Topos. Dwumiesięcznik literacki 4/2023 - Opracowanie zbiorowe

Kup ebooka

19.00 zł
15.77 zł (16,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

??? SZARE KARTKI ???KS. JERZY SZYMIKEWANGELIA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA GLOSSY (7)

MIŁOSIERDZIE I MIECZ

I. Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni (Mt 22,8b)

II. przyszedłem dać ziemi... rozłam (Łk 12,51)

III. Czyż może być co dobrego z Nazaretu? To prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu (J 1,46a;47b)

IV. podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami (Mt 18,23)

V. Proście, a będzie wam dane (Łk 11,9)

glossa I

Pomijamy te fragmenty Ewangelii zakłopotanym milczeniem. Oto podczas królewskiej uczty: "król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić". Zaś "niestarannie ubranego" (jak eufemistycznie wyjaśnia w przypisie Biblia Tysiąclecia) kazał związać i wyrzucić "na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów".

Lecz Ewangelia jest większa niż nasze oczekiwania i poprawnościowe koleiny uładzonych interpretacji. Potrzebujemy tej przypowieści, by nas obudziła z letargu i wyrwała z moralnego uśpienia. Że niby wszystko będzie dobrze, nawet wtedy, kiedy pokażemy Bogu figę? Także wtedy, kiedy będziemy się do Niego obłudnie łasić w stroju duchowego oberwańca?

glossa II

U Łukasza jest "rozłam", u Mateusza "miecz": "nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" (Mt 10,34b). A więc przyszedłem dać / przynieść ziemi rozłam / miecz - to też cel Wcielenia.

Fałszywa jedność w nieprawdzie nie jest prawdziwym pokojem i musi zostać zerwana aby mogło się ukazać światło prawdy, dobra i miłości. W Regule św. Benedykta znajduje się twarde zalecenie: Pacem falsam non dare - Nie dawać fałszywego pokoju.

To ewidentnie problem Kościoła dzisiaj. Nie eskalować, nie polaryzować, nie wyłamywać się z szeregu. Milczeć wobec nieprawdy, by nie było wzburzenia. Dbać o pijar. Postawić fałszywy pokój nad prawdą. I tym samym łykać truciznę.

Dlatego przyniósł rozłam i miecz. I rzucił ogień. I pragnie by płonął.

glossa III

Te dwa zwroty - "Czyż może być co dobrego z Nazaretu?" oraz "To prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu" - weszły do polszczyzny i funkcjonują w niej od wieków. Takich fraz biblijnych, teologicznych, kościelnych istnieje w europejskich językach tysiące, kultura jest nimi przesiąknięta. Bo to na fundamencie wiary chrześcijańskiej powstały i trwają europejska kultura, polityka, ustroje - w symbiotycznej, życiodajnej więzi, której rozerwanie grozi katastrofą o niewyobrażalnych skutkach. I nie da się wiary i wyrosłych z niej kultury i polityki oddzielić bez przemocy, bez wrogiego ich przejęcia przez walczący ateizm.

Chrzest Mieszka, 966 r. - co to było? Wydarzenie życiodajne dla katolicyzmu i państwa polskiego, fundamentalne dla obu? Zgubny dla wiary i Polski sojusz tronu z ołtarzem?

glossa IV

Bez przebaczenia życie byłoby niemożliwe.

Nasza relacja z Bogiem uległaby całkowitemu paraliżowi i hipokryzji, gdyby On nam stale nie wybaczał. Bez wybaczania przekreślilibyśmy grzech albo udawali, że go nie ma w naszym życiu. W tym rozliczeniu wybacza nam Bóg nieskończenie wiele, ba, wszystko: 10 tysięcy talentów.

Ale również jakiekolwiek relacje międzyludzkie byłyby niemożliwe bez miłosierdzia, bez gotowości do wybaczenia, bez szansy na nowy początek. Dotyczy to zwłaszcza relacji na długi dystans: małżeństwa, kapłaństwa, powołań zakonnych, relacji rodzinnych, zawodowych, przyjacielskich.

"Powinieneś był zlitować się nad swoim współsługą", jak ja nad tobą, ustala raz na zawsze tę zasadę Pan.

glossa V

Nikt na tym świecie nie jest całkowicie bezbronny, bo wszyscy możemy się modlić. Przez modlitwę możemy poruszyć serce Boga i sprowadzić na ten świat Jego wszechmoc.

Ale też modli się prawdziwie i na całego ten tylko, kto cierpliwie trwa przed milczącym Bogiem. Wytrwanie z milczącym Bogiem, być może przez długi czas, to jest dopiero modlitwa...

Ale, mówił do mnie Bóg, kiedy szedłem w dół, od bazyliki do domu, po spowiedzi, popatrz, zrozum, mówił, nigdy cię nie zostawię, wyciągnę z każdego zła, jesteś mi najukochańszy, pójdę za Tobą każdą z twoich dróg i każdym twoim bezdrożem, strzegąc cię, moja Opatrzność i Miłosierdzie cię ocalą. Wierz tylko. Ufaj. Idź.

"Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą". ?

Robert Stokoe, Katedra z brązowego betonu. Pexels (CC0)

??? POEZJA ???TADEUSZ DĄBROWSKIArs poetica

Pytają mnie, czym jest poezja,

albo co czuje poeta, pisząc wiersz.

Moja córeczka ma pół roku i pierś

matki jest dla niej całym światem, fizyką

i metafizyką. Czasami oszukujemy

ją smoczkiem, ale ostatnio wyciąga go sobie

z buzi i obserwuje. Jest wtedy zdziwiona

i skupiona jak ja, gdy przyglądam się światu,

który udało mi się wyjąć sobie z ust.

Złamanie

Moja roztrzaskana na rowerze ręka,

złożona skrzętnie przez chirurgów w całość,

teraz się w bólach zrasta, i tak będzie jeszcze

przez długie tygodnie. Za wschodnią granicą

mojego kraju trwa wojna, sprawne szkielety

mężczyzn chwytają za broń i idą po śmierć

albo życie, w ich czaszkach ying i yang zlewają

się w jedno, jakby były częściami wirującej

kuli, zanim uderzy w cel. Tymczasem moja ręka

złamana w trzech miejscach powoli zaczyna się

zrastać, co oznacza, że ominą mnie tego

lata kąpiele w jeziorze, niedzielne wypady za miasto,

łowienie ryb, a nawet słodki ciężar mojej

rocznej córeczki, która patrząc na gips, wykrzywia

usta w podkówkę. Tymczasem na linii frontu

zdrowe szkielety walczą w słusznej sprawie,

miażdżąc szkielety walczące w złej sprawie,

a ja wiem, że jeszcze przez trzy miesiące nie będę

mógł się dokładnie umyć. Kiedy się zrosnę, stanę

się znowu częścią szkieletu świata, lecz tym

razem, jeżeli się roztrzaskam, to tylko w słusznej

sprawie, moja scalona ręka chwyci za broń i ruszy

ramię w ramię z walczącymi o wolność, mój palec

wskazujący nauczy się czule naciskać spust

karabinu - takie myśli przeszywały mi głowę,

gdy leżałem na sali wybudzeń.

Ale po kilku miesiącach, kiedy zdjęto mi gips,

drżącą ręką pokazałem mojej małej córeczce

tłustego wróbla, co przysiadł na zbyt cienkiej gałęzi.

Wiewiórka

Są trzy etapy w życiu poety. Najpierw

odgrywa on rolę poety, "jestem poetą" - mówi

do lustra przed każdym spotkaniem autorskim,

podziwiając swoje żołędzie.

Drugi etap to bycie poetą na serio. Opuszcza

go trema, zaczyna traktować pisarstwo

jak pracę, jego dziupla zamienia się w biuro,

nawiązuje kontakty, dba o interesy,

powołuje się na swoje doświadczenie i chętnie

wygłasza mowy z gatunku "moja ars poetica".

Trzeba przyznać, że na tym etapie jest najmądrzejszy

w całej swojej karierze, ale najbardziej nudny.

Etap trzeci polega - znowu - na odgrywaniu

roli poety, lecz nie z pozycji tego,

kto do niej nie dorasta, ale tego, który

potrafi tzw. życie literackie

wziąć w nawias. Większą radość

czerpie z przemilczeń niż zwierzeń,

znudziły go tyrady, praktykuje small talki.

Teraz dopiero czuje się naprawdę wolny.

Spaceruje przez park i uśmiechając się do siebie,

patrzy na wiersz, który jak wiewiórka

znika za konarem drzewa.

Pomiędzy

Mam fazę na zegarki,

oglądam właśnie film o

najbardziej punktualnym

mechanizmie świata,

który śpieszy się tylko

jedną sekundę na wiek.

I zastanawiam się,

jak straszny byłby świat

bez ukradzionych minut,

nie byłoby czasu na

wahania między trybami

nie- i dokonanym,

romanse w nadgodzinach,

niewinne poślizgi,

akuratną moralność,

zbalansowaną prawdę,

wygrane o włos,

zbrodnie doskonałe.

Nie byłoby nawet luki

w czasie na napisanie

wiersza w stylu Wisławy

Szymborskiej. Co więcej:

nie byłoby czasu, żeby

zapytać cię, kim jesteś,

gdy cię nie ma.

Ucieczka

Próbując zasnąć albo się nie obudzić,

snuję marzenia o ucieczce, gdzieś

na drugim końcu ulicy jazgocze pies,

ach, gdyby była to ulica w Rzymie

albo niechby chociaż na polskiej ulicy

szczekał włoski pies, ostatecznie -

niechby pies był stąd, ale szczekał w języku

Dantego, Petrarki i Eco. Lecz to jest

bezdomny kundel na smyczy świtu, który

wyje codziennie między trzecią a czwartą:

"Nie uciekaj, nie warto".

Żywica

Ta matka z dzieckiem na ręku,

czekająca w kolejce po chleb,

i ten muzyk z bożej łaski,

wystukujący swoje

zawiedzione miłości

na krześle przy wejściu do metra.

Ten student, który spędza czas

na wiecznej imprezie, i ten

zegarmistrz, który pilnuje,

by zegar nie późnił się

więcej niż trzy sekundy

na dobę. Oni wszyscy

zanurzeni są w sensie

jak muszki w płynnej jeszcze

żywicy życia. Ich ruchy

zdecydują o tym,

kto zostanie w bursztynie,

a kto nie.

Włosy

Widzę tatę, jak stoi w drzwiach,

lekko zniecierpliwiony,

czekając na mamę, która

poprawia przed lustrem włosy

tak, aby każdy kosmyk

znalazł się na właściwym miejscu.

Dzisiaj nad jego grobem

zauważyłem, jak mama

odruchowo poprawia włosy

w lustrze z czarnego granitu.

Uśmiechnąłem się w duszy

do ojca, a zaraz potem poczułem,

na czym polega triumf

piękna nad rozkładem.

??? ROZMOWY "TOPOSU" ???TAK TAK, NIE NIE (I)Z KS. PROF. JERZYM SZYMIKIEM ROZMAWIA MAREK RAPNICKI

Ks. Jerzy Szymik. Fot. sarnywemgle

Marek Rapnicki: Księże Profesorze! Proszę posłuchać: "Że w przyćmionym świetle biblioteki widać jednak spory kawał naszego świata. Że warto tak żyć, "na uboczu": czytanie, pisanie, księgi, kontemplacja, namysł, ważenie argumentów, cyzelowanie myśli, fraz, zdań, uważność; a nade wszystko modlitwa, lektura Biblii - stale, całe życie. Z tej perspektywy widać sprawy - i to te z gatunku najważniejszych - których z żadnej innej nie byłoby widać tak jasno jak w przyćmionym świetle biblioteki". Niech mi będzie wolno uczynić prolog naszego spotkania z tych kilku Księdza zdań, zawierających część odpowiedzi na pytanie o lekcję, którą Jerzy Szymik odebrał w życiu od Josepha Ratzingera (źródło poniższego cytatu zaprezentujemy niebawem). Widzę bowiem, że cytat ów jak w soczewce skupia najważniejsze Księdza aktywności, a ponadto, co wcale nie jest bez znaczenia, określa klimat miejsca, w którym odbywa się nasza rozmowa.

Ks. prof. Jerzy Szymik: Panie Marku: takie było, moim zdaniem, życie Benedykta XVI, przedmiot mojej fascynacji i wzorzec dla moich prób naśladowania. Czy ja tak żyję - nie wiem... Natomiast na pewno tak żyć pragnę, na ile i na jak długo mi Pan Bóg pozwoli. Chcę życia, które miałoby swoje korzenie w modlitwie, lekturze Pisma Świętego, ksiąg teologicznych. Życia "na uboczu". Życia z oczami utkwionymi w niebo. Oczywiście, chodząc twardo po ziemi, bez jakiegoś pięknoduchostwa, narcyzmu, fałszywej angelologii czy udawania kogoś, kim nie jestem. W każdym razie chcę żyć na antypodach tego, co dla mnie nie do strawienia: celebrytyzmu, wrzawy wokół siebie, pychy i wszystkich jej obrzydliwych współczesnych odmian.

- Publikacje Księdza, do których prawdopodobnie dzisiaj zajrzymy, dowodzą jednoznacznie, jak owocne może być takie życie, z dala od zgiełku natarczywej doczesności... Od naszej ostatniej, opublikowanej na łamach raciborskiego "Almanachu Prowincjonalnego" rozmowy minął rok. Tylko rok, ale jak się okazuje, rozmawialiśmy w innej epoce. O ile w poprzednim karnawale część świata (wygodnie) żyła jeszcze w oparach mrzonek Fukuyamy, o tyle dzień 24 lutego 2022 roku zmienił wszystko. W każdym razie - powinien. Nie jesteśmy specjalistami od wojskowości ani politologami, jednak nie sposób nie podać tej kwestii jako tła naszego spotkania; wszak w zasadzie całość zjawisk, które wydarzają się dziś w świecie, w skali jednostek i zbiorowości, ma swe odniesienie do napaści Rosji na Ukrainę i krwawej, bezwzględnej wojny, której nie widać końca...

- O złu tej napaści i jej czystym diabelstwie nie ma co mówić. Bo to i oczywiste, i brak słów, które byłyby adekwatne do skali obecnych w tej wojnie grzechu, zbrodni i cierpienia. Za to chciałbym wskazać na trop, który moim zdaniem pomaga nam coś z tego, co się dzieje na Ukrainie (i nie tylko tam, bo w zasadzie na całym świecie, także - a może szczególnie - w tzw. wolnym świecie), zrozumieć. Otóż chciałbym wprowadzić tu wątek fatimski. W czasie jednego z objawień w 1917 roku Matka Boża powiedziała portugalskim os pastorinhos, że jeśli Rosja się nie nawróci, wówczas "rozszerzy ona swoje błędy po całym świecie, powodując wojny i prześladowania Kościoła". Kiedy słyszymy o "błędach Rosji", mamy głównie na myśli ideologię komunistyczną, (neo)marksistowską. I w dużej mierze słusznie, choć widzimy też obecnie, co dolewa do tego piekielnego kotła imperialistyczny nacjonalizm. Amerykańska filozof, Carrie Gress, powiada, że "w samym sercu ideologii marksistowskiej" tkwi "cel przetworzenia ludzkiej natury i społeczeństwa ludzkiego w taki sposób, ażeby każdy był równy - albo taki sam - co próbowano osiągnąć [w bolszewickiej Rosji - J. Sz.] przez likwidowanie wszelkich naturalnych i społecznych różnic między ludźmi". Niszczenie rodziny, przecięcie więzi między kobiecością a macierzyństwem, największa w dziejach ludzkości średnia aborcji na kobietę, lansowanie modelu babochłopa, itp. Oto ruski mir w esencji. Ale, ale: co nam to przypomina? Niezłe pytanie, prawda? Ryszard Legutko w Diable w demokracji pyta tak: "jak to jest, że ci Polacy, którzy byli twardymi sowieckimi "towarzyszami", tak szybko i gładko przetransponowali się na europejskich liberałów? Jeżeli te dwa projekty są tak diametralnie przeciwne [jak się nam wmawia - J. Sz.], to czy przejściu z jednego do drugiego nie powinno towarzyszyć więcej walki?". Otóż dzieje się to aż tak płynnie i dlatego, że to w gruncie rzeczy, w swoim rdzeniu, ta sama ideologia. Gress: tak komunizm, jak i liberalna demokracja, "są nastawione na dokonanie całkowitego zerwania z przeszłością i tradycją, a w szczególności z Kościołem; obie ideologie orientują się na postęp prowadzący ku człowiekowi doskonałemu, ku doskonałemu społeczeństwu. I obie znajdują sposoby - zwłaszcza poprzez media i "nowomowę" - by zamknąć usta tym, którzy paraliżują ich plany. I obie, w swojej istocie, oddają się zmienianiu natury ludzkiej".

Mówiąc najkrócej i językiem fatimskiej Matki: błędy nienawróconej Rosji rozlały się po świecie. I zlewają w jedno obietnice rewolucji bolszewickiej z obietnicami rewolucji seksualnej: zmienić naturę świata i ludzi w kontrze do Stwórcy. A mówiąc Tomaszem z Akwinu: "demony chciałyby, żeby nie istniało wiele rzeczy, które istnieją, i żeby istniały inne, które nie istnieją" (Summa teologiczna I, q. 64, a.3). Czyli, lądując dokładnie w Pana pytaniu i a propos wojny na Ukrainie: dobrze, że "wolny świat" pomaga Ukrainie, lecz jeśli "wolny świat" wpuszcza do swojego krwioobiegu truciznę "błędów Rosji" (a czyni to na ogromną skalę, intensywnie i, rzekłbym, kompulsywnie, w zaślepieniu), to wszystkie strony czeka nie wolność, a niewola i okrutne wojny. A Kościół - prześladowanie.

- A miało być tak pięknie! Tymczasem stało się to, w co prawie nikt nie wierzył. Do cierpień, jakie zwykle wiążą się z "pełnoskalową", jak to się teraz powiada, wojną, dochodzą jeszcze dwa mechanizmy, które obserwatorom muszą stawiać włos na głowie: permanentne rosyjskie ataki na osiedla mieszkalne oraz infrastrukturę krytyczną Ukrainy, czego nawet Adolf Hitler nie wymyślił, oraz bezwzględne poparcie dla tej zbrodniczej napaści ze strony rosyjskiej cerkwi prawosławnej, ze swym przywódcą Cyrylem na czele. To szczególnie bolesne, choć przecież nietrudne do przewidzenia z perspektywy naszej wiedzy o bolszewikach i o tym, co przez sto lat uczynili z religią. I nad tym wszystkim, niczym czerwona gwiazda nad Kremlem, totalne odwrócenie znaczeń, przedstawianie Rosjanom i całemu światu bestialskiej agresji na sąsiedzkie państwo jako nowej wojny wyzwoleńczej, tym razem z całym Zachodem! I co więcej: jest wciąż wiele państw, skąd nie słychać wyraźnego sprzeciwu wobec działań - jak się go nazywa - Putlera? Jak to wszystko znieść? Czy to nowa odsłona przesłania o "banalności zła", o którym w odniesieniu do II wojny i holokaustu pisała kiedyś Hannah Arendt...

- Dwie sprawy z tego, o czym Pan mówi. Pierwsza: "totalne odwrócenie znaczeń". Przecież to nie tylko specjalność moskiewskich mediów. Zdaje się, że "mowa nienawiści", "zdrowie reprodukcyjne", "kobieta z waginą", "osoby uczniowskie" i wiele podobnych potworków o horrendalnie zmąconym i odwróconym znaczeniu funkcjonuje już prawie normalnie w naszym słowniku. Tresura trwa, a wolnych, czyli "dzikich", zdaniem treserów trzeba ucywilizować, oswoić. Dużym kijem bądź małą marchewką. Nie ma wolności dla wrogów wolności, czyli dla tych, którzy chcą, by istniało to, co istnieje (patrz wyżej - św. Tomasz).

Druga kwestia: "jak to wszystko znieść?". O lekturze Biblii już mówiliśmy. Dzisiaj, dosłownie, we wtorek przed Popielcem, dopiero co odprawiłem Mszę świętą i w czasie jej trwania mój Pan przemówił do mnie tak: "Dziecko, jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia! Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy, a nie trać równowagi w czasie utrapienia! Przylgnij do Niego i nie odstępuj, abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim. Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie, a w zmiennych losach poniżenia bądź wytrzymały! Bo w ogniu próbuje się złoto, a ludzi miłych Bogu - w piecu poniżenia. Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą, prostuj swe drogi i Jemu zaufaj". To Księga Mądrości Syracha (2,1-6), dzisiejsze pierwsze czytanie mszalne. Mocne słowa, jasny program, prawda? Bóg się nie wycofał ani z naszej uniwersalnej, ani z osobistej historii. Działa, mówi. On jest Panem historii.

- Umieszcza Ksiądz koszmar wojenny i związany z nim, a nawet wywołujący go gwałt na rozumie i zwykłej logice, na tle przemian kulturowych dziejących się na Zachodzie, pokazując, że to dwie strony tego samego tombakowego medalu. To niezwykle przenikliwe, acz bardzo rzadkie podejście do tematu opresji, w jakiej znalazł się "nasz świat"...

Rozmowa z Księdzem profesorem jest o tyle niełatwa, a przy tym z tych samych względów fascynująca, że funkcjonuje Ksiądz jednocześnie w sferze wiary, nauki, poezji i publicystyki. Tak ogromny zakres możliwości oddziaływania na słuchacza i czytelnika powoduje swego rodzaju wzmocnienie sygnału od autora. Rozumiem też, że przyjęcie tak ogromnej puli zadań stanowi codzienny krzyż, którego brzemię może łagodzić, na końcu procesu twórczego - spotkanie człowieka. Dlatego chcę zapytać, kogo szuka Ksiądz, pisząc?

- Szukam Marka Rapnickiego, Marków Rapnickich. I nie jest to absolutnie tani chwyt, ani żart, ani kokieteria, ani protekcjonalność, proszę mi wierzyć. Szukam ludzi, którzy szukają Boga, pragną Go. Albo takich, którzy chcieliby, by im to szukanie / pragnienie Boga zaszczepić bądź ich w tym umocnić. Czyli najważniejsze moje zadanie w tej "puli zadań", jak to Pan określił, jest zadaniem duszpasterskim. Temu miałaby służyć refleksja teologiczna, naukowa, felietony i eseje, wiersze, rekolekcje i wykłady. Tak to rozumiem, chciałbym, żeby tak było, a czy tak jest, nie mnie sądzić. Bóg to zmierzy i osądzi, miłosiernie, mam nadzieję. Swoje powołanie kapłańskie zawsze rozumiałem i rozumiem tak, że Bóg do mnie powiedział: "będziesz się w swoim życiu troszczył o moje dzieci, o ich zbawienie, i na tej drodze, nie innej, zbawisz siebie"... I jeszcze: "będę z tobą. Sypnę talentem i siłą. Nie bój się". I jeszcze: "będę cię prowadził, także przez tych, których szukasz, do których cię posyłam". Panie Marku, Pan wie, o czym mówię, ile zawdzięczam Pana bliskości, inspiracji, erudycji, pokorze. Tak że to bardzo misteryjne sprawy, w których On rozdziela karty i wygrywa nasze życia.

W Pana pytaniu pojawiają się też słowa "krzyż" i "brzemię". Nie wolno ich tu puścić mimo uszu. Głównie ze względu na tych czytelników naszej rozmowy, którzy się uginają pod własnymi brzemionami i dla których słowa o wspólnocie doświadczenia tego, co Pan nazwał "codziennym krzyżem", mogą być pociechą. Otóż tak, uginam się i bardzo często mam wrażenie, że to wszystko jest ponad moje siły i wytrzymałość, że są próbowane moje granice. Tracę orientację, czy to jeszcze zadanie od Boga, czy już pokusa. Jest mi bardzo daleko do narcyzmu w tej kwestii, czyli do naiwnego przekonania, że tylko ja prowadzę nadintensywne, trudne życie. Wiem. Ale właśnie jest pora - przechodzę w tym roku na emeryturę - żeby radykalnie zwolnić. I ciąć. I tak zrobię. W różnych fazach życia Bogu i ludziom się służy na różne sposoby.

- Z konkluzji zawartej w ostatnim zdaniu doprawdy nie wiadomo, cieszyć się czy martwić?! Po prostu człowiek (czytelnik też człowiek!) przyzwyczaja się do dobrego; tu znaczy - do stałej obecności przewodnika. Teraz, sięgając wstecz (dobrze to pytanie zadać w przededniu Księdza jubileuszu): jakie były początki Księdza działalności pisarskiej? Czy teologia obudziła poetę, czy też - jak to się zdarza młodym chłopcom - licealista Jerzy Szymik zaczął pisać wiersze, zanim jeszcze pojawiła się myśl o stanie kapłańskim? I jak dalece uzupełniają się te dwa skrzydła Księdza posłannictwa?

- To wszystko szło jakoś "od zawsze" razem. W każdym razie myśl o stanie kapłańskim była wcześniejsza niż licealne wiersze. Także w porządku ontologicznym, tożsamościowym, kapłaństwo jest "wcześniejsze" niż poezja czy teologia. Tak to rozumiem, odczuwam, chcę, by tak było, i by z tego, także z tej kolejności, powstawał konkretny kształt mojego życia, losu. To znaczy, że jestem księdzem i jako ksiądz teologiem, poetą, dziennikarzem. Nie inaczej.

Trzydzieści pięć lat temu, czyli dokładnie w połowie mojego dotychczasowego życia, napisałem wiersz pod barokowym tytułem trzy rady z których ostatnia jest nieprzypadkowo najkrótsza. To był swoisty program życia / twórczości po - wówczas - prawie dziesięciu latach kapłaństwa i na początku działalności poetycko-dziennikarskiej. Szło to tak:

I

jeśli piszesz

nie wyprowadzaj zdań

ze swojej ciemności

demony bywają hojne

i za wierną służbę

płacą nierzadko

fontanną złocistego słowa

choćby rzędy liter

mieniły się od znaczeń

i pociągały umysł

genialnością uchwycenia

"istoty rzeczy"

nie wierz

zniszcz

i zawróć

nawet za cenę bełkotu

czy skrwawionego milczenia

II

jeśli kochasz

zaufaj słowom Augustyna

- zestarzał się na miłowaniu -

i zapytaj:

kogo? co?

bo może się okazać że

najzwyczajniej nie warto

wprawdzie

Bóg jest miłością

ale liczne wątpliwości

rodzą te same słowa

przy zamianie przypadków

i wielkiej litery

i w odwrotnym porządku

a święty Jan

skrzywiłby się

z obrzydzeniem

III

jeśli żyjesz

oczywiście

Herbert ma rację:

masz mało czasu

trzeba dać świadectwo

ale bywa

że czasu jest sporo

i że inni zrobią to lepiej

Ten program zachował aktualność, zdumiewa mnie to. W czasie ostatnich trzydziestu pięciu lat starałem się tak właśnie żyć na owym teologiczno-poetyckim pograniczu, o które Pan pyta: nie karmiąc czytelników własnym grzechem (cz. I), nie stawiając miłości w miejsce Boga (cz. II), ściągając siebie "na ubocze", podsycając stale nieufność wobec własnych cnót i przewag (cz. III). Czy się to udawało - zostawiam Bogu. Lecz zdaje się, że to nadal jest niezły program na lata, które mi zostały.

- Przyznaję, takiej wierszowanej odpowiedzi się nie spodziewałem. To rzadki przywilej - przyznać się po latach do "wczesnego" utworu, zobaczyć w nim wciąż aktualną receptę, dla siebie, a poprzez słowo zapisane - dla bliźnich. Św. Augustyn, Herbert... Tak - tak, nie - nie!

W Księdza książkach poetyckich jest pewien szczegół... Czasem ludzie podśmiewają się z sygnowania wierszy dokładną datą. Ksiądz przeciwnie: niemal każdy utwór opatrzony jest datą i miejscem powstania, choćby to miał być pociąg relacji Radom-Lublin [śmiech]. W ten sposób dokonuje się akt uszanowania przez autora obu danych człowiekowi kategorii, czasu i przestrzeni. Czy to przyzwyczajenie, czy też krok przemyślany, o podłożu diarystycznym?

- Krok raczej instynktowny, zgodny z moją naturą, przemyślany na tyle, na ile jestem przekonany, że wprowadzanie porządku, dbanie o właściwą sekwencję oraz konsekwencję wydarzeń, jest ważną formą służby sensowi, rozumności, pięknu. A diarystyka - owszem. Poszczególne tomy moich wierszy zawierają - widzę to wyraźnie z perspektywy czasu - prawdę kolejnych faz mojego życia, przefiltrowaną przez formę, rzecz jasna. Tak że stanowią one zapis stanu świata, stanu mojego ducha, jakieś świadectwo. "Świadectwo poezji", powiada Miłosz. Jakiś śpiew lub krzyk, który się dobył z mojej śmiertelnej krtani w jakimś tu i teraz (wtedy i tam), które już minęły, zmieniły fakturę. Sztuka je ocala na swój kruchy sposób. Bóg je ocala na swój Boski sposób. A też w najszerszym planie jest to hołd składany Wcieleniu: temu centralnemu zamysłowi Boga na zbawienie człowieka i świata, zamysłowi zrealizowanemu w Wydarzeniu Jezusa Chrystusa, w Jego Osobie i Dziele. Bóg bowiem w Inkarnacji Chrystusa wczłowiecza Boskie, uziemia niebieskie, wciela duchowe. To podstawowy ruch chrześcijaństwa, religii Chrystusa. Chciałbym, by moje wiersze ten ruch naśladowały. Stąd też daty i miejsca.

- Religia Chrystusa, jak to brzmi!... Tymczasem wspólnota wierzących i myślących poniosła ostatnio ogromną stratę. Koniec 2022 roku już na zawsze będzie się łączył z odejściem papieża Benedykta XVI, którego teologiczne dzieło, jedno z największych w XX wieku, wykracza znacznie poza Jego naznaczony abdykacją pontyfikat, choć przecież do błahych wcale nie należał. Wspominając Księdza ukochanego nauczyciela, chcąc nie chcąc, zaproponuję sposób Hitchcocka, zatem najpierw trzęsienie ziemi, a potem zobaczymy... Otóż niezmiennie, od wielu już lat, prześladuje mnie krótka filmowa relacja, bodajże z 2011 roku, z powitania Papieża przez niemiecki episkopat w Berlinie... Ta wstrząsająca scena - dla mnie porażająca na równi z relacjami z wojen i islamskich egzekucji - którą zarejestrowała wówczas kamera, ukazuje stopień rezerwy, niechęci, a może i słabo skrywanej nienawiści, prezentowany przez lwią część witających papieża niemieckich hierarchów. Po prostu... niemal wszyscy purpuraci odmawiają Benedyktowi XVI, w końcu przecież - krajanowi, podania ręki; On zaś idzie wzdłuż szpaleru z nieśmiało wyciągniętą dłonią, niczym biały gołąb wśród pysznych, aroganckich kruków. Czy zna Ksiądz tę relację?