Tonąca w błękicie - Magda Mila

Reflow text when sidebars are open.
Dwie godziny później wiemy już o sobie wystarczająco dużo, żebym z przyjemnością myślała o jego ręce gładzącej moje udo. Podoba mi się to, nawet bardzo, ale czuję się trochę nieswojo. Tomek jest zabawny, interesujący i coraz bardziej mnie pociąga. Jego spojrzenie, zapach, dotyk, pod którym drżę - to sprawia, że intensywnie myślę, gdzie powinnam postawić granicę. Nigdy nie pozwoliłam sobie podczas pierwszego spotkania z mężczyzną na coś więcej niż namiętny pocałunek. Z jednym próbowałam czegoś na drugiej randce, ale on był rozsądniejszy.
Jednak teraz na pewno nie mogę na to liczyć - widzę i czuję, że podobam się Tomkowi i wiem, że nie będzie się powstrzymywał, jeśli tylko będę chciała posunąć się dalej. Seks z nieznajomym? Czy właśnie o tym myślę? Moje ciało na pewno tego chce, ale na szczęście mój mózg jeszcze się nie poddał, choć walczy coraz słabiej. Mam wiele wątpliwości. Ale może nie powinnam ich mieć? W końcu jestem wolną, poukładaną życiowo i nieuprawiającą seksu od prawie trzech lat trzydziestopięciolatką, a moje dzieci są daleko stąd.
Przepraszam Tomka na chwilę i idę do toalety. Patrzę na swoje odbicie w lustrze i zagryzam wargę. Wiem, że teraz muszę podjąć decyzję - albo wychodzę, wracam do domu i próbuję samodzielnie rozładować napięcie, które odczuwam, albo do rana zapominam, co to rozsądek i idę na żywioł. Zerkam na swoje sutki sterczące pod bluzką, które stwardniały, kiedy pomyślałam o tym, co dzisiaj mogłoby się wydarzyć. Tomek wysyła jasne sygnały - ma ochotę spędzić tę noc ze mną. Tylko, czy ja tego chcę? I czy jestem na to gotowa?
Jestem zaskoczona tym, jak reaguję na tego faceta. Moje ciało drży pod wpływem najdelikatniejszego nawet muśnięcia jego dłoni, a podbrzusze pulsuje, kiedy Tomek patrzy mi w oczy i mówi coś do mnie tym swoim niskim, seksownym głosem. Cholera! Analizuję wszystko jeszcze raz. Czy błędem może być seks z nieznajomym, taki seks dla samego rozładowania i czystej przyjemności? W końcu, nawet jeśli okaże się kiepski, to szybko o tym zapomnę i będę miała nauczkę na przyszłość. A jeśli będzie nieźle? Wtedy będę miała co wspominać przez kolejne samotne noce.
Odruchowo zerkam na telefon. Widzę wiadomość od Anki.
"Jak randka?"
Odpisuję nie wchodząc w szczegóły.
"Zaskakująco dobrze :-)"
" Uff! To zapomnij o PLANIE i szalej"
Uśmiecham się pod nosem. Nie ma pojęcia, co pisze. Myśli, że siedzę tu z Adamem. Nie wyprowadzam jej z błędu, bo to nie powinno mieć znaczenia.
"A jeśli po tym szaleństwie będę żałowała?"
"To cię przytulę"
Jestem pewna, że w tej chwili nasze definicje szaleństwa znacznie się różnią. Anka pewnie myśli o przytulanym tańcu w klubie i subtelnym pocałunku, a ja o... dzikim seksie z dopiero co poznanym facetem. Naprawdę? Tak, dokładnie o tym teraz myślę. Cokolwiek to zresztą znaczy.
Mimo to myślę, że Anka nieświadomie, ale jednak wspiera moją decyzję. W końcu wiele razy mi mówiła, że jestem za sztywna, zbyt dużo myślę i analizuję. Więc teraz powinnam iść na żywioł. Tak, dokładnie to powinnam zrobić! Uśmiecham się do siebie i biorę głęboki oddech, który ma mi dodać odwagi.
Wracam w końcu do baru. Tomek intensywnie się we mnie wpatruje. Kiedy siadam, przekręca moje krzesło w swoją stronę, kładzie ręce na moich biodrach i nachyla się. Jego twarz jest tylko kilka centymetrów od mojej. Czuję, jak podniecająco pachnie. Trochę kręci mi się w głowie.
- Pojedziesz do mnie? - szepcze mi do ucha.
Krótko i konkretnie. Ja jednak nie jestem w stanie ukryć swoich wątpliwości.
- Nie wiem.
Tomek przysuwa się jeszcze bliżej. Pewnie doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak na mnie działa.
- Mów. Może rozwieję twoje obawy - mówi z łobuzerskim uśmieszkiem.
Mam mu powiedzieć, że właściwie go nie znam? To bez sensu, on mnie też nie. Niewiele o sobie wiemy, bo to do niczego nam niepotrzebne. Moglibyśmy poznawać się na kolejnych randkach, ale jemu na pewno nie o to chodzi. Mnie też nie, w każdym razie nie dziś. A może mam mu powiedzieć, że miałam prawie trzyletnią przerwę w seksie, moje doświadczenie jest niewielkie i nie jestem pewna, czy sprostam jego oczekiwaniom? Pewnie by uciekał, gdzie pieprz rośnie, gdyby to usłyszał.
- Cholernie mi się podobasz, tym bardziej, kiedy się wahasz. Nie bój się. Zadbam o to, żeby ta noc była cudowna, przede wszystkim dla ciebie. - Jego szept przerywa gonitwę moich myśli.
Muszę zacisnąć uda, żeby uspokoić pulsowanie między nogami. Jego głos, to jak na mnie patrzy, a przede wszystkim to, co mówi - wszystko działa na mnie niesłychanie podniecająco.
Mój mózg walczy jeszcze resztkami sił. Może dać mu numer telefonu i umówić się na kolejnego drinka? Nie, nie zadzwoniłby, bo to nie facet, który gania za dziewczyną. Raczej przebiera w nich, jak w ulęgałkach. Nie mam wyjścia, teraz albo nigdy!
Dopijam swojego drinka i uśmiecham się nieśmiało.
- Jesteś bardzo... przekonujący.
Tomek przez chwilę patrzy mi w oczy, a przez moje ciało przelatują dreszcze. Nie pamiętam, kiedy się tak czułam. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek byłam tak podniecona.
Ściska moje biodra i muska nosem mój policzek.
- Będzie cudownie - szepcze.
Potem przesuwa dłonie z moich bioder na talię, podnosi mnie i stawia na ziemi. Jedną ręką mnie obejmuje, drugą macha do barmana i mówi, że wychodzimy. Chcę zapłacić, sięgam po portfel, ale przytrzymuje moją dłoń i kręci głową.
- Jestem współwłaścicielem tego klubu.
Zaczynamy się przeciskać w stronę wyjścia. Czuję jego rękę tuż nad pośladkami, zdecydowanym ruchem prowadzi mnie do drzwi. Drżą mi nogi. Sama nie wiem, czy boję się tego, co właśnie robię, czy to coraz silniejsze podniecenie, które czuję w całym ciele.
Wsiadamy do taksówki. Tomek podaje kierowcy jakiś adres, potem wpatruje się we mnie i bawi się moją dłonią. Zaciskam uda i próbuję się skupić na rzeczywistości, a nie na wyobrażaniu sobie tego, co się stanie.
- Gdzie jedziemy? - pytam cicho.
- Niedaleko. - Głos ma jeszcze niższy niż wcześniej.
Po kilku minutach wysiadamy przed jednym z nowszych apartamentowców w Śródmieściu. Tomek łapie mnie za rękę i ciągnie w stronę windy. Ledwo za nim nadążam w wysokich szpilkach. Jest władczy i zdecydowany. Jestem zaskoczona, jak bardzo mi się to podoba.
W windzie Tomek wciska przycisk z numerem dwadzieścia dwa i odwraca się w moją stronę. Stoję oparta o ściankę z wielkim lustrem. Patrzymy na siebie. Mam wrażenie, że między naszymi ciałami przelatują iskry.
- Lubisz ostry czy delikatny? - pyta mrużąc oczy.
- Ja...
Nie mam pojęcia, co odpowiedzieć, choć wiem, że nie pyta o sos do chińszczyzny.
- Seks. Ostry czy delikatny?
Wciągam gwałtownie powietrze i bezwiednie oblizuję dolną wargę. Tomek robi krok do przodu i przyciąga mnie do siebie. Chyba nie będzie czekał na moją odpowiedź.
- Nieważne - szepcze.
Gładzi dłonią mój policzek, potem przesuwa kciukiem po moich wargach.
- Będę się tobą bawił całą noc - mówi powoli i cicho. - Najpierw cię przelecę przy ścianie, potem na kanapie. - Ma zachrypnięty głos. - A potem będę pieprzył twoje słodkie usta.
Brakuje mi powietrza. Jego wulgarne słowa sprawiają, że z trudem utrzymuję się na nogach, a wilgoć już wsiąka w moje koronkowe majtki. Nikt nigdy tak do mnie nie mówił. Nie miałam pojęcia, że coś takiego może mnie tak podniecać. Powinnam być przerażona zmianą miłego i sympatycznego Tomka we władczego i wulgarnego Tomasza. Ale nie jestem. Jestem za to niewiarygodnie podniecona - sytuacją, jego słowami i wyobrażeniami tego, co zrobimy. Mój oddech jest coraz cięższy, a mózg poddał się i przestał pracować już dawno temu.
Tomek przesuwa dłoń w dół, wzdłuż mojej szyi. Potem zahacza o pierś, ściska biodro, dotyka uda. Wkłada rękę pod spódnicę i przesuwa dłoń w górę. Cały czas patrzy mi w oczy. Po chwili czuję jego palce wsuwające się pod moje majtki.
- Ale jesteś gotowa! - jęczy zaskoczony.
Gotowa? Cóż, tak bym tego nie określiła. Raczej przerażona - sobą i tym, co robię. Ale rzeczywiście moje ciało po prawie trzyletniej abstynencji oszalało. Pragnę go i chcę, żeby zrobił ze mną, co tylko zechce.
Drzwi windy otwierają się. Tomek wypycha mnie, nie rejestruję nawet momentu, kiedy wchodzimy do mieszkania. Przygniata mnie do ściany. Patrzy na mnie zamglonymi oczami, ciężko oddycha. Zbliża swoje usta do moich i delikatnie przesuwa językiem po mojej dolnej wardze.
- Jesteś taka delikatna, taka niepewna - chrypi. - Strasznie mnie to kręci, skarbie.
Rozchylam wargi, a on wsuwa język do moich ust. Wkładam dłonie w jego włosy i całkiem zatracam się w tym pocałunku. Nie miałam pojęcia, że można tak całować. Wargi Tomka są gorące i miękkie, a jego język powoli odkrywa moje usta. Cicho jęczę, co sprawia, że Tomek przestaje być tak delikatny. Wkłada ręce pod spódnicę i mocno ściska moje pośladki, a jego język zaczyna mnie zachłannie penetrować.
Po chwili Tomek rozrywa moje majtki, rozpina rozporek i wyciąga swojego twardego i gotowego penisa. Czuję, jak kręci mi się w głowie, ledwo oddycham. Wiem, co się zaraz stanie, ale wydaje mi się, że to się nie dzieje, że to jakaś senna fantazja.
Tomek z tylnej kieszeni dżinsów wyciąga prezerwatywę i naciąga ją sprawnym ruchem. Drażni czubkiem członka moją łechtaczkę i jednocześnie podciąga do góry moją bluzkę. Wyciąga piersi z miseczek stanika, pochyla głowę i liże je szybkimi ruchami języka. Gryzie mocno najpierw jedną brodawkę, potem drugą. Tracę oddech zaskoczona bólem, który błyskawicznie zamienia się w niezwykle silne impulsy przyjemności przelatujące przez moje ciało i kumulujące się w podbrzuszu. Jęczę z rozkoszy.
Wkładam dłonie pod rękawki jego koszulki i ściskam palcami jego rozgrzaną skórę. Jest gładka, a jego napięte mięśnie są twarde jak kamień. Tomek łapie mnie za pośladki i podnosi, a ja intuicyjnie oplatam nogami jego biodra. Chcę go poczuć w sobie. Moje podbrzusze niecierpliwie pulsuje w oczekiwaniu. Tomek nieruchomieje na chwilę. Jedną ręką sięga do mojej twarzy i przytrzymuje mocno moją brodę, a potem, patrząc mi głęboko w oczy, wykonuje gwałtowne pchnięcie. Twardy i gorący penis wbija się we mnie, a usta Tomka atakują moje. Jęczę. Czuję ból, czuję jak moja pochwa rozciąga się, żeby go jak najlepiej przyjąć. Tomek wycofuje się i naciera jeszcze raz. Tym razem wchodzi do końca.
- O tak! - jęczy gryząc moją szyję.
Znowu się wysuwa i z całą siłą wchodzi z powrotem, raz za razem. To, co jeszcze przed chwilą było bólem, teraz jest wirującą w całym podbrzuszu przyjemnością. Każde jego pchnięcie wbija mnie w ścianę. Jęczę, ściskam jego szyję i pozwalam mu robić ze mną, co tylko chce. Jego ruchy są coraz szybsze, a moja pochwa coraz mocniej pulsuje. Potrafię skupić się tylko na nadchodzącym orgazmie, którego siły nie jestem sobie w stanie wyobrazić.
Nagle, po kolejnym pchnięciu, Tomek nieruchomieje. Jego członek jest nadal we mnie. Nie chcę, żeby przerywał, jestem już na skraju przepaści, w którą chcę się rzucić.
- Tomek... - jęczę błagalnie.
- Obiecałem ci pieprzenie na kanapie.
Odsuwa się od ściany i niesie mnie w stronę salonu. Prawie rzuca mnie na dużą, szarą sofę. Zaciskam uda, próbując uspokoić podbrzusze rozczarowane nagłą pustką.
- Odwróć się i porządnie wypnij tyłeczek.
Te słowa sprawiają, że na chwilę budzi się mój mózg. Próbuje dać mi znać, że powinnam zachowywać się inaczej. Nie jak... dziwka? Ale stanowczy głos Tomka i żądza w jego oczach powodują, że jedyne, o czym w tej chwili marzę, to poddanie się i pozwolenie mu na wszystko. Puszczają wszystkie moje blokady. Chcę tylko jego dłoni na mojej skórze i jego członka we mnie.
Dysząc klękam i opadam piersiami na oparcie kanapy. Nigdy nie lubiłam takiej pozycji, zresztą mój były mąż rzadko chciał się kochać inaczej niż po misjonarsku i na jeźdźca. Teraz jednak podniecenie sprawia, że chcę to zrobić, chcę, żeby Tomek wziął mnie od tyłu, mocno i ostro. Wypinam się i kręcę zachęcająco biodrami. Wyginam plecy w łuk, kiedy Tomek podsuwa moją spódnicę jeszcze wyżej i gładzi moje pośladki. Wsuwa palec do pochwy, potem rozprowadza wilgoć między moimi pośladkami. Zaciskam mięśnie. Zauważa to.
- Nie lubisz tak? - szepcze nachylając się do mojego ucha.
- Nie... nie wiem.
- Nikt nigdy nie posuwał tej słodkiej dupci? - słyszę zaskoczenie w jego głosie.
Kręcę głową. Jestem spięta i jednocześnie niebywale podniecona. Sama nie wiem, czy tego chcę, czy nie. Nie mam jednak czasu na myślenie, bo jego palec już wsuwa się do środka. Znowu instynktownie zaciskam mięśnie, ale chyba nie chcę, żeby przestał.
- Ale ciaśniutka! - słyszę zadowolony głos Tomka, kiedy kręci palcem kółka we mnie. Uczucie jest dziwne, ale sprawia, że moje podniecenie rośnie, a potrzeba spełnienia, jaką czuję, zaczyna być nieznośna.
- Chcesz, żebym się nią zajął?
- Tak...
Już nie wiem, o co proszę, jest mi wszystko jedno. Chcę tylko, żeby natychmiast wszedł we mnie. Nie myślę o tym, co będzie dalej. Mogę dzisiaj przekroczyć wszystkie granice.
- Dobrze, ale później. Teraz chcę cię ostro zerżnąć, a twoja dziewicza dupcia by tego nie wytrzymała.
Z mojego gardła wydobywa się kolejny błagalny jęk, choć powinnam być przerażona. Ale chcę go poczuć w sobie, już, natychmiast! Tomek klepie mnie mocno w pośladek, a ja jęczę z rozkoszy, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Słyszę jego zadowolony śmiech.
Łapie mocno moje biodra i wreszcie wchodzi we mnie. Gwałtownie, jednym ruchem, do końca. Zatrzymuje się na chwilę, a potem wbija się we mnie raz za razem. Krzyczę. Nachyla się i gryzie moje plecy. Czuję jego rękę na podbrzuszu, dotyka mojej łechtaczki i po kilku sekundach eksploduję. Jęczę i krzyczę, a kolejne uderzenia jego penisa potęgują mój orgazm. Tracę kontrolę, głowa opada mi na oparcie kanapy.
- Tak, właśnie kurwa tak! - Tomek jęczy z zadowoleniem.
Jedną ręką łapie moje włosy i podciąga mnie do góry, drugą przytrzymuje moje biodra i uderza z całej siły. Mam wrażenie, że tracę przytomność. Jak przez mgłę słyszę przekleństwa, które wyrzuca z siebie, kiedy dochodzi. W końcu opada na moje plecy i dyszy bez sił.
Po kilku minutach wstaje, zdejmuje prezerwatywę, a potem siada na kanapie. Sadza mnie na swoich kolanach. Skulona przytulam się do jego piersi, a on gładzi moje plecy. Siedzimy tak, wciąż upajając się przeżytymi właśnie orgazmami. Tomek jest czuły i delikatny, zupełnie inny niż chwilę wcześniej.
- Wszystko w porządku? - pyta cicho.
- Tak - szepczę.
Nadal do mnie nie dociera to, co się stało.
- Nie byłem za ostry? - W jego głosie słyszę niepewność.
Podnoszę głowę i patrzę mu głęboko w oczy.
- Nie. Ja nigdy... - zagryzam wargę.
Chyba nie powinnam mu mówić, jak bardzo moje wcześniejsze doświadczenia seksualne różniły się od tego, co właśnie przeżyłam. - To znaczy... To było świetne. - Uśmiecham się nieśmiało.
Tomek mocno mnie ściska i opiera brodę na mojej głowie.
- Dawno nie było mi tak dobrze - mówi cicho, jakby do siebie.
Podnoszę zaskoczona głowę.
- Chyba trochę przesadzasz! - Klepię go lekko w ramię.
- Ani trochę. Jesteś taka... zresztą nieważne. - Gładzi mój policzek i zamyśla się.
Uświadamiam sobie, że powinnam czuć zażenowanie i wstyd, ale nic z tego. Jest mi cudownie i chciałabym, żeby ta noc trwała wiecznie.
- Na co masz teraz ochotę? - pyta cicho mężczyzna, który dał mi właśnie najlepszy w życiu orgazm, a teraz daje mi tyle czułości, ile nie dostałam od nikogo przez kilka ostatnich lat .
- Hmmm... - Uśmiecham się znacząco.
Nie poznaję siebie. Mam ochotę na jeszcze więcej seksu.
- Ale najpierw prysznic - mówię cicho.
Stoję w garderobie przed dużym lustrem. Delikatny makijaż podkreśla moje zielone, otoczone długimi i gęstymi rzęsami oczy. Lekko je mrużę. Z nich chyba jestem najbardziej zadowolona. Zresztą najczęściej słyszę komplementy właśnie na ich temat.
Rozkloszowana spódnica kończąca się trochę nad kolanem odsłania moje nogi, a dopasowany top opina szczupły, delikatnie umięśniony brzuch i spory biust. Wsuwam stopy w szpilki, robię obrót i uśmiecham się. Chyba jest nieźle. Biorę głęboki oddech. Jestem gotowa na randkę w ciemno.
Adam zadzwonił trzy dni temu. Rzeczywiście wydawał się sensowny. Mimo swoich wątpliwości umówiłam się z nim. Jasne, mogłabym spędzić kolejny piątkowy wieczór z dobrą książką w ręce, zamiast stresować się poznawaniem kolejnego faceta.
Mogłabym też wyjść na piwo ze znajomymi z pracy, albo posiedzieć gdzieś z Anką. Uznałam jednak, że moja przyjaciółka ma rację. Powinnam spotkać się z Adamem, i to koniecznie bez żadnych planów. Może będzie miło? A jeśli facet okaże się beznadziejny, to wykręcę się bólem głowy, pojadę do Anki i upijemy się na smutno. Jestem dobrej myśli i staram się mieć dobre nastawienie. Ten wieczór nie będzie taki zły, prawda?
Umówiliśmy się w "Loro loco" na Nowogrodzkiej. To podobno dość modne miejsce, gdzie można w miarę spokojnie posiedzieć, pogadać i napić się drinka. Można też potańczyć przy niezłej muzyce.
Z taksówki wysiadam dziesięć minut przed czasem. Rozglądam się. Może lepiej się jeszcze gdzieś przejść, żeby nie pojawić się w klubie za wcześnie? Podobno kobieta powinna trochę się spóźnić na pierwszą randkę.
Jednak w końcu uznaję, że nie mam ochoty na jakieś gierki i wchodzę do środka. Odrobina alkoholu wypita już teraz dobrze mi zrobi, bo jestem zdenerwowana, choć wcześniej wydawało mi się, że podchodzę do tej randki całkiem na luzie.
Chwilę później siedzę już przy barze i piję jakiś obrzydliwie słodki i kolorowy drink polecony mi przez barmana. Przeglądam menu, potem obserwuję grupkę, która tłoczy się przy drugim końcu baru. Wyglądają na studentów, którzy szykują się na całonocne szaleństwo. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatnio bawiłam się do rana. Ależ zrobiłam się drętwa! Dopóki dzieci mieszkały w Warszawie, to było nawet zrozumiałe, ale teraz? Od trzech miesięcy nie mam ich na głowie, a moje największe ekscesy to kilka imprez, z których wróciłam zaraz po północy. Koniecznie muszę wyciągnąć Ankę na jakąś całonocną potańcówkę!
Uśmiecham się do swoich myśli i zerkam na wyświetlacz telefonu. Adam spóźnia się pięć minut. Zastanawiam się, czy to spotkanie będzie kolejnym niewypałem.
Kolejny drink i pół godziny później już wiem, że randki nie będzie. Dostaję sms-a od Adama. Jego córka gorączkuje i musiał zawieźć ją do lekarza. Cóż, znam to aż za dobrze. Zrezygnowana dopijam drinka i zastanawiam się, co zrobić. Dzwonię do Anki, ale nie odbiera. Świetnie, więc jednak spędzę ten wieczór z książką.
Gdy sięgam do torebki, żeby wyjąć portfel i zapłacić rachunek, czuję dreszcz przelatujący mi po kręgosłupie. Ktoś stoi za mną. Niepewnie się odwracam i widzę oczy w niepokojącym odcieniu błękitu. Wiem, że je znam, ale przez chwilę nie mogę sobie przypomnieć skąd.
- Cześć.
- Cześć - odpowiadam niepewnie.
- Wychodzisz?
Patrzę na niego. Mój mózg intensywnie pracuje próbując dopasować wrażenie, jakie robi na mnie ten mężczyzna, do sytuacji, w której go spotkałam. Bo jestem pewna, że skądś go znam.
Kiedy siada obok na krześle barowym i z lekkim uśmiechem przechyla głowę, już sobie przypominam - samolot i arogancki dupek w klasie biznes. Teraz wygląda trochę inaczej. Ma na sobie zwykły T-shirt i dżinsy, a przede wszystkim ma zupełnie inny wyraz twarzy - co za odkrycie, ten facet potrafi się uśmiechać!
- Tak. Chyba wychodzę - odpowiadam w końcu. - Moja randka w ciemno nie wypaliła.
Postanawiam mówić prawdę. Nie chce mi się udawać, że z innego powodu w piątkowy wieczór siedzę sama przy barze. Poza tym jestem trochę skołowana tym spotkaniem.
- Chętnie ci postawię kolejnego drinka. - Mężczyzna patrzy na moją pustą szklankę.
Zaskoczona marszczę brwi. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Może mnie nie poznał? Też jestem ubrana inaczej niż w samolocie i mam, delikatny - ale jednak - makijaż. Z ciekawości ciągnę tę grę.
- Okej, dziękuję - mówię wkładając portfel z powrotem do torebki.
- To samo?
- Nie. - Uśmiecham się. - Poproszę piwo. Albo nie, gin z martini, pół na pół.
Patrzy na mnie zaskoczony.
- Piwo czy gin są takie... wiesz... mało subtelne - tłumaczę - więc męczyłam się z tymi kolorowymi ulepkami, których nie cierpię. Chciałam zrobić wrażenie bardziej kobiecej. - Uśmiecham się lekko.
Mężczyzna wybucha śmiechem, potem nachyla się i mówi mi do ucha:
- Akurat mnie kręci kobieta z męskim drinkiem w dłoni.
Czy on ze mną flirtuje? Ten nieprzyjemny, chamski i władczy typek? Choć teraz jest zupełnie inny, jakby w jednym człowieku były dwie osobowości.
Mrużę oczy i patrzę na niego. Jest naprawdę przystojny i męski. Coś mi mówi, że powinnam wracać do domu, ale ciekawość szybko zagłusza te myśli. Dwa wcześniejsze drinki też z pewnością mają wpływ na moją decyzję.
- Lila. - Wyciągam rękę w jego stronę.
- Tomek. - Uśmiecha się, a ja próbuję dojść do siebie po krótkim kontakcie naszych dłoni.
Chyba mi naprawdę odbija po tych ulepkach.
- W samolocie byłem dupkiem, co?
Ale szybko zaspokoił moją ciekawość! Więc jednak mnie pamięta.
- Oj tak! - Wzdycham. - Dawno nie spotkałam kogoś tak niesympatycznego.
- Było aż tak źle? - Pewnie trochę udaje zdziwienie. - W takim razie będę się musiał namęczyć, żeby zatrzeć to wrażenie. - Śmieje się.
- Możesz nie dać rady. - Nie zamierzam być zbyt miła.
Krzywi się i kręci głową.
- Przepraszam. Wracałem po koszmarnym maratonie spotkań służbowych. Nie wszystkie poszły po mojej myśli.
- Powinieneś się bardziej postarać, ale przeprosiny mogę przyjąć. - Przechylam głowę zerkając na niego.
- Spróbuję. - Śmieje się.
W tej wersji jest naprawdę uroczy. Zaczynam się cieszyć, że Adam nie dotarł na naszą randkę, bo spotkanie z Tomkiem może być naprawdę interesujące.
Rozmawiamy długo o Paryżu i o tym, jak się zmienił przez kilkanaście ostatnich lat. Dawniej, gdy zaraz po maturze spędziłam tam trochę czasu pracując w czasie wakacji, nie było tak naprawdę złych i dobrych dzielnic, w każdym razie ten podział nie był aż tak drastyczny. Całą noc mogłam włóczyć się ze znajomymi od Montmartre'u do Montparnasse'u i nie czuć żadnego zagrożenia. Teraz po zmroku strach posiedzieć pod bazyliką Sacre Coeur.
Jestem ciekawa, co Tomek robił w moim ukochanym mieście, ale mam wrażenie, że niespecjalnie chce opowiadać o sobie. W takim razie ja też będę tajemnicza - ani słowa o dzieciach, byłych mężach czy pracy. Wbrew pozorom taka rozmowa okazuje się całkiem interesująca. Czuję, jakbym była w skórze innej kobiety, oderwanej od mojego codziennego ja. I jest mi z tym świetnie.
- Nie wierzę, że tyle razy byłaś w Paryżu i nie odwiedziłaś Luwru! - Tomek marszczy brwi udając zbulwersowanego.
- Poważnie, nie byłam. - Przykładam dłoń do dekoltu. - Zawsze chciałam, ale nigdy nie miałam dość czasu. Bo wiesz, nie wyobrażam sobie pójścia tam na parę godzin i przetruchtania w tłumie przez kilka rzekomo najciekawszych sal. Obiecałam sobie, że kiedyś spędzę w Luwrze tydzień, każdy dzień od rana do wieczora. Tylko, że jeszcze nie udało mi się tego zrealizować. - Uśmiecham się. - Ale ten punkt jest wysoko na mojej liście.
- Liście? Masz listę marzeń? - Unosi lekko kącik ust.
Śmieje się ze mnie?
- Nie, marzeń nie. - Kręcę głową. - Raczej zamiarów, planów, takich na później...
- A co masz jeszcze na tej liście?
- Oj, dużo rzeczy - odpowiadam wymijająco.
Nie jestem pewna, czy chcę mu o tym opowiadać.
Tomek nachyla się.
- Mów - szepcze mi do ucha niskim głosem.
No świetnie! Facet ma w sobie coś takiego, co każe mi robić to, czego chce.
- Skok ze spadochronem, Machu Picchu, Islandia z Grenlandią, nurkowanie w meksykańskich jaskiniach, nauka gry na fortepianie... Sporo tego, naprawdę - mówię trochę skrępowana.
- Czasu ci braknie. - Śmieje się. - Czemu czekasz... na przykład z tym skokiem ze spadochronem?
- Muszę czekać. Mogę skoczyć dopiero, kiedy dzieci skończą osiemnaście lat. Wiesz, jakby coś mi się miało stać... - mówię, zanim zdążę ugryźć się w język. Miało nie być o dzieciach!
- Masz dzieci? - Tomek jest zdziwiony.
- Mam.
- Małe?
- Dla mnie zawsze będą małe. - Uśmiecham się. - Ale nie chcę o nich rozmawiać. Przynajmniej nie teraz. - Milczę przez chwilę. - A ty?
- Co ja?
- Masz dzieci? Żonę?
Natychmiast poważnieje, a przez twarz przelatuje mu jakiś cień.
- Nie mam dzieci ani żony. I nie chcę ani jednego, ani drugiego - mówi szybko i stanowczo.
Brzmi to tak, jakby ten temat wzbudzał w nim obrzydzenie, albo był dla niego bardzo przykry. Mam ochotę zadać jeszcze jakieś pytanie, ale czuję, że to nie jest dobry pomysł. Tym bardziej, że sama nie mam ochoty opowiadać o moim życiu osobistym.
Wyczuwam między nami lekkie napięcie, jest trochę niezręcznie. Jednak po chwili Tomek nachyla się w moją stronę i mówi cicho:
- Przepraszam, po prostu nie lubię o tym rozmawiać.
- W porządku. W takim razie jaki temat jest bezpieczny?
- Ta nauka gry na fortepianie. - Śmieje się.
- Aha. Co w tym tak zabawnego?
- Czemu akurat to?
- A czemu nie? - Patrzę na niego zaczepnie. - Lubię muzykę i lubię robić coś twórczego. Niestety nigdy nie miałam okazji ani grać na czymkolwiek ani śpiewać, bo nie mam żadnych uzdolnień w tym kierunku. A czasem chciałabym pograć, oczywiście tylko dla siebie. Sprawdzić, jak to jest, rozumiesz? Przymknąć powieki i uderzać w klawisze, żeby oddać swój nastrój. - Patrzę w te jego piękne oczy i mam wrażenie, że to, co mówię, trafia do niego. - To tak, jak z rysowaniem. Można nie mieć w ogóle talentu, ale i tak czerpać ogromną przyjemność z bazgrania ołówkiem po kartce, albo ze stania godzinami przed sztalugą i zapełniania płótna kolorowymi plamami.
Tomek patrzy na mnie z zainteresowaniem. Piję duży łyk mojego bardzo mocnego drinka i ciągnę dalej.
- Kiedyś mój syn chodził na treningi piłkarskie. Mieli w drużynie dzieciaka, kompletny antytalent i piłkarski, i w ogóle sportowy. Ale chłopak tak kochał piłkę nożną, że nie można było oderwać od niego oczu, kiedy ganiał po boisku uśmiechnięty od ucha do ucha. Trenował z zapałem, jakiego mogliby mu pozazdrościć jego znacznie bardziej sprawni i uzdolnieni koledzy. Dzieciak nie odnosił wielkich sukcesów, ale kompletnie się tym nie przejmował. Kiedy na niego patrzyłam, zawsze myślałam, ile radości nas omija z powodu myślenia nie o procesie, tylko o efekcie. Rozumiesz? Chodzi o to, żeby mieć czasem przyjemność z robienia czegoś, i tylko z tego. Żeby nie skupiać się na tym, do którego punktu dobrniemy, co osiągniemy i tak dalej. I przede wszystkim - żeby nie myśleć, jak świat to oceni.
Zamyślam się i dopiero po chwili patrzę na Tomka. Wpatruje się we mnie zaintrygowany.
- Masz cholerną rację - mówi w końcu.
Jeszcze raz mocno ściskam Zuzię i Pawła. Spędziłam z nimi intensywny tydzień, rozstawaliśmy się tylko na kilka godzin dziennie, kiedy musieli być w szkole. Mimo to wiem, że będę tęsknić, zanim jeszcze samolot oderwie się od pasa paryskiego lotniska.
- Bardzo was kocham! - Całuję ich i kolejny raz się wzruszam, kiedy dociera do mnie, że moja córka jest już mojego wzrostu, a syn dawno mnie przegonił.
Paweł się krzywi. Nie znosi czułych gestów, szczególnie w miejscach publicznych. Zuzia odwraca głowę. Zgrywa twardzielkę, ale wiem, że próbuje ukryć łzy.
- Widzimy się za miesiąc, szybko zleci. - Uśmiecham się wbrew temu, co czuję.
Pożegnania są najgorsze. Potem, kiedy już jestem w Warszawie i rzucam się w wir pracy, jakoś sobie radzę z tęsknotą. Jednak tutaj, teraz, mam wrażenie, jakby moje serce miało się zaraz rozpaść na kawałeczki.
Wokół nas przepychają się ludzie z walizkami, co chwilę słychać jakiś klakson. Jest tłoczno i głośno. To sprawia, że czuję się jeszcze gorzej. W końcu łapię rączkę swojej walizki i poprawiam dużą torbę, która ciąży mi na ramieniu. Odwracam się jeszcze do Maćka, mojego byłego męża. Obejmuję go jedną ręką i muskam ustami jego policzek.
- Pilnuj ich!
- Jasne. - Krzywi się.
Nie znosi moich uwag dotyczących opieki nad dziećmi. Uważa, że byłam, i nadal jestem nadopiekuńcza. Jego zdaniem za bardzo chcę je kontrolować i zbyt przejmuję się ich porażkami, niepowodzeniami i błędami, które popełniają. Wiem, że ma sporo racji i wiem, że decyzja, żeby spędziły z nim rok we Francji była słuszna. Mimo to trudno pogodzić mi się z tym, że dzieci nie ma przy mnie na co dzień, tak jak to było przez prawie piętnaście lat ich życia.
W końcu ruszam w stronę hali odlotów. Przy rozsuwanych drzwiach odwracam się jeszcze i ze łzami w oczach macham do nich.
Kolejne dwie godziny spędzam na lotnisku, a stres sprawia, że zapominam o tęsknocie. Jest overbooking, co oznacza, że dla mnie i jeszcze kilku osób nie ma miejsc w samolocie. Szanse na to, że niedługo dotrę do Warszawy są niewielkie. Nienawidzę takich sytuacji. Zawsze mam wszystko dokładnie zaplanowane i źle reaguję, kiedy dzieje się coś, na co nie mam wpływu. Teraz też się wściekam, że akurat mnie musiało się to przytrafić. Próbuję skoncentrować się na radach przyjaciółki - nie denerwuj się czymś, co nie zależy od ciebie - ale wcielanie tych mądrości w życie naprawdę nie jest łatwe.
Biorę kilka głębokich oddechów, żeby nie krzyczeć na Bogu ducha winną kobietę wpatrującą się w ekran komputera.
- Jaka decyzja? Późniejszy lot? - mówi po angielsku z mocnym francuskim akcentem.
Zastanawiam się. Chwilę wcześniej dwie osoby w takiej samej sytuacji jak ja, zdecydowały, że polecą wieczorem, ale ja chyba wciąż mam nadzieję, że zdarzy się jakiś cud.
- Poczekam jeszcze - mówię i odchodzę na bok.
Chwilę snuję się po lotnisku, w końcu siadam na niewygodnej ławce, włączam komputer i przeglądam maile. W obu moich miejscach pracy nie wydarzyło się nic szczególnego. To dobrze, po powrocie będę mogła pracować tak, jak to wcześniej zaplanowałam.
Nagle widzę kobietę, która szybkim krokiem maszeruje w moją stronę.
- Madame Poplawska?
Kiwam głową i gwałtownie wstaję. Okazuje się, że czekanie było dobrą decyzją. Klasa ekonomiczna jest pełna, ale w biznesowej znalazło się dla mnie miejsce. Mogę lecieć, oczywiście bez żadnych dopłat.
W szalonym tempie docieram na pokład samolotu i z ulgą siadam na miejscu wskazanym mi przez stewardessę. To mój pierwszy lot lepszą klasą. Rozglądam się z zaciekawieniem, ale trochę wyższy standard nie robi na mnie specjalnego wrażenia. W każdym razie nie aż takiego, żebym kiedyś była skłonna zapłacić wielokrotność ceny biletu w klasie ekonomicznej za możliwość spędzenia kilku godzin w takich warunkach. No, może przy naprawdę długim locie. Natomiast jestem bardzo zadowolona z tego, że w ogóle lecę. I będę miała jeszcze lepszy humor, jeśli miejsce obok mnie, które na razie jest puste, nadal takie pozostanie.
Niestety, kilka minut później słyszę nad sobą głos:
- To miejsce miało być wolne.
"Tak, taką miałam nadzieję" - myślę i podnoszę głowę. Najpierw widzę intensywnie błękitne oczy wpatrujące się we mnie. Są zimne, a wyraz twarzy ich właściciela daleki od sympatycznego.
- Jest - odpowiadam równie nieuprzejmym tonem i zerkam znacząco na fotel obok mnie.
- Ale miały być dwa, moje i to drugie wolne - mówi z naciskiem mężczyzna.
- Więc powinien pan to wyjaśnić z obsługą.
Patrzy na mnie jakby się zastanawiał, czy wybuchnąć już, czy dopiero za chwilę.
- Proszę zająć miejsca - słyszę głos stewardessy, która idzie w naszą stronę.
- To miejsce miało być wolne! - Facet jest uparty, a jego ton, kiedy zwraca się do kobiety w granatowym mundurku, stanowczy i bardzo niemiły.
- Tak, ale mieliśmy overbooking w klasie ekonomicznej i pańskie preferencje nie mogły być uwzględnione.
Czuję na sobie jego wściekły wzrok i w duchu się śmieję. Nie miałam pojęcia, że tacy ludzie w ogóle istnieją! Naprawdę nie jest w stanie spędzić dwóch godzin obok innej osoby? Nawet takiej, która zwykle lata w klasie dla plebsu?
- Nie zjem pana! - Nie wytrzymuję i wykrzywiam usta w najbardziej złośliwym uśmiechu na jaki mnie stać.
Mężczyzna ze złością kręci głową i w końcu siada. Oczywiście to stewardessa chowa za niego walizkę do schowka. Co za arogancki dupek!
Przez kolejne pół godziny gapię się bezmyślnie w okno, potem wyciągam czytnik. Mam zamiar przebrnąć przez kilka rozdziałów kryminału napisanego przez kolejnego, rzekomo świetnego, skandynawskiego autora, którego nazwiska nie da się zapamiętać, ani poprawnie wymówić. Jednak po kilku stronach odpuszczam. Znowu gapię się w okno, potem kątem oka obserwuję mojego sąsiada.
Mężczyzna z zaangażowaniem pisze coś na komputerze. Muszę przyznać, że robi nawet przyjemne wrażenie, oczywiście kiedy się nie wścieka. Jest chyba mniej więcej w moim wieku, całkiem przystojny. Ma dość ciemne włosy, krótkie, lekko rozczochrane, co nadaje mu chłopięcy i trochę łobuzerski wygląd, zupełnie niepasujący do jego zachowania. Jest szczupły, ma na sobie ciemne spodnie od garnituru i błękitną koszulę. Marynarką pewnie musiała się zaopiekować biedna stewardessa.
Spod podwiniętych rękawów wystają umięśnione przedramiona pokryte delikatnymi włoskami, a długie, szczupłe palce szybko uderzają w klawisze. Muszę przyznać, że takie ręce zawsze uważałam za najbardziej męskie. Zaczynam snuć idiotyczne rozważania, które miejsce mogłyby zająć w moim rankingu seksownych rąk, kiedy nagle palce mężczyzny nieruchomieją nad klawiaturą. Szybko odwracam głowę w stronę okna. Nie chcę, żeby zauważył, że na niego zerkam. Niestety, czuję na sobie jego pytający wzrok. Wytrzymuję chwilę, w końcu znowu patrzę w jego stronę.
- Rozpraszam pana?
Przesuwa wzrokiem po mojej twarzy i tułowiu.
- Nie. Miałem wrażenie, że to ja rozpraszam panią - odpowiada po chwili mrużąc oczy.
Dupek. Zdecydowanie. Unoszę kąciki ust w grymasie, który ma być uśmiechem.
- Mylne wrażenie.
Nic bardziej błyskotliwego nie przychodzi mi do głowy.
Już ani razu nie zerknę w jego stronę, nie ma mowy! Biorę czytnik i znowu próbuję się zmierzyć z jakimś-tam-ssonem. Niestety, nie mogę się skupić. Kryminał, a w każdym razie jego początek, jest tak kiepski, że nie jestem w stanie brnąć dalej, żeby się przekonać, czy autor jednak zasługuje na moją uwagę.
Zaczynam znowu gapić się w okno i walczę z chęcią zerknięcia na sąsiada. Facet jest intrygujący. Wkurza, denerwuje, ale jednocześnie ma w sobie coś pociągającego. Oczywiście obiektywnie pociągającego, bo dla mnie obecnie żaden mężczyzna nie jest interesujący. Po kilku porozwodowych, nieudanych randkach już wiem, że nie mam ochoty na żadne damsko-męskie komplikacje. Dobrze mi się żyje samej, a nie odczuwam aż tak silnie braku czułości i bliskości, żebym szła na jakieś kompromisy z kolejną, bardziej lub mniej udaną, wersją mojego byłego męża.
Owszem, mam w głowie jakiś ideał partnera, ale taki pewnie nie istnieje, a nawet jeśli, to przestałam się już łudzić, że kiedyś na niego trafię. Mężczyźni, których spotykam albo chcą przygody na jedną noc, albo szukają kobiety, która po miesiącu znajomości świata poza nimi nie będzie widziała, po dwóch wprowadzi się do nich, a po trzech będzie śniła o pierścionku zaręczynowym.
Obie opcje nie są dla mnie. Nie szukam tylko seksu, ale nie chcę też uzależniać się od kogokolwiek i dopasowywać swojego życia do czyichś oczekiwań. Przyjaźń z bonusem, seksualnym oczywiście, byłaby dla mnie najlepszą opcją. Nie chcę być czyjąś jednorazową przygodą, ale też nie zakładam, że seks musi być związany z wielkimi uczuciami. W końcu nie kocham wibratora, którego zaraz po rozwodzie dostałam od mojej przyjaciółki Anki, a który wiele razy pozwolił mi się całkiem nieźle odprężyć, prawda?
Teoretycznie mam to wszystko poukładane w głowie i teoretycznie jestem szczęśliwa. Jednak teraz ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie. Odwracam się jeszcze bardziej w stronę okna i opieram skroń o zagłówek. Jestem zła i smutna. Ale nie, nie przez tego faceta obok. Uświadamiam sobie, że chyba trochę mnie zabolało spotkanie z Maćkiem. Do tej pory miałam wrażenie, że wciąż chciałby, żebyśmy do siebie wrócili. Oczywiście to wykluczone, ale chyba ważne dla mnie było to, że on wciąż czeka i jest obok.
Tymczasem dwa dni temu zaprosił mnie na kolację i powiedział, że kogoś poznał. Że świetnie im się układa, że dzieci nawet ją lubią. I, co chyba najbardziej mnie dobiło, że ani on, ani ona nie chcą zobowiązań. Maciek twierdzi, że miło spędzają czas, dobrze się bawią, a w seksie dogadują się wprost cudownie. Nie, tego nie powiedział od razu, dopiero kiedy na stole stanęła druga butelka wina.
Z jednej strony powinnam się z tego cieszyć. Porozwodowe emocje już opadły i teraz naprawdę życzę mu jak najlepiej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Ale chyba boli mnie, że to jemu zaczęło się układać, mimo że nasze małżeństwo rozpadło się z jego winy. Przecież powinien nadal cierpieć, prawda? Już sama nie wiem, czy jestem zła, bo Maciek się dobrze z kimś bawi, czy dlatego, że ja się nie bawię.
Dochodzę do wniosku, że ta rozmowa z Maćkiem naprawdę namieszała mi w głowie. Wzdycham ciężko. Miałam już dać sobie spokój z jakimikolwiek mężczyznami, ale może jednak nie powinnam się poddawać?
Przypominam sobie Adama, o którym Anka ostatnio wspominała. To kolejny facet, który jej zdaniem mógłby mi się spodobać. Może umówić się z nim? Ale tym razem nie planować, nie porównywać go z moją wizją idealnego faceta, tylko pójść na żywioł i po prostu dobrze się bawić?
W końcu męczy mnie analizowanie mojego pokręconego życia uczuciowego. A może bardziej jego braku? Zaczynam się wiercić, muszę rozprostować nogi. Wstaję i znacząco zerkam na sąsiada. Mężczyzna z zaciśniętymi ustami odkłada komputer, podnosi się i staje w przejściu. Całe szczęście! Nie muszę się o niego ocierać, żeby wydostać się ze swojego miejsca. Ale i tak dotykam go ramieniem, kiedy samolotem lekko trzęsie.
- Przepraszam.
Pewnie myśli, że zrobiłam to celowo. Trudno. Ruszam w stronę toalety i czuję na plecach jego wzrok. "Czemu w ogóle tyle o nim myślę?" - w duchu złoszczę się na siebie.
W ubikacji zerkam do lustra. No rzeczywiście, raczej nie mogłabym go rozpraszać! Jestem bez makijażu, w zwykłej koszulce, dżinsach i w trampkach. Tylko moje włosy są w porządku, ale to akurat nie moja zasługa - wystarczy im dobry szampon, odżywka i fryzjer raz w miesiącu, żeby zawsze wyglądały nieźle.
Myję ręce i wracam na miejsce. Tym razem mój sąsiad tylko podnosi się ze swojego fotela i przechodząc muszę go dotknąć. Moja twarz przez moment znajduje się tuż przy jego szyi. Mimo woli wciągam mocniej powietrze. Mężczyzna pachnie niesamowicie. Nie perfumami, ale czymś, co kojarzy mi się ze słońcem, wodą i wiatrem. "Stuprocentowy samiec" - myślę, kiedy siadam na swoim miejscu.
Walczę ze sobą, żeby na niego nie spoglądać. Muszę przyznać, że gdyby był choć trochę bardziej sympatyczny, to chyba jednak wzbudziłby moje zainteresowanie. Ale w sumie dobrze, że tak nie jest. Czułabym się wtedy fatalnie - w takim stroju i bez makijażu.
Odczuwam ulgę, kiedy słyszę komunikat o zbliżającym się lądowaniu i szybko zapinam pas.
Wstajemy, kiedy samolot kończy kołowanie po płycie lotniska. Zaskoczona widzę, że mężczyzna sam, bez pomocy obsługi, wyjmuje ze schowka swoją walizkę. Sięga też po moją torbę.
- Dziękuję - mówię nadmiernie uprzejmym tonem.
Nieznajomy lekko się uśmiecha. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Najpierw jest najbardziej aroganckim facetem na świecie, a potem, bez żadnego powodu, próbuje być miły. Może Warszawa tak na niego działa? Szkoda, że nie na mnie, w każdym razie nie dzisiaj. Dużo bym dała za to, żeby nadal być z dziećmi w Paryżu.
Widzę go jeszcze przez moment, kiedy przed lotniskiem wsiada do ciemnego samochodu z kierowcą. No tak, biznes klasa, szofer i pewnie pałacyk w Konstancinie. Czuje się jak pan świata i tym usprawiedliwia swoją arogancję.
Kiedy jego samochód przejeżdża obok mnie, ciepły dreszcz przelatuje po moim kręgosłupie. Nie wiem, czy mężczyzna patrzy na mnie zza ciemnej szyby, ale jestem zaskoczona swoją reakcją. Zamyślona gapię się chwilę na odjeżdżający samochód. W końcu przytomnieję i podchodzę do pierwszej wolnej taksówki.
Powoli rozpakowuję walizkę. Ciężko wzdycham na myśl o czekającym mnie sprzątaniu - po tygodniu nieobecności wszędzie zalega sporo kurzu. Uwielbiam swoje mieszkanie, ale kiedy nie ma dzieci, irytuje mnie sprzątanie zupełnie mi niepotrzebnych obecnie prawie stu metrów kwadratowych.
Wrzucam rzeczy do prania i otwieram okna, żeby przewietrzyć tygodniowy zaduch. Podlewam kwiatki na obu balkonach, potem robię kawę. Siadam w kuchni przy dużym stole stojącym przy oknie i zerkam na patio. Nic się nie zmieniło. To oczywiste, bo nie było mnie tylko kilka dni, ale czuję się, jakbym wróciła z długiej podróży. To pewnie dlatego, że mam teraz dwa życia, zupełnie różne od siebie. W Warszawie jestem zapracowaną singielką, a w Paryżu - wciąż nadopiekuńczą, skupioną tylko na dzieciach, mamuśką. Uśmiecham się do siebie i oczywiście od razu dzwonię do Zuzi i Pawła. Opowiadam im o przygodzie z overbookingiem i mówię, jak bardzo mi już ich brakuje. Słyszę od nich to samo, ale wiem, że to nieprawda. Tęsknią, ale nie tak mocno jak ja, bo są zajęci szkołą i kolegami. Na szczęście.
Włączam komputer i odpowiadam na maile, których nie zdążyłam przeczytać na lotnisku. Potem zerkam na swój całotygodniowy kalendarz. Mam tam zaznaczone wszystko - nie tylko spotkania służbowe, ale i zakupy, kawy z przyjaciółką i dni, w które powinnam odkurzać.
Dociera do mnie, że to chore. Nie dość, że tak gęsto wypełnione dni wyglądają przerażająco, to jeszcze wiem, jak bardzo mnie potem stresuje nietrzymanie się planu. A czasem tak jest. Na przykład, nie odkurzam, jeśli pochłonie mnie jakaś świetna książka, a potem mam z tego powodu wyrzuty sumienia. W sumie nie mam pojęcia, dlaczego sama sobie to robię?
Pod wpływem chwili kasuję wszystko. Odpuszczę planowanie! Wyluzuję i dam sobie trochę oddechu. Z jednej strony wszystkim opowiadam, jak to nic nie muszę i jak cudownie być tak wolną, a jednocześnie wciąż sama się poddaję kontroli i weryfikacji - zrobiłam, nie zrobiłam, zrealizowałam plan czy nie.
Przymykam oczy i zastanawiam się, na co teraz miałabym największą ochotę. Bo na pewno nie na zakupy i sprzątanie, a to właśnie było w planie. Basen, oczywiście! W Paryżu jedyną moją aktywnością fizyczną było chodzenie, z dziećmi lub bez nich, po sklepach, muzeach, knajpkach i kościołach. Moje ciało domaga się porządnego, intensywnego wysiłku, więc błyskawicznie pakuję torbę i po kilku minutach jazdy rowerem jestem już na miejscu. Zapach chloru i nasycone wilgocią powietrze sprawiają, że uśmiecham się z zadowoleniem. Tego właśnie potrzebuję!
W basenie pływa tylko kilka osób. To wielka zaleta poniedziałkowego wczesnego popołudnia. Mogę mieć cały tor tylko dla siebie. Prawie godzinę pływam zmieniając style po każdych dwóch nawrotach, aż czuję, że moje płuca i mięśnie mają dość. Nurkuję jeszcze przez kilka długości basenu. Wolno sunę tuż nad dnem i rozkoszuję się uczuciem całkowitego oderwania się od rzeczywistości. Moje ciało się rozluźnia, a myśli dryfują bez żadnego steru. Uwielbiam to!
Kiedy wychodzę z wody, czuję się jak nowonarodzona. Postanawiam się już dzisiaj do niczego nie zmuszać i pozwolić sobie na totalny luz. Co pewnie oznacza kawę, kanapę, czytnik w zakurzonym mieszkaniu, a potem pogaduszki z przyjaciółką przy piwie.
Anka mieszka blisko, niecałe dwa kilometry od mojego domu. Najczęściej jeżdżę do niej na rowerze, ale dzisiaj pewnie coś wypijemy i bezpieczniej będzie, jeśli wrócę do domu pieszo.
Kiedy z daleka widzę jej blok z czerwonej cegły, przypominam sobie z uśmiechem, jak los wciąż nas trzyma blisko siebie. Poznałyśmy się w liceum. Byłyśmy w różnych klasach, ale w tym samym roczniku. Obie młodsze, bo obie zostałyśmy posłane do szkoły rok wcześniej. To nas na początku zbliżyło, a potem okazało się, że mamy podobne podejście do życia, podobne zainteresowania i priorytety. Spędzałyśmy ze sobą mnóstwo czasu, a na pierwszym roku studiów wynajmowałyśmy razem mieszkanie.
Potem na chwilę nasze drogi się rozeszły, bo Anka wyjechała za granicę, a ja zakochałam się w Maćku. Na szczęście po jej powrocie wszystko było jak dawniej, choć nasi mężczyźni, bo ona w końcu też znalazła swoją drugą połówkę, z trudem akceptowali to, że jesteśmy dla siebie tak ważne i że mówimy sobie wszystko. Musieli też pogodzić się z tym, że staramy się wciąż mieszkać blisko siebie, niezależnie od tego, czy któraś akurat coś wynajmuje czy kupuje. Nasze dzieci, mimo sporej różnicy wieku, bardzo się lubią, a Anka jest dla mnie największym wsparciem.
Jest dla mnie jak siostra i ufam jej bezgranicznie. Dogadujemy się świetnie, mimo, że bardzo się różnimy - ona, dawniej ostrożna i nieśmiała, jest coraz bardziej wyluzowana. Ja za to, w liceum szalona i niezbyt odpowiedzialna, od czasu urodzenia dzieci obsesyjnie planuję, przewiduję i próbuję wszystko kontrolować. W sumie wychodzi nam to na dobre - świetnie się uzupełniamy.
W drzwiach mocno się przytulamy, jakbyśmy się nie widziały co najmniej kilka tygodni, a nie dni. Siadamy na niedużym tarasie i cieszymy się, że jesteśmy same - mąż Anki postanowił wykorzystać kilka dni zaległego urlopu i pojechał z ich pięcioletnim synkiem Kubą do swoich rodziców na działkę.
- No to opowiadaj. Jak było? - Anka podryguje niecierpliwie.
Zawsze się martwi, że mój pobyt w Paryżu skończy się jakąś dużą awanturą z Maćkiem, albo wręcz przeciwnie - że za bardzo się do siebie zbliżymy. Poza tym tęskni za moimi dziećmi, do których jest bardzo przywiązana.
- Dobrze. - Uśmiecham się. - Dzieci znowu urosły i zrobiły się jeszcze bardziej przemądrzałe. Zuza wciąż gada o chłopakach, co Maćka doprowadza do szału, a Paweł twierdzi, że dziewczyny są do kitu, ale zdaniem Zuzy usycha z miłości do jednej Hiszpanki, z którą jest w klasie.
- No ładnie! - Anka chichocze. - Ależ to ciężki wiek! Łatwo im nie będzie. Ale to rozsądne dzieciaki, co?
- Mam nadzieję. Na razie Maciek stara się je krótko trzymać, ale i tak jest zbyt miękki i niekonsekwentny. Szczególnie w stosunku do Zuzy.
- Przejdzie mu, jak pannica pierwszy raz nie wróci na noc.
- Wypluj to!
- Żartowałam. Ale prędzej, czy później będzie chciała zaszaleć.
- Mam nadzieję, że później! Ale może nie będzie tak źle?
- Nie? Przypomnij sobie, co my robiłyśmy w jej wieku.
Zamyślam się na chwilę.
- Masz rację, byłyśmy straszne. Moja matka do dziś nie wie, co zrobiłam, żeby dostać się bez biletu na Rawę Blues. - Krzywię się na to wspomnienie.
- No tak, mina ochroniarza, kiedy podniosłaś koszulkę, była bezcenna.
- Nie byłaś lepsza.
- Ale pomysł był twój.
Śmiejemy się przypominając sobie szczegóły naszego pierwszego samodzielnego wypadu na duży koncert.
- W każdym razie mam nadzieję, że moje dzieci są rozsądniejsze.
- Łudź się kochana, łudź. Ale w sumie... - Anka zamyśla się na chwilę. - Nic ci innego nie pozostaje.
- No nie...
Przerywa nam telefon. Anka wstaje, wchodzi do mieszkania i chwilę coś mówi stanowczym głosem. Kiedy wraca, przynosi z lodówki dwa piwa.
- Telefon z pracy?
- Tak - odpowiada niechętnie.
- I jak tam w Mordorze?
Krzywi się. Nienawidzi tego określenia zagłębia biurowców na Mokotowie, gdzie jej firma ma siedzibę.
- A jak ma być? Coraz gorzej. W kółko mamy zebrania, z których nic nie wynika, a Francuzi szaleją. Masakra.
Widzę, że Anka ma dość i musi się wygadać, choć to dopiero początek tygodnia. Nie odzywam się i czekam na ciąg dalszy.
- Dzisiaj siedziałam prawie dwie godziny dłużej. Francuzi najpierw przeciągali spotkanie, tłumacząc nam, jak mamy zrobić raport, który, co powinni wiedzieć, mamy już gotowy od tygodnia. Oczywiście jest zrobiony według ich wskazówek, które już dawno wysłali mailem. No, ale przecież jeszcze nam nie wytłumaczyli, że tabela z żółtym nagłówkiem to tabela z żółtym nagłówkiem, wiesz! - Anka ciągnie z irytacją. - A potem wyskoczyli ze zmianą strony tytułowej jutrzejszej prezentacji dla prezesa, rozumiesz? Wszystko wydrukowane w kilkudziesięciu egzemplarzach i zbindowane, a oni chcą zmienić krój czcionki i odcień błękitu. Facet nawet nie zdąży zauważyć, co jest na tej stronie, bo zanim przestanie się gapić na kolana asystentki, to będziemy już w połowie gadki! Cholera! Naprawdę, powinnam rzucić to wszystko i kupić domek w Bieszczadach! - kończy ze złością.
Anka pracuje w firmie, którą niedawno kupiła międzynarodowa korporacja z siedzibą we Francji. Od dwóch miesięcy warszawska filia przeżywa nalot ludzi z centrali, którzy usiłują wdrażać polską ekipę do pracy według francuskich standardów. Kosztuje to moją przyjaciółkę, szefową dużego działu, mnóstwo nerwów, więc czasem bełkocze coś o rzuceniu tego wszystkiego i zamieszkaniu gdzieś na zabitej dechami wsi.
- Po tygodniu oszalałabyś na takim odludziu.
- Nieprawda. Wstawałabym wcześnie rano, piła kawkę na tarasie i patrzyła na piękny ogród...
- Wiosną i latem - mówię kpiąco. - A zimą cały dzień machałabyś łopatą, żeby odkopać kawałek zasypanej śniegiem drogi i jakoś dojechać do sklepu po chleb. Oczywiście pod warunkiem, że w ogóle by go dowieźli.
- Ale Kuba byłby szczęśliwy...
- Tak, jeszcze przez rok. A potem poszedłby do szkoły oddalonej o co najmniej kilka kilometrów. Nie miałby kolegów na podwórku, dodatkowych zajęć, treningów... Daj spokój, spełnisz marzenie na emeryturze, choć daję głowę, że nigdy na niej nie będziesz.
Anka jest osobą, która nie może żyć bez pracy, bez kontaktu z ludźmi i bez wyzwań. Kocha nawet tą swoją korporację, choć nigdy się do tego nie przyzna.
Wielokrotnie próbowałam ją namówić do zmiany pracy, albo do założenia własnej firmy. Praca na własny rachunek nie jest łatwa, ale coraz więcej ludzi w naszym otoczeniu się na to decyduje i na razie nikt nie narzeka. Jednak Anka nigdy nie chciała tego nawet tylko przemyśleć. Razem z Rafałem, jej mężem, uważamy, że po prostu kocha te korpoklimaty i trudno by jej było bez nich żyć.
- A propos... - Anka uderza dłonią w blat stolika. - Mieliśmy ostatnio spotkanie z ludźmi z "Medicorpo". Był Adam... - patrzy na mnie wyczekująco.
- I? - Czekam na ciąg dalszy, choć doskonale wiem, do czego zmierza.
- Powinnaś się z nim umówić.
- No coś ty? - mówię niechętnie.
Nie chce mi się teraz wracać do moich samolotowych rozmyślań. Z drugiej strony, prędzej czy później powiem jej o Maćku i o tym, jak mi zepsuł humor swoimi zwierzeniami.
- Maciek ma kobietę - mówię po chwili milczenia.
Czuję na sobie badawczy wzrok Anki.
- I?
- I co? - pytam zirytowana.
- I jak się z tym czujesz? Bo wyglądasz, jakby ci to nie pasowało.
- Pasuje... Ale trochę mnie zaskoczył. - Skubię paznokciem kawałek serwetki. - Chyba myślałam, że powinien poczekać, aż ja ułożę sobie życie. W końcu to ja byłam ofiarą.
- Ale ty głupia czasem jesteś! - Anka poirytowana kręci głową.
- Wiem. - Uśmiecham się smutno. - Nie, generalnie się cieszę, tylko tak jakoś mi przykro. Nie dlatego, że jemu się układa, ale dlatego, że mnie nie.
- Bo się bronisz rękami i nogami! - Głos Anki jest stanowczy.
- Jasne! Bo sensowni faceci stoją w kolejce pod moimi drzwiami!
- Nie. Ale ty oczekujesz nie wiadomo czego. Chcesz zjeść ciastko i mieć ciastko. Chcesz fajnego faceta, z którym będziesz mogła spędzać czas, kiedy ci się zachce. Z którym będzie ci dobrze w łóżku, ale jednocześnie, który nie będzie chciał niczego więcej.
- No tak.
- Tak się nie da.
- Maciek mówił, że taki właśnie ma układ z tą Sarą, czy jak jej tam.
- Angielka?
- Tak. Podobno świetna i w łóżku, i poza nim. I nie chce niczego więcej.
- Akurat! - Anka uśmiecha się kpiąco. - Teraz nic więcej, a za chwilę będzie w ciąży.
Wybucham śmiechem.
- To by się Maciek zdziwił.
- Nie ma cudów, Lila. Prędzej czy później ludzie się do siebie przywiązują i albo idą dalej, albo się rozstają.
- Nieprawda.
- Tak? A ile znasz takich długoletnich niby-związków? Takich bez zobowiązań?
Chwilę milczę. No dobra, nie znam.
- Poza tym powinnaś przestać szukać faceta według planu.
- To znaczy? - marszczę brwi.
- To znaczy, że powinnaś iść na żywioł. Spotykać się, pozwalać się ponieść emocjom, czasem popełnić jakiś błąd, ale przynajmniej będziesz wiedziała, że nie zamykasz się na różne możliwości od razu, kiedy tylko facet minimalnie odstaje od twoich wizji i planów.
- A pamiętasz, jak chciałam iść na żywioł z tym fryzjerem?
- Nie fryzjerem, tylko właścicielem kilku zakładów fryzjerskich.
- Nieważne. W każdym razie świetnie wyglądał i podobał mi się. Na drugiej randce chciałam z nim iść do łóżka, niby na żywioł, tak? I co? Usłyszałam, że najpierw musimy się lepiej poznać - mówię z goryczą.
- Bo to nie był żywioł. Coś zaplanowałaś i oburzyło cię, że facet nie realizuje planu, którego zresztą nie znał.
- Nie. Na pewno był gejem, i tyle.
- Nie, po prostu był fajnym facetem, który miał wobec ciebie dalekosiężne plany i nie chciał cię potraktować jak pierwszej lepszej. Nawet, jeśli ty tego chciałaś.
Ta rozmowa zaczyna mnie męczyć.
- Wracając do Adama... - Anka znowu zaczyna.
- No dobra, dawaj.
Wiem, że i tak będę musiała jej wysłuchać, bo inaczej się nie odczepi.
- Już ci mówiłam. Dyrektor w "Medicorpo", mamy z nimi stałą współpracę. Po rozwodzie, sześcioletnia córka. Nieźle wygląda, miły, sympatyczny, inteligentny...
- Ciepłe kluchy?
- Nie, chyba nie. W każdym razie nie w pracy. - Anka się zamyśla. - Ale na pewno porządny i uczciwy. Umów się z nim. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to przynajmniej miło spędzicie wieczór.
- Niech ci będzie - mówię zrezygnowana.
- Super! - Anka podrywa się z leżaka.
- Ale nie teraz! - Podnoszę głos, kiedy widzę, że sięga po telefon.
- Trzeba kuć żelazo, póki gorące. - Podekscytowana wchodzi do mieszkania.
- Idiotka! - krzyczę za nią.
Po chwili wraca z szerokim uśmiechem na ustach i z kolejnymi piwami w rękach.
- Jutro zadzwoni do ciebie.
- Cudownie! - Krzywię się.
Chwilę milczymy.
- On naprawdę jest w porządku. Gdybym nie była z Rafałem, to na pewno zaczęłabym się koło niego kręcić.
- Jeśli jest taki cudowny, to czemu jest sam?
Anka zerka na mnie.
- Bo ja wiem? Chyba ma wymagania.
- Już się boję - chichoczę.
- Nie, po prostu nie interesują go dziumdzie i napompowane lale. I chyba jeszcze trochę cierpi po rozwodzie, co akurat powinnaś rozumieć.
- Ja nie cierpię, ja wciąż upajam się wolnością. - Uśmiecham się z zadowoleniem.
- Chyba ci ta wolność zaczyna ciążyć, moja droga.
- Nie! - stanowczo zaprzeczam. - Mam za sobą długie małżeństwo, które nie wypaliło nie z mojej winy. Od prawie trzech lat codziennie budzę się z myślą, jak cudownie jest, kiedy jestem sama. Bez faceta, który chrapie, krytykuje moją miłość do piwa i nie opuszcza w nocy deski w ubikacji.
- Przecież to drobiazgi, doskonale o tym wiesz.
- Tak, ale to też ważne. Nawet nie wiesz, jak cudowna jest świadomość, że niczego z nikim nie muszę uzgadniać. Nie muszę dopasowywać się do czyichś planów, nie muszę znosić niczyich fochów i humorów.
- No tak. Ale z drugiej strony... nie masz z kim pogadać, jak ci źle.
- Mam. - Uśmiecham się do niej.
- No dobra, ale nikt cię nie przytuli...
- No jak nie? Nie będziesz taką świnią?
- Okej, ale poza przytuleniem jest jeszcze kilka rzeczy, których ja ci nie zapewnię - mówi zniecierpliwiona.
- To znaczy? - podpuszczam ją, bo wiem, że potrafi rozmawiać o "tych" sprawach tylko po odpowiedniej dawce alkoholu.
- Przecież wiesz. To też ważne.
- Nie powiedziałabym. W każdym razie to nie aż tak ważne. Wiesz, że od rozwodu z nikim nie spałam i jakoś żyję.
- Tylko ci się wydaje. Masz potrzeby, ale je tłamsisz.
- Nie. Po prostu radzę sobie z nimi sama.
- Tak, twój mały przyjaciel...
- Nie taki mały, to po pierwsze. A poza tym sama mi go kupiłaś. - Chichoczę.
- To miał być żart.
- Ale czasem się przydaje. I nie muszę się bawić w zaangażowanie, zależności i inne takie. Mój przyjaciel nie ma żadnych oczekiwań, za to potrafi ciężko pracować, żeby spełnić moje.
Wybuchamy śmiechem. Nie, zdecydowanie nie powinnyśmy już pić, tym bardziej, że jutro o ósmej Anka musi się zameldować w swoim korpolandzie, a ja powinnam od rana wziąć się do pracy z zupełnie trzeźwym umysłem.
Stoję na chłodnych kafelkach, a Tomek powoli mnie rozbiera. Kiedy jestem naga, odsuwa się i bada wzrokiem całe moje ciało, centymetr po centymetrze.
- Jesteś niesamowita - mówi mrużąc oczy.
Delikatnie dotyka moich piersi.
- Dawno nie widziałem tak pięknych i naturalnych.
Czuję, że się rumienię. Zawsze uważałam, że mój biust mógłby być trochę mniejszy, ale widocznie powinnam zmienić zdanie na ten temat.
Tomek zdejmuje koszulkę, zsuwa dżinsy i bokserki. Mój oddech przyspiesza. Jego ciało jest idealne. Szczupłe, ale umięśnione, lekko opalone. Widzę, że znowu jest gotowy. Jego penis jest większy i grubszy niż mi się wcześniej wydawało. Pewnie dlatego czułam ból, kiedy pierwszy raz we mnie wszedł.
Na myśl o tym czuję narastające podniecenie. Podnoszę głowę. Patrzę Tomkowi prosto w oczy i uśmiecham się lekko, a on łapie mnie za rękę. Wchodzimy do wielkiej kabiny prysznicowej. Tomek odkręca wodę, nalewa żel na dłoń i zaczyna mnie myć. Przesuwa ręce po całym moim ciele, gładzi piersi, brzuch, biodra, a ja znowu czuję intensywne skurcze w podbrzuszu. Jego dotyk jest delikatny, a jednocześnie zdecydowany.
Przymykam oczy i rozkoszuję się tą chwilą. Potem namydlam ręce i zaczynam masować jego ramiona i plecy. Zsuwam dłonie coraz niżej. Dotykam pośladków, potem jego sterczącego penisa. Przesuwam po nim dłońmi. Tomek wpatruje się we mnie z napięciem. Ciężko oddycha. Całuję go, przez chwilę nasze języki kręcą się wokół siebie. Płuczę dłonie pod strumieniem wody i klękam.
Tomek próbuje coś powiedzieć, ale wydaje z siebie tylko cichy jęk, kiedy go znowu dotykam. Przesuwam palce po delikatnej skórze jego penisa. Nie poznaję siebie. Seks oralny? Owszem, czasem to robiłam, choć przyznaję, że bez większego zapału. Nigdy jednak nie klęczałam przed facetem, bo uważałam to za poniżające. I nigdy robienie loda mnie nie podniecało. A teraz? Nie tylko padłam na kolana, ale i ledwo oddycham na myśl o tym, co zaraz zrobię. Kręci mnie to, bo widzę jak Tomka to podnieca? A może przekraczanie granic tak na mnie działa?
Wysuwam język i liżę czubek nabrzmiałego członka. Potem obejmuję ustami żołądź i zaczynam delikatnie ssać. Tomek ciężko wzdycha. Kilka razy przesuwam ustami po delikatnej skórze. Mój język droczy się z cudownie gorącym i twardym penisem. Znowu zaczynam ssać, raz mocniej, raz trochę słabiej, językiem delikatnie trącam wędzidełko. Potem przesuwam głowę do przodu i biorę go głęboko do ust.
- Kurwa! - W łazience rozlega się jęk Tomka.
Przesuwam ustami po całej długości i mocno obejmuję go wargami. Czuję, jak jego czubek dotyka mojego gardła. Tomek kładzie ręce na mojej głowie. Zaciska palce. Wiem, że z trudem panuje nad sobą. Przytrzymuje mnie za włosy i powoli wsuwa się w moje usta i wysuwa, i znowu - prawie do samego końca. Mimo lęku, że nie wytrzymam tak głębokich pchnięć, podoba mi się to, że przejął kontrolę. Jego coraz bardziej zdecydowane ruchy bardzo mnie podniecają. Kładę dłonie na jego napiętych pośladkach i pozwalam, żeby wziął moje usta do końca. Wbijam paznokcie w jego gładką skórę, on szarpie mocno biodrami. Wykonuje kilka głębokich i gwałtownych pchnięć.
- Zaraz... dojdę - dyszy.
Nie odsuwam się. Pozwalam mu wejść tak głęboko, że czuję na brodzie jego jądra. Z głośnym jękiem wlewa we mnie gorącą spermę. Na moment łzy stają mi w oczach. Boję się, że się zakrztuszę, ale przełykam wszystko. Tomek rozluźnia ręce wciąż wplątane w moje włosy, a ja delikatnie przesuwam usta po jego nadal napiętym członku. Mój język pracuje, dopóki ostrożnie nie zlizuję ostatniej kropli nasienia.
Tomek podnosi mnie i gwałtownie całuje. Nie przeszkadza mu smak spermy na moich ustach. Potem przesuwa mnie pod strumień wody nadal lejącej się z prysznica. Płucze mnie i siebie. Po wyjściu z kabiny wyciera nas.
- Prawie mnie zabiłaś. - Uśmiecha się do naszego odbicia w lustrze.
- Znowu przesadzasz - mówię z lekceważącym uśmieszkiem.
Wewnątrz jednak nadal się trzęsę - z zadowolenia, że dałam mu tyle przyjemności, z idiotycznej dumy, że tak doświadczony facet docenia mojego dość nieporadnego loda, z przerażenia, gdzie podziała się prawdziwa Lila... I oczywiście - z podniecenia, bo w oczach Tomka widzę obietnicę ciągu dalszego. Bardzo gorącego ciągu dalszego.
Tomek bierze mnie na ręce i zanosi do sypialni. Jest tu ogromne łóżko, a przez przeszkloną ścianę widać Pałac Kultury i Nauki.
Układa mnie na materacu. Widzi, że gapię się na rozświetlony budynek.
- Mogę cię przelecieć przy tej szybie. To będzie pieprzenie z widokiem na pałac. - Śmieje się.
Przesuwam językiem po suchych z podniecenia wargach, zaciskam uda. Czy to się dzieje naprawdę?
- Połóż się i rozłóż nogi. - Tomek już się nie uśmiecha.
Staje się Tomaszem, a jego głos jest niski i zdecydowany.
Posłusznie układam się na pościeli. W pokoju jest zapalone światło. Czuję się skrępowana i trochę zawstydzona. Odrobinę rozchylam uda.
- Rozszerz nogi - powtarza stanowczo. - Chcę cię dokładnie widzieć.
Jego władczy głos wywołuje we mnie dreszcze podniecenia. Zamykam oczy, przygryzam wargę i powoli rozkładam nogi.
- Właśnie tak! - mówi z zadowoleniem.
Stoi w nogach łóżka i patrzy w skupieniu. Jestem ogromnie zawstydzona, ale to tylko sprawia, że chcę go jeszcze bardziej. W końcu zbliża się do mnie. Łapie mnie za uda i dociska je do łóżka. Jestem dla niego całkowicie otwarta. Mój oddech przyspiesza. Tomek nachyla się i przesuwa językiem po mojej szparce. Wyginam się głośno jęcząc.
- Nie ruszaj się!
Łokciami dociska mi kolana do materaca, a jego palce rozsuwają moje wargi.
Dotyka językiem łechtaczki i delikatnie zaczyna krążyć wokół niej. Znowu jęczę. Czuję ogromne napięcie i skumulowaną, czekającą na uwolnienie przyjemność. Podnoszę głowę i otwieram oczy, żeby zobaczyć jego twarz. Wygląda niesamowicie - tak skupiony na dawaniu mi przyjemności i tak zachwycony tym, co robi. Rozkoszuję się tym, co jego jego język wyprawia z moim ciałem. Odrzucam głowę w bok... i przerażona próbuję zacisnąć uda.
W drzwiach do sypialni stoi mężczyzna. Opiera się plecami o framugę i patrzy na nas z zadowolonym uśmieszkiem na twarzy. Gwałtownie szarpię kołdrę próbując się nią zasłonić.
Tomek podnosi wreszcie głowę i podąża za moim wzrokiem.
- Kurwa! Miałeś spać w służbowym! - mówi zaskoczony.
- Portier powiedział, że z kimś wróciłeś. Myślałem, że tam jesteście. - Mężczyzna nie odrywa ode mnie wzroku.
Tomek wzdycha i kręci głową.
- To Piotr, mój przyjaciel. - Zerka na mnie. - Pomylił mieszkania, ale już wychodzi. Prawda? - Zwraca się do mężczyzny.
- A może tak miało być? - Głos spod drzwi brzmi zaczepnie.
Tomek patrzy na niego i znowu na mnie.
- Ona... to znaczy Lila.... chyba niekoniecznie... - Kręci zdecydowanie głową.
- Nigdy nie byłaś z dwoma facetami? - Piotr błyskawicznie pokonuje odległość między drzwiami, a łóżkiem i siada na materacu.
Co?! Zszokowana wodzę wzrokiem między nimi. Spanikowana próbuję jeszcze bardziej zakryć się kołdrą. Bliskość Piotra i cała sytuacja sprawia, że jestem potwornie zawstydzona i zażenowana. O czym oni mówią? Bawią się w trójkąty?!
Nie, nie tylko się bawią! Próbują mi to zaproponować!
- To znaczy... nie... nie... - jąkam się.
- A nie chciałabyś spróbować? - Piotr patrzy na mnie w skupieniu i przesuwa palcem po mojej ręce. Odsuwam się, bo jego dotyk mnie parzy.
- Widzisz, że nie! - W głosie Tomka słyszę złość, ale w jego oczach widzę coś zupełnie innego. Wahanie, oczekiwanie, podniecenie.
- Ja... - Próbuję powiedzieć, że oczywiście, że nie.
Nie bawię się w nic takiego i chyba już pojadę do domu. Nie mam pojęcia, co tu robię. Chciałam zaszaleć i pójść na żywioł, ale moja definicja szaleństwa zdecydowanie nie sięga tak daleko. Tak, to właśnie chcę powiedzieć.
Niestety moje rozbudzone i niezaspokojone ciało płonie i nie chce wypuścić tych słów z ust. Moje ciało chce czuć dotyk ich rąk, chce czuć ich pocałunki wytyczające na skórze drogę do najbardziej wrażliwych miejsc. Moje ciało chce kolejnego orgazmu! Nie mogę skupić się na niczym innym, tylko na pragnieniu spełnienia, które rozsadza moje wnętrze.
- Nie bój się. Nie zrobimy nic, czego nie będziesz chciała - słyszę cichy głos Piotra.
Jego palce muskają drogę między moim obojczykiem i uchem. Dociera do mnie, że nie mam szans. Straciłam kontrolę, a oni mogą robić ze mną, co chcą.