Zamiast wstępu O sile wspomnień
Wielką historię łatwiej będzie zrozumieć, kiedy przyjrzymy się jej, że tak powiem, od podszewki, z perspektywy indywidualnych doświadczeń, przeżyć, również tragedii. Dlatego badacze przeszłości tak duże znaczenie przypisują wspomnieniom. Zarówno wspomnieniom ofiar, jak i sprawców, a także innych osób, niebędących bezpośrednimi uczestnikami danego zdarzenia. Wszyscy oni przedstawiają je bowiem z własnej, indywidualnej perspektywy, ukształtowanej pod wpływem obowiązujących w owym czasie narodowych narratywów i nimi naznaczonej. Dzielą się swoją osobistą historią i obserwacjami, które niekoniecznie pokrywają się z oficjalną historiografią, a nawet czasem są z nią sprzeczne. Jeśli dopisze nam szczęście i zdołamy niczym w układance złożyć te różne świadectwa w jeden większy obraz, będziemy mogli, choćby częściowo, odtworzyć to, co często wydawało się nie do wyjaśnienia, niewytłumaczalne, i to, z czym konfrontuje nas czasami nasza najnowsza historia. Suche liczby i daty tego nie sprawią.
Oczywiście nie wolno nam przy tym zapominać, że pamięć bywa zawodna. Nie potrzeba do tego złych zamiarów, świadomego konfabulowania czy przemilczania. Nasza pamięć z jakichkolwiek powodów potrafi zniekształcać niektóre fakty i zdarzenia, wymazywać je i "wymyślać" inne, nowe, przestawiać je w czasie. Jednym słowem, nie zawsze wolno nam ufać własnej pamięci. Psychologia zna owo konfundujące doświadczenie, jakiego każdy z nas prawdopodobnie kiedyś doznał, i nazywa je fałszywą pamięcią.
Zdarza się nawet, że pamięć może być tak niebezpieczna jak pole minowe, poruszamy się po niej ze strachem, ostrożnie stawiając każdy kolejny krok, stale bowiem musimy być gotowi na to, że całkiem niespodziewanie natkniemy się na straszne obrazy i odkryjemy jakąś okropność, która wytrąci nas z równowagi. Czasem zadajemy sobie wtedy pytanie, czy nie byłoby lepiej nie wywoływać przeszłości, zostawić ją w spokoju i w ogóle nie poruszać pewnych spraw - choć oczywiście wiemy, że milczenie i odwracanie głowy czy też wypieranie i odsuwanie od siebie pewnych problemów nie sprawią, że one znikną.
Chciałbym opowiedzieć tu o jednym z własnych doświadczeń dotyczących strasznej przeszłości. W tym celu muszę się cofnąć nieco w czasie, do roku 1944 i do powstania warszawskiego. Mój ojciec, jako komendant grupy interwencyjnej Sonderkommando 7a, był wtedy w Polsce i stacjonował w pałacu w Radziejowicach, jakieś czterdzieści kilometrów na południowy zachód od Warszawy. Kilka tygodni wcześniej przejął dowodzenie nad tą jednostką gdzieś we wschodniej Polsce, niedaleko Białegostoku, i podczas cofania się przed napierającymi Rosjanami ruszył w stronę Warszawy. Oddział specjalny Bast - nazwany tak od nazwiska dowódcy, mojego rodzonego ojca, dr. Gerharda Basta, Sturmbannführera SS oraz szefa Gestapo w Linzu - po drodze wziął zakładników, grupę starszych Polaków, żeby być może ustrzec się w ten sposób przed atakami partyzantów. Zakładników zagnano aż do Radziejowic, skąd żołnierze Sonderkommando, wśród nich mój ojciec, wyjeżdżali pojedynczo do Warszawy tłumić powstanie. Ale to inna historia. Sonderkommando 7a przerzucono w połowie sierpnia 1944 roku z Polski na Słowację, by tam stłumiło inne powstanie. Zanim jednak załadowano do pociągu pojazdy i broń, na dziedzińcu radziejowskiego pałacu rozstrzelano zakładników i jak zazwyczaj w takich przypadkach ciała ofiar wrzucono do uprzednio wykopanych tam dołów.
Mężczyźni ze Służby Pracy Rzeszy stacjonujący w Radziejowicach; przypuszczalnie 1940-1941
A przecież ojciec jako dowódca jednostki mógłby równie dobrze wypuścić jeńców na wolność, odesłać ich do domu, najwyraźniej jednak nie wziął tej możliwości pod uwagę. Zakładnicy, do niczego już niepotrzebni - bo po co komu polscy zakładnicy na Słowacji? - zostali rozstrzelani. O tym morderstwie, dokonanym na piętnastu, być może nawet dwudziestu Polakach, nie znam dokładnej liczby, dowiedziałem się, czytając zeznania świadka, członka Sonderkommando, które złożył przed sędzią śledczym we Flensburgu. Postępowanie dotyczyło zresztą innych wydarzeń, o zbrodni w Radziejowicach wspomniano jedynie na marginesie śledztwa. W mojej książce o ojcu przed dziesięciu laty pisałem już o tej egzekucji. Starałem się wtedy znaleźć na ten temat więcej informacji. Dowiedziałem się wówczas, że w pałacu, który był niegdyś rezydencją rodu Krasińskich, mieści się obecnie Dom Pracy Twórczej artystów i pisarzy. Nawiązałem zatem kontakt z jego dyrektorem, ten jednak o egzekucji na pałacowym dziedzińcu nic nie wiedział. Zaczął więc własne poszukiwania, szukał dokumentów i kronik, rozpytywał o świadków, wszystko nadaremno. W końcu wyraził nawet wątpliwość, czy egzekucja, o której wspominałem w swojej książce, w ogóle się tu odbyła.
W kwietniu tego roku, na krótko przed wyjazdem do Polski, gdzie miałem zaprezentować przekład innej mojej książki - piszę w niej akurat o nieodkrytych do tej pory grobach - zgłosił się do mnie nagle dyrektor radziejowickiego Domu Pracy Twórczej z zaskakującą wiadomością: pojawił się wreszcie świadek, który w 1945 roku widział na własne oczy ekshumację ciał w tamtejszym parku. Spotkaliśmy się w kawiarni w Poznaniu. Przybył w towarzystwie dyrektora pałacu. Postawny i krzepki mężczyzna, nieco po osiemdziesiątce; na pierwszy rzut oka było widać, że większą część życia spędził na świeżym powietrzu. Był kiedyś nadleśniczym i zapalonym myśliwym. Opowiedział mi o tamtym wydarzeniu z taką energią i tak obrazowo, jakby było to zaledwie wczoraj. Kilka miesięcy po wojnie - miał wtedy dokładnie dwanaście lat - jego wujek ksiądz wezwał go do siebie i poprosił, żeby jako ministrant towarzyszył mu podczas ekshumacji nazistowskich ofiar. Chodziło o Polaków rozstrzelanych przez Niemców i pogrzebanych natychmiast po egzekucji nieopodal pałacu. I o nieznany do tej pory masowy grób w pałacowym parku. Leżeli tam oczywiście zakładnicy, których kazał zlikwidować mój ojciec. Siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna pamiętał nawet pewne szczegóły, o których, mówiąc szczerze, wolałbym nie słyszeć. Grób, otwarty przez niemieckich jeńców wojennych, tak szybko napełnił się wodą, że leżące w nim ciała dosłownie pływały, wszystkie twarzą do dołu. Obraz ten prześladował go całymi latami, powiedział mi ów mężczyzna. Jednak dokąd potem zabrano zmarłych, których tutaj nikt nie znał, i gdzie sprawiono im przyzwoity pogrzeb, tego mój rozmówca nie umiał powiedzieć. Po ekshumacji nigdy więcej już o tym nie rozmawiał, ani z wujkiem księdzem, ani z nikim innym, aż do dzisiaj.
Dodał jeszcze, że dla niego samego jest zagadką, dlaczego milczał tak długo. Teraz to sobie wyrzuca. Obwinia się o to, że do tej pory nigdy o tamtym zdarzeniu nikomu nie opowiedział, nawet gdy był już dorosły. A przecież wtedy, po zaledwie kilku latach, zapewne można było się jeszcze dowiedzieć, kim byli ludzie, którzy zginęli w Radziejowicach. Dzisiaj prawdopodobnie jest już na to za późno. Teraz, po tylu latach, opowiada mi jednak tę okropną historię, bo sumienie mu mówi, że nie wolno tych ofiar pozostawić w niepamięci. Trzeba je upamiętnić, może należałoby umieścić w Radziejowicach jakąś tablicę. W przeciwnym razie nawet po tak długim czasie sprawcy osiągną zamierzony cel - obrabują swoje ofiary z nazwisk, z ich historii i tożsamości, by ludzie ci na zawsze pozostali anonimowi i zapomniani, całkowicie wymazani z historii. I żeby nikt o nich nie pamiętał, by wszelka pamięć o tych ludziach została na zawsze pogrzebana.
A do tego nie wolno dopuścić. Bo przecież ci zmarli, którym wujek tego mężczyzny tuż po wojnie udzielał w Radziejowicach ostatniego błogosławieństwa, zostawili w swoich rodzinnych stronach, nie wiedzieć gdzie, żony, dzieci, rodziców, rodzeństwo i przyjaciół. Krewni na pewno szukali ich całymi latami, popadając w coraz to większe zwątpienie, i zapewne w głowach nie mogło się im pomieścić, że ktoś bliski mógł zapaść się na zawsze pod ziemię, jakże to możliwe, żeby nie było od niego żadnej wiadomości, żeby nikt im nie przysłał choćby lakonicznego zawiadomienia, że zginął tragiczną śmiercią.
Kiedy siedziałem naprzeciw obu tych mężczyzn, późno ujawnionego świadka i dyrektora radziejowickiego pałacu, starałem się sobie wyobrazić, co wtedy, przed ponad siedemdziesięciu laty, kazało mojemu ojcu i jego ludziom zabić ot tak, po prostu, niewinnych ludzi. Zastanawiałem się, jak musiała wyglądać egzekucja. Kto kopał dół? Kto oddał strzały? Były ministrant znał również inne szczegóły, wiedział na przykład, że rozstrzeliwania - mówił o wielu innych egzekucjach - odbywały się zawsze nocą, powiedzieli mu o tym inni ludzie obecni podczas ekshumacji w Radziejowicach. Przy ryku motorów, którym sprawcy chcieli prawdopodobnie zagłuszyć wystrzały. Podkreślił jeszcze kilka razy, że potrafiłby dokładnie wskazać miejsce wydobycia ciał. Jako leśniczy dobrze się orientował w terenie. Tym bardziej sam się sobie dziwił, że milczał tak długo. Widać było, że bardzo go to męczy.
Dlaczego czekałem z tym tak długo - powtarzał co chwila, kierując to pytanie bardziej do siebie niż do nas. Dlaczego o tym, w czym w 1945 roku musiałem wziąć udział, nie opowiedziałem nikomu dużo wcześniej? Dlaczego wujek, będący księdzem, skądinąd człowiekiem dobrze wykształconym, biegłym w mowie i piśmie, nigdy o tym nie mówił, nigdy nic na ten temat nie napisał? Dyrektor pałacu dopowiada, że ksiądz przez długie lata bardzo skrupulatnie prowadził miejscową kronikę i że zachowała się ona do dzisiaj. Nie ma w niej jednak żadnej wzmianki o ekshumacji. Słuchając tego, starszy mężczyzna kręci z niedowierzaniem głową.
Milczeli wszyscy, jakby związani jakąś przysięgą. Były ministrant, wówczas dwunastoletni chłopak, jego wuj ksiądz, wszyscy świadkowie, którzy wówczas, w 1945 roku, mieliby dużo do powiedzenia o tamtej i o innych egzekucjach. Jeśli dać wiarę słowom dyrektora, a nie ma powodu, żeby w nie wątpić, ludzie wiedzący o zbrodni nigdy o niej nie mówili. W każdym razie nie publicznie. Mimo że nie oni byli sprawcami ani w niczym nie pomagali, mimo że sami zaliczali się do ofiar, bo w każdej chwili z byle powodu oni także mogli zostać rozstrzelani, to przez całe lata wiedzę o tym, co wtedy widzieli, zatrzymali wyłącznie dla siebie. Dopóki siedzący naprzeciw mnie mężczyzna po siedemdziesięciu latach nie złamał milczenia i nie zaczął opowiadać. Dlaczego akurat teraz? Nie umiał powiedzieć, wydawał się jednak zadowolony, że wreszcie może o tym mówić.
Ten epizod pokazuje, jak często musi upłynąć wiele lat, zanim ludzie będą gotowi mówić o swoich traumach. Wspomnienia, już pogrzebane, wyparte lub może również zapomniane, zupełnie nieoczekiwanie torują sobie nagle drogę i wypływają na powierzchnię, zdarza się, że bez wyraźnego powodu. Nierzadko można odnieść wrażenie, że niektórzy z nas tylko czekają, żeby ktoś zadał im jakieś pytanie, dał odpowiedni impuls, i już zaczynają mówić, ujawniać różne szczegóły, nazwy, daty, dziwiąc się sami sobie, że to robią. Jak to możliwe, że nagle mi się to znowu przypomniało?
I wcale nie dotyczy to tylko ofiar i bezstronnych świadków, ale czasami również sprawców, którzy milczeli ze strachu przed pociągnięciem ich do odpowiedzialności. Mamy sporo takich przykładów, kiedy winny zaczyna raptem mówić i dosłownie zasypuje nas wszelkimi szczegółami. Najczęściej jest to zasługą wywiadów, podczas których autor lub dziennikarz potrafi jednym empatycznym pytaniem z najbardziej nawet zacietrzewionych rozmówców wydobyć ważne wyznanie. Bywało i tak, że sprawcy stawali się ofiarami. To także mógł być powód, dla którego przerywali milczenie i dawali upust wspomnieniom.
Na ogół jednak robią to bardzo selektywnie. Ze zrozumiałych względów wolą przedstawić się w roli ofiary i mówić tylko o własnej krzywdzie, aniżeli opowiadać o własnych haniebnych czynach. Nie tylko sprawcy, ale także ich sympatycy wolą na ten temat milczeć. Ich pamięć nagle okazuje się dziurawa, wyretuszowana, przeinaczona, nierzadko upiększona, albo wszystkiemu po prostu zaprzeczają. Nie, no skąd, to nie tak, was przecież przy tym nie było, niczego nie rozumiecie. Nie macie prawa nas osądzać i z góry potępiać. Znam to dobrze z własnego podwórka. Wszyscy bez wyjątku w rodzinie mojego ojca byli zdeklarowanymi lub wręcz zagorzałymi nazistami. Ojciec, dziadek i stryj, młodszy brat mego ojca. A mimo to nie uważali się za sprawców, lecz za ofiary. I chętnie o tym mówili. Wszyscy po 1945 roku dużo utracili - majątek, pozycję zawodową - i lubili o tym stale przypominać. Dziadkowie opowiadali mi o rabunkach i bezprawiu, o swoim aresztowaniu i pobytach w więzieniu, o obozach przymusowego pobytu, o nieludzkich warunkach w areszcie i o zakazie pracy. I o tym, że oni sami i im podobni musieli po 1945 roku przejść przez to wszystko. Jakże niesprawiedliwie. Zawsze to podkreślali, nie zdając sobie sprawy z własnej winy.
O wydarzeniach takich jak to w Radziejowicach nigdy się u nas oczywiście nie mówiło. W opowieściach, którymi karmiono mnie w dzieciństwie i za młodu, nigdy nie pojawiły się takie historie. Nic złego przecież nie robiliśmy, zawsze byliśmy przyzwoici, latami wbijano mi do głowy. Musiało upłynąć dużo czasu, zanim zacząłem w to powątpiewać. Pewnego dnia zerwałem stosunki z rodziną, lecz dopiero po latach zacząłem badać, co w czasach, o których tu mowa, robili mój ojciec, mój dziadek i stryj oraz pozostali krewni. Nigdy nie sięgali przy mnie do osobistych wspomnień. A ja o nic nie pytałem. Nigdy nie spytałem na przykład, co w Polsce i na Słowacji robił mój rodzony ojciec. Byłoby to może bezcelowe, bo gdybym zapytał, trafiłbym na mur milczenia. Mógłbym jednak przynajmniej spróbować. Ojciec został zamordowany, zginął podczas próby ucieczki w 1947 roku, dziadek umarł, gdy byłem jeszcze mały, ale babcia i stryjek żyli dostatecznie długo, by móc mi o tym opowiedzieć. Do końca życia oboje pozostali zdeklarowanymi nazistami, lecz o zbrodniach na Żydach, o wypędzeniu Słoweńców czy o rozstrzelaniu zakładników nie chcieli słuchać. Nie mogę dzisiaj wykluczyć, że z czasem zaczęliby mówić. Gdybym tylko zadał odpowiednie pytanie. Nie chciało mi ono jednak przejść przez gardło, być może dlatego, że już od jakiegoś czasu przeczuwałem, co bym mógł wtedy usłyszeć. I po prostu się bałem. Tak więc, spodziewając się tego i chcąc uciec przed tym dylematem, zatrzasnąłem za sobą drzwi i zaniechałem dalszych rozmów.
Myślałem o tym podczas spotkania w Poznaniu ze starszym mężczyzną, kiedy nagle zaczął opowiadać rzeczy, które przez siedemdziesiąt lat trzymał głęboko w sobie, zamknięte niczym w sejfie. Był prawdopodobnie ostatnim naocznym świadkiem, który mógł mi w wiarygodny sposób opowiedzieć o tamtym zdarzeniu, wszystko inne to pogłoski, informacje z drugiej i trzeciej ręki albo rezultaty poszukiwań w archiwach, jak te, na których oparłem swoją książkę o ojcu. Radziejowickiemu świadkowi i jego opowieści zawdzięczam to, że kiedy mówił o ekshumacji, wymieniając pozornie drugorzędne szczegóły, naprawdę jednak niezwykle istotne, mogłem sobie wyobrazić pewne rzeczy i wypełnić białą plamę w życiu ojca. Bo chodzi tu właśnie o wypełnienie luk, nawet jeśli pewne obrazy są dla nas bolesne, czego sam doświadczyłem, słuchając opowieści owego człowieka. Siedząc naprzeciw niego, zastanawiałem się, jak by to było, gdyby babcia i stryjek zaczęli mi nagle wszystko opowiadać. Po tylu, tylu latach. A mieliby o czym mówić. Chyba jednak wolałbym ich wspomnień nie usłyszeć. Nie z tamtych lat. Sporo było w naszej rodzinie spraw, które jeszcze gdy żyli, uważałem za niedobre. Niegodziwe. Złe. Przez całe lata bałem się, że za dużo się dowiem, wolałem o nic nie pytać, pozostawić wiele niedomówień.
Dzisiaj to sobie wyrzucam. Nie wolno bowiem pozwolić, by kierowały nami takie powody, nie wolno zamykać oczu, zatykać uszu, nie chcieć wysłuchać tamtych wspomnień, ilekroć się z nimi skonfrontujemy. A już na pewno nie wtedy, gdy chodzi o wspomnienia sprawców, nawet jeśli są nimi bliskie nam osoby.
2015