5
Zakład karny
W dniu, w którym miała umrzeć, brzask zastaje Aurę wpatrującą się w swojego casio za czternaście euro. Prawie nie spała, myśląc, jak uciec przed swoim przeznaczeniem.
Przygotowując plan.
"Plan równie genialny, co niedorzeczny".
W świetle marnej żarówki w celi liczby są prawie nie do odróżnienia. Zero po lewej jest rozmazane, piątka wygląda jak szóstka.
Za niespełna godzinę zabije dzwon, który wprawi w ruch rozklekotany więzienny mechanizm. A za parę minut włączy się alarm w zegarku z czarnego plastiku.
"Jakie to ma znaczenie", myśli, dezaktywując go.
Siadając, czuje przenikający przez podeszwy chłód kamiennych płyt. Nie chce wstawać. Wolałaby schronienie w postaci snu, jedyne miejsce, gdzie nie ma innych murów ani świateł, prócz tych, które sama wznosi lub zapala. Wolałaby pospać jeszcze trochę i właśnie dlatego nastawiła alarm, by powiadomił ją pół godziny przed oficjalną pobudką. W ten sposób może okłamywać samą siebie i wmawiać sobie, że te minuty należą tylko do niej, że w ciągu tych minut jest wolna.
Na galerii 7G panuje spokój.
A przynajmniej więzienny spokój.
W ciężkim powietrzu unoszą się odgłosy chrapania i bąki, lepki pot i brzęczenie much. To miejsce w niczym nie przypomina sypialni (klimatyzacja ustawiona na dwadzieścia dwa i pół stopnia zimą i dwadzieścia jeden stopni latem, delikatne japońskie panele w oknach, farba dekoracyjna na ścianach), w której odpoczywała Dawna Aura.
Nowa Aura każdego poranka zmusza się do odnalezienia spokoju w tej względnej ciszy.
Sika do metalowej, wysłużonej toalety całkiem na widoku. Kiedy spuszcza wodę, spłuczka trzeszczy, przecieka, dokłada się do smrodu, który przenika pomieszczenie.
Aura potrząsa kończynami, przeciąga się. Pięć metrów kwadratowych jej celi nie pozwala na zbyt wiele. Rozciąga też wzrok. Z okienka (dziury trzydzieści na trzydzieści centymetrów) dostrzega turnie i niebo. Kłamstwo ukryte za niepodważalną prawdą murów i wież strażniczych.
Klęka i robi pompki, żeby rozładować złość. Marne antidotum na truciznę płynącą w jej żyłach, lecz potężne paliwo dla jej mięśni. Codzienny wysiłek (wspinaczka górska, deska, ćwiczenia na mięśnie brzucha) wyrzeźbił jej ramiona i przedramiona, spalił nadmiar tłuszczu na brzuchu. Tyłek i klatka piersiowa stały się mniejsze, a nogi zrobiły się mocne jak pnie.
"Wciąż jestem frajerką".
Pół godziny później Aura sapie jak zepsuty miech średniowiecznego kowala w przeddzień oblężenia. Czasami jej sąsiadki z galerii, słysząc wydawane przez nią dźwięki, pytają, czy robi sobie dobrze. O kim myśli. Czy mogą dołączyć do imprezy.
Aura nigdy nie sądziła, że środowisko więzienne może być tak otwarcie seksualne, tak sprośne. Z tą przeludnioną samotnością, z paranoją utkwioną u nasady szyi i nudą w trzewiach, więźniarki są permanentnie napalone albo tylko udają z powodu jakiejś dziwnej społecznej presji.
Musi podtrzymywać kłamstwo, dlaczego sapie. Od czasu do czasu nawet udaje orgazm, bezwstydny i cichy, który wywołuje kolejny parę cel dalej.
"Lepiej się kamuflować jako naiwna onanistka niż zwracać na siebie uwagę", oceniała mądrze Aura. Przyznać się, że chce wzmocnić ciało, to jak prosić się o utarcie nosa.
Teraz to już oczywiście mało istotne.
Teraz jej minuty są już policzone.
Aura opłukuje spoconą twarz w małej, zażółconej umywalce w kącie. Zanim się ubierze, moczy starą koszulkę i trze nią całe ciało, nie zdejmując majtek ani stanika, w których spała.
Wilgotne ubranie przynosi chwilową ulgę. Dzień się jeszcze nie zaczął, a już jest ponad trzydzieści stopni. A na oddziale o zaostrzonym rygorze, do którego należy galeria 7G, dozwolone są tylko dwa prysznice w tygodniu. We wtorki i soboty.
Dziś jest poniedziałek.
"Trzeba być idiotką, by dać się zabić w poniedziałek".
Dzwon na dziedzińcu budzi resztę osadzonych, które wstają pośród astmatycznego kaszlu.
Trzy długie uderzenia, trzy krótkie, trzy długie.
Aurze przypomina się sygnał SOS nadawany alfabetem Morse'a w powieściach przygodowych, które czytała jako nastolatka. Ratujcie nasze dusze. Ale oczywiście na opak.
Niewiele jest do uratowania w duszach osadzonych w Matasnos. A to, co zostało do uratowania w
(niewinnej!)
duszy Aury, która ustawia się już na poranne liczenie, jest niebezpieczną przeszkodą.
W takim miejscu jak to niezdrowo jest mieć duszę, o czym się za chwilę przekonamy.
Na szczęście, gdy tylko milknie ostatnie uderzenie w dzwon, galeria zapełnia się hałasem z radioodbiorników osadzonych. Brudna kakofonia trapu, reggaetonu, salsy i innych zbrodni przeciwko muzyce, liryce i ludzkości w ogóle. W obliczu tego głośnego tła dusza więdnie i usycha niczym orchidea podlana kwasem.
Strażnik zaczyna wymieniać numery i nazwiska osadzonych, przechodząc obok ich cel. Zaledwie kilka krat oddziela małe pomieszczenie od wiszącego korytarza tworzącego galerię.
- Trzy siedem dziewięć dwa siedem. Reyes Aura.
Aura wita się ze strażnikiem skinieniem głowy, na co on odpowiada z niechęcią.
Po zakończeniu liczenia rozlega się brzęczenie, które oznacza odblokowanie dziewięćdziesięciu drzwi na galerii 7G.
Aura robi krok do przodu i podnosi wzrok.
Sufity galerii są wsparte na granitowych murach wysokich na ponad jedenaście metrów. Nad nimi stare i grube szkło tworzy dach, lodowaty zimą i gorący latem. Przenikają przez nie strumienie światła podłego i mściwego boga. Ofiary czują się nieustannie obserwowane przez to żądne cierpienia bóstwo. Noce nie zapewniają prywatności ani ochrony. Dziesięciowatowa żarówka świeci się od zachodu do wschodu słońca, przypominając osadzonej, że nie ma stąd drogi ucieczki.
- No już, paniusie, z życiem, bo nas tu noc zastanie! - krzyczy strażnik, waląc ręką w kraty.
- Zamknij się, klawisz - fuka jedna z więźniarek.
Pozostałe osadzone ustawiają się w kolejce wzdłuż cel. Opadnięte ramiona, opuchnięte ciała, apatyczne spojrzenia kogoś, kto musi przeżyć kolejny dzień, będąc o jeden dzień starszą. Kolejny dzień dokładnie taki sam jak poprzedni i identyczny z następnym. Kolejny dzień wleczenia się w stronę stołówki, aby przeżuć mdłe śniadanie.
Nie dla Aury.
- Wiesz, że nie doczekasz dziś wieczora, co, strojnisia?
Powinna już się była przyzwyczaić po całym tygodniu wysłuchiwania pogróżek Yoni z przeciwległej strony galerii.
"Na świecie jest tyle więzień, a ona pojawia się akurat w moim", myśli Aura, nie po raz ostatni.
Ostatni raz pomyśli o tym tego popołudnia, przyciśnięta plecami do ściany, z krwawiącym nosem i stu sześćdziesięcioma sekundami życia przed sobą.
Na razie Yoni jest tylko zagrożeniem.
Które Aura traktuje bardzo poważnie.
Yoni pojawiła się w jej życiu zupełnym przypadkiem dziewięć miesięcy temu. W nocy, kiedy Aura wylądowała na komisariacie przy plaza de Castilla z powodu szamponu. Tamtej nocy członkinie gangu chciały zaatakować pijaną kobietę, która siedziała tam razem z nią.
Tamtej nocy Aura popełniła największy błąd w swoim życiu.
Pomogła bezbronnej Galisyjce.
"Bezbronna" Galisyjka ostatecznie spuściła łomot Yoni i pozostałym członkiniom salwadorskiego gangu. Yoni wylądowała w ambulatorium.
A teraz trafiła do tego samego więzienia co Aura.
Nigdy nie wierzyła w przypadki. Dlatego kiedy kilka dni temu na dziedzińcu Yoni rzuciła na nią swój przysadzisty cień, Aura wcale nie była zdziwiona.
Strach? Ogromny. O mało się nie zesrała.
Zaskoczenie? Żadne.
Już od jakiegoś czasu spodziewała się czegoś takiego. Ponzano złożył jej obietnicę.
"Cholerna suka. Zapłacisz mi za to".
I to dość konkretną. Zaczął ją spełniać, kiedy przekupił kogo trzeba, żeby umieszczono ją w Matasnos. Samo dno latryny w systemie penitencjarnym, najbardziej haniebne i najstraszniejsze więzienie w Europie. Zagubione pośrodku Niczego w prowincji Jaén. Z temperaturami przekraczającymi czterdzieści osiem stopni w przeszklonych galeriach podczas tego upalnego lipca. I Aura otoczona najgroźniejszymi przestępczyniami w Hiszpanii, z długimi odsiadkami i krwawymi zbrodniami na koncie. Morderczynie, handlarki narkotyków, terrorystki.
To rasa twarda i ostra, niczym skarpetka pełna potłuczonego szkła i pękająca w szwach.
Aura chciała stąd uciec, gdy tylko przyjechała tu tamtego poranka. Zwróciła się do strażnika i uprzejmie poprosiła o możliwość skorzystania z telefonu.
Strażnik odpowiedział, że jasne, tak. Zapytał o jej numer. Kiedy Aura mu go podała, jasne zamieniło się w ciemne, a tak w nie.
Kiedy Aurę bolała głowa albo kiedy rozwalały jej twarz (co działo się dość często), trafiała do ambulatorium. Miała jedzenie i indywidualną celę.
Ale jakikolwiek kontakt ze światem zewnętrznym był zakazany.
Zaślepiona gniewem i poczuciem niesprawiedliwości Aura w ciągu pierwszych dni niemal postradała zmysły. Chciała, żeby ktoś wiedział, gdzie się znajduje. Rozpaczliwie pragnęła porozmawiać ze swoimi córkami.
Nic.
Po kilku tygodniach i zaoszczędzeniu wszystkich deserów, jakie tylko mogła, udało jej się wysłać wiadomość na telefon swojej przyjaciółki Mari Paz, informując ją o miejscu pobytu i prosząc, by powiadomiła adwokata, żeby wyciągnął ją z tej dziury. Nigdy nie dostała odpowiedzi. Nie wiadomo, czy przyszła. Osadzona, która jej pomogła, następnego dnia została pobita i przeniesiona do izolatki. Pretekstem miał być przemycony telefon. Przekaz dla pozostałych był taki, że nowicjuszka jest zadżumiona - kto jej pomaga, skończy źle.
Aura jest sama.
Odcięta od świata.
Ale żeby wcielić w życie plan, który wymyśliła, aby pozostać przy życiu, potrzebuje pomocy.
"A jedyną osobą, która może mi ją zapewnić, jest jebnięta psychopatka".
"Choć oczywiście bywało już gorzej", myśli Aura, zaciskając zęby.