Synowie Kurta przebywali podówczas w Kopenhadze, u magistra
Owe Guda, z nim też później ruszyli zagranicę na dłuższy pobyt u
dostojnych krewniaków ojca. Potem Adler wrócił do domu i objął
posiadłość, zaś Maks został zagranicą i, posiadając wielki dar
wymowy, poświęcił się teologji.
Pan Adler nie pokazywał się często w mieście i to nigdy nie
zachodził tam pieszo, ale kazał się nieść w lektyce, a otaczali go
lokaje w pełnej liberji. Podobnie było w pałacu. Jeden służalec
zawadzał drugiemu, a wszyscy byli ubrani, jak na uroczysty obchód u
księcia. Pan domu żył w odosobnieniu i nie wdawał się z szanownymi
obywatelami miasta, których miał za nic. Zwolna, stawał on się
coraz to grubszy i cięższy i nabierał różnych, dziwnych nawyczek.
Nie mówił, naprzykład, z nikim, jeno słuchał. Przez lat kilka gospodarzył on szczęśliwie, wspomagany przez
zarządcę Torbjörna Christofersena, potem zaś ruszył do Kopenhagi.
Już nie panował wówczas świętej pamięci Chrystjan V, który zasnął
błogo w Panu, ale nasz najmiłościwszy król i władca Fryderyk IV,
(którego niech Bóg obdarzy cnoty wszelakiemi). Przed nim to ukląkł
pan Adler z wielką trudnością i zaniósł prośbę, by monarcha raczył
dopełnić przyrzeczenia, danego ś. p. ojcu jego przez ś. p. ojca i
poprzednika swego, to jest, by był łaskaw przenocować pod skromnym
jego dachem, gdy kiedyś, po raz pierwszy odwiedzi Norwegję, gdzie
go wszyscy z utęsknieniem oczekują. Tajemnym zamiarem proszącego
było, jak to król zauważył, odzyskanie wysokich tytułów i
przywilejów szlacheckich, utraconych przez ojca, czasu jego lat
młodych. Król zgodził się najłaskawiej zadośćuczynić tej prośbie. Wówczas pan Adler ruszył niezwłocznie do Holandji, gdyż wszystko,
co urządził ojciec, wydało mu się nieodpowiednie. Z podróży tej
przywiózł wielką karocę, pierwszą jaką tu oglądano. Pan komisarz
wojskowy von Synnestwedt uznał, że nie przysługuje panu Adlerowi
prawo jeżdżenia karocą, gdyż nie zalicza się do dostojników i
wniósł skargę. Ale z racji tejże okazało się w Kopenhadze, że pan
Adler pochodzi z wysokiej arystokracji i odtąd nie ukazywał się
inaczej, jak poprzedzony przez laufra i strzelców, z dwoma lokajami
z tyłu za karetą. Ze względu na strome drogi jeździł czwórką, a
miasto uznało za wielki honor posiadanie męża tak wysokich
przywilejów. Podczas pobytu w stolicy dowiedział się też pan Adler, że w pałacu
królewskim nie sypia służba, ale, jak słusznie i sprawiedliwie,
tylko sam król z dostojną rodziną swoją. Natomiast służba sypia w
skrzydle pałacu. Pan Adler kazał zaraz dobudować prawe skrzydło,
dla pomieszczenia na noc świty, oraz siebie i swych domowników
podczas królewskich odwiedzin. Torbjörn Christofersen wykonał
polecenie, ale odmówił stanowczo budowy skrzydła lewego i zagroził
odejściem. Dlatego to dworzyszcze ma dotąd jedno jeno skrzydło. Nie
udało się również panu Adlerówi dokończyć wieży. Wydatki,
spowodowane tą całą paradą, zmusiły zarządcę do zaciągnięcia długów
hipotecznych, tak dalece, że Christofersen nie miał z czego płacić
procentów i dużo cennych parcel gruntowych musiano sprzedać z
wielką stratą. Sprzedawano również place budowlane w mieście
każdemu, kto mógł zapłacić. Wówczas już zaczęła się tedy parcelacja
dóbr. Brat pana Adlera, duchowny, pan Maks, biegły był w różnych
sprawach, to też dopomagał dzielnie Torbjörnowi Christofersenowi we
wszystkiem. Zamierzając tu skreślić wizerunek pana Maksa, proszę
Boga, by mnie uchronił od wydania niekorzystnego sądu o
nieboszczyku, który mi uczynił dużo złego. W owym to czasie
zostałem, mianowicie, kościelnym i kantorem u Panny Marji. Nie będę
tu marnował cennego papieru opisem sporu, dotyczącego puharu,
kupionego po śmierci Kurta na licytacji i pozyskanego przeze mnie
drogą spadku, nie wspomnę też o kłótni, jaka powstała, kiedy raz,
podpiwszy nieco, chciałem odczytać kazanie z księgi doktora
Marcina, a pan Maks wyszedł na kazalnicę i zbeształ mnie. Chcę
zapomnieć o tych sprawach, pogrzebionych i spoczywających już pod
ziemią. Nie dlatego też opisuję tutaj prawdę o panu Maksie, idzie
mi jeno o pouczenie pokoleń następnych, jak dziwnemi drogami
chadzała wola Pana odnośnie tego rodu, a także chcę przedstawić,
jako miasto to zostawało pod szczególną opieką Boga, który je
chronił jawnie i potężnie, karząc dotkliwie jego gnębicieli. Od pierwszego dnia przybycia, pan Maks owładnął i rządził bratem
swym, wszystkiem w dobrach, kościołem wraz z przynależnościami i
całem miastem. Był gorszym od ojca swego Kurta, ile że, jako mądry,
przemyślny, umiał kręcić do woli ludźmi i rzeczami. Był on też
wielkim kaznodzieją. Po straszliwym pożarze, który zniweczył
kościół Panny Marji, a zesłany został przez piorun ku wiecznej
pamięci wszystkich (jak to wyłuszczę w dalszym toku niniejszej
kroniki), kazał pan Maks latem, stojąc na wzgórzu, ponad placem
targowym. Głos jego rozbrzmiewał po tej stronie miasta, a także
dolatywał do portu, gdzie się skupili na okrętach słuchacze, i do
przylądka, gdzie ludzie stali w oknach, słuchając. Ci ostatni
jednak słów już rozróżnić nie mogli. Opowiadał mi też jeden z
żeglarzy, że umyślnie sprowadzono okręt do sundu północnego, ale
pobożnym wydał się głos kaznodziei, jak to bywa, gdy słychać głos
męski z oddali, krzykiem rodzącej kobiety. Na pochwałę pana Maksa
rzec trzeba, iże wszystkich przejął świątobliwym strachem i nikt
się na nabożeństwo nie lenił. Pan Maks nie przepuścił też nikomu. Śledził wiernych z kazalnicy,
żali są obecni, a nawet wyszukiwał ich po domach. Przywiązali się
doń zwłaszcza biedacy, jak dawniej do ojca, bo nieraz brał łaskawie
udział w weselach i ślubach, spijając z nimi piwo i wspomagając ich
dobrą radą w różnych sprawach. Był on wielce uczony i znał
wszystkich po imieniu. Owładnął też, jako się rzekło, całem
miastem, tak że w owych czasach nie obeszło się bez daniny dla
duchownego, ile razy ktoś coś kupował, czy sprzedawał. Także nie
zarzynano wieprzka, ni pieczono bez jego udziału, biedacy składali
mu obowiązkowo ryby, a gdy bogaty, czy ubogi wydawał córkę, lub w
inny sposób zmieniało się coś w czyimś domu, pan Maks zawsze musiał
być wezwany i zapytany o radę. Każdy, kto chciał jakiś dar, czy przywilej pozyskać, udawał się
też w danym razie do pana Maksa, nawet kiedy inne drogi zawiodły.
Wiem dobrze, co mówię, i nie kłamię. Kto zaś działał przeciw jego
woli, doznawał prześladowań dniem i nocą. Pan Maks nie darował jego
domowi, ni rodowi, a straszny był, miał bowiem do dyspozycji władze
zarówno świeckie, jak wojskowe, a ręka jego sięgała przez
przyjaciół i przyjaciół tychże aż do Kopenhagi. Wszystko to jednak wychodziło miastu na dobre, gdyż w czasie owym
nikt nie wszczynał procesu, ale oddawał sprawę panu Maksowi do
rozstrzygnięcia. Tak samo stało się z nowym kościołem, zbudowanym w
miejsce Panny Marji, nazwanym przez lud kościołem Św. Krzyża. Pan
Maks stał się jego głównym budowniczym, to też wspaniałe to dzieło
jest chlubą miasta, a jednocześnie wieczystym pomnikiem chwały
dzielnego kapłana. Kościół kosztował ogromne sumy, a dostały się
one do rąk brata, który dostarczał kamienia, cegły i drzewa, oraz
sprowadzał wszystkie inne, potrzebne materjały. Pan Maks zbierał
pieniądze, a czynił to tak, jakby nieprzyjaciel zagarnął miasto i
wyciskał zeń kontrybucję, lub puścił z dymem. Obliczywszy to, co
sam dać musiałem, nie wiem doprawdy, jak tego zdołałem dokonać. Był
to człek straszliwy. Baczył na każdy statek, wpływający do portu,
wczesnym zaraz rankiem i parę razy w ciągu dnia zachodził do
gospody, a wszyscy przybywający musieli się opłacać sowicie. Kogo
dostał w ręce, kobieta, czy mężczyzna, musiał dawać na budowę
kościoła. Źle na tem wyszła, zwłaszcza, Sara Andersen, wdowa, utrzymująca
zajazd dla przejezdnych żeglarzy. Widząc, że ksiądz nadchodzi,
ostrzegała swych gości i kryła ich na strychu i w piwnicy, bowiem
żaden nie mógł się oprzeć perswazjom i groźbom pana Maksa. Tak się
zdarzyło Henrykowi Arendtowi z Lubeki. Przybył on do miasta w
sprawie okrętu, zrabowanego przez korsarzy i tu sprzedanego. Znał
dobrze z dawnych czasów pana Maksa, to też schował się na strych.
Atoli pan Maks, przywykły do takich sztuczek, polazł za nim, że zaś
był nader ciężki, zawaliły się pod nim schody. Spadł na dół i
utkwił w gruzach. Wytoczono Sarze Andersen wielki proces i musiała,
miast bogatego Henryka Arendta, zapłacić ogromną sumę. Arendt nie
chciał zwrócić pieniędzy, wykręcał się, aż wreszcie biedna wdowa
straciła wszystko do grosza, o czem mi sama ze łzami opowiadała. Wymieniona wdowa, Sara Andersen zmarła zresztą jednego dnia z
panem Maksem. Nieraz nad tem dumałem, pragnąc odkryć, jak i w wielu
innych rzeczach, przedziwne drogi boże. Ale nie byłoby dobrze,
gdybyśmy, marni ludzie, wszystko wiedzieli. Dziwna, zaprawdę, była śmierć pana Maksa. W pierwszych czasach po
przybyciu mógł znieść dużo jadła i napoju, potem jednak, u schyłku
dni, zmieniło się wszystko. Podpiwszy, stawał się niebezpiecznym
dla kobiet, tak, że przed nim uciekały. Pewnego dnia skłonił on
brata, by wydał wielką ucztę. Zanim atoli powiem, co zaszło dalej,
muszę nadmienić, że w pałacu istnieje duży kurytarz, w którym przy
zamkniętych drzwiach jest całkiem ciemno. A właśnie zamknięto drzwi
ze stron obu, z powodu burzy i nawałnicy, jaka często nawiedza
wybrzeże. Z tego to powodu omylił się pan Maks, biorąc Karen, córkę
radnego Monsa, za Annę, córkę Trula, tem więcej, że obie miały
czerwone suknie z katunu. Córeczka radnego nie była skłonna do
baraszek, zaczęła tedy na całe gardło wrzeszczeć, tak, że powstał
hałas i zbiegowisko. Radny zwrócił się do pana domu, ten zaś
zgromił brata i oświadczył mu, że nie pochwala jego gospodarki,
która doprowadzi wszystko niebawem do ruiny. Nie słyszano dotąd, by pan Adler wypowiedział naraz tyle słów, ale
wszyscy uznali je za słuszne i stosowne. Nie spodobało się to tylko
panu Maksowi, zwłaszcza, że był w szatach kościelnych i uznał je za
obrazę duchownego. Rzucił się tedy na brata, który jako nadmiernie
gruby, nie dostał pola, padł i uderzył głową w ścianę, a potem w
podłogę. Od tego dnia zmysły mu się nadwerężyły i niedługo zmarł. Pan Maks objął posiadłość, imieniem własnem i spadkobierców
swoich, ale od chwili przeniesienia się do pałacu, jakby oszalał.
Wydawało mu się, że go ścigają duchy. Mówił, że go nawiedza duch
brata, ojca i matki, oraz mnóstwo duchów innych, wędrował z jednej
komnaty do drugiej, nie sypiał po nocach, krzyczał i wygłaszał
donośnym głosem egzorcyzmy i kazania przeciw duchom. Nie pozwalał
też zamykać okien, niemi duchy wypędzając. Ale pod oknami stały
straże, gdyż obawiano się, że sam wyskoczy. Mieszkańcy miasta
słyszeli te kazania i wydawało się wszystkim, że z kimś walczy.
Rozeszło się po mieście, iż pan Maks toczy bój z szatanem, który mu
nasyła duchy. Dodawano też, że widocznie szatan pomagał mu dotąd we
wszystkich, dotychczasowych, szczęśliwych przedsięwzięciach, był mu
sprzymierzeńcem, teraz zaś przychodzi go zabrać, ale pan Maks chce
okpić szatana. Walczyli tak co sił, dniem i nocą, a pan Maks musiał
się mieć ciągle na baczności przed podstępami wroga. Całe miasto
wylęgało na plac targowy i aleję, nadsłuchując, a wszyscy drżeli ze
strachu. Posyłano na wszystkie strony po księdza, ale żaden iść nie
chciał z pomocą, przeto panu Maksowi zbrakło słowa bożego w tej
straszliwej walce z piekielną mocą. Pewnej nocy rozbłysły wszystkie okna dworzyszcza tak jasno, jakby
wybuchł pożar. A właśnie szedł aleją Anders z pod ratusza, zwany
też Anders Czerwonos. Słyszał ochrypły krzyk biedaka, dostrzegł
ogromną łunę nad domem, a pośród niej zobaczył djabła, siedzącego
okrakiem na dachu, tuż nad komnatą pana Maksa. Usłyszał też
najwyraźniej słowa: - Teraz musisz iść, Maksiu! Anders, przerażony straszliwie, zawrócił do miasta, dopadł placu
targowego i tam, z wrzaskiem wielkim opowiedział stróżom nocnym, co
widział i słyszał. Napadło go takie samo szaleństwo, jak Maksa, i
został zamknięty. Wszyscy czekali na wynik, pewni, że zwycięży djabeł. W samej
rzeczy zakończył pan Maks życie dnia następnego, ale stało się to
cicho i przy zdrowych zmysłach, tak, że wielu odczuło zdziwienie.
Konający dał znakami do poznania, że chce być przeniesiony do
pokoju matki, a gdy się to stało, nadszedł niespodzianie ksiądz
Tomazjusz, odmówił modlitwy i zaopatrzył pana Maksa świętemi
sakramentami. Mógł on teraz modlić się, jakkolwiek słabym jeno
głosem, i zakończył życie w tem samem łóżku, gdzie zmarła jego
matka. Obecni przy skonie zauważyli, że w chwili, gdy skonał, zadźwiękły
dzwony zbudowanego przezeń kościoła. To też pozostało wkońcu
wątpliwem, kto zwyciężył, pan Maks, czy djabeł. Żałuję, że nie posiadam wielkiego talentu pisarskiego, by dać
pełny i jasny obraz tego człowieka. Nikt go sobie wyobrazić nie
zdoła takim, jakim był, chyba że przeżył z nim lata całe. Do teraz
śni mi się nieraz po nocach, a wówczas krzyczę i dopiero żona musi
mnie uspakajać, zapewniając, że już zmarł. W takich razach oblewa
mnie zawsze pot kroplisty. Miał trzy żony, a przed samą śmiercią miał wziąć czwartą.
Rozmawiałem z każdą, gdyż z urzędu często bywałem w jego domu.
Jedna po drugiej żaliła się przede mną, a zwłaszcza Aadel, córka
Knuta, druga żona, zmarła w samą Matkę Boską Gromniczną. Bliska już śmierci, siadywała w wielkim fotelu w zielonym
gabinecie i, posłyszawszy, że jestem w kuchni, wzywała mnie do
siebie. Była wielce osłabiona i ręce jej drżały. Pytałem, co jej
jest. Powiadała, że zadręczył ją mąż, tak, że musi umierać. Bóg
wie, co się stanie z następną żoną... Tak rzekła i niebawem
zakończyła życie. Następną była Brygida, córka aptekarza Monsa. W trzy miesiące po
śmierci Aadel, odbyło się wesele. Brygida była silną niewiastą,
mimo to jednak, zmuszona zostać małżonką pana Maksa, zaczęła ze
strachu pić, a dostawała napoje gorące od osób, mających sprawy
kupieckie z ojcem. Sama mi opowiadała, co było powodem jej nałogu.
Podpiwszy, biła się z mężem i wreszcie zakończyła życie, zażywszy
trucizny. Mówił mi to doktór Mogens Maurycjusz. Nie umarła z pijaństwa, jak
mniemano. Żyła z mężem trzy lata i mieli dwu synów. Pan Maks
zostawał ogółem trzynaścioro dzieci, chociaż nie zmarł w późnym
wieku. Najstarszego, Adlera, nabił tak, że ogłuchł i dotąd chodzi
jak we śnie. Choćbym był w stanie, przy małych zdolnościach, opisać, jak się
obchodził z żonami, służbą i dziećmi, nie uczyniłbym tego, albowiem
jak wiemy, Bóg przebaczył mu w niezgłębionej dobroci swej
(zaprawdę, wielką jest ona!) w godzinie śmierci. Czemużbyśmy nie
mieli uczynić podobnie my, ludzie, przeciw którym zawinił o wiele
mniej? Powiedział te słowa biskup, wygłaszając świetną mowę
pogrzebową. Pogrzeb odbył się z niesłychaną paradą i wspaniałością,
jakiej nie widziałem dotąd. Wypełniłbym dużo stron mego rękopisu,
gdybym chciał wyliczyć zebranych dostojników, oraz zanotować to, co
zjedzono, wypito i mówiono podczas tych trzech dni. Zmarły był
najpotężniejszą osobistością miasta i póki żył i władał zmysłami,
król chyba jeno miał tu jakieś prawo nad nim. Prócz wszystkiego
dopomagał ludziom w najtrudniejszych obliczeniach, dotyczących
budowy. Mówiłem już o kościele, zapomniałem atoli wspomnieć, że był
on wielkim budowcą okrętów. Już jako mały chłopiec zajmował się
pracą w warsztatach, potem w Kopenhadze, na holmie, a wreszcie
zagranicą interesował się wielce tym zawodem. Wszystkie okręty,
budowane w warsztatach brata, były przezeń planowane i
konstruowane, a wiele z nich sprzedano z wielkim zyskiem i sławą
zagranicę. Ale dość tego będzie o panu Maksie. W historji tej poznaliśmy dokładnie i jasno drogi Opatrzności i
widzieliśmy, jak to Kurt doprowadził do ruiny samego siebie i żonę,
a pan Maks brata, siebie, a w dodatku i syna swego najstarszego
wpędził w nieszczęście i grób. Nie wyszło im na dobre zrabowanie
dóbr Klausa, syna Mateusza, i zagarnięcie mienia wielu innych
ludzi. Również wielka siła fizyczna, doprowadziła ich do klęski.
Przypominam też, że święte i czcigodne imię króla zostało niegodnie
użyte do oszustwa, to też za karę pozyskane posiadłości rozpadły
się wniwecz. Zauważyli to inni, nietylko ja, biedny kościelny i kantor.
Wymieniony powyż, radny Niels Ingebrechtson przybył pewnego razu do
Kopenhagi i opowiedział całą rzecz spowiednikowi króla, którego
znał dobrze. Gdy Niels Ingebrechtson był na audjencji, zjawił się
ów spowiednik i wezwał go, by wszystko wyznał szczerze monarsze.
Dowiedział się tedy król, w jaki sposób mienie dostało się w ręce
Kurta i jak to nadużycie imienia królewskiego spowodowało ruinę
całego rodu. Pomyślawszy chwilę, raczył Najjaśniejszy Pan wyrzec te
pamiętne słowa: - Pan Bóg jest chytrzejszy od wszystkich szubrawców świata całego! Z całą czcią, winną monarsze, powtarzam te słowa i niemi kończę
historję Kurta, poczem opowiem w dalszym ciągu o innych sprawach.*** Około roku 1830, posiadłość składała się z samej jeno góry,
pokrytej lasem liściastym, - w którym zaczęły ponowną walkę o byt
drzewa szpilkowe, - dużych, napoły rozwalonych budynków, ogromnych,
otoczonych murami ogrodów, oraz kilku kawałków roli pomiędzy niemi,
a miastem. Prócz tego stanowiły część posiadłości jeszcze duże
poręby leśne, pokryte pniakami.
Ówczesny właściciel, wysoki, czarny mężczyzna, w długim,
zielonym fartuchu, zajmował się ogrodnictwem. Uprawiał swe ogrody i
one to, oraz kilka, krów, dawały mu środki do życia. Był on ostatnim przedstawicielem rodu w tej okolicy i
nieżonatym człowiekiem.