Tomo. Niewzywkły przyjaciel - Barbara Wicher

Kup ebooka

34.90 zł
27.92 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Nie­spo­dzianka

An­tek wpadł do domu jak wi­cher. Miał zmierz­wione włosy, ru­mieńce na twa­rzy i błysz­czące z za­do­wo­le­nia oczy. Zsu­nął z ra­mion czer­wony szkolny ple­cak i rzu­cił go w kąt przed­po­koju.

- Hej! Już je­stem! - ogło­sił i trza­snął drzwiami wej­ścio­wymi, aż za­dud­niło.

Wy­rwany z drzemki jam­nik o cze­ko­la­do­wo­czar­nym umasz­cze­niu szczek­nął i wy­sko­czył z przy­po­mi­na­ją­cego pu­chatą oponę le­go­wi­ska.

- Cześć, Drops! - An­tek po­tar­mo­sił psa po szorst­kim karku, po czym ru­szył w głąb domu, jak na spo­tka­nie przy­gody.

Co ta­kiego wzbu­dzało jego oży­wie­nie?

Nie, nie był to dzień jego uro­dzin. Te ob­cho­dził wczo­raj. Dzie­wiąte. Ro­dzice zor­ga­ni­zo­wali mu fan­ta­styczne przy­ję­cie. Byli ko­le­dzy, po­czę­stu­nek i zdmu­chi­wa­nie świe­czek. To cu­dow­nie, gdy można się wspól­nie ba­wić! Urzą­dzili so­bie tur­niej. An­tek uwiel­biał pił­ka­rzyki, ale na co dzień nie miał z kim grać. Ro­dzice prze­waż­nie byli za­jęci, a jego sio­stra Amelka - za mała.

Z oka­zji uro­dzin An­tek do­stał wspa­niałe pre­zenty. Chłop­ców na dłu­gie go­dziny za­jęły klocki z su­per­bo­ha­te­rami oraz ich po­jaz­dami, które z wy­glądu przy­po­mi­nały sa­mo­chody i he­li­kop­tery, ale były o wiele bar­dziej nie­zwy­kłe!

Po po­że­gna­niu z go­śćmi An­tek jesz­cze długo się ba­wił. Z ta­kim sa­mym en­tu­zja­zmem wy­my­ślał nowe przy­gody he­ro­sów. Udało mu się prze­jąć bazę i wy­grać po­je­dy­nek z gór­skim trol­lem. Dziś w szkole o ni­czym in­nym nie mógł my­śleć. Za­raz po po­wro­cie do domu pla­no­wał za­szyć się w swoim po­koju. Miał po­mysł na fe­no­me­nalną ak­cję!

Tym­cza­sem wpadł do kuchni z Drop­sem plą­czą­cym mu się przy no­gach. Mama i tata pili kawę, któ­rej aro­mat uno­sił się w ca­łym domu. Amelka ba­wiła się na roz­świe­tlo­nym słoń­cem ta­ra­sie. Zza uchy­lo­nych drzwi do­cie­rały jej po­ga­wędki z lal­kami.

- Jak w szkole? - za­gad­nął tata.

- Hmm... Li­czy­li­śmy ar­buzy... - od­parł An­tek. - I dak­tyle...

Na ma­te­ma­tyce rze­czy­wi­ście roz­wią­zy­wali za­da­nia, w któ­rych ro­iło się od owo­ców. Ar­buzy utkwiły Ant­kowi w pa­mięci, bo za nimi prze­pa­dał. Dak­tyli ni­gdy nie pró­bo­wał. Znał za to za­bawny wiersz na ich te­mat. Jak to było?

Gdzie się po­działy moje dak­tyle?

Może je zja­dły straszne go­ryle?[1]

Na­uczy­cielka wy­ja­śniła uczniom, że dak­tyle ro­sną na pal­mach. Po­ka­zała im na­wet zdję­cia. Ogromne ki­ście owo­ców wi­szące pod pa­ra­so­lem zie­lo­nych li­ści na wy­so­kich eg­zo­tycz­nych drze­wach. Ależ wi­dok!

An­tek na­gle znie­ru­cho­miał, co nie zda­rzało się u niego czę­sto.

Za­po­mniał o dak­ty­lach i go­ry­lach. A na­wet o su­per­bo­ha­te­rach.

Stół na­kryty był do pod­wie­czorku. Na środku stała mi­ska ape­tycz­nych tru­ska­wek. Py­chota! Ale to nie tru­skawki tak go za­ab­sor­bo­wały.

Na jed­nym z krze­seł le­żała duża paczka z dziw­nymi na­pi­sami i na­klej­kami. To było krze­sło Antka...

- Co to jest? - za­py­tał. Nie spo­dzie­wał się już żad­nych pre­zen­tów.

Bursz­ty­nowe oczy mamy za­bły­sły zza oku­la­rów. Tata zro­bił ta­jem­ni­czą minę.

Pi­smo ja­poń­skie w ni­czym nie przy­po­mina pol­skiego. Jest bar­dzo skom­pli­ko­wane.

Mali Ja­poń­czycy mają trudne za­da­nie - żeby opa­no­wać sztukę pi­sa­nia, mu­szą być bar­dzo wy­trwali i dużo ćwi­czyć.

Zo­bacz, jak pi­szą "dzień do­bry":

??? (kon­ni­chiwa).

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki