2 Jovis Wyspa Cesarska
Lepiej mi szło jako przemytnikowi niż kapitanowi gwardii. Gdybym był mądrzejszy, zachowałbym tamtą pracę i odrzucił tę. Nie zrobiłem tego jednak i wylądowałem tutaj, zdecydowany ocalić tylu biedaków z całego imperium, na ile tylko pozwoli mi rozsądek.
Na szczęście mogłem liczyć na to, że nie stracę przy tym głowy.
Mephi trącił łapą moją kurtkę.
- Wyciągnij znowu karty. - Przerwał, po czym dodał z wahaniem: - Proszę.
Obróciłem nieznacznie głowę w stronę, gdzie dostrzegłem Lin wyglądającą zza rogu. Zniknęła. Była dobra, musiałem to przyznać. Nie spodziewałbym się czegoś podobnego po córce cesarza. Wcześniej jednak słyszałem ciche skrobanie na dachówkach powyżej i zorientowałem się, że wspięła się na dach. Odgłosy te mogły zostać spowodowane przez wiele czynników, mogłem je też sobie po prostu wyobrażać, ale lata wymykania się pościgom pozwoliły mi dostroić instynkty. Nie powinienem był się spodziewać, że cesarzowa tak łatwo się podporządkuje, gdy poinformowałem ją, że chcę cały czas znać jej lokalizację.
Garstka Bezkostnych miała rację: nie brakowało jej tajemnic. I to mnie Bezkostni powierzyli zadanie ich odkrycia. Wychodziło na to, że miałem ocalić cesarstwo, skradając się w mroku za młodą kobietą. Niekoniecznie był to temat godny kolejnej piosenki.
- Ćśśś - powiedziałem do Mephiego, zanim zdążył znowu mnie pacnąć. - Lin... jej już nie ma w pokoju.
Zwierzak znieruchomiał i nadstawił uszu.
- Zostań tu - poleciłem mu. - Idę za nią.
Dotarłem zaledwie do rogu, zanim u mego boku pojawiła się rogata głowa. Uniosłem dłonie w niemym wyrazie frustracji.
- Mówiłeś, że mamy trzymać się razem - szepnął Mephi. Na szczęście zdołał już opanować umiejętność cichego wypowiadania się.
Rzeczywiście tak mu mówiłem. Już raz zostawiłem go, gdy wykonywałem zadanie dla Garstki Bezkostnych. Wówczas skończyło się to nieprzyjemnie dla mnie i, jak w tamtym czasie sądziłem, dla niego. Niemal zginąłem, a on zapadł na coś, co uważałem za chorobę, okazało się jednak swoistą hibernacją. Nigdy w życiu tak się nie martwiłem, powodowany niepewnością, czy przeżyje. A co, gdyby coś podobnego miało zdarzyć się ponownie?
- W porządku - odparłem. - Ale bądź cicho i trzymaj się blisko.
Choć niedawno wydłużyły mu się kończyny, wciąż poruszał się z wdziękiem węża przemykającego po kamieniach. Prześlizgiwał się korytarzami ciszej nawet niż ja. Dostrzegłem Lin chowającą się za filarem, żeby uniknąć wzroku służącego.
Czekałem w cieniu, a Mephi owijał mi nogę ogonem. Gdy Lin opuściła kryjówkę, również ruszyłem. Śledziłem już wcześniej ludzi: żeby dowiadywać się, gdzie ukrywali rzeczy, by zyskiwać dowody pozwalające ich szantażować i by podsłuchiwać tajne spotkania.
Być może przemytnictwo i szpiegostwo nie różniły się od siebie tak bardzo.
Zatrzymała się przy niewielkich drzwiach, rozejrzała na boki, otworzyła je kluczem i wślizgnęła się do środka.
- Mephi...! - wysyczałem.
Zerwał się, zanim zdążyłem w ogóle wypowiedzieć jego imię, pomknął po podłodze bystro jak rzeka. Pospieszyłem, żeby dotrzymać mu kroku. Starałem się poruszać lekko, lecz czułem, jak dudni mi serce.
Zdążył przytrzymać drzwi tuż przed tym, jak się zatrzasnęły. Potrafiłem odczytywać wyrazy jego pyska, mimo że był zupełnie inny od ludzkiej twarzy, i teraz rozpoznawałem w nim zadowolenie z siebie. Niechętnie skinąłem głową. Tak, miałbym problem, gdybym nie wziął go ze sobą. Tak, to była dobra decyzja z jego strony. Tak, potrzebowałem go bardziej, niż sądziłem.
Mephi również skinął mi zdawkowo, zanim uchylił odrobinę drzwi.
Patrzyłem, jak Lin przechodzi do tylnej części pomieszczenia, trzymając wysoko lampę, a później otwiera drzwi z płaskorzeźbą przedstawiającą jałowiec chmurowy. Gdy tylko wsunęła się do środka, otworzyłem przejście szerzej i Mephi pomknął naprzód.
Nie miałem czasu, żeby przyglądać się zawartości komnaty, a gdy drzwi zamknęły się za mną, zgasło światło. Nie było tu okien, nie było miejsc, do których mogłyby sięgnąć wścibskie oczy. Znalazłem Mephiego po omacku.
Ruszyliśmy za Lin w mrok, drogę wskazywał nam blask jej lampy.
Co to za miejsce? Ściany były wykonane z kamienia i z grubsza tylko obrobione, a podłoga wyraźnie opadała. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że nie znajdujemy się już pod pałacem. Schodziliśmy w głąb góry, z którą sąsiadował. Stara kopalnia? Słyszałem, że dawniej na Cesarskiej wydobywano bystrokamień, ale zaprzestano tego bez wyjaśnienia już przed laty. Jeśli mogłem oceniać po białej żyle biegnącej przez strop, powodem nie był raczej niedostatek surowca.
Zatem co Lin tu robiła? Cesarz miał własny skład bystrokamienia, nie musiała więc sama go kopać. Przyszła tu z innego powodu. Coś ukrywała? Więziła tu kogoś? Całe to miejsce niewątpliwie kojarzyło się z lochem: ciemne, ciasne, przytłaczające. Mephi trzymał się bliżej mnie i jego obecność napawała mnie większą otuchą, niż mógłbym przypuszczać.
Przed nami pojawiło się rozwidlenie. Blask lampy Lin dochodził od lewej. Podpełzłem naprzód, zastanawiając się, jak głęboko pod powierzchnią jesteśmy. W panującej ciszy nawet mój oddech wydawał się odbijać echem od ścian. I nagle tunel skończył się ślepo. Kolejnymi drzwiami. Lin wyłowiła klucz z kieszeni szarfy.
Poczułem, że pojmuję coraz więcej. Nie miałem pewności, czy rozumiem tę cesarzową. Nie byłem na tyle głupi, by wierzyć w oficjalne oświadczenie, że Shiyen zmarł spokojnie w łóżku po długiej chorobie. Gdy dotarłem do pałacu, murów nie pilnowały żadne konstrukty strażnicze. Nawet przy frontowych drzwiach nikt nie stał. Natknąłem się na Lin w korytarzu, miała na sobie zakrwawione i porwane ubranie. Po jej bokach szli Thrana i konstrukt Bing Tai.
Nie doszło do pokojowego przekazania władzy.
A później, zamiast kazać mnie stracić albo uwięzić, przekazała mi stanowisko kapitana jej gwardii. Wyjaśniła, jak chce naprawić sytuację, jak zakończy Festiwale Trybutu i żelazne rządy ojca.
Dla Gio, przywódcy Garstki Bezkostnych, nie miało znaczenia, kto jest cesarzem, a tylko to, że ktoś taki w ogóle istnieje. Wydawało mi się wtedy, że się myli. Że dobra cesarzowa, troszcząca się o lud cesarstwa, może nie być złym pomysłem.
Teraz jednak, gdy podążałem za Lin w mrok, nie potrafiłem przestać obracać w umyśle domysłów, jakich sekretów strzegła, jak paskudne sprawki mogłem odkryć.
Mephi pospieszył naprzód, gdy przeszła przez trzecie - ostatnie, jak miałem nadzieję - drzwi.
- Dziękuję - wyszeptałem do niego w ciemności.
Wsunąłem kamień w szczelinę. Być może będę musiał ewakuować się stąd szybko i dyskretnie.
- Zostajemy razem - odszepnął z determinacją.
- Masz rację. - Niemal wyczuwałem samozadowolenie promieniujące ze zwierzaka. Jak większość podrostków, uwielbiał mieć rację. Najwyraźniej ja po prostu się nie znałem i potrzebowałem jego, żeby mnie poprawiał.
Za drzwiami biegł kolejny tunel prowadzący w dół. Na dole jaśniało światło. Uwolniłem laskę z uchwytu na plecach, odetchnąłem głęboko i ruszyłem.
Tunel otwierał się na rozległą jaskinię, trzykrotnie większą niż główny hol pałacu. Jej część wypełniała sadzawka, a przez strop biegła gruba żyła bystrokamienia. Lin rozpaliła lampy i światło spychało długie cienie na boki. Stała na środku przy czymś, co wyglądało na stanowisko robocze. Były tam regały, książki, kosze, krzesła i metalowy stół zasłany różnymi przedmiotami.
Zmarszczyłem czoło. Czy ktokolwiek mógłby pracować w sekretnej grocie pod pałacem w celach innych niż złowieszcze? Było tu parę stalagmitów, ale nie zapewniały zbytniej osłony. Nie zdołałbym się wymknąć z tunelu wejściowego tak, by pozostać niezauważony, czaiłem się więc, nie spuszczając oka ze stanowiska pracy i próbując wymyślić coś użytecznego.
- Mephi - wyszeptałem - czy mógłbyś...
Wtedy Lin podniosła butelkę ze stołu i wypiła zawartość. Całe jej ciało zesztywniało, a prawa dłoń wciąż ściskała naczynie.
Trucizna? Nie rozumiałem, co widzę. Zastanawiałem się w napięciu, czy powinienem jej w jakiś sposób pomóc. Moim zadaniem było jednak szpiegować cesarzową dla Garstki Bezkostnych, nie pomagać jej. No dobrze, formalnie moja praca polegała na pomaganiu jej, ale nie po to zostałem tu przysłany.
Jaką osobą była? Nie wiedziałem tego, jeszcze nie, ale co, jeśli właśnie umierała? Czy mogłem tak sterczeć tu bezczynnie i patrzeć?
Jej dłoń poruszyła się i odstawiła butelkę. Odetchnąłem.
Obok mnie Mephi węszył w powietrzu, poruszając wąsami.
- Pachnie znajomo - wyszeptał wyjaśniająco, gdy spojrzałem na niego.
- Nigdy wcześniej tu nie byłeś.
Położył uszy po sobie.
- Wiem to.
Gdy wróciłem wzrokiem do Lin, dostrzegłem, że coś błyszczy pomiędzy jej palcami. Klucz. Kolejny przeklęty klucz. Podniosła się znad skrzyni, przy której dotąd klęczała, a potem przeszła na przeciwległy kraniec groty. Nie widziałem, co robi tam, za skupiskiem stalagmitów, choć słyszałem skrobanie, a później ciche stęknięcie, gdy coś podnosiła.
Na moich oczach przyklęknęła, a potem zniknęła.
Gestem dałem znać Mephiemu i weszliśmy w głąb jaskini. Trzymałem się blisko ściany po przeciwnej stronie niż sadzawka, w nadziei, że jeśli Lin znowu się pokaże, zdołam skryć się w cieniu pofałdowanej skały. Podejmowałem ryzyko, ale w życiu robiłem to już wielokrotnie. Dotąd zazwyczaj mi się to opłacało. Zazwyczaj.
Za skupiskiem stalagmitów dojrzałem otwartą klapę, a obok niej kamienną płytę. Z otworu promieniowało światło. Mephi powąchał powietrze i sierść stanęła mu dęba na grzbiecie.
- Nie lubi tego - mruknął pod nosem. - Pachnie źle.
Powstrzymałem ochotę, żeby stuknąć laską o podłogę, choć czułem, jak pot zbiera mi się na dłoni. Nie dowiem się, co tam jest, jeśli nie spojrzę.
Jaskinię wypełniło głośne, chrapliwe warknięcie.
Teraz moje włosy stanęły dęba. Mephi rzucił się do przodu, zanim zdążyłem go powstrzymać, i wsadził głowę w dziurę.
- Potwór - pisnął do mnie. Otworzył pysk, jakby próbował uformować jakąś konkretniejszą myśl, po czym znów go zamknął.
- Nie podchodź - dobiegł drżący głos Lin.
Miałem dwie możliwości: czekać i przekonać się, czy cesarzowa wyjdzie z tego z życiem, albo... Ach, wyglądało na to, że stopy już podjęły decyzję za mnie. Drabina została solidnie umocowana, za co byłem wdzięczny, bo gdy zszedłem dość nisko, żeby móc się rozejrzeć po dolnej grocie, poczułem drżenie w kończynach.
Lin stała pomiędzy mną a czymś, co Mephi precyzyjnie zidentyfikował jako potwora. Połowę przestrzeni groty wypełniał konstrukt o migoczących złotych oczach wielkości moich pięści. Miał otwartą paszczę z licznymi rzędami ostrych, białych zębów. Muskularne nogi kończyły się pazurami, które mogłyby zabić mnie jednym ciosem. Nigdy nie widziałem tak wielkiego konstruktu. Co robił tutaj, za czterema zamykanymi na klucz drzwiami?
Dostrzegłem przebłysk półek i czegoś wiszącego na ścianach, zanim mój wzrok został nieuchronnie przyciągnięty przez patową sytuację.
Lin trzymała w jednej dłoni lampę, w drugiej rylec. Najwyraźniej nie zamierzała ustąpić. Oszalała? Przecież to coś zaraz ją pożre.
Wtedy wzrok konstruktu spoczął na mnie.
Oto byłem, zwieszony w połowie drabiny, z laską w spoconej dłoni. Moja najpotężniejsza sztuczka wymagała kontaktu z podłożem, które leżało... wciąż spory kawałek niżej.
- Jovis - syknął Mephi z góry. - Rusz się!
O mojej głupocie świadczyło to, że zszedłem po drabinie, zamiast wspiąć się po niej z powrotem. W sumie to zjechałem najszybciej, jak umiałem. Poczułem podmuch powietrza, gdy stwór poruszył się, a jego szczęki kłapnęły mi tuż nad głową. Najwyraźniej wyglądałem mu na atrakcyjniejszy posiłek niż Lin. Byłem nieco większy. A ona wydawała się dość żylasta.
Nie miałem jednak czasu rozwodzić się nad kulinarnymi walorami ludzi. Zeskoczyłem ostatni odcinek i impet uderzenia z ziemią sprawił, że zadzwoniły mi zęby. Wciąż trzymałem laskę w dłoni i czułem pulsowanie w kościach. Konstrukt znów na mnie zaszarżował, a ja tupnąłem.
Cała grota zatrzęsła się i pył posypał się ze stropu. Potwór zatrzymał się, ale nie potknął, w zasadzie to nawet się nie zachwiał.
Cztery nogi. No jasne.
Znajdująca się teraz za jego plecami Lin, która najwyraźniej nie mogła liczyć na taką samą stabilność, wstała i otrzepała sobie kurz z szaty.
- Zaraz zawalisz nam całą jaskinię na głowy, głupcze! - wycedziła.
Nie mogłem się z nią spierać. Spanikowałem na widok stwora i zapomniałem, gdzie jestem. Uniosłem laskę z nadzieją, że siła i szybkość pomogą mi pozostać przy życiu. Nie byłem pewien, w jaki sposób mógłbym zabić taką istotę ani czy w ogóle byłem do tego zdolny.
- Śledziłeś mnie - powiedziała Lin, ściskając rylec. - Włamałeś się do zamkniętych komnat. Jak tu się w ogóle znalazłeś?
Tysiąc kłamstw rozkwitło mi w głowie, ale wyrwałem je wszystkie z korzeniami. Nie była to odpowiednia chwila na wyjaśnienia. Przyjrzałem się bestii, żałując, że nie wybrałem jakiejś innej broni. Czegoś ostrego lub spiczastego. Walnięcie konstruktu w głowę pewnie tylko go bardziej rozwścieczy.
- Czy moją egzekucję możemy omówić później?
Kolejne warknięcie. Chrapliwy odgłos sprawił, że jama ziejąca w moim brzuchu powiększyła się jeszcze bardziej. Stwór znów się na mnie rzucił i tym razem byłem gotów. Uniosłem laskę i z całej siły grzmotnąłem go w nos.
Konstrukt zaskamlał i potrząsnął głową, choć nawet nie utoczyłem mu krwi. Rzuciłem się naprzód, próbując wykorzystać jego chwilowe zawahanie.
Jak na swoje rozmiary był zaskakująco szybki. Uchylił się przed moim drugim ciosem i obnażył zęby. Kątem oka dostrzegłem, że Lin podkrada się bliżej.
- Idź do drabiny! - zawołałem do niej. - Nie wiem, jak długo zdołam go odpierać. - Nie byłem pewien, czy zdołam choć chwilę. Dlaczego nadstawiałem za nią karku? Wiedziałem tylko, że nie mogę zostawić jej tutaj samej na pastwę tego stwora, nieważne, kim była. Stawałem się miękki. Może zawsze taki byłem.
Konstrukt wyczuł, że przestałem się na nim skupiać, i obrócił spojrzenie złotych oczu na Lin. Jego tęczówki zalśniły w blasku lampy. Pazury wgryzły się w skałę.
Powinienem rozważyć pomysł, by samemu w tym momencie skoczyć do drabiny, zamiast tego podniosłem głos:
- Ej... dokończ, co zacząłeś!
Technicznie rzecz biorąc, stwór zaczął od Lin, ale wątpiłem, czy zdecyduje się poprawić moją pomyłkę.
Miałem rację.
Odwrócił się do mnie i zaszarżował jak jeleń w trakcie okresu godowego. Pewnie powinienem być wdzięczny, że nie miał rogów. Zatoczyłem się w tył, walcząc o utrzymanie równowagi na kamiennej podłodze, i oparłem się na lasce. Miało jakieś znaczenie, czy umrę stojąc, czy leżąc? Uniosłem laskę i konstrukt zatrzymał się tuż przede mną, postękując. A zatem nos był jego wrażliwym punktem. Nawet najbardziej przerażające bestie miały wrażliwe miejsca. No i oczy. Mogłem w nie celować.
Musiałem ściągnąć jego masywną głowę w swój zasięg.
- Mogę pomóc? - Głos Mephiego odbił się echem w komnacie.
- Możesz pomóc, jeśli zostaniesz tam na górze, gotowy do zamknięcia włazu! - odkrzyknąłem.
Cofnąłem się jeszcze o krok i poczułem za sobą ścianę.
Świetnie. Dałem się zapędzić w róg. Błąd godny amatora, a nie przemytnika albo kapitana gwardii cesarskiej. Zdecydowanie wolałem walczyć z kilkunastoma ludźmi na otwartej przestrzeni niż z tą bestią w jaskini. Zawsze należało sprawdzić, czy istnieje droga ucieczki. Gdy innej osobie zagrażało niebezpieczeństwo, mój umysł stawał się jednak równie mętny, jak melonowa paćka na dnie beczki z winem. Tyle razy powtarzałem sobie, że nie jestem bohaterem.
Przesunąłem laskę w bok i rozłożyłem ręce, zapraszając konstrukt, by zaatakował.
Może jednak byłem bohaterem. A bohaterowie to idioci.
Stwór otworzył paszczę i ślina pociekła z niej na podłogę. Rzucił się na mnie.
Podniosłem laskę - za wolno. Miałem wrażenie, że obserwuję się z boku, wszystko w tym momencie wyklarowało się, wydestylowało do czystego strachu.
W piosenkach zwykle nie śpiewano o tym, że bohaterowie giną makabryczną śmiercią. Zwykle pod koniec bohater słaniał się na nogach, krwawiąc gustownie z jednej rany, i uciekała mu samotna łza. Ze mnie tyle nie zostanie.
Bestia zamarła.
Znów wróciłem do rzeczywistości i czułem się, jakbym się składał z potrzaskanych elementów. Byłem świadom boleśnie silnego chwytu na lasce, zaciśniętych zębów, serca trzepoczącego mi szaleńczo w piersi.
Konstrukt znieruchomiał, a ja wciąż żyłem. Mephi? Czy była to jakaś nowa moc, którą mi zesłał?
Zza stwora dobiegł cichy zgrzyt i niemal wyskoczyłem ze skóry. Lin obeszła wielkie cielsko, w jednej dłoni trzymając kilka odłamków kości, a w drugiej uniesioną lampę.
- Czy byłbyś łaskaw powiedzieć mi, co tu robisz?
Choć była niewysoka, to w tym, jak trzymała głowę, jak jej wzrok wydawał się przenikać mnie na wskroś, kryło się coś kojarzącego się z Shiyenem. Osobiście nigdy go nie poznałem, choć widywałem jego portrety. Na żadnym z nich się nie uśmiechał.
- Moje zadanie - odparłem krótko.
- Nie prosiłam, żebyś mnie śledził. - Zerknęła na Mephiego obserwującego nas od klapy. - I zabrałeś też jego. To dwa języki, o których milczenie muszę zadbać.
- Czyli coś ukrywasz.
- Oczywiście, że tak - wycedziła. Jej oczy błysnęły niemal tak jasno, jak wcześniej oczy konstruktu. - To nie jest moje miejsce. Należało do mojego ojca i nigdy mi o nim nie mówił. Nie znam wszystkich jego tajemnic. Wolałbyś, żebym pootwierała wszystkie drzwi, by każdy mógł się swobodnie rozglądać? Wyobraź sobie, że jakiś biedny służący zszedłby tutaj i padł ofiarą tego stwora.
Coś w promieniującej z niej prawości pobudziło mój gniew. Brzmiała jak Gio.
- Ty sama niemal padłaś jego ofiarą. Jak uważasz, co by się ze mną stało, gdybyś umarła? Wszyscy uznaliby, że miałem z tym coś wspólnego, a przynajmniej że nie dopełniłem swoich obowiązków.
- Nie - odparła. - To ty niemal padłeś jego ofiarą. Nie ja. Konstrukty to moja domena, moja odpowiedzialność. Nie twoja.
Wciąż poruszały mi się usta, a umysł starał się za nimi nadążyć.
- A twoje bezpieczeństwo to moja odpowiedzialność.
Wcisnęła dłoń we wnętrze bestii, a potem ją wyjęła, już pustą. Naprężyłem się, gdy stwór znów się poruszył. Uniosłem laskę w gotowości. Zatem tak miała wyglądać moja egzekucja? Mephi zaczął schodzić po drabinie głową w dół, a z gardła wydobywało mu się ciche skamlenie.
Lin uniosła dłoń, żeby go zatrzymać.
- Zaczekaj. Patrz.
Co dziwne, Mephi jej posłuchał.
Skóra bestii obwisła, osypała się z niej sierść.
- Zepsułam go - oznajmiła. - Jestem jedyną, która wie, jak to zrobić.
Nie potrafiłem się odprężyć, choć konstrukt rozpadał się na moich oczach. Czułem, jak pali mnie twarz. Czy w ogóle mnie nie potrzebowała? Zdemaskowałem się i co z tego miałem? Ale gdy wróciłem myślą do tego, co widziałem, gdy spoglądałem z włazu, uznałem, że Lin nie zdołałaby zbliżyć się do stwora, gdybym nie odwrócił jego uwagi.
- Jeśli jesteś taka umiejętna i nie potrzebujesz ochrony, to po co mnie zatrudniłaś?
- Oboje wiemy, dlaczego cię zatrudniłam. Uprawomocniasz moją władzę w oczach ludu. Nie mogę jednak się zgodzić, żebyś się za mną skradał, śledził mnie, domagał się informacji na temat wszystkich moich działań.
Mephi zszedł na sam dół i owinął mi się wokół nóg, jakby uważał, że zdoła ochronić mnie przed jej gniewem.
- Jesteś kapitanem mojej gwardii cesarskiej? Czy szpiegiem?
Gorąco odpłynęło mi z twarzy. Nie wiedziała, nie mogła wiedzieć. Dotąd nie dałem nic po sobie poznać. Zmuszałem się, by oddychać. Swoim pytaniem chciała mnie tylko wybadać, nic więcej.
- Co zatem zrobisz, wasza eminencjo? Pozbawisz mnie tytułu? Każesz stracić? - Już przecież przyznała, że mnie potrzebuje. - Nie przypuszczam, żeby spodobało się to ludziom, którzy darzą mnie głębokim szacunkiem.
Mephi poklepał mnie po nodze uspokajająco.
Lin podeszła bliżej i choć musiała zadrzeć głowę, przez chwilę miałem wrażenie, że jesteśmy tego samego wzrostu.
- Czy grozisz właśnie przywódczyni Cesarstwa Feniksa? - Powietrze pomiędzy nami wydawało się wibrować. - Czego chcesz, Jovisie? Samemu zostać cesarzem?
- Dlaczego miałbym tego chcieć? - zdołałem tylko wykrztusić, tak bardzo zbiło mnie z tropu to oskarżenie.
Była to ostatnia rzecz, jakiej mógłbym pragnąć. Nawet nie miałem ochoty przebywać w tym pałacu. Co za absurdalny pomysł. Roześmiałbym się, gdyby moja sytuacja nie była tak niepewna.
Zamrugała. Napięcie pomiędzy nami ustąpiło, gdy Lin zmarszczyła brew.
- A dlaczego miałbyś nie chcieć?
Z niezliczonych powodów, o których nawet nie musiałbym kłamać. Otworzyłem usta, żeby zacząć je wymieniać, ale Lin przesunęła wzrok na właz. Gwałtownie zassała powietrze. Obróciłem się szybko.
Obserwowało nas małe stworzenie o nietoperzowych uszach i skrzydłach mewy.
Dziewczyna chwyciła mnie za ramię.
- Zostawiłeś klin w drzwiach. - Rzekła to tak, jakbym gotował ryż w zbyt dużej ilości wody.
- Tak. - Nie byłem pewien, dlaczego tak panikowała.
- To nie jest mój konstrukt. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego na Cesarskiej. To szpieg. - Zaraz potem chwyciła rączkę lampy zębami i wbiegła po drabinie, pokonując po dwa szczeble naraz. Nic dziwnego, że nawet przez chwilę nie wahała się przed wejściem na dach. Poruszała się szybko jak wiewiórka.
Konstrukty stanowiły jej specjalizację. Nie moją. Tak powiedziała. Mimo to zawiesiłem znów laskę na plecach i popędziłem za nią jak jakiś przeklęty głupiec. A co, gdyby spotkała ją krzywda? Czy zostałbym o to obwiniony? Mogłem się okłamywać, bo nie umiałem przyznać, że Mephi miał rację, ale naprawdę byłem osobą, która pomagała innym. I najwyraźniej byłem również osobą, która pomagała nawet wtedy, gdy wydawało się to niezwykle głupie.
- Mówiłaś, że tylko ty znasz magię odłamków - wysapałem, wspinając się za nią.
Mephi wdrapywał się za mną i drabina trzeszczała pod naszym ciężarem.
- Tak - odparła. - Ale po śmierci mojego ojca sprawy się pogmatwały. - Wydostała się z włazu i ku mojemu zaskoczeniu obróciła się, żeby podać mi rękę. - Muszę go złapać. Konstrukty nie są już związane z moim ojcem, co oznacza, że mogą podporządkować się komuś innemu. Nie wierzę, by tamten trafił tu przypadkiem. Pomóż mi.
Wszelkie moje wątpliwości się rozwiały. Czy choć przez moment planowała mnie stracić? A może była równie głupia jak ja i żyła nadzieją, że jedna osoba zdoła naprawić sytuację? Szybko skinąłem jej głową w odpowiedzi. Pobiegła za konstruktem, który zniknął w wejściu do tunelu.
Była szybsza, niż się spodziewałem, choć długie nogi i siła uzyskana dzięki Mephiemu pozwalały mi nadrobić różnicę.
- Podparłeś jakieś inne drzwi? - zapytała, gdy wpadliśmy do tunelu.
- Tylko te jedne.
- Czyli przyszedł z szybu dla szpiegów prowadzącego do legowiska Ilith. Nie złapiemy go tu, na dole. Jeśli się pospieszymy, zdążymy przechwycić go na dziedzińcu. Ma skrzydła, więc jeśli wzniesie się do lotu, sprawa się skomplikuje.
Później już nie rozmawialiśmy. Podążałem za nią przez kręte tunele. Lampa kołysała jej się w dłoni i więcej niż raz niemal zgasła. Mephi biegł u mojego boku, nawet raz nie pytając, dokąd zmierzamy i co robimy. Może i pyskował mi przy kartach, ale w ważnych kwestiach zawsze był po mojej stronie.
Lin gwałtownie pchnęła drzwi z jałowcem chmurowym, a potem zewnętrzne, tak mocno, że na pewno musiała posiniaczyć sobie bark. Nawet się nie skrzywiła, tylko pędziła dalej.
Nocą hol wejściowy wydawał się złowieszczy, oświetlony jedynie dwiema lampami przy głównych wrotach. Tym razem otwarcie ich zajęło Lin nieco więcej czasu i wspomogłem ją swoją siłą; nasze barki zetknęły się, nasze dłonie wspólnie naparły na drewno.
Oboje niemal sturlaliśmy się ze schodów, gdy drzwi ustąpiły. Czasami zapominałem, żeby równoważyć niedawno nabyte zdolności, wstrzymywać się, gdy nakazywała to sytuacja. Ale Lin odzyskała równowagę i zaczęła zbiegać najpierw po dwa, a potem po trzy stopnie. Mknęła prosto do ogrodu.
Tereny pałacowe były pogrążone w mroku, wszystkie zewnętrzne lampy już zgasły. Mżawka zbierała się w strumyczki na mojej twarzy i rzęsach. Zeskoczyłem z reszty schodów i podążyłem za Lin.
- Głaz! - zawołała do mnie dziwnie spokojnym głosem. Spodziewałem się, że będzie bardziej zdyszana. - Wejście do legowiska Ilith leży pod głazem obok drzewa wiśniowego.
Nie sądziłem, że zdołam rozpoznać wiśnię po ciemku, więc po prostu w biegu ściągnąłem laskę z pleców z nadzieją, że będę gotowy na czas.
Zaraz za łukiem prowadzącym do ogrodu zaczynał się sięgający do pasa żywopłot, po którym Lin poruszała się z łatwością. Przeskoczyłem przez przeszkodę i usłyszałem, że Mephi zrobił to samo. Ogród wydawał się jeszcze ciemniejszy niż reszta dziedzińca, ale podążałem za odgłosem stóp dziewczyny i niemal potykałem się na każdym kroku po drodze, której nie widziałem. Ścieżka wyszła na okrągłą polankę z drzewem i głazem pośrodku.
Coś zatrzepotało skrzydłami i wzbiło się w nocne niebo.
- Niech to szlag! - skomentowała Lin.
Nie byłem pewien, dlaczego właśnie to - po czterech zamkniętych na klucz drzwiach, jaskini pod pałacem i ogromnym konstrukcie - wzbudziło moje zaskoczenie. Cesarzowa przeklinająca jak przemytniczka.
Tupnęła nogą i ziemia się zatrzęsła. Mephi przycisnął mi bark do uda. Wróciły do mnie wszystkie podejrzenia, które żywiłem, odkąd ujrzałem Thranę, odkąd odbyłem z Lin tamtą pierwszą rozmowę, podczas której spytała mnie, czy chcę zostać kapitanem jej cesarskiej straży.
Thrana była jak Mephi.
Lin była jak ja.
A ja byłem jak...?
Próbowałem nie myśleć zanadto o tym, kim jestem, co oznacza ta magia. Odkąd walczyłem z czterorękim konstruktem na schodach pałacu, nie przestawałem się jednak zastanawiać. Zdołałem wtedy zebrać wodę z okolicy, podporządkować ją mojej woli.
Opowieści często wspominały o tym, że Alanga umieli kontrolować wodę.
Odchrząknąłem.
- Chyba powinniśmy...
Ona jednak ruszyła, zanim zdążyłem dokończyć zdanie. Pomknęła do pobliskiego pawilonu i wspięła się po rynnie tak sprawnie, jakby robiła to już tysiąc razy wcześniej. Być może robiła.
- Na jaja Dione! - zakląłem, a potem podążyłem za nią.
Gdy wdrapywałem się na budynek, dostrzegłem błysk zasmuconego pyska Mephiego.
- Zaczekaj tu na mnie, wrócę! - obiecałem mu. Będzie bezpieczny w obrębie pałacowych murów.
Zanim znalazłem się na szczycie pawilonu, Lin zdążyła już przeskoczyć na dach sąsiedniej budowli. Pobiegłem za nią. Przed tym, jak połączyłem się z Mephim, nie zdołałbym wykonać takiego skoku. Od jak dawna ona się tym zajmowała? Praktycznie przelatywała po dachach, ścigając ciemną, trzepoczącą sylwetkę konstruktu.
Gdy biegłem, woda strużkami ściekała mi po czole.
- Zestrzelcie go! - zawołałem do strażników na murach. Dwoje mnie usłyszało, wzdrygnęło się i obróciło, by sprawdzić, kto mówi. - Na niebie! - doprecyzowałem. Tylko jedna z żołnierek okazała na tyle przytomności umysłu, żeby unieść łuk.
Za wolno. Konstrukt opuści zasięg, zanim wartowniczka naciągnie cięciwę, a nie miałem pewności, czy w ogóle widziała intruza.
Dotarliśmy na mury. Strażnicy przyglądali się nam, nie wiedząc, jak zareagować.
Lin ze spochmurniałą miną przesunęła wzrokiem po budynkach miasta. Jeszcze zanim to zrobiła, uświadomiłem sobie, co zamierzała.
- Wasza eminencjo, to za daleko. Konstrukt zniknął, on...
Pobiegła, wskoczyła na blanki i wybiła się w kierunku dachów. Ledwo jej się udało. Wczepiała się palcami w dachówki, a stopy zwisały jej z krawędzi, podciągnęła się jednak płynnym ruchem i pomknęła dalej.
Byłem świadom swoich ograniczeń. Przynajmniej w większości przypadków. Wzruszyłem przepraszająco ramionami w kierunku wartowników, po czym zwiesiłem się z murów.
Naprawiono je, odkąd przybyłem, dzięki czemu teraz wyglądały zdecydowanie lepiej, ale jednocześnie znacznie trudniej było po nich chodzić. Poddałem się w połowie drogi i zeskoczyłem ostatni odcinek. Poczułem impet upadku w kolanach i skrzywiłem się, ale wiedziałem z doświadczenia, że wszelkie urazy leczą się na mnie szybko, a ból wkrótce ustąpi.
O tej porze nocy ulice Cesarskiego Miasta były puste, sklepy i warsztaty pozamykano, ludzie ułożyli się do snu. W młodości, gdy uczyłem się w Akademii Nawigatorów, byłem tu kilkakrotnie. Stolica leżała o dzień drogi łodzią lub wózkiem zaprzężonym w woła od Akademii i stanowiła popularny cel dla studentów, którzy chcieli na chwilę znaleźć się gdzie indziej i się zabawić. Wówczas ulice wyglądały inaczej, ale wciąż z łatwością odnajdywałem trasę. Poza tym wystarczyło, że podążałem za odgłosami stóp Lin na dachach - cichym klap, klap, klap ponad szmerem deszczówki w rynsztokach. Bruk był śliski, ale zaryzykowałem zerknięcie w górę i ledwo zdołałem dostrzec cień konstruktu na tle nieba.
Wciąż mieliśmy szansę go złapać.
Lin dopiero niedawno została koronowana. Zastanawiałem się, kto tak szybko zdołał przejąć konstrukt szpiegowski i posłać go na Cesarską. Jeśli można je było teraz podporządkowywać innym sprawom i innym panom, oznaczało to, że w cesarstwie stacjonowała potencjalna armia czekająca tylko na to, by wpaść w niewłaściwe ręce.
Myśl ta zmroziła mnie bardziej niż deszcz lecący mi na policzki.
Z góry dobiegło stęknięcie, gdy Lin skoczyła na konstrukt i chybiła, po czym wylądowała ciężko na dachu i niemal się z niego sturlała.
- Musisz znaleźć się bliżej! - zawołałem do niej. - Albo spróbuj... rzucić czymś w niego!
- Czym? - odkrzyknęła.
Zdusiłem ripostę, że być może powinna o tym pomyśleć, zanim ruszyła w pogoń za konstruktem. I tak już ledwo dyszałem. Zataczałem się na głównej ulicy miasta, a obok mnie przemykały przebłyski minionego życia. Pijalnia, do której raz zaszedłem i gdzie siedziałem samotnie w rogu, tuląc kubek z winem. Sklep z pięknymi, starannie wykonanymi mapami, których pożądałem, ale nie było mnie na nie stać. Miejsce na rogu, gdzie zaczepiło mnie kilku innych studentów, by oskarżyć półpoyerskiego chłopca, że ich śledzi. Wtedy jakoś udało mi się od nich uwolnić. Po dłuższym czasie.
Nigdy nie sądziłem, że wrócę do stolicy. Na pewno nie na dłużej.
W rynsztoku przede mną leżała samotna muszla ostrygi. Podniosłem ją w biegu i oceniłem w dłoni ciężar. Zbliżaliśmy się do portu. Czułem już morze, wiatr bijący od wody, słyszałem fale rozbijające się o brzeg. Stopy poruszały się pode mną szybciej, niż uważałem za możliwe, oddychałem urywanie. Ale wiatr i skrzydła mimo wszystko były szybsze.
Dobiegło do mnie kolejne stęknięcie z góry, gdy Lin znowu skoczyła na konstrukt. Skręcił, gdy musnęła palcami jego ogon, po czym wzleciał wyżej, zostawiając ją jedynie z piórami. Upadła na dach.
Przede mną pojawił się port i leżące za nim morze. Miałem tylko jedną szansę.
Skupiłem się na konstrukcie, stanąłem pewnie, cofnąłem łokieć i cisnąłem muszlą. Powinienem był biec dalej, szukać kolejnego obiektu do rzucenia, ale tylko obserwowałem z zapartym tchem.
Muszla ostrygi haniebnie chybiła celu, a konstrukt przeleciał nad przystanią i znalazł się nad morzem. Uciekł.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.