Tomek otworzył drzwi do karczmy, para buchnęła z izby,
niby z obory, i zaduch prawie lepki od gęstości go owiał; ale Tomek
nie zważał na to, tylko wszedł i poprzez naród, splątany gęsto,
niby żyto na boisku, przepychał się do drewnianych krat, za któremi
stał szynkwas.
- Dać półkwaterek, ino krzepki.
- W blaszkę nalać?
- Nie, w szkło.
Odmierzyła mu karczmarka. Zapłacił, wziął buteleczkę,
kieliszek i poszedł na drugą stronę izby, do drugiego stołu, usiadł
pod ścianą, wódki w kieliszek nalał i wypił. Strzyknął śliną przez
zęby, obtarł usta rękawem i zamyślił się. Żarło go coś we środku,
bo nie mógł usiedzieć spokojnie, spluwał, bił pięścią w stół, to
unosił się, chcąc biedz, ale opadał na ławę z cichym jękiem i
rozcierał oczy kułakiem, bo mu coraz to łza spływała na suche,
sinawe i przegryzione policzki, a piekła go, jak ogień. Prawie nie
wiedział, co się wkoło niego dzieje. Jakieś ciężkie strapienie
leżało mu na sercu kamieniem, bo widać było, że rady sobie dać nie
mógł, i że z coraz większą bezradnością opuszczał ramiona, i że
coraz częściej wzdychał i drapał się po głowie.
A karczma aż się trzęsła od hołupców. Ze dwadzieścia par,
zwartych ze sobą szczelnie na niewielkiej przestrzeni, krążyło w
kółko z przytupywaniem i pokrzykiwaniem.
- Hop! hop! hop! - leciał głośny pokrzyk.
Wódka i upojenie tańcem dymiły ze łbów, a podniecenie
dzikie tak podrywało tańczących, że coraz zacieklej przytupywali i
coraz szybciej się okręcali w kole.
Czerwone wełniaki kobiet pstrzyły się między białemi
sukmanami, niby maki w polu dostałego żyta. Kończący się dzień
rzucał przez małe, zamarznięte szybki karczmy smugi rudawego
światła, a mały kaganek, świecący nad okapem, chybotał się ciągle i
podrygiwał, jakby w takt hołupców.
Wrzawa głucha podnosiła się, niby szum splątany i
niewyraźny, z którego tylko wylatywały, jak błyskawice, jędrne:
Hop! hop! hop! - i znów na chwilę tonęło wszystko w zgiełku
ogromnym; bo przy stołach, po kątach, przy szynkwasie - gdzie tylko
miejsce było, wszędzie stali ludzie i raili: o łońskich kartoflach,
o księdzu proboszczu, o dzieciskach, o dobytku, o wszystkiem, co im
leżało na "wątpiach" i z czego w kompanii zawżdy łacniej się
wygadać i łacniej mieć pożalenie; bo nawet, na ten przykład, jako i
bydlę i ze źródła wody samo się nie napije, a w kompanii pije i ze
"chrapu", tak i człowiekowi samemu nie żyć, w karczmie się nie
weselić, do lasu nie jeździć, ino, jak Pan Bóg przykazał, zawżdy z
drugimi, - z bratamy.
Wszyscy razem mówią, przepijają do siebie, ściskają się z
serdecznością i "kuntentność" rozpromienia wszystkie oczy, i coraz
głośniej krzyczy: Hop! hop! hop!
Dyle podłogi pod ciężkiemi przycinaniami obcasów
skrzypiały coraz ciężej - a basy, umieszczone wysoko, na kłodzie z
kapustą, śpiewały coraz grubiej:
- Bom, cyk, cyk! Bom, cyk, cyk!
A na to im odpowiadały lipowe skrzypeczki:
- Tuli, tuli, tuli, tuli, tulity, tulity!
I ochota była siarczysta i niepowstrzymana. Twarze były
przy twarzach, piersi przy piersiach, plecy przy plecach - a
wszystko tak nawskróś przeniknięte rytmami skocznej muzyki - że
oberek szedł taki wściekły, zamaszysty, chłopski, aż sęki
wylatywały z podłogi, szybki jęczały żałośnie, a grube, pękate
kieliszki na szynkwasie, aż dziw, jak podskakiwały z uciechy.
Od czasu do czasu karczmarz brał bęben z brzękadłami,
potrząsał nim mocno, niby chłop Żyda za łeb, uderzał pięścią w
skórę do taktu skrzypkowi.
- Dyy, dyz, dyz! - brzmiało wtedy zgiełkliwe, zagmatwane i
ogłuszające brzękiem - i tupot był zaraz siarczystszy i pokrzyki
więcej schrypnięte, a kaganek aż przykucał i kopcił sadzą, na
powiewające, niby płaszcze, kapoty. Para z topniejącego na butach i
przy drzwiach śniegu, dym z papierosów i mrok, jaki panował w
ogromnej izbie, przysłaniały tańczących, że zaledwie tylko migotały
czerwone twarze i niewyraźne zarysy ciał i barwy jaskrawe, w tym
zapamiętale się kręcącym wirze ludzkim.
- Kto mi będzie usługiwał, usługiwał, cha... cha... cha...
i... i... i... - chichotały wesoło skrzypeczki.
- Oto ja, tylko ja... a... a... a... - odpowiadały z
jakiemś podrygiwaniem basy i zaraz do spółki zaczęły śmiać się i
baraszkować i przenikać wszystkich śmiechem wesela, aż karczma
zdawała się trząść od przypływu pijackiej wesołości.Jedna baba oszalała, A druga się wściekła,
Trzecią dyabeł okulbaczył
I pojon do piekła. Zaśpiewał ktoś jak na pobudkę, bo zaraz zaczęły się zrywać
coraz inne zwrotki i bić wesołością coraz większą.
Tomek tylko wciąż siedział zadumany: nalał drugi
kieliszek, ale mu go wywrócił jakiś rozhulany tanecznik, więc
kopnął ze złości jego tancerkę i wstał, bo i zimno mu było od okna
i markotno siedzieć samemu, poszedł za szynkwas do alkierza.
Narodu i tam było pełno, buteleczki ściskali w garściach,
całowali się, gadali i przepijali do siebie, baby wstydliwie
przysłaniały się zapaskami i cmoktały okowitę z rozkoszą.
Poczęstunek szedł rzetelny - katolicki: stać było kogo na arak -
stawiał, abo na spirytus z asencyą - stawiał, abo na okowitę samą -
stawiał, abo tylko na piwo - stawiał.
Stawiał z dobrego serca i z ochoty.
Wszyscy byli już pijani, ale nic to: raz kozie śmierć,
gorzalina nie piekło, a biednemu kiej-niekiej trzeba pocieszenia
duszy grzesznej, i choć kapkę na frasunek.
- O psie jeden - bełkotał pijany chłop do komina - takiśto
kum! czekaj!... A ja go tak, a un me tak, a ja go za orzydle, a un
me w pysk!.. Takiśto kum, o psie jeden, taki krześcijan!... a un me
w gembe!... Bartek zmógł siła, to i ciebie zmoże... zmoże...
psia... zmoże... A ja go tak, a un me tak, a ja mu pedom grzecnie:
bracie!... a un me w pysk, a ja mu pedom: kumotrze!... a un me w
pysk! a ja mu potem: takiśta kum, taki krześcijan... - mruczał
coraz niewyraźniej i bił pięścią w komin, aż się echo rozlegało, i
zataczał się coraz senniej.
Ja za wodą, ty za wodą. Jakże ja ci buzi podom?
Podom ja ci na listecku,
A naści-że, kochanecku
zaśpiewała Karlina, ta, co to w kopania męża pochowała i sierociła
teraz sama jedna na półwłóce pszennej ziemi z koniem, z krowami i z
niezgorszemi jeszcze szmatami po nieboszczyku. Rzuciła się do
młodego chłopaka, stojącego pod ścianą, i znowu mu zaśpiewała: Wojtecku, Wojtecku,
Nie siedź na przypiecku -
Ino chodź do wdowy,
Bo ma chleb gotowy. - Wojtek, w twoje ręce, parobku kochany. Głupiś, będziesz
się ta ojców bojał. Jakem rzekła: grunt ci zapiszę, to zapiszę, bo
to nie mój, co?
Będziesz miał, kiej w raju - moje ty kochanie, Zjesz syrek na wieczór - kurę na śniadanie. - Ojcu duchownemu się pokłoń i na zapowiedzie daj,
wieprzaka się uszlachtuje, kołaczów upiecze, araku kupi i weselisko
się wyprawi, że aż ha!
- Oj, stara a głupia! Zębów nima, a gryzłaby! - odezwał
się ktoś z boku.
- Hale! gdzieś se wraź ślipie, a nie komu w zęby. Widzicie
go, "deputnik" pieski! - rzuciła się Karlina gwałtownie.
- Cichojta, kumo, ja wam coś rzeknę.
- Psu se rzeknij. W palto się ustroiła pokraka i myśli, że
"sielny" pan - a choć ty po wsi szczekasz, jak ten pies, ja ci i
tak gorzałki w gardziel nie wleję.
Zwróciła się do Wojtka, odciągnęła go w kąt i namawiała go
sobie dalej, a obok przy stoliku siedziało dwóch chłopów i popijało
z pękatej butelki. Jeden drapał się po głowie i milczał, a drugi
gestykulował szeroko i gadał:
- Miarkujcie tylko, że Czerwiński to wam rzekł: termedye
różne szły na mnie, jak baby na żydowskiego konia, a ja nic! Kobita
mi się przy dziecku zmarnowała - nic! konie mi ukradli - nic, ino
czekam, Jędrek mi zachorował na ospę - o psiachmać! Jak nie wypiję
okowitki z tłustością, jak nie zaniesę dobrodziejowi na mszę świętą
- i - jak ręką odjął! Grzela, rób tak samo, a zobaczysz, że ci
pomoże. Czerwiński ci to mówi, to Czerwińskiemu wierz.
- Dziecisków, jak pliszek na podorówce, kobieta na świeże
chora, podatek trzeba płacić, kartofle mi zmarzły, bieda aż piszczy
- a tu na wszystko - patyk złamany. Laboga, laboga! Pijcie-no do
mnie! Widzi mi się, że nie poradzę, na rozum bierę i z tej i z
tamtej strony i nic wykalkulować nie mogę.
- Głupiś, w twoje ręce, Grzela; już ty lepiej w pysk od
dozorcy bierz, a na rozum nie bierz, bo nie poradzisz, a pięścią
kiedy niekiedy weźmiesz, ale i robotę miał będziesz na plancie i
świeży grosz. Miarkuj se ino - Czerwiński ci to mówi! a
Czerwińskiemu wierz, bo jako dobrodziej powiedzieli, co w parafii
on jest jedna głowa, a Czerwiński druga! Niech mu Bóg da zdrowie,
mądry on szlachcic i uczony. W twoje ręce, Grzela.
- Pani Jackowa, moja pani Jackowa: flaszeczkę esencyi,
kwaterkę spirytusu, dwa rządki bułek i kiełbasy font! - wołano od
stolika pod oknem, przy którym siedziało czworo ludzi: dwoje
ubranych z miejska i dwoje po chłopsku.
- Pani Jackowa, moja pani Jackowa, a octu do kiełbasy, a
talerza dla pana Strzelca! Widz pan Strzelec, ja powiem, jak to
było...
- Cicho, stary, ja dokumentniej opowiem, bo ty nie
pamiętasz - przerwała mu żona. - Ide se duchtem na ten przykład,
ide...
- Stul gembę, zaraz będzie tu ozorem mleć po próżnicy. Ja
powiem. Pańskie zdrowie.
- Pijcie z Bogiem.
- Słodka i mocna, panie Strzelec, jeszcze jednego!
- Wasze zdrowie, Andrzeju!
- Pani Jackowa, jeszcze tego samego.
- Bóg zapłać, Andrzeju, ale ja już nie mogę.
- Mój najukochańszy panie, jeszcze kieliszek, tylko
ździebko, choć łycka, o... Zaraz powiem, jak to było. Żona mówi:
ide se duchtem, niby przez działkę pana Strzelca, powiada, leży
coś: zając, czy nie zając - nie; nima ogona, powiada, nie cielak, a
i nie świnia, bo nie kwiczy. Baba stanęła, ba, aże ścierpła ode
strachu, że tylko odmawia "Pod Twoją obronę"; a ten zwierz leży
furt i rozdziawia gembę, powiada, a kły miało, jak palec - a że
babski naród, zły naród i zapamiętały, czy to w złości, czy w
dobroci - to jak nie zdejmie trepiska z nogi i jak nie chlaśnie
tego zwierza w łeb, i jak nie weźmie uciekać z płaczem do domu -
powiada. Przyleciała do chałupy i powiada: Stary! - A co? -
odrzeknę. - Zabiłam jakiegoś zwierza na duchcie - powiada. Nie
odrzekne nic, bo myślałem, że ją tak z chodu zamroczyło i plecie
trzy po trzy, zwyczajnie, jak baba. A ta wciąż swoje: - Zabiłam
zwierza, czy cosik na duchcie. Grdyknąłem ją ano przez plecy, bo co
tu będzie pleść, a ta znowu swoje: - Zabiłam zwierza na duchcie,
laboga! Z babą nie poradzę, myślę sobie, a może i człowieka zabiła
albo co. Założyłem siwkę i pojechałem zobaczyć, jako mnie wtedy w
lesie i spotkał pan Strzelec.
- Andrzeju, nie cygańcie! Złapałem was, jak kładliście
sarnę na wóz.
- Jeszcze kropeleczkę gorzałki, panie Strzelec, - na
drogę. Ja prawdę rzekłem, jak na spowiedzi, przed dobrodziejem. Pan
Strzelec jest mi więcej, niż ociec, niż brat, bo mój dobrodziej
kochany. Wiem, że jak pan Strzelec chciał będzie, to ja w sądzie
sprawę przegram, bo już na świecie takie urządzenie jest, że zawsze
szlachcic górą, a ty, chłopie, cierp, rób i płać! Wiem, że pan
Strzelec człowiek rzetelny, zgodny i sprawiedliwy, to krzywdy mi
nie zrobi, a że pana kocham, niby rodzonego - świniaka jutro żona
zaprowadzi, po przyjacielsku, i zgoda będzie. Co tam sądom dawać
zarobek! Pani Jackowa, jeszcze tego samego.
- Dołożę jeszcze kaczuszków i miodu plasterek, bo wiem, co
pani Strzelcowa jest pani szlachetna i delikatna, w szkołach była
edukowana, jako i pan Strzelec, a nie takie chłopy-chamy, jak my,
na ten przykład, - dodała chytrze kobieta, chyląc się do kolan
Strzelcowej, ta zaś ją ujęła za szyję i z rozrzewnieniem zaczęły
się całować.
- Już ja mam takie miękkie serce, że nie tylko wam sarnę
daruję, Andrzeju, ale jakby wam potrzeba było sosenki jakiejś, albo
i dąbka młodego - to odmówićbym serca nie miał. - Pańskie zdrowie,
duszo miłosierna i krześcijańska.
Zaczęli przepijać do siebie często, całować się serdecznie
i szeptać po cichu, że od drugiego stołu znów słychać było chłopów:
- O juchtra! Zmarnował się człowiek. Wyście z nim razem
mieszkali?
- Tylko przez miedzę. Patrzyłem się na wszystko, to juści,
że człowieka markotność rozbiera, niby choroba.
- Czerwiński wam powie tak: mógł jeszcze żyć, "co go
wypominam podczas wieczoru, ale w dobry sposób", - mógł.
- Halo! Na wielki dwór wcale już nie chodził, tylko mu
ciągle odmiatało; postękiwał, postękiwał, aż i zamarł chudziaszek.
- Doktór pono u nich był?
- I... dochtory. Jak kto ma zamrzeć, to choćbyś mu gruntu
hubę dał i dobra wszelkiego po grdykę - nie ożyje.
- Prawda! w twoje ręce, Grzela!
- Pijcie na zdrowie. A kto był winien temu? Po prawdzie i
sprawiedliwości, że tylko świnia i baba, nie kto drugi. Maciorę
miał utuczoną, niby kłoda; prowadził ją na sprzedanie, bo grosza
było potrzeba. Poszedł z oną świnią; śniegi zwaliły po pas,
nautykał się, namarnował, zwyczajnie, jak przy handlu. Potem
kiełbasy zjadł, zastygła w nim i zmizerował się. Żeby był gorzałką
zapił, nicby mu, jako Bóg na niebie, nie było, ale nie pił i
półkwaterka.
- Bał się nieborak piekła w chałupie.
- Ho, ho! Babę miał marną, ale imistą w garści; prała-ć go
nieraz, prała!
- Wasze, kumie.
- Niech będzie na zdrowie. Czerwiński wam tak powie: żeby
był "psiąkrótkę" prał, ażby jej pomroka na oczy wlazła, to miałby
żonkę grzeczną, że ha!
- Prawdę mówicie, sołtysie, prawdę. W garści miękki był,
pomyślonku chłopskiego nie miał, i teraz ziemię gryzie - a wieczny
odpoczynek racz mu dać, Panie.
- Na wieki wieków, amen. W twoje ręce, Grzela.
- Takiście to mąż? - kobieta tam ledwie żyje, a wy tu
pijecie sobie, pogany! - krzyczała jakaś baba, przepychając się do
nich.
- Co mi tam!... dziecisków, niby śmiecia a tu nowe...
- Grzela, nie obrażaj Pana Boga, bo ci jeszcze je
pobierze...
- Napijcie się, kumo, kapkę i zaraz pódziemy...
- A jak to mnie Jezusiczek - zaczęła kobieta - nie
pocieszył na starość dzieciąteczkiem, do Częstochowym chodziła i u
różnych doktorów się likowałam i nic - sama zostałam na świecie,
jako ten grzeszny palec... sama.
- Ale, miej baba dziecko, jak ci sto lat minie.
- Nie gadałbyś, Czerwiński, nie byłam to młoda, co?
- Pan Bóg wstąpił w niebo, dyabeł w babę, a kwas w piwo -
tylko, że niewiadomo kiedy! - miarkuj se to, niewiasto, bo ci tak
Czerwiński rzekł.
W kącie na skrzynce siedział młody chłopak, organistów
miejscowych syn, a przed nim stała bardzo stara kobieta i szeptała
przyciszonym, dźwięcznym głosem:
- Siedemdziesiąt sześć roków żyje, paniczku - tom widziała
i białe, i czarne, i różne. Sługiwałam i u takich państwa, co tylko
w ogiery jeździły, na srybrnych miseczkach jedli i po zagranicznemu
gadali - a gdzie są oni teraz! gdzie? I na książce umię, i
gospodynią pierwszą na całą wieś byłam, i dzieci miałam, i dobra
wszystkiego dotąd... o... i wszystko gdzieś przeszło, skapiało, jak
to słońce latowe, co go nam Pan Jezus daje grzesznym na
pocieszenie. Wiem ja wszystko, paniczku, wiem, czy to pańskie
życie, czy to chłopskie życie - to zawżdy nic innego, tylko
ostatnia mizeracya jest. Ja prosta baba jestem, siedmdziesiąt i
sześć roków mam - to sobie już wszystko wymiarkowałam. Paniczku!
sześć tysięcy lat świat se stoi?
- Prawie sześć tysięcy lat.
- A widzi paniczek, że ja wszystko wiem, a według tego tak
myślę: że tyle tysiączków świat stał sobie beze mnie i dobrze było,
to przez co ja tyle roków przecierpiała!? Co tu po mnie było?
- Ano trudno, Pan Bóg życie dał... to...
- Paniczku, przerwała mu szybko stara - ja prosta baba
jestem, a paniczek uczony, bo na organach grać gra, po łacińsku z
ojcem duchownym paniczek śpiewa i wie, kiedy wyciągnąć nutę cienką,
a kiedy grubą - ale powiem: może ja grzeszne mam myśli, - ale
powiem: to pewnikiem dyabeł wypuszcza sobie duszyczki na świat,
żeby cierpiały, żeby się tłukły w ostatniej mizeracyi przez tyle
lat, co ja. To nie Pan Bóg, choć w książkach stoi i księdze mówią:
nie. Coby ta Jezusiczkowi przyszło z tego, że tyle narodu się
nacierpi, nabieduje, namarnieje... Pan Bóg jest dobry pan i
sprawiedliwy... Nie słodkie jest życie, nie aksamitne - tylko drze
niby zgrzebło, aże się człowiek krwią serdeczną oblewa.
- Co wy też, Jagustynko, wygadujecie, przecież to
grzech...
- Tylko krzywdę drugiemu człowiekowi robić jest grzech, a
jabym psa nie żgła kijaszkiem, bo żyw i takoż cierpi przez to.
Paniczku, prosta baba jestem, ale serce mam, jak ten węgielek,
przez ogień spieczone, przez gorzkość, com ją piła całe życie i za
siebie i za drugich, i wiem, że dyabeł dał życie, aby się ludziska
po wiek wieków marnowali po świecie, przez złość do Pana Boga, ale
Jezusiczek najukochańszy zlitował się nad nami, przeparł złego i po
trochu wybiera se ludzi do swojej chwały - i wybierze kiedyś
wszystkich. Ja tylko czekam, aż kostucha przyjdzie i rzeknie:
Pódzi!... czekam i pacierz oto mówię, niechby najprędzej oczy
przywrzeć, nie mieć już nijakiej turbacyi, ni biedy - i odpocząć
sobie rzetelnie, odpocząć, paniczku...
Wyprostowała się nad drzemiącym organiściakiem i suchą,
przeradloną troskami i starością twarz zwiesiła, a w wybladłych,
przepalonych łzami oczach błysnęły jakieś łzy... obtarła je szybko
zapaską, westchnęła cicho i zwróciła się do Tomka, siedzącego
samotnie na skrzynce, z flaszką w garści.
- Tomek! tobie z oczów coś złego patrzy - szepnęła,
dotykając jego ramienia.
- A coby, jak nie bieda? bo to babka nie wiedzą?...
- Słyszałam coś, ale ludzie różnie gadają, że nie wiadomo,
kiej wiara, a kiej para.
- Dymisyę mi dali - szepnął chłop smutnie.
- Bez co?
I w głosie jej zadźwięczało ogromne współczucie.
- Bez co?... bo trzeba było dawać dozorcy: to gąski pod
jesień, to masła na zapusty, prosiaka i jajków na Wielkanoc, to
kuraka na Świątki - a ja nie nosiłem, jak drugie: skąd wziąłbym?
Dzieciom nie było co dać jeść - kobieta mi się z biedy zmarnowała,
krowa padła też nie przez dobrość, kartofle, wiecie, jakie były
łoni... mniej wykopałem, niż wsadziłem. Darłem się prawie, i ani
żonie, ani niczemu nie poradziłem; harowałem na służbie i w domu, i
w dzień i w nocy, a biedy nie zmogłem. Dozorca ciągle pomstował na
mnie - com mu miał dać? pod żebro może, bo sam z dziećmi nie
mieliśmy co na ząb położyć. Pędził mnie i pilnował przez złość
coraz barzej. Pisał do naczelnika laporta, że jestem hardy, że
lenciaj, że na służbie śpię, że plantu nie obchodzę - potem
powiedział, że żelazo ukradłem z magazenu, że...
- Tomek, wziołeś? powiedz mi prawdę, już ci wszystko
jedno, co?
- Nie wzionem, babko, nie - żebym tu jak zły pies skapiał
przy świętej spowiedzi, prawdę mówię; nie kradłem nigdy, kradli
nieraz drugie kolegi, ale mój ojciec nie kradli, to i jego syn nie
będzie złodziejem. Biedny ja jestem, ale i tak złodziejem nie
jestem.
- I tylko cię przez to wygnali. Powiadali, że żelazo
znaleźli u ciebie...
- Juści. Rzetelna prawda, znaleźli, ino że nie ja
przyniesłem. Rafałów Michał obiecał dać dozorcy pięćdziesiąt rubli,
jak go zrobi dróżnikiem, a że wakansu nie było, to un podrzucił u
mnie żelazo i denuncyował. Rewizyę zrobili u mnie, znaleźli i
wygnali mnie. Wszystko przepadło, bo, chociem wiedział, kto to
zrobił - świadka nie miałem. Sześcioro narodu zostało bez chleba.
Zarobić niema gdzie, jeść niema co, żyć nie można, a jak Jezus
miłosierny nie pomoże, nie ścierpię, nie ścierpię!
Jęczał bezradnie i łzy mu pociekły strumieniem po
sczerniałej twarzy.
- O dolo ludzka: tylko płacz policzki przeźre, tylko dusza
z bolenia skurczy się, jak ptaszek na mrozie, a żaden poratunek
znikąd nie przyjdzie. Tylko głupi naród mówi, że jest jaka dobroć
na świecie; oj, jest dobroć, aże gardłem wyłazi! - szepnęła gorzko
stara.
- Nie daj się, Tomek; i złego Pan Jezus przeparł, to
czemuby poczciwy człowiek nie poradził biedzie z pomocą Panienki
Najświętszej - rzekła mu pocieszająco i poszła do szynkwasu: kupiła
dwa rządki bułek, kwartę kaszy jaglanej i z tem powróciła do niego.
- Tomek, weź kaszę i bułeczki dla dzieci, biedna jestem
sierota, dać-bym dała, ino nie mam co. Kto ma, kupi co chce, a ja
komornicą jestem. Ale! Tomek, poradzę ci coś...
- Poradźcie, babko, to wam Pan Jezus i ta Przenajświętsza
zapłacą za mnie biednego.
- Idź jutro do dozorcy, obłapij go za nogi, może się
ulituje; przecież sam ma dzieci, bo samemu tobie zdychać z głodu,
nic to - ale bidota taka, co jeszcze nic nie kalkuluje, nie potrafi
ścierpieć i grzech jest, coby skamlały dzieciska z głodu.
- Nie, babko, nie pójdę - szepnął z ponurą zaciętością
Tomek. - Niech skapieję, przyjdzie zdechnąć z głodu, to zdechnę, a
jego prosić nie będę. Leżałem ja temu piekielnikowi u nóg i o
robotę jak pies skamlałem i jak pies skamlałem o zmiłowanie nad
dziećmi - to mnie kopnął nogą i kazał wyciepnąć za drzwi!... Nie,
nie pójdę, bo się boję grzechu, bo się boję - bo jak go zobaczę, to
mnie tylko ciągotki bierą, żeby go za gardziel chwycić i jak złego
zwierzaka zakatrupić!
Szeptał przytłumionym nienawiścią głosem i pięści zaciskał
coraz silniej, potem chwycił się za piersi i znowu zaczął:
- Aż mnie w piersiach boli, tak się zmagam, ale
ścierpiałem tyle, że więcej nie wiem, czy poradzićbym poradził.
- Baran, trzymaj ty w sobie tego wilka mocno, trzymaj, bo
o nieszczęście nie trudno.
- Do boru jutro pójdę siągi rąbać.
- Koszula nie rządzi, kiedy brzuch błądzi.
- Od ćwierci sążnia złoty i groszy dziesięć psiadusza Żyd
tylko płaci i potrzeba na to dobrze dwa dni żebra wyciągać.
- Tomek, idź ty zaraz do proboszcza i proś - on się zna z
urzędnikami, to mógłby przemówić za tobą, aby ci robotę jaką na
plancie dali.
- Hale, kiedy ksiądz jeździ do dozorcy i znają się ze sobą
dobrze...
- Głupiś, ksiądz zawdy na sprawiedliwość i na biedny naród
ma większe uważanie. Poradzić ci co może i pomódz.
- Nie mam co w pazury wziąć, a tak gołkiem, bez niczego,
śmiał nie będę.
- Głupiś, dzieciska mu na podarunek nie weźmiesz, a co
innego masz?
- Prawda, ale... zawsze... nie zanieść nic
dobrodziejowi...
- Głupiś, mówię ci, idź zaraz, do nóg dobrodziejowi
padnij, wszystko opowiedz - a tylko się w piersi bij, a płacz, i
mów o dzieciskach - to zobaczysz, że ksiądz zmięknie zaraz.
- Ta! to i pójdę - szepnął prędko przekonany i wstał ze
skrzynki, kożuch obciągnął, baranicę na głowę nadział i przepychał
się przez alkierz i przez tańczących.
Stara wyszła za nim, przed karczmą powiedziała mu jeszcze:
- Tomek, nie bądź hardy z dobrodziejem i proś grzecznie,
bo chłop bez gruntu to jak ptak we wodzie, rozpłaszczy się
skrzydełkami i musi piukać, coby mu drugie pomogły, boby sam
utonął.
Nie odrzekł nic, bo go taki mróz owionął, że aż się
zachłysnął zrazu, ale baranicę głębiej jeszcze nasunął na oczy i
poszedł prosto od karczmy przez pola wydeptaną ścieżką.
- "Będziem jedli, będziem pili, będziemy się weselili!" -
śpiewały za nim skrzypeczki.
- "Jak Bóg da, jak Bóg da!" - mruczały ciszej basy,
podrygując wesoło, ale Tomek nie słuchał tych głosów, co się
wydzierały przez strzechę karczmy i rozpryskiwały w mroźnem
powietrzu, niby brylantami skrzący się deszcz dźwięków - tylko
szedł ostro.
Na polach widno było od śniegu i księżyca, jak w dzień.
Olbrzymie białe chmury leżały w przestrzeniach, co się
rozciągały nad ziemią w wielkim majestacie ciszy i ogromu, niby
srebrno-płowe opony. Równiny, pofalowane wzgórzami, poznaczone
nagimi szkieletami drzew, zsypiskami kamieni - rozlewały się
morzem, oślepiającem białością skrzącego się śniegu. Taka głęboka
cisza panowała w polach, że Tomek długo jeszcze słyszał odgłosy
karczmy i chwilami odwracał się, by spojrzeć na nią i na migocące
złote plamki światełek wsi, a potem przyśpieszał jeszcze kroku i
biegł, nie zważając na mróz, kłujący go w policzki i zapierający mu
oddech.
Przydrożne, oszroniałe krzyże rzucały błękitne, długie
cienie; zdejmował przed nimi czapkę, żegnał się nabożnie i wzdychał
głęboko - czasami zabijał ręce skostniałe o ramiona, zaciskał
mocniej pas i szedł dalej.
Czasami stado kuropatw podrywało się z cichym a
przejmującym krzykiem, kołowało chwilę i zapadało w białej,
srebrnawej mgle, wiszącej nad śniegami - to znowu zając sadził
przez pola, przystawał, nasłuchiwał, stawiał słupka i pomykał
dalej; to znowu jakaś bezkształtna, szara chmura płynęła przez
przestrzenie i rzucała błękitnawy cień na śniegi; to jakiś głos
suchy mrozu leciał nad ziemią i, rozbity w miliardy drgań, skrzył
się w blaskach i mącił ten boski spokój nocy zimowej; to pomruk,
podobny do westchnienia ciężkiego biegł od lasów, to szum głuchy i
odległy - i była znowu cisza, martwota, pustka i wielka, słodka
senność na ziemi.
Tomek nie zważał na nic, bo sobie w myśli układał: jakto
on przyjdzie do księdza, jak padnie mu do nóg, jak powie:
Dobrodzieju! jak się rozpłacze i zacznie przed tym kochanym ojcem
wyjawiać swoje strapienia i nędzę swoją, i tak się już przejmował,
że łzy rozczulenia zabłysły mu w oczach, stoczyły się po policzkach
i zamarzły na wąsach. A potem myślał o domu i dzieciach:
- Marysię dam w służbę, Józwę też - będzie dziewuchom
lepiej, a i mnie lżej - ale coś go zabolało w sercu na myśl
rozstania się z dziećmi. - Śpią se robaki kochane, śpią - pomyślał,
obmacując starannie bułki i kaszę, które miał w zanadrzu. - Pan
Jezus da doczekać wiosny, to o robotę będzie łatwiej i ony coś
niecoś zarobią - myślał. - Praży też Jezusieczek, praży - szepnął,
rozcierając sobie twarz śniegiem. - Folguje se Pan Jezus,
folguje... - i przystawał, nasłuchując. Od stodół dworskich, z
daleka majaczących szaremi ścianami, dochodziły odgłosy psiej
wrzawy. Zaczął iść wolniej i coraz lepiej wytężał wzrok i
trwożliwiej, bo ten psi gwar, naszczekiwania, skowyty - brzmiały
coraz bliżej i groźniej. Wkrótce zobaczył kilkunastu psów, coś
zajadle rozrywających pomiędzy sobą.
Na folwarku owce zdychały na motylicę całemi setkami, więc
je służba po odarciu ze skóry wywłóczyła za budynki i zakopywała w
śnieg. Ze wszystkich stron psy się zlatywały do biesiadnego stołu i
przez całe dni i noce ucztowały, żrąc się o padlinę.
Tomek ominął je z daleka i poszedł naprzełaj ku wsi,
rozrzuconej po stokach wzgórza, uwieńczonego małym, drewnianym
kościołem i gromadą lip potężnych, co usiadły niby starce dokoła i
swojemi olbrzymiemi rosochatemi ciałami broniły go od wichrów i
złej doli, gwarząc szeptem w ciche miesięczne noce.
Plebania stała niżej nieco, w środku ogrodu, rozrzuconego
na zboczu wzgórza i dotykającego wsi. Przed gankiem, większym niż
niejedna chłopska chałupa, Tomek się zatrzymał, czapkę zdjął i
zaczął przestępować z nogi na nogę, bo odwaga opuściła go zupełnie;
zaglądał w oświetlone, ale przysłonięte roletami okna, drapał się
po głowie, spluwał, to znowu się żegnał dla nabrania odwagi, ale
wejść nie śmiał.
Kościół stał tak blizko i tak czerniał tajemniczo, a okna
tak dziwnie się lśniły księżycowem światłem, lipy miały dzisiaj
taki groźny wyraz, a krzyże odwiecznych grobowców na cmentarzu były
tak wielkie i tak się ostro rysowały na tle śniegów, że Tomka jakiś
zabobonny strach ściskał za gardło. Zaczął w sobie dygotać, ale
stał wciąż.
Chwilami posępna chmura odgradzała księżyc od ziemi,
rzucając przejrzysty, niby od wachlarza, cień, to znów w ogrodzie,
w krzakach coś zatrzeszczało tajemniczo; czasem gonty na kościele
albo żerdzie w płotach pękały z hukiem od mrozu, to znowu wrony
łopotały skrzydłami i tłukły się z wrzaskiem po drodze, po kupach
śmieci; koń gdzie w stajni zarżał, rozległ się bek owiec, albo kwik
świń, odgryzających przy korycie, przedarł się z księżych chlewów i
drżał chwilę w powietrzu, aż cisza znowu zapadła i ogarnęła
wszystko.
Tomek wciąż stał, patrzył machinalnie na białe opary,
podnoszące się z oparzelisk, to na błyszczące gdzieniegdzie we wsi
światełka. Przyszły mu na myśl dzieci, więc tylko szepnął: "Bidoty
kochane", i zaraz wszedł, przezwyciężając nieśmiałość, prosto do
kancelaryi proboszczowskiej.
Ksiądz na łoskot otwieranych drzwi powstał od stołu i
śpiesznie zakładał okulary. Tomek czapkę w kąt rzucił i jak długi
runął mu do nóg.
- Ojcze! Dobrodzieju kochany! - szeptał łzawo, ściskając
mu nogi.
- Co? kto to? coś ty za jeden? czego?
Rzucał wylęknione zapytanie proboszcz, przestraszony
gwałtownością ruchów Tomka.
- Zmiłowania przyszedłem prosić dobrodzieja.
Ksiądz wsadził nareszcie swoje okulary, przyjrzał się
klęczącemu i już spokojnie mówił:
- A! Tomasz Baran! Wstań, moje dziecko, wstań!
Usiadł sam, kraciastą chustą przetarł okulary i rzucił ją
na kupki miedziaków, porozstawianych regularnie na stole.
Tomek powstał i obcierał rękawem załzawione oczy.
- Co mi powiesz? masz interes jaki, może ci kto umarł? - Gorzej, ojcze duchowny, bo wszyscy po trochu mrzemy. -
Zaczął dosyć spokojnie opowiadać; miał łzy w oczach a cichą,
bezbrzeżną rozpacz w głosie i mówił o wszystkiem z taką
szczerością, że ksiądz musiał mu w części uwierzyć, bo na jego
białej twarzy, podobnej do maski zblichowanego wosku, pełnej
słodyczy jakby zastygłej, migotał cień smutku i współczucia.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.