Tokio. Godzina 12.30 - Adam Zarzycki

Kup ebooka

10.40 zł
8.63 zł (8,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Banzai!

Od 1942 roku groźne i alar­mu­jące wie­ści napły­wały z Pacy­fiku i Azji Połu­dniowo-Wschod­niej do Waszyng­tonu, Lon­dynu i Moskwy. Ich lawinę zapo­cząt­ko­wała "czarna nie­dziela" na Hawa­jach - zaska­ku­jące ude­rze­nie Japo­nii na bazę ame­ry­kań­skiej Floty Pacy­fiku w Pearl Har­bor. W ciągu kilku godzin lot­ni­czego ataku japoń­ska mary­narka cesar­ska zdru­zgo­tała główny trzon sił mor­skich USA i zapew­niła sobie prze­wagę na wodach Oce­anu Spo­koj­nego. Pod­stępny i zuchwały plan admi­rała Yama­moto powiódł się i choć lot­ni­skowce ame­ry­kań­skie unik­nęły ciosu, wypły­wa­jąc wcze­śniej z Pearl Har­bor, wraki zato­pio­nych w bazie pan­cer­ni­ków zapew­niły szta­bow­com japoń­skim swo­bodę dzia­łań zaczep­nych.

Siód­mego grud­nia 1941 roku Japo­nia pod­nio­sła nową kur­tynę II wojny świa­to­wej. Jak od ude­rze­nia pio­runa zapło­nęły wiel­kie i nie­ogar­nięte dotąd walką obszary globu ziem­skiego, sta­jąc się areną śmier­tel­nych zma­gań. Kwa­tera Główna w Tokio roz­po­częła nowy etap pod­bo­jów, wielką grę o utwo­rze­nie potęż­nego impe­rium w Azji pod flagą Wscho­dzą­cego Słońca Nip­ponu.

Pierw­szy mie­siąc wojny na Dale­kim Wscho­dzie potwier­dził hipo­tezę gene­ra­łów cesa­rza Hiro­hito, opartą rów­nież na zebra­nych infor­ma­cjach głę­bo­kiego wywiadu. Ani Stany Zjed­no­czone, ani osła­biona wie­lo­mie­sięczną walką Wielka Bry­ta­nia, nie mówiąc już o pod­bi­tej przez Niem­ców Holan­dii, nie były przy­go­to­wane do sku­tecz­nej obrony zamor­skich tery­to­riów. Grad nokau­tu­ją­cych cio­sów spadł na oddziały wojsk ame­ry­kań­skich, bry­tyj­skich, austra­lij­skich, hin­du­skich, holen­der­skich, fili­piń­skich i nowo­ze­landz­kich. Ich gar­ni­zony były roz­pro­szone na wiel­kich, odle­głych od sie­bie setki kilo­me­trów, obsza­rach. Dowódz­two japoń­skie wybie­rało kie­runki ataku, sil­nymi ude­rze­niami dru­zgo­tało zdez­o­rien­to­waną obronę.

W trzy dni po wyda­rze­niach w Pearl Har­bor lot­nic­two japoń­skie zato­piło w Zatoce Syjam­skiej dwa potężne pan­cer­niki bry­tyj­skie "Prince of Wales" i "Repulse". Roz­po­częła się seria uda­nych akcji japoń­skiej mary­narki, lot­nic­twa i pie­choty. Fala bły­ska­wicz­nych suk­ce­sów, któ­rym towa­rzy­szył zwy­cię­ski okrzyk "ban­zai", zasko­czyła nawet Radę Cesar­ską w Tokio. Desanty cesar­skich żoł­nie­rzy wylą­do­wały w Hong­kongu, na Bor­neo, Cele­bes, Timo­rze, Nowej Gwi­nei. Ich duża odpor­ność fizyczna i psy­chiczna, zdy­scy­pli­no­wa­nie oraz świetne wyszko­le­nie woj­skowe zda­wały egza­min w trud­nych warun­kach walki. Dywi­zje japoń­skie prze­dzie­rały się przez tro­pi­kalne dżun­gle Pół­wy­spu Malaj­skiego, prąc od pół­nocy na "nie­zdo­bytą" twier­dzę bry­tyj­ską Sin­ga­pur. Dwu­dzie­stego trze­ciego grud­nia padła bro­niona przez Ame­ry­ka­nów wyspa Wake, leżąca bli­żej Hawa­jów niż Japo­nii. W tydzień póź­niej gene­rał Mac Arthur wyco­fał się na Fili­pi­nach do ostat­niej reduty obrony na pół­wy­spie Bataan. Nie mógł ocze­ki­wać żad­nej pomocy, a depe­sza pre­zy­denta Roose­velta z wyra­zami uzna­nia dla męstwa ame­ry­kań­skich i fili­piń­skich żoł­nie­rzy miała posmak kon­do­len­cji. Wzięte do nie­woli oddziały alianc­kich żoł­nie­rzy, wię­zione w okrop­nych warun­kach, dzie­siąt­ko­wała przy­mu­sowa praca, głód i cho­roby. Z opor­nymi roz­pra­wiały się krótko japoń­skie sądy doraźne, a samu­raj­ski miecz gładko wyska­ki­wał z pochwy.

Strach i prze­ra­że­nie poprze­dzały kolejne suk­cesy żoł­nie­rzy Nip­ponu. W Austra­lii poja­wiły się pla­katy wzy­wa­jące do obrony. Wykrzy­wiona gry­ma­sem okru­cień­stwa twarz sko­śno­okiego żoł­nie­rza, z umiesz­czo­nym obok sze­ro­kim bagne­tem japoń­skim, alar­mo­wała wszyst­kich od Mel­bo­urne po Port Dar­win i Perth. Na zachod­nim wybrzeżu USA taniały miesz­ka­nia i par­cele. Ofi­cjalne komu­ni­katy poprze­dzane były przez fan­ta­styczne pogło­ski.

W tym cza­sie na fron­cie euro­pej­skim nastą­pił pierw­szy wielki prze­łom. Armia hitle­row­ska ponio­sła klę­skę pod Moskwą. W Afryce Pół­noc­nej woj­ska wło­sko-nie­miec­kie zmu­szone zostały do odwrotu. Tylko Japo­nia, trzeci part­ner faszy­stow­skiej "osi", odno­siła suk­ces za suk­cesem. W tych dra­ma­tycz­nych dniach poprze­dza­ją­cych nadej­ście 1942 roku na wiel­kim obsza­rze zma­gań od Ala­ski po Austra­lię i Indie nic nie wró­żyło zmiany sytu­acji mili­tar­nej. Pierw­sza runda nale­żała do idą­cych za cio­sem Japoń­czy­ków.

Komu­ni­katy z Fili­pin przy­no­siły coraz gor­sze wie­ści. Spo­łe­czeń­stwo ame­ry­kań­skie było zanie­po­ko­jone w naj­wyż­szym stop­niu. Z nie­cier­pliwą nadzieją ocze­ki­wano pierw­szego suk­cesu, odwetu potęż­nej Ame­ryki za dotych­cza­sowe nie­po­wo­dze­nia.

Ale w tej fazie wojny było to jesz­cze nie­moż­liwe i każdy następny dzień nie był lep­szy od poprzed­niego. W obli­czu groź­nych wyda­rzeń na Pacy­fiku wypo­wie­dze­nie wojny Sta­nom Zjed­no­czo­nym w dniu 11 grud­nia 1941 roku przez Niemcy i Wło­chy prze­szło wów­czas bez więk­szego echa.

Pomyślcie o rewanżu

Ulice Waszyng­tonu i kolo­rowe wystawy skle­pów przy­po­mi­nały o nad­cho­dzą­cych już za trzy dni świę­tach Bożego Naro­dze­nia. Mimo powagi sytu­acji - coraz wię­cej męż­czyzn przy­wdzie­wało mun­dury woj­skowe - ludzie nie zamie­rzali rezy­gno­wać z tra­dy­cyj­nego świą­tecz­nego indyka.

Dzień był chłodny i ofi­cer poli­cji strze­gący bramy wjaz­do­wej do Bia­łego Domu schro­nił się w budce war­tow­ni­czej. Na widok skrę­ca­ją­cego samo­chodu wyszedł, zatrzy­mu­jąc kie­rowcę pod­nie­sie­niem ręki. W głębi wozu sie­działo dwóch męż­czyzn w woj­sko­wych mun­du­rach. Straż­nik zer­k­nął i poznał ich natych­miast. Jed­nym z nich był gene­rał Geo­rge Mar­shall - szef Sztabu Gene­ral­nego ame­ry­kań­skich sił zbroj­nych, stały gość pre­zy­denta od wybu­chu wojny z Japo­nią z racji skła­da­nych mu codzien­nie rapor­tów. Obok niego sie­dział gene­rał Henry Arnold - dowódca lot­nic­twa wojsk lądo­wych. Samo­chód wje­chał na ogro­dzony teren przy­le­ga­jący do Bia­łego Domu. W chwilę póź­niej po przy­wi­ta­niu się z innymi zapro­szo­nymi gośćmi obaj gene­rałowie zostali wpro­wa­dzeni do gabi­netu pre­zy­denta. Roose­velt przy­wi­tał ich uści­skiem dłoni. Sie­dział w fotelu, w pobliżu okna stał jego inwa­lidzki wózek. Gospo­darz Bia­łego Domu uśmie­chał się, ale jego oczy patrzące zza szkieł oku­la­rów były zmę­czone. Wśród uczest­ni­ków spo­tka­nia byli nie­mal wszy­scy, któ­rych głos liczył się w tych trud­nych dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych dniach. Był oso­bi­sty doradca i prawa ręka pre­zy­denta Harry Hop­kins. Obok niego usiadł Henry Stim­son - sekre­tarz obrony. Kolejne miej­sce zajął otyły i jowialny Frank Knox - sekre­tarz stanu do spraw mary­narki wojen­nej. Siły mor­skie repre­zen­to­wali rów­nież naczelny dowódca mary­narki wojen­nej admi­rał Ernest King i jego bli­ski współ­pra­cow­nik admi­rał Harold Stark.

Pre­zy­dent Roose­velt poin­for­mo­wał zwięźle zebra­nych, że jutro przy­bywa do Waszyng­tonu pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii Win­ston Chur­chill na zapo­wie­dzianą ważną kon­fe­ren­cję sojusz­ni­czą pod kryp­to­ni­mem "Arca­dia". Towa­rzy­szyć mu będzie grupa naj­wyż­szych bry­tyj­skich dowód­ców woj­sko­wych. Na kon­fe­ren­cji tej omó­wione zostaną klu­czowe pro­blemy stra­te­giczne wojny i strona ame­ry­kań­ska musi być dobrze przy­go­to­wana do dys­ku­sji.

Po tych sło­wach coś na kształt uśmie­chu poja­wiło się na sku­pio­nej twa­rzy gene­rała Mar­shalla, zabie­ga­ją­cego o utwo­rze­nie sys­temu jed­no­li­tego dowo­dze­nia z bry­tyj­skim sojusz­ni­kiem. Na życze­nie pre­zy­denta gene­rał Mar­shall zre­fe­ro­wał aktu­alną sytu­ację wojenną w Euro­pie i Afryce Pół­noc­nej. Dłu­żej zatrzy­mano się nad wyda­rze­niami na Pacy­fiku. Roose­velt inte­re­so­wał się obecną i zapla­no­waną roz­bu­dową ame­ry­kań­skich sił mor­skich i powietrz­nych. Po chwili prze­szedł do sprawy, która zasko­czyła obec­nych.

- Zapro­si­łem was dzi­siaj - głos Roose­velta zdra­dzał pod­nie­ce­nie - rów­nież w tym celu, żeby­ście w jak naj­krót­szym cza­sie roz­wa­żyli moż­li­wość bom­bar­do­wa­nia Wysp Japoń­skich. Pra­gnę, by stało się to szybko i by zro­biono w tym celu wszystko, co leży w naszej mocy. Musimy odbu­do­wać nad­wą­tlone morale naszego narodu i odzy­skać twarz w opi­nii naszych alian­tów. Czy już coś zostało zro­bione z myślą o nalo­tach bom­bo­wych?

Zapa­no­wała cisza, twa­rze gości Bia­łego Domu wyra­żały kon­ster­na­cję i zakło­po­ta­nie.

To, czego zażą­dał pre­zy­dent, było obec­nie rze­czą nie­moż­liwą. Japo­nia leżała poza zasię­giem lądo­wego lot­nic­twa ame­ry­kań­skiego. Nie atak, lecz sku­teczna obrona przed seryj­nymi ude­rze­niami wroga były naka­zem chwili. Cień szansy, nie­mal rów­nej zeru, stwa­rzała akcja lot­nic­twa mor­skiego z pokładu lot­ni­skow­ców. Ale każdy z obec­nych wyklu­czał w duchu tę myśl. Byłby to akt samo­bój­czy, nie­mal pewna zagłada reszty Floty Pacy­fiku. Krótki zasięg lotu jed­no­sil­ni­ko­wych samo­lo­tów, pomi­ja­jąc już mały udźwig bomb, wyma­gałby pod­pły­nię­cia lot­ni­skow­ców na bar­dzo bli­ską odle­głość od celu ataku, tak jak to zro­bili Japoń­czycy, ale Pearl Har­bor w wyda­niu ame­ry­kań­skim nie mogło się udać. Z pew­no­ścią nawet odle­głe od wysp akweny mor­skie były dozo­ro­wane przez okręty i lot­nic­two nie­przy­ja­ciel­skie - takie myśli cha­otycz­nie prze­bie­gały w gło­wach więk­szo­ści zebra­nych. Głos zabrał gene­rał Mar­shall. Odpo­wia­da­jąc dyplo­ma­tycz­nie na pyta­nie pre­zy­denta, poin­for­mo­wał zebra­nych o dzia­łal­no­ści ame­ry­kań­skiego doradcy do spraw lot­nic­twa przy rzą­dzie Czang Kaj-szeka puł­kow­nika Cla­ire'a Chen­naulta i prze­rzu­ce­nia do Chin kolej­nej ochot­ni­czej grupy lot­ni­ków. Dal­sze dostawy w ramach lend-lease, a w szcze­gól­no­ści samo­lo­tów wraz z per­so­ne­lem lot­ni­czym, stwa­rzały w przy­szło­ści realne moż­li­wo­ści raj­dów bom­bo­wych na Japo­nię.

Pre­zy­dent ski­nął głową nie­cier­pli­wie i znów zapa­no­wała chwila ciszy. To, o czym mówił trzeźwo myślący Mar­shall, było melo­dią odle­głej przy­szło­ści, zwłasz­cza wobec koniecz­no­ści wzmoc­nie­nia obrony innych, bar­dziej zagro­żo­nych kie­run­ków. Roose­velt zda­wał sobie rów­nież sprawę, że ewen­tu­alna moż­li­wość ata­ków lot­nic­twa ame­ry­kań­skiego z naj­bliż­szych wybrze­żom Japo­nii dale­ko­wschod­nich baz radziec­kich nie była realna. Zwią­zek Radziecki nie był w tym cza­sie w sta­nie wojny z Tokio, cały wysi­łek zbrojny anga­żu­jąc w walce z hitle­row­skimi armiami na naj­waż­niej­szym fron­cie.

Żegna­jąc zapro­szo­nych pre­zy­dent Roose­velt ponow­nie, z naci­skiem, pod­kre­ślił swoje życze­nie, aby jak naj­szyb­ciej zacząć bom­bar­do­wać tery­to­rium wroga.

Po powro­cie z Bia­łego Domu gene­ra­ło­wie Mar­shall i Arnold oraz admi­rał King natych­miast zle­cili swoim szta­bom opra­co­wa­nie pla­nów ata­ków lot­ni­czych na Wyspy Japoń­skie.

W ścisłej tajemnicy

Dzie­sią­tego stycz­nia 1942 roku w cza­sie trwa­nia kon­fe­ren­cji "Arca­dia" pre­zy­dent znów inda­go­wał Mar­shalla, Kinga i Arnolda w spra­wie prze­nie­sie­nia wojny lot­ni­czej na tery­to­rium Japo­nii. Ale żaden z nich nie mógł przed­sta­wić kon­kret­nego planu. Odpo­wiedź, że szta­bowcy pra­cują nad tym zagad­nie­niem inten­syw­nie, nie zado­wo­liła Roose­velta.

Po cało­dzien­nych nara­dach z part­ne­rami bry­tyj­skimi admi­rał King powró­cił do zacisz­nej kabiny jachtu "Vixen", słu­żą­cego mu w Waszyng­to­nie jako okręt fla­gowy. Tu wraz z wybra­nymi, nie­licz­nymi człon­kami swego sztabu pra­co­wał w spo­koju do póź­nej nocy.

Koman­dor Fran­cis Low zasta­na­wiał się chwilę, po czym zapu­kał do admi­ral­skiej kabiny. Miał tremę, choć nie pierw­szy dzień pra­co­wał w szta­bie naczel­nego dowódcy mary­narki wojen­nej na sta­no­wi­sku ofi­cera ope­ra­cyj­nego. Pomysł, który chciał przed­sta­wić swemu prze­ło­żo­nemu, nie odno­sił się do jego spe­cjal­no­ści - okrę­tów pod­wod­nych, doty­czył nato­miast pole­ce­nia, które wydał King wszyst­kim ofi­ce­rom sztabu. Low wie­dział, że admi­rał nie jest cho­dzącą sło­dy­czą. Cie­szył się wpraw­dzie sza­cun­kiem swego per­so­nelu, ale oschły sto­su­nek do oto­cze­nia nie zjed­ny­wał mu powszech­nej sym­pa­tii.

- Pro­szę wejść - usły­szał.

Gdy wszedł, King pod­niósł głowę znad papie­rów.

- Co powiesz, Low?

- Panie admi­rale - Fran­cis z miej­sca posta­no­wił wyło­żyć karty - mam pewien pomysł doty­czący bom­bar­do­wa­nia Japo­nii i chciał­bym go z panem omó­wić.

King nie ukry­wał zain­te­re­so­wa­nia. Pona­glał prze­cież w tej spra­wie pra­cow­ni­ków swego sztabu. Zachę­cony Low kon­ty­nu­ował:

- Byłem dziś w Nor­folk na inspek­cji naszego nowego lot­ni­skowca "Hor­net" i zoba­czy­łem coś, co dało mi wiele do myśle­nia. Przed odlo­tem z tam­tej­szego lot­ni­ska przy­glą­da­łem się tre­nin­go­wym lotom naszych samo­lo­tów. Star­to­wały z wyma­lo­wa­nych na ziemi kon­tu­rów pokładu lot­ni­skowca.

Znie­cier­pli­wiony King wyce­dził zło­śli­wie:

- Zdaje mi się, że gdzieś już o tym sły­sza­łem. Nie rozu­miem, o co ci cho­dzi.

Nie­zra­żony Low kon­ty­nu­ował swój wywód:

- Zaraz po nich te same kon­tury posłu­żyły jako cel szko­le­nio­wego ataku dwu­sil­ni­ko­wych bom­bow­ców z lot­nic­twa lądo­wego. Nie­przy­ja­ciel wie, że zasięg lotu samo­lo­tów bazu­ją­cych na lot­ni­skow­cach wynosi około pię­ciu­set kilo­me­trów. Przy­szło mi więc na myśl uży­cie bom­bow­ców lądo­wych śred­niego zasięgu, mogą­cych poko­nać o wiele dłuż­szy dystans. Może w grę wcho­dziłby B-25 lub B-26, gdyby mogły wystar­to­wać z krót­kiego pokładu okrętu. Jeśli oka­za­łoby się to moż­liwe, kilka z nich zała­do­wa­nych na lot­ni­sko­wiec można by prze­wieźć na odpo­wiedni dystans i użyć do bom­bar­do­wa­nia celów w Japo­nii. Pole­cił nam pan, byśmy o tym myśleli... i gdyby coś takiego się udało, można by zasko­czyć tych cho­ler­nych samu­ra­jów.

Low zamilkł, sądząc, że prze­dłu­ża­jąca się cisza wróży odmowę i krótką odprawę. Fran­cis mylił się jed­nak w swym przy­pusz­cza­niu.

- Low, coś w tym jest, o czym mówisz. Poroz­ma­wiaj o tym rano z Dun­ca­nem - usły­szał odpo­wiedź, któ­rej się nie spo­dzie­wał.

- Tak jest - odparł zado­wo­lony Fran­cis i ruszył do wyj­ścia. Admi­rał zatrzy­mał go na chwilę w poło­wie drogi.

- Bar­dzo cię pro­szę, Low, nie wta­jem­ni­czaj w te sprawy osób nie­po­wo­ła­nych.

Po powro­cie do swej kabiny Low zate­le­fo­no­wał natych­miast do miesz­ka­nia koman­dora Donalda Dun­cana. Obaj pra­co­wali w szta­bie Kinga. Dun­can ucho­dził za zdol­nego ofi­cera, zna­ją­cego się na spra­wach lot­nic­twa mor­skiego ope­ru­ją­cego z lot­ni­skow­ców. Umó­wili się na dzień następny.

Zja­wili się punk­tu­al­nie. Low zapo­znał go ze swym pomy­słem i dzień ten należy uznać za naro­dziny kon­cep­cji nazy­wa­nej póź­niej przez nie­liczną grupę wta­jem­ni­czo­nych "Spe­cjalną Ope­ra­cją Powietrzną Nr 1". Dun­can zapa­lił się do pro­jektu, z zain­te­re­so­wa­niem słu­chał tego, co mówił Low.

- Potrzebna jest odpo­wiedź na dwa zasad­ni­cze pyta­nia - mówił Low. - Czy taki dwu­sil­ni­kowy bom­bo­wiec armijny może wystar­to­wać obcią­żony cię­ża­rem paliwa i bomb z krót­kiego roz­biegu z pokładu lot­ni­skowca? Czy może wylą­do­wać na nim po wyko­na­niu zada­nia? Odpo­wiedź twier­dząca na jedno lub oby­dwa pyta­nia stwa­rza dwa różne warianty ope­ra­cji.

- Frank - prze­rwał Dun­can - nie ma tu żad­nych ham­le­tow­skich pytań. Moja odpo­wiedź na pyta­nie dru­gie jest abso­lut­nie nega­tywna. Pokład lot­ni­skowca jest za krótki, by dwu­sil­ni­kowy bom­bo­wiec typu B-25 lub B-26 mógł wylą­do­wać na nim bez­piecz­nie. Te cięż­kie maszyny sia­dają na trzech kołach przy dużej szyb­ko­ści. Nie wytraci się jej, tak jak w wypadku lot­nic­twa mor­skiego, za pomocą liny hamu­ją­cej, gdyż ogon bom­bowca usy­tu­owany jest zbyt wysoko. Poza tym ma za słabą kon­struk­cję i każda próba wyha­mo­wa­nia dobiegu przy pomocy pokła­do­wej liny skoń­czy­łaby się muro­waną kraksą.

- A jaka jest twoja odpo­wiedź na pyta­nie pierw­sze?

Dun­can uśmiech­nął się.

- To wymaga obli­czeń. Zabiorę się natych­miast do roboty i jak skoń­czę, dam ci znać. Frank, jedno jest pewne: ni­gdy dotąd w histo­rii lot­nic­twa żaden bom­bo­wiec lądowy nie wystar­to­wał z pokładu lot­ni­skowca i teo­re­tycz­nie jest to, jak dotych­czas, w stu w pro­cen­tach nie­moż­liwe. Jak będziesz miał oka­zję, zapy­taj o to kole­gów z mary­narki angiel­skiej lub admi­rała Yama­moto - zażar­to­wał.

Koman­dor Dun­can zamknął się na pięć dni w swoim służ­bo­wym pokoju. Pra­co­wał solid­nie, zasię­ga­jąc opi­nii na temat para­me­trów tech­nicz­nych i "naro­wów", szcze­gól­nie bom­bow­ców B-25 lub B-26. Prze­stu­dio­wał doku­men­ta­cję US Navy doty­czącą zbu­do­wa­nych lot­ni­skow­ców. Gdy pią­tego dnia umó­wił się z Lowem, wycią­gnął z teczki trzy­dzie­sto­stro­ni­cowe opra­co­wa­nie ana­li­tyczne upstrzone wyli­cze­niami i rysun­kami. Napi­sane było ręcz­nie. Dun­can nie dał go do prze­pi­sa­nia na maszy­nie, chcąc zacho­wać abso­lutną tajem­nicę.

- Spraw­dzi­łem i wyli­czy­łem wszystko, co było moż­liwe - oznaj­mił kole­dze - a to, co tu napi­sa­łem, warte jest dok­to­ratu. Jest tylko jeden samo­lot, który po odpo­wied­nich prze­rób­kach może speł­nić nie­zbędne warunki. Znasz go. To B-25 Mit­chell, pro­du­ko­wany w zakła­dach North Ame­ri­can. Czte­ro­sil­ni­kowe bom­bowce w ogóle nie wcho­dzą w grę z powodu swego cię­żaru i roz­pię­to­ści skrzy­deł. Bra­łem rów­nież pod uwagę inny typ, B-26 Marau­der, ale ten z kolei ma zbyt długi roz­bieg. Pozo­staje więc tylko B-25. Po zain­sta­lo­wa­niu dodat­ko­wych zbior­ni­ków paliwa mógłby prze­le­cieć jakieś trzy lub trzy tysiące pięć­set kilo­me­trów z jed­no­to­no­wym ładun­kiem bomb, oczy­wi­ście w sprzy­ja­ją­cych warun­kach mete­oro­lo­gicz­nych, o czym bez­względ­nie należy pamię­tać. Nor­mal­nie star­tuje on z roz­biegu dłu­go­ści około czte­ry­stu metrów. Gdyby zmniej­szyć nieco cię­żar wła­sny bom­bowca, można by skró­cić jego start do nie­wiele ponad sto pięć­dzie­siąt metrów, przy czo­ło­wym wie­trze w skali czter­dzie­stu pię­ciu kilo­me­trów na godzinę z dodat­kową war­to­ścią uzy­skaną dzięki mak­sy­mal­nej szyb­ko­ści pły­ną­cego okrętu. Skró­cony start, jak wynika z ana­lizy, będzie trudny, ale moż­liwy. Waru­nek pod­sta­wowy to odpo­wiedni tre­ning załóg. Spo­dzie­wam się, że nasi chłopcy staną na wyso­ko­ści zada­nia.

Zado­wo­lony Low kiwał pota­ku­jąco głową. Pomysł, któ­rego był ini­cja­to­rem, obra­stał w pióra, choć na razie jesz­cze na papie­rze.

- Frank, znasz lot­ni­sko­wiec "Hor­net" zwo­do­wany nie­dawno w stoczni Nor­folk. Jak wiesz, wypły­nął obec­nie w próbny rejs na Atlan­tyk. W lutym mógłby prze­pły­nąć na Pacy­fik. To jest wła­śnie ten okręt, który nam jest potrzebny. Na jego pokła­dzie zmie­ści się szes­na­ście maszyn B-25. "Hor­net" może roz­wi­jać szyb­kość dwu­dzie­stu pię­ciu węzłów, a kto wie, czy nie wię­cej? Potrzebna mu jest asy­sta dru­giego lot­ni­skowca, który zapew­niłby mu osłonę lot­ni­czą. Gdyby ope­ra­cja doszła do skutku, nie obej­dzie się rów­nież bez eskorty krą­żow­ni­ków i nisz­czy­cieli. Z rzutu oka na mapę wynika bez żad­nych obli­czeń, że w takiej kara­wa­nie muszą zna­leźć się tan­kowce, by okręty wojenne miały się z czego napić. Pod­wie­zione Mit­chelle mogą wystar­to­wać z odle­gło­ści około 500 mil od wybrzeży japoń­skich. Po doko­na­nym nalo­cie wylą­dują w Chi­nach, a okręty wrócą do bazy. Oczy­wi­ście do tego wszyst­kiego potrzebne jest szczę­ście. Sam dobrze wiesz, Frank, jak cho­ler­nie dużo szczę­ścia. Cała impreza polega na zasko­cze­niu.

Low zadzwo­nił do admi­rała. Ten był u sie­bie i chciał ich natych­miast zoba­czyć. King gorącz­kowo wer­to­wał kartki z ana­li­zami Dun­cana. Obaj koman­do­rzy tkwili przed nim wycze­ku­jąco. Admi­rał, po prze­czy­ta­niu do końca mate­riału, powie­dział z zado­wo­le­niem:

- Poro­zum­cie się z gene­ra­łem Arnol­dem i jeśli wyrazi zgodę na wasz pro­jekt, popro­ście go, by skon­tak­to­wał się ze mną. Ale wobec innych obo­wią­zuje was ści­sła tajem­nica.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki