4
Przejazd
Poproś Aurę Reyes, żeby nazwała piekło, a przekonasz się, jak szybko to zrobi.
"Więzienie o zaostrzonym rygorze Matasnos", powiedziałaby ci.
Wyobraź sobie kształt więzienia, z jego permanentnie oświetlonymi dachami odcinającymi się na tle czarnego, bezgwiezdnego nieba. Miejsce tak okrutne i przerażające, że zostało zamknięte pół wieku temu. Miejsce, gdzie każda niewygoda ma swoje siedzisko, a każdy smutny hałas ma swój pokój. Miejsce, które w porównaniu z nowoczesnymi więzieniami (humanitarnymi i demokratycznymi) jest komnatą horroru. I na którego ponowne otwarcie pozwoliły tylko głupota rządzących i przepełnienie zakładów karnych.
Wyobraź sobie najbardziej sadystyczną wersję zamku If, a zrozumiesz, co w dalszym ciągu wywołuje koszmary Aury Reyes.
Ma osiem minut, żeby przeanalizować swoje życie i swoje błędy, zanim stawi czoło Constanz Dorr.
Przesiedziała w tym więzieniu osiem miesięcy.
Za przestępstwo, którego nie popełniła.
Zdołała stamtąd uciec.
Jak?
W taki sam sposób, w jaki żyła Dawna Aura. Przywiązując sobie nitki do nadgarstków. Stając się marionetką ludzi władzy.
Mężczyzna o andaluzyjskim akcencie - powiedział, że nazywa się Mentor - chciał odzyskać pewien przedmiot, który mu skradziono. Złodziejką była jego dawna pracownica. Lekarka sądowa nazwiskiem Aguado.
Zdobycie nesesera było niską ceną za wolność.
Problem?
Nie wiedziała, gdzie są jej córki.
Kiedy Aura postanowiła zgłosić się do więzienia, zostawiła bliźniaczki pod opieką Mari Paz Celeiro. Była legionistka. Była alkoholiczka. Bezdomna, bezrobotna.
Nie była opiekunką, na jaką zasługiwały dziewczynki. Ale takiej właśnie potrzebowały.
Aura miała wiele powodów do zmartwień. Lecz bezpieczeństwo córek nie było jednym z nich. Ostatnie, co powiedziała jej Mari Paz, zanim Aura weszła do więzienia, to:
- Dopóki żyję, blondi, włos im z głowy nie spadnie, słyszysz? Ani jeden.
Problem ze składaniem obietnic, o czym miały się przekonać na własnej skórze, polega na tym, że trzeba ich dotrzymywać.
Sebastián Ponzano nie zapomniał obietnicy, jaką złożyła mu Aura, kiedy zrujnowała jego projekt fuzji z Banca Atlántica Laury Trueby. I on także złożył jej obietnicę:
- Cholerna suka. Zapłacisz mi za to. Wszystkie trzy mi za to zapłacicie.
Co się stanie, kiedy wola bezdomnej kobiety zderza się z wolą multimilionera i prezesa banku? Siła, której nic nie może zatrzymać, i obiekt, którego nic nie może poruszyć, cała ta gadka?
Ponzano wysłał morderców za Aurą i dziewczynkami. Aura zdołała się pozbyć tych, którzy stanęli na jej drodze. Mari Paz uciekła z dziewczynkami i przez wiele dni udawało jej się uniknąć zabójców, aż wyczerpała swój limit szczęścia i wylądowała na dnie wąwozu, pokonana i złamana.
Okazało się, że w pościgu za Alex, Cris i legionistką interes miał ktoś jeszcze. Irma Dorr chciała za wszelką cenę odzyskać maszynopis, którego Mentor zażądał od Aury w charakterze ceny za jej wolność. Irma Dorr posłała więc własnego zabójcę, który pozbył się tych wysłanych przez Ponzana.
Mężczyzna o imieniu Bruno, syn Irmy Dorr (i wnuk Constanz), porwał Cris i przywiózł ją do Los Poyatos, tej samej posiadłości, do której zmierza teraz Aura. Latyfundium na północy Andaluzji, ogród na środku pustyni, który zakwitł za sprawą milionów.
Ceną za odzyskanie córki było to, co Aura trzymała na kolanach w eleganckim skórzanym neseserze.
Aura przesuwa dłonią po jego powierzchni, myśląc o zawartości. Nieautoryzowana biografia rodziny Dorrów, za którą jej autor zapłacił życiem. Na tych stronach, ocenzurowanych i niekompletnych, splamionych - dosłownie - krwią, znajdowała się najnowsza historia Hiszpanii, skrajnie różniąca się od tej, którą Aura znała.
Opisano tu, jak sekretna, piekielnie zamożna i wpływowa grupa kobiet i mężczyzn rządziła w cieniu, bez żadnego sprzeciwu ani kontroli.
Krąg.
Nazwa nudna, bez wyobraźni. Płaska.
Celowo.
Nikt o nich nie słyszał, nie licząc banialuk opowiadanych w gronie pijanych doradców i podstarzałych dziennikarzy w tupecikach. Szeptanych, nigdy niewymawianych na głos. Nigdy niezapisanych.
"Do teraz".
Nazwiska zamieszczone na końcu maszynopisu, wszystkie bez wyjątku, należały do ludzi z elity. Laura Trueba, Ponzano, Ramón Ortiz. Oczywiście sama Irma Dorr, której dziadek był założycielem Kręgu.
Aura musiała walczyć zębami i pazurami, żeby odzyskać ten maszynopis, by zdobyć swoją wolność. Odebrała go doktorce Aguado razem z fortuną w diamentach. Kiedy wreszcie miała go w swoim posiadaniu i ponownie spotkała się z Mari Paz, okrutna prawda utorowała sobie drogę.
Irma Dorr miała jej córkę.
W kolejnych miesiącach Aura się zastanawiała, czy to był przełomowy moment w jej życiu. Moment, w którym naprawdę powiedziała: "Dość już tego".
Nie moment, w którym ugodzono ją nożem w jej własnym domu ani kiedy postanowiła obrać najtrudniejszą drogę, żeby oczyścić swoje nazwisko.
Tylko moment, w którym zobaczyła Mari Paz czekającą na odpowiedź.
I ona jej ją podała.
Moment, w którym wiedziała, że nawet gdyby sam Lucyfer narysował linię na piasku, Mari Paz byłaby przy niej, bez względu na to, którą stronę Aura by wybrała.
- Zrobię to, o co mnie poprosisz - powiedziała wreszcie Mari Paz. - I zrobię to komu będzie trzeba.
Zamilkła na chwilę.
- Ale musisz powiedzieć to na głos.
Aura trzęsła się w środku, ale dobrze to ukrywała. Egoistycznie pragnęła, by zaoszczędziła jej tej gorzkiej pigułki, ale rozumiała, że słusznie ją o to prosi.
W jej postawie była godność. Opanowanie, podniesiona głowa, zdecydowane spojrzenie. Taka sama godność jak w jej krótkiej i zwięzłej odpowiedzi.
- Zabij ich wszystkich.
I tak zrobiła.
Tak zrobiły.
Weszły na teren Los Poyatos i uratowały Cris.
Mari Paz zostawiła po drodze stos trupów.
Tymczasem wszystko mogło się zakończyć kompletną porażką, gdyby nie szereg różnych okoliczności. Na kamiennych schodach prowadzących do głównej willi w Los Poyatos spotkały się skrajnie odmienne osoby:
a) dziewczynka, która w swoim krótkim życiu zaznała bezwarunkowej miłości, ale dowiedziała się także, czym są śmierć, pościg i strach,
b) kobieta bez skrupułów, która trzymała ją niczym tarczę, celując do niej z broni,
c) kolejne trzy kobiety, które obserwowały ją osłupiałe i nieuzbrojone, oraz
d) Bruno.
Bruno, który odkrył (zbyt późno), że Irma Dorr okłamywała go przez całe życie. I odwdzięczył się za te kłamstwa kulką w głowę.
I to byłby koniec historii Aury. Odzyskała córki, miała fortunę w diamentach i obietnicę Mentora wyczyszczenia jej kartoteki w zamian za neseser.
The End, zaciemnienie. Triumfalna muzyka. Napisy końcowe.
Tyle że nie.
Tyle że w tym przypadku do gry weszło coś jeszcze. Może jej sumienie. Może zobowiązanie wobec Mentora albo pragnienie bycia wolną. Może potrzeba, żeby nie czuć się jak marionetka.
Musiały kontaktować się z Mentorem, żeby oczyścić nazwisko Aury (a tak naprawdę nazwiska wszystkich trzech, bo nagromadziło im się kilka zarzutów). Mentor obiecał im nietykalność w zamian za neseser (którego zawartość teraz już znamy, ale wtedy jeszcze nie).
A Aurę już wcześniej oszukano. Tym razem zamierzała grać według własnych zasad. Co stworzyło dwa problemy.
Musiała otworzyć neseser, lecz jego zamek zawierał kilka pułapek, które aktywowałyby geolokalizację (źle) albo zniszczyłyby zawartość (gorzej).
I musiała zadzwonić do Mentora tak, żeby on ich nie zlokalizował, kiedy włączą telefon (jeszcze gorzej).
W kryjówce, którą tych pięć kobiet stworzyło sobie w odległej szkockiej wiosce, Sere walczyła z neseserem i jego niemożliwym do otwarcia zamkiem. Nie mogła użyć nowoczesnej technologii, więc Mari Paz jeździła po bibliotekach i urzędach miasta, kupując za grosze stare, zdezelowane komputery, i uszczęśliwiając wielu bibliotekarzy, opuszczonych przez swoich burmistrzów.
Rozwiązanie problemu z neseserem zajęło jej sześć miesięcy.
Rozwiązanie problemu z telefonem - sześć godzin.
- To bardzo podobne technologie - powiedziała zdumiona. - Niemal jakby stworzone przez tych samych ludzi.
- Szpiedzy?
- Nie - odpowiedziała Sere. - To coś innego. Jakiś inny gatunek zwierzęcia. Coś, czego jeszcze nigdy nie widziałam.
Aura zastanawia się chwilę nad tymi słowami (i własną głupotą). Nad tym, jak niewielkie znaczenie przypisywała im swego czasu i jak to, co mogło być po prostu końcem jej historii (a przynajmniej fragmentów godnych jakiejś powieści), zamieniło się w rozwidlenie dróg, takie jak to, do którego w tej chwili zbliża się mercedes, kierując się do Los Poyatos.
"Stałam się miękka. Albo nieuważna", myśli.
"Albo obie te rzeczy naraz".
Osiem miesięcy, które spędziła w więzieniu, sprawiły, że stwardniała jej dusza. Ale ciągnie wilka do lasu, a Aura miała skłonność do optymizmu i miłości. Jej dwie największe słabości. Miesiące spędzone w Szkocji zniweczyły pracę z więzienia. Był to etap szczęśliwości, jakiej wcześniej nie zaznała. A przynajmniej od śmierci Jaumego, a może nawet od zawsze.
Stworzyła nową rodzinę, najlepszą z możliwych.
Mari Paz.
To, co zaszło między nimi. Niewypowiedziane jeszcze słowa. Mieszanka uczuć.
Potrząsa głową. Nie może teraz o tym myśleć.
Może (i musi) myśleć tylko o tym, jak nie zwróciła wystarczającej uwagi na słowa Sere.
O tym, jak uległa złudzeniu kontroli.
Wsiadły do furgonetki, oddaliły się o kilka kilometrów i włączyły telefon, który dostały od Mentora.
Aura dobiła targu.
Zawartość nesesera w zamian za wymazanie kilku kartotek. Jej i jej przyjaciółek. W ostatniej chwili uwzględniła także pewną grupę legionistów-wyrzutków, których wciąż była dłużniczką.
Zamierzała spłacić ten dług, i to z odsetkami.
Rozłączyła się z uśmiechem od ucha do ucha.
Akurat w chwili, gdy Aura schowała telefon do kieszeni i otworzyła drzwi furgonetki, telefon zadzwonił ponownie.
Aura, z połową ciała w środku i brzęczącą kieszenią płaszcza, spojrzała na Mari Paz, która odpowiedziała jej zaintrygowanym spojrzeniem.
- Nie odbieraj - powiedziała Sere z tylnego siedzenia.
Oczy miała jeszcze bardziej wyłupiaste i przestraszone niż zwykle.
- Dlaczego?
- Bo pomyślisz, że to ten typ, z którym właśnie rozmawiałaś, i odbierzesz, mówiąc coś w stylu "O czym pan zapomniał", a okaże się, że to dzwoni ktoś, z kim nie chcesz rozmawiać.
Aura odnosiła wrażenie, że Sere wie znacznie więcej, niż jej mówi. Znacznie, znacznie więcej. Ale teraz nie mogła poruszyć tego tematu. Bo telefon wciąż dzwonił.
Na ekranie wyświetlił się napis "Numer nieznany".
Kiedy odebrała, usłyszała kobiecy głos. Słodki jak cukierek.
- Wiesz, kim jestem?
Aura wiedziała. Nie miała pojęcia, jak to możliwe (chociaż na tym etapie próbowała nie dać się zaskoczyć), ale głos, który usłyszała, był bardzo podobny do głosu kobiety, której śmierć widziała na własne oczy. Oczywiście ten głos był starszy. Bardziej upiorny.
- Constanz Dorr - powiedziała Aura.
Mari Paz zmrużyła oczy, rozprostowała i zacisnęła palce. Jej dłonie przypominały ptaki w klatce. Sere pokręciła głową z zaniepokojoną miną pod tytułem: "A nie mówiłam?".
- Nie wiem, czy bardziej zaskakuje mnie to, że udało się pani przechytrzyć śmierć, czy to, że tak szybko zdołała się pani z nami skontaktować - dodała.
- Moja droga, jeśli zechcę, nie ma niczego, czego nie mogłabym dokonać.
- Tak mi powiedziano. Zbudować imperium, stać się... jak to było? "Potworem, który w cieniu tka swoją pajęczą sieć".
Constanz się roześmiała. Brzmiała naturalnie. Potężna i krucha jednocześnie.
- Ach, tak. Książka. Niebawem przejdziemy do interesów, moja droga. Na razie się poznajemy.
- Nie tak wyobrażałam sobie pani głos.
- A jak? Jak głos czarownicy z bajki?
- Nie, też nie. Sama nie wiem. Myślałam, że brzmi pani... inaczej.
- Proszę, mów mi na ty, moja droga. Gderliwa i zmęczona, jak staruszka z domu opieki?
- Martwa - wyjaśniła Aura.
- Rozumiem. Przez całe życie zawodzę oczekiwania w tej kwestii, moja droga. Prawda jest taka, że czuję się wspaniale. Powiedziałabym wręcz, że lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. To jest pierwszy powód, dla którego dzwonię.
- Powiedzieć mi, że dobrze się pani czuje?
- Gdyby nie ty, moja droga, wciąż leżałabym przywiązana do łóżka. Odurzona i uwięziona przez własną niewdzięczną córkę.
"I gdyby nie ja, twoja córka nadal by żyła", pomyślała Aura. "I gdyby nie ja, neseser byłby teraz w twoich rękach. I wiem o twoim małym sekretnym klubie. W razie gdyby zabrakło ci powodów, by znaleźć naszą piątkę i nas zabić".
- Nie podziękowałam ci - dodała Constanz.
- Nie musi pani tego robić.
- Potraktuj to więc jako niepotrzebny prezent.
Telefon Aury zawibrował dwukrotnie. Właśnie dostała wiadomość. Odsunęła aparat od twarzy i otworzyła aplikację. To było wideo. Kliknęła. Szybko tego pożałowała.
Na nagraniu była osoba, którą rozpoznała. Granatowa marynarka zapięta, węzeł krawata zaciśnięty jak pięść chciwca. Białe włosy zaczesane do tyłu tworzą ślimaczki na karku. Włosy bogacza. Rozpoznała scenerię. Jaguar XF, z którego tak bardzo był dumny. Chełpił się, że sam go prowadzi, gdy tylko ma okazję. Rozpoznała oczy Ponzana patrzącego w kamerę telefonu z czystym przerażeniem. Przy skroni było widać pistolet.
Aura nie odwróciła wzroku, kiedy nastąpił strzał. Kiedy biała tapicerka jaguara zmieniła kolor, a krew i mózg człowieka, który wydał wyrok śmierci na nią i jej córki, ochlapały szybę po stronie kierowcy.
Aura wysiadła z samochodu, żeby dziewczynki nie widziały jej reakcji. Żołądek miała ściśnięty ze strachu i niepokoju. I było coś jeszcze. Odeszła sześć, siedem kroków, walcząc z tym wrażeniem. Równie naturalnym, jak niepożądanym. "Rzeczy naturalne są obrzydliwe". Ulga.
Zgięła się wpół i płakała przez kilka sekund, żeby obmyć się od środka. Podniosła telefon do ucha i usiłowała mówić, ale słowa nie wychodziły z jej ust. Potrzebowała chwili, żeby się pozbierać. Kiedy się odezwała, jej głos brzmiał jak łamiące się suche spaghetti.
- Dlaczego?
- Bo nigdy nie lubiłam zaczynać interesów z długiem. Moje życie za twoje.
- Skąd myśl, że będziemy robić interesy?
- Masz coś, co chcę.
Aura zacisnęła usta przez nieprzekupną sekundę. "Jesteś bogaty tylko wtedy, kiedy pieniądze, których odmawiasz, smakują lepiej niż te, które przyjmujesz", powiedziała jej kiedyś matka. A w tej chwili Aura czuła się milionerką, w sensie dosłownym i metaforycznym. Ale jej następne zdanie nie miało nic wspólnego ze smakiem, tylko ze strachem. "Nie robi się interesów z diabłem".
- Nie ma pani nic, co bym chciała.
- Mylisz się, moja droga.
Po drugiej stronie linii dało się słyszeć delikatny, uprzejmy kaszel. Rodzaj kaszlu, który dociera stłumiony przez chusteczkę z wyhaftowanymi inicjałami.
- I nie chciałabym, żebyś ubiła interes z drugą stroną.
- Oferta drugiej strony to odzyskanie mojego życia i wolności - powiedziała Aura. - A teraz, dzięki pani, nie będę już musiała oglądać się przez ramię.
- Ja mogę zaoferować pani to samo.
- Skoro warunki są takie same, jestem zmuszona przyjąć pierwszą ofertę, pani Dorr.
Constanz roześmiała się z wytworną grzecznością.
- Pozwól mi zatem podbić ofertę. Moja historia za twoją.
Zrobiła teatralną pauzę.
- Przekaż mi neseser, a ja opowiem ci prawdę o śmierci twojego męża.
Aura się wzdrygnęła, jakby coś miało ją zaraz przygnieść. W jakimś miejscu, bardzo daleko (i nieznośnie blisko) element układanki wpadł na swoje miejsce. Przedostatnia część gigantycznego domina, które zaczęło się przewracać wiele lat temu.
Głos kierowcy wyrywa ją ze wspomnienia.
- Jesteśmy na miejscu.
Aura podnosi głowę i patrzy przez przyciemnioną szybę. Willa Dorrów zarysowuje się kilkaset metrów dalej. Samochód zatrzymał się tuż przy niskim budynku o rustykalnym wyglądzie. Ściany bielone wapnem. Zielone drzwi z blachy falistej.
Uchylone.
Ona czeka, wahając się, z ręką na klamce.
Nie to sobie wyobrażała. Ani nie na to się przygotowała.
- Pani nie lubi czekać - ponagla ją kierowca, patrząc w lusterko wsteczne.
Aura wzdycha i otwiera drzwi.
Ostatnia część domina zaczyna się przewracać.