Zbrodniarz wojenny Filip Latinović, oficjalnie skazany w Hadze za zbrodnie wojenne przeciw ludzkości, w końcu po osiemnastu latach spędzonych w więzieniu w Norwegii wraca do rodzinnego kraju, do Bośni, przeobrażony, wykształcony, zupełnie inny. Wierzący.
Ale w jego domu nic się nie zmieniło - jest bohaterem!
Szybko pogrąża się w samotności. Z pomocą Boszniaka, kumpla z podstawówki, zdobywa skądś damski brauning.
Strzela sobie prosto w czoło albo w skroń.
*
Rodion Raskolnikow wrócił po trzydziestu pięciu latach katorgi.
A ta jego nieszczęśnica, Sonia, cały czas czekała, postarzała się, sczerniała, trwała bez życia i wiary, staruszka, czterdzieści dziewięć lat, partyjna, bolszewiczka. Rodion jeszcze chudszy, bez zębów, siwy i zmarnowany.
Odwiedza starego Porfirego Petrowicza, który od dawna jest na emeryturze i żyje w tym samym mieszkaniu co kiedyś, popadając w całkowitą rozsypkę. Tymczasem wydarzyła się Rewolucja!
Teraz Rodion Raskolnikow jest wierzący, w nim także dokonała się rewolucja, to nieubłagane przekonanie, że żyje dzięki Bogu. Ale Porfiry, no cóż, jest sądowym śledczym, a teraz go prześladują, bo to już nawet nie komunista, już podejrzewają, że jest Białym... Teraz to taki świat, w którym burzą świątynie, biją księży, hańbią zakonnice, zamieniają ołtarze w chlew. Świat, w którym nie ma ani jednego wierzącego, świat bez krzyża...
Zatem sowiecki. Zmieniają się tylko małe białe domki pustelników i karcery.
Sonia błaga go, by nie wychodził, bo mogą go zabić z powodu krzyża wiszącego na szyi.
- Soniu, czy ty nie widzisz, Soniu? Spójrz dobrze. Teraz widzisz?
Porfiry wpada w przerażenie na samo wspomnienie Jezusa.
- Mnie skrucha, wiara i rozmowa z Chrystusem uratowały, Porfiry Petrowiczu, mnie już wybaczono, bo sam sobie wybaczyłem.
Przestraszony starzec, niegdysiejszy "burżuazyjny sędzia śledczy", szepcząc, błaga Raskolnikowa, by rzadziej do niego przychodził. W głębi duszy jest już pewien, że Rodion to agent, świadomy prowokator. Zastanawia się, czy na niego donieść, zanim z powodu tego szaleńca on sam skończy w gułagu.
- No cóż, bracie, odbyłeś karę i nikt już nie może cię pozwać za starą lichwiarkę i Lizawietę.
Nie jestem, bracie, taki pewien, czy On w ogóle istnieje, a tu jest, no proszę, taki robotny człowiek i gotowość, wola jego, by kochać ziemię, w szczęściu na niej pracować.
Sonia wie, że to tylko kwestia czasu, kiedy przyjdą po Rodiona Romanowicza i biciem zaczną go przekonywać, że nie ma Chrystusa. Zostań bolszewikiem, ukorz się, Rodionie, mówi mu.
- A więc ty nie widzisz, Soniu. Nigdy nic nie widzisz.