??? SZARE KARTKI ???KS. JERZY SZYMIKEWANGELIA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA GLOSSY (5)
OBECNOŚĆ
I. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi (Łk 21,26)
II. Syn Człowieczy (...) musi być odrzuconym przez to pokolenie (Łk 17,24 -25)
III. ...błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi (Łk 7,23)
IV. Idźcie do miasta i powiedzcie: gdzie jest dla Mnie izba? (Mk 14,13-14)
V. ...pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie (Łk 2,29-30)
glossa I
Mdleć będą ze strachu... Czas pomsty, mówi Jezus: miecz, niewola, gniew na ten naród, trwoga innych narodów, morze, ziemia i niebiosa staną się zagrożeniem dla ludzi.
Po co to wszystko i dlaczego "gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie"?
Być może dlatego, że mdlejący ze strachu wrócą do Niego? Bo, jak powiada Psalmista, "gdy ich zabijał, szukali Go, nawracali się i znów szukali Boga. I przypominali sobie, że Bóg jest dla nich skałą, ze Bóg Najwyższy ich zbawicielem" (Ps 78,34-35). Gdy ich zabijał...
A szukanie Boga zabija śmierć. "Ożyje wasze serce, którzy szukacie Boga" (Ps 69,33b).
glossa II
To z rozmów z faryzeuszami i uczniami, z tzw. trzeciego okresu podróży do Jerozolimy. Co nam te słowa - w ich Boskiej aktualności, wbijającej grot łaski w każdą epokę, w każde ludzkie serce - mówią dzisiaj?
Że "Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie"? Że "przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie"?
Czyż nie domagamy się znaków, że On jest? Czy godzimy się na Jego niedostrzegalną obecność? Na nagą wiarę?
Że Jezus musi być "odrzuconym przez to pokolenie?" Tamto pokolenie? A może to o nas, o naszej współczesności, o naszej cywilizacji, która z niespotykanym w dziejach impetem odrzuca Syna Człowieczego?
glossa III
Dramatyczna to scena, ale i bardzo pocieszająca. Oto człowiek, o którym Jezus mówi, że jest "największym z urodzonych z niewiast", kieruje do Jezusa pytanie, w którym pobrzmiewa zwątpienie: "Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?"
Jaka ulga... Bo to znaczy, że i moje własne wahnięcia i pasma mroku nie są niczym nadzwyczajnym, ale mogą być naturalnym etapem mojego dojrzewania / cierpienia ku Bogu i muszą być tematem moich rozmów z Tym, "który ma przyjść" i poza którym nie oczekuję innego mesjasza.
Ratzinger: "tylko z sercem otwartym, wrażliwym na ukrytą, ale realną obecność Pana, można pozostać wiernym i sprawiedliwym w świecie, który jest tak bardzo pełen sprzeciwu wobec wiary".
glossa IV
Czy w naszych miastach znajdzie się izba dla Jezusa?
W procesji Bożego Ciała idziemy obok sklepów, które kuszą mirażem aktualnej nowoczesności, stale zmiennej. Obok mieszkań, miejsc niejednej tragedii. Obok miejsc zbrodni.
Złe myśli krążą po ulicach, padają na nich złe słowa - a są to duchowe moce, które tworzą zły klimat, gdy przebiorą miarę. Tu strzelano do harcerzy w 1939, tu zabijano górników w 1981, tu zgilotynowano księdza Machę, tu żądano prawa do mordowania nienarodzonych dzieci. Dlatego na tych ulicach i placach konieczne są słowa przebaczenia i błogosławieństwa. Dlatego w procesji Bożego Ciała Eucharystia jako święto Boga rozlewa się na ulice i place naszych miast, by były izbą dla Jezusa.
glossa V
Kiedy odmawiam Kantyk Symeona (czyli codziennie), myśl i serce idą nieodmiennie w stronę kartki, którą przechowujemy w rodzinnym skarbcu. Zapisał ją mój dziadek Antoni, górnik, w wigilię mojej prymicyjnej Mszy, 15 kwietnia 1979 roku. Miał wtedy 78 lat:
Usłuchałeś głosu Jego, który mówił: Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało.Gdy włączasz się w szeregi JegoNiech to będzie Twoją Chwałą.Przygarniaj jak najwięcej ziarna Bożegodo skarbca Jego.Gdy przystępujesz pierwszy razdo ołtarza Jego -za Symeonem słowa powtarzamgdy Cię widzę przystępującego do ołtarzaNiech Cię hojnie Pan łaskamiswoimi i siłą obdarza.
Padwa. Papieska bazylika św. Antoniego, zw. Il Santo w perspektywie via Beato Luca Belludi (2022). Fot. M. Rapnicki
??? ESEJ ???MIROSŁAW DZIEŃJUŻ TYLKO ZWIERZĘESEJ O ADORACJI I NIKNĄCYM CZŁOWIECZEŃSTWIE
Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
Ewangelia według św. Łukasza 12,4-7
1.
Putin. Putin. Putin. Wojna. Spadła nagle i od razu z całym impetem okrucieństwa: Bucza, Irpień, Mariupol. Dziesiątki zniszczonych wiosek i miasteczek. Gwałty na kobietach, obcięte głowy wbite na pale, skrępowane drutem ręce mężczyzn z przestrzelonymi potylicami w ciemnych i zatęchłych piwnicach - drobne światło jakby w przestrachu ledwie dotykało ich nieżywej skóry, nabrzmiałej sokami śmierci. Brudny marcowy śnieg i wiosna przebudzona z letargu, cała w spazmach wybuchów, rozwłóczonego żelastwa i błota. Wróble nieruchome na cienkich drutach wysokiego napięcia jak niemi prorocy, którym zabrakło słów. Wszystko powtarza się z niezwykłą precyzją. Od razu otrzeźwieliśmy, w najdalszy kąt rzucając dziecinne proroctwa Francisa Fukuyamy. Oto Historia spojrzała nam w oczy. Ujawniła się w całej krasie. Zagwizdała świstem rakiet i kazała patrzeć na wodospady ognia na przekór wznoszące się w bezchmurne niebo. I zobaczyliśmy zrujnowane centra handlowe, zburzone bloki z wielkiej płyty w Doniecku i Charkowie. Nawet teatr zagrał rolę tragiczną, aby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że to tylko film z efektami specjalnymi. Ale to nie wszystko. Życie, jakby na przekor cichym dronom znad Bosforu, czołgom namiętnie kaleczącym wrzosowiska i rozszalałej medialnej propagandzie wysławiającej zbrodnię, toczy się w kurortach: na plażach, pod palmami. Oto inny wymiar wojny. Oto nasza zupełnie ludzka, do cna pozbawiona patosu, kondycja. Bo przecież musimy żyć i - a jakże - potrzeba nam zabawy, rozrywki, zimnych drinków z lodem w takt głośnej muzyki zagłuszającej wybuchy...
Chcę napisać parę słów bynajmniej nie o wojnie, ale o człowieku roku 2022. Mimo okrucieństwa, bezsilnego płaczu matek, którym śmierć odebrała dzieci; mimo zimnej ekonomicznej kalkulacji panów ze szkłami na oczach grubymi od nadmiaru cyfr i statystyk - a także mimo ogromniejącego strachu narodów, chowającego się pod maską wymuszonych uśmiechów, nie o wojnie będę pisał. Teza, którą stawiam brzmi: największą tragedią człowieka wciąż dostatniego Zachodu jest z a p o m n i e n i e o B o g u. Owa niepamięć okupująca coraz rozleglejsze terytorium ludzkiego doświadczenia i jak zaraza infekująca psychikę, ludzkie praxis, a także boleśnie naznaczająca nasze rozumowe zdolności do refleksji nad otaczającym nas światem i samymi sobą, stanowi katastrofę in spe. Jest wyrodzeniem się człowieczeństwa z własnego ontologicznego środowiska. Zapomnienie o Bogu jest rzeczywistym, a nie iluzorycznym k o ń c e m c z ł o w i e k a. Jest także końcem jego historii i w jakiejś mierze końcem Historii Świata (bo czymże w gruncie rzeczy jest świat bez człowieka?). Mylą się wyznawcy ekologizmu, widząc w człowieku jedynego sprawcę zła panoszącego się na świecie, w szczególności zaś w środowisku przyrodniczym. Jest o wiele większe zagrożenie. Takie, które wchodzi w onthos i zarazem ethos człowieczeństwa. Pożerające je od wewnątrz. Jeśli damy mu przystęp do samych siebie, jeśli pozwolimy, aby opanowało nasze umysły i wyobraźnię, wtedy jesteśmy zgubieni, wydani na pastwę potężnego i d e o l o g i c z n e g o z ł u d z e n i a. Być może ktoś pomyśli, że to przesadna opinia dyktowana raczej gorączką niż trzeźwym oglądem sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Jestem niestety w tej kwestii pesymistą. Żadne ruchy ekologiczne nie "zbawią nas", ani nie uczynią naszego życia lepszym, jeśli zarazem amputują w nas życie duchowe, uznając je za zbędny balast.
2.
Ruch w stronę zwierzęcości to jeden z symptomów dziejącej się na naszych oczach katastrofy. Ruch niebezpieczny i zuchwały. Jak ładunek wybuchowy podłożony przez grupę terrorystyczną albo raz po raz pojawiające się w przekazach medialnych wschodniego mocarstwa groźby ataku jądrowego wobec jego europejskich sąsiadów. Tam, gdzie nie ma obecności Boga, musi nastąpić regres; ontologiczne cofnięcie się do stanu, w którym Mądrość Przedwieczna zostaje zastąpiona przez ślepe, nieokiełznane siły Natury. Ostatnio w dyskursie filozoficznym i literackim zwierzęcość (jako inne imię człowieczeństwa) zostaje podniesiona do rangi d o g m a t u, ogólnie obowiązującego sposobu postrzegania człowieka. Odarcie go z okruchów "boskości", choćby przez opowiedzenie się najważniejszych instytucji legislacyjnych za aborcją jako niezbywalnym prawem (sic!) człowieka jest tego jaskrawym przykładem. Jesteśmy już, powiedzieć możemy wręcz: nareszcie, zwierzętami i niczym więcej. Ba, z owej zwierzęcości powinniśmy być dumni, skoro znaleźć możemy się w tak dostojnym towarzystwie, jak delfiny, słonie, szczury i... wszy. Regres człowieczeństwa do zwierzęcości jawi się tutaj jako coś zaszczytnego, wypatrywanego, przyjmowanego z niekłamanym zadowoleniem. Oto wreszcie pozbyliśmy się fałszu, w który od wieków ubierało nas chrześcijaństwo, wpajając nam rzeczywiste istnienie jakiejś przekraczającej naturę, boskiej godności. Dzisiaj brzydzimy się tej ekskluzywności. Jesteśmy jej zdecydowanymi wrogami w imię prawdy o nas samych; w imię solidarności z motylami, antylopami i pantofelkami. Wreszcie osiągamy stan e k o l o g i c z n e j r ó w n o w a g i; wreszcie schodzimy z piedestału oprawców niszczących to, co najpiękniejsze - równowagę w przyrodniczym ekosystemie. Taką oto filozofią początku XXI wieku karmi się społeczeństwa Zachodu w obłędnym, powiedzieć moglibyśmy - rewolucyjnym przekonaniu o ich słuszności. W takiej optyce mentalnego przesilenia każdy, kto zgłasza votum separatum (skąd to znamy!) musi być uznany za wroga ludzkości (czytaj: zwierzęcości) i jako taki usunięty na margines Historii.
Powtórzmy to z całą mocą: ideologiczne przemiany dokonujące się na naszych oczach są rewolucyjne. W swoim radykalizmie niemające swoich odpowiedników w przeszłości. Oto z wielu stron obwieszczony nam zostaje k r e s c z ł o w i e k a w jego własnym samo-zrozumieniu. Wyczerpanie ontologiczne. Abdykacja z wszelkich marzeń o eschatologicznym powołaniu do miary człowieczeństwa, które w nieskończony sposób (jako wypełnienie Wiecznej Obietnicy) przekraczałoby to, co w nas samych biologiczne. Wszystko, co przynosi współczesność, jest nie tylko dekonstrukcją, ale nade wszystko totalnym w swoim zamiarze "odczarowaniem", odczłowieczeniem (to bardzo pozytywny proces!) w stronę ponownego odkrycia zwierzęcości jako zapoznanej przez wieki formy samospełnienia naszego bytu. Stąd też, jak powiadają koryfeusze nowego paradygmatu, nie należy rozdzierać szat i biadać nad upadkiem człowieczeństwa. Im upadnie ono szybciej i głębiej pogrąży się w odmętach zezwierzęcenia, tym lepiej dla nas wszystkich. Oto logika nowego sposobu myślenia - innego niż dotychczas obowiązująca antropologia osoby - p o s t c z ł o w i e c z e ń s t w a. Wszelkiego rodzaju panekologiczne ruchy nie są niczym innym jak zwiastunami nadejścia innego w istocie, a zwierzęcego w swej formie i treści, paradygmatu człowieka. Dlatego nie bądźmy naiwni i nie dajmy się zwieść niewinnym hasłom wzywającym do ratowania Matki Ziemi. P a n e k o l o g i z m, w moim mniemaniu, jest wyrafinowaną f o r m ą n e o k o m u n i z m u; jest jego nową i poprzez lewicowo-liberalne media w przemyślany sposób narzucaną odsłoną1. Wzbudzając poczucie winy za "zanieczyszczenie" środowiska naturalnego wśród społeczeństw, w chytry i inteligentny sposób wyradza je z własnej antropologii opartej na k o n c e p c j i o s o b y, której rdzeniem jest przeświadczenie o jej d u c h o w y m c h a r a k t e r z e niesprowadzalnym do procesów biologicznych charakteryzujących przyrodę. W istocie swej jest i d e o l o g i ą t o t a l i t a r n ą i d e m o n i c z n ą, której celem jest zagłada człowieka w jego najbardziej wewnętrznym rdzeniu2.
3.
Jeśli nie możemy być Wieczni, powiadają nowi neomarksistowscy eko-ideolodzy, to z konieczności musimy znaleźć inną receptę na szczęście (bądź jego namiastkę). Zrozumienie, że nie ma Boga i tego, co o Sobie samym mówił, a nade wszystko upadek w niebyt obietnic, jakie składał wierzącym w Niego, prowadzi do poważnych konsekwencji aksjologicznych. Oto bowiem wszystko, co duchowe, okazało się fałszywe, i pozostało to, co materialne, mierzalne i w całej swojej okazałości wolne od fantomowych urojeń. W takiej perspektywie uznać należy, iż istnieją tylko dobra materialne i nieokiełznana siła wypływająca z naszej do cna zwierzęcej natury - siła pożądania, cielesnego zaspokojenia nieustannie podsycana przez wpisany w nas popęd seksualny. I chociaż zdobyliśmy już najbardziej sekretną wiedzę o nieistnieniu Boga i związanych z Nim nakazów i obietnic, to pełnia prawdy o nas samych domaga się także konstatacji, że jedynym, co nam, ludziom, pozostało, to spuścić z łańcucha wszelką zwierzęcość, która tkwi w naszej naturze. Narasta bowiem pragnienie ostatecznego (to znaczy skończonego w skończonej materii) ujawnienia się kipiącego w nas p a n s e k s u a l i z m u, dziewiczej siły zdolnej opowiedzieć nam samym najbardziej skrywany s e k r e t n a s z e j z w i e r z ę c o ś c i. Oto kres. Nie ma już złudzeń, że każda praca jest także jakąś formą samookłamywania, skoro jej rezultaty nie dodadzą niczego do naszej zwierzęcości; nie wprowadzą jej na wyższy poziom, nie uczynią z nas hiper-zwierząt. Każde materialne zaspokojenie w końcu okazać się musi niepełnym, fragmentarycznym, powodującym niezadowolenie i generującym frustrację. Konsument z definicji nie może zostać zaspokojony. W p o s t c z ł o w i e c z e ń s t w i e niczego więcej nie możemy dowiedzieć się o sobie ponad to, że nareszcie ludzkość wyzwoliła się z religijnego zabobonu i teraz nadchodzi dla zwierzęcia (które kiedyś zupełnie niesłusznie określało siebie mianem człowieka) czas przełomu od wielu pokoleń z utęsknieniem oczekiwany. Oczywiście nie trzeba tłumaczyć, jak tragiczna jest to sytuacja. Niepamięć o Bogu staje się przyczyną największej katastrofy współczesnego człowieka (który postanowił być zwierzęciem). Ruch w stronę zwierzęcości jest ruchem samobójczym. Zostają w nim zerwane wszystkie nitki wiążące nas z jakimkolwiek systemem wartości, który moglibyśmy uznać za uniwersalny i pozbawiony waloru użyteczności. Zwierzę / człowiek pozbawiony idei stacza się całkowicie w biologię, gdzie rządzą odruchy i instynkty. Tam wszystko jest dozwolone w imię przetrwania silniejszego (czytaj: bardziej przezornego i mającego dostęp do zastrzeżonych dla innych informacji).
Kwestia, o której wyżej piszę, nie jest nowa. Urodzony w Moskwie w 1902 roku Aleksander Korżewnikow3 jest nie tylko autorem pojęcia "końca Historii", ale też ważnej dla naszych rozważań myśli na temat "zwierzęcości" człowieka. W 1947 roku publikuje swoją pracę - Wstęp do wykładów o Heglu, w której czytamy:
Człowiek jest naprawdę dialektyczny, tzn. ludzki, tylko o tyle, o ile jest również Przyrodą, "tożsamą" istnością przestrzenną czy też materialną: może on stać się i być istotą prawdziwie ludzką tylko o tyle, o ile zarazem jest i pozostaje zwierzęciem, które, jak wszelkie zwierzę, ulega u n i c e s t w i e n i u w momencie śmierci4.
Dla Korżewnikowa "unicestwienie" człowieka w momencie śmierci jest nie tylko czymś naturalnym, lecz oczekiwanym. W innym miejscu swojej książki pisze, że człowiek "jest śmiertelną chorobą Przyrody5". A skoro tak, to unicestwienie człowieczeństwa wyznaczy nowy rozdział w historii świata. "Koniec Historii" jest zarazem "końcem Człowieka". Następuje jego całkowite "urzeczowienie", które jest niczym innym, jak od-człowieczeniem; uznaniem człowieczeństwa za pewnego rodzaju "wybryk" domagający się zdecydowanej i ostatecznej korekty. Ruch w stronę "unicestwienia" człowieka i objawienia się jego zwierzęcości jako kresu transformacji w świecie idei skutkować będzie jego całkowitym pogodzeniem z naturą; będzie osiągnięciem optymalnego punktu spełnienia w pełni zwierzęcości anihilującej wszelkiego rodzaju podziały, których skutkiem jest przemoc. Oto pełen optymizmu program "zwierzęcości" jako finalny produkt filozoficznej myśli rosyjskiego filozofa:
Zniknięcie Człowieka na końcu Historii nie jest zatem jakąś kosmiczną katastrofą. Świat przyrodniczy pozostaje tym, czym jest od całej wieczności. I nie jest to także katastrofa biologiczna: Człowiek pozostaje przy życiu jako zwierzę, które żyje w z g o d z i e z Przyrodą, czyli Bytem bezpośrednio danym. Tym, co znika, jest Człowiek we właściwym znaczeniu, tzn. Działanie negujące to, co bezpośrednio dane, i Błąd, albo w ogóle Podmiot p r z e c i w s t a w n y Przedmiotowi. W rzeczywistości koniec ludzkiego Czasu albo Historii, tzn. ostateczne unicestwienie Człowieka we właściwym znaczeniu, czyli wolnego i historycznego Indywiduum, oznacza całkiem po prostu ustanie Działania w mocnym sensie tego słowa. W praktyce oznacza to zniknięcie wojen i krwawych rewolucji. A także zniknięcie Filozofii; Człowiek nie zmieniający w istotny sposób samego siebie nie ma już bowiem powodu do zmieniania zasad (prawdziwych), które leżą u podstawy jego poznania Świata i ziemi6.
Najbardziej przerażające w cytowanym fragmencie wydaje mi się przekonanie Aleksandra Korżewnikowa o "końcu Historii" i końcu człowieczeństwa, które samo w sobie popada w inercję; w bytowy zastój. Skoro człowiek osiągnął pułap, w którym niemożliwa staje się jakakolwiek zmiana, to znaczy, że nie może już wykroczyć poza swoją raz na zawsze określoną przez naturę (Przyrodę) zwierzęcość, to z konieczności w nim samym muszą zostać amputowane wszelkie tęsknoty za bytowym "więcej" i "wyżej", to bowiem zawsze stoi na drodze ostatecznego "unicestwienia Człowieka". Oto bowiem nareszcie stając się tym, kim miał zawsze być - zwierzęciem i tylko nim, o paradoksie! - osiągnął wymarzony "spokój" (już nie ducha, bo tego nie ma, ale "wyobraźni"), co do samego siebie i własnego ontycznego położenia. Stał się tym, kim - a raczej c z y m, miał się stać. I osiągnął dzięki temu całkowity pokój w samym sobie. "Unicestwienie Człowieka" wyznacza zatem właściwy horyzont wszelkiej ideologii postheglowskiej i panekologicznej. W swej istocie nie chodzi w niej o nic innego, jak ostateczne uśmiercenie Ducha w człowieku.
4.
Wspominam kuriozalne w swojej treści telewizyjne wystąpienie Władimira Putina, bodajże z 22 albo 23 lutego, w którym powołując się na Lenina (sic!), wytknął przywódcy bolszewickiej rewolucji karygodny i niewybaczalny błąd, polegający na uchwaleniu "prawa do samostanowienia narodów". W ten chłodny wieczór poprzedzający inwazję na Ukrainę, wpatrzony w osłupieniu w plazmowy ekran mojego telewizora, poczułem się, jakbym cofnął się o lata świetlne. Oto Historia zakpiła ze mnie w sposób zgoła nieoczekiwany i złowieszczy. Przypomniałem sobie wtedy fragment z być może najbardziej niezwykłej i w swej bezkompromisowości jedynej w swoim rodzaju książki Józefa Mackiewicza wydanej jego własnym nakładem w 1962 roku7. Mowa jest oczywiście o Zwycięstwie prowokacji. Pod koniec tego intrygującego studium na temat komunistycznego obłędu autor Kontry pozwala sobie na krótki futurystyczny passus dotyczący "ogniska psychicznej zarazy", jakim jest komunizm.
Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie, do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni "rozsądnie" się przystosować w roku 2012!. Jeżeli do tego czasu ognisko psychicznej zarazy nie zostanie unicestwione. Katastrofa, to nie śmierć połowy ludzkości w wojnie atomowej. Katastrofa, to życie całej ludzkości pod panowaniem ustroju komunistycznego8.
Dzisiaj w roku 2022, kiedy dodajemy kolejne dziesięć lat do Mackiewiczowej diagnozy / przestrogi skonstatować możemy, że w warstwie ideologicznej komunizm ma się świetnie i nic nie stracił ze swego pełnego uwodzicielskich fluidów zapachu9. Posiada on swoją hard odsłonę - brutalną wojnę, oraz tę soft - troskę o naturalny ekosystem. Niestety na próżno szukać w nim czegoś o człowieku. Nie, dla tego ostatniego nie ma już miejsca w ideologicznych szachach. Owszem, może się pojawić w przyszłości, ale jakościowo inny - cybernetyczny.
5.
Topos Adoracji jest logosem Łaski. Najbardziej dobitną formą przekroczenia naszej zwierzęcości jest Adoracja. Tutaj człowiek doświadcza siebie samego w "przełamanym" dystansie wobec Boga, który zapragnął stać się Chlebem dla Niego. Adoracja jest stanem zawieszenia czasu, a raczej takiej formy jego kondensacji, w której Wieczność zostaje "podarowana" przestrzeni fizycznej; zamieszkuje w niej na sposób Świetlistego Obłoku na pustyni Synaj. Czas Adoracji jest wobec tego wyciągnięty z fizycznej topografii; jest zstąpieniem, epifaniczną Obecnością Boga. Oto jego Wola wkracza z całą Wolnością w fizyczność. I w niej zamieszkuje. Stąd też, jeśli chcemy poszukiwać dowodów na żywą obecność transcendencji przekraczającej fizykalne ograniczenia doczesnej rzeczywistości, to Adoracja jest tym miejscem / stanem, w którym doświadczyć możemy unieruchomienia czasu, jego ontologicznego zawieszenia. Truizmem jest stwierdzenie, że zwierzę nie jest zdolne do Adoracji! Dlatego człowiek adorujący staje się kimś, w którym wypełnia się jego potencjalność. Jest urzeczywistnionym człowieczeństwa; jest ujawnieniem się w całej pełni korony stworzenia. Gest Adoracji jest najbardziej ludzkim i w swej bezkompromisowości INNYM od wszystkich innych gestów. Oto człowiek zgadza się w nim na bycie człowiekiem do "końca". Oto wyraża w nim swój zachwyt nad dziełem stworzenia. Oto - wreszcie - jest tym, kim zawsze chciał być w swoich najgłębszych tęsknotach: dzieckiem i dziedzicem królestwa Boga. Adoracja jest wobec tego Niebem na Ziemi; jest bezkompromisową zgodą na Boga, który chce dać nam królestwo przygotowane od założenia świata. Zarazem każdy adorujący - nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy (a z reguły nie zdaje!) - jest w tym momencie najbardziej pokornym ze stworzeń. Jest w stanie Synostwa wpatrującego się w Oblicze Stwórcy wszechrzeczy. Każda chwila Adoracji jest przenikaniem się boskiego z ludzkim; jest mistycznym spotkaniem, którego efektem jest nieziemska woń unosząca się w powietrzu. Najbardziej pociągającym z Adoracji jest jej PROSTOTA. Mistyka jest prosta. Nie ma w niej fajerwerków. Opiera się bowiem na miłości i zupełnym ogołoceniu; wydaniu się w ontycznej nagości drugiemu. Jego JEST chroni się pod osłoną bezbronnego opłatka; Jego TAK mieszka w bieli; Jego WSZECHMOC jest cichością i pokorą wydaną innym. Adoracja jest MISTYKĄ MISTYKI. Jest wnętrzem Boga. Tam rodzą się galaktyki i czas snuje swoją opowieść. Pagórki strzelają nagle pod niebo i cichy strumyk szemrze. Światło rozsuwa swoje wielkie kotary blasku, ujawniając zieleń łąk, szarość kurzu i czerwień maków. Nawet nieprzenikniona, sącząca się smoła nocy ma swoje od zarania świata przeznaczone w Nim miejsce. Nie zrozumiemy nigdy tego boskiego gestu. Adoracja całkowicie pochłania śmierć. Jest to jedyne miejsce na ziemi, gdzie śmierć nie ma dostępu. Tam, gdzie Zbawiciel pojawia się w Chlebie, demony nie mają wstępu. Adoracja jest spełnieniem materialnego świata; jest jego największą tęsknotą. Święte Świętych w Adoracji przytula cały świat; nakłada na jego ramiona nową szatę; obmywa go z brudu idolatrii.
6.
Na mapie ludzkiego zezwierzęcenia jako intelektualnego i kulturowego horyzontu postczłowieczeństwa jest jeden najbardziej newralgiczny punkt: to spotkanie z Żywym Bogiem na Adoracji. W powyższym stwierdzeniu nie ma przesady ani religijnego zacietrzewienia. Człowiek adorujący niszczy w samym sobie wszystko, co chciałoby go sprowadzić do zwierzęcości; jest tej ostatniej bezwzględnym pogromcą. Adorujący "zrzuca" z samego siebie zwierzęcość jako nieprzystającą do boskiego projektu w nim samym - projektu dodajmy z całą ostrością, którego architektem jest sam Bóg. W takiej perspektywie "zwierzęcość" jest akcydentalna, nie mieści się w samym rdzeniu człowieczeństwa. Jest jego jedynie czasowym przebraniem, jakąś formą zjawiskowego wypożyczenia na okres ziemskiej egzystencji. Dlatego w myśli chrześcijańskiej ciało ludzkie nigdy nie było postrzegane jako biologiczne, wykraczało bowiem poza nią poprzez fakt Wcielenia i Zmartwychwstania Jezusa. Ciało ludzkie nie mogło być zwierzęcym, niosąc w sobie boski zamysł stworzenia i odkupienia! Arystotelesowska definicja człowieka jako animal rationale w ścisłym sensie nigdy nie dotyczyła człowieka w chrześcijańskiej antropologii. Cielesność nie jest bowiem zwierzęcością. Jest za to integralnym składnikiem tchnienia boskiego, które w swej przedwiecznej Mądrości przewidziało dla nas uwielbione, p r z e b ó s t w i o n e c i a ł o o nieznanych i niemieszczących się w naukowym rezerwuarze własnościach. To ciało Nowego Świata. Człowiek adorujący wyradzając się z pozorów własnej zwierzęcości staje się zarazem dla samego siebie kimś, we wnętrzu którego dokonuje się najbardziej tajemniczy z tajemniczych procesów: p r z e n i k a n i e s i ę n a t u r doczesnej i Wiecznej.
Paradoksalnie Wieczność nie będzie niczym innym, jak UJAWNIENIEM się Boga obecnego w Adoracji. Dlatego ci, którzy Adorują spodziewają się wszystkiego - i wszystko otrzymują w obfitości przekraczającej rozum i wszelkiego rodzaju poruszenia serca.
7.
Z powodu utraty pamięci, pogrążenia się w ontologicznej amnezji, Świat nie może odnaleźć właściwego wyrazu. Nie może znaleźć samego siebie. Pozostając w zagubieniu i zapomnieniu o Bogu, jest zupełnie bezbronny, jak dziecko, które utraciło z oczu swoją matkę. Szlocha, choć jego płacz jest ukryty; w jakimś sensie obezwładniony przez Złego, pozostający w jego nienawistnym władaniu. Płacz na uwięzi. Niewidoczne skomlenie. Niepamięć o Bogu jest zatem stanem permanentnym współczesnego Świata. Oto nie znajdujemy już miejsca w naszej egzystencjalnej przestrzeni dla naszego karmiciela. Stał się nam obcy bardziej niż zło. Stał się synonimem wszystkiego, co najgorsze; wszystkiego, co ogranicza naszą wolność. Dlatego wyrzucamy Go z pamięci; usuwamy z pełnym intelektualnym i emocjonalnym przekonaniem, że jest to jedyne słuszne i upragnione przez nas działanie. Czyn eliminacji Boga z naszej egzystencjalnej przestrzeni jest wyrazem naszej prawdziwej (o paradoksie!) zwierzęcej dojrzałości; jest zwieńczeniem wysiłków, których celem było pozbawienie ludzkości / zwierzęcości wszelkich eschatologicznych roszczeń, które przecież - a o tym jesteśmy bezgranicznie przekonani - były największym skłamaniem przez wieki podtrzymywanym przez chrześcijaństwo. Oto nareszcie dobiega końca nasz powrót do źródeł - powrót do zwierzęcości, która jest naszym środowiskiem i ostatecznym życiowym spełnieniem. Już nie jesteśmy ludźmi, i fakt ten przyjmujemy z niekłamaną satysfakcją.
*
Nie jesteśmy wróblami. To ważne, być może najważniejsze. Zbawiciel o tym mówi, a jego słowa są prawdziwe, nie ma w nich cienia ideologicznego zacięcia, nie niosą ze sobą ani źdźbła fałszu, gdyż On sam jest ucieleśnioną, odwieczną Prawdą. I jeszcze jedno: włosy nasze są policzone, wszystkie. Nic z człowieka nie ulega zagładzie; nic nie ginie. Człowiek pozostaje człowiekiem. Nie jest zwierzęciem, nie może nim być, nawet gdyby bardzo tego chciał.
Bielsko-Biała, 29.06-2.09.2022 r.
1 Podobnie jak w innej swojej odsłonie promocja cyberczłowieka. Tutaj mamy do czynienia z próbą odczłowieczenia, którego dźwignią ma być technologia oparta na tzw. "czwartej rewolucji przemysłowej".
2 Stąd też dziwić musi bezkrytyczne zaufanie, jakim obdarza tę ideologię choćby papież Franciszek. Dobitnym tego przykładem jest jego encyklika Laudato si z 24 maja 2015 roku poświęcona ekologii, w której z trudnością znajdziemy odwołania do nauki Mistrza z Nazaretu, za to głowa Kościoła Rzymskokatolickiego zdaje się zupełnie otwarcie przyjmować paradygmat panekologizmu.
3 W zachodnioeuropejskiej myśli filozoficznej występuje jako Alexandr Kojeve.
4 Por. A. Kojeve, Wstęp do wykładów o Heglu, tłum. Ś. F. Nowicki, Warszawa 1999, s. 510.
5 Tamże, s. 574.
6 Tamże, s. 454.
7 Książka było tak niewygodna, że Autor Drogi donikąd nie mógł dla niej znaleźć wydawcy!
8 Por. J. Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Londyn 2017, s. 245-246.
9 I nie chodzi mi tylko o to, co się dzieje obecnie w Rosji, Chinach, ale także w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej, gdzie idee neokomunistyczne (tym razem spod znaku gender) opanowały większość społeczności akademickiej, posiadającej mandat kształtowania opinii społecznej. Powołać się w tym miejscu można choćby na przejmującą książkę Roda Drehera wydaną w Polsce w 2018 roku: Opcja Benedykta. Jak przetrwać czas neopogaństwa.
??? CZESI ???JOSEF KROUTVORO KAWIARNIACH PRAGI
Do niezwykłego rozkwitu kawiarń doszło w epoce modernizmu - był to złoty wiek kawiarnianego życia. Secesja wynalazła nie tylko dworce i muzea, szerokie damskie kapelusze, miejskie korsa i spacerowe laski, wymyśliła także eleganckie lokale z czarną i białą kawą oraz gazetami. Większość z nich od dawna nie istnieje, zmieniły nazwy, zostały przebudowane, opustoszały i znikły, niektóre przetrwały jednak do naszych czasów albo cudem powracają do życia. Na secesyjne kawiarnie spoglądamy dziś z szacunkiem i podziwem, dbamy o nie jak o inne zabytki kultury i historii.
Pod koniec XIX wieku kawiarń przybywa, kawiarnia literacka fin de si?cle'u bywa azylem dla zanikającego modernistycznego sposobu życia. Kawiarnia daje schronienie przed dotkliwościami świata, jest miejscem spotkań, rozmów, wymiany myśli, intelektualnym punktem węzłowym. Kawiarnia ma specyficzną atmosferę, którą upodobali sobie przede wszystkim poeci, artyści i inne indywidualności. Lokal publiczny oferuje nie tylko możliwość wejścia w głośne, rozbawione towarzystwo, lecz również bezpieczeństwo i spokój, jaki zyskujemy rozpływając się w tłumie. Człowiek jest tu sam, lecz nie odczuwa własnej samotności, otaczają go bowiem ludzie. Ta właśnie kombinacja anonimowości i charakterystycznego dla moderny towarzyskiego szumu jest czymś wysoce pożądanym. Kawiarnie są u nas odpowiednikami salonów, angielskich klubów i publicznych czytelń.
Z rozwojem miast oraz rozbudową sieci oświetlenia ulicznego związane są początki nowego, typowo miejskiego, fenomenu nocnego życia. Kawiarnie jaśnieją do późna, przyciągając gości niczym rozjarzone latarnie. Dla wielu kawiarnia jest drugim domem - może nawet domem jedynym. Miejski blask i blichtr życia towarzyskiego wabią ludzi do miast, girlandy świateł i kawiarniane lustra stwarzają iluzję szczęścia.
Do najstarszych secesyjnych kawiarń Pragi należało Café Corso przy ulicy Na příkopě (Na Fosie), dzieło architekta Friedricha Ohmanna. Budynek ten, jeden z pierwszych praskich obiektów secesyjnych, powstawał w latach 1897-1898. W tym czasie Ohmann kończył właśnie pracę nad wnętrzami Varieté w Karlínie i zdaje się, że lekka muza prowadziła jego rękę również na Příkopach. Do najzupełniej zwyczajnego domu została przylepiona fasada z bogatą sztukateryjną dekoracją - jakby ją wyczarował zręczny cukiernik. Zewnętrzne powierzchnie frontowe pokrył malunkami Viktor Oliva, któremu także nie były obce nowinki wielkiego świata. Ozdobieniem wnętrz zajął się Arnošt Hofbauer, malarz i autor pierwszych czeskich plakatów o większej wartości plastycznej. Kawiarnia mieściła się na pierwszym piętrze i posiadała balkon osłonięty ruchomym płóciennym daszkiem.
Przed I wojną światową Praga miała dwa korsa - czeskie, czyli aleję Ferdynanda, i niemieckie, ulicę Na příkopě. Nic więc dziwnego, że w Café Corso chętnie spotykali się niemieccy literaci. Podczas Wielkiej Wojny, w okresie nacjonalistycznej propagandy, Café Corso zostało przemianowane na Café Habsburg, co z pewnością nie budziło entuzjazmu patriotycznie usposobionych Czechów. Wojna znacząco odmieniła kawiarniane życie - ubyło gości, brakowało też samej kawy. Poszukiwano zamienników, cukier zaczęto zastępować sacharyną, sztucznym słodzikiem, zabrakło nawet mleka. Aby tylko utrzymać się na powierzchni, w określonych godzinach kawiarnie podawały słabą kawę. O wojennej atmosferze nie trzeba wspominać, eleganckie ubrania z czasów secesji zastąpione zostały wojskowymi mundurami.
Kolejną kawiarną na Příkopach odwiedzaną raczej przez Niemców niż przez Czechów było Café Continental. Parę kroków dalej mieściła się następna kawiarnia, Café Central, nazywana z czeska Ústřední (Centralna). Gościem obu bywał, jak wiadomo, Franz Kafka. Kryterium narodowe, którym posługujemy się, opisując poszczególne lokale, nie zawsze jest w pełni funkcjonalne. Na przełomie stuleci Praga była miastem z natury rzeczy dwujęzycznym, poza tym kawiarnia to instytucja w mniejszym lub większym stopniu liberalna, otwarta. Przez długie lata mogły tu obok siebie przesiadywać dwa najzupełniej odmienne towarzystwa, a mimo to "kawiarniana etyka" nie została naruszona.
Niżej, na Můstku, w miejscu, gdzie oba korsa stykały się ze sobą, była kawiarnia Kolářa. Kiedy w roku 1907 zmienił jej się właściciel, otrzymała nową, elegancką i nowoczesną nazwę - Café Edison. Amerykański wynalazca, twórca fonografu, maszyny do pisania, mikrofonu, żarówki, elektycznego dynama czy kinematografu, był i w Europie osobistością podziwianą i popularną. Nikomu nie przyszłoby jednak na myśl, że Thomas Alva Edison pewnego dnia osobiście zjawi się w kawiarni. Stało się tak w roku 1911, gdy podczas jego wizyty w Pradze przyprowadzili go tu wynalazca František Křižík i inżynier Kolben, twórca "Kolbenki", późniejszego ČKD1. Było to wydarzenie jakby "żywcem wyjęte z Járy Cimrmana", podobno ani nie zamierzone, ani nie oczekiwane - do odwiedzenia kawiarni zmusił towarzystwo deszcz. Edisonka, jak nazywali ją prażanie, w końcu doczekała się rzeczywistego Edisona. Z wydarzeniem łączy się historia, jak to Edison - niczym prawdziwy Amerykanin, który postrzega Europę jako jedną całość - właśnie tu zdał sobie sprawę, że nie jest w Polsce, lecz w Czechach. Stara kamienica na Můstku już nie istnieje, na jej miejscu stoi dziś postmodernistyczny budynek z gładką fasadą i wielkim zegarem.
Edisonkę, na początku niemieckiego korsa, chętnie odwiedzali prascy niemieccy literaci, nie omijali jej również Czesi. Stara Edisonka była kawiarnią w dużym stopniu dwujęzyczną, jak to zazwyczaj w Pradze. Przedstawicieli późniejszej czeskiej awangardy Edisonka już nie kusiła, nie była odpowiednim miejscem dla ich spotkań, choć przecież Vítězslav Nezval złożył wynalazcy żarówki osobliwy hołd. Poemat Edison, wydany w roku 1928, sławi narodziny światła elektrycznego i nowoczesną cywilizację.
Josef Kroutvor odbiera Nagrodę Literacką im Jaroslava Seiferta. Praga, 15 listopada 2022 r. Fot. P. Dakowicz
Max Brod, przyjaciel Kafki, uczęszczał do Luwru (Louvre), kawiarni usytuowanej przy czeskiej Ferdynandce, alei Narodowej (Národní třída). W cichym saloniku spotykał się tu krąg filozofów, którzy pod kierunkiem Christiana Ehrenfelsa studiowali dzieło Franza Brentany. Filozoficzne posiedzenia w Luwrze miały swego rodzaju kontynuację w czasach Pierwszej Republiki - w kawiarni SIA na nabrzeżu za dzisiejszym hotelem Intercontinental. Chadzali tam uczniowie Masaryka, a także niemieccy intelektualiści, uciekinierzy z hitlerowskiej III Rzeszy.
Ciekawa rzecz: praska książka adresowa z roku 1896 rozróżnia kawiarnie duże, mniejsze i inne, dużych wyszczególniono trzydzieści! Największa ich liczba mieściła się na Příkopach, oprócz Continentalu i Centralu zajść można tutaj było do Adrii, Modrej hvězdy (Niebieskiej Gwiazdy), do Francuskiej i Wiedeńskiej. Dalej są kawiarnie przy alei Ferdynanda, placu Wacława, przy ulicach Jindřicha, Vodički, Žitnej i na Rynku Staromiejskim. Spośród małych kawiarń na uwagę zasługuje lokal pani Rozalii Špírkovej przy uliczce Kožnej, noszący poetycką nazwę Dvá kominíci (Dwaj Kominiarze). Bardzo często jako właściciele pierwszych małych bistr prezentują się w książce adresowej kobiety - kawiarki. W roku 1898 na liście adresów pojawia się kawiarnia Corso - z numerem telefonicznym 2132! Dzwonić da się poza tym do kawiarni Slavia koło Teatru Narodowego i do kawiarni U zlatého anděla (Pod Złotym Aniołem) przy Celetnej.
Café Metropol na rogu ulicy Vodički i placu Wacława było ulubionym miejscem spotkań towarzystwa artystycznego Mánes. Jednym z gości bywał tu Hanuš Jelínek, tłumacz i zaprzysięgły frankofil. Pieczę nad kawiarnią sprawował szef kelnerów Suchánek, zatrudniony później w Unionce i w kawiarni Arco przy ulicy Hybernskiej. Kawiarnia jako miejsce spotkań artystów i literatów pojawia się także na plakacie wydawanego wówczas tygodnika Lumír - autorem pracy jest malarz Oldřich Homoláč. Przy stoliku siedzi elegancka młoda dama w kapeluszu i wsłuchuje się w słowa młodzieńca, być może młodego poety. W secesyjnej kawiarni dama jest mile widziana, przynależy do niej, stanowi istotny składnik jego atmosfery. Godzien uwagi jest mały, jednak dla kawiarni wysoce charakterystyczny detal; płaszcz niedbale rzucony na oparcie krzesła sugeruje, że kawiarnia jest ośrodkiem spokoju i wygody.
Kiedy w górnej części placu Wacława wybudowano Muzeum Narodowe, okolica ta rychło zaczęła zyskiwać na znaczeniu. Plac Wacława stawał się nowym centrum towarzyskim - nie mogło tu zabraknąć lepszych hoteli, kawiarń i restauracji. W duchu secesyjnym wyrósł nowy hotel Arcivévoda Štěpán (Arcyksiążę Stefan), dziś Europa, na parterze którego powstała elegancka kawiarnia. Za jego budowę, w latach 1903-1905, odpowiadali dwaj uczniowie Ohmanna, Alois Dryák i Bedřich Bendelmazer. O dekorację wnętrz zadbał Jan Letzel, który później opuścił Pragę, by pracować w dalekiej Japonii. Nawiasem mówiąc, Letzel zaprojektował budynek Muzeum Przemysłowego w Hiroszimie, którego żelbetonowa konstrukcja jako jedyna przetrwała katastrofę atomową. Przestrzeń kawiarni została obmyślona z rozmachem - jako wytworny westybul z galerią, z której obserwować można rojowisko ludzkie na parterze. Życie towarzyskie to przecież śledzenie wydarzeń - widowisko, teatr i pokaz mody. Europa jest kawiarnią typu "café-concert", w tle mały kawiarniany ansambl wykonuje popularne i lubiane melodie.
Podczas II wojny światowej w hotelu Europa mieszkał Jiří Traxler, jazzowy muzyk i kompozytor złotej ery swingu. Z jego wspomnień pochodzi historia, która koryguje rysowane grubą kreską kontury wielkiej historii. 8 maja 1945 roku przed hotel zajechał amerykański jeep z czarnoskórym kierowcą, z samochodu wysiedli dwaj amerykańscy oficerowie. Ten kanciasty, zakurzony wóz zjawił się na placu Wacława niczym widmo. I choć był tu o dzień wcześniej niż legendarne rosyjskie czołgi, niemal nikt tego nie zauważył.
Wnętrze hotelu Paryż. W głębi hotelowa kawiarnia. Fot. P. Dakowicz
Interesującym secesyjnym wnętrzem może się także pochwalić hotel Paryż z roku 1904, ulokowany w pobliżu Miejskiego Domu Reprezentacyjnego (Obecní dům). Szerokie okna, wysoki strop, drewniane pokrycie ścian, artystyczne okucia, secesyjne detale, a nawet ogromny fikus rozpięty ponad głowami gości - wszystko to zgodne jest z wyobrażeniem luksusowego, kilkugwiazdkowego hotelu na światowym poziomie. Właśnie tu, w hotelu Paryż, pieczono dla abisyńskiego cesarza nadziewanego wielbłąda, o czym w powieści Obsługiwałem angielskiego króla pisze Bohumil Hrabal. Zresztą, Hrabal ot tak sobie tego wszystkiego nie wymyślił, w hotelu była przez czas jakiś zatrudniona jego żona Eliška.
W marcu 1935, rok od ukonstytuowania się praskiej grupy surrealistów, hotel Paryż gościł André Bretona i Paula Eluarda. Ta gorączkowo wyczekiwana wizyta stanowiła potwierdzenie związków Pragi z Paryżem oraz światową awangardą i wyraźnie wzmocniła w kraju zainteresowanie surrealizmem. Trzy praskie wykłady Bretona wyszły w roku 1937 jako tom zatytułowany Czym jest surrealizm. Nadchodzą nowe czasy, skończył się krotochwilny poetyzm, optymistyczne idee są wypierane przez polityczną irracjonalność, przez ciemną mowę symboli.
W latach 80. XX wieku w każdy poniedziałek po ćwiczeniach gimnastycznych spotykali się w hotelu Paryż członkowie Towarzystwa Sępów, cudacznej grupy praskich architektów, lekarzy, artystów, intelektualistów, aktorek i modeli. Upodobanie znajdowali oni w plotkach i zabawnych opowieściach, bez których odwiedzanie kawiarń byłoby pozbawione sensu. Owi "przyjaciele starych nieporządków" wiecznie przygotowywali jakieś wieczorki, wyjazdy i amatorskie przedstawienia, albowiem w epoce władzy totalitarnej wolnego czasu było zawsze wystarczająco wiele.
Do starych literackich kawiarenek zaliczała się również Demínka na Vinohradach, której nazwa pochodzi od pierwszego właściciela - Josefa Demína. Schodzili się tu anarchiści i literaci zaliczani do moderny przełomu stuleci - František Gellner, Fráňa Šrámek, S. K. Neumann. W Demínce widywano również Jaroslava Haška, braci Čapków i Františka Langera. Obszerna kawiarnia w neorenesansowym stylu została ponownie otwarta, po wielkiej rekonstrucji, w roku 2002. Niektóre kawiarnie przestały istnieć, inne natomiast, już niemal spisane na straty, wróciły do życia w pełnym blasku.
Na końcu lat 90. XIX wieku otworzyła się dla publiczności kawiarnia Imperial przy ulicy Na Poříčí (Na Porzeczu). Jej niezwykłe dekoracje w stylu asyryjsko-egipskim zaprojektował krótko przed I wojną światową Josef Drahoňovský, a wytworzyła je znana fabryka ceramiki Rako. Reprezentacyjna kawiarnia ulokowana w uczęszczanym miejscu przyciągała nie tylko zwyczajnych gości, lecz również dżentelmenów rozgrywających tu partie swego ulubionego bilarda. Na plakacie z epoki stoi pewny siebie mężczyzna z cylindrem na głowie i z bilardowym kijem w ręce. Po roku 1948 hotel i kawiarnia zostały przejęte przez Rewolucyjne Zjednoczenie Związków Zawodowych, o elegancji na długie lata zapomniano. W roku 1986 kawiarnię definitywnie zamknięto, ponoć brano nawet pod uwagę "modernizację" i likwidację jej niezwykłego ceramicznego wystroju. Ponownie otwarta, oferowała gościom niepowszednią atrakcję - misę złotych pączków Saturnina, które miałyby służyć do rozpętania kawiarnianej bitwy. Do czynu zniechęcała gości jedynie wysoka cena, mimo to raz i drugi doszło podobno do pączkowych pojedynków. Kwota 1943 koron czeskich przypominała rok wydania humorystycznej powieści Zdeňka Jirotki Saturnin. Aby wszystko było jasne, na kawałku papieru wydrukowano ostrzeżenie: "W przypadku, gdy misa z pączkami zniknie z kontuaru, najlepiej prędko zapłacić i opuścić salę". Obrzucanie się pączkami kojarzyć się może ze znanymi z niemych filmów scenami bitew na śmietanowe torty.
Wszakże nie wszystkie kawiarnie olśniewały luksusem i elegancją, były i inne, skromniejsze lokale. Egon Erwín Kisch w jednym ze swych felietonów inspirowanych wędrówkami po nocnej Pradze opisał wysoce osobliwą "kawiarnię" Kandelabr. Była to ruchoma herbaciarnia, w późnych godzinach nocnych serwująca wagabundom gorący krzepiący napój z rumową esencją. Placówka przypominała małą parową lokomotywę z mosiężnymi trąbkami i kotłem, pod którym płonął ogień. Archaiczne monstrum ciągnął na wyznaczone miejsce silny pies. Obok stoiska, które nazywano szumnie "ambulansem gorących napojów", gromadzili się ludzie najrozmaitszego autoramentu. Dyskutowano w plenerze pod rozjarzoną uliczną latarnią - stąd kawiarnia wzięła swoje miano: Kandelabr. Słowo zapożyczone z praskiego argotu tak dobrze się przyjęło, że stało się nazwą prawdziwej kawiarni przy ulicy Karola IV.
Większość starych kawiarń mieści się na Starym i Nowym Mieście, są jednak wyjątki, bez których opis miasta nie byłby pełny. Na placu Malostranskim zakorzeniła się kawiarnia, której spokojny i ospały żywot przenosi gościa gdzieś w czasy praskiego biedermeieru. Kawiarnia Malostranska, niegdyś Café Radetzky, należy raczej do rzędu lokali niepozornych. Tutejsze figurki, jakby przeniesione z opowiadań Jana Nerudy, bohema Malej Strany, studenci i romantyczni mieszkańcy pobliskich kątów, latami zapełniali niewielką przestrzeń pod niskimi sklepieniami. Rankiem roznosił się tu zapach świeżych rogalików z pobliskiej piekarni przy ulicy Mostowej (Mostecká) i kawy jakby z domowej kuchni. Dziś, niestety, i na tej kawiarni odcisnął piętno duch nowych czasów, stałych bywalców wyparli turyści, miłośnicy "złotej Pragi". Turysta nie zagrzeje tu jednak miejsca, nie nawiąże relacji z przeszłością kawiarni, pokrzepi się i prędko ruszy dalej.
W epoce monarchii stał na rynku Malostranskim pomnik generała Radetzky'ego, który po powstaniu Pierwszej Republiki Czechosłowackiej musiał zniknąć ze sceny. Rynek utracił swoje ideowe centrum, w końcu zaczęto nawet zapominać, że jest głównym placem. Po listopadzie 1989 roku i przywróceniu demokracji - w przylegających doń pałacach i domach ulokowały się ważne instytucje administracyjne, parlament i senat; plac przebudził się do nowego życia. Nie jest chyba sprawą przypadku, że po aksamitnej rewolucji w zrekonstruowanym pałacu Smiřickich powstała kawiarenka Demokracja.
Po listopadowej rewolucji w każdy poniedziałkowy wieczór w Kawiarni Malostranskiej spotykała się niewielka grupa przyjaciół rozmawiających po czesku i po niemiecku, co w czasach monarchii było rzeczą najzupełniej zwyczajną. Profesor Sommer, dyrektor austriackiego gimnazjum, które wznowiło swoją działalność, otwierał typową kawiarnianą debatę o literaturze czeskiej i o kulturze całej Europy Środkowej. Dzięki obecności Hugona Rokyty, uznanej osobistości, znawcy dzieła R.M. Rilkego, spotkanie w kawiarni zyskiwało rangę małego wykładu uniwersyteckiego. Pragę sprzed I wojny światowej, gdzie mieszały się żywioły czeski, niemiecki i żydowski, nazwał Max Brod "miastem polemicznym". Poniedziałkowe towarzystwo nawiązywało do polemicznej tradycji, zresztą - gdzież indziej polemizować i debatować, jeśli nie w kawiarni! ?
Z języka czeskiego przełożył Przemysław Dakowicz