Aurelia
Styczeń
Ludzie doceniają możliwość swobodnego oddychania dopiero wtedy, gdy w ich nosie pojawia się uciążliwy katar. Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby musieli pozbyć się z niego lodowatej wody. Chyba jeszcze nigdy nie byłam tak wdzięczna losowi za możliwość nabrania powietrza do płuc. Było to zadziwiająco przyjemne uczucie - w przeciwieństwie do tego, z którym niedawno musiałam się zmagać.
Potarłam szczypiące ze zmęczenia oczy. Jaskrawe szpitalne światła powoli doprowadzały mnie do szaleństwa. Ponad dwa tygodnie spędziłam zamknięta w Cleveland Clinic i ledwo łapałam kontakt z rzeczywistością. Próbowałam powrócić do normalności, jednak z marnym skutkiem. Godziny ciągnęły się w nieskończoność, dni zlewały się ze sobą, a życie za oknem toczyło się dalej - beze mnie.
Ominęłam święta. Z całych sił wierzyłam, że do tego czasu mój stan się polepszy. Wydawało się, że powoli wychodzę na prostą. Gdy nabierałam powietrza, wnętrzności nie płonęły żywym ogniem, intensywny kaszel ustępował, a mięśnie nie rwały mnie przy próbie najmniejszego ruchu. Nawet psychicznie stałam całkiem nieźle. Było znośnie, aż do czasu, gdy okazało się, że zapalenie płuc ucichło tylko na moment i powróciło ze zdwojoną siłą.
Niezwłocznie podjęto decyzję o wprowadzeniu leczenia silniejszymi środkami. Przez to Nowy Rok także przeleżałam w szpitalnym łóżku.
Choć samotność zazwyczaj nie sprawiała mi większych trudności, w tamtym okresie niemiłosiernie katowała mój umysł. Zadręczałam się nieskończoną liczbą czarnych myśli powoli sprowadzających mnie ku temu, od czego powinnam się trzymać z daleka.
- Cieszysz się na powrót do domu?
Zerknęłam na młodą pielęgniarkę. Kończyła wypełniać moją kartę. Wyglądała, jakby się cieszyła, że wreszcie stąd zniknę. Może gdybym rzeczywiście czuła się dobrze, sama miałabym podobną minę.
- Oczywiście - odpowiedziałam ściszonym głosem. - Stęskniłam się za własnym łóżkiem.
Kobieta się zaśmiała i przez ulotną chwilę zaszczyciła mnie wyćwiczonym uśmiechem. Mimo że powinna oferować ciepło oraz wsparcie, czułam z jej strony perfidne zakłamanie.
Podejrzewałam, skąd brała się u mnie ta niechęć względem niej. To właśnie ona najczęściej wypytywała o dzień wypadku. Nie rozumiałam, dlaczego wybrali do tego zadania akurat ją. Ta kobieta nie wzbudzała żadnego zaufania. Przy każdym pytaniu odczuwałam niekontrolowany ścisk żołądka. Brakowało mi już odpowiedzi, a bezustanne powtarzanie tego samego okazało się niewystarczające. Wielokrotnie próbowałam sobie przypomnieć coś więcej, ale trudno wygrzebać sensowne wyjaśnienia ze zlepków zniekształconych wspomnień. Czasami pojedyncze obrazy nieśmiało przebijały się ponad resztę, ale nie podsuwały niczego dobrego.
Wręcz przeciwnie - po cichu sugerowały, że prawdziwe piekło dopiero się rozpęta.
- Ktoś powinien niedługo po ciebie przyjechać - zauważyła. - Dochodzi dziesiąta.
- Wiem. Mama pewnie zaraz tutaj będzie - bąknęłam.
Nie potrzebowałam tej rozmowy. Wolałabym spędzić ten czas w ciszy. Nasłuchałam się z jej ust zbyt wielu genialnych mądrości, aby cokolwiek przyjmować z należytym szacunkiem. Wiedziałam, że to część jej pracy, ale mogłaby sobie już odpuścić. Szczególnie po tym, gdy zasugerowała, że mój wypadek wcale nim nie był.
Przejechałam mocno językiem po zębach, przypominając sobie, jak moje wyjaśnienia niewiele znaczyły dla pozostałych. W ich oczach wykluczały się z moimi czynami. Nikt nie próbował mnie zrozumieć. Mogłam zarówno spokojnie tłumaczyć, jak i zdzierać sobie gardło, jednak większość już dawno przyjęła własne stanowisko.
Wtedy zrozumiałam, że muszę się wydostać z tego miejsca przy pierwszej okazji.
Pociągnęłam nosem i powoli przełknęłam zbierającą się w ustach ślinę. Dbałam, aby moje gardło nie wyschło choćby na sekundę - wtedy mogłabym zapomnieć o powrocie do domu. Wciąż nawiedzały mnie ataki kaszlu, ale trochę je bagatelizowałam. Od zawsze kaszlałam niczym stary pies, ale nikt mnie nie zamykał w szpitalu. Dlaczego więc teraz miałabym się tym przejmować? Wyniki wychodziły całkiem dobre, kolejna seria leków załagodziła najgorsze objawy, a moje samopoczucie w tych pieprzonych czterech ścianach było tak kurewsko złe, że nie istniała na świecie taka siła, która zatrzymałaby mnie tutaj choćby sekundę dłużej.
- Na pewno jesteś w wystarczająco dobrej formie, aby się z nami pożegnać? - dopytała.
Przytaknęłam.
- Czuję się dziś naprawdę świetnie - skłamałam z zaskakującą łatwością. - Więc tak. Jestem tego bardziej niż pewna.
Przez cały pobyt powtórzyłam tyle kłamstw, że spokojnie przekroczyłam miesięczną normę. Prawda - choć często uznawana za odpowiednie wyjście - nie wchodziła w grę. Oczywiście wykorzystywałam ją, gdy chodziło o coś istotnego, ale mój obecny stan zdrowia przestał się zaliczać do tej kategorii.
- Dobrze - odparła dopiero po chwili.
Wyczułam sceptyczną nutę, ale nawet nie drgnęłam. Domyślałam się, że niejedna osoba na moim miejscu próbowała się stąd wyrwać przed wyznaczonym terminem. Ze spokojnym wyrazem twarzy obserwowałam, jak pielęgniarka przytula do siebie kartę i uważnie lustruje mnie wzrokiem. Nie spieszyła się przy tym. Robiła to prawie tak, jakby doszukiwała się oznak nieprawdomówności. Ostatecznie westchnęła, prawdopodobnie akceptując moją decyzję.
- Doktor Bertlan niedługo się z tobą skontaktuje. Najprawdopodobniej zrobi to dziś wieczorem, najpóźniej jutro w południe - zakomunikowała. - Chciałby kontynuować wasze spotkania. O wszystkich szczegółach dowiesz się od niego.
- W porządku.
Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek uznam wizyty u psychoterapeuty za jedną z najlepszych rzeczy w moim życiu. Długo się wzbraniałam przed udziałem w takich spotkaniach, ale po wylądowaniu w szpitalu nie miałam nic do gadania. Na początku zamierzałam się bronić rękami i nogami, jednak po wkroczeniu do gabinetu pana Bertlana dotarło do mnie, że to może mi wyjść na dobre. I wyszło. Cholera, ten facet okazał się niewyobrażalnie wyrozumiały. Podczas każdej sesji dbał, abym czuła się komfortowo, abym nie musiała się obawiać wypowiedzenia kolejnych słów. Nie ciągnął mnie za język i nie osądzał. Brał moje uczucia na poważnie. Chociaż dopiero zaczynałam się przed nim otwierać, w pełni doceniał każdy postęp. Nawet ten najmniejszy. Zaoferował mi bezpieczną przestrzeń, a ja zapragnęłam z niej skorzystać.
- Twoja mama otrzyma od nas dokładną rozpiskę leków, które musisz przyjmować. Ważne jest, abyś niczego nie pominęła i stosowała się do ustalonych dawek - wyjaśniła pouczająco. - To bardzo ważne.
Westchnęłam cicho.
- Zapamiętam. - Skinęłam głową. - Proszę się nie obrazić, ale nie mam ochoty już więcej tutaj wracać.
- W takim razie: do niezobaczenia. - Uśmiechnęła się ponownie, po czym ruszyła w stronę wyjścia.
Nie odwróciłam od niej wzroku, aż nie zniknęła mi z pola widzenia. Odczekałam dodatkowe pięć sekund i przystawiłam dłoń do ust. Zasłoniłam je na tyle, na ile to możliwe, a następnie zakasłałam. Próbowałam przy tym nie narobić większego hałasu, ale przez zbyt długie powstrzymywanie kaszlu okazało się to piekielnie trudne. Gardło zaczęło mnie piec od wysiłku, jednak próbowałam to zignorować.
Już prawie byłam jedną nogą w domu - nie mogłam tego zepsuć.
Kiedy w końcu się uspokoiłam, wysunęłam się spod ciepłej kołdry. Podniosłam się ostrożnie, aby przypadkowo nie wykazać oznak złego samopoczucia. Może i było ze mną lepiej, ale wciąż do pełnego powrotu sił zdecydowanie za daleko.
Chwyciłam za przygotowane poprzedniego wieczoru ubrania i skierowałam kroki do łazienki. Na szczęście, kiedy trafiłam do głównego budynku, przydzielono mi prywatny pokój. Ratownicy, który zjawili się na miejscu zdarzenia, przewieźli mnie od razu do najbliższego szpitala, ale gdy opanowano największy kryzys, zostałam przetransportowana.
Parsknęłam cicho pod nosem. Mama ani razu nie odpowiedziała jasno na moje pytanie, dlaczego tak się stało. Nie mówiła, dlaczego otrzymałam salę na wyłączność ani czy ubezpieczenie rzeczywiście pokryje wszystkie koszty i nie utoniemy w długach.
Nie musiała tego robić. Nie potrzebowałam jej odpowiedzi, bo domyślałam się prawdy.
Wyraz, który najczęściej malował się na jej zmęczonej twarzy, był dla mnie wystarczająco zrozumiały, a każde "nie musisz się tym przejmować" sprawiało, że przejmowałam się jeszcze bardziej, ponieważ doskonale wiedziałam, kto za to odpowiada.
Świadomość, że mogłabym być winna któremukolwiek z Branhamów tak ogromną przysługę, powodowała nieodpartą chęć powrotu pod lód. Nie miałam na to namacalnych dowodów, ale wystarczały mi podejrzenia. Obstawiałam, że William maczał w tym palce, a dziwne sugestie Lucy tylko to potwierdzały. Może i chłopak nic jeszcze nie znaczył w medycznych kręgach, ale z tego, co wiedziałam, jego rodzice uwielbiali korzystać ze swojej pozycji. Oczywiście nie śmiałam przypuszczać, że robili coś tak szlachetnego z miłości do mojej osoby, przez co obawiałam się, jak to wszystko może się rozwinąć.
Odkręciłam zimną wodę i ochlapałam twarz. Zrobiłam to jeszcze parę razy, aby w pełni się ożywić. Trochę pomogło. Następnie sięgnęłam po ręcznik, osuszyłam skórę i złapałam za krańce koszulki. Nagle usłyszałam trzaśnięcie głównych drzwi, a następnie kilka cięższych kroków rozchodzących się po pokoju. Lekko ściągnęłam brwi, po czym zdjęłam T-shirt.
- Zaraz wychodzę! - zawołałam.
Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Wzruszyłam ramionami, po czym pozbyłam się dołu od piżamy i w pośpiechu włożyłam czyste ubrania. Obstawiałam, że mama przyjechała chwilę wcześniej i zwyczajnie mnie nie usłyszała. Od jakiegoś czasu żyła w swoim świecie, za co nie mogłam jej winić - w końcu prawie straciła córkę.
Całkowicie olałam fakt, że moje włosy wyglądają niczym po przejściu huraganu, i opuściłam łazienkę. Po przekroczeniu progu sali zamarłam. Wyprostowałam się, bacznie obserwując chłopaka, który nie miał żadnego prawa pojawiać się w tym pomieszczeniu.
- Co ty tutaj robisz, do cholery? - burknęłam.
Nawet nie próbowałam udawać zadowolonej z odwiedzin Williama. Zazgrzytałam zębami i podeszłam na sztywnych nogach do torby. Szarpnęłam za nią mocniej, niż to konieczne, a następnie rzuciłam na łóżko, aby dopakować ostatnie rzeczy.
- Ciebie też miło widzieć - odpowiedział beznamiętnie.
Spojrzałam na niego spod byka.
- I po co te paskudne kłamstwa, hm? - mruknęłam z wyczuwalnym niezadowoleniem.
Może gdyby zjawił się tutaj wcześniej, zareagowałabym inaczej. Minęły jednak zasrane dwa tygodnie, a on dopiero teraz sobie przypomniał o moim istnieniu! Nie żeby zależało mi na uwadze Branhama - wręcz przeciwnie, nie potrzebowałam jej - ale wtedy... byłoby odrobinę łatwiej.
- Nie wypowiedziałem jeszcze żadnego kłamstwa - zapewnił. - Przecież mówiłem, że nie mam ochoty na kolejny pogrzeb.
Wykrzywiłam usta.
- No tak... Nie miałbyś wtedy kogo męczyć.
Próbując udawać wielce zajętą, zasunęłam suwak torby i odłożyłam ją na podłogę, po czym zaczęłam ścielić łóżko pod czujnym okiem Williama.
- Ktoś na pewno by się nawinął - powiedział spokojnie.
Zacisnęłam mocniej palce na pościeli. Sposób, w jaki się wypowiadał, doprowadzał mnie do szału. Nie rozumiałam jego podejścia - tego sztywnego stosunku do całej sytuacji. Jak można tak dobrze nad sobą panować, gdy druga strona usilnie cię podpuszcza?
Zerknęłam kątem oka na Branhama. Wyglądał na niewzruszonego. Prawie tak, jakby nic się nie wydarzyło. A przecież wydarzyło się niemiłosiernie wiele!
- Powiesz mi w końcu, co tutaj robisz, czy będziesz jedynie podziwiał? - rzuciłam chłodno.
Do moich uszu dotarło ciche sapnięcie.
- Byłem zwyczajnie ciekawy, jak się czujesz.
- Żyję - burknęłam. - Zadowolony?
- Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo - odparł z nieznaczną zgryźliwością. - I na szczęście, nie zostawiłaś pod wodą swojego uroku osobistego.
Parsknęłam na te słowa i podniosłam głowę, aby lepiej mu się przyjrzeć. Dopiero teraz zauważyłam, że stał blisko wyjścia. Opierał się o ścianę, z ramionami założonymi na piersi. Wyglądał, jakby był gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Nie umknęło mojej uwadze również to, że jest spięty, chociaż usilnie starał się to zatuszować poważną miną. Zmarszczyłam brwi. Mimo że wyraz jego twarzy nie różnił się niczym szczególnym od tego, który przybierał na co dzień, całe ciało dawało jasny sygnał - coś jest na rzeczy. Niewiele jednak mnie to interesowało.
William Branham był mi pod wieloma względami obojętny, a ja pod wieloma względami byłam obojętna jemu.
Ewidentnie kłamał, aby mnie przekonać, że interesuje się moim stanem. Gdyby to była prawda, zjawiłby się w tym pokoju w pierwszych dniach po wypadku.
Pociągnęłam nosem z irytacją. Nie miał żadnego prawa przychodzić tutaj i tak bezczelnie łgać! Nie potrzebowałam kolejnych podchodów. Chciałam skończyć z kiepskimi zagrywkami.
Powinnam wreszcie postawić własne życie oraz zdrowie ponad przyjemny dreszczyk emocji i fascynację niebezpieczeństwem.
- Naprawdę mam uwierzyć, że przyszedłeś tutaj z dobroci serca? - zapytałam sceptycznie.
- Myślę, że to zdecydowanie ułatwiłoby nam kilka spraw.
- Cóż, nie mam zamiaru ci niczego ułatwiać - zapewniłam sztywno.
To wręcz komiczne. Minęło tyle czasu, a jemu nagle zachciało się zgrywać wielkodusznego kretyna? I co jeszcze? Może powie, że naprawdę się martwił i przejmował moim losem? Dobre sobie.
- Myślałam, że wyjaśniliśmy już sobie wszystko tamtego dnia.
- Więc źle myślałaś - powiedział z wyraźnym naciskiem. - Zazwyczaj nie kończę rozmowy, gdy ktoś bezmyślnie prawie pakuje się do grobu.
- Och, w takim razie chociaż wykazałam się odrobiną kreatywności. - Przewróciłam oczami.
- Raczej skrajną nieodpowiedzialnością - mruknął. - Masz szczęście, że w ogóle żyjesz, Winslow.
- Czy ja wiem, czy takie szczęście...
- Przestań pieprzyć głupoty.
- Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że się przejmujesz - parsknęłam, zerkając w jego kierunku.
- Aż tak bym nie przesadzał - odpowiedział krótko.
Usiadłam na łóżku i przymrużyłam oczy.
- Skoro już mowa o przesadzie... - zaczęłam ostrożnie, a następnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. - Ładny, prawda? Ciekawe, ile osób na moim miejscu otrzymuje takie wyróżnienie.
William ściągnął ledwo zauważalnie brwi.
- Do czego zmierzasz?
- Mój stan nie wymagał przetransportowania do głównej kliniki - odparłam. - Muszę przyznać, że nawet niektóre pielęgniarki były dla mnie wyjątkowo miłe, lekarze dokładni, a teraz jeszcze te odwiedziny... - Znowu zerknęłam w jego stronę. - Szkoda, że nie przyniosłeś kwiatów. Nie wiesz, że nie wypada przychodzić z pustymi rękami?
W odpowiedzi otrzymałam suche parsknięcie.
- Wystarczyłoby proste: "dziękuję".
Ułożyłam usta w cienką linię.
- Dlaczego to zrobiłeś? - zapytałam z naciskiem. Zupełnie zignorowałam jego słowa. To nie był czas na okazywanie wdzięczności.
- Jakie to ma znaczenie?
- Dla mnie wielkie - drążyłam uparcie. - Więc?
Chłopak wypuścił z siebie głośne westchnięcie. Biła od niego wyraźna frustracja. Co jakiś czas zaciskał szczęki i nawet jeśli starał się dobrze ukrywać, dyskomfort cuchnął od niego na odległość kilku mil.
Przechyliłam głowę. Nie podobało mu się drążenie tematu? Jaka szkoda... Nikt przecież nie kazał mu tutaj przychodzić.
Niech teraz cierpi.
- Jakaś ty upierdliwa - sapnął przeciągle. - Nie możesz choć raz w życiu zaakceptować, że ktoś zrobił dla ciebie coś dobrego? Pewnie wykręciłoby cię to od środka, prawda? - Uniósł zaczepnie brwi. - Nie wiesz, co mówią o ciekawości?
- Spokojnie. - Uśmiechnęłam się sztucznie. - Już kilka miesięcy temu zaklepałam sobie specjalne miejsce w piekle. Jak najdalej od ciebie.
Branham mimowolnie wykrzywił kąciki ust w mało przyjemnym grymasie.
Atmosfera się zagęściła i wręcz kąsała od lawirującego w niej napięcia. Odchrząknęłam, czując wzmagającą się suchość w gardle. Niedobrze.
- Skoro tak stawiasz sprawę... - Potarł skronie. - Mają tutaj znacznie lepszy personel. Wiedziałem, że ktoś będzie miał cię ciągle na oku. Do szpitala, w którym wylądowałaś na początku, trafia zbyt wielu pacjentów. Przyjmują tam zdecydowanie za dużo zgłoszeń na intensywną terapię, a w wirze pracy łatwo zapomnieć o najoczywistszych kwestiach i wolałem tego uniknąć. Potrzebowałaś odpowiedniej uwagi, pełnej kontroli na wypadek wtórnego podtopienia i późniejszych powikłań, a tutaj miałaś zapewnioną właściwą opiekę - wyjaśnił spokojnie. - Ot, cała tajemnica. Szczęśliwa?
Wyprostowałam się, gdy tylko skończył mówić. Brzmiało to całkiem sensownie. Chyba.
Chciałam coś odpowiedzieć, jednak się zawahałam. Wydawało się to dość szlachetne, ale szkoda, że nie wspomniał o pewnym szczególe. O swoich rodzicach, którzy w ramach odwetu za moje błędy mogli w każdej chwili niepostrzeżenie namieszać w kartach i podać mi śmiertelną dawkę jakiegoś przypadkowego leku. Znając ich możliwości, pewnie wyszliby z tego obronną ręką i z krokodylimi łzami.
Pokręciłam do siebie głową - zdecydowanie naoglądałam się za dużo seriali kryminalnych.
- Nie chcę się za bardzo czepiać, ale to nie była odpowiedź na moje pytanie - odparłam powoli. - Wyjaśniłeś mi, że ten szpital jest lepszy, świetnie, ale wciąż nie wytłumaczyłeś, dlaczego to zrobiłeś i nie... Nie kupuję twojej historyjki o wielkim sercu i bezinteresownym czynie. Nie po tym, co się wydarzyło.
Kolejne parsknięcie.
- Może najwyższy czas, abyś wzięła pod uwagę to, że mogłaś się pomylić. - Uniósł wyczekująco brew.
- Niby w którym momencie?
- W tym, w którym stwierdziłaś, że jestem gorszy od Eliota - oznajmił chłodno.
Zacisnęłam zęby i zanim zdążyłam się powstrzymać, boleśnie wbiłam paznokcie w skórę. Sukinkot wiedział, jak rozdać karty, aby zwyciężyć rozgrywkę.
- Cóż... - Przełknęłam z trudem ślinę. - Istnieje drobne prawdopodobieństwo, że troszeczkę wtedy przesadziłam.
Nie byłam z siebie dumna. Nie chciałam przyznać mu racji, ale nie mogłam postąpić inaczej. Rżnięcie głupiej jedynie by mnie pogrążyło, a tego nie chciałam.
- Troszeczkę? - prychnął.
Przewróciłam oczami na jego uszczypliwość, chociaż miał odrobinę racji. Byłam na niego wściekła. Za jego obecność, za jego próby rozmowy i całą tę niepotrzebną szopkę. Za to, że kazał mi trzymać się od niego z daleka, a następnie sam się pakował do mojego życia.
Może wychodziłam na straszliwą sukę, ale to nie tak, że nie doceniałam jego starań. Nie miałam na co narzekać, jednak patrząc na naszą przeszłość, nie potrafiłam się tym cieszyć, a już tym bardziej z łatwością zaakceptować.
- Mimo wszystko... Dziękuję - powiedziałam cicho. - I przepraszam.
William skinął krótko głową, przyjmując moje podziękowania. Odczekałam parę wyjątkowo długich sekund, ale nic więcej się nie wydarzyło. Nie odgryzł się. Nie rzucił naszpikowanym ostrymi igłami tekstem. Nie pokusił się o skierowanie w moją stronę kąśliwej uwagi.
Zwyczajnie zaakceptował moje słowa. Zachował się jak najnormalniejszy człowiek, który nie unosi się dumą.
Wow.
Aż zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno nie jest to jedynie wytwór mojej wyobraźni. Może mój stan nagle się pogorszył i dorobiłam się halucynacji?
Otworzyłam powoli usta, aby sprowokować dalszą dyskusję, ale zamiast słów wyrwał się z nich nagły atak kaszlu. Nie potrafiłam nad nim zapanować. Przez to, że tak usilnie starałam się go powstrzymywać, był nie do zniesienia. Niemiłosiernie gryzł w uszy i brzmiał, jakbym miała wypluć obolałe płuca.
Od zawsze tak było. Nieważne, czy chodziło o zwyczajne przeziębienie, ostre zapalenie płuc czy zakrztuszenie się herbatą! Zawsze wydawałam z siebie odgłosy, które z łatwością przyprawiłyby o zawał serca.
Kurwa, jak ja tego nienawidziłam. Musiałam brzmieć, jakbym za moment miała zejść z tego świata!
Pospiesznie zasłoniłam twarz dłońmi, z całych sił próbując wyciszyć kaszel. Przysięgam - gdyby Branham nie stał w tym samym pokoju, to nawet bym się tym specjalnie nie przejęła.
Kiedy w końcu zdołałam złapać oddech, a atak zaczął ustępować, dostrzegłam nagły ruch po mojej lewej stronie. Potrzebowałam chwili, aby zarejestrować, że to William. Jego dłoń spoczywała na moim ramieniu, a przede mną trzymał butelkę z wodą.
- Napij się - nakazał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Gdyby nie fakt, że naprawdę tego potrzebowałam, zapewne zaczęłabym się kłócić. Tak dla zasady. Wykrzywiłam usta i z wyraźnym niezadowoleniem odebrałam od niego butelkę, po czym łapczywie upiłam kilka sporych łyków.
- Kto, do cholery, zezwolił na to, abyś została dziś wypuszczona? - zapytał przez zaciśnięte zęby.
Plastik nieprzyjemnie strzelił pod naciskiem moich palców.
- Mój lekarz prowadzący - odpowiedziałam krótko.
- Nie uwierzę, że tak zwyczajnie zgodził się puścić cię do domu z takim kaszlem - parsknął. - Jesteś chora, Winslow.
- Nie masz jeszcze papierka, który pozwalałby ci prawić morały na ten temat, więc daj mi święty spokój, Branham - bąknęłam uszczypliwie.
Wciąż trzymał rękę na moim ramieniu i nieznacznie poruszał palcami.
Zmarszczyłam brwi i zerknęłam w tamtym kierunku. Zanim udało mi się zareagować, odsunął się.
- Nie potrzebuję żadnego papierka, aby stwierdzić coś tak oczywistego - zapewnił stanowczo. - Nie powinnaś stąd jeszcze wychodzić. Bez odpowiedniej opieki twój stan może się pogorszyć.
- Dostałam listę leków. - Przewróciłam oczami. - Nie mam zamiaru dłużej tutaj leżeć. Mogę robić to we własnym łóżku.
- Och, nie wątpię - burknął. - I na pewno otrzymasz w nim również natychmiastową pomoc, gdyby coś się wydarzyło. - Pokręcił ostro głową. - Już raz dałaś piękny pokaz, jak bardzo potrafisz być uparta. Masz ochotę na powtórkę z rozrywki?
- Nawet jeśli, to gówno powinno cię to obchodzić! - uniosłam się.
To okazało się błędem. Kaszel momentalnie powrócił. Nie był już aż tak agresywny, jednak nadal męczący. Tyle dobrego, że nie trwał zbyt długo i po chwili mogłam na nowo nawilżyć gardło.
- Poważnie... przestań się zachowywać, jakbyś pozjadała wszystkie rozumy. - William obserwował mnie uważnie.
- I vice versa - mruknęłam pod nosem.
- Nie mądrzę się, aby zrobić na tobie wrażenie, tylko żeby coś ci uświadomić. - Westchnął cicho. - Ostre zapalenie płuc, a szczególnie po czymś takim, to nie zabawa. Teraz może i wydaje ci się, że czujesz się lepiej, ale za kilka dni możesz trafić tutaj ponownie, i to w znacznie gorszym stanie.
Zacisnęłam szczęki z całej siły. Odwróciłam głowę od chłopaka i powoli nabrałam powietrza do płuc. Wiedziałam, co chciał zrobić. Próbował mnie tutaj zatrzymać, ale nie było szans, abym na to poszła.
Chciałam wrócić do domu. Do jedynego miejsca, w którym mogłabym wreszcie poczuć się dobrze.
Problem w tym, że Branham miał dobre argumenty. Niestety zajebiście trudno odpyskować komuś, kto wie, co powiedzieć.
- Przemyśl to - zasugerował. - A ja w międzyczasie porozmawiam z tym twoim lekarzem - zapewnił dosadnie. - Jestem cholernie ciekawy, jakich pierdół mu nawciskałaś.
Natychmiastowo rozszerzyłam oczy.
- Tylko spróbuj, ty...
Nie miałam okazji skończyć myśli, ponieważ w tej samej chwili otworzyły się drzwi. Niezwłocznie skierowałam wzrok w tamtą stronę. Z trudem przełknęłam ślinę na widok mamy.
- Kochanie, już... - Przerwała, gdy tylko jej wzrok padł na Williama.
Wyprostowałam się, a kobieta zmarszczyła brwi, wyraźnie zaskoczona jego obecnością.
- Nie wiedziałam, że masz gościa - dokończyła niepocieszonym tonem.
- Branham... właśnie wychodził - wyjaśniłam powoli, dbając, aby w moim głosie nie było słychać zdenerwowania.
- Tak, pani Winslow. Właśnie wychodziłem. - William skinął krótko głową. - Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia - dodał dobitnie i zerknął w moją stronę. - Życzę miłego dnia.
Nawet nie zaczekał na reakcję z naszej strony. Jak gdyby nigdy nic - i wręcz zadowolonym krokiem - ruszył w kierunku wyjścia. Odprowadziłam go morderczym spojrzeniem, licząc, że dzięki temu trafi go szlag.
Nie trafił.
Jak ja go, kurwa, nie cierpię.