Podziękowania
Moja mama przeczytała roboczą wersję pierwszego tomu tej serii, który
nosi tytuł To, o czym nie wiesz, i po lekturze zapytała: "Czy opiszesz
historię Bailey i Vaughna? Może już zaczęłaś? Kiedy będę mogła ją
przeczytać?".
Gdy wprowadzałam postacie Bailey i Vaughna na karty tamtej powieści, od
razu wiedziałam, że chcę o nich napisać więcej. Dziękuję Ci, mamo, że
utwierdziłaś mnie w słuszności mojej decyzji, ale przede wszystkim
jestem Ci wdzięczna za szczere opinie i miłość do moich książek, chociaż
jesteś zaprzysięgłą fanką Stephena Kinga, a ja przecież kieruję swoje
powieści do trochę innej grupy odbiorców... To, że dałaś się wciągnąć w stworzone przeze mnie światy, naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Jak każdego pisarza, czasami ogarnia mnie niemoc twórcza, ale zwykle po
kilku dniach mija. Kiedy zaczęłam pracować nad To, za co cię kocham,
niemoc dopadła mnie tak mocno jak nigdy wcześniej. Ciągnęła się
tygodniami. Może stało się tak, ponieważ w tym czasie skończyłam
trzydzieści lat? Nie mam pojęcia... Wiem tylko, że w przezwyciężeniu
kryzysu pomogli mi przyjaciele, rodzina, moja agentka i dwa bardzo
natarczywe głosy: Bailey i Vaughna. Ogromne podziękowania dla
wymienionych tu niefikcyjnych postaci za ich niezmienne wsparcie dla
rozgorączkowanej, sfrustrowanej autorki.
Chciałabym serdecznie podziękować mojej agentce, Lauren Abramo, która
jest dla mnie niewyczerpanym źródłem wsparcia i rad oraz wspaniałą
partnerką, kiedy potrzebuję burzy mózgów.
Dziękuję też mojemu cudownemu wydawcy z Berkeley Sensation, Kerry'emu
Donovanowi, który wraz ze mną ciężko pracował nad tą książką. Dzięki
Twojej intuicji i wnikliwości moja powieść przybrała najlepszą możliwą
formę. Sprawiłeś, że uwielbiam współpracę z Wami.
Dziękuję także fantastycznemu zespołowi wydawniczemu z Berkeley, mojej
specjalistce od reklamy, Jessice Brock, oraz działowi graficznemu za
stworzenie kolejnej wspaniałej okładki.
Podziękowania należą się również pracownikom brytyjskiego wydawnictwa
Piatkus i mojej redaktorce, Annie Boatman, za zapał, z jakim wspierali
powstawanie tej serii. Jestem Wam bardzo wdzięczna! Dziękuję również
działowi graficznemu za opracowanie pięknej okładki brytyjskiego wydania
powieści.
Wreszcie najgorętsze ze wszystkich podziękowań:
dla Ciebie, mój Czytelniku.
Rozdział 1
1
Vaughn
Ranek był pochmurny, fale - bardziej wzburzone i gwałtowniejsze niż
zazwyczaj - szybko mknęły do brzegu, a mewy szybowały po niebie, które
swoją melancholijną szarością doskonale współgrało z kolorem wody.
Vaughn stał przy wielkim oknie luksusowego penthouse'u w swoim hotelu
przy promenadzie, przyglądał się tej scenie i żałował, że nie może jej
chłonąć wszystkimi zmysłami. Promenada, plaża i ocean wyglądały jak
zaczerpnięte z filmu. Bez krzyku mew, którego nie słyszał przez
potrójnie przeszklone okno, obraz wydawał się nierealny. Brakowało też
zapachów - słonego powietrza, hot dogów, burgerów i ciepłego, słodkiego
aromatu waty cukrowej.
To one sprawiały, że przy promenadzie czuł się jak w domu.
Dom.
Hmm...
Przybył do Hartwell, żeby uciec przed brzydotą Manhattanu. W Hartwell
panował spokój. W lecie zjeżdżały się tu tysiące turystów i stale
organizowano najróżniejsze festiwale i święta, ale nawet tłumy nie mogły
zburzyć tej atmosfery.
Vaughn potrzebował ciszy. Początkowo zamierzał się nią nacieszyć, a potem, kiedy nadejdzie czas, wrócić do Nowego Jorku.
Jednak w którymś momencie Hartwell zmieniło się z tymczasowego
schronienia w dom.
"Tam jest dom mój, gdzie jest moje serce".
Wrócił spojrzeniem na spokojną promenadę i - choć go to zirytowało -
poczuł, że serce podskoczyło mu w piersi, kiedy gdzieś w dole dostrzegł
błysk kasztanowatych włosów. Pochylił się naprzód, żeby lepiej widzieć.
Oczywiście.
To była ona.
Bailey.
Szła promenadą od strony swojego pensjonatu, Hart's Inn, a jej długie
włosy unosiły się na wietrze. Vaughn przysunął twarz do szyby, by
zobaczyć więcej, ale z tej wysokości nie było to możliwe.
Widział tylko, że dziewczyna ma na sobie dżinsy wsunięte w cholewki
krótkich brązowych botków i zielony sweter, o wiele za cienki na chłód
wczesnego poranka.
Zmarszczył brwi. Powinna sobie kupić jakąś kurtkę!
Uśmiechnęła się, najwyraźniej do zbliżającej się ku niej sąsiadki, Iris.
Przez chwilę zazdrościł Iris tego uśmiechu. Uśmiechowi Bailey Hartwell
trudno się było oprzeć. Robił na ludziach wielkie wrażenie.
Na nim też.
Niestety.
Niestety zwłaszcza dlatego, że nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek
skierowała ten uśmiech bezpośrednio do niego.
Bailey i Iris zniknęły z jego pola widzenia.
Chciał podążyć za nimi wzrokiem, ale tylko uderzył głową o szybę.
- Cholera! - Rozmasował dłonią czoło i odwrócił się od okna.
Jego wzrok przyciągnęło wielkie łóżko stojące po drugiej stronie pokoju.
Spała na nim szczupła, rudowłosa kobieta, której imienia nie mógł sobie
przypomnieć.
Dokuczał mu pewien problem. Wszędzie widział Bailey.
Widział ją nawet w innych kobietach, mimo że zawsze próbował się skupiać
na czym innym.
Starając się nie zwracać uwagi na dziwny ucisk w piersi, zaczął się
ubierać. Zdjął z wieszaka białą koszulę, starannie wyprasowaną przez
obsługę, i szybko włożył na siebie. Potem z kolekcji wybrał niebieski
jedwabny krawat. Kamizelka i marynarka dopełniły całości. Gotowy do
wyjścia podszedł do łóżka i szturchnięciem obudził rudzielca. Kobieta
stęknęła i uniosła powieki. Jednak zamiast przejrzystych zielonych oczu,
które sprawiały, że krew wrzała mu w żyłach, zobaczył brązowe.
- Muszę już iść - oznajmił i wyszedł.
Nawet się za siebie nie obejrzał.
Rozdział 2
2
Bailey
Wyznaczyłam sobie zadanie specjalne.
Postanowiłam zasypać przepaść, która nagle powstała między moim
chłopakiem, Tomem, a mną. Spotykaliśmy się od dziesięciu lat, a teraz
przechodziliśmy gorszy okres.
Trudno nie przyznać, że w związku jest jakiś problem, kiedy twój facet
spycha cię z siebie w łóżku, gdy próbujesz się do niego zbliżyć.
Chciałam znaleźć rozwiązanie.
Najpierw długo na niego wrzeszczałam i wyzywałam od głupich dupków, bo
przecież zachował się jak dupek.
Potem się uspokoiłam i zaczęłam myśleć. Planować, jak naprawić naszą
sytuację.
Może dzięki seksownej bieliźnie i płaszczowi przeciwdeszczowemu?
Na początek potrzebna mi była nowa bielizna. Miałam w szafie kilka
seksownych kompletów, ale Tom już je znał. Chciałam go olśnić czymś,
czego jeszcze nie widział.
Mały butik Sherry's Trousseau w pobliżu Main Street był drogi, ale żaden
ze sklepów na głównej ulicy ani w centrum handlowym pod Dover nie
oferował takiego wyboru. Problem z kupowaniem bielizny w małym
miasteczku polega na tym, że wszyscy w sklepie, włącznie z samą Sherry,
łatwo mogli się domyślić, iż zamierzam się z kimś zabawić, i swobodnie o tym rozmawiali, jakby mieli prawo do grzebania w moim życiu intymnym.
- Tom będzie miał niezłą frajdę podczas zdejmowania z ciebie tych
fatałaszków - rzuciła Sherry, gdy nabijała na kasę cenę czerwonego
satynowego stanika, pasujących majteczek, podwiązek i cieniutkich
jedwabnych pończoch.
W szafie miałam czerwone szpilki, które planowałam włożyć do tego
zestawu.
- No - przytaknęłam. - Mam nadzieję, że eksploduje z radości jak gejzer.
Wyszłam ze sklepu, chichocząc w duchu na wspomnienie czerwonej z zażenowania twarzy Sherry.
Najwyraźniej nie widziała nic złego w rozmowie o tym, co mój chłopak
poczuje, kiedy zobaczy mnie w nowej bieliźnie, ale wzmianka o konsekwencjach jego odczuć wydawała jej się całkiem nie na miejscu. Cóż.
Miała czas przywyknąć do moich niestosownych reakcji. To był mój sposób
na przetrwanie w małym miasteczku. Mówiłam, co myślę, bez żadnej
autocenzury, a miejscowe plotkary pokonywałam ich własną bronią,
udzielając im aż nazbyt wielu informacji o sobie.
To była świetna zabawa.
Odwróciłam głowę i zerknęłam na sklep, żeby sprawdzić, czy Sherry już
opowiada o moich szokujących słowach Ellen Luther, jedynej poza mną
klientce, i...
- Auć! - Poczułam ból w podbródku, kiedy zderzyłam się z czymś twardym
tak mocno, że aż straciłam równowagę i gwałtownie się zachwiałam.
Cienka rączka papierowej torby z nowo zakupioną bielizną pękła i zakupy
wypadły na chodnik.
Patrzyłam na nie oszołomiona, a w podbródku czułam pulsujący ból. Nagle
tuż obok leżącej na ziemi bielizny dostrzegłam parę butów.
Eleganckich i wypolerowanych do połysku.
Z czarnej wysokogatunkowej skóry.
Mogłam się założyć o wszystko, że były od Prady.
Tylko jeden facet w Hartwell potrafił nosić designerskie ubrania, jakby
zostały zrobione specjalnie dla niego.
Z rezygnacją podniosłam wzrok.
Jak mogłam się spodziewać, to był Vaughn Tremaine. Patrzył na moją nową
bieliznę, jakby to była uliczna latarnia albo coś równie nieciekawego.
Teraz pulsowanie ogarnęło całe moje ciało, nie tylko podbródek, którym
uderzyłam o umięśnione ramię Tremaine'a. Jak zwykle miał na sobie
trzyczęściowy garnitur, który leżał na nim jak ulał.
Z przerażeniem patrzyłam, jak rozpina guzik marynarki i przykuca, żeby
pozbierać bieliznę z chodnika. Gdyby ktokolwiek inny jej dotykał, nic by
mnie to nie obeszło. Ale Vaughn Tremaine nie był kimkolwiek.
Trzymając w ręce mój nowy stanik, spojrzał na mnie i pytająco uniósł
brew.
Nie pierwszy raz poczułam się nieswojo pod spojrzeniem jego
stalowoszarych oczu.
Cisza między nami dłużyła się niemiłosiernie, kiedy tak patrzyliśmy na
siebie, a ja musiałam stłumić w sobie chęć porzucenia zakupów i ucieczki
w przeciwnym kierunku, byle dalej od niego. Problem polegał na tym -
cóż, nawet nie jeden, bo z tym facetem wiązało się wiele problemów - że:
a) Vaughn Tremaine był nieziemsko przystojny i b) jak nikt inny umiał
pozbawić mnie pewności siebie.
Na przykład teraz, chociaż bardzo się starałam odepchnąć od siebie tę
myśl, musiałam zauważyć, z jaką obojętną miną trzyma moją seksowną
bieliznę.
Byłam dla niego równie atrakcyjna jak rozgotowany makaron.
Ale przecież nie powinno mnie to obchodzić. Ten facet to palant!
- Wygląda na to, że Toma czeka dziś wieczór pełen atrakcji. - Vaughn
podał mi stanik.
Wyrwałam mu go z ręki, czerwona jak burak. Najwyraźniej karma
postanowiła się na mnie zemścić za to, co powiedziałam Sherry. Kiedy
sięgnął po majtki i podwiązki, nie wytrzymałam.
- Zostaw to - warknęłam.
Wstał i wręczył mi pakunek.
Wściekła i zażenowana, chciałam wyrwać mu torbę z ręki, ale tylko
potknęłam się i zachwiałam. Podtrzymał mnie, zaciskając mocno palce na
moim ramieniu. Jego dotknięcie wywołało falę paniki, więc wyrwałam się i groźnie zmarszczyłam brwi.
Rok temu chyba tak bym na niego nie patrzyła.
Oczywiście, zrobiłabym nieprzyjazną minę, ale nie aż tak wrogą. Od
pierwszego spotkania nasze stosunki były dość nieprzyjazne, ponieważ
Vaughn dawał mi odczuć, że przy nim, kosmopolitycznym światowcu, jestem
zwykłą niewykształconą prowincjuszką. Kpił ze mnie, kpił z Toma, a to mi
się nie podobało. Przecież nie jest lepszy ode mnie.
Trzeba jednak przyznać, że sprzeczając się z nim i odpowiadając
docinkami na docinki, czasami nieźle się bawiłam. Tak było do ostatniego
lata, kiedy podczas jednej z wielu naszych bitew na złośliwości otwarcie
powiedział przy Jess i wszystkich, których opinia się dla mnie liczyła,
że mnie nie znosi. Być może zasłużyłam sobie na tak ostrą reakcję,
ponieważ tego dnia, po kłótni z Tomem, byłam szczególnie wkurzona, ale...
ale... cóż...
Drań uraził moje uczucia, a tego się nie wybacza.
- Wieczny dżentelmen, co? - stwierdziłam ironicznie.
- Wydawało mi się, że pozbieranie upuszczonych zakupów to rzeczywiście
czyn godny dżentelmena.
- Nie. Dżentelmen oceniłby tę sytuację i szybko doszedł do wniosku, że
dotykanie damskiej bielizny jest niegrzeczne, zignorowałby całe zajście
i poszedł w swoją stronę, by dać mi możliwość dyskretnego schowania do
torby intymnych części garderoby.
Prawy kącik jego ust uniósł się nieco z rozbawienia.
- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest pani taka nieśmiała i dyskretna, panno Hartwell. Tak bardzo speszyło panią to, że zobaczyłem
pani bieliznę? Nigdy bym się tego nie spodziewał.
- Sprytnie wymyślone. - Zignorowałam to, że nazywał mnie panną Hartwell.
A przynajmniej się starałam.
Nie chciałam, żeby się domyślił, jak bardzo drażni mnie, że nigdy nie
powiedział do mnie po imieniu. W odwecie nigdy nie mówiłam o nim inaczej
niż "Tremaine".
Jak widać, w swoim towarzystwie zachowywaliśmy się jak w pełni dojrzali,
kulturalni ludzie.
Uśmiechnął się szeroko.
- To prawda, przy pani dowcip mi się wyostrza.
- Cóż, to normalne, kiedy ktoś chce się sprzeczać z osobą bardziej
błyskotliwą od siebie.
Bywały chwile, jak ta, kiedy wydawało mi się, że w oczach Vaughna
dostrzegam cień szacunku. Wiedziałam jednak, że to nie może być prawda.
Po prostu widziałam coś, co bardzo chciałam zobaczyć.
- Jesteśmy dzisiaj w zadziornym nastroju.
- Nie mów do mnie na "wy", Tremaine. Twoja wyniosła poza nie robi na
mnie wrażenia. Prawdę mówiąc, wkurza mnie.
Podszedł krok bliżej i musiałam szybko się opanować, żeby się przed nim
nie cofnąć. Vaughn Tremaine nie musiał wiedzieć, że jego bliskość
zapiera mi dech w piersi. Zatrzymał wzrok na mojej twarzy. Zawsze tak
robił, jakby z zachwytem chłonął każdy jej szczegół, ale wiedziałam, że
jego jedynym celem jest wprawienie mnie w zakłopotanie.
Niestety, udało mu się.
Kanalia.
- Nie powinna mi pani mówić, co panią wkurza - powiedział. - To mnie
tylko zachęca.
Gdyby to był ktokolwiek inny, po takiej ripoście roześmiałabym się z mimowolnym szacunkiem. Ponieważ jednak wypowiedział ją Vaughn, odebrałam
to jako osobisty przytyk.
Początki były trochę inne. Vaughn to bystry człowiek. Często te nasze
utarczki słowne sprawiały mi swoistą przyjemność. Ale po tym, jak
oznajmił, że mnie nie lubi, każde jego słowo skierowane do mnie wydawało
mi się obrazą. Co gorsza, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy
przyznał się do niechęci wobec mnie, zaczęłam w nim dostrzegać kogoś
więcej niż tylko aroganckiego, samolubnego biznesmena, który uważa się
za lepszego od innych.
W głębi duszy wiedziałam, że Vaughn nie jest złym człowiekiem. Odkryłam
to w zeszłym roku, kiedy pomógł moim przyjaciołom, Jessice i Cooperowi.
Gdy Jess doszła do wniosku, że między nią a Cooperem wszystko skończone,
Vaughn umożliwił jej pozostanie w miasteczku, żeby Cooper miał czas
uratować ich związek.
Prawdą jest też, że odkąd Vaughn zamieszkał w Hartwell, wszyscy czuliśmy
się bezpieczniejsi, choć Ian Devlin i jego synowie nadal stanowili
zagrożenie.
Devlin był właścicielem wielu nieruchomości w Hartwell, włącznie z Grand
Hotelem w centrum i wesołym miasteczkiem przy końcu promenady Hart's
Boardwalk. Nie miał jednak niczego przy północnej części promenady,
gdzie wielu mieszkańców prowadziło swoje interesy. I jak uciekał się do
niehonorowych i nieuczciwych wybiegów, żeby skupować nieruchomości wokół
popularnej wśród turystów Main Street, tak też próbował swoich sztuczek,
żeby zyskać jakąś własność przy nadmorskim deptaku, gdzie ziemia i domy
były najdroższe. Za wszelką cenę chciał dołączyć do swojej kolekcji
którąś nieruchomość przy promenadzie. Podejrzewałam nawet, że marzyło mu
się, żeby kiedyś zostać właścicielem wszystkich budynków przy północnej
części deptaka. Zamierzał przekształcić tę stronę miasta w luksusowy
kurort, co w olbrzymiej części zniszczyłoby wszystko, co czyniło z Hart's Boardwalk tak wyjątkowe, czarujące miejsce.
Kiedy wystawiono na sprzedaż stary hotel przy promenadzie, my, czyli
zżyta ze sobą społeczność Hart's Board-walk, uznaliśmy, że wszystko
stracone. Wydawało nam się, że Ian Devlin jest jedynym człowiekiem,
którego stać na taki zakup.
Ale wtedy zjawił się Vaughn. Nieprzyzwoicie bogaty potentat przemysłu
hotelarskiego, pochodzący z lepszej rodziny niż większość mieszkańców
Manhattanu. Z bliżej niewyjaśnionych powodów kupił stary hotel przy
deptaku, zburzył go i postawił własny.
Pozytywną stroną takiego rozwoju wypadków było to, że chociaż zbudowany
przez niego hotel prezentował się nowocześnie, Vaughn lubił Hart's
Boardwalk w jego dotychczasowej postaci i nie starał się go odmienić.
Poza tym nawet ja musiałam przyznać, że szczerze lubił i szanował
Coopera. Kiedy więc pojawiło się niebezpieczeństwo, że Devlin wykupi
położony przy samym deptaku bar Coopa - a to dzięki przekupieniu
jakiegoś urzędnika w radzie miasta, żeby nie przedłużał Cooperowi
licencji na sprzedaż alkoholu - Vaughn sprawił, że udało się temu
zapobiec.
I chociaż właśnie wtedy oznajmił, że mnie nie lubi, musiałam w nim
dostrzec coś, czego bardzo nie chciałam zobaczyć.
Zapewne Vaughn Tremaine był napuszonym, pewnym siebie, aroganckim
bogatym biznesmenem, który uważał się za lepszego ode mnie, ale kiedy
tego chciał, potrafił też być dobry i uczciwy.
Co więcej, jego pomoc w naszej walce z Ianem Devlinem zdawała się nie do
przecenienia.
Cooper wyjawił, że Vaughn powiedział mu coś, dzięki czemu miał pewność,
że Tremaine nigdy nie pozwoli Devlinowi zrujnować tego, co stworzyliśmy
przy promenadzie.
A niewątpliwie dzięki pieniądzom i wpływom mógł powstrzymać Devlina.
- O co chodzi? Mam coś na twarzy? - zapytał Vaughn.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że od dłuższej chwili patrzę w te
jego niesamowite szare oczy. Posiadanie takich oczu powinno być
zabronione. Vaughn na pewno wiedział, jak jego spojrzenie działa na
kobiety.
Na kobiety. Inne kobiety. Nie na mnie.
- Nie. - Odstąpiłam o krok, chociaż w ten sposób dawałam mu przewagę.
- Co takiego? Żadnej ciętej riposty? Dobrze się pani czuje? - Przechylił
głowę i uważnie mi się przyjrzał. Między jego brwiami pojawiła się
zmarszczka. - Wygląda pani na zmęczoną.
Prychnęłam i przygładziłam dłonią włosy. Nie znosiłam, kiedy tak
wnikliwie mi się przyglądał.
- Co za uroczy komplement, Tremaine. Aż dziw, że nie ciągnie się za tobą
sznur wzdychających wielbicielek. A nie, zaraz! To wcale nie jest
dziwne.
Patrzył na mnie w milczeniu, co z jakiegoś powodu wprawiło mnie w jeszcze gorszy nastrój, ponieważ miałam wrażenie, że potrafi przejrzeć
mnie na wylot i zobaczyć, jaka jestem nieszczęśliwa...
- Nic dziwnego, że jesteś singlem - ciągnęłam, mierząc go wzrokiem, od
którego mniej odważnemu facetowi skurczyłyby się jądra. - Jesteś zimny
jak głaz. Nie masz nic do zaoferowania kobiecie. Nic oprócz bogactwa. A prędzej czy później każda zda sobie sprawę, że takie puste życie nie
jest warte żadnych pieniędzy.
To było brutalne.
Straszne.
I odnosiło się bardziej do mnie niż do niego.
Natychmiast zapragnęłam cofnąć te słowa, ale było już za późno.
Czasami miałam ochotę odgryźć sobie język.
Przed chwilą oskarżyłam go, że jest zimny jak głaz, i rzeczywiście,
teraz patrzył na mnie lodowato.
- Jestem singlem z własnego wyboru, panno Hartwell. W przeciwieństwie do
pani mam tyle siły, żeby żyć w pojedynkę, zamiast zadowalać się byle
czym. Ale w końcu ciągnie swój do swego, czyż nie?
Nawet nie przypuszczał, jak bardzo jego słowa trafiły w mój czuły punkt.
Nic więcej nie dodał, tylko odszedł spokojnym krokiem, jakby nie doszło
między nami do żadnej przykrej wymiany zdań.
Mnie nigdy nie udało się go poruszyć.
Przenigdy.
Ale jemu zawsze to wychodziło.
I niezmiennie mnie tym ranił.
Drań!
Wkurzona pomaszerowałam w przeciwnym kierunku, z powrotem do mojego
hotelu. Starałam się wyrzucić z pamięci słowa Vaughna i otrząsnąć się z podłego nastroju, w jaki mnie wpędziły.
Przecież musiałam być w dobrym humorze, skoro chciałam naprawić swój
związek z Tomem, kusząc go tak lubianym przez niego strojem - płaszczem
przeciwdeszczowym, pod którym nie kryło się nic oprócz seksownej
bielizny.
Vaughn
Nie po raz pierwszy Vaughn stłumił w sobie gwałtowną chęć, żeby odnaleźć
tę kobietę, paść przed nią na kolana i błagać o wybaczenie.
Nikt nie działał na niego tak jak Bailey Hartwell. Zdarzało się już, że
ludzie mówili mu gorsze rzeczy niż ona, ale zawsze robili to w pozornie
uprzejmy, pasywno-agresywny sposób, którego nie znosił.
A jednak to Bailey była jedyną osobą, przy której tracił zimną krew.
Zaczynał jej się odgryzać. Wybuchał niczym niedojrzały nastolatek.
I za każdym razem boleśnie ją ranił.
Nie przypominała kobiet, wśród których dorastał. Te od wczesnego wieku
uczyły się maskować uczucia.
Bailey nie ukrywała ich, wszystkie jej emocje były widoczne jak na
dłoni.
Na przykład... wiedział, że jej się podoba. Wiedział też, że jest za to
zła na samą siebie, bo chociaż czuła do niego pociąg, to go nie lubiła.
Nie lubiła go od chwili, kiedy spotkali się pierwszy raz, i częściowo
dlatego on również zachowywał się wobec niej bardzo zaczepnie.
Czasami jednak, tak jak przed chwilą, posuwał się za daleko.
Skrzywił się na wspomnienie tego, co jej właśnie powiedział. Mimowolna
tęsknota, którą czuł, kiedy Bailey była w pobliżu, zmieniła się w pulsujący w piersi nieprzyjemny ból żalu i skruchy. Bailey Hartwell na
pewno nie można zarzucić przeciętności.
Prawdę mówiąc, musiał wytężyć całą siłę woli, żeby powstrzymać erekcję
na widok bielizny wypadającej z jej torby z zakupami. Wyobraził sobie,
jak by w niej wyglądała, i krew natychmiast napłynęła mu do penisa.
Nie chciał się zbłaźnić w miejscu publicznym, dlatego pomyślał o Tomie
Suttonie i natychmiast ogarnęły go złość i frustracja. Co za
niedorzeczność, że taki idiota jak Sutton będzie miał zaszczyt i przyjemność oglądania Bailey w skąpej bieliźnie. To zbrodnia, że taki
ktoś może obejmować ją w nocy, przebywać z nią za dnia i być jedną z osób, które opromienia swoim światłem. Jasnym światłem. Jeszcze nigdy
nie spotkał takiej kobiety. Każdą myśl, każde uczucie okazywała
otwarcie, śmiało i bez ogródek. Przybyszowi ze świata, w którym kobiety
rzadko mówią, co myślą, ponieważ wolą wdawać się w subtelne gierki, miło
było znaleźć się w rzeczywistości, w której istniał ktoś taki jak Bailey
Hartwell.
Bardzo się o wszystkich troszczyła.
Za bardzo.
Czasami chciał, żeby przestała się tak przejmować, bo bał się, że ktoś
ją zbyt mocno zrani.
Słyszał, jak troskliwie zaopiekowała się Dahlią McGuire, kiedy ta
sprowadziła się do Hartwell, żeby poprowadzić sklep z pamiątkami,
przejęty po ciotecznej babce. Krążyły plotki, że Dahlia urządziła sobie
nocną kąpiel w oceanie tuż po przybyciu do miasteczka i omal nie
utonęła. Podobno Bailey uratowała jej życie. Zostały bliskimi
przyjaciółkami.
Osobiście był świadkiem, jak Bailey otoczyła opieką Jessicę Huntington
po jej przyjeździe do Hartwell. Zainteresowała się nią od pierwszego
spotkania, jakby wiedziała, że Jessica skrywa jakiś sekret i bardzo
potrzebuje przyjaciółki. Bailey zaoferowała jej swoją przyjaźń bez
zadawania pytań.
Widział, że Bailey dba o swoje miasto i jego mieszkańców. Zdawał sobie
sprawę, że uważała go za zagrożenie i jak tylko mogła, próbowała
utrudnić mu życie, dopóki nie zrozumiała, iż on nie zamierza wyrządzić
tu żadnego zła.
Gdyby okazało się inaczej, walczyłaby z nim do upadłego. Bailey,
właścicielka małego hoteliku, mająca jedynie wsparcie ze strony
przyjaciół.
Nie zawahałaby się mu przeciwstawić. Jemu, z całym jego majątkiem i ogromnymi wpływami.
Bez lęku.
Z ogniem.
Cholera, podziwiał ten jej ogień.
A Tom Sutton najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, że sypia z tak
ognistą dziewczyną. Nie miał pojęcia, jak niezwykłą osobą jest Bailey
Hartwell.
Niespotykanie lojalna.
Vaughn ją za to podziwiał. Chciał to wszystko mieć. Chciał jej. Chciał
mieć ją w łóżku. Co noc.
Spełnienie tego marzenia uniemożliwiały mu nie tylko niechęć Bailey i jej związek z Tomem. Bał się, że mógłby ją zranić. Tak jak zrobił to
zaledwie kilka chwil temu. Głównie jednak powstrzymywała go przed tym
własna niechęć do związków. Vaughn poprzysiągł sobie nigdy więcej nie
angażować się w żaden bliski związek i nawet Bailey Hartwell nie
umiałaby sprawić, żeby zmienił zdanie, jeśli już raz podjął stanowczą
decyzję.
Choć to więc dziwne, nienawidził Toma, ponieważ ten, mimo że zupełnie na
to nie zasługiwał, miał Bailey, o której Vaughn mógł jedynie marzyć, ale
jednocześnie cieszył się, że Tom istnieje.
Vaughn i Bailey. Nigdy nie będą parą.
Ale ta bielizna...
Bailey musiała wkładać seksowne fatałaszki, żeby podniecić Toma?
Cóż. Ta bielizna była śliczna.
A obraz ubranej w nią Bailey - dużo więcej niż śliczny.
Dla niego jednak nie miało to znaczenia. Bielizna skrywałaby to, co
chciał zobaczyć najbardziej na świecie.
Bailey Hartwell. Nagą. W swoim łóżku. Z ogniem w oczach, ale uległym
ciałem. Cały czas była względem niego tak wroga i w każdej chwili gotowa
do utarczki. Nic nie podniecało go bardziej niż myśl, że mógłby kiedyś z nią wygrać, a ona pozwoliłaby mu przywiązać się do łóżka...
- Szlag - wymamrotał, bo poczuł, jak robi mu się gorąco.
Nie chciał się przecież podniecać na ulicy.
Sytuację uratowała komórka, która nagle zawibrowała w kieszeni
marynarki, co wyrwało go z zamyślenia. Wyjął ją i na wyświetlaczu
zobaczył napis "Tata".
Wdzięczny za przywołanie do porządku, odebrał połączenie.
- Pewnie widziałeś w gazecie najnowsze wiadomości o Caroline - odezwał
się William Tremaine bez żadnego wstępu.
- Widziałem.
- Wszystko w porządku?
Ta rozmowa była jednym z powodów, dla których powinien wracać do Nowego
Jorku.
Matka Vaughna zmarła na skutek choroby serca, która nękała ją od
dzieciństwa, chociaż nikt nic nie podejrzewał, dopóki nie zaatakowała z całą siłą. Od tego czasu ojciec zawsze był przy nim. Kiedy Vaughn
stracił matkę, miał zaledwie pięć lat, a William Tremaine należał już
wtedy do potentatów w nowojorskiej branży budowlanej. Miał mnóstwo
obowiązków, ale zawsze udawało mu się znaleźć czas dla syna.
Owszem, Vaughnem opiekowały się nianie, ale nigdy nie czuł się
niechciany czy niekochany, a kiedy dorósł, zdał sobie sprawę, jaka to
rzadkość w ekskluzywnym świecie, w którym się urodził. Nie miał
wątpliwości, że jego koledzy również byli kochani, ale tę miłość często
miażdżył ciężar oczekiwań, jakie zrzucano na ich barki.
William wychowywał syna na pracowitego, obowiązkowego człowieka, ale
nigdy nie próbował narzucić mu własnych ambicji i oczekiwań. W przeciwieństwie do rodziców kolegów. Ojciec był jego najlepszym
przyjacielem. Człowiekiem, którego podziwiał i szanował bardziej niż
kogokolwiek innego.
I dla niego powinien wrócić do Nowego Jorku.
Nie potrafił jednak zrobić nawet kroku w tym kierunku.
- Wszystko w porządku, tato - zapewnił.
- Nie wątpię w to, po prostu postanowiłem się odezwać. Wiesz...
pomyślałem, że mógłbym się jutro zatrzymać w Delaware. Za kilka dni jadę
w interesach do Londynu. Przyda mi się krótki odpoczynek.
Vaughn uśmiechnął się szeroko.
- Ale u mnie naprawdę wszystko w porządku.
- Chcę to zobaczyć na własne oczy.
- W takim razie już się cieszę na twój przyjazd.
Kiedy skończył rozmowę, pogrążył się w rozmyślaniach o zbliżającej się
wizycie ojca i ostatnim spotkaniu z Bailey Hartwell. Zatrzymał się w pół
kroku, gdy zdał sobie sprawę, że minął barek, w którym chciał kupić
kanapkę na lunch.
Przypomniał sobie spojrzenie zranionej Bailey.
Szkoda, że nie wysłał po tę cholerną kanapkę kogoś z hotelowego
personelu. Ale nie, zachciało mu się spaceru.
Mógłby sobie obiecać, że to ostatni jego spacer na długi czas, ale
wiedział, że zwariuje, jeśli stale będzie siedział w hotelu. Jak
więzień...
Poza tym... choć widok Bailey był dla niego niczym tortura, już się od
niego uzależnił.
Rozdział 3
3
Bailey
Siadając za kierownicą w płaszczu przeciwdeszczowym, pod którym miałam
jedynie seksowną bieliznę, czułam podniecenie i posmak wielkiej
ryzykownej przygody. Ogarnęło mnie nieodparte wrażenie, że jeśli
ktokolwiek mnie zobaczy, od razu się domyśli, jaki mam plan, więc do
samochodu dotarłam biegiem, a ponieważ włożyłam czerwone szpilki, omal
nie skręciłam kostki.
Śmiałam się sama z siebie, kiedy odjeżdżałam sprzed domu. Byłam przejęta
i lekko stremowana, więc chichotałam nerwowo.
Lubię czasem zrobić coś niezwykłego.
Kiedy jednak zaparkowałam pod mieszkaniem Toma, ścisnęło mnie w żołądku.
Nie byłam już tak radośnie podekscytowana, ponieważ przypomniałam sobie,
jak minionej nocy odepchnął mnie w łóżku.
Spojrzałam w górę, na jego okno, w którym paliło się światło. Przez
chwilę trwałam w bezruchu. Musiałam wygłosić sama do siebie krótką mowę
dodającą otuchy.
- Masz na sobie tylko płaszcz i bieliznę. Nie ma mowy, żeby jakikolwiek
facet pozostał obojętny na taki widok.
Wzięłam głęboki oddech i poczułam, że moja pewność siebie wróciła do
normy. Wysiadłam z samochodu. Okazało się, że to był najtrudniejszy
etap. Otworzyłam własnym kluczem drzwi do budynku i podekscytowana
weszłam do środka. Na palcach pobiegłam schodami w górę, żeby stukanie
szpilek nie ostrzegło Toma o moim przybyciu.
A szkoda, że nie stukałam szpilkami.
Szkoda, że nie stukałam głośno jak diabli.
Może gdyby Tom usłyszał, że nadchodzę, nie musiałabym oglądać jego
gołego tyłka, poruszającego się w górę i w dół, oraz kobiety leżącej pod
nim na kanapie.
Weszłam do jego mieszkania, zbudowanego na otwartym planie, i stanęłam
jak wryta na progu części dziennej, próbując zrozumieć, co właściwie
widzę i co tu się dzieje.
Leżeli tyłem do mnie, więc nie mieli pojęcia, że ich obserwuję, a ciało
Toma przysłaniało mi widok na kobietę; widziałam jedynie jej pomalowane
na czerwono paznokcie, które wbijała w jego pośladki, starając się
wepchnąć go jeszcze głębiej w siebie.
- Tak! O Boże! Tak! - jęczała piskliwie.
Nie rozpoznawałam tego głosu.
- Erin! - wystękał Tom. - Kurde!
Erin?
Przyglądałam się im przez chwilę, aż natrafiłam wzrokiem na stopy Toma.
Nadal miał na nich skarpety i zauważyłam, że są brudne. Tom w brudnych
skarpetach przelatywał jakąś Erin na kanapie.
Spojrzałam na swój płaszcz przeciwdeszczowy i poczułam się jak idiotka.
Poniżona idiotka.
Kiedy ja się martwiłam, jak przywrócić do życia nasz związek, on
pieprzył się z kimś innym.
Totalna idiotka.
Nagle ogarnęła mnie furia i gwałtownie uniosłam głowę. Zdziwiłam się, że
z moich oczu nie wystrzeliły w ich stronę błyskawice. To nie ja jestem
idiotką! Nie ja jestem głupia! To ten palant, który mnie zdradza, jest
skończonym idiotą.
Dziesięć cholernych lat!
Rozwścieczona zdjęłam szpilki i po cichu poszłam do kuchni. Zerknęłam
przez ramię na kanapę i stwierdziłam, że zajęta sobą parka nadal mnie
nie zauważyła. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam dzbanek zimnej wody, który
mój były chłopak zawsze tam trzymał.
- Co, do... - krzyknął Tom, zaniepokojony odgłosem zamykających się drzwi
lodówki.
Kiedy podniósł wzrok, ja już stałam przy kanapie. Oczy rozszerzyły mu
się z przerażenia, gdy wylałam cały dzbanek lodowatej wody prosto na
niego i jego kumpelę do łóżka.
Erin zaczęła piszczeć, a Tom, przeklinając, zeskoczył z niej, jakby
oblazły ją mrówki.
Kiedy wrzeszcząc, zeszli z kanapy i mokrzy miotali się po pokoju w poszukiwaniu ubrań, spostrzegłam torebkę Erin i szybko do niej
podeszłam.
- Bailey, zaraz ci wszystko wytłumaczę! - powiedział Tom głosem
piskliwym ze strachu.
Zerknęłam na niego, nie przerywając przeszukiwania torebki nieznajomej
kobiety. Potykając się o własne stopy, wciągał dżinsy i przerażonym
wzrokiem spoglądał to na mnie, to na Erin.
Ona natomiast stała, narzuciwszy na ramiona koc, który trzymałam
przerzucony przez oparcie kanapy, żeby móc się nim okryć, kiedy
oglądałam jakiś film. Wbiła zawstydzony wzrok w swoje nagie stopy, więc
nie spostrzegła, że mam w dłoni jej telefon.
- Erin i ja...
- Jesteście podłymi zdrajcami! - dokończyłam za Toma.
Mój głos sprawił, że Erin uniosła głowę i chociaż wydawało mi się to
niemożliwe, krew jeszcze gwałtowniej zakipiała mi w żyłach z wściekłości. W końcu ją rozpoznałam. Była dziewczyną jednego z kolegów
Toma, Rexa McFarlane'a. Miłego, przystojnego dwudziestoczterolatka. A Erin... Erin miała dwadzieścia trzy lata!
Zdradził mnie z dziewczyną, która niedawno skończyła college.
Oto ja, z pogodną miną krocząca śmiało naprzód, w nadziei, że uda mi się
naprawić związek, szukająca na to jak najatrakcyjniejszego sposobu,
radosna i zdeterminowana, nagle z całą siłą zderzyłam się z wyrosłą nie
wiadomo kiedy betonową ścianą nienawiści, obrzydzenia, rozczarowania,
zdrady, urażonej dumy i furii!
Chciałam, żeby Tom i ta jego Erin poczuli wszystko to, co ja.
Moimi poczynaniami kierowała wściekłość.
Nie trzeba było wpisywać hasła, żeby uruchomić telefon Erin. Pewnie w przyszłości rozważy kwestię zabezpieczenia.
- Co ty robisz? - Wysoki dziewczęcy głos drżał nerwowo. Przewinęłam
listę kontaktów.
REX.
Wybrałam numer.
- Nie! Tom, co ona robi? - piszczała żałośnie Erin.
Ton jej głosu był tak wysoki, że zapewne pies sąsiadów piętro niżej aż
podskoczył zaalarmowany, jednak mnie nawet nie drgnęła powieka.
Zamierzałam siać spustoszenie.
Po trzecim sygnale usłyszałam znajomy niski głos.
- Cześć, skarbie. Jesteś jeszcze w pracy?
Gdybym myślała nieco bardziej przytomnie, ciepłe uczucie, które
zabrzmiało w jego słowach, powstrzymałoby mnie przed dalszym działaniem.
Ale jak później zdałam sobie sprawę, nie byłam wtedy całkiem przy
zdrowych zmysłach.
- Rex?
- Kto mówi? - zapytał, wyraźnie zdezorientowany i zaniepokojony o Erin.
- Tu Bailey Hartwell, dziewczyna Toma Suttona.
- Tom! Powstrzymaj ją! - krzyknęła Erin.
- Bailey, do cholery! - Tom ruszył w moją stronę. Patrzył na mnie
błagalnie.
Odwróciłam się na pięcie i wymknęłam z jego zasięgu, klucząc między
meblami.
- Czy ja słyszałem tam Erin? Co się dzieje? - dopytywał Rex.
- Właśnie nakryłam Toma, jak pieprzył się z Erin na kanapie w swoim
salonie. A ponieważ wczoraj wieczorem po powrocie do domu od razu wziął
prysznic, a potem odepchnął mnie, kiedy chciałam się z nim kochać,
domyślam się, że nie pierwszy raz tych dwoje zabawia się ze sobą.
- Co? - Głos Rexa stał się chropawy i odległy.
- Zostaliśmy zdradzeni. Doszłam do wniosku, że powinieneś o tym
wiedzieć. - Rozłączyłam się i rzuciłam telefon Erin na pobliskie
krzesło.
Stała ciasno otulona kocem, a jej ramiona drżały od płaczu.
Najwyraźniej bardzo cierpiała, ale na mnie nie robiło to najmniejszego
wrażenia.
Ogarnęło mnie odrętwienie. Patrzyłam na człowieka, z którym spędziłam
ostatnie dziesięć lat życia.
- Sądziłam, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Ale tak nie jest.
Zasługuję na coś lepszego. Nie mogę uwierzyć, że zmarnowałam na ciebie
dziesięć lat. A tak na wszelki wypadek, gdybyś jeszcze miał jakieś
wątpliwości: między nami wszystko skończone.
Włożyłam szpilki i ruszyłam do wyjścia. Odtrąciłam jego dłoń, gdy
próbował mnie zatrzymać. Kiedy biegł za mną po schodach, ignorowałam
jego głos, jego obecność, tak jak ignorowałabym natrętną muchę, której
brzęczenie nad głową mi zobojętniało.
Nie docierało do mnie nic, co mówił. Nie czułam jego dotyku ani - jak
sobie później przypomniałam - nie słyszałam błagań i przeprosin.
Usiadłam za kierownicą i odjechałam tak szybko, że omal go nie
potrąciłam, jak przez mgłę świadoma, że zaklął i odskoczył na bok tuż
przed maską samochodu.
***
- Zamorduję tego sukinsyna! - krzyknęła Jessica, moja najbliższa
przyjaciółka.
Chodziła przy tym nerwowo tam i z powrotem po swoim salonie. Louis,
szczeniak rasy labrador, podążał za nią krok w krok, więc co chwila
potykali się o siebie.
Nie wiedziałam, dokąd jadę, dopóki nie zatrzymałam się pod domem Jess i Coopera. On jeszcze pracował w barze, ale ona była na miejscu.
Jakoś znalazłam słowa, żeby opowiedzieć, co się właśnie wydarzyło, a jej
reakcja przebiła się przez otaczającą mnie chmurę odrętwienia.
W tej chwili czułam jedynie mdłości. Mdłości wywołane niepewnością i strachem, ponieważ nagle uświadomiłam sobie...
- Jess, ja mam trzydzieści cztery lata - odezwałam się, przerywając jej
nerwowy spacer. Zatrzymała się i spojrzała na mnie uważnie. Widziałam,
jak bardzo jest wzburzona. Do oczu napłynęły mi łzy. - Jak mam zacząć od
nowa?
- Och, Bailey. - Usiadła obok mnie na kanapie i otoczyła mnie ramieniem.
Louis oparł pysk na jej kolanie i patrzył na mnie z psim współczuciem. -
Znajdziesz kogoś innego. Musisz po prostu dojść do siebie i wyleczyć
złamane serce.
Nie tego się jednak obawiałam. Musiałam się zastanowić, czy gniew, jaki
mnie ogarnął w mieszkaniu Toma, na pewno był skierowany przeciw niemu i Erin, czy raczej dużą jego część czułam do samej siebie.
- Jess, ja to wiedziałam - wyszeptałam, pozwalając płynąć łzom. Miałam
pewność, że Jessica jest jedyną osobą, która nie osądzi mnie za to, co
zaraz jej wyznam. - Wiedziałam już od jakiegoś czasu.
- Że Tom cię zdradza?
- Nie, nie o to chodzi. - Potrząsnęłam głową. - Wiedziałam... wiedziałam,
że nie jest tym jedynym. - Patrzyłam na jej twarz, która wydawała mi się
rozmazana przez łzy stojące w moich oczach. - Uznałam, że Tom to
bezpieczna opcja. Dlatego go wybrałam. A okazało się, że nie jest nawet
tym.
Przez chwilę Jess przytulała mnie w milczeniu.
Otarłam łzy i odsunęłam się od niej z westchnieniem.
- Powinnam być zrozpaczona. Powinnam mieć złamane serce. Prawda?
Skinęła głową.
- Ale nie jestem. Owszem, czuję się zraniona. Została urażona moja duma,
zwłaszcza jeśli weźmiesz pod uwagę, że w tej chwili mam na sobie jedynie
jedwabną bieliznę i płaszcz przeciwdeszczowy. - Posłałam jej blady,
smutny uśmiech, a ona odpowiedziała tym samym. - I jestem zawstydzona, a nawet upokorzona. Ale nie mam złamanego serca... Nie. Czuję... - Wciągnęłam
gwałtownie powietrze, jakby ktoś wymierzył mi cios w żołądek.
- Co czujesz?
- Ulgę - przyznałam. - Jestem przerażona, ale czuję ulgę. O Boże. -
Wsparłam głowę na rękach, patrząc na szpilki, które niemiłosiernie mnie
cisnęły.
Zdjęłam je.
- Dziesięć lat. Boże, straciłam dziesięć lat na Toma, chociaż
wiedziałam, że nigdy się w nim nie zakocham do szaleństwa. Chciałam
tylko... chciałam faceta, przy którym czułabym się bezpieczna i który
dałby mi to, czego pragnę, czyli małżeństwo i dzieci. Kiedy rodzice się
przeprowadzili i zostałam w miasteczku jako ostatnia z Hartwellów, tak
bardzo za nimi tęskniłam, że najbardziej na świecie pragnęłam założyć
własną rodzinę. Tom o tym wiedział. Wiedział, ile znaczą dla mnie dzieci
i w ogóle rodzina. Sądziłam, że kocha mnie na tyle mocno, iż w końcu
zdecyduje się dać mi szczęście. Ale nie potrafił się do tego zmusić, a ja uparcie czekałam, poświęcając mu najlepsze lata. Tymczasem ten gnojek
mnie zdradził.
Czułam narastającą panikę i z trudem łapałam powietrze.
- Jak zacząć od nowa w wieku trzydziestu czterech lat? - wyrzuciłam z siebie.
Jess chwyciła mnie za ręce.
- Oddychaj głęboko - nakazała.
Zrobiła wdech, potem wydech i gestem nakazała mi, żebym ją naśladowała.
Mało brakowało, a połamałabym jej palce, tak mocno je ściskałam,
starając się iść jej śladem i mimo paniki skoncentrować się na
oddychaniu.
Po chwili poczułam, że rozluźniają mi się mięśnie, choć nawet nie miałam
świadomości, że tak bardzo je napięłam.
Opadłam na kanapę, a łzy znów popłynęły ciurkiem.
- Boję się.
Jess również miała łzy w oczach.
- Wiem. Przeżyłam coś podobnego. Ale naprawdę można zacząć od nowa, bez
względu na wiek. - Wzięła mnie za rękę. - Masz mnie, masz Coopera i wszystkich innych. To miasto cię kocha. Pomożemy ci przejść przez ten
trudny czas.
- A co, jeśli skończę samotna?
- Wykluczone. - Spojrzała na mnie i zmarszczyła czoło. - Nie rozważasz
chyba powrotu do tego dupka tylko po to, żeby nie zostać sama?
- Nie! - odparłam błyskawicznie. - Wiesz, ostatniej nocy mnie odepchnął.
Próbowałam się z nim kochać, a on zepchnął mnie z siebie. Oczywiście,
że mnie zdradzał! Byłam idiotką, że tego nie zauważyłam. - Roześmiałam
się ponuro. - Byłam przekonana, że żadne z nas nigdy nie znajdzie sobie
nikogo lepszego i że on też tak sądzi. Nawet przez myśl mi nie przeszło,
że mógłby mnie zdradzić.
- Co to znaczy "żadne z nas nigdy nie znajdzie sobie nikogo lepszego"? -
Jess skrzyżowała ramiona na piersi.
Znów się spięłam. Nie chciałam się przed nią przyznać do swojej teorii,
że Tom i ja stanowimy dobraną parę, ponieważ oboje jesteśmy przeciętni.
- Chodzi mi o to... że byliśmy sobie równi. No wiesz...
Jessica zmrużyła oczy, jakby nie wierzyła własnym uszom.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to każdy z twoich znajomych z osobna i wszyscy
razem uważają, że zasługujesz na kogoś lepszego niż Tom Sutton, a przez
to, że cię zdradził, zasługuje na tytuł Dupka Roku.
Uśmiechnęłam się blado i skinęłam głową.
- Zdecydowanie. Dupek Roku Wszechświata.
Jessica prychnęła rozbawiona.
- Jess?
- Tak?
- Wiesz, że cię kocham, prawda?
W odpowiedzi ścisnęła moją dłoń.
- Damy sobie radę, Bailey. I wiesz co? Dzisiaj przyszłość jawi ci się
jako coś przerażającego. Ale założę się o wszystko, co mam, że jutro ten
nowy początek wyda ci się ekscytujący.
- Mam nadzieję.
Przysunęła się bliżej i znów otoczyła mnie ramieniem.
- Boże! - wykrzyknęłam nagle, przerywając tę chwilę milczenia, ponieważ
z przerażeniem uświadomiłam sobie, co narobiłam. Zalało mnie poczucie
winy. - Co ja najlepszego zrobiłam Rexowi! - Znów się rozpłakałam, tym
razem ze wstydu. - To było okropne. Straszne. Jestem samolubną suką.
- Nie mów tak! Przecież nie rozumowałaś jasno. A w ogóle to
wyświadczyłaś temu chłopakowi przysługę. Powinien się dowiedzieć, że
dziewczyna go zdradza.
- Ale nie w ten sposób. Przeze mnie został poniżony tak samo jak ja.
Będę musiała go przeprosić.
- Jeśli chcesz, zrób to. Tylko nie dzisiaj, dobrze? Dzisiaj zostaniesz
tutaj, będziesz oglądała głupie filmy i jadła niezdrowe jedzenie w moim
towarzystwie.
- Nie chcę ci przeszkadzać.
- Nawet tego nie skomentuję. - Wstała z kanapy. - Przyniosę ci jakieś
ciuchy, żebyś się mogła przebrać.
Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością. Kiedy tylko zniknęła na górze,
a Louis w podskokach pobiegł za nią, pozbawiając mnie swojej kojącej
obecności, znów się rozpłakałam, tym razem gwałtowniej. Będę musiała
powiadamiać wszystkich, że rozstałam się z Tomem, co mnie przerażało.
Trzeba będzie zadzwonić do mamy i taty, i do brata, Charliego... Muszę
powiedzieć o tym Dahlii i Emery. Iris i Irze.
O Boże, dopiero zaczną się domysły.
Litość.
I jeszcze Vaughn Tremaine.
Trudniej mi będzie odpierać jego drwiące uwagi na temat mojego życia. Po
prostu będę musiała pamiętać, że chociaż straciłam pewność jutra, nadal
mam ukochany deptak i ludzi z nim związanych, którzy są dla mnie jak
rodzina. Dzięki nim moje życie nadal jest niezwykłe i ani zdrada Toma,
ani opinie Vaughna tego nie zmienią. Nie pozwolę na to.
Zdałam sobie sprawę, że łatwiej to sobie powiedzieć, niż w to uwierzyć.
Strach ścisnął mnie za gardło. Objęłam się ramionami i zaszlochałam
jeszcze głośniej, aż ciasny węzeł, który oplatał mi pierś, zaczął się
nieco rozluźniać.
Po chwili poczułam, że Jess obejmuje mnie i przyciąga do siebie, żebym
mogła wesprzeć głowę na jej ramieniu. Zwinęłam się w kłębek i przylgnęłam do niej, szlochając w jej sweter, a Louis lizał mnie po
dłoni, znów oferując swoje psie pocieszenie.
Rozdział 4
4
Bailey
Około czwartej trzydzieści nad ranem obudziłam się na kanapie Jess i Coopera. Nie udało mi się z powrotem zasnąć.
Kilka godzin wcześniej ocknęłam się z drzemki i zdezorientowana
patrzyłam na oparcie kanapy. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Dopiero kiedy
usłyszałam ciche szczekanie Louisa i głos Coopera, przypomniałam sobie,
że oglądałam z Jess jakieś filmy. Pewnie zasnęłam w trakcie, a Jessica
wolała zostawić mnie śpiącą na kanapie, niż obudzić.
- Tak, widzę, że Bailey śpi na kanapie, ale chciałbym wiedzieć dlaczego
- powiedział Cooper ściszonym i zatroskanym głosem. - Louis, spokój!
- Nakryła Toma z inną kobietą - odpowiedziała szeptem Jess.
W jej tonie było słychać mieszaninę gniewu, smutku i troski.
- Co takiego? - wykrzyknął Cooper.
Louis szczeknął cicho.
- Ciii! Uciszcie się obaj.
- Co? - powtórzył Coop głośnym szeptem.
Nawet w tym jednym słowie wyraźnie dało się wyczuć furię.
Leżałam spięta i przygnębiona. Kiedyś, jako naiwna nastolatka, szaleńczo
podkochiwałam się w Cooperze i nie dawałam mu żyć. Kiedy dorosłam, Coop
niepostrzeżenie zmienił się w kogoś na kształt starszego brata i wspaniałego przyjaciela. Był wobec mnie niewiarygodnie opiekuńczy.
- Zabiję sukinsyna!
Usłyszałam, jak drzwi się otwierają, i już miałam wstać, żeby go
powstrzymać, ale odezwała się Jess.
- Niczego takiego nie zrobisz. - Drzwi się zamknęły. - Bailey wcale by
tego nie chciała. Bardziej potrzebuje naszej obecności i wsparcia.
- Sądzę, że gdybym rozkwasił nos temu dupkowi, to też liczyłoby się jako
wsparcie.
Przepełniło mnie ciepłe uczucie względem Coopera i znów zebrały mi się
łzy pod powiekami.
- Być może - odrzekła szeptem Jess. - Ale odłóżmy to na później. Chodź
na górę, żebyśmy nie obudzili Bailey.
Cooper już się nie odezwał. Usłyszałam tylko skrzypienie schodów, kiedy
wraz z Louisem wspinali się na piętro. Zaraz potem pokonało mnie
znużenie, a kiedy znów się ocknęłam, mój zegarek wskazywał czwartą
trzydzieści. Leżąc bezsennie, myślałam o wydarzeniach sprzed dwóch dni,
które doprowadziły do tego, że zjawiłam się w mieszkaniu Toma ubrana w tę głupią czerwoną bieliznę.
Dezorientacja.
Głównie to czułam, gdy leżałam wtedy po swojej stronie łóżka i gapiłam
się na ścianę w ciemnościach nocy. Byłam zdezorientowana, ponieważ nie
mogłam zrozumieć, dlaczego udaję, że śpię, chociaż tak naprawdę
nasłuchiwałam powrotu Toma do mojego mieszkania. Słyszałam, jak wchodzi,
przez kwadrans kręci się po kuchni, a potem idzie korytarzem w stronę
mojego pokoju, żeby skorzystać z prysznica. Udawałam, że śpię, nawet
kiedy wszedł do łóżka i położył się obok mnie.
Nie mieszkaliśmy razem. Ja miałam mały domek z jedną sypialnią, a Tom
swoje mieszkanie. Nie działo się tak z mojego wyboru. Przez lata
irytowało mnie, że Tom nie chce się ze mną związać kupnem wspólnego
domu. A jednak tamtej nocy, kiedy leżał obok mnie, a ja udawałam, że
śpię, zastanawiałam się, dlaczego, u diabła, po prostu nie wrócił do
siebie. Po co przyjeżdżał do mnie po takim długim dniu pracy?
A potem zastanowiło mnie, czemu nie odwróciłam się i nie pocałowałam go
na powitanie. Ile razy w czasie naszego związku, zwłaszcza podczas
ostatnich lat, on czekał na mnie, kiedy musiałam do późna pracować w swoim hotelu?
Odwróciłam się na bok, oparłam na łokciu i położyłam głowę na dłoni.
Patrzyłam na mojego śpiącego chłopaka.
Jakiś nieznany bolesny smutek ścisnął mi pierś.
Ponieważ przeważającym uczuciem nie była jednak dezorientacja.
To był strach.
Może zabrzmi to dziwnie, ale zawsze lubiłam za kimś tęsknić. Oczywiście
nie chodziło o samą tęsknotę, bo to przykre uczucie. Chodziło o ten
moment, kiedy znów kogoś widzisz po rozłące. Uwielbiam to. W takich
chwilach wszystkie skomplikowane, niejasne uczucia, które czasem żywimy
wobec innych, ulatują, gorycz znika i zmienia się w popiół, a zostaje
sama słodycz - miłość. Przy ponownym spotkaniu czuję tylko słodką
tęsknotę za ukochaną osobą i radość z tego, że znów mogę ją wziąć w ramiona.
Lubię tęsknić za rodzicami - rodzicami, którzy sprzedali wszystkie swoje
nieruchomości w mieście założonym przez naszych przodków, wszystkie
oprócz Hart's Inn. Pensjonat zostawili mnie i mojemu rodzeństwu. Bratu,
który zupełnie nie był nim zainteresowany. Bratu, za którym uwielbiałam
tęsknić. Mojej siostrze, która również nie pasjonowała się hotelarstwem
i za którą również uwielbiałam tęsknić, ale po spędzeniu pięciu minut w jej towarzystwie to uczucie natychmiast mijało.
A jednak... wcale nie lubiłam tęsknić za Tomem. Co jest najgorsze, kiedy
za kimś tęsknisz? To, że kiedy go spotkasz, nadal czujesz nieokreśloną
tęsknotę.
Tom spał, a ja przyglądałam się jego twarzy i przypominałam sobie, jaka
się czułam szczęśliwa, gdy obserwowałam go śpiącego dawno, dawno temu,
na początku naszej znajomości. Gdybym była szczera wobec samej siebie,
przyznałabym, że na widok Toma nigdy nie uginały się pode mną kolana ani
nie czułam podniecającego, nieopanowanego drżenia. To właśnie mnie do
niego przyciągało. Czułam się przy nim bezpieczna. Potrafiłam
kontrolować swoje emocje.
Ostatnio przestałam się tak czuć.
Skończyłam trzydzieści cztery lata. Chciałam wyjść za mąż. Urodzić
dzieci.
Mężczyzna, z którym spędziłam dziesięć lat, mężczyzna, z którym miałam
nadzieję założyć rodzinę, leżał tuż obok... a równie dobrze mógł być
tysiące kilometrów ode mnie.
Pięć lat temu przysunęłabym się bliżej i obudziła go pieszczotami. Tom
twierdził, że to jedna z tych rzeczy, które we mnie kocha - brak
opanowania. Mówiłam i robiłam, co tylko chciałam. Wszyscy wokół mnie
wiedzieli, co w danej chwili myślę. Tom dziwił się, że jestem tak dobra
w prowadzeniu hotelu. Ale moja matka przyuczała mnie do pracy w hotelarstwie, odkąd nauczyłam się mówić, więc kiedy zjawiałam się w pracy, stawałam się inną osobą. Profesjonalną i opanowaną.
Być może w życiu prywatnym byłam taka pyskata, ponieważ w pracy musiałam
być słodką, disnejowską wersją samej siebie - sympatyczną, wesołą i łagodną - nawet jeśli trafił się wyjątkowo upierdliwy gość.
Tomowi nie zawsze podobały się moje bezczelne odzywki, ale był typowym
facetem, więc uwielbiał moje żywiołowość i pewność siebie w sypialni.
Nie wiedział jednak, że jestem taka tylko z nim.
Kiedy się poznaliśmy, uważałam się za całkiem przeciętną osobę. Zanim
spotkałam Toma, ktoś podeptał mnie tak mocno, że nie odważyłam się nawet
myśleć o sobie jako o kimś choć trochę wyjątkowym. Wywodziłam się z rodziny, która założyła to miasto, ludzie mnie lubili, cieszyłam się
popularnością. Czułam, że jestem niezwykła. A ten facet wszystko mi
odebrał. Nie zdołał jednak pozbawić mnie miłości do Hartwell. Sprawił,
że sama miałam się za kogoś niczym się niewyróżniającego, ale nadal
uważałam, że moje życie przy promenadzie jest nadzwyczajne, ponieważ
mieszkam w pięknym miejscu, otoczona przez ludzi, których kocham.
I dopóki wszystko wokół mnie było takie niezwykłe, ja sama mogłam czuć
się przy boku Toma jak szary przeciętniak. Byliśmy sobie równi. Warci
siebie nawzajem.
Nie miałam więc przy nim żadnych kompleksów ani w życiu, ani w łóżku.
Kiedy tylko miałam ochotę, mogłam zrobić pierwszy ruch i wiedziałam, że
on zawsze zareaguje pozytywnie. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Nasz seks zawsze był niezły. Nie najlepszy, jaki zdarzyło mi się mieć,
ale całkiem niezły. Tom robił wrażenie szczęśliwego. W każdym razie ja
tak to odbierałam. Miałam więcej fantazji niż on, więc nasze sprawy
łóżkowe mogły wyglądać lepiej, ale było dobrze. Wystarczająco dobrze.
Ostatnimi czasy nasze życie seksualne zamarło.
Przez ostatnie dwa lata pracowałam w Hart's Inn jak szalona, ponieważ
mój menedżer odszedł i nie udało mi się znaleźć nikogo na jego miejsce.
Tom również zaczął pracować do późna, co uznałam za rodzaj odwetu.
Prawie ze sobą nie rozmawialiśmy, o seksie nawet nie wspomnę.
Wpatrywałam się w jego znajomą twarz, niemal tak znajomą jak moja, i czułam ogarniającą mnie straszną tęsknotę. Przesunęłam dłoń w dół jego
brzucha i przywarłam do niego mocniej. Starając się nie myśleć o swoich
obawach, zrzuciłam z niego kołdrę. Wymamrotał coś przez sen i poruszył
się lekko, a ja ostrożnie usiadłam na nim okrakiem. Patrzyłam na swoje
dłonie, przesuwające się po jego skórze. Dziesięć lat wspólnego życia
pozwoliło mi na większą śmiałość. Ciało Toma się zmieniło, tak samo jak
moje. Kiedy się poznaliśmy, miał szczupłą i umięśnioną sylwetkę atlety.
Teraz jego tors nie był już tak twardy i sprężysty. Nie przeszkadzało mi
to. Te zmiany to była część naszej wspólnej historii.
Na podbrzuszu miał blizny po operacji wyrostka robaczkowego, przebytej
cztery lata wcześniej. Sama niemal na sygnale odwiozłam go do szpitala.
Mała szrama nad pępkiem, druga po prawej, na biodrze, i duża poprzeczna
poniżej pępka. Teraz były już mało widoczne, ale nadal czułam je pod
palcami i pamiętałam, jak bardzo się o niego martwiłam, kiedy czekałam
pod salą w szpitalu na koniec operacji.
Tom poruszył się pod moim ciężarem i zorientowałam się, że dostaje
wzwodu. Poczułam lekkie mrowienie między nogami i pochyliłam się, żeby
obsypać delikatnymi pocałunkami jego brzuch. Tak jak moje piersi nie
były już tak sterczące jak dawniej, tak też brzuch Toma przestał być
płaski i twardy jak skała. Nie zwracałam na to większej uwagi i miałam
nadzieję, że mój biust, inny niż u dwudziestoczterolatki, również mu nie
przeszkadza.
Ha.
Niezły dowcip.
Jednak dwie noce wcześniej mocno wierzyłam, że dla niego takie drobne
zmiany nie mają znaczenia. Odpędziłam więc od siebie wątpliwości i obawy. Sunęłam wargami w górę po jego ciele, a palce przesuwałam coraz
niżej.
Jęknął i znów się poruszył.
- Tom - wyszeptałam mu do ucha, leciutko skubiąc je zębami.
Smakował świeżo i czysto, ponieważ niedawno wyszedł spod prysznica.
- Bails? - jęknął.
Podniosłam głowę i zobaczyłam, że otwiera oczy. Patrzył na mnie sennym,
półprzytomnym wzrokiem. Wiedziałam, w którym momencie wrócił do pełnej
świadomości, ponieważ jego oczy nagle się zwęziły, a ciało spięło się
pode mną.
Jakieś nieprzyjemne uczucie ścisnęło mi żołądek.
- Co ty wyprawiasz? - burknął.
Uśmiechnęłam się, chociaż wcale nie było mi wesoło.
- A jak ci się wydaje?
Przetarł oczy i uniósł głowę na poduszce, żeby spojrzeć na budzik.
- Bailey, cholera jasna! Za cztery godziny muszę wstać.
Chwycił mnie mocno za biodra i zepchnął z siebie.
Upadłam na bok, zupełnie zaszokowana.
- Idź spać. - Odwrócił się do mnie plecami.
Gorące łzy napłynęły mi do oczu.
Zrobił to, czego się bałam.
Sięgnęłam po niego namiętnie, a on nie zareagował.
Nawet gorzej... odepchnął mnie od siebie.
Ogarnął mnie gniew.
- Pieprz się! - krzyknęłam i wyskoczyłam z łóżka.
- Bailey! - jęknął.
Nawet się nie obejrzałam. Jak huragan przebiegłam przez sypialnię,
wyjęłam z komody czystą bieliznę, zdjęłam dżinsy z krzesła i poszukałam
w szafie czystej bluzki.
- Przepraszam! OK? Jestem po prostu zmęczony. Wracaj do łóżka.
Słyszałam, że jego głos się zbliża, ale ja już zbiegłam na parter i wypadłam z domu.
Roztrzęsiona pociągnęłam klamkę drzwi do samochodu.
Tom był jednak szybszy, niż się spodziewałam, ponieważ drzwi natychmiast
zatrzasnęły się z hukiem, a on stał obok mnie, bosy, ubrany tylko w bokserki. W świetle ulicznych latarni dostrzegłam skruchę w jego
ciemnych oczach.
- Przepraszam, maleńka. - Chwycił mnie mocno za przedramię. - Zachowałem
się jak ostatni gnojek. Byłem zaspany. Marudny ze mnie dupek.
Miałam wielką chęć wybuchnąć płaczem, ale się powstrzymałam. Tom nigdy
nie doprowadzał mnie do łez i nie zamierzałam mu na to pozwolić.
- Tak, jesteś gnojkiem.
- Jestem - zgodził się. - A teraz wrócisz do łóżka?
- Myślisz, że jak mi przyznasz rację, to wystarczy, żeby wszystko
naprawić?
- Jasne, że nie - odpowiedział szeptem. - Ale nie chcę się o to kłócić
na ulicy w środku nocy. Możemy obudzić twoich sąsiadów.
Miałam ochotę krzyknąć: "W dupie mam sąsiadów!", ale tylko skinęłam
głową i wróciłam za nim do domu.
Próbował mnie prowadzić za rękę, ale nie chciałam, żeby mnie dotykał.
Wróciliśmy do łóżka, ale nawet kiedy przytulił się do mnie "na łyżeczkę"
i oparł głowę na moim ramieniu, nie mogłam się uspokoić i patrzyłam na
ścianę po swojej stronie, słuchając, jak oddech Toma się zmienia, a ciało - odpręża. Wkrótce zaczął chrapać na całego.
Zalała mnie fala gniewu wymieszanego ze strachem.
Nie dlatego, że Tom mnie odepchnął, ale w związku z tym, jak się przez
to czułam...
Powinnam się czuć głęboko, boleśnie zraniona.
Tymczasem uraził tylko moją dumę.
Przede wszystkim byłam wkurzona.
Tak samo czułam się teraz, gdy leżałam na kanapie w salonie Jess i Coopera. Już wtedy wiedziałam, że między mną a Tomem koniec. Po prostu
nie chciałam uwierzyć, że spędziłam dziesięć ważnych lat życia z mężczyzną, który zupełnie nie był dla mnie.
Znów owładnął mną lęk, ten lęk przed zaczynaniem wszystkiego od nowa.
Serce ścisnęło mi się w piersi. Wciągnęłam głęboko powietrze i usiadłam.
Chociaż dochodziła dopiero czwarta czterdzieści pięć rano, zdecydowałam,
że skoro i tak nie śpię, mogę rozpocząć dzień. Napisałam wiadomość do
Jess i Coopera, w której obiecałam, że później się do nich odezwę, i podziękowałam za wsparcie. Potem wsiadłam do samochodu i pojechałam do
domu.
Nie byłam senna, ale czułam się tak, jakbym miała potwornego kaca,
chociaż nie wypiłam ani kropli alkoholu. Ssało mnie w żołądku i zbierało
mi się na wymioty, a całe ciało ogarnęła jakaś niemoc, czego
nienawidziłam, ponieważ należałam do tych szczęściarzy, których zwykle
rozsadza nieokiełznana energia.
Nie byłam w nastroju do spotkań z kimkolwiek, ale bez względu na
wszystko prowadziłam interes i musiałam się nim zająć. Zamierzałam
wrócić do domu, wziąć prysznic i pojechać do swojego hoteliku.
Na pewno nie miałam zamiaru spotykać się z Tomem.
Choć nie było to realne, oczekiwałam, że przyjmie do wiadomości, iż
wszystko między nami skończone, i będzie schodził mi z oczu. Niestety,
zobaczyłam jego samochód zaparkowany na podjeździe mojego maleńkiego
domu. Tom miał klucze, więc wiedziałam, że czeka w środku.
Rozgniewało mnie to z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że
podjęłam już decyzję - choćby była nie wiem jak przerażająca. Chciałam
zacząć od nowa, bez Toma Suttona w moim życiu. Zaraz. Bez zwłoki. A to
znaczyło, że Tom ma natychmiast zniknąć. Nie chciałam, żeby plątał się
po moim domu, zabierał w nim miejsce, dotykał moich rzeczy.
Oczywiście wiedziałam, że to nierealne. Musiałam wysiąść z samochodu i stawić mu czoło.
Żołądek podszedł mi do gardła i żeby zwalczyć mdłości, wzięłam głęboki
oddech.
Prosto z frontowych drzwi wchodziło się do salonu. Tom siedział na mojej
narożnej kanapie, blady jak ściana, z ciemnymi kręgami pod oczami.
Patrzył na mnie udręczony i zmizerniały.
Moja urażona duma zyskała nieco satysfakcji, kiedy zobaczyłam, że
sprawiłam mu ból.
- Zwróć mi klucze - nakazałam.
Spojrzał na mnie błagalnie.
- Skarbie, proszę, nie podejmujmy żadnych nieprzemyślanych kroków.
Zbadajmy nasze możliwości.
Najwyraźniej wydawało mu się, że mogę mu wybaczyć zdradę. Na samą myśl o tym znów wpadłam w gniew. W ciągu dziesięciu lat nie poznał mnie nawet
na tyle, żeby wiedzieć, iż w każdym związku lojalność jest dla mnie
największą wartością.
- Skoro mowa o badaniu... - Oparłam dłonie na biodrach i spojrzałam na
niego z furią. - Pewnie będę musiała się przebadać w przychodni
wenerologicznej, ponieważ pieprzyłeś się z inną kobietą, jednocześnie
pieprząc się ze mną; wiem, że miniona noc to nie był jednorazowy błąd i pewnie pieprzysz ją od dłuższego czasu. A tak w ogóle, z iloma jeszcze
mnie zdradzałeś? - paplałam bez opamiętania.
Zdarzało mi się to, kiedy byłam podekscytowana lub wściekła.
Chyba nigdy nie użyłam słowa "pieprzyć" tyle razy w jednym zdaniu. Sądzę
jednak, że w tych okolicznościach powinno mi to być wybaczone.
Tom patrzył na mnie wybałuszonymi oczami.
- Popełniłem błąd.
Nie była to odpowiedź na moje pytanie.
- Poszedłeś do łóżka z dwudziestodwuletnią dziewczyną. Tak, to
zdecydowanie był błąd.
- Ma dwadzieścia trzy lata.
- A, w takim razie wszystko w porządku! - krzyknęłam.
Ten facet chyba upadł na głowę.
Skrzywił się nerwowo.
- Skarbie, przepraszam. Mówię szczerze. To był błąd. Proszę, uwierz mi.
Postąpiłem głupio. Nawet nie wiem, co sobie wyobrażałem. Ona kocha Rexa.
Ja kocham ciebie. To była skończona głupota.
- Ile razy wykazałeś się tą skończoną głupotą?
Słysząc to konkretne pytanie, spojrzał na mnie czujnie.
- Na pewno zrobiłeś to dwa dni temu, kiedy odepchnąłeś mnie od siebie w łóżku, prawda?
W jego oczach pojawiło się poczucie winy.
Jakże go w tamtej chwili nienawidziłam. Nie spodziewałam się, że
mogłabym kiedykolwiek poczuć coś takiego do Toma. Ale wtedy po prostu
nienawidziłam go za to, co mi zrobił. Za to, że w ogóle był zdolny tak
postąpić. Ja nigdy nie mogłabym kogoś tak okrutnie zranić. Bez względu
na to, jak pociągałby mnie inny mężczyzna, nie umiałabym zdradzić. Po
prostu nie leżało to w moim charakterze.
Nienawidziłam go za taki nonszalancki stosunek do moich uczuć i lojalności wobec niego.
- Wynoś się - rzuciłam wyczerpana. - Po prostu się stąd wynoś. Nie chcę
mieć z tobą nic wspólnego.
- Bailey, dziesięć lat. - Ruszył w moją stronę. Tym razem nie uciekłam,
tylko stałam jak skamieniała, kiedy ujął moje dłonie i mocno ścisnął. -
Chyba nie wyrzucisz na śmietnik dziesięciu lat?
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
- Ja nie. Ty to zrobiłeś.
- Przecież to był zwykły błąd!
Wyrwałam ręce z jego uścisku.
- Nie waż się nigdy więcej wypowiedzieć tego słowa! To nie był błąd,
Tom. Błąd to jednorazowe potknięcie. To była wykalkulowana zdrada. Brak
lojalności. Nie potrafię już na ciebie patrzeć tak samo jak kiedyś. -
Potrząsnęłam głową. - To nie jest tylko twoja wina - przyznałam. - Moja
również. Za długo trwałam w tym związku, oddałam ci najlepsze lata
swojego życia, czekałam, aż zobowiążesz się na serio, utknęłam w martwym
punkcie... a tak naprawdę od początku wiedziałam, że nie jesteśmy dla
siebie stworzeni.
- Nie wierzę w to.
Prychnęłam szyderczo.
- Bails, masz rację, przyznaję. Bałem się poważnych zobowiązań, ale
jeszcze bardziej się boję, że cię stracę. Zrobię, co zechcesz. Obiecuję.
Dom. Małżeństwo. Dzieci.
- Dlaczego?
- Bo cię kocham.
- Dlaczego?
- Jak to dlaczego?
- Dlaczego mnie kochasz?
- Ponieważ... - Patrzył na mnie zmieszany. - No bo tak.
Jego odpowiedź mnie zasmuciła.
- Wiesz, dlaczego ja ciebie kochałam? - Skrzywił się, gdy usłyszał czas
przeszły. - Ponieważ czułam się przy tobie bezpiecznie. Ale już się tak
nie czuję.
Na jego twarzy pojawił się ból.
- Bailey - wyszeptał.
Podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Odeślę ci twoje rzeczy. Byłabym wdzięczna, gdybyś odwzajemnił mi się
tym samym.
Przez chwilę myślałam, że nigdy nie ruszy się z miejsca, tak długo stał
i patrzył na mnie. W końcu, ku mojej uldze, podszedł do mnie, wyjął z kieszeni klucz, podniósł moją dłoń i ułożył go na niej. Zacisnął na nim
moje palce, a potem uniósł moją zaciśniętą pięść do swoich ust.
Pozwoliłam mu ją pocałować, chociaż łzy rozczarowania i żalu zbierały mi
się pod powiekami.
- Zasłużyłaś na coś lepszego. - Głos miał drżący z emocji. -
Przepraszam.
Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły i usłyszałam warkot
odjeżdżającego samochodu, pozwoliłam sobie na płacz.
Spazmy, które wstrząsnęły moim ciałem, samą mnie zaskoczyły. Zaskoczył
mnie smutek, który poczułam. Od wczoraj tyle myśli przeleciało mi przez
głowę, miotało mną tyle lęków, doświadczyłam tyle bólu, ale ani razu nie
pomyślałam, że kończąc związek z Tomem, usuwając go ze swojego życia,
żeby zacząć od nowa, nieodwracalnie tracę jednego z przyjaciół.
Vaughn
Vaughn wiedział, jak będzie wyglądał w wieku sześćdziesięciu lat,
ponieważ każdy mu powtarzał, że jest wypisz wymaluj jak ojciec. Od
ciemnych włosów i stalowoszarych oczu po wzrost i budowę ciała.
William Vaughn Tremaine nadal był wpływowym i powszechnie szanowanym
człowiekiem. Wiek tego nie zmienił - wręcz przeciwnie, wraz z upływem
czasu coraz więcej ludzi darzyło go szacunkiem. Na dodatek wciąż był
zabójczo przystojny. Ubrany w granatowy garnitur stał z rękami w kieszeniach przy oknie apartamentu Vaughna na ostatnim piętrze i spoglądał na fale.
Kiedy zakończono budowę Paradise Sands, William stanął dokładnie w tym
samym miejscu i powiedział:
- Już rozumiem, dlaczego wybrałeś ten punkt.
Teraz odwrócił się do syna, a w jego oczach zabłysły wesołe iskierki.
- Mogę się założyć, że ten widok nigdy się nie zestarzeje.
- Zgadzam się.
- Czy to dlatego mieszkasz w tym apartamencie, a nie w swoim domu nad
oceanem?
- W hotelu jest mi wygodniej - odparł Vaughn, wzruszając ramionami.
Ojciec przyjrzał mu się uważniej.
- A może po prostu nie chcesz być sam w dużym domu?
Udzielanie odpowiedzi nie miało sensu. Ojciec miał rację. Jak zwykle.
- Wiesz, jak ja wyleczyłem się z samotności? Znalazłem sobie towarzyszkę
życia.
Vaughn uśmiechnął się na taki dobór słów.
- Jak się czuje Diane, kiedy słyszy, że po dwunastu wspólnie spędzonych
latach nazywasz ją towarzyszką?
William rzucił mu spojrzenie z ukosa.
- W moim wieku nie wypada jej nazywać dziewczyną.
Vaughn ze śmiechem skinął głową.
- Pewnie masz rację. A co z jej wiekiem?
- Jest ode mnie piętnaście lat młodsza. To żadna różnica.
- Wiem, tato. Ale to nie wyjaśnia, dlaczego mówisz o niej "towarzyszka
życia", a nie na przykład... "żona".
Nie po raz pierwszy zastanawiał się, dlaczego ojciec jeszcze nie ożenił
się z Diane. Lubił ją. Owdowiała w wieku trzydziestu czterech lat, nie
miała dzieci i choć wiele kobiet w podobnej sytuacji zasiadało w różnych
komitetach dobroczynnych tylko dla zabicia czasu, ona podchodziła do
swojego wolontariatu w organizacjach charytatywnych z pasją i zaangażowaniem. Była życzliwa i bezpretensjonalna. I Vaughn wiedział, że
ojciec ją kocha. Ale kiedy tylko wspominał o ślubie, William zamykał się
w sobie i zmieniał temat.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki