2
Leo Harris wrzuciła kierunkowskaz i zjechała kabrioletem audi na główną ulicę Little Melham. Większość ludzi uważała ją za szaloną - miała kabriolet i mieszkała w Manchesterze - dzisiaj jednak w Cheshire było ciepło i duszno i jazda z otwartym dachem sprawiała jej prawdziwą przyjemność. Drogę z domu pokonywała zaledwie w pół godziny. Po wydostaniu się z miejskich korków i parnego powietrza cieszyła się chłodnym wiatrem we włosach. Niebo znowu zasłoniły ciemne chmury, po których trudno było poznać, że to przecież letni wieczór. Przez cały dzień panowała burzowa pogoda, pasująca do jej nastroju. Pojawiająca się od czasu do czasu na czarnym niespokojnym niebie błyskawica stanowiła niemal odzwierciedlenie jej uczuć.
Jechała powoli przez miasteczko, patrzyła na ładne witryny sklepowe, zauważyła nową winiarnię z aluminiowymi stolikami i krzesłami rozstawionymi na szerokim chodniku, klientów od przechodniów oddzielał rząd wielkich roślin. Była tam nawet wyglądająca na modną restauracja wciśnięta między warzywniak a piekarnię, w delikatnie oświetlonym wnętrzu Leo dostrzegła bordowe krzesła o wysokich oparciach i białe obrusy.
Idealne miejsce do życia.
Uśmiechnęła się na tę myśl, zjechała z głównej ulicy i skręciła w stronę budynku.
Na widok otwartej bramy zdjęła nogę z gazu. Odruch bezwarunkowy. Zwalczyła chęć zawrócenia i pojechania do domu. Stopa odnalazła pedał i samochód powoli ruszył do przodu. Miała nadzieję, że kierowca jedynego zaparkowanego w zatoczce samochodu nie zauważył jej dziwnego zachowania. Skręciła na podjazd i zahamowała.
Naszła ją przerażająca myśl. Po raz pierwszy przyjechała tu samochodem dwadzieścia dwa lata temu. Była ze swoim ojcem, zaparkowali niemal w tym samym miejscu. Pamiętała, że miała wrażenie, jakby płakała od kilku dni, ale to było tylko kilka godzin. Ojciec próbował z nią rozmawiać, ona jednak nie chciała słuchać tego, co mówił. Wreszcie zostawił ją w samochodzie i sam wszedł do domu.
Po jakimś czasie jej wycie zamieniło się w szloch przypominający czkawkę. I to właśnie wtedy jej uszu dobiegł krzyk. Jeszcze nigdy w swym młodym życiu nie słyszała czegoś takiego, brzmiało to tak, jakby wyrywano komuś duszę z ciała. Wrzask trwał i trwał.
Na to wywołujące dreszcz wspomnienie Leo zamknęła oczy.
Siedem lat później szła tym podjazdem po raz ostatni, nie oglądając się za siebie, rezygnując zarówno z domu, jak i wszystkich jego mieszkańców. Przez jakiś czas nie chciała mieć do czynienia nawet z Ellie, ale siostra z niej nie zrezygnowała i za to - a także za wiele więcej - Leo była jej wdzięczna. Potem nawet przez sekundę nie wyobrażała sobie, że mogłaby tutaj wrócić, stanąć w tym samym miejscu, próbować znaleźć w sobie odwagę do przekroczenia progu. Maksymalnie odwlekała tę wizytę, dzisiaj jednak, pod wpływem dziwnego i bardzo silnego impulsu, wrzuciła do torby kilka ubrań, złapała kluczyki do samochodu i ruszyła, nie wiedząc, czy dotrze do celu. Zachęcała ją tylko myśl o zaskoczeniu Ellie i uldze, którą siostra odczuje, gdy otworzy drzwi.
Na szczęście dom zupełnie nie przypominał już budynku, w którym w dzieciństwie przeżyła prawdziwy horror. Mądrze ukryte lampy delikatnie rozświetlały ogród składający się z trawników i szerokich rabat z różami - bardzo się różnił od zaniedbanego ogrodu z dzieciństwa. Zerwano popękany asfalt i położono starą kostkę brukową, ramy okienne pomalowano na jasnokremowy kolor, pięknie kontrastujący ze starą czerwoną cegłą. Jednakże największą zmianą było nowe, imponujące atrium, łączące długi niski dom ze stojącą obok stodołą. Zalane światłem, jako że niebo było zachmurzone, wydawało się ciepłe i zachęcające nawet dla Leo.
Ciężko oparła głowę o zagłówek. Nie mogła tak tutaj siedzieć, musiała wziąć się w garść.
Wcisnęła przycisk uruchamiający elektryczne zamykanie dachu auta. Nawet jeśli nie uda jej się przejść przez drzwi i rzuci się do ucieczki, może nie zdążyć przed deszczem. No i zawsze to kilkadziesiąt sekund więcej w samochodzie.
Gdy już zamknęła dach, wjechała do końca na podjazd i zaparkowała przed domem. Bez większego przekonania wysiadła z samochodu, wzięła torbę z tylnego siedzenia, zdeterminowana podeszła do drzwi frontowych i wcisnęła dzwonek. Nie musiała długo czekać.
- Leo! Boże, Leo! Co za fantastyczna niespodzianka! Zaczynałam myśleć, że już nigdy się nie zobaczymy!
Wystarczyło spojrzeć na Ellie, żeby nabrać przekonania, że decyzja o przyjeździe była słuszna. Czekoladowobrązowe, długie włosy Ellie okalały jej owalną twarz i opadały falami na ramiona. Piwne oczy błyszczały, ale nie z radości, której Leo się spodziewała. W otoczonych delikatnymi czerwonymi obwódkami oczach połyskiwały resztki łez i chociaż pełne usta były rozciągnięte w szerokim uśmiechu, Leo widziała, że radość była wymuszona. Z reguły uśmiech siostry potrafił rozjaśnić pokój.
- Wejdź, wejdź, to cudownie cię widzieć. Witam na odmienionej Willow Farm.
Właśnie tej chwili Leo tak strasznie się bała. Spodziewała się, że gdy tylko przekroczy próg, jej zmysły zostaną zbombardowane doznaniami, które przypomną o przeszłości, jednak stwierdziła z zaskoczeniem, że nic nie czuła, przynajmniej w tej chwili. Żadnego szalejącego tętna, żadnej znajomej niepewności.
A potem wszystko zrozumiała. Dom inaczej pachniał. Nie czuła już zatęchłego smrodu zaniedbania, nie odnosiła wrażenia, że w budynku brakuje powietrza. Przez otwarte okno wpadał chłodny wiatr, niosąc delikatny zapach róż. Spojrzała na siostrę i czekała na jej znajomy szeroki uśmiech. Ale się nie pojawił.
Aby uniknąć nieuchronnego siostrzanego przytulenia, Leo podniosła swą niewielką torbę i pochyliła się, by pocałować Ellie w policzek.
- Och, zanim zapomnę. Znalazłam to na progu - rzekła i wyciągnęła przed siebie różę herbacianą.
Ellie jak zahipnotyzowana wpatrywała się w kwiat, jednak nie wzięła go do ręki.
- Wszystko w porządku? - Leo zmarszczyła czoło i zmartwiona spojrzała na siostrę.
Ta pomachała dłonią przed swoją twarzą, jakby próbując odpędzić łzy.
- Och, tak... oczy. Przepraszam... obierałam cebulę. Mogłabyś rzucić tę różę do ogrodu? Pewnie upadła, gdy ścinałam kwiaty do domu. W każdym razie... wszystko w porządku. I bardzo się cieszę, że cię widzę. Nie umiem wyrazić, ile twój przyjazd dla mnie znaczy, i chciałabym, żebyś została jakiś czas.
- Przywiozłam ze sobą kilka rzeczy w nadziei, że wytrzymasz ze mną parę dni - odparła Leo i podniosła torbę jeszcze wyżej. - Nie mogę cały czas wymyślać wymówek, przynajmniej jeśli chcę widywać częściej ciebie i Maxa. Nie wspominając już o bliźniakach. Gdzie oni wszyscy są?
- Dopiero co położyłam dzieciaki do łóżka, ale możemy na chwilę do nich wejść i sprawdzić, czy już zasnęły. Oszaleją ze szczęścia na twój widok. Max jest na szkolnym grillu organizowanym na koniec każdego semestru. Tylko dla pracowników, nie wolno przychodzić z partnerami. Organizują to w klubie rugby i nie wiadomo, o której się skończy ani w jakim stanie mój mąż wróci do domu. Niby są nauczycielami, ale czasami zachowują się przerażająco. Dobrze, że uczniowie ich nie widzą.
Leo rozejrzała się wokół i zaszokował ją fakt, jak pięknie wyglądał stary dom. Szeroki korytarz nie był już zastawiony gratami, ze ściany zdarto ponurą i wyblakłą tapetę, która szpeciła ściany, gdy Leo tutaj mieszkała, pomalowano ją na jasnomiodowy kolor i powieszono kilka dużych zdjęć krajobrazów. Przy jednej ze ścian dostrzegła wysoki stolik z ciemnego drewna, który wyglądał na stary, ale miał wyraziste słoje. A we wnęce, w której niegdyś stał zniszczony zamykany sekretarzyk, zarzucony starą zakurzoną korespondencją i podartymi kopertami, znajdowało się teraz wielkie okno, z którego widać było ogród. Stał tam również wygodny fotel i niski stolik z wazonem z morelowymi i herbacianymi różami, stanowiącymi źródło delikatnego zapachu, który poczuła.
Leo spojrzała na zdenerwowaną Ellie, która prawdopodobnie zastanawiała się, czy siostra nie odwróci się na pięcie i nie ucieknie.
- W porządku, Ellie. Nic mi nie jest. Naprawdę. To zdumiewające, nigdy bym nie powiedziała, że to ten sam dom. Uspokój się.
Ellie uśmiechnęła się z ulgą. Złapała Leo za rękę i wciągnęła ją do środka.
- To tylko początek - skoro podoba ci się korytarz, to z pewnością spodoba ci się również jadalnia i kuchnia. Jestem zachwycona tym miejscem. Ledwo co się do niego przyzwyczaiłam - czasami w ogóle zapominam, że to jest nasz dom. Wiesz, mało brakowało, a byśmy tego nie zrobili. Wydaje mi się, że Max chciał go sprzedać, ale przecież wiesz, że nie mogłabym tego zrobić. To miejsce ma ogromny potencjał, wypędziliśmy duchy przeszłości - i to dosłownie. Max tańczył wokół, krzycząc, żeby w imię siły wyższej wszystkie duchy poszły precz - oczywiście to niby on był tą siłą wyższą. Wiesz, jaki jest. Znalazł nawet jakąś arabską strofę, której wyśpiewanie ma rzekomo naprawić szkody wyrządzone przez czary, co zdaje się stosowne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zawsze nazywał naszą matkę Starą Wiedźmą. Śmiałam się tak głośno, że z pewnością nie został już tutaj ani jeden duch.
Leo doskonale wyobrażała sobie tę scenę. Max zawsze się wydurniał i potrafił każdego rozbawić.
Postawiła torbę u podnóża schodów, a Ellie pociągnęła ją w stronę pokojów, które ledwo co rozpoznawała. Nie widziała tutaj niczego, co przypominałoby o przeszłości, a chociaż nie było jej tutaj od tak dawna, doskonale pamiętała każdy centymetr kwadratowy tego miejsca.
- Niesamowite. Masz rację. To nie ten sam dom. - Zaczęła zapewniać siostrę, że to miejsce bardzo jej się podoba. Jednak jej słowa nie oddawały zdumienia wywołanego wprowadzonymi zmianami.
Pokój, w którym teraz stały, był całkowicie nowy pod każdym względem. O ile w ogóle można go nazwać "pokojem". Znajdowały się w atrium, które Leo widziała z podjazdu. Oczywiście pamiętała starą stodołę, nie przypominała sobie jednak, by często z niej korzystano, ponieważ wtedy nie było tutaj farmy. Teraz Ellie i Max stworzyli w atrium niesamowitą jadalnię z podłogą wyłożoną starymi kamiennymi płytami, łączącą stodołę z główną częścią budynku. Pochyły dach zrobiono ze starych dębowych belek i wielkich szklanych paneli pomiędzy nimi. Ciemne, ponure chmury ustąpiły miejsca ciepłym wieczornym promieniom słońca, które przez chwilę odbijały się od ścian. Leo wyobrażała sobie przyjęcia organizowane tutaj przez Ellie i Maxa.
Siostra musiała czytać w jej myślach.
- Zaprosiliśmy kilka osób na jutro na kolację, chcemy uczcić fakt, że wreszcie udało nam się skończyć dom. Mam zamiar ochrzcić to pomieszczenie.
Leo posmutniała. Ellie uwielbiała się bawić, ona jednak nie lubiła przebywać w dużym gronie, a perspektywa wielkiej imprezy napełniała ją niepokojem.
- Och, Ellie, przepraszam. Powinnam była uprzedzić o przyjeździe. Zawsze mogę wrócić jutro do domu albo zostać w pokoju podczas przyjęcia. Jak zapewne pamiętasz, jestem dobra w siedzeniu cicho!
Ellie uśmiechnęła się i wyglądała, jakby chciała przytulić siostrę. Leo zrobiła krok w tył i dostrzegła błysk rozczarowania w oczach siostry.
- Leo, nie bądź głuptasem. Nie ma szans, żebyśmy cię stąd teraz wypuścili, przecież dopiero co przyjechałaś. Zostań, jak długo chcesz. Mam mnóstwo jedzenia, poza tym przyjdzie też ciekawy człowiek. Nie żeby był dziwakiem, ale jest specyficzny. Całkiem miły, ale samotny, niedawno wprowadził się do domu obok. Jest policjantem, więc lepiej uważaj na to, co robisz - rzekła Ellie z uśmiechem. - Chodź. Kuchnia jest teraz tutaj, w starej stodole. A nad kuchnią moich marzeń znajduje się wymarzony pokój do słuchania muzyki Maxa. Ale jutro sam ci go pokaże.
Leo uchwyciła delikatny zapach cebuli i ulżyło jej, że to rzeczywiście ona była przyczyną łez Ellie. Odczuwała lekkie rozczarowanie, że przez weekend nie będzie miała dla siebie Maxa, Ellie i bliźniaków, ale może przyjęcie było lepszym sposobem na ponowne zaznajomienie się ze starym domem. Dawniej z pewnością nie zorganizowano w tym miejscu ani jednego przyjęcia.
***
Ale okropnie nie w porę, myślała Ellie. Tak długo czekała na to, by Leo przełamała barierę, która uniemożliwiała jej przyjazd tutaj podczas odnawiania domu. Teraz wreszcie się zjawiła - a Ellie pragnęła, żeby jak najszybciej wyjechała.
Kochała swą siostrę, ale straszne wspomnienia Leo z tego domu niemalże powstrzymały Ellie przed przeprowadzką tutaj. Niemal. Max też nie pałał szalonym entuzjazmem do tego pomysłu, chociaż jakoś go zaakceptował. Może po prostu było mu już wszystko jedno, gdzie mieszkali. Ostatecznie żadne z nich się jej nie przeciwstawiło. Wiedzieli, dlaczego to miało dla niej takie ogromne znaczenie, chociaż uważali, że to mrzonka.
Otworzyła szafkę, wyjęła kilka serwetek i wyłożyła sztućce na tacę. Mogli zjeść kolację w salonie - byle dalej od kuchni i wspomnień o wcześniejszej rozmowie telefonicznej. Otworzy butelkę dobrego wina. Po raz pierwszy w dorosłym życiu Ellie czuła, że nie musi martwić się o pieniądze, a mimo to życie wcale nie zdawało się lepsze, tylko o wiele gorsze.
Nowy status materialny zawdzięczali jej matce. Gdyby nie było to takie smutne, z pewnością bawiłaby ją ta sytuacja. Od czasu zniknięcia ich ojca wiele lat temu matka twierdziła, że jest biedna, jednak po jej śmierci Ellie odziedziczyła nie tylko dom, lecz także pokaźną sumę, jaką matka musiała odkładać przez Bóg wie jak długi czas. Ale Leo nie zostawiła ani grosza.
Ellie przywołała się do porządku. Leo mogła zejść na dół w każdej chwili, musiała się ogarnąć. Bliźniaki oszalały ze szczęścia na widok cioci, Ellie wiedziała, że z pewnością zmusiły ją do opowiadania jakichś historii. Przy dzieciach Leo przestawała być taka cyniczna i sztywna, dzisiaj jednak Ellie nie mogła na to patrzeć. Rozkleiłaby się i trudno by jej było to wyjaśnić.
Otworzyła drzwi lodówki i zaczęła wyjmować jedzenie na kolację. Mogli zjeść pasztet, chociaż jeszcze nie ostygł do końca, na lunch zrobiła też hummus dla bliźniaków. Trochę zostało.
Jej myśli krążyły gdzie indziej.
Stała, wpatrując się w zawartość lodówki, zimne powietrze chłodziło jej policzki, ale wcale nie widziała jedzenia na półkach. Teraz nikt nie mógł widzieć tego, co robiła w kuchni, doskonale jednak wyczuwała jego obecność, czaił się na zewnątrz w zapadającym mroku. Wpatrywał się w zamknięte żaluzje i była pewna, że gdyby nagle je otworzyła, zobaczyłaby zniekształcone rysy twarzy przyciśniętej do szyby. Spojrzała przez ramię, niemal spodziewając się, że czyhał na nią gdzieś w jakimś ciemnym kącie.
Ogarnij się. Spróbowała ponownie się skupić i przejrzeć zawartość lodówki. Ser. Mieli całe tony sera, kupionego na jutrzejszą imprezę. Mogli trochę zjeść, a jutro dokupi w delikatesach w miasteczku.
Ellie odkrywała naczynia, rozwijała ser i analizowała swoje trudne położenie. Dlaczego nie potrafił zaakceptować faktu, że to już koniec? Teraz pragnęła jedynie pozbyć się go ze swojego życia.
Wiedziała, że gdyby poprosiła Leo o pomoc, z pewnością by ją uzyskała. Ale przez dwadzieścia kilka lat to Leo miała świadomość, że może polegać na siostrze, była jedyną osobą, której całkowicie ufała. Ellie nie mogła więc rozwiać jej ostatnich złudzeń.
Wyłożyła resztę jedzenia na tacę, jeszcze raz zerknęła nerwowo na zamknięte żaluzje i wyłączyła światło. Zmusiła się do uśmiechu i poszła szukać Leo.