??? POEZJA ???JAN POLKOWSKIRozmowy z Brechtem
URODA ŚWIATA
Ciche przedpołudnie
nieuchronnie jak ostateczne zwycięstwo komunizmu
zbliża się upał
Muchy wystawiają dekolty do słońca
szoferzy poetów pucują czarne karoserie limuzyn
by mogły wiernie odbijać urodę świata
Nadmiar czasu pęcznieje
nie mieści się w sobie
rzyga w cieniu bramy na wyglansowane buty tajniaka
Listonosz ostrożnie puka dwa razy
Przynosi na Wiejską z Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego pensję dla Juliana Tuwima
zaś biuściasta listonoszka (niedawno strażniczka w Ravensbrück)
lewą ocalałą dłonią wręcza Bertoldowi Brechtowi
plik banknotów z podobiznami Marksa i Engelsa
Wysłano je punktualnie z perfekcyjnej księgowości
Ministerium für Staatssicherheit
Do pieniędzy opiekuńcze władze dołączyły
paczuszki ze sklepów z żółtymi firankami:
polska szynka pachnące rajską nagością cytryny
grzeszna grecka chałwa i belgijska czekolada
o smaku dziecinnych uśmiechów
W czasie tych dziejowych przemian
moi młodzi piękni rodzice
pilnie notują słowa wykładowcy w zimnej sali
Wyższej Szkoły Gospodarstwa Wiejskiego w Cieszynie
Ojcu już zeszła opuchlizna i odrosły włosy ogolone w obozie
Mnie jeszcze nie ma ale już obserwuję
jak Tuwim i Brecht otwierają lodówki
i umieszczają zawartość przesyłek
tuż obok butelek eksportowej rosyjskiej wódki
Myślą: nie teraz
później gdy wrócę z myszkowania po antykwariatach
z zebrania pisarzy
z próby generalnej w Berliner Ensemble
Wtedy solidnie się napiję
MIŁA NIENAWIŚĆ
Miło jest żyć
Miło jest przeżyć i pociągać zimne piwo
mieszkać w pięknym domu
wieszać na ścianach chińskie maski
i chwalić mądrość zdeptanego ludu
A kiedy już nie ma nic do roboty
powiedzmy pod wieczór koło osiemnastej
właśnie wtedy żeby nie czuć się wywyższonym
albo wybranym życzliwie przeżywać
nieprzeżyte życie ofiar
a nawet przez chwilę
przed snem
nienawidzić siebie
PRAWO WŁASNOŚCI
Jeśli nie wierzysz że to co należy do wszystkich
jest także twoje
dotknij ręki Boga który niczego nie posiada
poza początkiem i końcem
Wtedy zrozumiesz że sam należysz do wszystkich
bo jesteś gliną z której dzieci
lepią niezgrabne
figurki śmierci
NIE BĄDŹ ROZRZUTNY
Na wszystko można znaleźć czas
wystarczy zaoszczędzić tę jego część
której zawsze brakuje
i bez zwłoki przenieść do niej
niewykorzystane życie
W takim wypadku należy zabrać ze sobą
nieprzeczytane książki
aluzje z nieodbytych rozmów
zabawy z dziećmi którym nie pozwoliliśmy się narodzić
niespełnioną miłość samotnych kochanków
a następnie bez żalu i pośpiechu
porzucić nerwowe życie które dotąd nie bez z trudności
dzieliliśmy z brakiem czasu
To właśnie ten brak powoduje że wałkonimy się
nie czytamy książek i marnujemy życie
na kolekcjonowanie spóźnionych zwycięstw
niezrozumiałych klęsk i bezsensowne smakowanie
lęku przed śmiercią
Tymczasem w zaoszczędzonym czasie
czeka na nas rozległe niespieszne życie
w którym wszystko jest bezpiecznie oddalone
a na każdym kroku można spotkać
trochę spóźnione zdyszane szczęście
PRAKTYCZNY MAO
Puste pole suche badyle piaszczysty wiatr
Z jałowej ziemi przewodniczący Mao
zbiera ulotki które rozrzucili burżuazyjni wrogowie ludu
a konkretnie zdezorientowani gówniarze
z sąsiedniego miasteczka
Przewodniczący zanosi stos papierów do wsi
poleca spalić a popiołem nawieźć ziemię
Jednak Ziemia nadal nie chce rodzić
więc Mao każe ją nawieźć prochami
60 milionów zagłodzonych towarzyszek i towarzyszy
Wtedy wyrasta piękna eksportowa odmiana
cebuli oraz inne warzywa które są sprzedawane
na globalnym rynku razem z nerkami wątrobami
i innymi częściami ciał nieuświadomionych gówniarzy
których w międzyczasie
udało się schwytać
SŁOWNIK NIEMIECKO-POLSKI
Pewien pisarz uciekł z kraju w którym reżym dławił wolność
Uciekał nie tyle przed cenzurą więzieniem
czy przykrym widokiem płonących książek
ile przed utworami które mógłby napisać żeby przeżyć
zjeść kanapkę z szynką i popić burgundem
Czytam jego wiersze o białych topolach i kosie
zachłystującym się śpiewem
Dotykam pąków mgły na gałązkach starości
i cieszę się że przed laty gdy wyjeżdżał
zabrał ze sobą także te chorowite i najcichsze słowa
Zakładam że nie chciał ich zostawić milionom rodaków
których ociemniałe serca łopotały jak pochodnie
na cześć Hitlera i coraz bardziej brzuchatych
map fatherlandu
Jednak czasami zaczynam podejrzewać
że pisarz z pośpiechu roztargnienia albo z rozmysłem
nie zabrał całego słownika
Na cichym Potsdamer Platz czuć nadal
dławiący swąd spalonych pod bibliotekami słów
w szklanych biurowcach BASF-u
twarzami do ścian
stoją spopielone sylaby
i słychać jak
krzyczą w marszu
żelazne krzyże liter
Ponad wszystkim
Dumne
Niepokonane
EIN DEUTSCHES REQUIEM
To było zaledwie wczoraj
naród wiwatował na część nowego kanclerza
i nie miał pojęcia że Bertold Brecht
targając w wilgotnej dłoni tekturową walizkę
wypchaną rękopisami ucieka do Pragi
Żegnała go bezradna skarga dogasającego Reichstagu
i ciche słowa płonącego zdania: więcej światła
Nocami lud gorliwie podsycał święty ogień
i w jego poświacie budował czołgi podwodne okręty
podziemne fabryki rakiet i nie zauważył współczucia poety
Potem były podróże: wspaniałe premiery w teatrach Danii
Ameryki i Stalingradu
Na wielu scenach dziewiętnaście milionów Niemców
grało z talentem role umundurowanych mężczyzn
których stroje ze smakiem zaprojektował Hugo Boss
Potem na amerykańskich czołgach przyjechała demokracja
a na rosyjskich bełkocąca mumia Lenina
skończyła się wojna a niebawem także historia
Niestety życie minęło nieco wcześniej
więc Bertold Brecht został wezwany
I chociaż lud Niemieckiej Republiki Demokratycznej
bez względu na rodzaj umundurowania
twierdził że pisma poety są nieśmiertelne
niebiański Marks i Dionizos pozostali nieugięci:
każdy kiedyś dociera do kresu
Wielki niemiecki dramaturg nie miał wyjścia
odsunął plaster Roqueforta
wypluł ostatni łyk merlota Château Pétrus
zdusił kubańskie cygaro zmył chiński makijaż
i odłożył grecką maskę
Gdy umierał odwilż rozkładała ubogie bagaże
wśród zajętych sobą obłoków
Odurzające sierpniowe wieczory brzęczały
jak nurkujące Messerschmitty BF 109
i błyskawicznie pokonany dzień ogłosił kapitulację
W ciemnym wnętrzu Berlina
Elegie Bukowskie brzmiały jak spełnienie
a ponad nimi wolno majestatycznie
kołowały brunatnoskrzydłe
słowa
ZJEDZ CHLEB KTÓRY SAMA UPIEKŁAŚ
Po 1945 roku Niemcy mieli dobre relacje
z narodem rosyjskim.
Olaf Scholz w Bundestagu, 2022
Mniej więcej wtedy gdy ogłoszono złoty wiek
zaczęły się trudności z zaopatrzeniem w chleb i mięso
a wychuchany jedynak Gretchen popełnił błąd
i wypełzł z podkopu
po socjalistycznej stronie muru
Trwała nowa wspaniała wojna i Horst zniknął
Obok bloku w którym mieszkali powstawało nowe osiedle
ogrodzone wysokim murem
Ludzie którzy się tam wprowadzili
mieli niezrozumiałe twarze
Dzisiaj Gretchen włożyła nowo uszytą sukienkę
której ktoś nie odebrał i już nie odbierze
Usiadła samotnie przy kuchennym stole
nad pustymi talerzami
w zielony kwiatowy wzór
Było ciche popołudnie obcy podjeżdżali do bloków
rzężącymi brudnymi samochodami
Pomyślała że nigdy nie będzie im miała nic
do powiedzenia
??? ROZMOWY TOPOSU ???TAK TAK, NIE NIEZ KS. PROF. JERZYM SZYMIKIEM ROZMAWIA MAREK RAPNICKI
Ks. Jerzy Szymik. Fot. sarnywemgle
CZĘŚĆ II
Marek Rapnicki: Myśliciele XVIII wieku, w przewadze Francuzi (mędrcy czy mądrale - to temat na odrębną debatę!), zasiali w Europie ziarno niechęci do Boga, a więc i do chrześcijaństwa, która na dobre rozpanoszyła się z końcem XX stulecia. Naturalnym środowiskiem niezgody na ten idący przez stulecia antychrześcijański trend był Kościół rzymskokatolicki i myśl rozwijająca się w jego łonie. Nie bez znaczenia była wierność tradycji katolickiej, wyrażana przez Stolicę Apostolską między innymi w encyklikach papieskich oraz innych dokumentach watykańskich. Tu przychodzi mi na myśl choćby wydana w 2000 roku Deklaracja Dominus Iesus, która powstała w watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, kierowanej przez ówczesnego kardynała Ratzingera, prawą rękę Jana Pawła II. Patrząc jednak na ostatnie nominacje kardynalskie (albo ich brak tu i ówdzie), na pozbawianie funkcji, a więc i znaczenia, kardynałów takich jak Sarah, Bourke i Müller (że wymienię najsłynniejszych), na niezasłużoną gehennę zmarłego niedawno kardynała George'a Pella, na zmianę stosunku do masonerii (kard. Ravasi i jego tekst z 2016 roku pt. Cari fratelli masoni!), wreszcie - last but not least - na rozwój tzw. drogi synodalnej, promowanej przez część hierarchii Zachodu, można popaść w zwątpienie...
Ks. Jerzy Szymik: Wspomniał Pan Dominus Iesus, wspaniały dokument millenijny sprzed dwudziestu trzech lat. Pozwoli pan, że rozpocznę odpowiedź od paru zdań o nim. Brałem aktywny udział w polskiej i europejskiej debacie na jego temat, jeszcze jako KUL-owski profesor, doskonale kontekst i wysoką temperaturę tamtego sporu pamiętam.
Otóż wrzawa, jaką podniosły światowe media oraz niekatolickie Kościoły chrześcijańskie (a także liberalno-lewicowa partia teologów katolickich) wokół deklaracji Dominus Iesus irytowała nas - większość polskich katolickich teologów - sporą dawką ignorancji, ale "na samym spodzie" miała ona swoją głęboką przyczynę. Tumult ów był mianowicie artykulacją fundamentalnego problemu naszej cywilizacji, a mianowicie pytania o istnienie obiektywnej ostatecznej prawdy i o nasz do niej dostęp. Na tym polegała istota skandalu, którego dopuścili się Jan Paweł II i jego "giermek" (jak go pogardliwie nazywano), Joseph Ratzinger w 2000 roku: oto Kościół rzymskokatolicki nie tylko ogłosił, że prawda jest, i że jest jedna, i nie tylko że można do niej dotrzeć, ale że Kościół to zrobił! I w tym momencie podniosła się taka wrzawa, że dalej Kościół nie był już słuchany, choć mówił rzeczy równie ważne, a teologicznie wręcz ważniejsze: że prawda jest osobowa, że jest nią Chrystus, bezbronny Bóg, który się wykrwawił dla każdego (bez jakiegokolwiek wyjątku!), że nie jest ona przeciwko komukolwiek (kłamstwo jest przeciwko człowiekowi; prawda czyniona poza przestrzenią miłości jest kłamstwem, tym groźniejszym, że w szatach kamuflażu).
Przypominam o istocie tamtego sporu dlatego, że - według mojej diagnozy - pytanie o prawdę jest pytaniem o być albo nie być współczesnej kultury. Zresztą, w tym duchu i w tych mniej więcej słowach wypowiadał się w tamtym czasie (jesień 2000 roku) kilkakrotnie kardynał Ratzinger, główny "odpowiedzialny" za deklarację. I nie wolno, jak sądzę, z pytania o prawdę rezygnować pod żadnym pozorem. Trzeba rezygnować - powiadają oponenci - bo wpadniemy w szpony fanatyzmu, fundamentalizmu i szatańskiej pychy. Nie wolno - powiadają oponenci oponentów - bo alternatywą jest świat Piłata. Do pozornie sterylnej przestrzeni tolerancji, którą funduje pytanie: "Cóż to jest prawda?" (J 18,38), prędzej czy później wtargnie zbrodnia: zabójstwo Jedynego Sprawiedliwego. Rezygnacja z pytania o prawdę rozwali nam nasz świat - przestrzegają. Nie, uratuje przed stosami - twierdzą oponenci. Relatywizm nie jest przyjazną człowiekowi filozofią, jest dyktaturą, prowadzi bowiem do marginalizacji tych, którzy nadal starają się bronić swojej chrześcijańskiej, chrystocentrycznej tożsamości - powiadają oponenci oponentów. Ot, co.
Jak to było? "Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie". Moja rada, dla mnie i moich sióstr, braci: trwać przy tych słowach, przywrzeć do Jego skrwawionych stóp, nie dać się od nich oderwać za żadną cenę.
Natomiast co do ostatniego, długiego, bolesnego zdania z pańskiego pytania (cari masoni i cała reszta), przypomnę fragment Perły w koronie: "jest taka sfera życia, w której jedynym językiem wyrażającym ostateczną prawdę miłości, jest zgoda na to, by mnie bolało z powodu kochanego(-ej). I zgoda na to, że nie wycofam tej miłości z powodu tego bólu. Miłość Chrystusa i Jego Kościoła należą do tej sfery". No comments. Zmarły przed prawie dziesięcioma laty jeden z ważnych moich przewodników duchowych, ks. Franciszek Otremba, powiedział mi kiedyś, kiedy opowiadałem mu o tym, że w moim życiu właściwie wszystko zostało przeczołgane poza wiarą, że, cytuję: "Jurku kochany, przeczołgane musi zostać naprawdę wszystko". Zdaje się, że to jest dla mnie ten właśnie moment. Udział w Ciele i Krwi Chrystusa, mówiąc świętym Pawłem.
- Wydaje mi się, że dobrze nie tyle rozumiem, co przeczuwam Księdza ból i pełną pokory niezgodę. Ale mimo to proszę mi pozwolić zapytać wprost: czy próby pójścia z prądem dziejów, forsowane przez ośrodki "reformatorskie", nie oznaczają kresu ciągłości w Kościele, a w konsekwencji znaczenia naszej religii? Głosy zdumienia i sprzeciwu, a czasem przerażenia można odnaleźć w wielu publikacjach. Poniższe słowa nie są moje; to arcybiskup Stanisław Gądecki w liście do przewodniczącego episkopatu niemieckiego: "Kościół katolicki w Niemczech jest ważny na mapie Europy i mam świadomość, że albo będzie promieniował na cały kontynent swoją wiarą, albo niewiarą. Dlatego z niepokojem patrzę na dotychczasowe działania niemieckiej "drogi synodalnej". Obserwując jej owoce, można odnieść wrażenie, że podstawą refleksji nie zawsze jest Ewangelia". Tyle polski hierarcha. Obserwując zaś sytuację w Europie, nietrudno zauważyć, że w ciągu roku, który minął, nastąpiło szereg faktów pozwalających już pełniej ustosunkować się do wychodzących się głównie z Niemiec prób reformy doktryny, tj. (wg mnie) prób doścignięcia świata w jego libertyńskich oczekiwaniach.
- Chwała arcybiskupowi Gądeckiemu za te słowa i nie tylko za te. Ze wszystkim też się zgadzam, co pan mówi w owym "pytaniu wprost". Ale zarazem próbuję iść dalej ponad tą przepaścią, szukam mostów nad nią. Najkrócej: szukam nadziei, jej znaków, jej płomienia, który by rozpalił i ogrzewał nasze serca. Nadzieją jest Bóg. W kwestii nadziei szczególnie obowiązuje zasada prymatu Boga. Nadzieja jest, bo jest Bóg i jest Bogiem. I wiara w Niego mówi prawdę - stąd nadzieja. Wierzę również w Kościół, w Boski, Duchowy rdzeń Kościoła, w to, co mówił Jezus, że pośle Pocieszyciela (właśnie: Pocieszyciela!), że Pocieszyciel nam wszystko przypomni, i że w swej istocie Kościół Chrystusa i Ducha nie pobłądzi, przetrwa, że bramy piekielne go nie przemogą, że zawsze będzie on dla nas łodzią, ostoją, skałą.
Dzisiaj czytałem, że szwajcarski biskup Marian Eleganti w refleksji na Wielki Post, w samym środku jednego z najbardziej zsekularyzowanych krajów świata, mówi / pisze: "Kochamy ludzi, ale odrzucamy - wraz z Chrystusem, z Bogiem - grzech. Rozróżniamy pomiędzy tym, co właściwe a niewłaściwe, między dobrem a złem, pomiędzy tym, co ortodoksyjne w rozumieniu wiary Kościoła, a heretyckie, gdzie przyjmuje się opinie i stanowiska, które po prostu przeczą wierze Kościoła. Tu musimy być ekskluzywni". Oczywiście, emerytowany biskup pomocniczy diecezji Chur to człowiek, którego redaktor naczelny katolickiego serwisu Kath.ch nazywa "potwornym klaunem". Ale to jednak wszystko znaczy, że odwaga w Kościele nie umarła i oby miała się jak najlepiej.
No i wielki znak nadziei: Polska. Mimo wszystko, Polska, panie Marku, mimo tzw. trendów i tendencji, socjologicznych alarmujących badań i sondaży. To przedstawiciele polskiego Kościoła kilkanaście dni temu podczas synodalnego posiedzenia dla Europy w Pradze zgłaszali odważne krytyczne uwagi (zakonnica, świecki profesor, abp Gądecki). Ale Polska nadzieja ma znacznie głębszy poziom niż synodalne głosy. Kiedy w ostatnim dniu minionego roku Katolicka Agencja Informacyjna zapytała mnie o najważniejsze wydarzenie w polskim Kościele A.D. 2022, powiedziałem, że w 2022 roku w Polsce przeszło trzydzieści tysięcy mężczyzn trwało wiernie w powołaniu i stanie księdza rzymskokatolickiego. Z tego powodu - że ci mężczyźni rzucili życie na szalę Sprawy Chrystusa - i z racji wiary i pracy pokoleń (co dało gęstą sieć kościołów i kaplic w Polsce), każdy wierzący miał w 2022 roku dostęp do Eucharystii - niedzielnej, ale też dosłownie codziennej. Z tego jest polski Kościół, to co w nim najwspanialsze: Ciało i Krew Chrystusa wydane za nas, dostępne wszędzie w Polsce, bez większych trudności i wyrzeczeń ze strony wiernych. A to "w sprawowaniu liturgii decyduje się przyszłość wiary i Kościoła" (Benedykt XVI). Tym właśnie jest polski kształt nadziei.
Że źródło powołań wysycha? Owszem, nie jestem ślepy, widzę, co i jak się dzieje. Ale nie wyschnie. I ktoś to już powiedział, że wyjdzie stąd iskra.
- Wiem, komu podaję do oceny stan ducha naszej wspólnoty! To przecież Ksiądz jest autorem Listu do Karla Rahnera SJ, który jawi się jako podwójny dowód moralnej oraz intelektualnej odwagi: stanowi bowiem w pewnej mierze (czy tak?) wypowiedź autokrytyczną, co do przeszłości, a w finale przyjmuje kształt synowskiego, ale jednak stanowczego sprzeciwu. Jak dojrzewa się do takich wyznań?
- To długa historia, dla mnie dokładnie tak długa jak moje "teologiczne życie", czyli jakieś sześćdziesiąt lat, bo moje ministranckie dzieciństwo przypadło na burzliwe dla teologii i liturgii lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Musimy chyba, panie Marku, przynajmniej fragment tego rozliczeniowego tekstu zacytować, żeby to było nieco jaśniejsze dla czytelnika naszej rozmowy. Chyba ten byłby najbardziej reprezentatywny i zrozumiały, mimo wyjęcia z kontekstu całości artykułu, oto on: "Może nie wystarczy być "prawdziwym człowiekiem", żeby uratować siebie i świat? Może jeszcze trzeba prawdziwie szukać prawdziwego Boga. I żebrać o łaskę wiary w Niego i Jemu, a nie łudzić wyjącego za Nim serca "nieskończoną głębią tajemnicy człowieka". Zdaje się, że waszemu pokoleniu zdarzało się mylić Ducha Świętego z duchem czasu, naszemu grozi to również, wiem, ale może najwyższa pora to przyznać, by nie powiększać szkód. Uczyliście nas bezgranicznej tolerancji i humanistycznej teologii, ale okazało się, że duch czasu nie jest najlepszym źródłem natchnień w sprawach Boskich i ludzkich. Nie mam Ci niczego za złe. Wędrowałeś w półmroku, jak każdy. Ale szedłeś na przedzie, prowadziłeś nas. Stąd ten list. By próbować zrozumieć. Ojcze i Bracie: znam dobrze ten zawrót głowy, tę bezradność, to współczucie, które każe iść z bliźnim ramię w ramię. I jestem wdzięczny. Cel mamy ten sam. Choć pójdę inną drogą".
Te słowa kieruję do Karla Rahnera (1904-1984), jednego z teologicznych mistrzów dla mojego pokolenia. A jak się dojrzewa "do takich wyznań" (na głębszym poziomie autokrytycznych, jak najbardziej)? Zdaje się, że trafna odpowiedź tkwi już w pana pytaniu, tam gdzie mowa o moralnej i intelektualnej odwadze. Dla mnie odwaga to nie tylko ten jej kształt, o którym już kilkakrotnie mówiliśmy wyżej, ale też - a może przede wszystkim - może gdzieś tu właśnie tkwi jej zdrowy, pozbawiony hucpy, zuchwalstwa i wyłącznej zewnętrzności (w sensie: odwaga tylko wobec innych, a nie wobec samego siebie) korzeń: zdolność kwestionowania siebie. Przyznać się do własnych klęsk, pomyłek, błędnych rozpoznań, grzechów zaciemniających poznanie i mądrość, do pożądliwości, egzystencjalnych ruchów dyktowanych pychą itp. Mówię o przyznaniu się przed sobą (na najgłębszym poziomie przed Bogiem, to jasne) i wyciągnięciu z tego wniosków. Mi pomogły (proszę mnie tu dobrze zrozumieć, mówię o tym, w jaki sposób Bóg z mroku, zła, cierpienia jest w stanie wyprowadzić dobro) w korekcie drogi i zdejmowaniu bielma z oczu wydarzenia tragiczne: odejście z kapłaństwa przyjaciela oraz apostazja najzdolniejszego polskiego teologa mojego pokolenia. W sensie: nie tędy droga, jeśli chodzi o obecność w kulturze czy uprawianie teologii, bo droga ta kończy się przepaścią... Nikogo tu nie potępiam, za obu się modlę. I wiem, z całą pokorą, na jaką mnie stać, że jeszcze zapewne niejedna korekta drogi, oczu, serca i rozumu mnie czeka. I że miłosierdzie Boże i Jego mądrość jest ponad wszystkim, z moim widzeniem / rozumieniem tego wszystkiego włącznie.
W każdym razie: każdy rodzaj odwagi daje wolność, ale ten szczególnie. Kiedy ostrze przemiany i nawrócenia jest skierowane do samego siebie.
- Jak pięknie to powiedziane; jeśli czytelnik oczekiwał wykładu o pokorze, oto go ma! Przypomina mi się jeszcze jeden przejmujący tekst, tj. ostatni w książce Moc ze Słowa Księdza As z rękawa; dziś ma jedenaście miesięcy... Otóż, wywodząc swoje przesłanie z Jezusowego: "Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie", woła Ksiądz o nawrócenie: siebie samego - społeczeństwa - Zachodu - państwa - Kościoła wreszcie: "Nawrócić musi się Kościół. I przestać łasić się do świata w zamian za rzuconą mu kość uznania, synonim pogardy". Oto jest wezwanie! I nie wiem, skąd moja pewność, że od "nawrócenia" współczesnego Kościoła zależy bardzo dużo, może najwięcej...
- Tak, chodzi o nawrócenie. O tym są cztery Ewangelie. Chodzi o nawrócenie Koś-cioła, czyli pierwszorzędnie o moje nawrócenie. Przy tym bym pozostał.
- To może nic dziwnego, że u progu roku 2023, kilka tygodni po śmierci Josepha Ratzingera, nie potrafię wyjść z kręgu jego myśli... Jednym z kardynalnych rysów nauki Bawarczyka, co Ksiądz profesor podkreślał wielokrotnie, jest chrystocentryzm. Ta dobitnie eksplikowana w wielu dziełach teza wywodzi się z wiernego i wnikliwego odczytania Biblii i ugruntowuje nasze przekonanie, że zbawienie możliwe jest tylko przez Chrystusa. Przez Chrystusa w Kościele. Natomiast tendencja duszpasterska ostatnich dekad, jak ją odczytuję, kieruje uwagę wiernych (i niewiernych) w stronę Bożego Miłosierdzia. I tak powstaje - czy tylko w mojej głowie? - złudzenie, zgubne dla ludzkiego sumienia, że... nic się nie martw, nieboraku, co byś nie nabroił i gdzie nie skręcił, "myślą, mową i uczynkiem", Pan jest miłością. W ten sposób Chrystus Król zamieniany jest w brata łatę, który na wszystko pozwoli i już się niczemu nie dziwi. Jak wybrnąć z tej sprzeczności?
- Właściwie rozumiana i przeżywana prawda o Bożym Miłosierdziu w żaden sposób nie kłóci się z chrystocentryzmem. Ja oczywiście wiem, o czym Pan mówi, o jakim przekłamaniu (demonicznym, w gruncie rzeczy). Ratzinger (długo przed konklawe, jakieś pół wieku temu) tak pisał o Chrystusie Królu i Synu, Królu jako Synu i o jego karykaturze, bracie łacie właśnie: "Jezus z Ewangelii nie da się sprowadzić do poziomu łagodnego przyjaciela ludzi, który niczego nie wymaga, nigdy nie karze, wszystkich i wszystko przyjmuje, który we wszystkim nas tylko jeszcze utwierdza, a którego trzeba przykroić do takiego formatu, który by w żaden sposób nie zakwestionował naszego, jedynie słusznego, obrazu świata". I podkreśla: "Jezus, który zgadza się ze wszystkim i wszystkimi, Jezus bez swojego świętego gniewu, bez surowości prawdy i prawdziwej miłości - taki Jezus nie jest prawdziwym Jezusem, jakim przedstawia Go Pismo, lecz godną politowania karykaturą". I przypomina w wielu miejscach swego teologicznego dzieła: "Wolność Jezusa nie jest wolnością liberała. To wolność Syna, a tym samym wolność człowieka prawdziwie pobożnego", jako dwunastoletni "w Świątyni znajduje się On nie jako buntownik wobec rodziców, lecz jako Ten, który właśnie jest posłuszny, tym samym posłuszeństwem, które prowadzi do Krzyża i Zmartwychwstania", nie wolno nam też "spontanicznie wyczytywać" jego rzekomo "nowoczesno-liberalnego stanowiska" ze słów na temat szabatu, ponieważ nie jest On ustalającym po swojemu reguły gry nowoczesnym guru, lecz mającym władzę Pra-Słowem Boga. On nie przekreśla Prawa jako buntownik / liberał, ale je wypełnia jako "profetyczny interpretator Tory", a cała Jego działalność pochodzi nie z anarchii, lecz z modlitwy".
Właśnie modlitwa Jezusa jest tu kluczowa, modlitwa, czyli więź z Ojcem. To z niej płynie Jezusowa łagodność i dobroć dla grzeszników (w pana pytaniu: Boże Miłosierdzie) i surowość wobec grzechu (w pana pytaniu: Chrystus Król). Raz jeszcze Ratzinger, kapitalnie to wyjaśnia: "Zarówno Jego wolność, jak i Jego surowość, płyną z tego samego centrum: z modlitewnego obcowania z Ojcem, z osobistej znajomości Boga, na podstawie której Jezus oddziela centrum i peryferie, wolę Boga i dzieła człowieka".
- Rozmawia z Księdzem redaktor periodyku literackiego pod nazwą Almanach Prowincjonalny. Proszę nie dziwić się zatem, że zapytam o to, czym dla Księdza jest Pszów i usadowiona na jego szczycie bazylika Matki Boskiej Uśmiechniętej?
- Czym jest Pszów, Bazylika, Uśmiechnięta? Redaktorowi Almanachu Prowincjonalnego powiem, że prowincja to jest to. Tu się żyje na ludzką skalę. Wielkie miasto jest dziś głównym rozsadnikiem myślenia lewicowo-liberalno-zielonego, a do tego czegoś jest mi nieskończenie daleko. Nasza prowincja ma wyższe dominicantes, znacznie mniejszy odsetek rozwodów, nie ma typowej dla molochów anonimowości. A w Pszowie w ogóle nie było czarnych marszy. Nie idealizuję naiwnie tego miejsca, znam nasze wady, kilka spraw mnie boli, niektóre bardzo. Lecz, gdy trzeba było zdecydować, gdzie chcę spędzić ostatni etap życia, czas po przejściu na emeryturę, nie zastanawiałem się ani pół sekundy: wyprowadzam się z Katowic, całkowicie przeprowadzam do Pszowa. Jestem stąd i wszystko, co mi pomaga żyć, wierzyć, kochać, cierpieć, otrzymałem tutaj.
A Madonna z Obrazu w naszej bazylice? W 2002 roku napisałem dla niej hymn, który w rymowanej i zrytmizowanej wersji sanktuaryjnej pieśni jest śpiewany przez parafian i pątników. Zawiera odrobinę historii i geografii tego miejsca, a także odwołania do ewangelicznego zaplecza kultu cudownego obrazu, pan pozwoli, zacytuję jego wszystkie trzy strofy:
1.
Królową jesteś nad doliną Odry.
I złotym kluczem do Morawskiej Bramy.
Dla ziemi śląskiej Boskim darem szczodrym.
Twój uśmiech leczy wszystkie serca rany.
2.
Pomiędzy Śnieżką a szczytami Karpat
Łaskami słyniesz i otuchę dajesz,
Że w życiu ważna i Maria, i Marta.
Madonno Pszowska, co nam, grzesznym, przajesz.
3.
Ojcowie nasi, kiedyś, z Częstochowy
Twój obraz nieśli - znak jasny ich wiary.
I odtąd jesteś tak jak słup morowy
Na pszowskim wzgórzu. Skąd rozsiewasz dary.
Dla nieznających naszej gwary: "przajesz" znaczy "kochasz". Jest jeszcze refren, w którym udało się zmieścić wszystkie cztery dogmaty maryjne, znaki firmowe i filary katolicyzmu, oraz prośbę o to, by zło było jak najdalej, a piękno jak najbliżej:
Niepokalana Bogurodzico,
Tyś Wniebowzięta, wierna Dziewico.
Płaszczem uśmiechu broń Śląsk przed złem,
O, Pszowska Pani, zbaw nas pięknem Twym.
Wiele z tego, co napisałem w życiu, nie przetrwa, to dla mnie jasne. Ale tę pieśń będą śpiewali czciciele Maryi jeszcze wiele lat po mojej śmierci. Oto bliskie piękno... A w najbliższych latach chciałbym się zmierzyć z napisaniem czegoś większego. Miałby to być Tryptyk pszowski (tytuł zdradza, komu tu składam hołd), pisany trzynastozgłoskowcem. Osią narracyjną pierwszej części (2022 rok) będzie spotkanie narratora z szatanem w topografii i realiach dzisiejszego Pszowa. Osią drugiej części (1722 rok) ma być pątnicza wyprawa naszych przodków do Częstochowy, po kopię Jasnogórskiej, która stała się cudownym obrazem Matki Boskiej Pszowskiej. Osią trzeciej części (Ku wieczności) - spotkanie narratora z Maryją w cztery oczy, w pustej bazylice. Czyli stop tego, co lokalne, z tym, co uniwersalne. Zobaczymy, czy się to uda, trzeba pokory, cierpliwości, pracy. Ale mam już notatki, materiały, małe strzępy tekstu (przygotowuję się do tego od paru lat). No i jestem to winien mojej rodzinnej Madonnie.
- Tak, to stamtąd jest ta siła i determinacja, aby głosić prawdę! Często bowiem wydaje mi się, czytając Księdza felietony, że wyraża Ksiądz otwartym tekstem to, co wielu posiadających wiedzę i możliwości jej wyrażania, mruczy jedynie pod nosem. Tak dotykamy tematu tzw. poprawności politycznej, a w tym przypadku - właśnie niepokorności autora. Przykład pierwszy z brzegu: oto po ogłoszeniu ostatniej literackiej nagrody Nobla ogłosił Ksiądz w swoim felietonie zestaw cech (oraz listę posiadających je autorów), który powinien, a tak naprawdę dzisiaj musi, zawierać dzieło pisarskie, aby jego autor aspirował do tej nagrody - trwają spory jak bardzo w XXI wieku prestiżowej - choć z pewnością wciąż bardzo intratnej. Tekst wydaje się zakrawać na żart, lecz kiedy spojrzymy na listę kilkunastu ostatnich nagród, okaże się, iż trafia on w sedno! Wielu z pisarzy obdarzonych Noblowskim medalem nigdy by go nie otrzymało, gdyby nie wyrosła z lewackich poglądów tematyka ich twórczości, niekiedy powiązana z własnym pokiereszowanym życiorysem. Dario Fo, Elfriede Jelinek, Olga Tokarczuk i ostatnia z laureatek Annie Ernaux to najbardziej wymowne przykłady... Wspomniany przeze mnie tekst ma tytuł Jak myśleć i pisać, żeby dostać literackiego Nobla 2023. Felieton kończy zdanie: "Uczniowie Gramsciego właśnie kończą wędrówkę przez euroamerykańskie uniwersytety i instytucje. Kultura została podbita". Co przed nami?
- Co przed nami? Ciężka praca. Powiem panu bardzo szczerze, że daleko mi do załamania się pod wpływem sukcesów Gramsciego i Spinellego, tak to określmy. Świat, w którym żyję, ten bliski i najbliższy, świat, który współtworzę, jest piękny i pełen znaków odradzającej się symbiozy wiary i kultury, może nie na masową skalę, ale na tyle znaczącą, że daje nadzieję. Jest Nowy Napis, jest Topos, jest pański Almanach Prowincjonalny, są w Polsce ciągle dość liczne wydawnictwa, gdzie można bezpiecznie publikować (bez lęku, że się dołączam do czegoś podtruwającego prawdę, dobro i piękno), jest świeża inicjatywa Teologii Politycznej, dążąca do renesansu katolickiego malarstwa z najwyższej półki, jest sporo inicjatyw internetowych (moje Mozarteum, wykłady syntetyzujące nauczanie Benedykta XVI, obejrzało już ponad dwadzieścia tysięcy ludzi w Polsce). Oczywiście, pustynia duchowa współczesności jest przerażająca, karczowanie wiary w Europie trwa w najlepsze, szaleńcy (np. robakożercy) podnoszą głowę wysoko i nie mają żadnych granic wstydu dla swojej głupoty, ale rzeczywistość jest, na szczęście, bardziej złożona, a z Maryją jeszcze nikt nie wygrał, tym bardziej nie szatan i jego akolici. Niepokalana zwycięży.
- Jednak kontynuuję; jakby było mało, raz po raz objawiają się wciąż nowi "uczniowie Gramsciego". Oto Yuval Noah Harari, profesor na Wydziale Historii Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, mentor możnych dzisiejszego świata, guru gremiów z Davos. W związku z tym Ksiądz swoim zwyczajem, nie owijając w bawełnę, rzuca 27 listopada 2022 w eter tytułowe pytanie "Dlaczego poglądy Harariego są aż tak głupie?". Odpowiedź, którą rozwija Ksiądz w felietonie, brzmi: odwieczna ludzka pycha, starogrecka hybris! Muszę przyznać, że mnie, który wie, co znaczy iść pod prąd, zdumiał stopień determinacji, zawarty w potępieniu izraelskiego historyka. Księdza podniesiony głos mówił ni mniej ni więcej: świat szuka po omacku nowych teoretycznych uzasadnień dla własnej degradacji nazywanej rozwojem i własnej niewiedzy, określanej postępami nauki?
- Tak uważam: że ludzie typu Harariego są dziś duchowym śmiertelnym zagrożeniem, zwłaszcza dla ludzi młodych bądź względnie młodych, dla tych, którzy chcieliby się "zmodernizować", "mieć coś z życia", a są poddani obróbce od lat i wszędzie (szkoła, internet, korpo, rodzina). Oto fragment mejla, który otrzymałem po tamtym "zdeterminowanym", jak pan mówi, tekście na temat Harariego i jego pychy / głupoty: "Piszę poruszona felietonem o Hararim. Uderzył mnie jego ton, tytuł, cała narracja. Przeczytałam i nie mogłam zrozumieć, co sprawiło, że mój ukochany Ks. Szymik napisał taki tekst. I dlaczego? Zaczęłam sprawdzać. Obejrzałam godzinny wywiad z Hararim, nagrany podczas jego pobytu w Polsce. Słuchałam, jak odpowiada na pytania studentów z całego świata, jak trafnie diagnozuje dzisiejszy świat, jak powtarza "nie śpiesz się z przyjęciem bardzo silnego poglądu" [czytaj: traktuj podejrzliwie nauczanie Kościoła - przyp. J. Sz.]. Słowa wyważone i naprawdę mądre. Owszem, czułam, że nie jest dobrze nastawiony do Kościoła. Ale jeszcze bardziej nie rozumiałam, skąd taka krytyka jego osoby. Czy mamy zakładać, że osoba niewierząca nie ma nic mądrego do powiedzenia? Czy można czyjeś poglądy określić jednym zdaniem jako głupie? Zawsze wierzyłam, że warto czytać, odważnie myśleć, weryfikować, słuchać różnych stron, mieć pokorę oraz nie zakładać swojej omylności. Proszę wybaczyć moją śmiałość, ale zawsze Ksiądz był dla mnie autorytetem, a teraz wszystko się we mnie burzy. Po prostu nie rozumiem, dlaczego ta osoba została zdiagnozowana jako takie zagrożenie".
Cytuję, bo to moje codzienne kłopoty, o niemałej skali, naprawdę... Oczywiście, odpisałem na tego mejla (jak na każdy) serdecznie, z argumentacją, najmądrzej, jak tylko umiałem. Ale generalnie to bardzo, bardzo smutne: jak głęboko to się wżera, jak bezbronne są dzieci tego czasu, jak są brani w jasyr i przerabiani na janczarów.
Powiedział pan w skrócie: "świat szuka uzasadnień dla własnej degradacji". Ten mechanizm warto śledzić (też na terytorium własnego życia). Oto w jednym z ostatnich numerów Gościa Niedzielnego (z 19 lutego 2023 roku) Szymon Babuchowski cytuje fragment Nocy (1957), wiersza trzydziestoczteroletniej wtedy Wisławy Szymborskiej, będącej już po okresie grafomańsko-koniunkturalistycznym, poświęconym Leninowi, partii i żołnierzom radzieckim, a przed największymi tomami jej poezji:
Od tej nocy
ponad miarę złego snu,
od tej nocy
ponad miarę samotności,
zaczął Pan Bóg
pomalutku
dzień po dniu
przeprowadzkę
z dosłowności
do przenośni.
I Babuchowski konkluduje: "Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że owa deklaracja utraty wiary w realną obecność Boga w świecie, a przynajmniej w Jego dobroć, ma związek z wcześniejszymi wyborami autorki i stanowi próbę ich usprawiedliwienia".
Bingo, Panie Szymonie, bingo! Tak to działa: od Nobla w dół - to, co się pisze, ma ścisły związek z wyborami i tychże usprawiedliwieniami.
- A my? "Gdy trzeba dzwonić na trwogę, dzwoń, choćbyś nie był na etacie dzwonnika" - to Stanisław Jerzy Lec.... Poprzedzony takim wstępem, chciałbym jeszcze zapytać o Księdza zawodowe środowisko naturalne, o uniwersytet. Jednym z dzwonników, do jakich mam zaufanie, jest profesor Aleksander Nalaskowski z Torunia. A na ten właśnie temat powszechnie znany pedagog mówi tak: "Chaos, zdaje się, jest główną cechą obecnej Akademii. W zasadzie w każdej sferze jej działania mamy do czynienia z nieprawdopodobnym rozmyciem znaczeń. Mnożenie kierunków studiów "pod klienta", kierunków o dziwacznych niekiedy nazwach i nieokreślonej tożsamości, wielokrotnie zmieniane zasady uzyskiwania stopni naukowych czy rozmyte tytuły profesora. Niejasny jest status nazwy "uniwersytet", przyozdabianej przymiotnikami (przyrodniczy, techniczny itd.). Tutaj chaos stał się z kolei kakofonią". Wystarczy! Czy Ksiądz profesor dostrzega takie tendencje w świecie uniwersyteckim, i - nie daj Boże - w swoim środowisku, i jak zaprezentowane tutaj problemy wpływać mogą na status członka polskiej universitas?
- Jeden z elementów "radości emeryta" (od 1 października 2023 roku) bierze się stąd właśnie, chyba nie muszę tego rozwijać... Bo to jest to pytanie, pytanie wydziałów teologicznych, obecnych na dzisiejszych uniwersytetach polskich i, szerzej, euroamerykańskich: czy wolno nam żyrować - samą naszą aktywną naukowo obecnością - jednoznacznie lewicowo-liberalną politykę Akademii współczesnej, tego jej kształtu, obecnego dziś w przestrzeni cywilizacji Zachodu? Nalaskowski - w Pana cytacie - mówi o chaosie i ogólnym "zmętnieniu" świata Akademii. Ja mówię o problemie moralnym, o odpowiedzialności przed Bogiem, Kościołem, historią. Oczywiście, wiele moich kolegów i koleżanek na postawione wyżej pytanie odpowie: suma plusów przewyższa nieliczne minusy, a poza tym istnieje misja ewangelizacyjna teologii wobec sióstr nauk w rodzinie uniwersyteckiej. I ja to rozumiem, szanuję, częściowo podzielam. Pracuję dla tej sprawy. Ale pytania o moralny wymiar roli żyranta nie wycofuję.
- Wydaje się, że dotknęliśmy chyba wszystkich plag współczesnego świata (śmiech), a przecież został jeszcze... internet, środowisko nabyte większości z nas! My, zanurzeni w księgach, a więc przekazach pisanych, należymy również, z obowiązku, ale czasami dla przyjemności, do jego użytkowników. Tymczasem w rozmowie promującej książkę profesora Andrzeja Zybertowicza Cyber kontra real, jej autor zapytany o to, czy "internet można jeszcze nazywać źródłem wiedzy", nie pozostawia czytelnikowi złudzeń: "Tak wygląda tylko na pierwszy rzut oka. Miał nam oszczędzać czas, a doprowadził do ciągłego pośpiechu. Miał budować więzi społeczne, a je rozrywa. Miał pozwolić na przeciwstawienie się reżimom autorytarnym, a stał się narzędziem inwigilacji ludzi przez wielki kapitał oraz tyranów. Działa wbrew obietnicom sprzed lat. Ci, którzy rządzą algorytmami, docierają ze swoim przekazem, ale ci, którzy nie mają takich możliwości, są bez szans. Można prowadzić świetnego bloga, na którego nikt nie będzie zaglądał, albo być patostreamerem i mieć milionowe zasięgi". W sumie - dość przygnębiające... Czy to aby przypadkiem nie jest kolejna odsłona odwiecznej bajki o człowieku, który chciał stać się bogiem?
- Należę do pokolenia, dla którego internety są mało groźne. A jeśli groźne, to raczej w tym, że każą ogromną część energii poświęcać na uczenie się nowych rzeczy, zamiast na tworzenie syntez, korzystanie z doświadczenia życia i doświadczenia naukowego. To okropne, marnotrawiące energię, ale nic więcej.
Natomiast co do istoty sprawy: czytam od lat diagnozy Zybertowiczów w tej kwestii i w pełni się z nimi zgadzam. Zresztą, wystarczy być nauczycielem gdziekolwiek - w przedszkolu, podstawówce, liceum czy na uniwersytecie - by gołym, nieuzbrojonym i nieuprzedzonym okiem zobaczyć skutki internetowo-smartfonowego tsunami. Nieliczne korzyści, całość - przerażająca. Musimy się cofnąć technologicznie, sądzę, jako ludzkość, lecz to temat na inną rozmowę.
Ale nie wyprowadzam się ze świata, obchodzi mnie, co się dzieje z naszym dziećmi. Nie wstaję z klęcznika i nie odchodzę z ringu.
- Publikuje Ksiądz dużo i można powiedzieć - rytmicznie. Tylko w XXI wieku ukazało się chyba dziesięć książek poetyckich, nie licząc teologii. Czy są tomy szczególnie Księdzu bliskie, a więc takie, które autor polecałby szczególnie nowemu czytelnikowi?
- W latach 2000-2020 ukazało się siedem nowych tomów wierszy. Jak to u ojców częste, najbardziej kochają najmłodsze dziecko... Więc polecam nowemu czytelnikowi Ogród (z jesieni 2020 roku), wspaniale wydany (zasługa nie moja, ale pana Marcina Kasperka i wydawnictwa Księgarnia św. Jacka), z płytą. Wybieram zeń mniej znane dwa krótkie jerozolimskie wiersze, charakterystyczne chyba dla tonacji tomu, a może i tej rozmowy. Oba powstały w ogrodzie:
Oliwny Ogród
nie jesteście podobne do drzew
wy oliwki
przypominacie skały
spalone tkanki
rozdarte wnętrzności
ks. J. S. Pasierb
stać w zimnym deszczu
na prowincjonalnym
zdezelowanym peronie
i patrząc w nieme czarne niebo
machać mokrą dłonią
malejącemu łańcuchowi wagonów
a mieć nadzieję jedyną
w nieoddalonym kielichu,
w Miłosierdziu Bożym
W Getsemani i gdziekolwiek
Uwolnij moje serce od smutku.
Psalm 25
nie mieć
po swojej stronie
nikogo.
może poza Bogiem,
ale tego się nigdy nie wie
z niezmąconą pewnością
mąci ją
milczenie nieba,
dwuznaczność historii,
skurcze jelit,
skoki ciśnienia,
łomot serca,
krwawy pot
wzmacnia ją
odgłos kroków kohorty
i szyderstwo oprawców:
tak przegrać
można jedynie
z Bogiem
po swojej stronie
- Zdaje się, jestem jednym z pierwszych entuzjastów tego doniosłego tomu, w którym sztuka edytorska (zgoda!) dorównuje treści oraz formie wierszy. I już zupełnie na koniec, aby nie pozostawiać czytelników Toposu bez dyskretnej podpowiedzi, pytanie o walizkę na bezludną wyspę? Jakie książki, uchodząc z domu, zabrałby Ksiądz ze sobą? Którym zawdzięcza Ksiądz najwięcej, jako kapłan, człowiek, naukowiec, oczywiście nie licząc Biblii?
- Na pewno trzy encykliki JP II o Bogu Trójjedynym, Ojcu, Synu i Duchu Świętym (Dives in misericordia, Redemptor hominis, Dominum et vivificantem), teologiczna esencja wielkiego dorobku wielkiego, świętego Papieża. Na pewno kilkanaście tomów Opera omnia JR / BXVI. Katechizm Kościoła Katolickiego, dzieło ich obu, JP II i B XVI. Kilka znakomitych książek polskich konserwatywnych autorów ostatnich lat: Jastrzębskiego, Dzienia, Wildsteina, Roszkowskiego, Andrzeja Nowaka, paru innych. Zabrałbym też wiersze z kręgu Raciborskiego Księstwa Poezji, kilka numerów Almanachu Prowincjonalnego i kilka numerów Zeszytów Pszowskich jako świadectwo tego, że moja rodzinna ziemia, trójkąt (Racibórz - Rybnik - Wodzisław Śląski), w samym środku którego leży Pszów, wierzy, tworzy i jest piękna.
Zabrałbym też papier i żelowy długopis, żeby pisać kolejne wiersze jerozolimskie, z Ogrodu. Wiersze nowe, lecz duchowo podobne choćby do tego:
Nim zapieje
pomimo siły klaksonów,
megafonowej melorecytacji muezzinów
i wrzasku licznej dzieciarni, to jednak nadal
kogut
pełni w mieście,
w którym zdradzono Boga,
rolę naczelnego budziciela sumień
i budzi mnie nocą w Jerozolimie
jego pianie.
Której z moich zdrad dotyczy?
Tej z przemilczeń i zaniechań?
Tej z nienawiści?
Tej z miłości?
powtarzam za Jeremiaszem:
badasz serce moje,
ono jest z Tobą
pomimo wszystko.
Panie, Ty wiesz wszystko.
- Ani przez jedną chwilę naszej rozmowy nie wątpiłem, że przekonanie wyrażone tu, w ostatnim wersie tego wiersza, stanowi fundamentalną prawdę, w której zanurzone jest nasze życie. Pełen otuchy i nadziei, bardzo dziękuję za spotkanie i poświęcony czas! ?