Toddler. Zacznijmy od nowa - Karolina Wilchowska

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (35,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

Epilog

1

Brzęk komunikatora - piskliwy sygnał zapowiadający kolejne powiadomienie - zmusił mnie do uczynienia kroku w stronę biurka. Następnie subtelny obrót ze stertą ubrań w ręku, pochył w stronę komórki i szeroki uśmiech na moich ustach.

Tak! No w końcu się odezwał, pomyślałam.

Jednym palcem, dość zgrabnie przejechałam po porysowanym ekranie smartfona, robiąc to jednak zbyt szybko. Dlaczego? Niestety, mój przedpotopowy sprzęt wart zaledwie kilka marnych dolarów, zarobionych na sprzedaży surowców wtórnych, miewał opóźniony zapłon. Zaklęłam, próbując po raz kolejny odblokować telefon, który w końcu zareagował: widok tapety ucieszył mnie jak małe dziecko zabawka. Kliknęłam migającą ikonkę aplikacji "FwoF" - zielony dymek z zaciemnioną twarzą mężczyzny w kapeluszu.

W erze Facebooka, Instagrama czy Tweetera prywatność praktycznie nie istniała, z wyjątkiem właśnie tej cudnej aplikacji. "FwoF" to skrót od nazwy "Friend without face" czyli "Przyjaciel bez twarzy''. Z założenia zakładała zawieranie przyjaźni bez pokazywania swojego wizerunku fizycznego. Strona główna pełna wspaniałych postów - życzeń miłego dnia czy dzielenia się dobrymi lub złymi wieściami - zachęcała do pisania. Ludzie się poznawali, mogli bez problemu podzielić swoimi sekretami i nikt nie oceniał ich po wyglądzie. Dzięki filtrowi można było znaleźć przyjaciół z podobnymi zainteresowaniami, mieszkających w okolicy, a że nie było imion i nazwisk, wszystko działo się anonimowo, dodając tajemniczości. Przykład? Osoba z Nowego Jorku o pseudonimie Miriam podzieliła się z nami wiadomością o ciąży. Były gratulacje, życzenia powodzenia, jednak gdy dodała, że rodzina nie podziela jej szczęścia, nikt ich nie potępiał. Przecież w teorii nie znaliśmy osobiście Miriam z Nowego Jorku. Z jednej strony to fajne, bo równie dobrze ktoś przedstawiający się Joker1234 może być samym prezydentem! Uwielbiałam to. W końcu mała, zakompleksiona Zoe mogła być sobą, LittleGrey17. Kompan, którego poznałam na forum, przedstawiał się jako Prophet99. Od roku pisaliśmy ze sobą, poznawaliśmy sekrety. Oczywiście nie wszystkimi dzieliliśmy się na ścianie głównej. Wiele pozostawało między nami.

Prophet 99: Jak przeprowadzka? ?Gotowa na nowe?

Ja: Przerażona ?, ale szczęśliwa??

Odłożyłam telefon na jasny blat biurka. Ustawione pod skośną ścianą - mieszkałam na przystosowanym poddaszu - było nowe, ze śliczną, żółtą lampką. Widok z okna nad nim wychodził na gęsto rosnący las, tuż przy piętrowym domku mojej ciotki Sally. Kołyszące się drzewa poruszał coraz mocniej hulający wiatr, a chwilę potem niebo pociemniało, zapowiadając rychłą burzę. Ten obraz hipnotyzował. Trudno było oprzeć się pokusie otwarcia okna i skoku w zieloną gęstwinę. Tę jednak dość makabryczną fantazję przerwał mi po raz kolejny pisk komunikatora.

Prophet99: Tak trzymaj. Przynajmniej teraz wiem, że będziesz mieszkała gdzieś w mojej okolicy??

Ja: Ta twoja ukochana Wirginia Zachodnia jest zimna! Zaraz będzie padać????

Prophet99: Gdzie? U mnie świeci słoneczko??. Zmarzluch! Przyzwyczaisz się, little??

Ja: Zobaczymy!

Nim odczytałam kolejną wiadomość, rozległo się pukanie do drzwi po mojej prawej. Odwróciłam się w tamtą stronę i na ułamek sekundy zastygłam w bezruchu. Ta sytuacja była dla mnie niejakim zaskoczeniem. Mieszkając poprzednio z matką i siostrą bliźniaczką w kawalerce, z paskudną kuchnią we wnęce oraz łazienką w holu, nie byłam kompletnie przyzwyczajona do gości. Jako typowy odludek żyłam przyjaźnią z Internetu oraz nauką. To dlatego wyjechałam z Kalifornii do Wirginii Zachodniej. W swoich rodzinnych stronach nie miałam możliwości rozwoju, przede wszystkim ze względu na warunki domowe. Matka imprezowała, niekoniecznie dobrze się nami zajmowała, a co gorsza, moja siostra Chloe poszła w jej ślady. Zabawa stała się dla nich stylem życia, a ja postanowiłam być kimś. Z pomocą ciotki Sally, siostry mojego nieżyjącego ojca, postarałam się o stypendium na college'u niedaleko jej rodzinnego Weston. Naukę na West Virginia Wesleyan College miałam zacząć od pierwszych dni września wraz z Diamond, córką mojej ciotki. To właśnie ona pukała zawzięcie do białych drzwi z witrynką na górze. Weszła, nie czekając dłużej na moją odpowiedź. Typowa dziewczyna-punk miała słodkie, cukierkowo-różowe włosy zarzucone na ramię, z jednej strony zgolone na zero. Niebieskie niczym niebo oczy podkreślał mocny, czarny make-up. Jeżeli na trójkątnej twarzy znajdowały się jakiekolwiek przebarwienia lub piegi, to wszystkie skrzętnie przykrywał biały puder, który podkreślał bladą cerę. Anemicznie chuda w butach na platformie, długich aż do ud, stanęła, opierając się o ościeżnicę drzwi. Skórzana kurteczka pasowała do błyszczącej mini, ledwo zasłaniającej tyłek. Mlaskała przeokropnie, żując zawzięcie balonówę. Zrobiła balona, wystrzelił, a po chwili długim, chudym palcem z czarnym paznokciem, wyjęła gumę, rozciągając i owijając dookoła tipsa.

- Rozpakowana? - zapytała i wepchała gumę do warg umalowanych czarną szminką. Nad lewym kącikiem ust ujrzałam wyrazisty, dorysowany pieprzyk.

- Jeszcze nie.

- To rusz dupę, bo za pół godziny wychodzimy.

- Gdzie?

- Gdzie, gdzie? Zobaczysz. Tylko się przebierz z tego wieśniackiego sweterka.

- To ciasteczkowy potwór. - Wskazałam, rozciągając szary sweter z niebieską postacią.

- I ty niby masz osiemnaście lat i pochodzisz z Kalifornii? Matko, co za wieś - warknęła niezadowolona, odwracając się w lewo, po czym wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi. - Pół godziny! - zawołała zza nich pewnym tonem.

Zapewne miała rację, bo w sumie nie pasowałam do jej szalonego image'u zbuntowanej punkówy. Chociaż trudno w to uwierzyć, ale ona również, jak ja, zaczynała edukację na kierunku nauk ścisłych - chemia i biologia. Różniła nas jednak dalsza specjalizacja: ja chciałam zostać laborantem, ona pielęgniarką. Ciocia Sally liczyła, że wzajemnie się uzupełnimy, Diamond się uspokoi, a ja w końcu otworzę. W sumie też trochę na to liczyłam, ponieważ lata spędzone w patologicznych warunkach odebrały mi pewność siebie. Patrzenie na przewijających przez łóżko mamy mężczyzn, którzy co i rusz ją odwiedzali, skutecznie obrzydziło mi facetów. Jęki i sapanie podczas współżycia, czasem niechciany dotyk, to wszystko sprawiło, że zamknęłam się w sobie. Ciotka Sally latami starała się o adopcję mnie i siostry, ale sąd nigdy nie widział powodu, aby przyznać jej prawa do opieki. A szkoda. Wtedy z pewnością moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Uniknęłabym sytuacji, o których wolałam nie pamiętać.

Moje zgrabnie poskładane ubrania włożyłam do garderobianej szafy tuż przy drzwiach. Rozsuwana z lustrem pasowała do kompletu z łóżkiem oraz do biurka, o którym wspomniałam wcześniej. Ciocia chciała stworzyć mi chociaż namiastkę stabilizacji i normalności, przygotować do dobrego wkroczenia w dorosłe życie. Pracowała w prywatnej klinice chirurgii plastycznej, która należała do jej drugiego męża, Rogera Ormenau. Nie był biologicznym ojcem Diamond, ale dogadywali się. Ciemnoskóry, dobrze zbudowany, a przede wszystkich wykształcony pan doktor, zajął się nimi, budując solidną, kochającą się rodzinę.

Ja: Wychodzę?. Diamond nie podoba mi się mój twarzowy strój??

Prophet99: A co masz na sobie???

Ja: Szary sweter z potworem ciasteczkowym i zielone dresy??

Prophet99: O mój Boże! Dziewczyno, ściągnij to i załóż mini.??

Ja: Zapomnij. Co najwyżej dżinsy i T-shirt.

Prophet99: Nudziara. ?? Jak tak dalej pójdzie, to do końca życia dziewicą zostaniesz.

Ja: Ja czekam na księcia z bajki?.

Prophet99: Żaden książę księżniczki-obdartusa nie weźmie.

Ja: Obrażasz mnie??

Cisnęłam telefonem w żółtą pościel, siadając tuż obok. Westchnęłam ciężko, bo w sumie zrobiło mi się przykro. Uwagi na temat mojego ubioru są słuszne, ale w czeluściach mojej nowej szafy nie znalazłam nic ciekawszego. Szkoda, że nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wygląda Diamond. Ciekawe, jakby skomentował jej strój? Kimkolwiek był Prophet99, nie mogłam być na niego zła. Uwagi mogły, lecz nie musiały boleć, ale robił to dla mojego dobra. Jednakże nie miałam zamiaru zakładać mini. Gdziekolwiek chciała mnie zabrać Diamond, wolałam nie prowokować wyglądem. Ona swoim przyciągała wystarczająco dużo uwagi, ja wolałam pozostać w cieniu.

Prophet99: Little, nie złość się??!

Ja: Nie jestem zła na ciebie, tylko na siebie. Moje zacofanie jest straszne??.

Prophet99: To fakt?. Ale może ta przeprowadzka dobrze ci zrobi. Otwórz się i zaszalej!??

Ja: Już ci kiedyś pisałam, że jak nie znajdę męża do trzydziestki, to wyjdę za ciebie??

Prophet99 Faktycznie, pamiętam. Obawiam się, że nie spełnię twoich oczekiwań???

Ja: Pożyjemy - zobaczymy.?

Takie konwersacje mogły trwać w naszym przypadku nawet godzinami. Zwykle pisaliśmy wieczorami, gdy pozwalały na to różnice czasowe. Teraz w końcu i ja przeniosłam się do Wirginii Zachodniej, skąd jest Prophet99. Kto wie? Może wkrótce poznamy się na żywo?