Torturowana - C Jane Elliott

-
Proszę czekać

Od Autorki

Kiedy byłam dzieckiem, sądziłam, że nikt nie uwierzy w to, co mam do powiedzenia. Kiedy więc moja książka trafiła na pierwsze miejsca rankingów bestsellerów i wszyscy zaczęli mi gratulować odwagi, że podzieliłam się swoją historią, trudno było mi się z tym oswoić. W jednej chwili nie posiadałam się z radości, a w następnej drżałam z przerażenia, co się teraz stanie. Wypuściłam przecież dżina z butelki.

Pierwszym impulsem do napisania książki była lektura Dziecka zwanego "niczym"Dave'a Pelzera, która ogromnie mi pomogła. Pomyślałam, że jeśli moja historia zainspiruje choć jedno dziecko do mówienia i przerwania cyklu przemocy, to warto ją spisać.

Za każdym razem, kiedy wydawcy dzwonili z informacją, że robią kolejny dodruk, by sprostać ogromnemu zapotrzebowaniu, wyobrażałam sobie, jak wiele osób przeczyta moją opowieść i być może zrozumie, że przeciwstawienie się tyranom i odzyskanie kontroli nad własnym życiem jest możliwe.

Proces pisania nie był łatwy, bo obudził wspomnienia i emocje, o których starałam się zapomnieć. Ale kiedy już wykrzyczałam przed całym światem to, co, jak mi wmawiano, powinno było zostać tajemnicą, czuję się, jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar.

Choć przez lata robiłam wszystko, by zapomnieć, to zawsze było ze mną. Próbowałam się skupić na rodzinnych obowiązkach, znaleźć ukojenie w butelce wina czy paczce papierosów, ale ból zawsze powracał ze zdwojoną siłą. Stawienie czoła problemom i opowiedzenie całej historii przypominało rozsunięcie zasłon i otwarcie okien w słoneczny dzień, było jak wpuszczenie światła i świeżego powiewu do ciemnego pokoju pełnego zatrutego powietrza.

Najbardziej obawiałam się reakcji moich dzieci na tę książkę. Obie córki są jeszcze małe i choć wiedzą, że w moim dzieciństwie działy się złe rzeczy, to nie znają żadnych szczegółów. Dlatego powiedziałam im, że w książce są opisane sprawy, które mogą je zranić, i że wolałabym, żeby przeczytały ją dopiero wtedy, kiedy będą starsze; jak na razie zdołały się oprzeć pokusie - a przynajmniej tak sądzę. Frajda, jaką miały ze słuchania mamy w radiu i oglądania półek w księgarniach wypełnionych moją książką, zrekompensowała im z nawiązką wszelkie nieprzyjemne emocje.

Niełatwo pogodzić się im z faktem, że nie mogą o tym rozmawiać z przyjaciółmi. Było to szczególnie trudne, kiedy książka znalazła się na pierwszych miejscach list bestsellerów i córki bardzo chciały podzielić się z kimś radością, jaka panowała pod naszym dachem. Wiedzą jednak, czym grozi ujawnienie mojej prawdziwej tożsamości i zdradzenie przed moją rodziną miejsca naszego pobytu. Były świadkami tego, co mnie spotkało ostatnim razem, kiedy zaatakowali mnie moi bracia, i wolą, żeby się to nie powtórzyło. Wciąż mi powtarzają, jakie są ze mnie dumne. Mam nadzieję, że zdają sobie sprawę, jak bardzo ja jestem z nich dumna.

Mój mąż również musiał się przystosować do nowej sytuacji i częściej zostawać z dziewczynkami w domu, kiedy wychodziłam na spotkania z wydawcą i udzielałam wywiadów, ale i on sporo na tym zyskał. Satysfakcja, jaką dał mi sukces książki, sprawiła, że jestem o wiele znośniejsza w codziennym życiu (choć oczywiście czasami wciąż bywam jego najgorszym koszmarem!), a poza tym spłaciliśmy sporo długów, które ostatnio narastały. Zdecydowanie teraz powodzi nam się lepiej.

Mój mąż - zresztą tak jak i ja - nie sądził, że moja historia odniesie takie powodzenie. I to zadziwiające, jak szybko oboje przywykliśmy, że jest numerem jeden. Byliśmy nawet rozczarowani, kiedy spadła na drugie, a potem na trzecie miejsce!

Księgarnie są pełne opowieści dręczonych dzieci, a w prasie pojawia się mnóstwo artykułów spekulujących, dlaczego tak wiele osób czyta o tak trudnych tematach. Nie sądzę jednak, by pociągało ich samo maltretowanie, a raczej to, że wielu bohaterom udaje się przetrwać i ostatecznie zatriumfować nad oprawcą. Czytelnicy chcą czuć się zszokowani na początku książki, płakać w jej połowie i cieszyć się zakończeniem.

Uważam też, że czytelników takich książek jak Torturowana można podzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należą ludzie pochodzący ze stabilnych, szczęśliwych domów, niepotrafiący zrozumieć, jak można maltretować własne dziecko. Chcą się również dowiedzieć czegoś o świecie, którego nie są w stanie sobie nawet wyobrazić. Druga kategoria to ci, którzy sami doświadczyli czegoś podobnego i znajdują pociechę w świadomości, że nie są sami. Czerpią inspirację z odkrycia, że po takich doświadczeniach można wieść szczęśliwe, normalne życie i że można całe to nieszczęście obrócić w coś pozytywnego.

Mam przeczucie, że ta druga kategoria jest liczniejsza, niż ktokolwiek chciałby przyznać, i dopóki ten temat będzie uznawany za tabu, nigdy nie poznamy pełnej skali problemu. Może jednak dzięki popularności takich książek jak moja udało się przynajmniej wpuścić odrobinę światła do tych najciemniejszych, najohydniejszych kątów.

Bo dopóki wszyscy nie zrozumiemy, co dzieje się w rodzinach takich ja ta, z której pochodzę, nic nie zmieni się na lepsze.

Prolog

Kiedy ludzie mówią o złu, zwykle przychodzą im na myśl seryjni mordercy jak fikcyjny Hannibal Lecter czy dyktatorzy jak Adolf Hitler, ale dla większości z nas spotkania ze złem są o wiele bardziej przyziemne. Na świecie są podwórkowi tyrani i sadystyczni nauczyciele, którzy zmieniają dni swoich ofiar w koszmar, nieżyczliwi pracownicy w domach starców albo brutalni złodzieje, którzy biorą sobie za cel ludzi starszych czy niedołężnych. Z tego rodzaju złem zwykle stykamy się przelotnie czy też pośrednio, co oczywiście w niczym nie umniejsza grozy takich doświadczeń.

Ale ta książka to historia czteroletniej dziewczynki oddanej w moc człowieka, dla którego zło było nieustannym, codziennym zajęciem. Pozostawała w jego władzy przez siedemnaście lat, aż wreszcie zdołała uciec i zwrócić się przeciwko niemu. To historia terroru i nadużyć na niewyobrażalną skalę, ale także opowieść o ogromnym akcie odwagi, który doprowadził do zatrzymania, procesu i uwięzienia prześladowcy.

Większość z nas zwykle nie wie nic o dzieciach takich jak Jane, dopóki nie przeczytamy w gazetach o ich śmierci, i dopiero wtedy zaczynamy się zastanawiać, jak coś takiego mogło się dziać obok nas, jak do takich rzeczy mogli dopuścić pracownicy opieki społecznej? Próbujemy sobie wyobrazić, co się wydarzyło, ale nie jesteśmy w stanie, bo te dzieci żyją w świecie niewyobrażalnym dla kogoś, kto nigdy w nim nie przebywał. To jest opowieść dziewczyny ocalałej z piekła i wszyscy powinniśmy wysłuchać, co ma do powiedzenia.

Historię Jane Elliott miejscami trudno się czyta, ale musiała być opowiedziana, bo oprawcy, którzy popełniają tego rodzaju zbrodnie, liczą na milczenie ofiar. Jeśli ludzie zaczną mówić o tym, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, zło, jakie spotkało Jane - zło na taką skalę - będzie miało utrudniony żywot. Tyrani mogą działać tylko wtedy, kiedy ich ofiary są zbyt przerażone, zawstydzone czy zażenowane, by wyznać, co je spotyka. Snując swoją historię, Jane sprawia, że zło już nigdy więcej nie zatriumfuje.

Nazwiska wszystkich bohaterów zostały zmienione, by chronić tożsamość Jane i tych wszystkich osób, które pomagały jej w walce o sprawiedliwość.

Wprowadzenie

Starsza kobieta, urzędniczka odpowiedzialna za opiekę nad ofiarami, wiodła mnie z powrotem do sali sądowej. Do tej pory wszyscy dbali o to, by wprowadzać mnie i wyprowadzać innymi drzwiami niż Richarda, mojego ojczyma, a przynajmniej starali się, żebyśmy się nie spotykali, dzięki czemu czułam się pewniejsza. Chowając się za włosami, byłam w stanie unikać jego widoku i zbyt wyraźnego wspomnienia jego twarzy. Teraz, kiedy ze spuszczoną głową wchodziłam na salę, zobaczyłam przed sobą parę butów zagradzającą mi drogę. Uniosłam głowę i spojrzałam prosto w twarz, od której widoku zemdliło mnie ze strachu. Jasne wężowe oczy i rude włosy zupełnie się nie zmieniły; był tylko trochę tęższy, niż go zapamiętałam.

- Proszę mnie stąd zabrać - wyszeptałam przez zaciśnięte zęby, czując, jak jego wzrok wwierca się we mnie, a jego myśli powracają do mojej głowy. - Chcę stąd wyjść, chcę stąd wyjść!

- Niechże się pani uspokoi, na litość boską - powiedziała kobieta, zirytowana moim wybuchem. - Proszę tędy.

Wyprowadziła mnie do pomieszczenia ze szklanymi drzwiami, tuż przy sali rozpraw. Richard ruszył za nami, ale nie wszedł do środka; stanął za szkłem i gapił się na mnie wzrokiem bez wyrazu.

- Niech pani wezwie policję! - wrzasnęłam. - Policja!

- Proszę się uspokoić, moja droga. - Kobieta traciła już cierpliwość. - Kogo się pani boi? Jego? - Wskazała nieruchomą postać za szybą z martwymi, wpatrzonymi we mnie oczami.

- Niech pani tu kogoś ściągnie! - krzyknęłam i wreszcie zrozumiała, że nie zdoła mnie uciszyć. Podeszła do drzwi. - Proszę mnie nie zostawiać! - zawołałam, wyobrażając sobie nagle siebie i jego w tym pokoju. Urzędniczka straciła pewność siebie, bo nie umiała poradzić sobie z sytuacją.

W tej chwili zjawiły się Marie i jakaś druga policjantka. Widząc, że stoję w kącie i chowam twarz przy ścianie jak przerażone dziecko, ruszyły na pomoc, wściekłe na wszystkich. Zabrały mnie w bezpieczne miejsce.

- On mnie zabije - jęknęłam, kiedy Marie objęła mnie ramieniem. - Już po mnie.

- Nie zabije cię, Jane - odparła kojącym głosem. - Już niczego nie może zrobić. Świetnie ci idzie. Jest prawie po wszystkim.

Rozdział 1

Wspomnienia z wczesnego dzieciństwa nie zawsze układają się chronologicznie i nie zawsze wracają w chwili, kiedy się je przywołuje - bywają uparte, wolą ukrywać się głęboko w pancernych szafkach mojego umysłu. Czasami pamiętam jakąś scenkę z czasów, kiedy miałam zaledwie trzy, cztery lata, ale nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego byłam akurat w tym miejscu i co się działo później. Zdarza się, że zagubione wspomnienia wracają niespodziewanie, a byłoby lepiej, gdyby w ogóle nie ujrzały światła dziennego. Mam straszne przeczucie, że w mojej głowie wciąż są miejsca, do których moja podświadomość z rozmysłem zgubiła klucz w obawie, że nie poradzę sobie z natłokiem emocji. Ale któregoś dnia i one pozwolą się otworzyć jak wszystkie poprzednie. Zupełnie jakby czekały, aż będę dość silna, żeby udźwignąć to, co zostanie ujawnione. Wcale jednak nie mam ochoty dowiadywać się, co w nich jest.

Nie zawsze też potrafię ustalić kolejność wydarzeń. Czasem pamiętam na przykład, że w momencie jakiegoś zdarzenia byłam takiego a takiego wzrostu, a nie jestem w stanie określić, czy miałam cztery czy sześć lat. Zdarza mi się pamiętać, że coś odbywało się regularnie, ale nie umiem stwierdzić, czy ciągnęło się to przez rok, trzy lata, czy działo raz w tygodniu, czy raz na miesiąc. Zapewne nie ma to wielkiego znaczenia, ale przez to zamieszanie trudno jest mi zdać relację z pierwszych lat mojego życia, jako że wszyscy inni, którzy pamiętają te czasy, mają powody nie mówić prawdy, a przynajmniej naginać ją tak, by ich rola w moim życiu wyglądała na bardziej znośną.

Pamiętam, że byłam w domu dziecka z moim młodszym bratem Jimmym. Musiałam mieć jakieś trzy lata, kiedy znaleźliśmy się w ośrodku. Jimmy był o osiemnaście miesięcy młodszy ode mnie, więc w zasadzie ledwie wyrósł z niemowlęctwa. Kochałam go bardziej niż kogokolwiek na świecie. Mój tata mówił, że kiedy zabierał nas z domu dziecka na obiad w pubie czy dokądkolwiek indziej, zachowywałam się jak mała mamusia: karmiłam Jimmy'ego i opiekowałam się nim. Sama nie umiem przypomnieć sobie tych wycieczek, ale pamiętam, jak bardzo uwielbiałam Jimmy'ego.

Z domu dziecka pamiętam przede wszystkim brązowe tabletki witaminowe, które wydawano nam każdego ranka w małych, fioletowych kubeczkach, i że zmuszano mnie do jedzenia brukselki: nienawidziłam każdego wilgotnego kęsa, kiedy danie stygło mi na talerzu i stawało się coraz bardziej niejadalne.

Pracowała tam kobieta, która wywoływała mnie po każdej wieczornej zbiórce, kiedy wszyscy dostali już szklankę mleka, i zabierała mnie w jakieś tajemnicze miejsce; kładła palec na ustach, jakbyśmy miały wspólny sekret przed resztą świata. Sadzała mnie i czesała moje długie włosy, kręciła je i układała w nieskończoność, sprawiając, że przez kilka minut każdego dnia czułam się piękna i wyjątkowa. (Włosy miałam tak ciemne i delikatne, że ludzie ciągle pytali mnie, czy jestem Hinduską albo Pakistanką). Kiedy już skończyła, dawała mi małe lusterko, dzięki któremu mogłam zobaczyć tył swojej głowy w dużym lustrze na ścianie i podziwiać jej dzieło. Dla mnie to lusterko było niemal magiczne.

Większość informacji na temat tych wczesnych lat i powodów, dla których zabrano nas z domu, przyszła do mnie później, głównie dlatego, że mama chętnie rozmawiała o mnie z innymi ludźmi, jakby mnie przy tym nie było. Siedziałam cicho w kącie pokoju i czekałam na kolejne polecenie, a ona trajkotała z tą czy inną sąsiadką. Od czasu do czasu przypominała sobie, że tam jestem, i przykazywała mi:

- Tylko mu nie wygadaj, że o tym mówiłam. - Mój ojczym nie lubił, kiedy ktokolwiek opowiadał o przeszłości. Kiedy byłam już dużo po dwudziestce, odnalazłam ojca, i on podał mi parę faktów, ale nie lubię go wypytywać. Mam wrażenie, że tata miał problemy z alkoholem, które mama jeszcze pogłębiała, zabawiając się z innymi facetami i uprzykrzając mu życie. Odszedł od nas, zanim zostaliśmy zabrani do domu dziecka i zanim mama zaczęła się spotykać z Richardem, czy też Głupim Gnojkiem, jak wolę go nazywać. Być może już wtedy mieszkał z nami, chociaż to mało prawdopodobne, bo miałby jakieś szesnaście, siedemnaście lat. Jest starszy ode mnie zaledwie o czternaście lat.

Jimmy i ja trafiliśmy kolejno do dwóch rodzin zastępczych i jedna z nich musiała być całkiem miła, skoro praktycznie niczego nie pamiętam z tamtego okresu. Druga nie była już taka dobra. Ci ludzie wydawali mi się źli, ale może po prostu byli bardzo surowi i wymagali dyscypliny, do jakiej nie przywykłam. Nie wolno nam było rozmawiać i odzywać się bez pytania, a kiedy któregoś razu przyłapali mnie na szeptaniu do Jimmy'ego, zalepili mi usta kawałkiem taśmy klejącej, z której zwisała para nowych skarpetek. Musiałam przez całą noc siedzieć na szczycie schodów, kiedy wszyscy domownicy poszli spać.

Choć nie było mi zbyt dobrze w rodzinie zastępczej, i tak nie chciałam jej opuszczać, ale nie potrafiłam nikomu wytłumaczyć dlaczego.

- Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do domu - zapewniałam mamę, kiedy się z nią widziałam, ale to nie była prawda.

Podczas odwiedzin u mamy atmosfera w domu paraliżowała mnie, choć przez tych kilka godzin nie działo się właściwie nic złego. Siedziałam bardzo cicho, nie chcąc rozgniewać nowego pana domu, ale Jimmy nie miał żadnych oporów i kiedy tylko przekroczył próg, wrzeszczał z przerażenia. Widziałam, że to złości Richarda, i bałam się przez to jeszcze bardziej, ale w żaden sposób nie byłam w stanie uspokoić Jimmy'ego, zanim pracownicy opieki nie zabierali nas ze sobą. Tak więc cały ten czas siedzieliśmy na kanapie: Jimmy darł się wniebogłosy, a ja próbowałam go pocieszać. Czułam, jak gniew Richarda i desperacja matki narastają do niebezpiecznego poziomu. Czekali, aż ten koszmar zwany odwiedzinami dobiegnie końca.

Jimmy miał wielką bliznę biegnącą przez całe czoło, która nie zniknęła nawet wtedy, kiedy już dorósł. Zawsze mówiono mi, że przewrócił się na stolik do kawy. To się wydarzyło, zanim jeszcze trafiliśmy do domu dziecka. Wtedy wierzyłam w tę historyjkę, ale teraz, kiedy się zastanawiam, myślę, że to za duża szrama jak na uderzenie o stolik. Jimmy był malutki i niewiele ważył, więc nie mógł się uderzyć tak mocno. Zastanawiam się teraz, czy nie spotkało go coś gorszego, przez co odebrano nas matce. Może dlatego tak bał się wracać do domu. Pewnie nigdy się tego nie dowiem, bo Jimmy był zbyt mały, żeby cokolwiek pamiętać.

Ktoś powiedział mi, że trafiliśmy pod opiekę państwa, bo byliśmy zaniedbywani, że mieliśmy czerwone odciski na pupach od zbyt długiego siedzenia na nocnikach, ale nikt nie potrafił podać szczegółów.

Zanim trafiliśmy do domu dziecka, mieszkaliśmy w mieszkaniu, ale w czasach, kiedy pojawiają się moje pierwsze wspomnienia, mama i Richard zajmowali już dom komunalny. Może dzięki temu zdołali przekonać urzędników, że nadają się na moich opiekunów. Mieli też już synka, Pete'a, więc pewnie sprawiali wrażenie bardziej normalnej rodziny - ludzi, którzy wyszli na prostą, dojrzeli i stali się odpowiedzialni. Richard był wtedy jeszcze nastolatkiem, ale widocznie opieka społeczna uwierzyła, że jest dość dorosły, by zajmować się dziećmi.

Czasem zastanawiam się, czy mama i Richard wzięliby mnie z powrotem, gdybym robiła tyle hałasu co Jimmy. Teraz żałuję, że nie spróbowałam, bo Jimmy'ego adoptowali dobrzy ludzie. Ja jednak bałam się narażać na gniew Richarda. Wydawało mi się to zbyt niebezpieczne i wolałam w jego obecności zachowywać się potulnie i grzecznie. Jak odkryłam wiele lat później, podobno powiedzieli urzędnikom, że: "Chcą tylko dziewczynkę". Nie mogłam w to uwierzyć, ale potwierdziły to akta Jimmy'ego. Mój brat też czytał te dokumenty, i to odrzucenie przez matkę głęboko go zraniło, choć zapewniałam go, że miał największego farta w życiu.

Słyszałam też, jak mama chwaliła się, że nasza rodzina dała łapówkę komuś z miejscowej opieki społecznej, żeby puścili mnie do domu, i że dwójka starszych urzędników podała się do dymisji na wiadomość, że wracam do "tego piekła", jak określono naszą rodzinę w jednym z raportów. Moje zaginione akta byłyby interesującą lekturą, ale tak naprawdę nie jest ważne, co działo się przez te kilka pierwszych lat, bo prawdziwy horror miał się dopiero zacząć.

Jedna ze scen, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci, to pożegnanie z Jimmym na progu domu zastępczego. Mój brat płakał i ja też chciałam, ale nie odważyłam się okazać uczuć przy ludziach. Ktoś powiedział mi, że Jimmy też wróci do domu za parę tygodni, ale ja w to nie wierzyłam. Sądzę, że musiałam podsłuchać coś, i wiedziałam, że wszyscy kłamią. Czułam, że nas rozdzielą, i serce mi pękało na tę myśl. Nie cierpiałam swojej rodziny zastępczej, ale przynajmniej miałam przy sobie Jimmy'ego. Teraz miałam zamieszkać gdzie indziej, w miejscu, w którym będą się działy złe rzeczy, i nie będę już miała się do kogo przytulić, z kim porozmawiać.

A jednak nie zwierzyłam się mamie z tych wszystkich myśli. Powiedziałam jej tylko, że nie mogę się doczekać powrotu do domu. Nie chciałam zranić jej uczuć. Małe dzieci zawsze chcą sprawiać rodzicom przyjemność, jeśli tylko mogą.

Od rozstania z Jimmym próbowałam porozumiewać się z nim telepatycznie, kiedy tylko byłam sama. Miałam na przedramieniu znamię, które według mnie wyglądało jak litera J, więc wpatrywałam się w nie i próbowałam rozmawiać z moim braciszkiem w głowie: mówiłam mu, żeby był grzecznym chłopcem i obiecywałam, że niedługo go odwiedzę; pytałam, jak mu minął dzień, i opowiadałam o swoich zajęciach. Spotkaliśmy się dopiero, kiedy oboje byliśmy już dorośli i obcy sobie, ale w tamtych czasach myśl, że wciąż mam z nim łączność, była dla mnie jakąś pociechą.

Po przyjściu na świat Pete'a mamie i Richardowi urodzili się jeszcze trzej chłopcy, niemal rok po roku, ale żaden nie potrafił zająć miejsca Jimmy'ego w moim sercu. Musiałam trzymać swoje uczucia w tajemnicy, bo nie wolno mi było wspominać brata. Zupełnie jakby nigdy nie istniał. Mieliśmy wiele takich tajemnic. Nie wolno mi było mówić nikomu, że Richard to mój ojczym, a nie prawdziwy ojciec, choć przecież wszyscy sąsiedzi o tym wiedzieli. Moi czterej bracia przyrodni nie mieli pojęcia, że mam innego ojca, dopóki w trakcie sprawy sądowej - a byłam już wtedy przed trzydziestką - wszystko wyszło na jaw. Nie wolno mi się było kontaktować z żadnymi krewnymi ze strony ojca, oni też dla mnie nie istnieli. W ogóle nie pamiętam dziadków. Richard chciał mieć pełną kontrolę nad wszystkimi niewygodnymi dla niego informacjami.

Mój tato mówi, że parę razy próbował odwiedzić mnie w domu, ale przywitała go taka gwałtowność i przemoc, iż uznał, że będzie bezpieczniej dla mnie, jeśli zniknie i pozwoli, by sytuacja się unormowała. W ten sposób straciłam ostatniego potencjalnego sprzymierzeńca, choć potem dowiedziałam się, że próbował czuwać nade mną w inny sposób.

Któregoś dnia fotografia Jimmy'ego wypadła zza jakiegoś innego zdjęcia w albumie.

- Kto to? Kto to? Kto to? - zaczął się dopytywać jeden z moich młodszych braci.

Richard natychmiast się wściekł. Wyrzucił zdjęcie do kosza i jasno dał do zrozumienia, że nikomu nie wolno więcej pytać o chłopca ze zdjęcia. Jimmy nie był już członkiem naszej rodziny.

Każdy dom, w którym mieszkaliśmy, szybko stawał się wypucowaną do połysku fortecą. Mamie i Richardowi pewnie pomogło to przekonać urzędników, że będą dla mnie dobrymi rodzicami: ich dom był nieskazitelnie czysty i absolutnie bezpieczny. Mój ojczym miał obsesję na punkcie urządzania wnętrz; nie było dnia, w którym nie upiększałby takiego czy innego pokoju. A to naklejał nową wytłaczaną tapetę, jakie widuje się w staroświeckich pubach, a to malował ściany kolejną warstwą farby, a to kładł sosnową boazerię czy budował kominek ze sztucznej cegły. Nawet książki do szkoły obkładałam ścinkami tych jego tapet.

Koniec wersji demonstracyjnej