2 Lin Wyspa Cesarska
Lin Sukai 1522-1525
Obserwowałam, jak płomienie liżą brzeg kartki wyrwanej z rejestru urodzeń, jak narożnik zmienia się z brązowego w czarny, a później w popiół. Powinnam była spalić to już przed laty, powinnam była lepiej ukryć swoje pochodzenie, ale była to część mojej przeszłości - przypomnienie, kim jestem i skąd pochodzę.
Jestem Lin. Jestem cesarzową. Jestem Alanga, zbawczynią Gaelungu. Tak mogłaby wyglądać całość mojej opowieści. Mój umysł mógłby stanowić wystarczający zapis tego, skąd w istocie się wzięłam: wyhodowano mnie z fragmentów ludzi w sadzawce pod ziemią, wypchano wspomnieniami martwej żony mojego ojca i wypuszczono, bym błąkała się po pałacu w poszukiwaniu kluczy. Potrzebowałam zachować trzeźwość myślenia o mnie samej; potrzebowałam być niewzruszona w świadomości tego, kim jestem teraz.
Ponad mną zaskrzypiały odgłosy ciężkich kroków, pazury zaskrobały o pokład, a statek się przechylił. Thrana nalegała, że też chce płynąć, a ja nie byłam w stanie zrobić niczego, by ją powstrzymać. Rozmiarami przewyższała już rumaka bojowego i potrafiła przemieszczać się niemal równie szybko jak statek spalający bystrokamień. Nie mieściła się już w mojej kabinie, choć ciągle próbowała. Przyzwyczaiła się do tego, że w pałacu zwijała się w kłębek przy moim łóżku i kładła na materacu głowę, którą nakrywałam dłonią.
Upuściłam papier na dno lampy, pozwalając mu się dopalić. W jego barwie i tym, jak się kurczył, było coś, co kojarzyło mi się ze skrzynką.
Przed dwoma laty strażnicy pałacowi znaleźli przy bramie skrzynkę oznaczoną moim imieniem, choć nikt nie potrafił stwierdzić, kto ani kiedy ją tam zostawił. Jedna z moich służących uparła się, że ją otworzy, w razie gdyby w środku umieszczono ostrza lub truciznę. Nie było tam jednak niczego takiego.
Wewnątrz znajdowała się jedynie wiadomość - "A zatem masz coś do spalenia" - a pod nią kawałek skóry. Poczułam to wszystko na nowo, tamto wrażenie, że coś szarpie mnie za żebra, że świat wiruje wokół, że umysł staje się nieważki. A później ogarnął mnie miażdżący, paraliżujący ból. Zamknięcie pudełka nie sprawiło, że jego zawartość stała się choć trochę mniej realna. Bowiem na tym kawałku skóry wytatuowano królika.
Jovis obiecał, że do mnie wróci. I w pewien sposób dotrzymał obietnicy.
Zalały mnie smutek i złość, chlupocząc niczym sztormowe morze za burtami. Pozwoliłam, by mnie ogarnęły, wypełniły po rant. Później zaś powoli spłynęły, pozostawiając mnie wyczerpaną i bezradną. Minęły już dwa lata, a ja wciąż budziłam się z nadzieją, że to nie zdarzyło się naprawdę. Żałowałam, że nie potrafię pozbyć się tej nadziei, że nie mogę przestać uświadamiać sobie raz za razem, że to naprawdę zaszło, że Jovis odszedł. Że tak daleko zawędrowałam w tę odnogę rzeczywistości, że nawet jego zapamiętana woń stała się mglista, niewyraźna. Nie potrafiłam sobie w pełni przypomnieć, w jak wyjątkowy sposób nasze ciała pasowały do siebie, jak to było czuć jego dłonie we włosach. Czy powiedział mi, że mnie kocha, czy to też był jedynie sen?
I była też złość. Okłamał mnie, przyznał się, że szpiegował mnie dla Garstki Bezkostnych, dopiero gdy został przyłapany. Nie miałam okazji na nowo nawrzeszczeć na niego za kłamstwa, znowu usłyszeć jego przeprosiny, czuć, jak obręcz zaciskająca mi się na piersi rozluźnia się z każdym powtórzeniem i odpowiedzią, aż znalazłabym drogę do uzdrowienia i wybaczenia. Gdybym tylko miała taką możliwość, wybaczyłabym mu. Nie byłam pewna, czy umiałabym wybaczyć samej sobie. Nie powinnam była pozwolić mu udać się samotnie za Mephim, by stawił czoła Kaphrze uzbrojony jedynie w stalową laskę i magię, bez nikogo innego u boku. Byłam jednak cesarzową. Miałam zobowiązania. Numeen, Thrana, Bayan... Jovis. Czasami śmierć zabierała kogoś ze sceny w połowie przedstawienia, nie dając mu poznać zakończenia sztuki. Musiałam dalej żyć z żalem. Wciąż miałam zbyt wiele do zrobienia.
Usłyszałam pukanie do drzwi kabiny. Zdusiłam smutek i zajrzałam do lampy. Nie został już ślad po spalonej stronie - jedynie popiół i żar.
- Tak?
- Jesteśmy gotowi do zejścia na ląd - dobiegł przez deski głos jednego z moich strażników.
- Zaraz wyjdę. - Szybko narzuciłam nieprzemakalny płaszcz na wytworny strój, po czym upewniłam się, że buty układają się wygodnie, a u pasa mam porządnie przypięty miecz o białej klindze. Zamierzałam go zdjąć przed wszelkimi formalnymi rozmowami, ale chciałam, by Iloh i jego ludzie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Nie znalazłam się na Gaelungu jedynie po to, by przywieźć armię, która miała walczyć z konstruktami. Sama uczestniczyłam w tamtej bitwie. Nie byłam osobą zasiadająca na tronie i rządzącą z dala. Zależało mi na bezpieczeństwie mojego ludu i byłam gotowa chronić go wszelkimi środkami, jakie miałam do dyspozycji.
Nawet jeśli oznaczało to powstrzymanie gubernatora przed zatopieniem jego przeklętej wyspy w wyniku wydobycia.
Ulewa nie zelżała do chwili, gdy wyszłam na pokład. Uważałam za dziwne, że w mojej kabinie jest sucho. U mojego boku pojawiła się Thrana.
- Dobra pogoda na ryby! - oznajmiła, otrzepując się z deszczu. Jej spiralne rogi już dwukrotnie się rozgałęziły, a ich czarna powierzchnia była gładka i lśniąca. Nie potrafiłam stwierdzić, czy ostatnio znowu przebywała w wodzie, czy też po prostu zmoczył ją deszcz.
Stanęli za mną moi strażnicy. Jeden z nich wskazał ładownię, gdzie leżało kilka skrzynek bystrokamienia.
- Czy powinniśmy zabrać kamień do pałacu?
Wciąż pamiętałam, jak przed laty wykradłam garść tej substancji z jednego z magazynów ojca. Wówczas zapasy wydawały się nieograniczone, wypełniały całe pomieszczenia. Im więcej jednak zużywaliśmy, tym mniej nam zostawało, i w pewnym momencie wszystkim skończy się bystrokamień, co doprowadzi do izolacji. Zaś Ioph Carn nieustannie napadali na moje statki, kradli i przemycali tyle kamienia, ile tylko mogli, pogarszając jedynie sytuację. Niemniej niewielkie zapasy nie oznaczały "braku zapasów", zatem problem stanowił kwestię przyszłości. Natomiast Iloh był problemem teraźniejszym.
- Nie, jeszcze nie. - W drodze na Riyę miałam czas opracować plan. Wiatry na szczęście okazały się korzystne, a podróż szybka. Nie płynęliśmy pod cesarską banderą. Nie będzie wiedział, że nadciągamy, i wolałam, żeby tak było. Ten mężczyzna był mi cierniem w oku, odkąd wprowadziłam tam moratorium na wydobycie bystrokamienia. Teraz ów cierń zmienił się w sztylet ustawiony tak, by przeszyć mi serce. - Będzie szybciej, jeśli pójdę sama. Podążajcie za mną z kamieniem.
Zanim moi gwardziści zdążyli zaprotestować, wsiadłam na Thranę i skierowałam ją do trapu. Ugiął się pod jej ciężarem tak gwałtownie, że wydawało mi się, że pęknie. Zaraz potem znaleźliśmy się jednak na nabrzeżu, a ludzie usuwali się nam z drogi, okrzykami komentując obecność Thrany. Alanga wracali do cesarstwa, ale żaden z ossalenów nie osiągnął jeszcze rozmiarów mojej. Thrana nawigowała przez późnoporanny tłum z wdziękiem, który zdawał się niemożliwy, zważywszy na jej sylwetkę. Czułam, jak jej barki kołyszą się pode mną, i rozluźniłam biodra, żeby utrzymać równowagę.
Główna ulica stołecznego miasta Riyi wznosiła się od portu po łagodnym zboczu. Część ustawionych wzdłuż niej latarni wciąż się paliła, lecz ich blask w niewielkim stopniu przebijał się przez półmrok. Blisko przystani ludzie chwiejnie wytaczali się z drzwi pijalni, a dym wił się za nimi, by rozmyć się w deszczu. Dopadła mnie woń świeżego pieczywa przygotowanego na parze, lecz zaraz potem porwał ją podmuch. I nawet deszcz nie był w stanie całkowicie zdusić odoru ryb i gnijących wodorostów.
Zanikał on jednak, im wyżej się wspinałyśmy. Czułam, jak Thrana przyciąga spojrzenia, słyszałam szepty rozbrzmiewające po tym, jak przeszłyśmy. Wznosiły się przed nami mury pałacu o szczytach zwieńczonych niebieskimi kafelkami. Brama stała otworem, po jej obu stronach stacjonowali strażnicy, paru służących akurat wchodziło i wychodziło. Zsunęłam się z grzbietu Thrany, zanim jeszcze się zatrzymała, woda plusnęła mi spod butów, pęd poniósł mnie w kierunku bramy. Szybkim gestem ściągnęłam z głowy kaptur płaszcza.
- Jestem tu, żeby zobaczyć się z Ilohem.
Wartownicy wpatrywali się we mnie. Żaden nie wypowiedział ani słowa.
- No i? Pozwolicie mi przejść czy też odmówicie cesarzowej audiencji u jej gubernatora?
Teraz zareagowali. Postawiłam ich w trudnej sytuacji - czy powinni posłać kogoś do Iloha i kazać cesarzowej czekać? - ale nie potrafiłam tego żałować. Jeden ze strażników wymknął się, żeby poinformować Iloha, drugi zaś odsunął się na bok, by pozwolić mi przejść. Trzecia osoba, kobieta, podniosła dłoń, jakby chciała mnie zatrzymać, lecz najwyraźniej przemyślała to sobie. Poczułam gorący oddech Thrany na plecach i pewnym krokiem weszłam na dziedziniec.
Mężczyźni i kobiety schodzili mi pospiesznie z drogi, gdy podążałam za wartownikiem, który, jak przypuszczałam, miał powiadomić Iloha. Dopiero kiedy dotarliśmy do holu wejściowego zorientował się, że go śledzę. Zbladł, zatrzymał się, przestąpił z nogi na nogę, otworzył usta, zamknął je, po czym obrócił się, by ruszyć dalej.
- Czy jest w swoim gabinecie? - zawołałam, dalej za nim podążając. - W sypialni?
Był w jadalni. Gdy tylko ujrzałam, dokąd zmierza wartownik, wyprzedziłam go i położyłam dłoń na klamce. Cofnął się, zanim popełnił surowe przewinienie, jakim byłoby dotknięcie mnie bez pozwolenia. Mój ojciec skazywał za coś takiego na śmierć.
- Wasza eminencjo - wykrztusił w końcu wartownik. - Gdybyś tylko przysłała wiadomość...
Zmierzyłam go wzrokiem, a on cofnął się, unosząc dłonie, jakby obawiał się, że mogę go zaatakować. Albo że zrobi to Thrana, którą ciągle wyczuwałam za sobą.
Zza drzwi dobiegły mnie stłumione głosy:
- A co z wszystkimi pozostałymi? Gdybyśmy dokonali secesji i nikt nie poszedłby w nasze ślady? Ona wciąż ma armię.
- Oraz magię Alanga - dodał ktoś inny.
Rozwarłam szeroko drzwi.
Iloh siedział przy stole w towarzystwie kilkorga mężczyzn i kobiet. Nie zmienił się zbytnio przez ostatnie dwa lata - proste czarne włosy nosił zebrane do tyłu, brodę miał schludnie przyciętą. Zmarszczki na twarzy wyglądały na głębsze, ale równie dobrze mogło to być złudzenie. Bystre, wyrachowane oczy skrzyżowały spojrzenie z moimi i choć dostrzegłam w nich zaskoczenie, szybko je ukrył. Siedział na poduszce w swobodny sposób, charakterystyczny dla kogoś, kto wie, jak wyglądać na zrelaksowanego nawet w najbardziej napiętych sytuacjach. Rozpoznałam kilka osób - gubernatorów wysp z okolic Riyi - innych zaś nie. Po bogactwie ich strojów i nienagannych fryzurach widziałam jednak, że są potężni i ważni.
Zatem plotki były prawdziwe. Nie tylko napastował mnie, żebym zezwoliła na wznowienie wydobycia bystrokamienia, lecz również wciągał innych gubernatorów w swoje spiski. A wystarczyłoby, żeby sama Riya się oddzieliła, żeby cesarstwo się rozpadło.
Potrzebowali chwili, żeby zorientować się, kim jestem i co tu robię. Nie wszyscy okazali równy stoicyzm co Iloh. Twarze pobladły, spojrzenia uciekały ku mieczowi u mojego boku oraz wielkiej głowie Thrany ponad ramieniem. Następnie wszyscy wstali i skłonili się. Zauważyłam, że parę dłoni drży, i dało mi to nieco satysfakcji. Powinni się bać, skoro organizowali bunt przeciwko cesarzowej. Gdy weszłam dalej w głąb pomieszczenia, Thrana przysiadła na tylnych łapach.
- Wasza eminencjo - wymruczeli zebrani.
Na ich ukłony odpowiedziałam skinieniem głowy.
Powoli odpięłam miecz, podeszłam do stołu i zajęłam miejsce na pustej poduszce. Pozostali również usiedli, a napięcie zelżało marginalnie. Nie przybyłam tu jednak, żeby robić za oprawczynię.
- Nie powiadomiłaś mnie o zamiarze wizyty - powiedział Iloh głosem gładkim i głębokim jak Bezkresne Morze w bezwietrzny dzień.
Niemniej nie przybyłam też, by z kimkolwiek się zaprzyjaźniać.
- Nie myśl sobie, że nie dotarły do mnie pogłoski o niepokojach, o urazach... wszystko to płynie od strony Riyi niczym smród z leżącej od wczoraj ryby. - Położyłam miecz na stole, lecz nie zdejmowałam z niego dłoni. Moi sąsiedzi po obu stronach odchylili się lekko. Dzień nie był szczególnie ciepły, ale dostrzegłam kropelki potu na twarzy kobiety po mojej lewej. - A teraz odkrywam, że spiskujesz przeciwko mnie.
Iloh machnął lekceważąco dłonią.
- Dyskutowaliśmy, nie spiskowaliśmy. Trafiłaś na prywatną rozmowę, której nie należy brać poważnie.
- A jednak wszyscy ci gubernatorzy przypłynęli, by znaleźć się w tym pomieszczeniu. Niezależnie od tego, co możesz sądzić na mój temat, nie jestem naiwna, drogi Ilohu. - Miałam ochotę skarcić go poważniej; miałam ochotę wysunąć miecz i zmusić go, by przede mną drżał... ale wciąż potrzebowałam wsparcia Riyi. - Powiedz mi, czego konkretnie się domagasz.
Oboje to wiedzieliśmy, ale chciałam, żeby sam się wysłowił. Chciałam, by bronił swoich głupich decyzji przed pozostałymi gubernatorami... bym ja mogła bronić swoich.
Iloh westchnął, jakby dobrze wiedział, co sobie myślałam.
- Potrzebujemy, żebyś zniosła zakaz wydobycia bystrokamienia. Nawet jeśli Cesarska dysponuje magazynami pozwalającymi zniwelować braki, inne wyspy zaczynają cierpieć. Przewóz towarów z jednego miejsca do drugiego zajmuje zbyt wiele czasu. Od Luangonu nie zatonęła żadna wyspa. Nadeszła pora, by na nowo otworzyć kopalnie.
Niewątpliwie miał żywotny interes w takiej zmianie polityki, zważywszy że Riya posiadała największe kopalnie spośród wszystkich wysp.
- Żadna nie zatonęła dzięki tym obostrzeniom.
Iloh prychnął.
- Na pewno ograniczone wydobycie nas nie zabije.
- Nie wiemy tego. - Rozejrzałam się i tylko dwoje gubernatorów ośmieliło się napotkać mój wzrok. Wreszcie puściłam miecz i spróbowałam stępić twardość w głosie. Przypomniałam im już, kim jestem. Teraz nadeszła pora, by przypomnieć im, dlaczego w ogóle wprowadziłam to ograniczenie. - Zakaz jest tymczasowy. Najmądrzejsi ludzie z Akademii Uczonych na Hualin Or pracują nad tym problemem. Gdy tylko uzyskamy więcej informacji albo rozwiązanie pozwalające nam używać mniej bystrokamienia, obiecuję, że sytuacja wróci do normy.
- Tak samo jak obiecałaś mi pomóc w rozbudowie kopalni Pulan? - zripostował Iloh.
Och, będzie się czepiał tej złamanej obietnicy i zamartwiał nią jak pies wylizujący resztkę szpiku z kości. Miałam ochotę odkrzyknąć, że to nie moja wina, ale wiedziałam, że zostałoby to uznane za dziecinne zachowanie. Już kiedyś zdołał sprawić, że wyszłam na głupią. Nie pozwolę mu tego powtórzyć.
- Jako wasza cesarzowa muszę dbać przede wszystkim o najlepsze interesy wszystkich obywateli. Łamanie obietnic nie leży w mojej naturze, ale nowe informacje wymuszają nowe strategie.
- A w jaki sposób ta strategia działa na naszą korzyść? Na korzyść cesarstwa? - Iloh wykonał zamaszysty gest. Obserwowałam, jak pozostali przytakują, zachęceni jego śmiałością. - Jesteś Alanga. Teraz już wszyscy to wiemy. Czyniłaś cuda podczas bitwy o Gaelung. A jednak nie umiesz rozwiązać tego problemu? Naprawdę mamy wierzyć, że to wykracza poza twoją potęgę? Minęły już dwa lata!
Dwa lata wiązania z trudem końca z końcem, wyliczania minimalnej ilości bystrokamienia, jakiej mogliśmy użyć, starania się o sprawiedliwą dystrybucję orzechów caro. A jednocześnie przez cały ten czas opłakiwałam mężczyznę, którego dopiero co zdążyłam pokochać, któremu chciałam wybaczyć, choć wciąż nie wiedziałam jak. Iloh nie mógł wiedzieć, ile mnie to kosztowało. A nawet gdyby mógł, to raczej by się nie przejął.
- Czyli uważasz, że robię to celowo?
Wydął wargi.
- Twój ojciec często tak pogrywał ze swoimi gubernatorami.
Zanim zdążyłam się powstrzymać, zerwałam się na nogi. W uszach mi dzwoniło, dłonie uniosły mi się ku burzowemu niebu. Deszczówka posłuchała rozkazu, prześlizgnęła się pomiędzy szczelinami okiennic, zlewała na podłodze w coraz większe krople - aż zebranych otoczyła fosa sięgająca do kolan. Kotłowała się, wypuszczając macki i sprawiając, że ludzie przy stole się wzdrygali. Iloh pobladł i tak mocno zacisnął pieści, że pobielały mu knykcie.
Usłyszałam za sobą szelest stóp i wiedziałam, że zaniepokoiłam też moich strażników.
- Nie myśl sobie, że mnie zastraszysz - oznajmił Iloh, choć drżały mu wargi. - Riya dokona secesji, jeśli nie dostanie tego, czego chce.
No i oto była - groźba, której obawiałam się, odkąd objęłam tron. Był gotów rozbić cesarstwo i zatopić własną wyspę tylko po to, by zapełnić sobie kufry.
- Riya tego nie zrobi - powiedziałam. Woda zafalowała.
Roześmiał się głucho.
- A co zrobisz, żeby mnie powstrzymać? Zamordujesz mnie?
Thrana szturchnęła mnie nosem w łokieć i właśnie tyle potrzebowałam. Tak ciężko pracowałam, żeby odróżnić się od mojego ojca, żeby zapewnić, że moje rządy będą wyglądały inaczej. Shiyen zagroziłby Ilohowi takim samym losem, jaki spotkał matkę gubernatora - śmiercią w wyniku choroby odłamkowej. Wysłałby swoje konstrukty, żeby obserwowały każdy krok Iloha, żeby wisiały nad osobami, na których mu zależało.
Ja nie byłam Shiyenem. I choć nie chciałam tego przyznawać, potrzebowałam Iloha. Powoli opuściłam głowę i skierowałam wodę pomiędzy okiennicami z powrotem w szalejącą na zewnątrz burzę. Musiało istnieć coś, co mogłam mu zaoferować, czym mogłam skłonić go do zrozumienia.
- Chciałabym porozmawiać z Ilohem na osobności - powiedziałam łagodnie, siadając z powrotem na poduszce.
Pozostali umknęli z komnaty, jakbym na nich wrzasnęła.
Zostałam z Thraną, Ilohem i odgłosem deszczu wpadającego do rynien. Przyglądaliśmy się sobie w milczeniu. Widziałam, jak puls przyspiesza mu na szyi, jak klatka piersiowa raptownie wznosi się i opada. Nie był tak spokojny, za jakiego chciałby uchodzić. Wzbudziłam w nim przerażenie. Nie byłam pewna, czy powinnam poczuć się usatysfakcjonowana, czy zirytowana na samą siebie. Mój ojciec często pozwalał, by zawładnął nim wybuchowy charakter. Nie mogłam pozwolić sobie na to samo. Przybyłam tu, zamierzając tylko trochę zastraszyć gubernatora - na tyle, żeby potraktował mnie poważnie.
Nie zamierzałam go mordować. Nie zamierzałam mu grozić. Złożyłam dłonie na kolanach, poprawiając spódnicę.
- Problemem jest bystrokamień.
- Tak - odparł. Prychnął cicho, choć już bez jadu, jak poprzednim razem. - To oczywiste.
- Wciąż mamy w pałacu magazyny kamienia. Trzymałam je w rezerwie, ale jeśli naprawdę jesteś tak zdesperowany...
Iloh poprawił się na siedzeniu i dostrzegałam na jego twarzy wewnętrzną walkę. Istotnie był zdesperowany, choć nie miał ochoty tego przyznać.
- Wasza eminencjo - odezwał się w końcu. - Nie chodzi tylko o moje zniecierpliwienie, lecz o zniecierpliwienie ludzi. Handel uległ spowolnieniu, a wraz z nim przepływ towarów i pieniędzy. Luangon zdarzył się dwa lata temu. Możemy na nowo otworzyć kopalnie i wprowadzić limity. Możemy zachować ostrożność.
- Rozumiem twoją pozycję. I naprawdę mi przykro z powodu Pulan. Nie chciałam...
Z pochmurną miną wykonał w powietrzu gest cięcia.
- Nie życzę sobie o tym rozmawiać.
Znów zapadło pomiędzy nami milczenie. Rozległo się ciche pukanie i weszła służąca z herbatą.
- Daj mi czas. Jesteśmy blisko rozwiązania, a nie chcę ryzykować zatonięcia jeszcze jakiejś wyspy. Przywiozłam ze sobą małą skrzynkę bystrokamienia w geście dobrej woli, a jeśli zdołamy dojść do porozumienia, przyślę kolejną. Więcej nie mogę zaoferować, ale naprawdę chcę pomóc. - Służąca postawiła imbryk pomiędzy nami, a obok niego dwie czarki. Skłoniła się i opuściła pomieszczenie.
- A co mam zrobić z pozostałymi? W ten sposób na jakiś czas zostaną zaspokojone potrzeby Riyi, ale co z innymi?
- To nie jest kwestia życia i śmierci.
- Jest dla tych, którzy mają kaszel bagienny i czekają na olej z orzechów caro.
Miałam ochotę we frustracji cisnąć czarką o podłogę. Zawsze ktoś musiał cierpieć, nieważne, jaką decyzję bym podjęła.
- A ty przejmujesz się każdą osobą na wszystkich tych wyspach?
Przekrzywił głowę i lekko wzruszył ramionami.
- Mówię jedynie, że to nie wystarczy. Nakazujesz, w jaki sposób mamy korzystać z naszych ziem, a Riya zastanawia się, czy rzeczywiście działasz w naszym najlepszym interesie. Daj mi powód, bym nie rozbijał cesarstwa, wasza eminencjo. Z tego, co widzę, już jest rozbite.
Iloh był oportunistą, a nie filantropem. Musiałam sprawić, by zaczął uważać ten problem również za swój, a nie tylko mój. Nagle, gdy przesunęłam dłoń na głowę Thrany, żeby pogładzić miękką sierść za jej uszami, wiedziałam już, co mogę mu zaproponować. Wróciłam myślami do skrzynki, do kawałka skóry w jej wnętrzu, do moich więdnących marzeń. Kiedyś liczyłam na to, że gdy Jovis do mnie wróci, zdołamy zbudować wspólne życie. Cesarzowa i kapitan jej gwardii - nie był to najkorzystniejszy układ, ale moglibyśmy sprawić, żeby działał. Znalazłabym sposób, żeby działał.
Musiałam utrzymać cesarstwo w całości - za wszelką cenę. Nawet jeśli to ja sama miałabym ją ponieść. Nie mogłam być Jovisem ścigającym swoją martwą żonę po Bezkresnym Morzu. Wiele osób na mnie polegało. Pozwalałam, by żałoba we mnie wzrosła, by przeze mnie przepłynęła.
W pewnym momencie musiałam odpuścić. Po prostu nie sądziłam, że stanie się to dzisiaj.
- Zostań moim małżonkiem - zaproponowałam. - Zajmij miejsce u mojego boku. Wspólnie będziemy mogli decydować, co jest najlepsze dla Riyi. I dla wszystkich pozostałych.
Jego czarne oczy otworzyły się nieco szerzej, plecy się wyprostowały. Coś uległo zmianie w sposobie, w jaki mi się przyglądał, i poczułam się oceniana zupełnie odmiennie. Miałam ochotę skurczyć się pod jego wzrokiem, który odczuwałam na skórze namacalnie jak nóżki owada. To ja jednak dysponowałam tutaj władzą, zatem siedziałam nieruchomo i odwzajemniałam jego spojrzenie. Iloh był nieco starszy ode mnie, ale takie układy nie bywały niespotykane. Poza tym jego widok nie sprawiał przykrości. Nie był Jovisem o wdzięcznych łukach brwi i dłoniach o długich palcach, niemniej ja też nie byłam żadną wielką pięknością. Pełnił funkcję gubernatora Riyi i przewodził koalicji pragnącej mnie obalić lub rozbić cesarstwo. Potrzebowałam go po swojej stronie. To wystarczało.
Skinął lekko głową, jakby się decydował.
- A w zamian?
- Pomożesz mi utrzymać cesarstwo w całości. Pomożesz mi zachować sojusz wysp. - Przemilczałam zagrożenie, które majaczyło przed nami wszystkimi. Alanga wracali. Ponadto zdarzały się potyczki pomiędzy obywatelami a Alanga, walki rodzące jeszcze większą nieufność. Podzielone państwo stawało się łupem dla drapieżców, a zważywszy na wszystko, czego dowiedziałam się o Dione i Raganie, nie zamierzałam popełniać błędu i uważać, że wszyscy Alanga pragną pokoju.
- Wkrótce wystosujemy oświadczenie - powiedział żwawo. - Zajmę się innymi gubernatorami. Jeśli przekażesz mi ten bystrokamień, będę mógł go wydzielać. Dam im w ten sposób coś na zachętę, gdy będę ich prosił, żeby zaczekali.
Teraz, gdy podjęłam już decyzję, żałowałam, że nie mogę jej cofnąć. Zawsze wiedziałam gdzieś w zakątku umysłu, że muszę wybrać małżonka albo przynajmniej wyznaczyć dziedzica.
- Tak - odparłam, podnosząc się. - A gdy już uporządkujesz sytuację, przeniesiesz się do pałacu. Będziesz musiał powołać jakiegoś zaufanego zarządcę, żeby zajmował się Riyą.
Również wstał i podszedł do mnie z wahaniem. Nie odsunęłam się. Pachniał zieloną herbatą i odrobiną dymu. Jego postać zupełnie różniła się od Jovisa i to nie tylko dlatego, że był niższy.
- Wiem, że nie składasz tej oferty z jakiejś wielkiej miłości do mnie.
Poczułam, jak nieznaczny uśmiech wpływa mi na wargi.
- Co mnie zdradziło? Może ta moja pełna rozmachu, romantyczna propozycja?
Roześmiał się i ujął moje dłonie. Jego skóra wydawała się jak papier, palce były grube. Zamknęłam na chwilę oczy, wyobrażając sobie, że to Jovis. Że po raz ostatni czuję na skórze jego wargi. Odcięłam się od tego uczucia, pozwoliłam mu ulecieć z wiatrem i deszczem. Liczyło się tu i teraz. Nie mogłam się cofnąć.
Wargi musnęły mój policzek, poczułam szorstką szczecinę. W moim uchu rozbrzmiał jego głos:
- Jeśli nie pozabijamy się nawzajem, uznam nasz układ za sukces.
Jakaś część mnie, ta większa, pragnęła odsunąć się od niego, krzyczeć, żądać, żeby mi się podporządkował - wrzeszczeć, żebym tego nie robiła. Ale Jovis odszedł, a cesarstwo tego potrzebowało, więc tylko się uśmiechnęłam.
- Dotrzymaj słowa, Ilohu, to jedyne, o co proszę. - Już kiedyś je złamał, choć jeśli miałam być szczera, to ja byłam pierwsza. - Zostawię z tobą jeden z moich konstruktów. Użyj go, żeby wysłać do mnie wiadomość, jeśli zdarzy się coś pilnego.
Rozległo się szybkie pukanie i drzwi otworzyły się, zanim któreś z nas zdążyło zareagować. Obróciłam się, zirytowana i zaskoczona.
Stała tam jedna ze strażniczek Iloha ze skrzynką w dłoniach.
- Wasza eminencjo - powiedziała. Trzymała pudełko sztywno, na tyle daleko od siebie, że wydawało się to niewygodne, zważywszy na jego rozmiar. - To przyszło do ciebie. - Postawiła skrzynkę na stole i odsunęła się.
Jeśli Iloh miał zostać moim małżonkiem - a wciąż miałam ochotę uciekać przed tą myślą - to będzie wtajemniczony niemal we wszystko. Podeszłam do pudełka i otworzyłam je. Miałam wrażenie, że zapadła się pode mną podłoga, a mój umysł dryfował z tyłu. Byłam świadoma, że gdzieś tam moje serce wybija coraz szybszy rytm.
W skrzynce leżała obcięta głowa Urame wydzielająca z siebie silną woń solanki i zgnilizny. Gdy widziałam ją po raz ostatni, żegnałyśmy się w jej gabinecie w pałacu, a wokół nas robotnicy pracowali nad odbudową zniszczonych ścian i bram. Przetrwała bitwę o Gaelung. A teraz, dwa lata później, zginęła. Nie musiałam pytać, kto ją zabił. Na jej czole zostało wyryte jedno słowo, w rozcięciach skóry rozwierających się niczym dzióbki młodych ptaszków dawało się dostrzec czerwone mięso.
Ragan.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.