Rozdział 1. Kinga
Rozdział 1
Kinga
Ciszę zimowego sobotniego popołudnia przerwał niespodziewanie dzwonek
domofonu. A przecież to miał być taki spokojny weekend...
Pies przekrzywił głowę i nastawił uszu, nie ruszając się spod biurka
Anny. W słuchawce usłyszałem Kingę.
- Wpuśćcie mnie szybko, muszę z wami pilnie pogadać!
"Aha, coś jej się znów przytrafiło, skoro potrzebuje duchowego wsparcia"
- pomyślałem.
Lubimy Kingę, jej szaloną osobowość, którą nas wielokrotnie zaskakiwała,
twórczy umysł, poczucie humoru. Niestety, jej ciągłe problemy natury
emocjonalnej, jak również nieustanne zmiany planów życiowych są
obezwładniające. Chaos w działaniu oraz wynikające z tego kłopoty bytowe
i finansowe wprawiają w dygot nie tylko ją samą, ale całe otoczenie
przyjaznych jej ludzi. Bo Kinga to osoba lubiana przez wszystkich,
przyjazna światu, otwarta i ciekawa. Lecz ma pewną dozę szczególnej
wrażliwości, która jest przyczyną jej ciągłych dylematów oraz
nieustannej szarpaniny. Swe burzliwe związki kończy zazwyczaj jako
poraniona, obolała, potłuczona emocjonalnie, poturbowana przez los.
Kiedy zaprzyjaźniła się z Anną, dokonała coming outu, licząc na
przychylność z jej strony. Jednak gdy okazało się, że z tej znajomości
związku nie będzie, bo Anna jako typ zdecydowanie hetero nie zamierza
eksperymentować, pozostała z nią bez cienia żalu w ciepłych,
przyjacielskich relacjach.
Teraz weszła zziębnięta, niosąc pod pachą butelkę wina. Rzuciła się
uścisnąć Annę i pogłaskać Lucka, a do mnie mrugnęła okiem, oddając wino
- ty zajmij się flaszką!
- Przepraszam was, że z nagła, ale muszę się napić i z kimś mądrzejszym
od siebie pilnie porozmawiać - powtórzyła, zrzucając plecak oraz
przemoczoną kurtkę.
- O co chodzi, Kingo? - spytałem, nie widząc jeszcze kłopotów rysujących
się na horyzoncie.
W przeciwieństwie do Anny, która trzeźwiej ode mnie podchodzi do
ekscesów Kingi, dlatego od razu mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
- Pewnie jakaś nowa miłość, nieprawdaż? - Próbowała zgadnąć.
- Oj tam, oj tam, jaka znowu miłość? Kochani, wiecie w jakiej czarnej
dupie tkwię od dawna... Ale chyba los się do mnie w końcu uśmiechnął!
- Jednak poznałaś kogoś nowego? - drążyła Anna, wiedząc, że Kinga jest
beznadziejnie, bo nieszczęśliwie zakochana.
- Nie w tym rzecz - odparła.
- A w czym zatem?
- Znacie moją nieszczęsną sytuację finansową, od dawna jestem dosłownie
na dnie. Ale dostałam pewną propozycję!
Kinga, podobnie jak Anna, stała się ofiarą tak zwanego wolnego rynku.
Trudno bowiem odnaleźć się w świecie brutalnej konkurencji, w którym
pracując w sektorze kultury, nie miało się szans zgromadzić pieniędzy na
inwestycje ani nawet na zabezpieczenie się przed bezrobociem. Jedynie
nielicznym udało się dzięki talentom, sile, wsparciu rodziny albo
przyjaciół załapać na przyzwoite posady, założyć własną firmę lub
dołączyć do jako tako prosperującego biznesu.
Cóż zatem może zrobić wrażliwa kobieta z niedokończonymi studiami
psychologicznymi, empatyczna i zdolna wprawdzie, lecz bez nadzwyczajnych
układów, umiejętności negocjowania warunków pracy i przyzwoitych stawek,
wieczna altruistka poszukująca swego miejsca w życiu, buddystka z przekonań, a z duszy artystka? Z ciała zaś skłonna do wiecznych
poświęceń, wciąż w kimś zakochana lesbijka?
Przyzwyczajeni do ciągłych zmian w miłosnym życiu Kingi oboje z Anną
spojrzeliśmy na nią z nadzieją.
- Lepiej dajcie spokój i otwórzcie wreszcie to wino, bo muszę się szybko
napić. Potrzebne mi dobra rada i wsparcie.
- Wobec tego zjedz z nami kolację, nie mamy nic specjalnego, ale są sery
i sałata, znajdzie się coś jeszcze - zaproponowała Anna.
- Może być - odpowiedziała łaskawie. - Dawajcie wszystko, bom głodna
prawdę mówiąc jak wilk, a właściwie wilczyca, jeśli chcemy być
politycznie poprawni...
Kinga ma świetne poczucie humoru, aczkolwiek muszę przyznać, że czasem
potrafi doprawdy wkurzyć swą nadmierną beztroską, brakiem poczucia
czasu, notorycznym spóźnialstwem. Jednak zawsze jej się to wybacza,
bowiem to dobry człowiek, wrażliwa dusza ze wszystkimi swoimi
słabościami. Wygląda młodo, szczupło, a kiedy jest w dobrym nastroju, to
pięknie i rozbrajająco się uśmiecha. Tryska wówczas błyskotliwym
dowcipem i celnymi ripostami. Trudno jej nie lubić.
Jeśli jednak zdarzy się, że popadnie w depresyjny nastrój, przejmują nad
nią władzę rozmaite lęki i frustracje, potrafi rozkleić się na dobre, a nawet zapłakać. Wiem to od Anny, bo przy mnie nigdy nie pozwoliłaby
sobie na takie mazgajstwo. Gra twardzielkę. Silna tylko z pozoru i na
pierwszy rzut oka.
Tym razem Kinga przyniosła jednak naprawdę nadzwyczajne wieści.
- Słuchajcie mnie uważnie, bo nie będę powtarzać dwa razy - zaczęła. -
Dostałam niesamowitą propozycję pracy!
- Mów szybko! Zamieniamy się w słuch. Czy jakaś agencja reklamowa
postanowiła skorzystać z twoich oryginalnych i światłych pomysłów? -
spytałem.
Kinga ma dość bogate CV, bo często zmienia zajęcie. Na swoim koncie ma
już etaty w zacnych instytucjach muzealnych, redakcjach, prace na
wykopaliskach archeologicznych, reporterskie działania i fotografię. Nic
też dziwnego, że zbliżyły się z Anną, dzieląc nie tylko sprawy zawodowe,
ale także pasje i ogólne zainteresowania.
- Już wiem, będziesz ekskluzywną wyprowadzaczką psów! - zawołałem nie
bez złośliwości, wiedząc o jej miłości do zwierząt. - Popatrz, jak
doskonale radził sobie Pokora w filmie Poszukiwany, poszukiwana,
dostał się nawet do rezydencji jakiegoś politruka.
- Drań jesteś i tyle. Lucek, słyszysz, co twój pan bredzi? Tylko ty mnie
zrozumiesz...
Lucek faktycznie spojrzał na mnie badawczym wzrokiem, jakby potwierdzał
słowa Kingi, po czym ziewnął i zwinął się w precelek.
- W końcu teraz, jak wam powiem, o co chodzi, wpadniecie w zachwyt, a ja
nareszcie spełnię się w życiu i będę robić to, co lubię naprawdę! -
zapowiedziała.
- Pozwól nam zgadnąć. Jeśli nie psy, to może kariera w modelingu jakimś?
Z twoją figurą zrobiłabyś furorę - dodała prześmiewczo Anna.
- Ech, nie chce mi się gadać z wami w takim tonie. To naprawdę coś
wyjątkowego! Nie uwierzycie, ale praca jest w budowlance - oznajmiła z dumą w głosie.
Co takiego? Faktycznie, zatkało nas na chwilę. Rozbawiony znów nie
mogłem się pohamować i odmówić sobie drobnej złośliwości:
- Czy stawiamy kolejny biurowiec w Warszawie? A może hotel wraz z izraelskimi deweloperami?
Kinga spojrzała na mnie znad kieliszka z diabolicznym uśmieszkiem.
- Mylisz się, kolego. Nie hotel, nie żaden biurowiec, a najprawdziwsze
palazzo1! I nie w zapyziałej Warszawie, a w Toskanii, idioto!
Annie sztućce wypadły z rąk, bowiem takiej niedorzeczności już dawno nie
słyszała.
- No, nie! Tego jeszcze nie było! - zawołała, po czym wybuchnęła gromkim
śmiechem i posłała mnie po drugą butelkę wina.
Ubrałem się niechętnie, bo ziąb za oknem nie nastrajał zbytnio do
spacerów ulicami Saskiej Kępy. Idąc do dawnego kultowego sklepu Krysia
przy Francuskiej, pomyślałem sobie, że Anna chce pogadać z Kingą bez
świadków i wyciągnąć z niej więcej szczegółów. Mimo to wróciłem
najszybciej jak mogłem, prawdę mówiąc, byłem ciekaw dalszego ciągu tej
opowieści. Oczyma wyobraźni już widziałem zbliżającą się powoli
katastrofę. Wciąż byłem w szoku.
A może jednak się mylę, może to jakaś szansa dla Kingi? Biłem się z myślami: z jednej strony ta propozycja wydawała mi się absurdalna, ale z drugiej zdawałem sobie sprawę z tego, jak stereotypowo postrzegam świat
i że powinienem to zmienić. Dlaczego kobieta nie miałaby podjąć się prac
tradycyjnie zarezerwowanych dla mężczyzny? Wiadomo, biologia. Lecz
budowa to przecież nie tylko przerzucanie cegieł i mieszanie betonu.
Tyle że Kinga, o ile mi wiadomo, do tej pory nie parała się budowlanką w żadnym zakresie, nigdy nie miała do czynienia z żadną z tych robót.
Czyżby była aż tak zdesperowana, a może jej już na dobre odbiło?
W końcu w swoim życiu nie takie rzeczy już widziałem. Będąc onegdaj w Taszkiencie, doświadczyłem tego, co kobiety potrafią! Przy
czterdziestostopniowym upale asfaltowały ręcznie drogę naprzeciwko
kawiarni, w której siedziałem, chroniąc się przed gorącem i pijąc zimne
napoje. Pomiędzy jedną a drugą wywrotką asfaltu dwie
barysznie2 przysiadły się do mojego stolika i poprosiły o coca-colę. Po chwili na stole pojawiła się zimna cola i dwie szklanki.
Kobiety o rubensowskich kształtach wyciągnęły tymczasem z przepastnej
torby butelkę i nalały sobie do literatek. Po czym skierowały się do
mnie i spytały:
- Malczik, choczesz?3
- Pażałsta4 - odparłem, skinąwszy głową.
Nalały mi więc również i wzniosły toast za drużestwo5. To
była ostatnia rzecz, jaką widziałem, bowiem po pierwszym łyku oczy
wyszły mi na wierzch, tchu nie mogłem złapać, gdyż w swojej naiwności
sądziłem, że to wódka, a nie czysty spirytus...
Natomiast kobiety popatrzyły na mnie z politowaniem, same zaś dokończyły
półlitrową flaszkę i poszły dalej asfaltować... Butelka coca-coli
tymczasem pozostała na stole nieruszona. Jak widać potrzebowały tylko
szkła.
Już na schodach usłyszałem podniesione głosy obu pań snujących zapewne
marzenia o słonecznych toskańskich wzgórzach. Pomyślałem, że póki co są
one jeszcze bardzo odległe.
Zastałem dziewczyny w dobrych humorach, Kinga wyraźnie już nakreśliła
wizję przyszłych sukcesów.
- Chodź tu do nas prędko - rzekła Anna. - Mamy ci coś niesamowitego do
powiedzenia. Będziesz poniekąd głównym wykonawcą budującego się planu.
- O nie, tylko nie to, nie wciągniecie mnie w tę grę - odpowiedziałem
nieco przestraszonym głosem. Za jakie grzechy? - Co tam uknułyście,
drogie panie? - zapytałem, otwierając jednoczenie kolejną butelkę
merlota. - Może zrobimy grzańca? Jest cholernie zimno na zewnątrz.
- Eee tam... Zaraz się rozgrzejesz wiadomością, jaką Kinga ma dla ciebie!
- Aż się boję spytać. - Spodziewałem się najgorszego.
- A więc chciałyśmy ci zakomunikować, że oto jedziesz z naszą Kingusią
do Toskanii!
- Tak? Nie wiedziałem, że mam takie plany, ale brzmi ciekawie. I co ty
na to? - zwróciłem się do Anny.
- Takie są plany, nie jestem jednak pewna, czy obiecujące - dodała już
nieco bardziej sceptycznie.
Upiłem łyk wina i oznajmiłem:
- No to czekam na szczegóły tej rewelacji.
Usiadłem na wszelki wypadek, żeby się nie przewrócić po ich wysłuchaniu.
Lucek otarł się o moje kolana i przysiadł obok. Popatrzył z czułością w moje oczy, jakby chciał powiedzieć: "Stary, zastanów się, co robisz...".
- Otóż mój drogi - zaczęła Anna - Kinga, owszem, ma plan, lecz ma też
pewien problem.
- To mnie jakoś nie dziwi. - Zaśmiałem się sarkastycznie.
- Przestań drwić i marudzić, tylko posłuchaj cierpliwie. Kinga nie może
pojechać sama, bo nie ma samochodu. Prawo jazdy, jak wiesz, zdobyła
cudem przy dziewiątym podejściu zaledwie miesiąc temu i nie miała dotąd
możliwości wypróbowania swych umiejętności w praktyce.
- Potrzebuje więc kierowcy i auta?
- Tak, ale to nie wszystko - szepnęła Kinga cicho i skromnie skłoniła
głowę.
- A czego jeszcze potrzebujesz?
- No i to jest właśnie najistotniejsze. Potrzebuję człowieka. Ktoś to
wszystko musi przecież zrobić tam, na miejscu.
- I ja mam być tym człowiekiem? - spytałem oszołomiony.
- Nie wiem, jak to ująć, ale rzecz w tym, że trzeba poprowadzić prace
budowlane i wykończeniowe w tym palazzo, a ja nie mam pojęcia, jak się
do tego zabrać.
- A duże to palazzo? I gdzie ono się konkretnie znajduje? Do kogo
należy?
- Willa jest spora, trzypiętrowa i stoi podobno w przepięknym miejscu.
- Chcesz powiedzieć, że jej nie widziałaś?
- Nie, ale to nie problem przecież, zawsze można polecieć i zrobić
rekonesans.
- Owszem, ale to nie Radzymin czy Płońsk, żeby wyskoczyć na weekend. A coś bliżej na jej temat? Co tam konkretnie trzeba zrobić? - spytałem.
- Inwestor ma wizję prawdziwego włoskiego palazzo, rozumiesz?
- Czy wiesz, co to znaczy? Kingo, czy ty upadłaś na głowę, żeby porywać
się na coś takiego bez elementarnego przygotowania zawodowego? Toż to
czyste oszołomstwo!
- O, przepraszam, coś tam wcześniej remontowałam w swoim domu.
- A z jakim skutkiem? I czy aby nie skończyło się piękną katastrofą jak
w Greku Zorbie?
- Doprawdy, czarnowidztwo uprawiasz kolego. Ech... Tamto wyparłam już
dawno z pamięci, nie warto do tej sprawy wracać po latach. Opuściłam
zresztą to miejsce z powodu zawodu miłosnego, a nie katastrofy
budowlanej... ha, ha. Tamta sprawa nie ma nic wspólnego z obecną sytuacją.
To jak?
- Kochana Kingusiu, jestem wprawdzie inżynierem, mierzyłem się w życiu z różnymi rzeczami, czasem bardzo trudnymi, nawet takimi, którym nikt by
nie podołał, robiłem wiele prac samodzielnie w swoim domu, jednak to nie
znaczy, że podejmę się tak skomplikowanego wyzwania!
- A niby dlaczego nie? - żachnęła się Kinga.
- Bo mam doktorat z ekonomii, wprawdzie zrobiony w Afryce, niemniej
jednak... i wiem, czym to pachnie. Nie jestem aż tak zdeterminowany mimo
licznych niedoborów.
- Doktorat doktoratem, a mnie dręczą wciąż złe przeczucia, a rzadko się
mylę - rzuciła w przestrzeń Anna.
- Oj tam, oj tam, ty zawsze doszukujesz się dziury w całym, pesymizm cię
zżera. Myślałam, że można na was liczyć - rzuciła Kinga mocno
rozczarowana.
- Wcale nie - oburzyła się Anna. - Z natury jestem optymistką, ale tu
widzę kanał. Jak wy się do tego wszystkiego zabierzecie? Przecież nawet
nie wiecie, jak dom wygląda, nie znacie włoskiego ani miejscowych
układów. A wieść gminna niesie, że tam mafie deweloperskie grasują.
Podobnie zresztą jak tutaj. Nie znacie też kosztów takiego
przedsięwzięcia, nie dysponujecie robotnikami. Krótko mówiąc, nie macie
bladego pojęcia o realiach.
- Ale na horyzoncie widać wielkie pieniądze! - dodała zdesperowana
Kinga.
- No właśnie, przyćmiły ci mózg, dziewczyno - odparła Anna.
- Ja bym się tym nie przejmował zanadto, zrobimy kalkulację kosztów i zysków. Czy wiesz dokładnie, co tam trzeba zrobić? - zapytałem. Zrobiło
mi się trochę żal Kingi, bo widziałem, jak bardzo zależy jej na tym
zleceniu. We mnie też, prawdę mówiąc, odezwała się tak często potępiana
przez Annę nutka ryzykanctwa.
- Nooo, prawie wszystko. Podobno stoją tam tylko mury i jest dach.
- A można tam zamieszkać?
- Oczywiście - potaknęła Kinga.
- Dobrze byłoby zrobić rzeczywiście mały rekonesans, pojechać tam,
sprawdzić, czy opowieści odpowiadają realiom, skalkulować koszty i znaleźć robotników.
- O! Właśnie tego oczekuję od ciebie. Nie gadaj, tylko weź się żwawo do
roboty.
- A jaka ma być twoja rola tymczasem? - spytałem nieśmiało.
- Jak to? Ja będę kierownikiem budowy! Mogę wam gotować i beton mieszać.
- Kobieto, czy ty mieszałaś kiedyś beton? Wiesz, co mówisz? - Ta rozmowa
zaczęła mnie bawić.
- Pewnie! Ojcu pomagałam na działce, przy altanie...
W tym momencie dostrzegłem, jak zaraźliwy staje się entuzjazm Kingi, i nie była to tylko kwestia wypitego alkoholu, ale przede wszystkim
uruchomionej wyobraźni. Pośród śmiechu i zabawnych kwestii, którymi
przerzucaliśmy się spontanicznie, powstawał plan niecodziennych działań,
przyszłych ogromnych zysków, a przede wszystkim wizja niezwykłej
przygody wpisująca się w piękne okoliczności przyrody. Toskania to
kraina bogata w cuda natury, gdzie historia Etrusków wplata się w urodę
zabytków i dowody talentów renesansowych artystów, gdzie panują
wspaniałe tradycje kuchni i wina, czyniąc to miejsce jedynym takim na
świecie. Czyż zatem można tak lekkomyślnie zrezygnować z jedynej w swoim
rodzaju wyprawy do źródeł śródziemnomorskiej cywilizacji?
- Wiecie, inwestor wspomniał, że na jego działce znajdują się groty z epoki Etrusków.
- Nie mów! Ależ to fantastyczne - zainteresowała się Anna. - Jeśli to
prawda, to jadę z wami!
- A kto zostanie z Luckiem? - spytałem.
W tym momencie, jak na komendę, podniósł się Lucek i spojrzał na nas z niepokojem. Jego instynkt samozachowawczy był chyba sprawniejszy w tym
momencie niż mój.
- Kinga, może przeniesiemy tę rozmowę na jutro, kiedy wytrzeźwiejemy? Co
ty na to? - spytałem. Czułem już bowiem, że udzielająca się nam
wzajemnie euforia pochłonie nas za chwilę do reszty i stracimy
racjonalny osąd sytuacji. - Może się zdarzyć, że dzisiejsze ustalenia
upadną, bo nowe pomysły będą lepsze.
- Masz rację, ja nie nadaję się już dziś do dalszej dyskusji. Wpadnę
jutro - zapowiedziała.
1. palazzo (wł.) - pałac [wróć]
2. barysznie (ros.) - panny, panienki [wróć]
3. Malczik... (ros.) - Chłopcze, chcesz? [wróć]
4. pażałsta (ros.) - proszę [wróć]
5. drużestwo (ros.) - przyjaźń [wróć]
Rozdział 2. Wieczne dylematy
Rozdział 2
Wieczne dylematy
Następnego dnia Kinga oczywiście nie zjawiła się, jak wcześniej
obiecała. Prawdę mówiąc, nie zmartwiliśmy się zbytnio, bo kiedy
przeanalizowaliśmy to szaleńcze przedsięwzięcie na trzeźwo, wydało się
nam tak absurdalne, że tylko głupiec mógłby porwać się na tę
abstrakcyjną propozycję.
Anna wróciła do pisania i swoich fundacyjnych spraw, a było ich całe
mnóstwo - konferencja, koncert w Filharmonii Narodowej, jakaś wystawa.
Umówiła się też na upragnione zajęcia z ceramiki, o czym marzyła latami.
Wreszcie nadszedł czas. Ja z kolei nadrabiałem zaległości w czytaniu.
Piętrzył się przede mną stos nietkniętej literatury, która czekała na
mnie wiele miesięcy.
Jednak już kolejnego przedpołudnia chwilowy spokój prysł niczym bańka
mydlana. Kinga, jakby nigdy nic, w znakomitym humorze stanęła przed
naszymi drzwiami.
- Cześć, Kingo, miałaś być wczoraj.
- Tak, ale miałam spotkanie z inwestorem, jak rozumiecie bardzo ważne
było i zabrało mi sporo czasu.
- I co? Sprawa nadal aktualna? - spytałem.
- Jak najbardziej! Będę miała wkrótce rysunki i plany całego domu.
Uzgodniłam też wyjazd na miejsce. Nie obejdzie się bez fotografii, które
nam rozjaśnią w głowach i dadzą pojęcie o rozmiarach budowy. Krótko
mówiąc, jadę zrobić rekonesans. I to jak najszybciej, ponieważ sprawa
stała się pilna. Jacek, jedź ze mną!
- Ale czym? - spytałem nie bez powodu.
- Jak to czym? Samochodem Anny! - odparła.
- O, nie, za żadne skarby świata! - zaprotestowała Anna. - Ja muszę mieć
auto do dyspozycji, nie tylko ze względu na Mazury, ale też z powodu
psa, który już nie może podróżować koleją. Jedź sama, może minie ci ten
nagły zapał do budowy. A, i jeszcze jedno, czy inwestor ponosi koszty
tej wyprawy?
- No nie, przecież to nasza sprawa. Inwestycja w przyszłość.
- Póki co, na razie tylko w twoją, moja miła..., a może poleć samolotem
wobec tego? - podsunąłem.
- Dobry pomysł! Pożyczę kasę od mamy na poczet przyszłych zysków. A tymczasem zastanów się, chłopcze, nad ogólnymi kosztami, przynajmniej z grubsza, zanim dostaniemy plany - zwróciła się do mnie.
- Ale Kinga, ja jeszcze nie zdecydowałem ostatecznie, czy chcę brać
udział w tej przygodzie.
- To nic, ale przynajmniej wykaż trochę dobrej woli i pomóż koleżance,
dodam, ulubionej koleżance, nieprawdaż? Zważ, że będę ci gotowała
obiady!
- Absolutna wariatka - rzuciła ze śmiechem Anna. - Całe szczęście, że
cię lubię. Zrobię pyszne spaghetti.
- Teraz to zrobiłam się naprawdę głodna. Dawaj szybko tę pastę, niech
poczuję klimaty Południa. Ech, Italia... Muszę czym prędzej wprowadzić się
w tę śródziemnomorską atmosferę. A jakiegoś wina włoskiego nie macie
przypadkiem? Pogoda nas nie rozpieszcza, plucha za oknem, ziąb
niemożliwy.
- Jacku, wyciągnij to chianti, którego tak pilnie strzegłam. Myślałam,
że uchowam je do świąt.
- O, lubię chianti! A o których świętach myślałaś? Bożego Narodzenia?
Wcześniej będą mikołajki! Właściwie to prawie zaraz. Jest zatem okazja -
ucieszyła się Kinga.
- A ty, Jacku, rusz się wreszcie - poprosiła Anna.
- Niech tam, wyniosę śmieci... - burknąłem. - I wyjdę z psem na spacer, bo
adrenalina przesłania mi obraz przyszłości.
- Tylko wracaj prędko, bo obiad prawie na stole, a mamy tyle jeszcze do
przegadania - przypomniała Anna.
Idąc po schodach, bo winda nieczynna, myślałem sobie, że może jednak ona
oczekuje ode mnie podreperowania mocno nadwyrężonego domowego budżetu.
Prawdę mówiąc, mam wyrzuty sumienia, bowiem moja ostatnia afrykańska
wyprawa zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Utopione w niej ogromne
pieniądze nie tylko nie przyniosły oczekiwanego zysku, lecz wpędziły nas
w duże kłopoty finansowe, także z powodu bakterii New Delhi, która o mało nie posłała mnie na tamten świat. Było już ze mną bardzo krucho, a nawet beznadziejnie. Dosłownie cudem uszedłem z życiem.
Tak więc, kiedy po prawie trzech latach wróciłem do Polski, Anna,
odbierając mnie z lotniska, nie poznała mnie prawie, tak bardzo byłem
zmieniony. Nic dziwnego, przy swoim słusznym wzroście - metr
osiemdziesiąt pięć - ważyłem zaledwie pięćdziesiąt osiem kilogramów. W butach i z plecakiem. Specjalnie zważyłem się na tę okoliczność na
lotnisku w Madrycie.
Anna, nie pierwszy już raz zresztą, wzięła mnie pod swoją opiekę.
Odkarmiła, zadbała o spokój psychiczny po licznych traumach. Należy się
jej podziękowanie, wszak to moja życiowa partnerka.
Spacerując po parku, widzę gdzieniegdzie trochę czystego śniegu. Nasze
psy zawsze lubiły park Skaryszewski. Znały tu każdą ścieżkę, każdy
kamień. Do niedawna były jeszcze dwa. Kochanego Fanga już nie ma
niestety, odszedł biegać po niebiańskich łąkach.
Spotykam starych znajomych, między innymi Eugeniusza, troskliwego
opiekuna aż trzech koszmarnych przygarniętych kundelków. Eugeniusz to
wyjątkowy parkowy oryginał, niekryjący się ze swymi poglądami
zdecydowany prawicowiec. Z dumą pokazuje mi pomnik wdzięczności
żołnierzom radzieckim, który znów pomalował na czerwono. Jestem pełen
podziwu dla jego wytrwałości i determinacji w ciągłym dewastowaniu tegoż
szpecącego park obiektu ustawionego na osi jego głównej alei.
Miło mi się spaceruje z Luckiem, jednak pora wracać do domu, pewnie
dziewczyny pomstują, że tak długo zabałaganiłem.
Przy wejściu do klatki natknąłem się na sąsiadkę zza ściany, zwaną przez
mieszkańców "Radiem Maryja", która wskazując głową na nieczynną windę,
szepnęła mi konspiracyjnie do ucha:
- Mówi się, że to pan zniszczył drzwi i unieruchomił windę.
"O kurwa, w jakim ja świecie żyję!" - pomyślałem. To zabrzmiało jak
epizod z Dnia świra.
Nabuzowany adrenaliną i piekielną złością podjąłem natychmiast decyzję o wyjeździe do słonecznej Italii. Nawet z Kingą.
- Co cię tak długo nie było? Wszystko zimne, coś ci się stało? Tylko raz
w życiu widziałam cię w takim stanie, kiedy w Chinach ukradli nam bilety
na podróż - przestraszyła się Anna.
- Kinga, kiedy chcesz jechać? - zapytałem w desperacji.
Obie spojrzały na mnie podejrzliwie. Anna wskazującym palcem zaczęła
stukać się w czoło.
- A to ci dopiero, ledwie godzinę temu byłeś sceptyczny co do wyjazdu.
Stało się co?
- Mam dość tego kraju, cywilizacja jeszcze tu nie dotarła, ludzie
straszni, nie to co Włosi... Pamiętasz, jak nas gościli? Ach, bella
Italia1...
- Pewnie, że pamiętam. I to w wielu miejscach.
- O Boże, jak nam było cudownie w Wenecji, gdzie nawet śmieciarz
codziennie podpływał swą gondolą pod nasze okna i śpiewał mi
najpiękniejsze arie operowe. A wyglądał jak sam Rudolf Valentino w swojej nieskazitelnie czystej błękitnej koszuli. A te nasze włóczęgi
wzdłuż calli2, riva3 i fondamenta4, gdy
gubiliśmy się w labiryncie uliczek, przejazdy vaporetto5 po
Canal Grande, wizyty w Galerii Akademii, gdzie znajdują się płótna
wybitnych przedstawicieli sztuk malarskich... - rozmarzyła się Anna.
- Nigdy też nie zapomnę atmosfery przypływów, kiedy to woda wyraźnie już
wdzierała się na Piazza San Marco, a my dopijaliśmy cappuccino, siedząc
w ogródku słynnej kawiarni Florian. Kameralna orkiestra grała do końca
jak na "Titanicu", a kelnerzy, nie przejmując się przybierającą
nieustannie wodą, ze stoickim spokojem dalej obsługiwali nielicznych już
gości. Wracaliśmy wówczas do naszego przytulnego hoteliku w Cannaregio,
brodząc po kolana w wodzie, bo foliowe torebki, które włożyliśmy na
buty, niestety nie ochroniły nas wystarczająco - dodałem. - Ale
przyznasz - zwróciłem się do Anny - że to, co nas spotkało podczas
ostatniego pobytu w Rzymie, przeszło nasze wszelkie oczekiwania.
- Prawda! To przygoda, którą nazwaliśmy rzymskimi wakacjami.
Rzeczywiście kapitalna i niespodziewana. Posłuchaj, Kingo! Otóż pewnego
dnia postanowiliśmy spontanicznie pojechać autobusem, dodam jedynym,
który obsługiwał ten kierunek, i przejść Via Appia, najstarszą rzymską
drogą. Wysiedliśmy więc na przystanku Via Appia Antica, odwiedziliśmy
kościółek Quo Vadis, a dalej już chcieliśmy przemaszerować piechotą
kilka kilometrów starożytną drogą w stronę lotniska Ciampino. Tam
znajdował się przystanek autobusu, którym zamierzaliśmy powrócić do
centrum.
- A co było dalej? - zapytała Kinga wyraźnie zainteresowana dalszym
ciągiem opowieści.
- Niestety, już na starcie źle się zaczęło. Po kilku krokach wrzasnąłem
boleśnie, bowiem niefortunnie nadepnąłem na szkło, które przebiło
podeszwę moich eleganckich płóciennych butów. Wbiło się na tyle głęboko,
że krew ze zranionej stopy zalała cały pantofel. Po długiej szarpaninie
udało się je wyciągnąć i z grubsza oczyścić but. Ruszyłem więc, utykając
nieporadnie, za Anną tym najważniejszym rzymskim traktem jak skazaniec.
Postanowiłem być twardy i nie zawrócić z drogi z powodu byle kontuzji.
Szliśmy powoli, bo szybciej się nie dało, lecz widoki i atmosfera
miejsca wynagradzały nam wszelkie niedogodności.
- O kurczę, aleś twardziel, można więc z tobą wziąć tę robotę w Toskanii
- wtrąciła Kinga. - Nie spierdolisz do domu jak dzidzia z byle powodu.
Prawdę mówię?
- Oj, Kinga, spierdolę czy nie, to czas pokaże, na razie chciałbym
dokończyć ci piękną historię pokazującą, co potrafili Rzymianie, a właściwie ich niewolnicy, i jak skończył się nasz spacer. Czymś
absolutnie niezwykłym było podążać najważniejszą drogą łączącą niegdyś
Wieczne Miasto z Kampanią, której zasadniczą rolą było wpierw
zaopatrzenie Rzymian w żywność. Kuśtykałem więc tak w towarzystwie Anny,
mijając pomniki grobowe, kolumbaria i monumentalne grobowce
najważniejszych rzymskich rodów, a właściwie ich ruiny.
- Fascynujące jest to, co mówisz... - powiedziała Kinga w zachwycie. - Jak
pojadę wreszcie kiedyś do Rzymu, to przejdę ten szlak, jak Boga kocham!
- Pewnie, pewnie... Tymczasem, jak można było przewidzieć, słońce zaczęło
chylić się ku zachodowi, a my byliśmy coraz bardziej niespokojni z powodu szybko zapadającego zmierzchu. Nieco przyspieszyliśmy kroku, lecz
końca drogi wciąż nie było widać. Zdałem sobie sprawę, że szansa na
złapanie powrotnego autobusu maleje z każdą minutą. I w tym momencie
zatrzymała się obok nas biała limuzyna, z wnętrza której wyjrzał miły
starszy pan i spytał, czy mógłby nam pomóc, może gdzieś podwieźć, bo
widzi, że mamy drobny problem.
- Nie wierzę, tylko wam zdarzają się takie historie!
- Coś w tym jest, mamy trochę szczęścia - wtrąciła Anna. - Ale niech ci
Jacek powie, jak niedorzecznie się wówczas zachował. Myślałam, że go po
prostu zamorduję z zimną krwią za brak rozumu.
- No tak, bo w tamtym momencie zwyczajnie zapomniałem języka w gębie,
zacząłem coś dukać, że nie chcielibyśmy sprawiać mu kłopotu, czy coś w tym rodzaju. Po chwili poczułem ostrego kuksańca w bok i usłyszałem, jak
Anna rozkazującym tonem syknęła: "Wsiadaj!". A do człowieka w aucie z rozbrajającym uśmiechem powiedziała: "Ależ tak, bardzo chętnie
skorzystamy z pańskiej pomocy, ponieważ pewnie za chwilę ucieknie nam
autobus. Jeśli pan taki miły, proszę podwieźć nas do przystanku".
Człowiek na to: "Naturalnie, zapraszam do auta". Po czym uprzejmie
otworzył przede mną drzwi, jakby widział przed sobą kalekiego starca.
Ten przemiły Włoch zaproponował nam, że jeśli bardzo się nie spieszymy,
pokaże nam miasto nocą, coś po drodze razem zjemy, a na koniec odwiezie
nas do naszego hotelu. Przyznam, że mowę nam odebrało z radości, że nie
tylko mamy załatwioną podwózkę, ale też takiego przewodnika po Rzymie!
Los jak widać wyraźnie chciał nam wynagrodzić determinację i wolę walki
oraz chęć poznania, która okazała się większa od lęku przed porażką
odwrotu. Tak oto rozpoczęliśmy nasze rzymskie wakacje. Fascynująca i bajkowa nocna sceneria i podróż ulicami miasta, podczas której w zachwyt
wprawiały nas wszystkie ważniejsze zabytki. W blasku reflektorów
wydawały się jeszcze bardziej okazałe i tajemnicze. Mijaliśmy kolejno
pałace i place, świątynie i fontanny, Panteon i Koloseum, ludzi
siedzących w kawiarniach do późna, bo dokąd spieszyć się w taką noc...
- Naprawdę zazdroszczę wam tych historii - odezwała się Kinga. - Nie
byłam nigdy we Włoszech, a do Rzymu i Wenecji zawsze pragnęłam pojechać.
- A w czym był problem? Mogłaś wyruszyć z pielgrzymką - zadrwiłem.
- Jakoś się nie składało. Nie tylko szkoda mi było kasy, ale chyba
zabrakło mi odwagi, a może nie miałam z kim pojechać... Nie byłam w wielu
miejscach w Europie.
- A gdzie byłaś?
- W dawnym NRD, skąd mój stary buty przywoził za komuny, w Gdańsku,
Krakowie, Wrocławiu i Łodzi, no i czasem na wykopaliskach, ale tylko
krajowych. Wiecie, nie miałam nigdy koneksji. Inni jeździli do Egiptu,
na Cypr, a ja do słowiańskiej osady w Biskupinie. Wy to macie ciekawe
życie.
- Nooo, nie wiem, samo się dzieje, przyciągamy wciąż rozmaitych
dziwaków, rozbitków życiowych, nieudaczników - wtrąciła Anna.
- Na przykład kogo? - spytała zaciekawiona Kinga.
- Na przykład ciebie! - Anna się roześmiała.
- No wiesz! Ja akurat jestem poukładana jak rzadko, mam plany na
świetlaną przyszłość, no i nową miłość.
- To dobrze, a co z poprzednią? Już nieaktualna? - spytała Anna.
- Jakby tu powiedzieć... kobieta nudna była. Ot co!
- Rozumiem to - wtrąciła Anna. - Nuda to największy wróg miłości.
- A widzisz? Nie zaprzeczasz.
- Tak więc, jak widzisz, Kingo, nasze wspomnienia z Italii to radość w sercu, dlatego podjąłem decyzję o wyjeździe z tobą do Toskanii -
przerwałem im przekomarzanki.
- A ja myślałam, że to twój altruistyczny odruch wobec mnie, a tymczasem
czuję, że ciągnie cię tam z zupełnie innego powodu!
- Masz rację, dziecino, jednak nie mieszaj biznesu z uczuciami.
- Co ty możesz wiedzieć na ten temat? Prześlizgujesz się po życiu,
fruwasz po świecie, nie masz obciążeń - oburzyła się Kinga.
- Ja nie mam? Staram się tylko ich nie pokazywać - odparłem. - No
dobrze, my tu gadu-gadu, a wracając do spraw zasadniczych, to kiedy masz
spotkanie z inwestorem? Chciałbym w nim uczestniczyć, jeśli można. Warto
poznać tę jego wizję oraz porozmawiać o finansach - dodałem.
- Dobrze, ale nie teraz, bo inwestor właśnie wyjechał.
1. bella Italia (wł.) - piękne Włochy [wróć]
2. 1 calli (wł.) - uliczki [wróć]
3. 1 riva (wł.) - brzeg [wróć]
4. 1 fondamenta (wł.) - W Wenecji przejście wzdłuż rzeki lub kanału u podnóża budynków. [wróć]
5. vaporetto (wł.) - tramwaj wodny [wróć]
Rozdział 3. Plany
Rozdział 3
Plany
Tydzień później Kinga przybiegła uradowana wraz z rysunkami
nieruchomości położonej w pięknej dolinie Amiaty.
- Mam, mam wszystko! - krzyknęła od progu i położyła rulon kartonu na
stół.
- Pokaż! - zawołaliśmy i rzuciliśmy się do planów.
- Włącz szybko komputer - powiedziałem do Anny. - Chciałbym sprawdzić w internecie, gdzie to jest i obejrzeć okolicę.
Stanęliśmy z Kingą za plecami Anny, kiedy odszukała wreszcie docelowe
miejsce - Montelaterone rozłożone u podnóża Amiaty - wygasłego wulkanu w Toskanii.
Na ekranie laptopa naszym oczom ukazał się zachwycający obraz
przepięknego średniowiecznego miasteczka wzniesionego wysoko ponad
zielony busz lasów oraz regularnie prowadzonych winnic. Nad wszystkim
górowała tajemniczo kopuła Amiaty. Gapiliśmy się na kolejne prezentowane
w internecie fotografie jak zaczarowani, w ciszy, podziwiając ten
cudowny pejzaż oraz urodę kamieniczek Montelaterone. Dech nam zapierały
kolejne zdjęcia. Wszystko razem pobudzało naszą wyobraźnię do tego
stopnia, że od razu zapragnęliśmy dowiedzieć się czegoś więcej na temat
tego rejonu. Zaczęliśmy się odpychać od komputera, bo każde z nas
chciało po swojemu szukać i coś innego oglądać.
- Mam tego dość - powiedziała w końcu Anna. - Zrobię nam gorącej herbaty
i wyjdę z Luckiem, a wy walczcie dalej.
Oderwaliśmy się na chwilę, by w pośpiechu, parząc sobie usta herbatą,
wrócić natychmiast do jakże ekscytującego zajęcia.
- Kinga, a gdzie dokładnie ten dom? - dopytywałem się z rosnącym
wyraźnie zaciekawieniem.
- Przecież mówiłam, że to palazzo na wzgórzu, masz tu rysunki,
przestudiuj je jeszcze raz.
Rozłożyłem ponownie plany na stole i dostrzegłem od razu potężną
kubaturę budynku.
- Kinga, ależ to aż trzysta metrów kwadratowych! - skwitowałem z przerażeniem.
- Przecież mówiłam, że to porządna rzecz, a nie byle domek letniskowy.
- Tak, ale tu potrzebna cała ekipa ludzi do pracy!
- Aaaa, to już twój problem, kolego, ja jestem tylko kierownikiem tego
biznesu. - Zaśmiała mi się w nos.
- A kim ja jestem według ciebie?
- Wykonawcą oczywiście. I projektantem. Do zrobienia jest cała
elektryka, hydraulika, wodociąg i kanalizacja, ogrzewanie, a ponadto
tynki, podłogi, okna, drzwi, tarasy i jeszcze całe otoczenie trzeba
będzie wygłaskać na koniec.
- Kinga, ja chyba śnię, chcesz, żebyśmy to wszystko zrobili własnymi
siłami?
- Nie wiem, wydaje mi się, że damy radę.
- Czy ty sobie, kobieto, zdajesz sprawę, na co się porywasz i w co mnie
mieszasz?
- Oj Jacek, miałam cię za faceta, nie babę, rusz mózgownicą i wymyśl,
jak to zorganizować.
- Przecież to ty jesteś kierownikiem!
- No tak, ale wiesz, że nie mam takich kontaktów, a ty z niejednego
pieca chleb jadłeś, remontowałeś swoje domy, to wiesz, jak sobie z tym
poradzić - rzuciła zniecierpliwiona.
- Kinga, może i wiem, lecz skala tych domów była inna, a ten jest
ogromny i we Włoszech. Nie miałem takich doświadczeń, co innego w Anglii
czy w Polsce...
- Znów komplikujesz, boisz się, że nie podołasz? Ja się nie boję, już
czuję przypływ dobrej energii, opiekę Buddy współczucia, na pewno
wszyscy bodhisattwowie roztoczyli nade mną opiekę - rzekła Kinga, chyba
rzeczywiście wierząc w to, co mówi.
- Ja pierdolę, ale ty bredzisz, kobieto - nie mogłem utrzymać języka na
wodzy.
- O, przepraszam, czuję się facetem! - Kinga zaśmiała się uroczo.
- To ja przepraszam, zagalopowałem się odrobinę, wiem, że masz
niewykorzystany potencjał.
- Jacek, od czego zaczniemy?
- Wiadomo, najpierw trzeba zrobić rekonesans, a na tych planach musisz
umieścić wszystko, co zobaczysz na miejscu - gaz, wodociąg, kanalizację
i wodę. Sprawdzić dokładnie, co ma być przebudowane, pomierzyć otwory na
okna i drzwi, aby te czym prędzej wstawić. A najważniejsze, powinnaś
koniecznie rozejrzeć się po okolicy za sklepami budowlanymi, sprawdzić
ceny i lokalne możliwości.
- Jacusiu mój drogi, ale ja już wiem od inwestora, że te wszystkie
materiały będziemy wieźć z Polski!
- Oszalałaś chyba, kto by wiózł na przykład cement czy piach?!
- Piachu akurat nie będziemy wozić, bo ściany podobno mamy wykonać w glinie. Teraz taka metoda jest trendy i zdrowa dla organizmu.
- Co? Jeszcze czego! Nigdy nie widziałem, jak to się robi. A może
jeszcze dodatkowo lądowisko dla helikopterów zbudujemy? O rzut beretem
od Rzymu, łatwiej byłoby transportować te wszystkie fanaberie inwestora.
- A co za problem, to wejdź w internet!
- Ja cię chyba zamorduję, zanim wyjedziemy i nie będzie problemu.
- Ha, ha, nie panikuj, damy radę, zobaczysz. A póki co, zaraz zabukuję
sobie samolot do Rzymu.
- A potem jak się dostaniesz na miejsce?
- Kawałek pociągiem do Grosseto, potem autobusem do Montelaterone, a dalej już piechotą. A przy okazji, macie jakiś śpiwór i namiot
przypadkiem?
- A po co ci? Mówiłaś, że można zatrzymać się w tym domu.
- Tak, mówiłam, ale na wszelki wypadek wolę mieć.
- OK, pożyczymy ci, choć lepiej byłoby, gdybyś miała możliwość
obejrzenia domu od środka.
- Mario mi go otworzy - odpowiedziała Kinga.
- A kim jest ten Mario? - nie odpuszczałem.
- To znajomy inwestora.
- Rób, co chcesz, w każdym razie dokładnie wszystko obejrzyj z bliska,
sfotografuj, zrób dokumentację i zdobądź oficjalne papiery. Jak wrócisz,
pogadamy. Póki co czuję chaos. Poproś więc swoich bogów o przychylność,
inaczej padniemy z kretesem już na starcie.
Anna, która siedziała cicho przy komputerze od czasu, kiedy wróciła ze
spaceru z Luckiem, uniosła się teraz znad biurka i załamanym głosem
stwierdziła:
- Kochani, powtarzam to już kolejny raz - czarno to widzę, ta wyprawa do
Toskanii to nie tylko wariactwo, to istne samobójstwo. I pachnie zwykłą
amatorszczyzną. Zrobię wam dobrej kawy i rozstańcie się na tym etapie
sprawy w przyjaźni.
Wiem, że miała rację, niemniej bakcyl przygody już został połknięty.
Potrzeba zarobienia pieniędzy też przyćmiewała zdrowy rozsądek. Czułem,
że już uległem magii tego wyzwania.
Lucek położył mi pysk na kolanie, prosząc wyraźnie o ponowne wyjście
albo też pragnąc mi instynktownie przekazać coś w rodzaju: "Człowieku,
zastanów się, co robisz". W takich sytuacjach byłem już wielokrotnie,
jednak na ogół miałem szczęście i wychodziłem z nich cało. Choć zdarzały
się też porażki. Biłem się z myślami. Co robić? Czas potrzebny na
decyzję się skracał. "Chyba nie mogę zostawić Kingi samej. Wyjdę z Luckiem i pomyślę w spokoju" - uznałem.
Kiedy wróciłem, dziewczyny żywo dyskutowały na temat odpowiedzialności.
Ciągle nie wiedziałem, jak przekonać Annę do tego szaleńczego planu.
Jedno było pewne, nie chciałem jej zawieść tym razem.
Rozdział 4. Rekonesans
Rozdział 4
Rekonesans
Kinga wróciła po trzech tygodniach. Umówiliśmy się u naszego ulubionego
Włocha w Bella Napoli na Saskiej Kępie, żeby wprowadzić się w klimaty
śródziemnomorskiego Południa. Zamówiliśmy wszyscy jak jeden mąż
carbonarę i karafkę domowego czerwonego wina. Na deser tiramisu i espresso.
- No, teraz opowiadaj i pokaż zdjęcia - zaczęła Anna, niecierpliwie
sięgając po aparat fotograficzny Kingi.
- Zaraz, zaraz, nie tak prędko, wszystko po kolei. Najpierw dajcie mi
się posilić, odbyłam w końcu niezłą eskapadę za swoje pieniądze, na
dobre żarcie nie starczyło.
- Kinga, czy ty jesteś normalna, żeby podróżować w cudzym interesie za
swoje pieniądze? - oburzyła się Anna.
- Jak mówiłam wcześniej, to inwestycja w naszą wspólną przyszłość, może
nawet świetlaną? Kto wie?
- Nie mogę się doczekać, mów wreszcie, jakie rewelacje przywiozłaś z tej
Toskanii - niecierpliwiła się Anna.
- Aaaa, to nalejcie mi wina, proszę.
I Kinga zaczęła snuć opowieść o przepięknej okolicy, o wzgórzach,
blaskach i cieniach, mgłach i zachodzącym słońcu, jakby oddalając
oczekiwany wątek.
- Kinga, przestań mówić o pierdołach, tylko przejdź do rzeczy! -
rzuciłem.
- Zaraz, zaraz, jeszcze jeden kieliszek poproszę, bo muszę uporządkować
myśli i się skupić, żeby niczego nie pominąć.
Wychyliła kolejny kieliszek. Ja tymczasem zamówiłem następną karafkę.
Uznałem bowiem, że inaczej nigdy nie usłyszymy dalszego ciągu tej
relacji.
- Moi drodzy przyjaciele - zaczęła wreszcie ceremonialnie. - Szykuje się
piękna robota, trochę jest skomplikowana, ale mamy szansę na wielkie
pieniądze. Pracy faktycznie jest po kokardę, ale za to w jakim miejscu!
Tak naprawdę możemy to potraktować jak wspaniałe wakacje. Tak też
powiedział inwestor. A nawet dodał, że za te widoki to w zasadzie
powinniśmy mu dopłacić. A teraz milczcie i słuchajcie mnie pilnie, bo
nie będę powtarzać znów tego samego - dodała, sięgając jednocześnie po
aparat. - Jeszcze nie zgrałam wszystkich zdjęć na gwizdek, ale możecie
popatrzeć w ekranik. Oto, co wam przywiozłam!
Faktycznie, na szybko pokazywanych zdjęciach w dużym pomniejszeniu
zobaczyliśmy całkiem niezłą willę zbudowaną w toskańskim stylu z jasnego
piaskowca.
- Sami widzicie, że dom jest spoko. Okolica też, wokół fajni ludzie -
opowiadała Kinga.
- Spałaś w tym domu?
- Nie, w namiocie, bo nie dostałam pozwolenia i kluczy.
- Nie zmarzłaś aby w tym namiocie? A jak się tam myłaś? - zainteresowała
się Anna.
- Normalnie, na stacji benzynowej, a w namiocie też było do wytrzymania.
Mam również wszystkie papiery z merostwa, plan zagospodarowania,
projekt, dokumentację i część pozwoleń. Okna i drzwi też już są
zamówione. Jacek, teraz już tylko wystarczą projekty, które zrobisz, i lecimy z tym towarem! Aha, jeszcze ludzi jakichś zorganizuj, najlepiej,
żeby mieli jako takie pojęcie o budowlance.
- Ja miałem podjąć się ewentualnie projektów instalacji jako inżynier, o ludziach nie było mowy. Nie znam wielu robotników budowlanych.
- Dobra, popytam kumpli, ale ty przecież mógłbyś wziąć jakichś chłopów z Mazur od siebie, tam podobno nie ma pracy od czasów, kiedy skończyły się
PGR-y - mówiła Kinga.
- To prawda, nawet swego czasu sam zatrudniałem takich kolesiów,
zapewniam cię, że dobrze to się nie skończyło. Tylko spółki skarbu
państwa mogą się równać z nimi w kradzieżach.
- Rozejrzyj się jednak, proszę, według mnie nie ma to jak prawdziwy
chłop z Mazur - skwitowała Kinga.
- A te okna to gdzie zamówione? - spytałem.
- One przyjadą z Finlandii, plastikowe, dobrej jakości i wstawią je
producenci.
- A cała reszta jak wygląda?
- Niestety, na początku całą klatkę schodową trzeba zburzyć, bo z parteru nie będziemy wchodzić. Ma być wejście na piętro, z tarasu.
- To rozumiem, że trzeba i taras zrobić, i schody zewnętrzne?
- Jasna sprawa, przecież trzeba jakoś wchodzić do domu. Już są zamówieni
Albańczycy do tych robót.
- Skąd pomysł na Albańczyków? - spytałem.
- Och, widać nie znasz włoskich realiów. Albańczycy są najtańsi, potem
Ukraińcy, choć ci już się wycwanili i nie robią za psie pieniądze, no i wreszcie Polacy. Od jakiegoś czasu tworzą elity budowlane. Wprawdzie
skończyła się już epoka tych, co to z doktoratami i profesurą jeździli
dorabiać za granicę na budowach, bo z uniwersyteckiej pensji nie byli w stanie wyżyć, lecz wciąż można ich jeszcze spotkać tu i ówdzie,
najczęściej przy zbiorach oliwek, owoców, a zwłaszcza kiedy rozpoczyna
się sezon winobrania.
- To może wobec tego weź tych Albańczyków do dalszych robót -
zasugerowałem.
- Wykluczone! Oni nadają się tylko do burzenia, a my tu mamy prawdziwie
artystyczną koncepcję do zrealizowania. Spójrz na moje ręce, czy one
nadają się do fizycznych zadań? - Kinga podsunęła mi swoje dłonie pod
nos.
- A co, freski jakieś przewidujesz, malowidła na ścianach? - spytała
Anna.
- Mówiłam, że tylko glina wchodzi w rachubę, ma być nowocześnie,
skromnie, a zacnie - podsumowała Kinga.
- Fakt, to nie to samo co złote, a skromne, jak mówią książęta Kościoła.
I kto tę glinę będzie kładł, a przede wszystkim, gdzie ją kupisz? -
spytałem. - Pierwsze słyszę o takich fanaberiach.
- Wstecznie myślisz, to stara jak świat wysublimowana metoda, nieco
zapomniana, teraz wróciła do łask jako najbardziej designerska w stylu -
rzekła Kinga. - Jej finezja polega nie tylko na strukturze i metodzie
kładzenia, jest również bardzo zdrowa, nawet dla alergików. Ma
właściwości przeciwgrzybiczne i antybakteryjne, magazynuje też ciepło i reguluje poziom wilgotności wewnątrz pomieszczeń. Wbrew pozorom jest
dostępna w magazynach, sprawdziłam w internecie. O, proszę, jaka jestem
mądra!
- Ja umywam ręce, niedobrze mi się robi od tych pseudodesignerskich
pomysłów, dziwolągów projektowych, mchu na dachu, słomy z butów... i całego tego New Age. Jak również słabo mi od tych wszystkich japiszonów,
którzy uprawiają seks tantryczny w swoich SUV-ach, a w mieszkaniach mają
wystrój zgodny z regułami feng shui - powiedziałem.
- Ech, zobaczysz, pięknie będzie, sami to zrobimy, tylko znajdź tych
robotników koniecznie. I to na już! No i kalkulację kosztów obowiązkowo
zrób - dodała. - A seks tantryczny? Czemu nie! Pewnie nic nie wiesz na
ten temat, ignorancie.
- Za to ty na pewno wiesz dużo, moje ty wcielenie buddyjskiej bogini,
tfu!
- Lepiej skup się na tym, o co proszę, i zorganizuj tych ludzi. A w przypływie dobrego humoru uświadomię cię, czym jest życie seksualne na
wyższych poziomach jaźni.
- Dobrze, spróbuję popytać, zostaw mi wszystkie plany, rysunki, skany
zdjęć, tylko przestań mi robić wodę z mózgu na temat ekscytujących
doznań tantrycznych, proszę. Pamiętaj, że wystarczająco długo byliśmy z Anną w Tybecie i wiem co nieco.
- Super! Wiedziałam, że jesteś megafajny facet. A teraz sorki, muszę
lecieć, bo mam randkę!
- Czy zorganizowałaś sobie czarną koronkową jedwabną bieliznę? -
spytałem złośliwie.
- Głupek, czarne z mody wyszło, tylko jasna bawełna. Eko!
- Mam ból głowy, fantastami jesteście - odezwała się Anna znad
niedokończonego deseru po wyjściu Kingi.
- Może jeszcze jedno espresso ci zamówię? - spytałem.
- Nie, dziękuję, chyba apetyt mi odebrało. Nie wiem jak tobie, ale mnie
się to wszystko średnio podoba. Przyznaję, miejsce piękne, klimat
niezły, ale mam wciąż złe przeczucia. Ona jest tak nakręcona na to
zlecenie, że przestała logicznie myśleć. Zostawiam ci jednak wolną rękę.
Rób, co chcesz, tylko nie marudź później, jeśli sprawa zakończy się
klęską was obojga.
Wracaliśmy z Anną w milczeniu cichymi uliczkami Saskiej Kępy, mijając
kolejne miło oświetlone kawiarenki i restauracje o ciepłych wnętrzach,
które tu wciąż mnożą się jak przysłowiowe grzyby po deszczu, jednakże
kosztem lokalnych sklepików, gdzie do niedawna można było kupić wszystko
i to zaraz koło domu. Dziś wyparły je, jeśli nie gastronomia, to
niezliczone zakłady fryzjerskie, gabinety masażu, relaksu i fitnessy o najdziwaczniejszych reklamach pouczających, co powinniśmy jeść, co pić i zrobić z własnym ciałem. Niezrozumiałą dla mnie zupełnie furorę zrobiły
nagle liczne strefy stylizacji paznokcia, zwane chyba dla zmyłki
galeriami, studiami czy z niewiadomego powodu artystycznymi pracowniami.
Czy, do diabła, niczego dziś nie można nazwać normalnie? Czy to jakiś
pieprzony kompleks niższości nakazał nam usunąć sklepy rzeźnickie,
spożywcze, warzywniaki, piekarnie, krawca, szewca czy fryzjera na rzecz
domów nie wiadomo czego, galerii secondhandów, pracowni chleba,
stylistów kiełbasy, studiów designu włosa, sztucznych rzęs czy pazurów?
Urzeczony zastanawiałem się po drodze, ile więc trzeba kupić biojogurtów
i wody bez gazu, żeby lepiej się poczuć i znaleźć w grupie zdrowszej,
która dba o kondycję ciała i zębów, wypróżnia się regularnie, nie używa
cukru, nie je pieczywa ani mięsa i ćwiczy na siłowniach, bo nie wypada
wszak hodować tłuszczyku na brzuchu, nawet gdy on w najmniejszym stopniu
nie przeszkadza kochanej kobiecie.
Tak, za wszelką cenę nie dać się zepchnąć na margines życia, poza dobre
towarzystwo, które zapewni dobrą pozycję w trendy środowisku.
Rozdział 5. Niepoprawny marzyciel
Rozdział 5
Niepoprawny marzyciel
Minęły święta Bożego Narodzenia, a mokry koniec zimy i rozpoczynające
się przedwiośnie nie nastrajały optymistycznie. Ołowiane, chmurne niebo
i utrzymująca się już zbyt długo wszechogarniająca szarość miasta
sprawiły, że zaczęliśmy z Anną tęsknić za ciepłem i słońcem, które
mogłyby choć na chwilę dodać blasku naszemu warszawskiemu życiu.
Jak przyjemnie było przed laty krążyć o tej porze roku po toskańskich
cudownych miastach i miasteczkach, które przebudzone po zimowych nocach
błyszczały i nagrzewały się od południowego ciepłego wiatru. Często
myślałem sobie, że pośród tych falujących wzgórz, zielonych dolin i lasów życie wydaje się pełniejsze, bogatsze, jakieś bardziej radosne.
Ostre promienie słońca już na początku marca sprawiają, że nagle cała
tamtejsza zieleń dosłownie wybucha, rośnie w oczach każdego dnia. Pola
pachną ziemią i ziołami, łąki i sady kwitną jak szalone, świat staje się
przyjazny. Bo o nastroju człowieka, jak się okazuje, decydują klimat i światło, sprawiając, że żyć mu się chce, pragnie się radować każdą
chwilą, optymistycznie patrzeć w przyszłość.
"Jak tu żyć zatem, panie premierze? Jak żyć?" - posłużyłem się w myślach
znanym powszechnie pytaniem tak zwanego zwykłego człowieka, który nie ma
wszak wielkich wymagań, lecz pragnie jedynie spędzić resztę swojego
trudnego życia w spokoju i choćby minimalnym dobrobycie... a przynajmniej
bez długów.
A może właśnie należy rzucić to wszystko i ruszyć ku słońcu? Dołączyć do
wyznawców nowej religii pieniądza, któremu oddają cześć nie tylko
urzędnicy państwowi, lecz też wszyscy ci, którzy z konieczności jadą za
granicę pracować, często na żałosnych, urągających godności zasadach, w poczuciu poniżenia, niejako stając się niewolnikami.
Jeśli w dzisiejszych czasach masz niskopłatną pracę, to nie jest to
tylko zwykły pech, a prawdziwa nieodpowiedzialność. Bo nie jesteś dobrym
członkiem społeczeństwa, jesteś kiepski, skoro nie masz dużego domu i modnego samochodu. Jesteś zatem istotą niższego rzędu, jak śmiesz zatem
żądać od porządnych ludzi pensji pozwalającej na utrzymanie?
Odkryłem nagle, że staram się nie pamiętać, co robiłem przez ostatnie
trzy lata, może wypieram to wszystko, możliwe, że przez większość czasu
nie robiłem nic? Wiadomo, że w każdym społeczeństwie to temat tabu, lecz
odkryłem w sobie talent do cudownego, nieuleczalnego lenistwa. Lenistwa,
którego większość ludzi po wyjściu z dzieciństwa już nie zaznaje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki