Leżąca na łóżku w sypialni kobieta sięgnęła do paczki z żelkami i wyjęła czerwonego misia. Ścisnęła go w palcach, a gdy trochę się już nad nim poznęcała, odgryzła mu głowę. Tułów wrzuciła sobie do ust sekundę później. Potem znów zanurzyła dłoń w opakowaniu, szukając nowej ofiary.
- Dahlia? Żyjesz tam?! - zawołała, spoglądając w stronę drzwi prowadzących do niewielkiej łazienki.
- Jeszcze chwila! - Usłyszała zduszony głos przyjaciółki.
Gina Murray podparła dłonią głowę i zerknęła na zegarek.
- Dochodzi siódma! Spóźnisz się!
Nagle drzwi do łazienki się otworzyły i wyszła z nich wysoka, szczupła kobieta w czerwonej, ołówkowej sukience z dekoltem w kształcie litery "V".
- Cholera, nie mogę jej zapiąć, pomożesz mi? - Popatrzyła na przyjaciółkę, która wytarła dłonie w dżinsy, a później wstała z łóżka.
- Odwróć się. - Zakręciła palcem w powietrzu, a po chwili sprawnie sięgnęła do zamka i pociągnęła go w górę. - No i po sprawie.
Dahlia wykonała obrót i zapytała:
- No i? Jak wyglądam?
Gina zmierzyła ją wzrokiem, a potem pokiwała głową z aprobatą.
- Jeśli na ciebie nie poleci, to albo jest ślepy, albo to gej. - Mrugnęła do niej. Podeszła i poprawiła jedno lekko falowane pasmo, które opadało wzdłuż twarzy, podczas gdy reszta jasnobrązowych włosów upięta była w wymyślny kok. - Wyglądasz ślicznie.
W odpowiedzi Dahlia odetchnęła z ulgą, a wkrótce zaczęła się rozglądać po pokoju. Torebka wisiała przewieszona przez otwarte drzwi szafy. Szybko ją zabrała i rzuciła w stronę koleżanki, która bez problemu ją złapała. Następnie zdjęła z wieszaka modny prochowiec i sprawnie go włożyła. Przypominając sobie o czymś, pobiegła do łazienki. Kilka sekund później stała już obok przyjaciółki i przeglądała się w małym, podręcznym lusterku, nakładając krwistoczerwoną szminkę na usta. Otarła jeden z kącików ust i sięgnęła po torebkę. Na moment przystanęła, biorąc głęboki oddech.
- Wiesz, denerwuję się. Ostatni raz na randce byłam pół roku temu. A co, jeśli...
- Za bardzo wszystko przeżywasz. Po prostu postaraj się dobrze bawić i potraktuj tę randkę jak... Jak niezobowiązujące spotkanie.
- Łatwo ci mówić, ale to przecież kuzyn Oscara. Nie chcę, gdyby coś poszło nie tak, wyrzucał sobie później, że niepotrzebnie nas ze sobą poznał.
- O to się nie martw. - Gina położyła dłonie na obfitych biodrach. - W razie czego biorę go na siebie. W końcu to ja go poprosiłam, by przedstawił mi listę niezamężnych, dobrze usytuowanych mężczyzn, których zna. Poza tym... - Zrobiła dłuższą przerwę, patrząc na Dahlię wymownie. - Uwierz mi, sowicie go w nocy wynagrodziłam. - Przygryzła dolną wargę, a w jej ciemnych oczach pojawiły się iskierki.
- Tak? - Jones podniosła brew, a Murray niczym mała dziewczynka splotła za sobą dłonie i zaczęła się kołysać, wlepiwszy w podłogę wzrok. - Jakieś szczegóły?
- Szczegóły... - zachichotała, ale urwała nagle, bo jej dwudziestopięcioletnie ja właśnie wróciło. - O tym porozmawiamy później. A teraz naprawdę się zbieraj, bo będziesz spóźniona.
Dahlia nie protestowała. Jeszcze raz zerknęła na zegarek, a potem poganiana przez przyjaciółkę wyszła z sypialni. Przeszła przez niewielki przedpokój połączony z kuchnią i znalazła się przy drzwiach. Nagle się zatrzymała.
- Co? O czym zapomniałaś? - spytała Gina.
- Pager.
- O nie. Nie tym razem.
- Gina - zaczęła, patrząc na nią nieco błagalnie. - Znów chcesz się o to kłócić? Przecież wiesz, jaką mam pracę.
- Wiem - powiedziała twardo. - Ale to nie znaczy, że musisz być na każde skinienie... - Przerwała, gdy Dahlia złożyła dłonie, przytknęła je sobie do ust i posłała jej rozczulające spojrzenie wielkich, szarych oczu.
Murray westchnęła.
- To gdzie jest?
- W sypialni, na etażerce, obok łóżka.
Gina wróciła po minucie i wręczyła urządzenie przyjaciółce, która szybko schowała je do torebki.
- No to życz mi szczęścia.
- Jasne, tylko pamiętaj: ani słowa na ten temat.
- Hm?
- Wiesz, o czym mówię.
- Ale...
- Ani słowa. To pierwsza randka. Mam ci przypomnieć, jak było ostatnio? -
Dahlia milczała, wpatrując się w przyjaciółkę i udając, że nie wie, o czym mowa.
- Nie pamiętasz, jak powiedziałaś temu blondasowi, czym się zajmujesz, a potem wyszłaś na moment do łazienki? Gdy wróciłaś, faceta już nie było. Zwiał i nawet nie zapłacił za kolację.
- Może po prostu źle się poczuł i musiał wyjść.
Gina zmrużyła oczy.
- Tak i przy okazji tej jednej nocy stwierdził, że jest technofobem i wyrzucił telefon.
Dahlia skapitulowała.
- No dobrze, jeśli nie zapyta...
- Zapyta, i to na pewno. W końcu to wasze pierwsze spotkanie, ale ty, kochana, nie piśniesz mu ani słówka.
- Więc co, mam kłamać? - zapytała niezadowolona. - Wiesz, że tego nie lubię. Skoro...
- Po prostu daj mu... wam nieco więcej czasu na rozwinięcie relacji. Gdy się w tobie zakocha, jest nikła szansa, że ucieknie z krzykiem, kiedy pozna twój zawód.
Jones patrzyła, jak przyjaciółka dotyka swoich ust. Z trudem panowała nad sobą. Jeszcze chwila, a na pewno wybuchnęłaby śmiechem.
- No wiesz, dziękuję ci bardzo. Pocieszyłaś mnie.
- Rzuć wreszcie tę robotę, a będzie po problemie.
Dahlia założyła dłonie na piersi. Gina z całą pewnością uznała, że ta ostatnia uwaga nie bardzo się jej spodobała.
- Definitywne "nie"? - drążyła.
- Nie.
- No dobrze, nie mówmy już o tym, ale posłuchaj mojej rady. Nie wspominaj o swoim prawdziwym zawodzie, a gdy zapyta, po prostu powiedz, że pracujesz w rodzinnej firmie - zaproponowała. Dahlia popatrzyła na nią nieco sceptycznie. - No co? Przecież to prawda.
- Nieważne - odezwała się w końcu i zamknęła mieszkanie. - Taksówka czeka na dole. Jeśli chcesz, to...
- Oscar zaraz po mnie przyjedzie - wtrąciła Gina. - No, zmykaj. Tylko nie zapomnij jutro zadzwonić. Koniecznie chcę wiedzieć, jak było.
Jones posłała jej uśmiech, pożegnała się, a potem zbiegła ostrożnie po schodach, stukając szpilkami.
***
Pięć minut później taksówka zatrzymała się przed niewielką włoską restauracją Casa Nostra. Nie leżała ona daleko od Eaton Road, gdzie Dahlia wynajmowała mieszkanie.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech, zanim przekroczyła próg. Gdy znalazła się w środku, rozejrzała się po przytulnym, klimatycznym wnętrzu i dostrzegła po lewej stronie stolik, przy którym siedział elegancko ubrany mężczyzna, z którym była dziś umówiona. Spojrzał w jej kierunku, wstał i zaczekał, aż podejdzie bliżej.
- Dahlia Jones? - Gdy skinęła głową, przedstawił się: - Patrick Thompson.
Uścisnęli sobie dłonie, a później dziewczyna przewiesiła prochowiec przez oparcie krzesła i zajęła miejsce przy stoliku. Na moment zapadła niezręczna cisza.
- Więc - zaczęła szybko. - Jesteś kuzynem Oscara?
- Tak. - Uśmiechnął się, ukazując rząd idealnie prostych, białych zębów, a w jego policzkach pojawiły się rozkoszne dołeczki, które tylko dodawały mu uroku. - Mam nadzieję, że mój kuzyn nie przedstawił mnie w złym świetle?
Podobał się jej. Był przystojny i proporcjonalnie zbudowany. Jasne włosy zaczesywał na lewą stronę, a ciemne oczy patrzyły w przyjazny sposób. Początkowo sprzeciwiała się zabawie Giny w swatkę i chciała odmówić, ale kiedy zobaczyła jego zdjęcie, postanowiła, że w sumie to warto spróbować. Sama także musiała być w jego typie, skoro zgodził się na tę randkę w ciemno. Inaczej przecież by się nie pojawił.
- W żadnym wypadku, a wręcz przeciwnie - odpowiedziała akurat w momencie, gdy podszedł do nich kelner.
- W takim razie mogę odetchnąć z ulgą.
Uśmiechnęli się do siebie, a potem zaczęli studiować pozostawione im menu.
- Od dawna mieszkasz w Londynie? - Kiedy zdecydowała, co zamówi, zamknęła kartę i odłożyła ją na stół.
- Od pięciu lat. Przeprowadziłem się, gdy zacząłem studia.
- Co studiowałeś?
- Finanse. Mój ojciec prowadzi firmę transportową, więc od razu po studiach zacząłem pracę w biurze. - Patrick zamknął menu i spojrzał w kierunku kelnera, który czekając na wezwanie, ruszył w ich stronę. - A ty?
Dahlia poruszyła się niespokojnie.
- Ja też...
- Czy już się państwo zdecydowali? - przerwał jej kelner, wyciągając notes i długopis.
Patrick skupił całą uwagę na mężczyźnie.
- Tak. Poproszę lasagne al forno, a dla... - Przeniósł wyczekująco wzrok na dziewczynę.
- Risotto della nonna - odpowiedziała.
- Czy coś jeszcze?
- Butelkę najlepszego czerwonego wina, jakie państwo mają.
Kelner zanotował zamówienie i grzecznie się wycofał. Thompson znów skupił się na swojej towarzyszce.
- A więc, na czym to skończyliśmy? A tak, mówiliśmy o pracy. Skoro już zdradziłem sposób, w jaki zarabiam na życie, teraz pora na ciebie. Musimy przecież wiedzieć, czy będziemy w stanie się utrzymać, gdy już weźmiemy ślub - zażartował, a ona lekko się roześmiała.
- No tak. Na to z pewnością liczą nasze rodziny. W końcu jesteśmy już w "tym wieku".
- Tak. "W tym", świetnie to ujęłaś. No więc? Czym się zajmujesz?
- Jestem... - Urwała na moment, gdyż słowa Giny rozbrzmiały w głowie niczym zaklęcie. Zawahała się, przez co mężczyzna uniósł lekko brwi.
- Chyba nie jesteś płatnym zabójcą? - zapytał, widząc, że dziewczyna wciąż milczy. - Bo jeśli tak, to... - Nachylił się lekko nad stołem, zasłonił usta dłonią i szeptem dokończył: - Świetnie się składa. Miałbym dla ciebie zlecenie.
- Tak? - podchwyciła temat wyraźnie rozbawiona, czując się jednocześnie tak, jakby właśnie uciekła spod gilotyny. - Ktoś nadepnął ci na odcisk?
- Jeden ze wspólników ojca. Strasznie namolny facet, nie ma pojęcia, jak działa ten biznes. Jedyne, co robi, to narzeka na wydatki związane z inwestycjami. Nie rozumie, że jeśli chcemy się utrzymać na rynku i być konkurencyjni, musimy się zmodernizować.
- No cóż. Przykro mi, ale muszę cię rozczarować. Niestety w tej kwestii nie jestem w stanie ci pomóc. Nigdy nie trzymałam w ręku pistoletu i, szczerze mówiąc, z nożem kuchennym również nie idzie mi najlepiej.
W ciemnych oczach Patricka pojawiły się iskierki humoru.
- Czyli nie mam co liczyć na domowe obiadki przygotowywane przez żonę?
- Jeśli tą żoną kiedyś zostanę, to niestety nie.
Wymienili przyjazne spojrzenia, a wkrótce potem podano zamówienie. W trakcie jedzenia Dahlia czuła na sobie wzrok Patricka, co sprawiało, że zalewały ją fale gorąca. Zarumieniła się, gdy skomplementował jej oczy. Rozmowa układała się świetnie, a dziewczyna stawała się coraz bardziej rozluźniona i szczerze zadowolona z tej randki. Thompson przypadł jej do gustu. Do tego stopnia, że upijając łyk wina i przyglądając się temu, jak z nienagannymi manierami posługuje się nożem i widelcem, zaczęła się zastanawiać nad tym, jak wyglądałoby ich wspólne życie. Czy dzieci byłyby bardziej podobne do niej, czy do niego? Gdzie ewentualnie by zamieszkali i czy mieliby psa...
Mężczyzna otarł usta serwetką i wtedy zauważył, że jego towarzyszka się w niego wpatruje. Lekko uniósł kąciki ust. Pochlebiało mu to zainteresowanie, ale nie stanowiło zbyt dużego zaskoczenia. Patrick doskonale zdawał sobie sprawę, że podoba się kobietom.
- Więc? - zaczął, a wtedy się ocknęła. - Zdradzisz mi wreszcie, czym się zajmujesz?
Patrzył, jak szybko unosi kieliszek i upija kolejny, tym razem dość spory łyk wina, zupełnie jakby chciała zyskać na czasie. Coraz bardziej intrygowała go siedząca naprzeciwko dziewczyna.
- Też pracuję w rodzinnej firmie - odpowiedziała w końcu. - Od pięciu lat. Zaczęłam, gdy miałam dwadzieścia.
Patrick rozsiadł się wygodnie.
- No proszę, a więc to kolejna rzecz, która nas łączy. Pracujemy w przedsiębiorstwach rodzinnych.
Uśmiechnęła się do niego, ale tym razem zauważył, że była przy tym nieco spięta.
- Jaka branża?
Znów się zawahała, ale po krótkim namyśle wyprostowała się, zupełnie jakby w tym jednym momencie podjęła bardzo ważną decyzję. Obserwował, jak splata przed sobą dłonie, patrzy na niego poważnie i otwiera pełne usta, w które chętnie by się teraz wpił.
- Jestem...
***
Wyszli z restauracji i zatrzymali się kilka kroków dalej. Dahlia patrzyła, jak Patrick próbuje złapać dla niej taksówkę. Kiedy w końcu mu się udało, odwrócił się w jej stronę.
- Dziękuję - odezwała się szybko. - Miło spędziłam ten wieczór.
- Tak, było miło - odparł, ale bez większego entuzjazmu.
- To może następnym razem... - Urwała, gdyż właśnie na poboczu zatrzymała się taksówka.
- Tak, tak, następnym razem - odparł szybko, a kobieta zacisnęła nieco mocniej dłoń na torebce.
Sięgnęła do klamki, ale w tym samym momencie Patrick, chcąc zachować dobre maniery, spróbował otworzyć przed nią drzwi i ich dłonie się spotkały.
- O... - zaczęła Dahlia, ale umilkła, gdyż mężczyzna się wzdrygnął i szybko cofnął rękę. Zabolało ją to, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. - Do zobaczenia - rzuciła i wsiadła do taksówki, na koniec nie spoglądając nawet w jego kierunku.
Nie musiała tego robić, by wiedzieć, że jedyne, co zobaczy, to wyraz obrzydzenia oraz zgrozy. Odjechali. Jones westchnęła i wyjrzała przez okno.
- Gina miała rację... - mruknęła cicho.
Wróciła do domu i powlekła się do sypialni. Szpilki wylądowały obok kanapy, a torebka razem z płaszczem na łóżku. Dahlia rozpuściła włosy, po czym opadła na pościel. Przez chwilę leżała z twarzą utkwioną w poduszce. Minęło kilka minut, nim odwróciła głowę.
- Tootsie. - westchnęła, a potem wyciągnęła dłoń, sięgając w stronę niebieskiego pluszaka, który leżał po lewej stronie łóżka. Wyglądał na mocno wysłużonego. Nie miał jednego oka, a na brzuszku posiadał przyszytą łatę. Dahlia wzięła go i przytuliła do siebie. Przesuwała nosem po jego miękkim, klapniętym uszku. - Masz szczęście. Widzisz... Wygląda na to, że wciąż będziemy dzielić to łóżko tylko we dwoje. - Pocałowała go. - Tylko ty i ja...
Przymknęła powieki, lecz kiedy powoli zaczęła odpływać do krainy snów, odezwał się jej pager. Otworzyła oczy i szybko usiadła. Sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej urządzenie.
- Toots - zwróciła się po chwili ponownie do pluszaka. - Małe sprostowanie. Tę noc spędzisz sam.
Ułożyła misia na łóżku, poprawiła mu poduszkę pod głową, a następnie przykryła go kołdrą. Nie czekając dłużej, pobiegła przebrać się w coś luźniejszego. Później wzięła kask i wyszła z mieszkania. Niedaleko, przypięty do słupka, stał jej rower - środek transportu, którym dojeżdżała do pracy. Szybko związała włosy i założyła kask. W końcu odpięła rower i wyjechała na ulicę.
Po półgodzinie dotarła na miejsce. Nie wahając się, weszła do budynku, nad którego wejściem wisiał szyld z nazwą: Game Over. Od razu skierowała kroki do pokoju socjalnego. Czekał tam już na nią pięćdziesięciosześcioletni mężczyzna, który właśnie przeglądał rachunki.
- Dahlia, dziękuję, że się zjawiłaś. To nagłe zlecenie. Gdybym nie musiał, to...
Dziewczyna położyła kask na niewielkim stoliku, który stał zaraz obok szafek.
- Wujku, nie musisz mi się za każdym razem tłumaczyć - odparła. Zdjęła kurtkę, schowała ją do szafki, po czym wyjęła zielony uniform. Szybko go włożyła, usiadła na krześle w kącie i zaczęła wkładać ochraniacze na buty oraz rękawiczki. - Za to mi w końcu płacisz.
Podeszła do siwiejącego na skroniach mężczyzny o bystrym bladoniebieskim spojrzeniu i licznych zmarszczkach wokół oczu.
- Tak, tak, tylko... - Przyjrzał się dziewczynie, a potem ujął jej dłonie. - Gdyby... - Nie dokończył, bo Dahlia mu przerwała:
- Znów rozmawiałeś z mamą?
Edgar Jones skinął głową nieco zakłopotany.
- Wiesz, być może ma rację. Może faktycznie powinnaś pomyśleć o zmianie zawodu. To... To nie jest praca dla młodej, zdolnej...
- Wujku. - Ścisnęła mocniej jego dłonie i spojrzała prosto w zmęczone, nieco już podkrążone oczy. - Nikt mnie do niczego nie zmuszał. Robię to, bo... Bo czuję, że tak trzeba. Poza tym to firma, którą założyłeś razem z tatą. Wiem, że mamy nic nie ucieszyłoby bardziej, niż gdybyśmy zamknęli działalność, ale... Ona po prostu tego nie rozumie. Nie tak jak my.
Edgarowi spadł kamień z serca. Słowa bratanicy widocznie go uspokoiły i ukoiły wyrzuty sumienia. Dahlia, widząc, że wujek doszedł do siebie, od razu przeszła do rzeczy:
- Więc co to za nagłe zlecenie?
- Mężczyzna, trzydzieści sześć lat. Umarł w domu parę godzin temu, nagłe zatrzymanie akcji serca. Rodzina chce, żeby go ostrzyc, ogolić, i, jak zawsze, żeby nie był taki blady.
- Ciało jest w chłodni?
- Tak, na stole. Wszystko już przygotowałem. Zbiorniki na płyny są na miejscu, również te do balsamacji. Tak jak zawsze.
Jones skinęła głową.
- No to pozostaje mi się wziąć do pracy. - Naciągnęła jeszcze raz mocniej rękawice i zabrała maskę. - A ty, wujku, lepiej wracaj do domu i porządnie się wyśpij.
- Poradzisz sobie sama? Jeśli chcesz, to...
- Nie musisz się martwić. Wszystkim się zajmę. - Wzięła ze stolika teczkę z dokumentami dotyczącymi dzisiejszego zlecenia, po czym skierowała się do drzwi. - Dobranoc.
Ruszyła przed siebie wąskim korytarzem. Zerknęła do teczki, aby jeszcze raz przebiec wzrokiem po tekście, a potem spojrzała na dołączoną do niej fotografię.
Mężczyzna na zdjęciu nie był zbyt przystojny i wydawał się raczej wychudzony. Długie, czarne włosy opadały na jego czoło oraz ramiona. Zapadnięte policzki podkreślały tylko zarys kości policzkowych, natomiast wąskie, blade usta pozostawały mocno zaciśnięte. Niechlujnie wyglądający zarost w żaden sposób nie dodawał mu męskości, raczej przywodził na myśl bezdomnego. Gdyby nie elegancki garnitur, na pewno można by było go za takiego uznać.
Nagle rozległ się grzmot. Dahlia przystanęła i spojrzała w stronę okna. Wkrótce o szyby zaczęły uderzać duże krople deszczu. Westchnęła, mając nadzieję, że w ciągu dwóch godzin, gdyż na tyle mniej więcej szacowała swoją pracę, niebo się jednak rozpogodzi. Nie chciała wracać do domu w strugach deszczu.
Ponownie zerknęła na zdjęcie, a po chwili podniosła je nieco wyżej.
- Zielone - mruknęła. - Piękne.
Dahlia założyła maskę i otworzyła stalowe drzwi do kostnicy. W pomieszczeniu pachniało specyficznie. Dwa metalowe łóżka do przewożenia ciał stały obok siebie po prawej stronie, a na środku, na stole leżały nagie zwłoki mężczyzny, którego miejsca intymne zasłonięto białą tkaniną. Oprócz stojących obok pojemników na płyny, na półce przy przeciwległej ścianie znajdowało się sześć litrowych butelek, każda z płynem o nieco innym, ciepłym odcieniu, oraz lanolina. Odłożyła dokumenty na długi stolik umieszczony pod ścianą.
Nucąc, sięgnęła po aparat fotograficzny. Jak zawsze miała zamiar zrobić zdjęcia przed i po zabiegu balsamacji, gdyby z jakichś powodów rodzina była niezadowolona lub zwyczajnie nie rozpoznała mężczyzny. Takie sytuacje wbrew pozorom również się zdarzały. W ten sposób nie tylko dokumentowała swoją pracę, ale także zabezpieczała się na przyszłość.
Zrobiła zaledwie dwa kroki, kiedy na zewnątrz znów rozległ się grzmot. Tym razem piorun musiał uderzyć gdzieś niedaleko. Światło zamigotało, po czym lampy zgasły. Zapadła ciemność.
- Cholera - przeklęła, a potem po omacku ruszyła w stronę drzwi. Zrobiła zaledwie trzy kroki, gdy światło znów zamigotało, a zasilanie wróciło. - Uff... - Odetchnęła z ulgą.
Chcąc wrócić do pracy, odwróciła się na pięcie i zamarła.
Aparat fotograficzny wysunął się z jej rąk i upadł na podłogę, ale w tej chwili był ostatnią rzeczą, którą się przejmowała.
Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w postać siedzącą na metalowym stole. Zamrugała kilkukrotnie, by się przekonać, czy przypadkiem nie ma zwidów, ale wtedy trup powoli, jakby w zwolnionym tempie, odwrócił głowę w jej stronę i przeszył ją spojrzeniem intensywnie zielonych oczu, które wcale nie były zmętniałe, jak u zwykłego nieboszczyka.
Dahlia rozchyliła usta, a spomiędzy nich wydobył się potok przekleństw:
- Kurwa mać! Zombie! No, kurwa, zombie!!!