- Dziadku, zrobiłek piyknego janioła - wyjaśnił zziajany "bałwan", otrzepując się ze śniegu. Popatrzył w stronę przestraszonego paniczyka, po czym huknął mu prosto w twarz: - A.N.I.O.Ł.A! - przeliterował, widząc zmieszanie chłopca.
Jasiek, pewny siebie jedenastolatek, patrzył na Franka okiem znawcy. "Masz babo placek, kolejny mieszczuch, co to ani owcy, ani krowy, ani kozy nie widział. O chodzeniu po górach nie wspominając. Pewnie z Warszawy" - ocenił, widząc nowiutkie śniegowce chłopca, nowiutkie dżinsiki, błyszczącą, markową kurteczkę i zimową wersję czapki z daszkiem, oczywiście nówkę. "Jakiś taki strasznie nowiutki i strasznie świeżutki ten mały. Niczym z Fabryki Nowiutkich Chłopców" - rozmyślał coraz bardziej zdegustowany. "Jezu! I jeszcze ma siostrę!" - jęknął w duszy, zerkając na wysiadającą z tylnego siedzenia dziewczynkę.
- Jestem Zosia - oznajmiła chuda siedmiolatka, szczerząc siekacze w uśmiechu.
"Ta, co wszystko lepiej wie. I śniadanie sama zje... - dokończył w myślach Jasiek, przypominając sobie wiersz Brzechwy. - Gorzej być nie może". A jednak...
- Zajmiesz się naszymi gośćmi, prawda? - rzucił do wnuka dziadek.
Zachwycona Zośka pisnęła z radości. Zahukany Franek przygasł. Jasiek tymczasem poczerwieniał jeszcze bardziej, tym razem ze złości, choć akurat tego nikt nie mógł zauważyć. Jego zmarznięta twarz była już wystarczająco purpurowa. Zaczął więc robić największe na świecie błagalne oczy. Dwa gigantyczne spodki błyszczały w opuchniętej facjacie, dziadek jednak zdawał się tego nie widzieć. Mrugnął porozumiewawczo do wnuka i odwrócił się w stronę turystów. Trzeba pokazać im dom i wynajęte przez nich pokoje.
Jasiek, chcąc nie chcąc, został na posterunku. Przyglądał się przybyszom z nieukrywaną niechęcią. Szczupły, wysoki chłopak, najwyraźniej jego rówieśnik, wyglądał na przestraszonego. Długie, trochę dziewczyńskie rzęsy przysłaniały duże zielone oczy, a jasne, kręcone włosy wymykały się spod czapki. Obrazu słodkiego cherubinka dopełniał drobny nos, który chłopak pocierał teraz nerwowo wierzchem dłoni.
- Jestem Franek - przedstawił się cicho.
Uderzająco podobna do brata dziewczynka była zdecydowanie bardziej zadziorna. Bez skrępowania lustrowała Jaśka od góry do dołu. Jej błękitne oczy patrzyły na niego spod byka, a wydęte małe usta mówiły: "Traktuj mnie serio, koleś!". Z dezaprobatą przyglądała się zlepionym śniegiem czarnym włosom Jaśka i drwiąco uśmiechała się na widok jego wielkiego, czerwonego kinola. Nie bała się gniewnych błysków brązowych oczu chłopca.
Drobna blondyneczka z opadającą na twarz gęstą grzywką wyraźnie toczyła z Jaśkiem walkę na spojrzenia. I nie dawała za wygraną, dlatego zirytowany chłopak rzucił w końcu do Franka:
- Dobra. Bedzies ze mną kidoł. - Po czym ruszył w stronę usypanej pryzmy śniegu.
Pod Frankiem nogi się ugięły. "Co będę robić?!" - znowu nic nie zrozumiał. Wnuk Indianina, jak na wnuka Indianina przystało, powiedział coś po indiańsku. I to coś zabrzmiało bardzo groźnie!
- Ja też?! - przypomniała o sobie dziewczynka.
- Nie. To robota dla chłopaków - warknął Jasiek.
- Czyli dla osiołków? - zapytała niewinnie.
"Tego już za wiele! Nie dość, że z Warszawy, to jeszcze mnie obraża" - zacisnął szczęki Jasiek.
- Chyba dla osiłków - ruszył siostrze z pomocą Franek. - Choć właściwie... na jedno wychodzi - dodał pod nosem.
Zośka fuknęła i niczym wrona (ach, ten Brzechwa!) - "jak to ona, poszła sobie obrażona". Franek zaś ruszył na skazanie. Bo że czeka go coś supernieprzyjemnego, a może jeszcze gorszego, był absolutnie pewien. A tu znikąd ratunku. Rodzice - mimo upominających szczeknięć Bacy - paplali jak najęci, zachwycając się widokami.
Rzeczywiście, z Gubałówki, na stoku której stał dom gospodarza, widoki zapierały dech w piersiach, więc nikt nie reagował na dyskretne chrząkanie Franka. No, prawie nikt, bo Baca czujnie mu się przyglądał, zmuszając chłopca do podjęcia szybkiej decyzji. "Cóż, lepiej poddać się torturom, niż skończyć rozszarpanym przez psa" - zdecydował w końcu "skazaniec", podbiegając do Jaśka. Ten tymczasem, nieświadomy rozterek kompana, złapał łopatę i zaczął... odśnieżać. "Uff, a więc o to chodzi?! - odetchnął ocalony Franek. - Phi! Bułka z masłem! To nie może być trudne" - pomyślał, patrząc, jak sprawnie robi do Jasiek. Złapał sprzęt i... jęknął, bo śnieg okazał się zadziwiająco ciężki. Młody góral uśmiechnął się zadowolony, wyrzucając w górę - trochę na pokaz, więc zbyt wysoko - pełne szufle śniegu. Jego "kolega" tymczasem sapał na całego, bardziej w tej pryzmie grzebiąc, niż ją odgarniając. A i tak po kilku machnięciach nabrał kolorów - rzekłby - indiańskich, gdyby zobaczył się w lustrze. Policzki zaczęły go piec, palce u rąk mrowić, mimo to zrobiło się jakoś tak cieplej. Przyjemnie. "Fajna ta zima" - pomyślał.
- Szkoda, że u nas w Warszawie nie ma tak dużo śniegu - dodał głośno, ale Jasiek go nie usłyszał, nad chałupą bowiem przeleciał z rykiem śmigłowiec.
I to tak nisko, że Franek instynktownie przygarbił się i osłonił głowę. Wyraźnie widział czerwony brzuch potężnej maszyny i wirujące w powietrzu łopaty. Huk silników wypełniał mu czaszkę. Zerknął nerwowo w stronę Bacy. Pies na pewno się przestraszył i może nawet ruszy na niego? Owczarek jednak nadal leżał. Widać nie od dziś znał to stalowe ptaszysko.
- To Sokół - wyjaśnił zdumionemu Frankowi Jasiek - śmigłowiec TOPR-u. Chyba coś stało się w górach - dodał, zerkając w stronę domu.
"Ciekawe, dlaczego patrzy na dom, a nie na góry?" - zastanawiał się chłopiec. Po chwili wszystko stało się jasne. Z domu jak strzała (żeby nie powiedzieć indiańska) wypadł mężczyzna. Zarzucił plecak na ramię i dopinając czerwoną kurtkę z błękitnym krzyżem na ramieniu, złapał smycz. Przy prawej nodze biegł podekscytowany pies. On także miał znak krzyża naszyty na szerokich szelkach, przełożonych przez przednie łapy. Podskakiwał, szczekał, nie odstępował pana na krok. Za nimi ciężko człapało drugie psisko.