Banzai!
Od 1942 roku groźne i alarmujące wieści napływały z Pacyfiku i Azji
Południowo-Wschodniej do Waszyngtonu, Londynu i Moskwy. Ich lawinę
zapoczątkowała "czarna niedziela" na Hawajach - zaskakujące uderzenie
Japonii na bazę amerykańskiej Floty Pacyfiku w Pearl Harbor. W ciągu
kilku godzin lotniczego ataku japońska marynarka cesarska zdruzgotała
główny trzon sił morskich USA i zapewniła sobie przewagę na wodach
Oceanu Spokojnego. Podstępny i zuchwały plan admirała Yamamoto powiódł
się i choć lotniskowce amerykańskie uniknęły ciosu, wypływając wcześniej
z Pearl Harbor, wraki zatopionych w bazie pancerników zapewniły
sztabowcom japońskim swobodę działań zaczepnych.
Siódmego grudnia 1941 roku Japonia podniosła nową kurtynę II wojny
światowej. Jak od uderzenia pioruna zapłonęły wielkie i nieogarnięte
dotąd walką obszary globu ziemskiego, stając się areną śmiertelnych
zmagań. Kwatera Główna w Tokio rozpoczęła nowy etap podbojów, wielką grę
o utworzenie potężnego imperium w Azji pod flagą Wschodzącego Słońca
Nipponu.
Pierwszy miesiąc wojny na Dalekim Wschodzie potwierdził hipotezę
generałów cesarza Hirohito, opartą również na zebranych informacjach
głębokiego wywiadu. Ani Stany Zjednoczone, ani osłabiona wielomiesięczną
walką Wielka Brytania, nie mówiąc już o podbitej przez Niemców Holandii,
nie były przygotowane do skutecznej obrony zamorskich terytoriów. Grad
nokautujących ciosów spadł na oddziały wojsk amerykańskich, brytyjskich,
australijskich, hinduskich, holenderskich, filipińskich i nowozelandzkich. Ich garnizony były rozproszone na wielkich, odległych
od siebie setki kilometrów, obszarach. Dowództwo japońskie wybierało
kierunki ataku, silnymi uderzeniami druzgotało zdezorientowaną obronę.
W trzy dni po wydarzeniach w Pearl Harbor lotnictwo japońskie zatopiło w Zatoce Syjamskiej dwa potężne pancerniki brytyjskie "Prince of Wales" i "Repulse". Rozpoczęła się seria udanych akcji japońskiej marynarki,
lotnictwa i piechoty. Fala błyskawicznych sukcesów, którym towarzyszył
zwycięski okrzyk "banzai", zaskoczyła nawet Radę Cesarską w Tokio.
Desanty cesarskich żołnierzy wylądowały w Hongkongu, na Borneo, Celebes,
Timorze, Nowej Gwinei. Ich duża odporność fizyczna i psychiczna,
zdyscyplinowanie oraz świetne wyszkolenie wojskowe zdawały egzamin w trudnych warunkach walki. Dywizje japońskie przedzierały się przez
tropikalne dżungle Półwyspu Malajskiego, prąc od północy na "niezdobytą"
twierdzę brytyjską Singapur. Dwudziestego trzeciego grudnia padła
broniona przez Amerykanów wyspa Wake, leżąca bliżej Hawajów niż Japonii.
W tydzień później generał Mac Arthur wycofał się na Filipinach do
ostatniej reduty obrony na półwyspie Bataan. Nie mógł oczekiwać żadnej
pomocy, a depesza prezydenta Roosevelta z wyrazami uznania dla męstwa
amerykańskich i filipińskich żołnierzy miała posmak kondolencji. Wzięte
do niewoli oddziały alianckich żołnierzy, więzione w okropnych
warunkach, dziesiątkowała przymusowa praca, głód i choroby. Z opornymi
rozprawiały się krótko japońskie sądy doraźne, a samurajski miecz gładko
wyskakiwał z pochwy.
Strach i przerażenie poprzedzały kolejne sukcesy żołnierzy Nipponu. W Australii pojawiły się plakaty wzywające do obrony. Wykrzywiona grymasem
okrucieństwa twarz skośnookiego żołnierza, z umieszczonym obok szerokim
bagnetem japońskim, alarmowała wszystkich od Melbourne po Port Darwin i Perth. Na zachodnim wybrzeżu USA taniały mieszkania i parcele. Oficjalne
komunikaty poprzedzane były przez fantastyczne pogłoski.
W tym czasie na froncie europejskim nastąpił pierwszy wielki przełom.
Armia hitlerowska poniosła klęskę pod Moskwą. W Afryce Północnej wojska
włosko-niemieckie zmuszone zostały do odwrotu. Tylko Japonia, trzeci
partner faszystowskiej "osi", odnosiła sukces za sukcesem. W tych
dramatycznych dniach poprzedzających nadejście 1942 roku na wielkim
obszarze zmagań od Alaski po Australię i Indie nic nie wróżyło zmiany
sytuacji militarnej. Pierwsza runda należała do idących za ciosem
Japończyków.
Komunikaty z Filipin przynosiły coraz gorsze wieści. Społeczeństwo
amerykańskie było zaniepokojone w najwyższym stopniu. Z niecierpliwą
nadzieją oczekiwano pierwszego sukcesu, odwetu potężnej Ameryki za
dotychczasowe niepowodzenia.
Ale w tej fazie wojny było to jeszcze niemożliwe i każdy następny dzień
nie był lepszy od poprzedniego. W obliczu groźnych wydarzeń na Pacyfiku
wypowiedzenie wojny Stanom Zjednoczonym w dniu 11 grudnia 1941 roku
przez Niemcy i Włochy przeszło wówczas bez większego echa.
Pomyślcie o rewanżu
Ulice Waszyngtonu i kolorowe wystawy sklepów przypominały o nadchodzących już za trzy dni świętach Bożego Narodzenia. Mimo powagi
sytuacji - coraz więcej mężczyzn przywdziewało mundury wojskowe - ludzie
nie zamierzali rezygnować z tradycyjnego świątecznego indyka.
Dzień był chłodny i oficer policji strzegący bramy wjazdowej do Białego
Domu schronił się w budce wartowniczej. Na widok skręcającego samochodu
wyszedł, zatrzymując kierowcę podniesieniem ręki. W głębi wozu siedziało
dwóch mężczyzn w wojskowych mundurach. Strażnik zerknął i poznał ich
natychmiast. Jednym z nich był generał George Marshall - szef Sztabu
Generalnego amerykańskich sił zbrojnych, stały gość prezydenta od
wybuchu wojny z Japonią z racji składanych mu codziennie raportów. Obok
niego siedział generał Henry Arnold - dowódca lotnictwa wojsk lądowych.
Samochód wjechał na ogrodzony teren przylegający do Białego Domu. W chwilę później po przywitaniu się z innymi zaproszonymi gośćmi obaj
generałowie zostali wprowadzeni do gabinetu prezydenta. Roosevelt
przywitał ich uściskiem dłoni. Siedział w fotelu, w pobliżu okna stał
jego inwalidzki wózek. Gospodarz Białego Domu uśmiechał się, ale jego
oczy patrzące zza szkieł okularów były zmęczone. Wśród uczestników
spotkania byli niemal wszyscy, których głos liczył się w tych trudnych
dla Stanów Zjednoczonych dniach. Był osobisty doradca i prawa ręka
prezydenta Harry Hopkins. Obok niego usiadł Henry Stimson - sekretarz
obrony. Kolejne miejsce zajął otyły i jowialny Frank Knox - sekretarz
stanu do spraw marynarki wojennej. Siły morskie reprezentowali również
naczelny dowódca marynarki wojennej admirał Ernest King i jego bliski
współpracownik admirał Harold Stark.
Prezydent Roosevelt poinformował zwięźle zebranych, że jutro przybywa do
Waszyngtonu premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill na zapowiedzianą
ważną konferencję sojuszniczą pod kryptonimem "Arcadia". Towarzyszyć mu
będzie grupa najwyższych brytyjskich dowódców wojskowych. Na konferencji
tej omówione zostaną kluczowe problemy strategiczne wojny i strona
amerykańska musi być dobrze przygotowana do dyskusji.
Po tych słowach coś na kształt uśmiechu pojawiło się na skupionej twarzy
generała Marshalla, zabiegającego o utworzenie systemu jednolitego
dowodzenia z brytyjskim sojusznikiem. Na życzenie prezydenta generał
Marshall zreferował aktualną sytuację wojenną w Europie i Afryce
Północnej. Dłużej zatrzymano się nad wydarzeniami na Pacyfiku. Roosevelt
interesował się obecną i zaplanowaną rozbudową amerykańskich sił
morskich i powietrznych. Po chwili przeszedł do sprawy, która zaskoczyła
obecnych.
- Zaprosiłem was dzisiaj - głos Roosevelta zdradzał podniecenie -
również w tym celu, żebyście w jak najkrótszym czasie rozważyli
możliwość bombardowania Wysp Japońskich. Pragnę, by stało się to szybko
i by zrobiono w tym celu wszystko, co leży w naszej mocy. Musimy
odbudować nadwątlone morale naszego narodu i odzyskać twarz w opinii
naszych aliantów. Czy już coś zostało zrobione z myślą o nalotach
bombowych?
Zapanowała cisza, twarze gości Białego Domu wyrażały konsternację i zakłopotanie.
To, czego zażądał prezydent, było obecnie rzeczą niemożliwą. Japonia
leżała poza zasięgiem lądowego lotnictwa amerykańskiego. Nie atak, lecz
skuteczna obrona przed seryjnymi uderzeniami wroga były nakazem chwili.
Cień szansy, niemal równej zeru, stwarzała akcja lotnictwa morskiego z pokładu lotniskowców. Ale każdy z obecnych wykluczał w duchu tę myśl.
Byłby to akt samobójczy, niemal pewna zagłada reszty Floty Pacyfiku.
Krótki zasięg lotu jednosilnikowych samolotów, pomijając już mały udźwig
bomb, wymagałby podpłynięcia lotniskowców na bardzo bliską odległość od
celu ataku, tak jak to zrobili Japończycy, ale Pearl Harbor w wydaniu
amerykańskim nie mogło się udać. Z pewnością nawet odległe od wysp
akweny morskie były dozorowane przez okręty i lotnictwo
nieprzyjacielskie - takie myśli chaotycznie przebiegały w głowach
większości zebranych. Głos zabrał generał Marshall. Odpowiadając
dyplomatycznie na pytanie prezydenta, poinformował zebranych o działalności amerykańskiego doradcy do spraw lotnictwa przy rządzie
Czang Kaj-szeka pułkownika Claire'a Chennaulta i przerzucenia do Chin
kolejnej ochotniczej grupy lotników. Dalsze dostawy w ramach lend-lease,
a w szczególności samolotów wraz z personelem lotniczym, stwarzały w przyszłości realne możliwości rajdów bombowych na Japonię.
Prezydent skinął głową niecierpliwie i znów zapanowała chwila ciszy. To,
o czym mówił trzeźwo myślący Marshall, było melodią odległej
przyszłości, zwłaszcza wobec konieczności wzmocnienia obrony innych,
bardziej zagrożonych kierunków. Roosevelt zdawał sobie również sprawę,
że ewentualna możliwość ataków lotnictwa amerykańskiego z najbliższych
wybrzeżom Japonii dalekowschodnich baz radzieckich nie była realna.
Związek Radziecki nie był w tym czasie w stanie wojny z Tokio, cały
wysiłek zbrojny angażując w walce z hitlerowskimi armiami na
najważniejszym froncie.
Żegnając zaproszonych prezydent Roosevelt ponownie, z naciskiem,
podkreślił swoje życzenie, aby jak najszybciej zacząć bombardować
terytorium wroga.
Po powrocie z Białego Domu generałowie Marshall i Arnold oraz admirał
King natychmiast zlecili swoim sztabom opracowanie planów ataków
lotniczych na Wyspy Japońskie.
W ścisłej tajemnicy
Dziesiątego stycznia 1942 roku w czasie trwania konferencji "Arcadia"
prezydent znów indagował Marshalla, Kinga i Arnolda w sprawie
przeniesienia wojny lotniczej na terytorium Japonii. Ale żaden z nich
nie mógł przedstawić konkretnego planu. Odpowiedź, że sztabowcy pracują
nad tym zagadnieniem intensywnie, nie zadowoliła Roosevelta.
Po całodziennych naradach z partnerami brytyjskimi admirał King powrócił
do zacisznej kabiny jachtu "Vixen", służącego mu w Waszyngtonie jako
okręt flagowy. Tu wraz z wybranymi, nielicznymi członkami swego sztabu
pracował w spokoju do późnej nocy.
Komandor Francis Low zastanawiał się chwilę, po czym zapukał do
admiralskiej kabiny. Miał tremę, choć nie pierwszy dzień pracował w sztabie naczelnego dowódcy marynarki wojennej na stanowisku oficera
operacyjnego. Pomysł, który chciał przedstawić swemu przełożonemu, nie
odnosił się do jego specjalności - okrętów podwodnych, dotyczył
natomiast polecenia, które wydał King wszystkim oficerom sztabu. Low
wiedział, że admirał nie jest chodzącą słodyczą. Cieszył się wprawdzie
szacunkiem swego personelu, ale oschły stosunek do otoczenia nie
zjednywał mu powszechnej sympatii.
- Proszę wejść - usłyszał.
Gdy wszedł, King podniósł głowę znad papierów.
- Co powiesz, Low?
- Panie admirale - Francis z miejsca postanowił wyłożyć karty - mam
pewien pomysł dotyczący bombardowania Japonii i chciałbym go z panem
omówić.
King nie ukrywał zainteresowania. Ponaglał przecież w tej sprawie
pracowników swego sztabu. Zachęcony Low kontynuował:
- Byłem dziś w Norfolk na inspekcji naszego nowego lotniskowca "Hornet"
i zobaczyłem coś, co dało mi wiele do myślenia. Przed odlotem z tamtejszego lotniska przyglądałem się treningowym lotom naszych
samolotów. Startowały z wymalowanych na ziemi konturów pokładu
lotniskowca.
Zniecierpliwiony King wycedził złośliwie:
- Zdaje mi się, że gdzieś już o tym słyszałem. Nie rozumiem, o co ci
chodzi.
Niezrażony Low kontynuował swój wywód:
- Zaraz po nich te same kontury posłużyły jako cel szkoleniowego ataku
dwusilnikowych bombowców z lotnictwa lądowego. Nieprzyjaciel wie, że
zasięg lotu samolotów bazujących na lotniskowcach wynosi około pięciuset
kilometrów. Przyszło mi więc na myśl użycie bombowców lądowych średniego
zasięgu, mogących pokonać o wiele dłuższy dystans. Może w grę wchodziłby
B-25 lub B-26, gdyby mogły wystartować z krótkiego pokładu okrętu. Jeśli
okazałoby się to możliwe, kilka z nich załadowanych na lotniskowiec
można by przewieźć na odpowiedni dystans i użyć do bombardowania celów w Japonii. Polecił nam pan, byśmy o tym myśleli... i gdyby coś takiego się
udało, można by zaskoczyć tych cholernych samurajów.
Low zamilkł, sądząc, że przedłużająca się cisza wróży odmowę i krótką
odprawę. Francis mylił się jednak w swym przypuszczaniu.
- Low, coś w tym jest, o czym mówisz. Porozmawiaj o tym rano z Duncanem
- usłyszał odpowiedź, której się nie spodziewał.
- Tak jest - odparł zadowolony Francis i ruszył do wyjścia. Admirał
zatrzymał go na chwilę w połowie drogi.
- Bardzo cię proszę, Low, nie wtajemniczaj w te sprawy osób
niepowołanych.
Po powrocie do swej kabiny Low zatelefonował natychmiast do mieszkania
komandora Donalda Duncana. Obaj pracowali w sztabie Kinga. Duncan
uchodził za zdolnego oficera, znającego się na sprawach lotnictwa
morskiego operującego z lotniskowców. Umówili się na dzień następny.
Zjawili się punktualnie. Low zapoznał go ze swym pomysłem i dzień ten
należy uznać za narodziny koncepcji nazywanej później przez nieliczną
grupę wtajemniczonych "Specjalną Operacją Powietrzną Nr 1". Duncan
zapalił się do projektu, z zainteresowaniem słuchał tego, co mówił Low.
- Potrzebna jest odpowiedź na dwa zasadnicze pytania - mówił Low. - Czy
taki dwusilnikowy bombowiec armijny może wystartować obciążony ciężarem
paliwa i bomb z krótkiego rozbiegu z pokładu lotniskowca? Czy może
wylądować na nim po wykonaniu zadania? Odpowiedź twierdząca na jedno lub
obydwa pytania stwarza dwa różne warianty operacji.
- Frank - przerwał Duncan - nie ma tu żadnych hamletowskich pytań. Moja
odpowiedź na pytanie drugie jest absolutnie negatywna. Pokład
lotniskowca jest za krótki, by dwusilnikowy bombowiec typu B-25 lub B-26
mógł wylądować na nim bezpiecznie. Te ciężkie maszyny siadają na trzech
kołach przy dużej szybkości. Nie wytraci się jej, tak jak w wypadku
lotnictwa morskiego, za pomocą liny hamującej, gdyż ogon bombowca
usytuowany jest zbyt wysoko. Poza tym ma za słabą konstrukcję i każda
próba wyhamowania dobiegu przy pomocy pokładowej liny skończyłaby się
murowaną kraksą.
- A jaka jest twoja odpowiedź na pytanie pierwsze?
Duncan uśmiechnął się.
- To wymaga obliczeń. Zabiorę się natychmiast do roboty i jak skończę,
dam ci znać. Frank, jedno jest pewne: nigdy dotąd w historii lotnictwa
żaden bombowiec lądowy nie wystartował z pokładu lotniskowca i teoretycznie jest to, jak dotychczas, w stu w procentach niemożliwe. Jak
będziesz miał okazję, zapytaj o to kolegów z marynarki angielskiej lub
admirała Yamamoto - zażartował.
Komandor Duncan zamknął się na pięć dni w swoim służbowym pokoju.
Pracował solidnie, zasięgając opinii na temat parametrów technicznych i "narowów", szczególnie bombowców B-25 lub B-26. Przestudiował
dokumentację US Navy dotyczącą zbudowanych lotniskowców. Gdy piątego
dnia umówił się z Lowem, wyciągnął z teczki trzydziestostronicowe
opracowanie analityczne upstrzone wyliczeniami i rysunkami. Napisane
było ręcznie. Duncan nie dał go do przepisania na maszynie, chcąc
zachować absolutną tajemnicę.
- Sprawdziłem i wyliczyłem wszystko, co było możliwe - oznajmił koledze
- a to, co tu napisałem, warte jest doktoratu. Jest tylko jeden samolot,
który po odpowiednich przeróbkach może spełnić niezbędne warunki. Znasz
go. To B-25 Mitchell, produkowany w zakładach North American.
Czterosilnikowe bombowce w ogóle nie wchodzą w grę z powodu swego
ciężaru i rozpiętości skrzydeł. Brałem również pod uwagę inny typ, B-26
Marauder, ale ten z kolei ma zbyt długi rozbieg. Pozostaje więc tylko
B-25. Po zainstalowaniu dodatkowych zbiorników paliwa mógłby przelecieć
jakieś trzy lub trzy tysiące pięćset kilometrów z jednotonowym ładunkiem
bomb, oczywiście w sprzyjających warunkach meteorologicznych, o czym
bezwzględnie należy pamiętać. Normalnie startuje on z rozbiegu długości
około czterystu metrów. Gdyby zmniejszyć nieco ciężar własny bombowca,
można by skrócić jego start do niewiele ponad sto pięćdziesiąt metrów,
przy czołowym wietrze w skali czterdziestu pięciu kilometrów na godzinę
z dodatkową wartością uzyskaną dzięki maksymalnej szybkości płynącego
okrętu. Skrócony start, jak wynika z analizy, będzie trudny, ale
możliwy. Warunek podstawowy to odpowiedni trening załóg. Spodziewam się,
że nasi chłopcy staną na wysokości zadania.
Zadowolony Low kiwał potakująco głową. Pomysł, którego był inicjatorem,
obrastał w pióra, choć na razie jeszcze na papierze.
- Frank, znasz lotniskowiec "Hornet" zwodowany niedawno w stoczni
Norfolk. Jak wiesz, wypłynął obecnie w próbny rejs na Atlantyk. W lutym
mógłby przepłynąć na Pacyfik. To jest właśnie ten okręt, który nam jest
potrzebny. Na jego pokładzie zmieści się szesnaście maszyn B-25.
"Hornet" może rozwijać szybkość dwudziestu pięciu węzłów, a kto wie, czy
nie więcej? Potrzebna mu jest asysta drugiego lotniskowca, który
zapewniłby mu osłonę lotniczą. Gdyby operacja doszła do skutku, nie
obejdzie się również bez eskorty krążowników i niszczycieli. Z rzutu oka
na mapę wynika bez żadnych obliczeń, że w takiej karawanie muszą znaleźć
się tankowce, by okręty wojenne miały się z czego napić. Podwiezione
Mitchelle mogą wystartować z odległości około 500 mil od wybrzeży
japońskich. Po dokonanym nalocie wylądują w Chinach, a okręty wrócą do
bazy. Oczywiście do tego wszystkiego potrzebne jest szczęście. Sam
dobrze wiesz, Frank, jak cholernie dużo szczęścia. Cała impreza polega
na zaskoczeniu.
Low zadzwonił do admirała. Ten był u siebie i chciał ich natychmiast
zobaczyć. King gorączkowo wertował kartki z analizami Duncana. Obaj
komandorzy tkwili przed nim wyczekująco. Admirał, po przeczytaniu do
końca materiału, powiedział z zadowoleniem:
- Porozumcie się z generałem Arnoldem i jeśli wyrazi zgodę na wasz
projekt, poproście go, by skontaktował się ze mną. Ale wobec innych
obowiązuje was ścisła tajemnica.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki