Rozdział 1
W przypadku Iwony i Tadeusza sprawa była bardzo prosta. Poznali się na uczelni - ona, piękna i ambitna, studentka pierwszego roku ekonomii, wyjechała z rodzinnej Nysy na studia do ogromnego Wrocławia. On, trzeci rok prawa, wrocławianin z urodzenia, przystojny z twarzy, zamożny z domu.
Zaiskrzyło od razu. Zaczęli się spotykać i Iwona nawet zdążyła poznać Anatola i Halinę tuż przed tym, jak zginęli tragicznie w wypadku. Tadeusz nagle został zupełnie sam, co prawda formalnie dorosły, ale wciąż jeszcze za młody na taką samotność. Iwonę w pierwszej chwili sparaliżował strach. Spędziła wieczór w akademiku z Celiną i z butelką wina, masochistycznie pozwalając przyjaciółce rozkładać na czynniki pierwsze swoje uczucia. Czy było jej go tylko szkoda, czy naprawdę jej na nim zależało? I czy naprawdę chciała już teraz, w wieku dziewiętnastu lat, pchać się w poważny związek? Czy ten chłopak w ogóle był tego wart? Wino było tanie, Celka bezlitośnie analityczna, a wnioski jednoznaczne.
Przez resztę roku Iwona wspierała Tadeusza, podnosiła go na duchu, a jednocześnie stawała na głowie, żeby nie zaniedbywać studiów. Sesję egzaminacyjną skończyła z samymi piątkami. Na drugim roku dostała wyróżnienie rektora. Na koniec trzeciego szczęście na egzaminach przynosił jej pierścionek zaręczynowy. Tadeusz tuż przed sesją ukląkł przed nią i poprosił o rękę. Rok czwarty i piąty spędziła, dopieszczając zdolności organizacyjne - godziła ze sobą studia, pracę, czas spędzony z narzeczonym i regularne spotkania z przyjaciółką.
Iwona kończyła studia z wyróżnieniem i poczuciem, że udało jej się już w życiu dużo, a uda się jeszcze więcej.
*
- Czyli Tadeusz uciekł na tydzień w góry, sam, a tobie zrzucił na kark ciotkę, żebyś się przypadkiem nie nudziła? - upewniła się najlepsza przyjaciółka Iwony, Celina Nowacka.
Siedziały jak zwykle w kuchni, żeby zminimalizować kontakt z trofeami myśliwskimi. Celka ubrana w typowe dla niej czerni i szarości, Matylda dla odmiany w intensywnym turkusie i czerwieni. Nawet włosy zrobiła pod stylizację - pół głowy w jednym kolorze, pół w drugim.
Iwona westchnęła znad kieliszków od szampana. Była niedziela po południu, więc nauczona doświadczeniem nie wystawiała nawet na stół niczego mocniejszego. Celka i Mati nie narzekały, chociaż Matylda Pawłowska z lekką podejrzliwością odniosła się do zaserwowanych przez gospodynię mimoz.
- Do soku pomarańczowego bardziej pasuje mi wódka - stwierdziła. - Jakoś tak patriotyczniej.
- Patriotyczny byłby sok jabłkowy z żubrówką - poprawiła Celina. - Ale daj spokój z wódką, jest niedziela, jutro korpoludki idą do pracy.
- Chyba że mają urlop - skorygowała Iwona. - I o dziewiątej rano mają być przytomne i promienne pod domem ciotki. Pij mimozę, dobra jest.
Matylda wzruszyła ramionami i zajęła się opróżnianiem kieliszka.
- Dobra. I taka bardzo w stylu znudzonych gospodyń domowych z amerykańskiego filmu. Wiesz, patologia za świeżo pomalowanym płotem i przyciętym trawnikiem.
- Wypraszam sobie...!
- Nie masz równo przyciętego trawnika, bo krzaki ci go porastają - wytknęła jej Celina. - Więc nie masz co wypraszać, nie łapiesz się.
- Właśnie! - zgodziła się Matylda, najwyraźniej nie chcąc przesadnie prowokować gospodyni. - U ciebie patusów nie ma, ale ci na początku ulicy, z trawnikiem jak pole golfowe...
- Inżynierostwo. Sprowadzili się parę miesięcy temu, zrobili remont generalny i wykarczowali cały ogródek.
- Inżynierostwo? - Matylda podeszła do okna i uchyliła firankę. Przez rosnące w ogródku krzewy próbowała dojrzeć dom na początku ulicy. - Co to, dziewiętnasty wiek? O was jak mówią? Radcostwo?
Iwona prychnęła.
- O nas mówią Borkowscy. Ci nowi są dziwni, nie pamiętam w ogóle, jak się nazywają, on się prawie nie odzywa, a ona prawie każde zdanie zaczyna od "mój mąż, inżynier...". Mati, odejdź od tego okna, i tak mi już narobiłyście ostatnio obciachu na pół ulicy.
- Ale szesnasta jest!
- Co jest o szesnastej? - zdziwiła się Celina.
- Mój sąsiad ćwiczy w ogródku - wyjaśniła Iwona.
Celka obróciła się na krześle i zmierzyła Matyldę spojrzeniem pełnym potępienia.
- No co, zapamiętałam sobie - broniła się Pawłowska.
- Nie masz już sobie czym pamięci zajmować? Nic dziwnego, że Mołdawska spod czwórki uważa, że tu jakieś orgie urządzam.
- Urządzasz orgie i nie zapraszasz? - oburzyła się Matylda. - Poprawka, mnie nie zapraszasz? Celki to rozumiem, nikt by jej nie zaprosił, bo jeszcze by się Jan dowiedział i zaczął mordować rywali...
Celina wywróciła oczami, ale nic nie powiedziała. Za rozsądna była, żeby dyskutować z rzeczywistością, a rzeczywistość przedstawiała się następująco: była narzeczona Jana Zbendy zginęła w podejrzanych okolicznościach, a Jan i nieznająca go wówczas w ogóle Celka znaleźli się na czele listy podejrzanych.
Fakty w tym przypadku wypowiadały się raczej skąpo. Na pewno Monika Malinowska, eks (jak twierdził Jan) narzeczona Zbendy, nie żyła. Na pewno Jan i Celina idealnie do siebie pasowali. Na pewno śmierć Malinowskiej została, bez przekonania, uznana przez policję za wypadek. Na pewno prowadzący śledztwo podkomisarz Zacharczyk w ten wypadek nie wierzył (ale przynajmniej przestał podejrzewać Celinę i zadowolił się samym Janem). I na pewno cholerny Jan ani razu jednoznacznie nie odpowiedział na pytanie, czy zabił Monikę.
Sama Celka podchodziła do sytuacji realistycznie, z dystansem i sarkazmem. Jak twierdziła, wolałaby przeżywać romantyczną historię z jakąś kliszą typu wspólny parasol w deszczu, a nie z trupem w tle, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, zwłaszcza jeśli się ma wysokiego, niebieskookiego bruneta z wręcz idealnie dopasowanym do jej potrzeb zestawem cech osobowości. Możliwość, że ów mężczyzna idealny morduje, była nieprzyjemna, lecz nie na tyle, żeby Celinę od niego odstraszyć.
Była nieźle w gościu zakochana, ale klapek na oczach nie miała. Nie miały ich też jej przyjaciółki. Z tego powodu Celka, Iwona i Matylda podjęły pewne kroki, żeby zabezpieczyć Nowacką na wypadek, gdyby wykańczanie narzeczonych weszło Janowi w krew.
- Nie urządzam żadnych orgii. I nie mogę się patrzeć, jak Krystian ćwiczy - powiedziała ponuro Iwona. - Trochę wtopiłam i teraz powinnam spasować...
Celina wyprostowała się gwałtownie, a Matylda porzuciła okno i firankę.
- Ty? Ty wtopiłaś? - upewniła się niedowierzająco Nowacka. - Ty, cnota małżeńska, "mnie już tylko wolno patrzeć", która od pierwszego roku studiów świata poza Tadeuszem nie widzisz, ty niby wtopiłaś?
- Opowiedz nam o tym koniecznie! - zażądała chciwie Matylda.
Borkowska spojrzała na nią krzywo. Mati była kimś, do kogo trzeba się przyzwyczaić. Aż do tej całej hecy ze Zbendą Iwona nie miała potrzeby tego robić - Pawłowska była przyjaciółką Celiny, współlokatorką z czasów studiów, towarzyszką singlowskich imprez. Ale z powodu Jana i podejrzeń policji nagle obie, Iwona i Matylda, musiały połączyć siły i razem wspierać Celkę. A także, w razie gdyby Jan okazał się jednak seryjnym zabójcą narzeczonych, miały go wspólnie zamordować.
Takie plany zbliżały ludzi, nawet tak różnych.
- Mogłabyś się tym mniej rajcować - zauważyła potępiająco.
- Sorry, ale u Celiny się wszystko uspokoiło, a mój organizm pragnie sensacji. Celka, trzymaj ręce przy sobie, to twoja wina! Ty zaczęłaś!
- No tu akurat Mati ma rację - zgodziła się Iwona. - Ty zaczęłaś, ale to nie znaczy, że ja muszę kontynuować!
- Ale kontynuujesz! - wytknęła jej natychmiast Nowacka. - Dawaj, bo Mati źle znosi suspens, zobacz, całą mimozę już wypiła.
Pawłowska spojrzała na swój kieliszek. Faktycznie był pusty.
- Wchodzi jak soczek - stwierdziła odkrywczo. - Siedź, sama sobie doleję. Ty mów.
Iwona wzięła głęboki oddech.
- Podłożyłam się w mięsnym - wyznała.
Obie, Celina i Matylda, zmierzyły ją identycznymi spojrzeniami pełnymi absolutnego, poirytowanego niezrozumienia.
- Jak podłożyłaś się w mięsnym? Na wędlinach?
- Nie dosłownie! Podłożyłam się i wyszłam na kobietę niewierną.
W kuchni przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko bulgotaniem szampana, który Matylda dolewała do kieliszka w absolutnie niewłaściwej proporcji.
- Iwona, ty to musisz rozwinąć - powiedziała wreszcie Celina. - Bo za cholerę nie wiem, jak można w mięsnym wyjść na kobietę niewierną.
- Ja wiem - zgłosiła znad swojego kieliszka Mati. - Ale jakoś wątpię, żebyś realizowała wykwity mojej wyobraźni, więc rozwiń temat.
- Zwyczajnie! Przyznałam się do romansu!
Matylda zakrztusiła się mimozą. Celka błyskawicznie poderwała się z kanapy i zaczęła walić Pawłowską w plecy. Iwona rzuciła się zabierać Mati kieliszek, żeby go nie stłukła.
- Dość - wycharczała w końcu Matylda. - Już się odetkałam. Oddaj mi tego szampana, ja się muszę napić...
Nowacka przyjrzała jej się krytycznie.
- Tylko może tak, żebyś przeżyła, co? Już mam za dużo policji w życiorysie, nie chcę mieć w otoczeniu zgonów.
- Nie będzie na ciebie, będzie na Iwonę...
- Ej! - zaprotestowała Borkowska.
- ...która jest ostatnią osobą, po której bym się spodziewała, że zdradzi męża.
- Wypraszam sobie, nikogo nie zdradzam, a już na pewno nie własnego męża! - oburzyła się Iwona.
Celina wróciła na swoje krzesło.
- Już nic nie rozumiem - poskarżyła się. - Albo macie z Tadeuszem tak urozmaicone i rozległe życie erotyczne, że ja o tym w ogóle nie chcę słyszeć...
- Ja chcę! - wtrąciła się Matylda.
- ...albo jesteś koncertową idiotką i łazisz po sklepach, przyznając się publicznie do romansu, którego nie masz. To która opcja?
Przy tak postawionym pytaniu Iwona właściwie nie miała szans, by wyjść z twarzą.
- Jestem koncertową idiotką.
Ciszę przerwał głuchy huk. Celina z impetem walnęła czołem w stół. Matylda rzuciła się dolewać jej szampana. Chlupnęła szczodrze i symbolicznie dopełniła sokiem pomarańczowym.
- Czekaj, ty się lepiej napij, nie niszcz jej mebli tylko dlatego, że jest głupia!
- Nie jestem... - zaczęła Iwona, ale zaraz się zreflektowała. - No dobra, jestem. Nie niszcz mi mebli.
Celina podniosła głowę. Pawłowska zajęła miejsce obok Nowackiej.
- Wyjaśnij mi to, bo dalej nie pojmuję - poprosiła zwodniczo łagodnym tonem Celka.
Mati poparła ją energicznym kiwaniem głowy.
- Głupio się podłożyłam, przyznaję, ale zrozumcie, przede mną stała taka wkurzająca baba, z tych, co zadzierają nosa i łaskę robią ziemi, że po niej stąpają, i nawijała o tym, że mężczyźnie do szczęścia potrzebne jest mięso. Specjalnie to robiła, bo obok jest piekarnia, a w kolejce do piekarni stała Magda, ta spod jedynki...
- Aaaa! Ta, co jej mąż wyniósł się do sąsiadki dwa domy dalej... - przypomniała sobie Matylda. W ciągu ostatnich kilku miesięcy ożywionych kontaktów z Iwoną zdążyła wysłuchać najgorętszych plotek o jej sąsiadach, zwłaszcza tych zza płotu.
- Tak! I Magda jest wege, od lat. Ten przepis na nadziewanego bakłażana mam od niej! A Laura, ta nowa Zbyszka, ma knajpę z grillem, specjalność golonka i kaszanka.
- Auć! - jęknęła współczująco Matylda.
- No właśnie! Więc wypaliłam, że mój mężczyzna nie je mięsa i jakoś problemu nie ma.
- To jeszcze nie jest przyznanie się do romansu - wytknęła Celina.
- Bo ja się w ogóle nie chciałam do niczego przyznawać! Ale ekspedientka się odezwała, że przecież Tadeusz lubi mięso i razem u niej kupujemy...
- Rany, ale nietaktowna - oburzyła się Matylda.
- Bardzo. Ale musiałam jakoś z tego wyjść z twarzą, więc palnęłam, że nie mówiłam o mężu, tylko o tym drugim, czy jakoś tak...
- I to nazywasz wyjściem z twarzą? - spytała uprzejmie Celina. - Coś w stylu "chcesz wyjść z twarzą, pokaż wszystkim gołą dupę"?
- Przyznaję, nie przemyślałam tego! Ale co, tylko ty możesz robić spontanicznie głupie rzeczy?
- Ja się nie przyznałam do żadnego romansu!
- Uciekłaś do Zielonej Góry z potencjalnym mordercą!
- Kto z kim przestaje i takie tam - wtrąciła się Matylda. - Kłóćcie się potem, chcę wiedzieć, co było dalej.
- Nic nie było! Każdy zapłacił za zakupy i się rozeszliśmy, tylko Magda ze mną od tamtej pory nie rozmawia!
- Nic dziwnego, może mieć uzasadniony uraz do niewiernych małżonków, nawet tych niemięsożernych.
- Wiem! Ale nie wiem, jak jej to wyjaśnić. Jak pójdę i zacznę nawijać, że chciałam bronić jej honoru, to albo będzie uzna za totalną idiotkę, albo gorzej, nie uwierzy i będzie uważała, że jestem romansującą idiotką totalną...
- Przewalone - zgodziła się empatycznie Matylda.
- A Tadeusz co na to?
- Nic, w ogóle mu o tym nie mówiłam. Nie będę się mężowi przyznawać do własnej głupoty!
Celina spojrzała na nią z politowaniem.
- Wolisz mu wyjaśniać, że nie masz romansu?
- Pfff! - prychnęła wzgardliwie Iwona. - Tadeusz by w życiu nie uwierzył, że mam!
- Tadeusz siedzi w górach i wróci za tydzień, jak twoje wyskoki w mięsnym pójdą w zapomnienie. Ty się nie martw, co on na to, ty się martw, co na to szanowna ciocia Tadeusza - zauważyła przytomnie Matylda. - Będzie u ciebie tydzień mieszkała, jak do niej dotrą te plotki, to cholera wie, co zrobi. Życie ci obrzydzi, nakabluje twojemu mężowi...
- Proszę cię, Tadeusz by w ogóle czegoś takiego nie chciał słuchać.
- Jesteś pewna?
- Tak na dziewięćdziesiąt dziewięć procent... No dziewięćdziesiąt osiem... Siedem... Rajuśku, czy ja zniszczyłam swoje małżeństwo? - spanikowała Iwona.
Celina i Matylda spojrzały na siebie, komunikując się bez słów. Pawłowska bez słowa wstała i poszła pyknąć ekspresem do kawy, a Nowacka zabrała Borkowskiej kieliszek.
- Będziemy trzeźwo myśleć - oznajmiła.
- Jak trzeźwo, a co, jeśli Tadeusz...
- Tadeusz zasuwa na rajdzie w Bieszczadach i jest szczęśliwy jak knur w błocie. Co więcej, pewnie jest tak samo ubłocony.
Iwona skrzywiła się na samą myśl.
- Dlatego z nim nie jeżdżę... A jeśli już, to do spa. Lubię udogodnienia cywilizacyjne.
- To sobie lub. Ważne, że między twoim idiotycznym wyznaniem a Tadeuszem jest jakieś pięćset kilometrów i jeszcze tydzień minie, zanim ta odległość się zmieni.
- Więc mamy masę czasu na zarządzanie kryzysem - dodała Matylda, stawiając przed Iwoną kubek z kawą.
- Mleko...
- Żadnego mleka, pijesz leczniczo, dla jasności umysłu. Podwójną ci zrobiłam.
Żeby nie wyjść na niewdzięcznicę, Borkowska mężnie upiła łyk i wszystkie siły skupiła na tym, żeby się nie skrzywić.
- Co wiemy o cioci? - spytała Celina.
Iwona zamyśliła się głęboko. Tak naprawdę to o cioci nie wiedziała prawie nic...
Anatola była jedyną żyjącą bliską krewną Tadeusza, starszą siostrą jego ojca, Anatola. Iwona była zdania, że dziadkowie Borkowscy wyjątkowo się nie popisali w kwestii nadawania imion dzieciom.
Rodzice Tadeusza nie żyli od dawna, a ciotka Anatola utrzymywała z bratankiem i jego żoną sporadyczne kontakty. Zdarzały im się odwiedziny w święta, w imieniny ciotki i urodziny Tadeusza. Wizyty zwykle były krótkie, sztywne i polegały na aktualizacji informacji o bieżących okolicznościach życiowych, przynajmniej przez Tadeusza i Iwonę. Ciotka Anatola nigdy niczego nie aktualizowała, a na pytania odpowiadała półsłówkami.
Szczerze mówiąc, to Iwona nie miała wielkiego pojęcia, jaką osobą jest ciotka. Robiła wrażenie kogoś, kto osądza wszystkich i wszystko zza swoich ogromnych okrągłych okularów. Nad okularami miała włosy w kolorze brudnej purpury, kontrastujące z opaloną, by nie powiedzieć sfajczoną na słońcu skórą. Iwonę aż świerzbiło, żeby cioci sprezentować zestaw filtrów, ale uznała, że to mogłoby znacząco pogorszyć już i tak przecież kiepskie stosunki rodzinne.
Mieszkanie Anatoli było pełne ciemnych mebli i obrazów z mazajami w odcieniach - a jakże - purpury. Iwona bardzo się pilnowała, żeby przypadkiem któregoś z nich nie skomplementować, bo jeszcze ciotka obdarowałaby ich bohomazem i Tadeusz uparłby się, żeby to dzieło zawiesić między porożami, a tego by Borkowska nie zniosła.
Ciotka Anatola funkcjonowała na obrzeżach ich życia, prawdopodobnie gdzieś kiedyś pracowała, być może miała jakiegoś miłego, dochodzącego absztyfikanta, ale nigdy im go nie przedstawiła. Czymś się pewnie interesowała, ale nie dzieliła się informacjami na ten temat.
I tak by pewnie było nadal, ku obopólnej satysfakcji, gdyby nie katastrofa budowlana.
To wszystko Iwona bez oporów opowiedziała zasłuchanym przyjaciółkom.
- Tylko tyle? - zdziwiła się Matylda.
- Spędzam z nią może po trzy godziny trzy razy do roku, co więcej mam wiedzieć? Tadeusz nigdy specjalnie się nie palił do kontaktów, ciotka też rzadko dzwoni... Coś tam się chyba zadziało jeszcze za czasów jego rodziców, ale nigdy nie wnikałam w szczegóły. Jego rodzina, jego sprawa.
- A nie wiesz, czy lubi ploty? Spiknie się z tą twoją sąsiadką od orgii i posłucha, co ona o tobie myśli?
Zestawienie chyba niemal stuletniej pani Mołdawskiej i orgii w jednym zdaniu wstrząsnęło Borkowską mocniej niż kolejny łyk kawy.
- Nie wiem!
- Jest emerytowaną strażniczką moralności? - podsunęła Mati. - Wiesz, taką, co cię będzie osądzać za nietradycyjny dom... Brudne gary, dzieci nie macie...
- Nie zostawiam brudnych garów w zlewie! - oburzyła się Iwona. - A dzieci mamy w planach, tak może za rok albo dwa. Tadeusz już nawet imię dla dziewczynki wybrał.
- Jakie?
- Angelika. Nie do końca je czuję, ale on się zapiera, że zawsze miał wizję córeczki Angeliki i ta wizja za każdym razem, jak on o tym mówi, zaczyna mi się coraz bardziej podobać... - przyznała Borkowska. - Chcę wsadzać gary do zmywarki i zastanawiać się, jak nazwiemy chłopca, a nie martwić się, czy ciotka ze mnie zrobi przed Tadeuszem jakąś... nierządnicę!
- Od razu nierządnicę... Jeden romans to za mało na nierząd - pocieszyła ją Mati. - Przy takich ostrych kryteriach to strach pomyśleć, kim ja bym była...
- Bywalczynią orgii - podsunęła Celina. - Tych, w które wierzy sąsiadka Iwony. Sorry, ale przeciętna mieszkanka Ołtaszyna na pewno nie ogarnęłaby niuansów twojego schodzenia i rozchodzenia się z Sebulą, Areczka na przychodne i kogo ty tam jeszcze masz...
- Mam przewalone - jęknęła Iwona.
- Nic nie masz przewalone - stwierdziła stanowczo Celina. - Słuchaj mnie uważnie. Po pierwsze, póki masz ciotkę w domu, nie łypiesz na Krystiana.
- To przecież oczywiste!
- Nie histeryzuj, tylko słuchaj. Nie łypiesz na Krystiana. Nie puszczasz ciotki do sklepu, a już na pewno nie do tego mięsnego.
- A jak będzie coś chciała...?
- Nie daj jej szansy czegoś chcieć, podstawiaj jej te swoje frykasy pod nos, zanim zdąży zgłodnieć. I trzymaj ciocię z dala od sąsiadów. Magda raczej z nią przez płot chyba nie zagada, ale będziesz musiała uważać na tę z naprzeciwka...
- Mam spędzić tydzień na gotowaniu i pilnowaniu ciotki, żeby z nikim nie gadała? Chciałam się do spa umówić!
- Możesz iść do spa, byle z ciotką. Nie zostawiaj jej samej, bo się sępy zlecą.
- Nie wiem, czy ona chodzi do spa... Może na solarium...
- Pójdziecie sobie razem i będziecie budowały więź rodzinną - pouczyła ją Celina.
- Zawsze mogło być gorzej - podsunęła pocieszająco Matylda. - Przynajmniej cię policja nie wezwała na przesłuchanie w sprawie morderstwa. I właściwie to masz fart, że na to przesłuchanie wzywają, a nie robią je w domu, bobyś jak nic została pierwszą podejrzaną.
- Dlaczego? - oburzyła się Iwona.
- No weź, mieszkasz w mauzoleum wypchanych zwierząt. Jeśli ktoś tu się nadaje na morderczynię, to właśnie ty. Ale spoko, nie masz w okolicy trupa, masz tylko pseudoromans.