Topielica ze Świtezi - Agnieszka Kaźmierczyk

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wiadomość o przeprowadzce spadła na Wojtka niespodziewanie niczym doniczka z czwartego piętra. Nie dość przeszedł w ciągu swojego szesnastoletniego życia? Wydawało mu się, że własnymi doświadczeniami mógłby obdzielić przynajmniej kilku swoich ćwierćmózgich kolegów ze szkoły. A może wyjazd ma być lekarstwem dla ojca? W końcu od kilku lat mówi o "braku samorealizacji" "rutynie" i "niespełnionych młodzieńczych ideałach". Zawsze zwykł powtarzać, że lata spędzone na krakowskim AGH-u były najlepszymi w jego życiu i że nie każdy pierwszy lepszy student skończył wydział elektroenergetyki.

Antoni Stożyński nie miał szczęścia w życiu. Wychowywał się bez ojca. Nie był półsierotą, chociaż czasami wolałby, aby tak było. Pensja matki ledwo wystarczała na pokrycie podstawowych rachunków - ojciec swoje zarobki regularnie i niezmiennie przepijał. Po wódce nie był ani agresywny, ani wulgarny. Jego cicha pijacka egzystencja zakłócała jednak spokojne życie Antka i jego siostry Kaśki. Ciężko było mu się skupić na nauce, choć był uczniem niezwykle zdolnym. Nie mógł w spokoju czytać, a było to jego ulubione zajęcie. Wreszcie musiał przejąć wszelkie "męskie" prace w domu. To dlatego stał się w przyszłości świetnym inżynierem - nie tylko w teorii.

Gdy poznał Ewę, los się odmienił. Był wtedy świeżo upieczonym absolwentem prestiżowej wyższej uczelni, poszukującym pracy. Ona, studentka czwartego roku pedagogiki pobliskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej - dzisiejszego UP. Antoni w trakcie studiów marzył o budowie nowoczesnej elektrowni, a co za tym idzie, nie w głowie były mu przelotne studenckie romanse. Ewa zmieniła jego światopogląd. Miłość wybuchła nagle, a jej owoc, Wojtek, pojawił się w półtora roku od pierwszego spotkania pary na jednej z imprez w akademiku Olimp.

Mogłoby się zdawać, że dwoje młodych ludzi - bez pracy, z dzieckiem w drodze - popadnie w swoistą melancholię, w latach osiemdziesiątych słowo "depresja" nie było bowiem jeszcze tak modne, jak dziś. Tak się jednak nie stało. Antek otrzymał pracę w Bielsku Podlaskim w zakładach rafinerii ropy naftowej. Wojtek cierpliwie poczekał, aż mama uzyska dyplom magistra i dopiero wtedy postanowił pojawić się w jej i ojca świecie. Ewa nie od razu rozstała się z malcem, jednak i ona wkrótce rozpoczęła karierę zawodową.

Po tłustych latach przyszedł czas na te chude. Po rutynowym badaniu ginekologicznym u Ewy stwierdzono guza miednicy małej. Wydawał się niegroźny, jednak lekarz prowadzący zdecydował się na laparoskopowe usunięcie niechcianego ciała obcego. Ewa, z natury beztroska, nie przyjęła do wiadomości, że wycięty guz musi zostać poddany szczegółowym badaniom histopatologicznym, bo może okazać się tworem złośliwym. Usłyszała tylko, że pięć dni po operacji wróci do swoich chłopaków. Tak się też stało.

Dwa tygodnie później zadzwonił telefon. Pracująca w tym czasie w Poradni Pedagogiczno - Psychologicznej trzydziestoczteroletnia Ewa, podnosząc słuchawkę, nie wiedziała, że ta rozmowa wywróci jej całe życie do góry nogami.

Wojtek stracił matkę, gdy skończył trzynaście lat. Zbiegło się to ze zmianą szkoły podstawowej na gimnazjum, w którym nie znał nikogo. Może to i lepiej, bo nie miał ochoty na zwierzanie się dawnym kumplom ani na zawieranie nowych znajomości. Tekst: "straciłem matkę kilka tygodni temu" - działał doskonale. Potencjalny rozmówca odwracał się na pięcie i zostawiał Wojtka w upragnionym świętym spokoju.

A teraz znowu coś. Po trzech w miarę spokojnych latach w głupkowatym wytworze kolejnego ministra edukacji - gimnazjum - szykowała się kolejna zmiana. I to jaka.

Ale dlaczego Białoruś? - kierował to pytanie do ojca od kilku dni. Przecież w Polsce też mają elektrownie. Tyle że "stary" się uparł i nie chciał odpuścić. Wspominał coś o idealnym momencie. Tylko na czym ten idealny moment miał polegać? Bo zmarła matka i nie umiał się z tym uporać? Bo kończyła się szkoła i przez wakacje można by się urządzić? No bo chyba nie dlatego, że na Białorusi mają lepsze szkoły? Wojtek zastanawiał się nad pobudkami ojca od wielu dni.

Faktem było, że Antoni Stożyński marzył o wielkiej sprawie, a budowa elektrowni wiatrowej w Nowogródku była spełnieniem jego marzeń. Nie mówiąc już o tym, że tylko myśl o czymś nowym dawała mu siłę do wstania rano z łóżka. I Wojtek - tak, Wojtek był kolejnym powodem.

2

Zostały dwa tygodnie do zakończenia szkoły. Oficjalne pożegnanie klas trzecich, wręczenie nagród i dyplomów budziło przerażenie. Wojtek był, krótko mówiąc, wyalienowany. Tak powiedziała o nim ojcu jego wychowawczyni, pani Lisowska. Co to znaczyło? Że nie miał dziewczyny, że nie popijał na imprezach ze swoimi kolegami z klasy czy może to, że się nie uśmiechał? A nie uśmiechał się od pierwszego dnia gimnazjum. Nie miał powodów.

Nie zawsze tak było. Miał szczęśliwą rodzinę. Jego starych zazdrościli mu wszyscy. Bo ściągali najnowsze filmy z internetu, bo znali piosenki Rihanny i co roku zabierali go na wypasione wakacje zagraniczne. I to nie do jakiegoś Egiptu czy innego arabskiego syfu, tylko na Kubę, Sri Lankę, Malediwy. Tak, Wojtkowi nie brakowało pieniędzy. Ale to nie one, wbrew temu, co myśleli jego kumple, dawały mu szczęście. Z matką zawsze można było normalnie pogadać. Ojciec miał do niego ogromne zaufanie. I zawsze mieli dla niego czas. Koleżanki z klasy zamiast rodzinnego obiadu dostawały dwie stówy, "żeby kupiły sobie coś ładnego" albo nowego laptopa i nie zawracały głowy, gdy "dorośli ciężko pracują, aby opłacić czynsz". Tak, jego starzy byli spoko. Ale życie to nie bajka, to pierdolona rzeczywistość - myślał Wojtek.

Kiedy zaczął przeklinać? Chyba gdy matka powiedziała o diagnozie albo trochę później, gdy wzięła pierwszą chemię. W ogóle nie zawsze taki był. Przecież nie tak go wychowali. W podstawówce miał wielu kolegów, przeżył pierwszą miłość. Był prymusem, ale też kapitanem szkolnej drużyny piłki nożnej. Dużo mówił, a jego śmiech był zaraźliwy. Matka już wtedy twierdziła, że jego słowiańska uroda kiedyś zostanie doceniona przez przedstawicielki płci przeciwnej. Wysoki po ojcu, jasny blondyn po matce. I te niebieskie oczy... Niektórzy mówili, że nie są niebieskie, tylko przezroczyste. Porównywano je do oczu psów rasy Husky albo do koloru Morza Karaibskiego. Śmieszyło go to.

Zmienił się. Nie tylko zewnętrznie. Zaczęło się od zmiany stroju, w jego garderobie po śmierci matki zaczęły dominować czarne ciuchy, a teraz, trzy lata później, wciąż był taki - szarobury. Stał się opryskliwy, obojętny, nic go nie cieszyło. Owszem, zdawał relację z każdego dnia ojcu, jednak widział, że jego rozmówca patrzy równie pustym wzrokiem, jak i on sam. Dużo czytał, ojciec miał pokaźną biblioteczkę. Rzucił piłkę. Częściej słuchał muzyki albo siedział przed komputerem. Antoni dużo pracował, a on nie czuł potrzeby rozmowy z nikim innym. Po obejrzeniu Sali samobójców zrezygnował też z odwiedzania czatów internetowych. Z Facebooka również nie korzystał już od dłuższego czasu, choć znajomi z podstawówki zamęczali go nowymi wiadomościami, pytaniami. Nie wiedział, czy to troska, czy wścibstwo.

Z jednej strony przeprowadzka go przerażała, z drugiej rodziła dziwne i zapomniane uczucie podniecenia związanego z tym, co nieznane. Otworzył laptopa i wpisał w wyszukiwarce: Białoruś. Odwiedził Wikipedię, której tak naprawdę nie znosił. W tej chwili było mu jednak wszystko jedno. Mieli zamieszkać w miejscowości w powiecie nowogródzkim. Ojciec miał pracować w jego stolicy - Nowogródku. Liczby były bezlitosne. Pięćdziesiąt trzy tysiące mieszkańców. W całym powiecie. W Bielsku było ich dwadzieścia pięć tysięcy - w jednym mieście. Pominął informacje historyczne, znalazł coś o planowanej budowie elektrowni. A i wreszcie to, co znał ze szkoły. W pobliżu znajdowało się jezioro Świteź. Kojarzył zdradę strzelca z utworu Mickiewicza tylko dlatego, że ich polonistka zrobiła debatę na ten temat, było nawet śmiesznie. Ojciec obiecał, że znajdzie mu dobre liceum. Miał przyzwoite oceny i bez trudu powinien się gdzieś dostać. Rosyjskiego, tak jak i angielskiego oraz niemieckiego, uczył się już przez dziesięć lat. Antoni zawsze powtarzał, że jeśli nadarzy się okazja, wyjadą. Matka nie miała nic przeciwko, a że chcieli być odpowiednio przygotowani, uczyli się języków we troje. Póki co zaczynały się wakacje i do dyspozycji Wojtek miał mieć domek letniskowy nad osławionym jeziorem. Bylebym nie podzielił losu strzelca - pomyślał i w duchu sam do siebie się uśmiechnął. Pierwszy raz od... dawna.