na­wiała się przez moment, czy zabawa z wymy­ślo­nym przy­ja­cie­lem nie za bar­dzo mie­sza się córce z rze­czy­wi­sto­ścią.

-?Lenko, nie da się wygiąć tych dru­tów. Są grube i twarde.

-?Dawi­dek umie -?padła zde­cy­do­wana odpo­wiedź. -?Dawi­dek jest duży i silny!

-?Dobrze, dobrze -?roze­śmiała się matka. -?Teraz kola­cja.

Kiedy Lena już spała w swoim pokoju na pię­trze, Gra­żyna znowu wyszła na taras zapa­lić. Powie­trze było gęste i lep­kie. Chmury przy­kry­wały niebo, na zacho­dzie raz po raz bły­skało, ale tutaj pod lasem nie zano­siło się na deszcz.

Przy­po­mniała sobie słowa córki. Wró­ciła do kuchni, wyjęła z szu­flady latarkę i poszła na tyły domu. Krzaki lesz­czyny za pło­tem wyglą­dały jak zło­wrogi potwór. Poczuła się dziw­nie. Dreszcz na karku był niczym sopel lodu. Dodała sobie pew­no­ści, zapa­la­jąc latarkę. Nagle krzaki znowu były krza­kami i niczym wię­cej. Poświe­ciła na leżącą w tra­wie płytę i znie­ru­cho­miała zasko­czona. Musiała podejść bli­żej, aby upew­nić się, że widzi wyraź­nie. Wszyst­kie pręty zbro­je­niowe, które dotąd ster­czały z trawy, były zagięte w dół, tak jak powie­działa Lenka. Gra­żyna zasta­no­wiła się chwilę. Może jej mąż zabez­pie­czył je pod­czas ostat­niego pobytu w domu i zapo­mniał jej powie­dzieć? Na pewno tak było. No bo kto?

Naraz usły­szała jakiś trzask w krza­kach. Pod­sko­czyła prze­stra­szona i skie­ro­wała w to miej­sce świa­tło latarki. Nic, tylko płot i krzaki.

Przy­po­mniała sobie nagle słowa córki: "Dawi­dek wygiął te druty... Dawi­dek jest duży i silny". Odwró­ciła się na pię­cie i bie­giem wró­ciła do domu. Zamknęła sta­ran­nie drzwi na taras, spraw­dziła drzwi wej­ściowe i poszła na górę spraw­dzić, czy Lena śpi. Spała.

Potem jesz­cze długo sie­działa w kuchni. Wypiła dwa drinki, ale uczu­cie nie­po­koju nie ustę­po­wało.

Rozdział 4

Koniec sierp­nia

-?Kto sobie robi jaja? -?Fiolka wyglą­dała na naprawdę zde­ner­wo­waną.

Było parno jak w tro­pi­kach. Na boisku za ogro­dze­niem grupa chłop­ców grała w piłkę. Nagle krzyki z boiska umil­kły. Biało-czer­wona, mocno zużyta piłka z logo Euro 2012 roz­gry­wa­nego w Pol­sce i na Ukra­inie ska­kała przez chwilę wesoło, po czym wolno poto­czyła się im pod nogi. Nikomu nie chciało się schy­lić, żeby oddać ją gra­ją­cym na orliku chłop­com. Wresz­cie zja­wił się jakiś prze­stra­szony gim­bus, pod­niósł piłkę z ziemi i uciekł, jakby ktoś miał zamiar go gonić.

Sku­cha jak zwy­kle paliła papie­rosa. Też była zde­ner­wo­wana, ale sta­rała się tego nie oka­zy­wać.

-?Daj spo­kój, Fiolka, to pew­nie głupi dow­cip Apa­cza -?powie­działa z nie­szczerą pew­no­ścią sie­bie w gło­sie.

Tymon posta­no­wił ją poprzeć.

-?Tak, pew­nie chciał cię nastra­szyć.

Z paczki, która pod koniec czerwca krę­ciła film na sta­rym cmen­ta­rzu, bra­ko­wało wła­śnie tylko Oskara.

-?A wy nie dosta­li­ście żad­nych maili? -?Fiolka drą­żyła temat.

Michał Rud­nik podra­pał się po policzku.

-?Ja też dosta­łem taką kre­tyń­ską rymo­wankę -?wyznał. -?Ania ma rację, to już dawno prze­stało być śmieszne.

-?Ja też. -?Mate­usz Jastrzęb­ski wycią­gnął z kie­szeni spodni swój smart­fon. -?Raz, dwa, trzy, dziś na pewno nie będziesz to ty - prze­czy­tał. -?Nawet śmieszne. Nie wiem, o co wam cho­dzi, prze­cież tak się umó­wi­li­śmy. Raz na mie­siąc Apacz kręci Kołem For­tuny i losuje stra­ceńca. Swoją drogą, skąd on ma pomy­sły na te rymo­wanki?

-?Ale potem stwier­dzi­li­śmy, że to głu­pie, i Apacz obie­cał znisz­czyć to cho­lerne koło -?rzu­ciła Anka.

-?Naj­wi­docz­niej dalej losuje.

-?To mi się prze­stało podo­bać.

Zapa­dła cisza. Sku­cha znowu zapa­liła. Tym razem wszy­scy poczę­sto­wali się z jej paczki, w któ­rej został ostatni cienki papie­ros.

-?Cho­lera, a wy się dzi­wi­cie, że zawsze mam przy sobie dwie paczki? - wes­tchnęła, pusz­cza­jąc w obieg zapal­niczkę.

Jagoda Chmiel­nik też nie była zado­wo­lona z tego, że Apacz samo­wol­nie kon­ty­nu­uje ich zabawę sprzed kilku mie­sięcy.

-?Tak mogli­śmy się bawić w gim­na­zjum. Teraz chyba mamy wię­cej oleju w gło­wie, co nie? -?powie­działa.

Werka roze­śmiała się.

-?My może mamy, ale nie Apacz!

Fiolka popa­trzyła na nich z nie­chę­cią. Apacz od dawna był jej cichą sym­pa­tią. Teraz była na niego wście­kła, ale nie podo­bało jej się, jak oce­niają go inni.

W tej chwili zoba­czyła Oskara zbli­ża­ją­cego się od strony osie­dla i złość jej tro­chę prze­szła. Apacz był wysoki, przy­stojny, dłu­gie włosy nosił sta­ran­nie zwią­zane nisko z tyłu głowy, a na twa­rzy miał jak zwy­kle sze­roki uśmiech. Przy­bił piątkę chło­pa­kom i cmok­nął dziew­czyny w poli­czek. Fiolka miała wra­że­nie, że z nią witał się tro­chę ina­czej, że jego poca­łu­nek był o pół sekundy dłuż­szy. Serce zabiło jej moc­niej.

-?Zde­ner­wo­wa­łeś Fiolkę -?oznaj­mił Don Pedro pro­sto z mostu.

Apacz spoj­rzał na Ankę zanie­po­ko­jony, a ona poczuła się tro­chę głu­pio.

-?Cho­dzi o Koło For­tuny -?wyja­śniła.

-?Jakie... -?zaczął Oskar i zamilkł.

Fiolka dałaby głowę, że przez moment zoba­czyła na jego twa­rzy lęk. Zaraz jed­nak zare­ago­wał jak zwy­kle -?bez­tro­skim, zaraź­li­wym uśmie­chem.

-?A co wam się nie podoba? -?zapy­tał.

-?Nie mów, że to nie ty -?prych­nął Kwasu. -?Tylko ty masz takie pomy­sły.

Uśmiech na twa­rzy Apa­cza stał się bar­dziej sztuczny.

-?Wy też dosta­li­ście rymo­wanki?

-?No wła­śnie -?powie­działa Fiolka. -?To już nie jest przy­jemne.

Obser­wo­wała jego reak­cję i była pewna, że jest prze­stra­szony. Do tego pyta­nie: "Wy też dosta­li­ście rymo­wanki?" suge­ro­wało, że Apacz był zdzi­wiony. Inni chyba tego nie dostrze­gli. Oskar zdą­żył się opa­no­wać. Znowu kipiał humo­rem.

-?No dobrze, dro­dzy pań­stwo! -?wykrzyk­nął. -?To był ostatni raz.

Pod­szedł do Anki, objął ją ramie­niem i spoj­rzał jej w oczy.

-?Obie­cuję, że wię­cej nie będzie żad­nych głu­pich maili.

Nachy­lił się i musnął war­gami jej usta.

-?No pro­szę, jaka nie­spo­dzianka! -?par­sk­nęła Daene­rys.

Fiolka nie mogła uwie­rzyć w to, co się wła­śnie stało. Wodziła za Oska­rem roz­ma­rzo­nym spoj­rze­niem od pierw­szej klasy gim­na­zjum. Śniła o takiej chwili. Całe jej zde­ner­wo­wa­nie zmie­niło się w eufo­rię.

-?Halo! -?zapro­te­sto­wał Don Pedro. -?Uma­wia­li­śmy się: żad­nych roman­sów! To koniec naszego klubu!

Apacz zmie­rzył go kpią­cym spoj­rze­niem.

-?To było w pod­sta­wówce, Tymuś! Teraz tro­chę wydo­ro­śle­li­śmy, prawda?

Ostat­nie słowa skie­ro­wał do Fiolki wtu­lo­nej w jego ramię. Uśmiech­nęła się jak idiotka, kiwa­jąc głową.

-?Prze­stań, Pedro -?rzu­ciła Werka. -?Nie można sta­wać na dro­dze praw­dzi­wego uczu­cia!

Wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem.

Potem sie­dzieli w cie­niu drzewa przy trze­paku i roz­ma­wiali jak zwy­kle. Mate­usz i Tymon sko­czyli do sklepu, przy­nie­śli kilka puszek zim­nego tyskiego i atmos­fera znacz­nie się polep­szyła. Oczy­wi­ście sta­wiał Tymon, który zawsze miał jakieś pie­nią­dze w prze­past­nych kie­sze­niach spodni. Wresz­cie roze­szli się do domów.

Fiolka została z Apa­czem. Poca­ło­wał ją znowu, tym razem śmie­lej.

-?I co teraz? -?zapy­tała.

-?Żyli długo i szczę­śli­wie -?zażar­to­wał i pocią­gnął ją za rękę.

Poszli przez Kuź­niki.

-?Muszę coś zała­twić na Popo­wi­cach, a potem zabie­ram cię na lody do Tra­la­lala -?powie­dział.

-?Masz tyle kasy?

Apacz raczej nie śmier­dział gotówką.

-?Mam fun­dusz na szcze­gólne oka­zje. -?Puścił do niej oko.

Poje­chali auto­bu­sem 122 na Kwi­ską, dalej poszli pie­szo, roz­ma­wia­jąc. Anka czuła, że jest ina­czej niż zwy­kle. Oskar ją roz­śmie­szał, cza­sem obej­mo­wał ramie­niem, szep­tał do ucha miłe słowa.

Nawet nie wie­działa, kiedy doszli na Bia­ło­wie­ską, pod bramę dzie­się­cio­pię­tro­wego bloku ozna­czoną nume­rem 42. Apacz zatrzy­mał się i znowu ją poca­ło­wał.

-?Pocze­kaj tu chwilę. Muszę coś zała­twić.

Naci­snął przy­cisk na domo­fo­nie i rzu­cił jesz­cze w jej kie­runku:

-?Pięć minut!

Fiolka przy­sta­nęła w cie­niu rzu­ca­nym przez wielki blok.

Pięć minut zmie­niło się w dzie­sięć. Anka wpa­try­wała się w niebo. Wła­śnie nad­la­ty­wał heli­kop­ter, po bar­wach poznała, że to śmi­gło­wiec medyczny. Zapa­trzyła się na niego.

Nagle jakiś cień na uła­mek sekundy przy­sło­nił świa­tło. Zaraz potem roz­legł się huk, kiedy coś spa­dło na ulicę dwa metry przed nią. Chmura dro­bi­nek jakiejś cie­czy ude­rzyła ją w twarz. Anka odru­chowo zaci­snęła powieki. Po chwili otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na swoje ręce i ubra­nie. Były czer­wone, jakby ktoś pochla­pał ją farbą. Rozej­rzała się zdez­o­rien­to­wana. W jed­nej sekun­dzie poczuła, jak żołą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła.

Tam leżał czło­wiek.

A wła­ści­wie to, co z niego zostało po upadku z dużej wyso­ko­ści. Pod leżą­cym rosła szybko kałuża krwi. Anka jak nie­przy­tomna popa­trzyła jesz­cze raz na ręce i ubra­nie. Jej zszo­ko­wany umysł zaczy­nał z wolna pra­co­wać nor­mal­nie. Sły­szała krzyki i odgłos kro­ków bie­gną­cych w jej kie­runku ludzi. Jakiś samo­chód zatrzy­mał się z piskiem metr od leżą­cego.

Przyj­rzała się uważ­niej. Zma­sa­kro­wane i zakrwa­wione ciało zatra­ciło ludz­kie kształty. Wyraź­nie jed­nak dostrze­gła dłu­gie czarne włosy.

W jed­nej chwili z nieba tra­fiła na dno pie­kła. Zaczęła krzy­czeć.

Rozdział 5

Naj­gor­sze były robaki.

Widział wyraź­nie, jak prze­su­wają się pod skórą na przed­ra­mio­nach. Nie­które dłu­gie, bla­do­żółte, inne tro­chę mniej­sze, fio­le­towe i bar­dzo ruchliwe. Naj­gor­sze jed­nak były te małe, czarne. Pró­bo­wały prze­gryźć wierzch­nią war­stwę skóry i wydo­stać się na zewnątrz. Wtedy skóra się naprę­żała, wybrzu­szała nie­na­tu­ral­nie i wyda­wało się, że w każ­dej chwili może pęk­nąć, a fala wszel­kiego robac­twa, które roz­wi­jało się w jego mar­twym ciele, chlu­śnie na pod­łogę wraz z reszt­kami jego zgni­łych trzewi.

Ale to jesz­cze nie dzi­siaj -?pomy­ślał zado­wo­lony. Dzi­siaj ten chło­pak dał mu siłę i moc do prze­trwa­nia jesz­cze kilku dni. Będzie mógł utrzy­mać w rów­no­wa­dze gni­jące ciało.

Ilu umie­ra­ją­cych ludzi błaga Boga o "jesz­cze kilka dni"? Zazwy­czaj ich prośby tra­fiają w pustkę. Tym­cza­sem na niego spły­wała nie­zwy­kła łaska. Był już od dawna mar­twy, a cią­gle uda­wało mu się opóź­nić roz­pad ciała i kom­pletną dez­in­te­gra­cję.

Usiadł przy sta­rym biurku z wypa­czo­nym przez wil­goć bla­tem i włą­czył kom­pu­ter. Pod­czas gdy łado­wał się sys­tem ope­ra­cyjny, obej­rzał swoje przed­ra­miona i obma­cał dokład­nie brzuch. Wci­skał pal­cami wszyst­kie wypu­kło­ści, na które natra­fił. Nie, to nie był jesz­cze czas czar­nych roba­ków.

Zanim poło­żył palce na kla­wia­tu­rze kom­pu­tera, stwier­dził, że smród jego gni­ją­cego ciała będzie go roz­pra­szał. Się­gnął do szu­flady biurka, gdzie zgro­ma­dził spory zapas dez­odo­ran­tów, i spry­skał się obfi­cie jed­nym z nich. Poczuł się lepiej.

Zaczął pisać.

Śmier­cior nie zmie­nia zda­nia

Na kogo wypad­nie, na tego bęc! Raz, dwa, trzy, umie­rasz ty!

Śmier­cior stał na dachu bloku, patrząc na mia­sto. Był zafa­scy­no­wany. Życie mia­sta gnało na zła­ma­nie karku do kresu czasu, tam gdzie rze­czy­wi­stość spada na kra­wędź świata. A nad tym wszyst­kim uno­sił się pył. Szary pył czasu, który póź­niej opa­dał na dachy domów, na korony drzew, na chod­niki i ulice, na ludzi spie­szą­cych doni­kąd, na skrzy­piące tram­waje, na sunące w obłęd­nym ciągu samo­chody. Pył ist­nie­nia, pył śmierci, pył zatra­ce­nia.

Śmier­cior wie­dział, że wszystko kie­dyś zgnije, przy­kryte pyłem, zmie­nione w proch. Chciał to zoba­czyć. Wie­dział, że to kie­dyś zoba­czy. Był cier­pliwy.

Drgnął na odgłos kro­ków z tyłu. Chło­pak śmier­dział stra­chem, a na jego twa­rzy gościła nie­pew­ność. Śmier­cior łaska­wie pozwo­lił mu mówić.

-?To się musi skoń­czyć. Nie może być już żad­nych loso­wań. Prze­stań wysy­łać te pier­do­lone rymo­wanki do moich przy­ja­ciół. Prze­cież się uma­wia­li­śmy, że to koniec.

Nic nie zatrzyma Koła For­tuny, kiedy ktoś nim zakręci. Nie ma na ziemi takiej mocy, która byłaby w sta­nie zmie­nić los, dopo­móc szczę­ściu, spro­wa­dzić zgubę.

-?Śmier­cior z nikim się nie uma­wiał. Koło For­tuny się kręci.

-?Jak to? Sam mówi­łeś...

-?Śmier­cior ni­gdy nie zmie­nia zda­nia. Muszę zabić robaki, które mnie zże­rają od środka. Poda­ruj mi swoje życie.

Chło­pak cof­nął się o krok. Był prze­ra­żony, kiedy Śmier­cior poka­zał mu swoje praw­dziwe obli­cze. Cuch­nął prze­ra­że­niem. Ale nie było już odwrotu.

-?O czym ty mówisz?

-?Świat jest brudny i zły, choć­byś nie chciał, wygry­wasz ty!

-?Co?

-?Taką wia­do­mość wczo­raj dosta­łeś, prawda? Śmier­cior nie zmie­nia zda­nia i musi czy­nić swoją powin­ność.

Kiedy chło­pak upa­dał, Śmier­cior pomy­ślał, że to, co robi, jest dobre i miło­sierne.

Świat pew­nie by chciał, żeby znik­nął na wieki. Śmier­cior jed­nak wie­dział, że nie­długo powróci.

Zapi­sał swoje dzieło, po czym odszu­kał w Inter­ne­cie wła­ściwą stronę i opu­bli­ko­wał opo­wia­da­nie.

Ode­tchnął z ulgą. Robaki w jego ciele zadrżały i nagle prze­stały się ruszać.

Rozdział 6

Stara dru­karka atra­men­towa HP zazgrzy­tała, wcią­ga­jąc kartkę papieru. Gło­wica z tuszem prze­su­wała się po pro­wad­nicy, cier­pli­wie dru­ku­jąc linijkę po linijce. Poszedł do kuchni i nalał sobie kawy z eks­presu. Gdy wró­cił, na dru­karce cze­kały już na niego dwie zadru­ko­wane kartki. Zaczął czy­tać w sku­pie­niu.

Śmier­cior na dworcu kole­jo­wym

Ding-dong!

Śmier­ciora fascy­no­wały dworce kole­jowe. Zarówno te małe, poło­żone gdzieś przy bocz­nych tra­sach żela­znej kolei, na zadu­piu, w zabi­tych dechami dziu­rach bez nazwy, jak i te ogromne w wiel­kich mia­stach, gdzie prze­wa­lały się tłumy ludzi.

Ding-dong!

"Pociąg oso­bowy z Pier­do­łowa przez Wygwiz­dów do Czar­nej Dupy wjeż­dża na tor fyfdzie­siąty przy pero­nie fyf­na­stym! Pro­szę zacho­wać ostroż­ność!"

Ding-dong!

Chwilę póź­niej było sły­chać huk wta­cza­ją­cej się na peron kupy żela­stwa, prze­raź­liwy gwizd zardze­wia­łych hamul­ców, które wyda­wały z sie­bie naj­gło­śniej­sze jęki na sekundę, zanim skład zatrzy­mał się na pero­nie. Potem trzask drzwi i szara ludzka masa tocząca się do scho­dów pod­ziem­nego przej­ścia. Blade, jed­na­kowe twa­rze bez wyrazu. Teczki, walizki, ple­caki, torby na lap­topy. Ubra­nia zle­wa­jące się w bez­gu­stowny nie­ład i kurz. Kurz uno­szący się spod nóg pędzą­cej tłusz­czy, który z wolna pod­no­sił się nad głowy ludzi, a póź­niej opa­dał na puste perony, ławki i schody, kiedy tylko ostatni podróżny znik­nął, spie­sząc do swo­jego życia. Kurz czasu.

Ale tylko Śmier­cior widział ten kurz.

Małe, zżarte przez czas dworce kole­jowe, śmier­dzące moczem, były zupeł­nie inne. Nosiły na sobie nie­ubła­gane piętno czasu. Tutaj kurz był jesz­cze więk­szy niż na dużych dwor­cach. Dra­pież­nie pokry­wał wszystko grubą war­stwą, bez­względ­nie cią­gnąc budynki i perony na kres czasu, tam gdzie rze­czy­wi­stość spada na kra­wędź świata.

Męż­czy­zna miał nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia pięć lat. Śmier­cior wypa­trzył go pośród kurzu, kiedy już śmier­dząca potem szara ludzka masa znik­nęła w pod­ziem­nym przej­ściu pro­wa­dzą­cym do holu dworca. Tam­ten był ludz­kim wra­kiem. Jego dło­nie pokryte były pla­mami prze­wle­kłej śmier­tel­nej cho­roby, gdzieś na dnie oczu jarzyła się tęsk­nota za kre­sem cier­pień. Kres miał przy­nieść wyba­wie­nie. Póź­niej nie będzie już zimno, nie będą bolały wrzody na dupie, z któ­rych sączyła się cały czas cuch­nąca nie­przy­jem­nie ciecz, zje­dzone przez próch­nicę zęby nie będą ćmić bólem prze­ni­ka­ją­cym aż do wnę­trza głowy. Może nawet nie będzie głodu.

Nikt nie zwra­cał na niego uwagi. A może nie chciał zwra­cać? Śmier­cior przy­kuc­nął obok i powie­dział:

-?Chodź ze mną. Pomóż mi. Jesteś moją wielką nadzieją.

-?Pier­dol się, zbo­czeńcu...

Wtedy Śmier­cior roz­po­starł ręce i poka­zał mu swoje chore ciało.

-?I tak jesteś gni­ją­cym tru­pem. Sczeź­niesz i roz­sy­piesz się w proch. Ja daję ci szansę, żeby twoja śmier­dząca i zaszczana egzy­sten­cja na tym padole tru­pów miała jakiś sens. Daj mi swoje życie.

-?Ja cier­pię...

-?Chodź ze mną, a prze­sta­niesz cier­pieć. Pomóż mi zabić robaki, które zże­rają mnie od środka. Poda­ruj mi swoje życie.

Poszli razem, coraz bar­dziej odda­la­jąc się od ludz­kiego zgiełku i ulicz­nych świa­teł zakłó­ca­ją­cych natu­ralną czerń nocy. Poszli przez czas i prze­strzeń na spo­tka­nie z prze­zna­cze­niem. A Śmier­cior wie­dział, że to, co robi, jest dobre i miło­sierne.

W parku Śmier­cior poka­zał męż­czyź­nie sznur i pętlę zwi­sa­jącą z gałęzi drzewa. Potem czy­nił swoją powin­ność. Zadu­mał się nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią świata i poszedł przed sie­bie, aż znik­nął w ciem­no­ściach nocy.

Świat pew­nie by chciał, żeby znik­nął na wieki. Śmier­cior jed­nak wie­dział, że nie­długo powróci.

Prze­czy­tał tekst kil­ka­krot­nie i zamy­ślił się, patrząc w okno. Naj­pierw myślał o nie­zna­nym auto­rze opo­wia­da­nia, potem już tylko błą­dził wzro­kiem po dachu kamie­nicy sąsia­du­ją­cej z jego budyn­kiem i obser­wo­wał dwa gołę­bie. Ock­nął się z roz­my­ślań, kiedy zerwały się i odle­ciały spło­szone.

Kawa wysty­gła.

Odło­żył kartki z opo­wia­da­niem i się­gnął po gruby segre­ga­tor z wycin­kami pra­so­wymi i wydru­kami ze stron inter­ne­to­wych. Wszyst­kie były poukła­dane chro­no­lo­gicz­nie. Prze­rzu­cał je, zer­ka­jąc tylko na nagłówki. Samo­bój­stwo czy mor­der­stwo?, Tra­ge­dia we wsi Luto­mierz -?ojciec mor­duje rodzinę i sam popeł­nia samo­bój­stwo, Nie­zna­jomy męż­czy­zna rzu­cił się z mostu, Samo­bój­stwo dwójki nasto­lat­ków. W końcu zna­lazł inte­re­su­jący go wyci­nek. Kilka zdań pośród innych wia­do­mo­ści miej­skich wydru­ko­wa­nych w "Gaze­cie Wro­cław­skiej" 21 lipca zeszłego roku.

* * *

Maka­brycz­nego odkry­cia doko­nał miesz­ka­niec ulicy Suchej w piąt­kowy pora­nek. Będąc na poran­nym spa­ce­rze z psem w pobli­skim parku, natknął się na wiszące na gałęzi jed­nego z drzew zwłoki mło­dego męż­czy­zny. Wezwany na miej­sce zda­rze­nia lekarz pogo­to­wia ratun­ko­wego orzekł zgon. Przy­czyną zgonu było praw­do­po­dob­nie powie­sze­nie. Z nie­ofi­cjal­nych infor­ma­cji wynika, że męż­czy­zna był bez­dom­nym, widy­wano go czę­sto w oko­li­cach Dworca Głów­nego PKP. Nie są znane przy­czyny samo­bój­stwa. Poli­cja pro­wa­dzi w tej spra­wie czyn­no­ści wyja­śnia­jące.

Treść infor­ma­cji dosko­nale paso­wała do zna­le­zio­nego w Inter­ne­cie opo­wia­da­nia. Wło­żył oba tek­sty do folio­wej koszulki i czar­nym fla­ma­strem nadał jej kolejny numer wypi­sany sta­ran­nie w pra­wym gór­nym rogu -?16.