Topielica - Gaja Grzegorzewska

-
Proszę czekać

PROLOG

Kraków

temperatura 32°C

wiatru brak

Julia zapatrzyła się bezmyślnie w leżące na biurku kartki, leniwie poruszane podmuchem z wentylatora. Upał był jeszcze gorszy niż poprzedniego dnia. W pokoju panowała cisza, jeśli nie liczyć monotonnego buczenia komputera i szumu wentylatora, który rozwiewał ciepłe powietrze po pokoju, nie dając żadnej ulgi. Julia odwróciła się w fotelu w kierunku okna i widoku ulicy Zwierzynieckiej, i kolejnego remontu czy też budowy, której rezultat zapewne znajdzie wśród nominowanych do tytułu archiszopy roku.

Julia czuła, że dziś już nikt nie przyjdzie. Komu chciałoby się opuszczać klimatyzowane pomieszczenia w taką pogodę? Klimatyzacja w biurze Julii popsuła się w zeszłym tygodniu, administrator obiecał kogoś przysłać, ale bez skutku.

Z zamyślenia wyrwał ją kuzyn Tomek - jej bardzo nieudany sekretarz, który wszedł cicho do pokoju i dotknął jej ramienia butelką zimnej coli.

- Czemu się skradasz? - spytała Julia, odwracając się gwałtownie. Poczuła, że cienka tkanina kremowej sukienki przykleiła jej się do pleców.

- Nie zachowuj się jak jakiś Stalin czy ktoś tam. Niedługo wyścielesz sobie pokój gazetami. Masz tu tę swoją kolkę - mruknął Tomek i jeszcze raz szturchnął ją butelką w ramię.

- Wolałabym drinka z palemką i takim malutkim, cieniutkim plasterkiem cytryny.

- A ja bym wolał leżeć pod palemką w jakimś miłym towarzystwie - zarechotał kuzyn.

Julia leniwie sięgnęła po zapalniczkę i sprawnie otworzyła nią butelkę. Nauczyła się tej godnej pozazdroszczenia i niezmiernie przydatnej umiejętności od któregoś ze swoich byłych facetów. Tomek wciąż stał nad nią, przestępując z nogi na nogę. Julia nie znosiła tego nawyku. Sprawiał, że myślała, iż kuzyn musi cierpieć na jakieś nieprzyjemne dolegliwości związane z pęcherzem.

- Coś jeszcze? - Julia ziewnęła, czując, że za chwilę uśnie.

- Mógłbym już sobie pójść?

Popatrzyła na niego. Minę miał rozkosznie niewinną.

- Idź, baw się dobrze. - Machnęła ręką.

Gdy za Tomkiem zamknęły się drzwi, Julia zrzuciła ze stóp sandałki na wysokim obcasie, oparła bose stopy o biurko i odchyliła się w fotelu, przymykając oczy. Monotonny szum wentylatora działał usypiająco.

Dzwonek komórki zabrzmiał wyjątkowo ostro i irytująco. Irytująco, gdyż w półsennym omamie Julię owiewała ciepła, morska bryza, a drink z palemką stawał się coraz bardziej namacalny. Odebrała przeciągłym "taaak".

- Spakowana? - Wiktor był dziarski i pełen zapału, jakby organizował letni obóz harcerski. Julia nie miała wątpliwości, że w jego biurze klimatyzacja działa bez zarzutu.

- Chyba żartujesz - odpowiedziała, stłumiwszy ziewnięcie.

- Moje pranie gnije od dwóch dni w pralce, bo nie miałam czasu go powiesić. Wciąż nie wiem, z kim zostawię kota, a ja sama, mój drogi, nadaję się najwyżej na spokojny tydzień w sanatorium.

- Mój Boże! Ty naprawdę potrzebujesz tych wakacji!

- Jak znam swoje szczęście, gdy tam dojedziemy, zacznie padać i nie przestanie przez następne dziesięć dni. Za to mogę liczyć na przepiękną pogodę w drodze powrotnej. Trzeba było jechać do jednego z tych snobistycznych kurortów dla zarobasów. Przynajmniej mielibyśmy pogodę. I drinki z palemką.

- Skarbie, wiesz, że musimy jechać na Mazury. Zobaczysz, spodoba ci się, zarobisz... A poza tym obiecałaś mi, że nie będziesz jojczyć...

Julia usłyszała w tle grzechotanie kostek lodu o szklankę. Prawie czuła orzeźwiającą moc tego, czym się tam Wiktor raczył. Oczami wyobraźni widziała też zjawiskowo piękną i nieziemsko głupią sekretarkę Wiktora, która zapewne właśnie wychodziła z gabinetu po przyniesieniu drinka, kołysała biodrami i nie traciła nadziei, że te zabiegi jednak robią na jej szefie należyte wrażenie. Julia uśmiechnęła się.

- Co pijesz? - spytała.

- Mojito! Podwójne, z podwójnym lodem. I miętą z mojego prywatnego krzaczka. Ja mam już wakacje, złotko.

- Oczywiście. A ja mam colę light, która osiągnęła już temperaturę pokojową.

- Julio, Julio, kocham cię, wiesz. Posłuchaj mnie, skarbie, zamknij biuro na resztę dnia, a raczej na następne dziesięć dni, kup sobie na wyjazd jakieś fantastyczne fatałaszki, co to więcej odkrywają, niż zakrywają, prześwitują i w ogóle żyją własnym życiem, i zasuwaj do domu pakować się. A tego sierściucha zawsze możesz zostawić pod opieką Loli albo Tomka.

- Wiesz, Wiktor, czasami gadasz z sensem. Opieka wątpliwej jakości, ale na pewno lepsza niż ta zapewniana przez moich rodziców. Wiesz: wszystko na luzie, biedak wypuszczany do ogrodu, "żeby się bawił z innymi kotkami". Jasne. Wraca potem bez połowy ucha z rzepami w futerku. Ale jeśli chodzi o te twoje fantastyczne zakupy, to nie wiem, czy uda mi się cokolwiek kupić w tej zafajdanej dziurze.

Mimo licznych wątpliwości i ociężałego ciała Julia za radą Wiktora opuściła swoje biuro i udała się w kierunku centrum. Szybko przemknęła przez rozgrzaną jak patelnia płytę Rynku, z którego skwar przepędził najbardziej wytrwałych turystów. Przeszła przez Planty, gdzie ludzie dogorywali w cieniu na ławkach, i zniknęła w czeluściach Galerii Krakowskiej.

Galeria pochłonęła ją na następne dwie godziny. Gdy o dziewiętnastej wsiadała do taksówki, w obu rękach dzierżyła torby zawierające trzy kostiumy kąpielowe, dwie sukienki, parę bermudów, króciutkie szorty, japonki sportowe i wieczorowe oraz kilka niezbędnych bluzeczek na ramiączkach.

Słońce wisiało jeszcze wysoko nad horyzontem, a upał nie zelżał ani odrobinę. Z trudem można było oddychać, radio w taksówce ryczało na cały regulator jakiś wakacyjny hit, będący coverem jakiegoś wakacyjnego hitu sprzed lat. Mimo to Julia czuła się dobrze. Zakupy poprawiły jej humor i chyba wreszcie dotarło do niej, że jedzie na wakacje. Co więcej, całkiem się z tego cieszyła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki