To w życiu działa - Paul Conti

Reflow text when sidebars are open.
Nie cenimy zdrowia, dopóki nie nadejdzie choroba.
Thomas Fuller
Moje pierwsze pytanie: Czy chcesz poprawić swoje zdrowie? I drugie: Jakie refleksje obudziło w tobie to pierwsze pytanie?
Odpowiedzi na pytanie drugie będą różne, ale niewiele osób na to pierwsze odpowie stanowczym "nie". Bo kto nie chce być zdrowszy?
To podchwytliwe pytania, które mają wskazać oczywistą i ważną odpowiedź. Kiedy większość z nas myśli o budowaniu lub utrzymywaniu zdrowej kondycji, traktujemy to jako coś fizycznego: przebiec półmaraton, zrzucić dziesięć kilo, ograniczyć czipsy i jeść więcej warzyw. Wiemy, czego trzeba, aby być w lepszej formie fizycznej. Gorzej z formą psychiczną.
Nie muszę mówić, w jakim fatalnym stanie psychicznym jesteśmy jako zbiorowość. Czytasz książki, oglądasz wiadomości, scrollujesz media społecznościowe. Może jednak przywołamy niektóre tragiczne fakty: jedna piąta amerykańskich dorosłych (59 300 000 osób w 2022 roku) żyje ze schorzeniem psychicznych. Tylko połowa się leczy, czyli niemal trzydzieści milionów osób jest w tej potyczce całkiem samych1. Z różnych przyczyn - ekonomicznych, politycznych, klimatycznych - amerykańscy dorośli odnotowują wyższy z każdym rokiem poziom niepokoju2.
Od lat zachęca się nas do myślenia o zdrowiu psychicznym w kategoriach binarnych, tak jakby nasz dobrostan psychologiczny miał przełącznik pomiędzy tylko dwiema opcjami: "wystarczająco dobrze" i "konieczna natychmiastowa profesjonalna interwencja".
Mam poważny problem z tym uproszczeniem. Głównym założeniem takiego podziału jest błędne przekonanie, że albo wszyscy jesteśmy w miarę stabilni, albo też całkowicie pokręceni, popsuci i słabi. Tymczasem zdrowie psychiczne - jak prawie wszystko - to spektrum. Twoja strefa komfortu, twoje miejsce na spektrum będzie inne niż moje. Ba, twoje spektrum będzie się różniło od mojego.
Powiedzmy, że dobrze się czujesz, jeśli chodzi o poziom twojej aktywności fizycznej, ale nie jest to jeszcze ideał. Powtarzasz sobie, że nie ma problemu, wystarczy odnowić karnet na siłownię i wykroić na nią dwie dodatkowe godziny w tygodniu. Czy potem wybierzesz tylko jedną maszynę albo jedną grupę mięśni i będziesz bez końca wykonywać jedno ćwiczenie (na przykład na bicepsy)? Oczywiście, że nie. Nie dość, że głupio by to wyglądało, to jeszcze szybko pojawiłyby się kontuzje. Wiadomo, że nie ma jednego ćwiczenia, które załatwi wszystko.
Poznałem wiele osób, które czują się przegrane w kontekście swojego dobrostanu psychologicznego. Jedne znalazły psychoterapeutę w sieci, odbyły kilka wizyt i poczuły zaskakująco mało korzyści z podjęcia tego wysiłku. Innym internista bądź psychiatra przepisali coś, co skutkowało dziwnym samopoczuciem albo nie zadziałało. Zdarza się. Problem polega na tym, że zamiast szukać innych opcji, zamiast mieć motywację do szukania, osoby te często internalizują negatywne rezultaty, obwiniają siebie, rezygnują z dbania o zdrowie psychiczne z frustracji albo wstydu. Sprawę pogarsza też to, że opieka zdrowotna niejako skazuje nas na niefortunne rezultaty. Zastosowane terapie i leki to ogólnie takie, które oszczędzają pieniądze i mogą być wygodnie ujęte w jeden pakiet. Ich skuteczność zbyt często jest traktowana jako kwestia drugorzędna.
Zważ, kto to mówi. Szybko się przekonasz, że nie zawsze przestrzegam zasad, ale nie jestem też totalnym ignorantem. Studiowałem na Stanfordzie i Harvardzie, przez większość życia przyjmowałem pacjentów w różnych placówkach opieki zdrowotnej.
Zresztą nie tylko ja uważam, że opieka zdrowotna wymaga zmian. Powinna się bardziej skupić na tym, jak naprawdę pomagać ludziom, powinna pomagać im rozumieć, jak o siebie zadbać. Powinna mieć na uwadze trwałe pozytywne zmiany, a nie to, co jest wygodne dla branży i tańsze w ujęciu krótkoterminowym. Jeśli naprawdę chcemy sprawić, by życie jednostki i społeczeństwa było lepsze, musimy te kwestie wysunąć na pierwszy plan.
Mamy do dyspozycji coraz więcej zasobów, dlaczego więc wszystkie wskaźniki się pogarszają? Co poszło nie tak?
I jak możemy to naprawić?
MOJA DROGA KU LEPSZEMU ZDROWIU PSYCHICZNEMU
Środowisko, w którym dorastałem, nie było najłatwiejsze, stawiało przede mną wiele wyzwań. Zarówno jeśli chodzi o najbliższą okolicę, jak i sam dom. Urodziłem się i wychowałem w Trenton w stanie New Jersey, w rodzinie włoskich imigrantów. Mój ojciec miał problemy z nauką, po części spowodowane dysleksją, po części zachowaniami wynikającymi z jego frustracji. Założył jednak własny biznes, pracował ciężko i uczciwie, udało mu się posłać dzieci na studia. Dbał o nas, ale głównie w sensie materialnym. Tak jak większość mężczyzn jego pokolenia nie był szczególnie... troskliwy. Beształ mnie i moich braci za bycie słabymi i niemęskimi, od wczesnego wieku uczyliśmy się, jak się przed tym bronić, przede wszystkim poprzez duszenie w sobie uczuć, ukrywanie ich i sprawianie kłopotów. Jestem wdzięczny rodzicom za to, co nam dali, ale wiem też, że dorastałem z określonymi dysfunkcjami i wiele ważnych rzeczy musiałem sam odkryć, ukształtować w sobie i nauczyć się, jak to wszystko poskładać.
Tak jak i wy wiedziałem, co to trauma, zanim poznałem to słowo (i na wiele lat przed tym, jak napisałem książkę Trauma: niewidzialna epidemia. Jak ją oswoić). Gdyby moi bliscy dzielili się uczuciami i emocjami, gdyby schorzenia psychiczne nie były wtedy tak stygmatyzowane, rozumiałbym, że w rodzinie od strony ojca jest wiele problemów natury psychologicznej i traum: depresja, schizofrenia, samobójstwo i inne. Wtedy jednak nie rozmawiało się o zdrowiu psychicznym. To było coś dla ludzi słabych i gorszych.
W rezultacie takiego myślenia osoby o słabszej psychice były w mojej rodzinie pozostawione same sobie, co dotyczyło też moich braci i mnie. Dzieciństwo jest pełne wyzwań dla większości z nas, a problemy zwielokrotniają się, kiedy nie można rozmawiać o uczuciach, o tym, co się w tobie dzieje, o twoich codziennych zwycięstwach i potyczkach, wewnętrznych i zewnętrznych. Kiedy dorastałem, mężczyźni w ogóle nie podejmowali takich tematów, były one uznawane za kobiece i zainteresowanie nimi dowodziło słabości. Nic dziwnego, że wielu z nas uciekało w alkohol przynoszący choć tymczasową ulgę, nawet jeśli pogłębiał on nasze problemy. Picie było społeczną normą, uważano je za coś "w porządku", choć oczywiście takie nie było.
Niechęć moich rodziców do omawiania spraw ważkich emocjonalnie ujawniła się, kiedy mój najmłodszy brat rozchorował się jako nastolatek. Nie przyznawali, że sytuacja jest poważna, a ja w tym czasie studiowałem za granicą, więc nie zorientowałem się, co się dzieje. Rzadkie schorzenie układu trawiennego sprawiło, że Jonathan praktycznie przestał jeść. Schudł, bezustannie leżał w szpitalu, jego życie stawało się coraz trudniejsze z powodu licznych bolesnych zabiegów. Był wesoły i towarzyski jako dziecko, po hospitalizacjach stawał się coraz poważniejszy i agresywniejszy. Jego zdrowie psychiczne również się, rzecz jasna, pogorszyło, ale w tym aspekcie nie otrzymywał pomocy.
Kiedy miał dwadzieścia lat, zastrzelił się z pistoletu ojca.
Szok wywołany jego śmiercią zrujnował moją rodzinę. Pogrążył mnie w niespodziewanym bólu i chaosie. Byłem od niego pięć lat starszy, pracowałem już, kiedy to się stało. Czułem się odpowiedzialny. Miałem potworne wyrzuty sumienia. Niewiele wtedy wiedziałem o terapii, ale czułem, że coś jest ze mną nie tak, że mi się pogarsza, że potrzebuję pomocy. Znalazłem profesjonalnego terapeutę, który zachęcał mnie do rozmów o uczuciach, co - jak można sobie wyobrazić - stanowiło dla mnie wyzwanie, biorąc pod uwagę moje dzieciństwo. Zagłębiłem się jednak w tym procesie i szybko dotarło do mnie, ile we mnie wstydu i przerażenia wywołanego przekonaniem, że śmierć Jonathana to moja wina.
W ramach leczenia mój terapeuta pokazał mi technikę samopoznania, która pomogła mi odkryć, że moim życiem rządzą powinności: to, co powinienem robić w kwestii kariery, związków, rodziny, jakim powinienem być mężczyzną. Zrozumiałem, że odpychałem od siebie intruzywne myśli i uczucia przez całe swoje życie. Dopiero kiedy postanowiłem uważnie się im przyjrzeć, dostrzegłem sens w samobójstwie brata i mogłem go porządnie opłakać. Terapia pomogła mi wydobyć na światło dzienne nieświadome przekonania i wzorce, które mną rządziły i utrudniały mi życie.
Wyszedłem z tego trudnego czasu, lepiej rozumiejąc siebie, z autoempatią, której mi brakowało, a także z nowym pomysłem na karierę. Porzuciłem biznes i wróciłem na uczelnię, by zaliczyć wszystkie zajęcia przygotowujące do studiów medycznych z nadzieją, że zdam na wybrany kierunek. Uznałem, że długa droga do zawodu lekarza jest warta wyrzeczeń, bo pomoże mi lepiej zrozumieć życie i zdrowie, dzięki czemu będę mógł pomóc osobom takim jak mój brat. Jak to zwykle bywa, wyruszyłem w tę podróż, nie wiedząc, jak się ona zakończy.
Jako absolwent Stanforda i Harvardu zrozumiałem, że moja branża we własnym przekonaniu zna już wszystkie odpowiedzi. Ja nadal czułem się przytłoczony pytaniami. Nie mogłem, na przykład, zrozumieć, dlaczego oczekuje się od nas leczenia pacjentów w zgodzie z uogólnionymi wskazaniami Diagnostycznego i statystycznego podręcznika zaburzeń psychicznych (DSM) i podporządkowywania ich skategoryzowanym zaburzeniom. Dla mnie nie miało to sensu. Każda osoba na mojej drodze była unikatowa. Doświadczenie lęków, depresji czy uzależnień u każdej z nich było całkowicie inne.
Zastanawiało mnie też, dlaczego w naszym społeczeństwie, w konwencjonalnej medycynie, domyślne podejście do zdrowia psychicznego zawsze opiera się na negatywie. Cała dziedzina zdrowia psychicznego jest zdominowana przez DSM, ponadtysiącstronicową listę samych problemów.
Każda osoba jest wyjątkowa, a DSM i tak ignoruje kluczowe fakty z zakresu neurobiologii i etiologii. Publikacja podniosła status zdrowia psychicznego w dziedzinie medycyny jako nauki, owszem, ale nie mieści w swoim podejściu tezy, że zdrowie psychiczne może mieć też szalenie pozytywny aspekt, o którym możemy się uczyć, który możemy pielęgnować i rozwijać.
Wbrew konwencji jestem przekonany, że często najlepszy początek w pracy nad zdrowiem psychicznym to koncentrowanie się nie na tym, co jest nie tak, lecz na tym, co działa.
Zdrowy rozsądek wcale nie jest powszechny.
Voltaire
CO DZIAŁA: BABCIA GRACE I POPĘD GENERATYWNY
To nie jest kolejna książka, która pomoże ci zidentyfikować twoje problemy i przeanalizuje, co w twoim życiu nie jest okej. Chodzi w niej przede wszystkim o odkrycie i wzmocnienie tego, co już działa.
Nawet jeśli doświadczasz zagubienia i cierpienia, możesz odkryć to, co w tobie działa, i na tym polegać. To jest prawdziwe. W każdej chwili możesz zajrzeć pod maskę, zobaczyć, jak funkcjonuje twój mechanizm, zebrać narzędzia i dokonać niezbędnych zmian. Nie trzeba robić tego samodzielnie, moje doświadczenie mówi, że więcej zyskamy, kiedy każdy robi swoje, ale współpracujemy.
- Paul - spytasz może - czy ty nie widzisz, co się dzieje ze światem? Jak mam szukać tego, co działa, skoro wokół mnie wszystko działać przestaje?
Słyszę to pytanie i je rozumiem. Jest mnóstwo obiektywnych powodów, by czuć zniechęcenie ze względu na stan współczesnego świata (ale nie ma powodu do cynizmu). Trudno jest żywić nadzieję, szukać rozwiązań, czuć osobistą odpowiedzialność i przekonanie do pozytywnych zmian. Spotykam wiele osób przerażonych, zagubionych i samotnych. W USA jest coraz więcej podziałów, nie tylko pomiędzy stanami czerwonymi a niebieskimi. Nasze rodziny i społeczności też borykają się z problemami.
Osobiście wierzę, że bogactwo naszej różnorodności to cecha, która czyni nasz kraj wyjątkowym, ale jest w nas tendencja do nadmiernego koncentrowania się na różnicach, czy to politycznych, religijnych, etnicznych, seksualnych, czy innych. Ta książka nie ukrywa ani nie ignoruje tego, co nas różni, lecz skupia się na tym, co łączy nas jako ludzi w tych trudnych czasach. Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj coś, co do ciebie przemówi, niezależnie od tego, kim jesteś i co do tej pory przeżyłeś. Mam nadzieję, że ta książka pomoże ci nawiązać więź z twoimi mocnymi stronami i zbudować takie zdrowie psychiczne, że nie tylko uporasz się z osobistymi wyzwaniami, lecz rozkwitniesz dzięki temu, jak to zrobisz.
Jeśli więc pytasz, jak szukać tego, co działa, odpowiedzią i sercem tej książki jest to, co nazywam popędem generatywnym. Jako gatunek przywiązujemy szczególną wagę do tego, jak żyć. Zanim jednak zagłębimy się w szczegóły, przywołam anegdotę, która stała się podstawą mojego przełomowego podejścia.
Moja babcia ze strony matki była wcieleniem empatii. Babcia Grace (Maria Gracia) wyemigrowała do Stanów ze swoimi rodzicami w pierwszych dekadach zeszłego stulecia. Osiedlili się w Trenton, gdzie babcia dorastała w ciasnym szeregowym domku z ośmioma, dziewięcioma innymi osobami. Nie otrzymała pełnego wykształcenia, nigdy nie szkoliła się w zakresie zdrowia psychicznego, pewnie nigdy nie miała w dłoni żadnego poradnika. Słynęła jednak ze swojej hojności, dobroci i charyzmy. Podczas drugiej wojny światowej jak wiele innych kobiet podjęła pracę w fabryce, bo tysiące mężczyzn wyjechało na fronty w Europie i na Pacyfiku, a trzeba było z czegoś utrzymywać rodzinę na miejscu i na Starym Kontynencie (babcia przesyłała pieniądze krewnym w rozdartych wojną Włoszech).
W tym czasie poznała dziewczynę, która nie otrzymywała wsparcia w domu. Babcia się nią zajęła, otoczyła ją miłością pomimo własnego trudnego położenia. Dziewczyna wyrosła na odpowiedzialną i troskliwą osobę, która odciskała pozytywne piętno na życiu innych. Zawsze powtarzała, że to moja babcia odmieniła jej życie, dała jej możliwości, które pozwoliły jej rozbłysnąć, gdy była już dorosła. Kiedy moja mama (córka babci Grace) się rozchorowała, ta kobieta rzuciła wszystko, aby zająć się nią w jej ostatnich dniach. Z nieskończoną wdzięcznością wobec niej i babci Grace powtarzała, że dla mojej rodziny zrobiłaby wszystko.
Czasami zastanawiam się, czy sam przeżyłbym bez babci Grace. Kiedy moi rodzice ciężko pracowali, aby dać nam lepszy start, to babcia pomagała wychowywać mnie i moje rodzeństwo: karmiła nas, zaprowadzała do szkoły, robiła całe mnóstwo rzeczy z dobrocią i uśmiechem. Pamiętam, że zawsze miała zajęte ręce, robiła na drutach koce, szaliki i swetry. Lubiła robić ciepłe rzeczy do ubrania, ale jeszcze bardziej lubiła je rozdawać. W jej oczach taki dar nie kosztował wiele, a zawsze znalazł się ktoś w potrzebie.
Opowiadam o babci, aby oficjalnie zaprezentować najważniejszą koncepcję tej książki, o której już wspominałem. To popęd generatywny. Więcej o nim w rozdziale trzecim, ale pokrótce: jest to główny powód, dla którego w nas już coś działa. To ta część ciebie, która pragnie pomagać, dawać, sprawiać, by życie było łatwiejsze dla ciebie i innych, i to właśnie ta część - jeśli działa - przynosi ci spokój, zadowolenie i radość.
Popęd generatywny to ty w swojej najlepszej formie, optymalizuje on twoje zdrowie psychiczne, pomaga ci odhaczać kolejne zadania na liście. Rozwiązujesz problemy w kreatywny sposób, cenisz dobroć i rozwój, pomagasz innym z poczuciem sprawczości i wdzięczności. Czujesz się częścią większej całości, czujesz wdzięczność, że żyjesz, masz siłę robić rzeczy, które pragniesz robić. Częściej doświadczasz spokoju niż paniki, zadowolenia niż marudzenia, radości niż rozczarowania. Aktywny popęd generatywny przynosi ci spokój, zadowolenie i radość.
Branża zdrowia psychicznego przez długi czas pomijała popęd generatywny lub też go nie doceniała, skupiając się zamiast tego na dwóch innych podstawowych popędach: asertywności, historycznie określanej mianem agresji, oraz przyjemności. Te popędy również są niezbędne do życia i dają nam wiele dobrego: asertywność wiąże się z motywacją i podejmowaniem działania, a przyjemność z ludzką potrzebą poszukiwania satysfakcjonujących doświadczeń oraz poczucia bezpieczeństwa i dobrostanu. Jednak zarówno nadmiar, jak i niedobór każdego z nich może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.
Popęd generatywny jest dowodem na to, że ludzie nie są po prostu egoistycznymi (czy z natury skupionymi wyłącznie na sobie) istotami, za jakie czasem cynicznie się uważamy.
Oczywiście, my, ludzie, nie jesteśmy doskonali. Potrafimy być egoistyczni, chciwi, krótkowzroczni, bezmyślni, a nawet okrutni. Ale gdyby tylko to nas definiowało, nie przetrwalibyśmy jako gatunek setek tysięcy lat.
Odrobina zdrowego cynizmu może się czasem w życiu przydać. Babcia nauczyła mnie jednak, że można być człowiekiem sprytnym, ostrożnym, obytym i czujnym, nie popadając w cynizm. Cynizm jest kuszący, ponieważ łatwiej jest krytykować świat i ludzi, którzy w nim żyją, niż zrobić coś pozytywnego, żeby zmienić siebie. Błędnie wierzymy, że cynizm ochroni nas przed przytłaczającą bezbronnością, którą zdarza się nam odczuwać. Tymczasem cynizm jest nie tyle tarczą, ile więzieniem, które budujemy sobie sami. Technicznie rzecz biorąc, kiedy jesteśmy w więzieniu, jesteśmy bezpieczni przed światem zewnętrznym. Problem w tym, że świat, w którym sami się zamknęliśmy, jest mały, wilgotny i - umówmy się - strasznie nudny.
Ta książka jest antycyniczna. Zachęca do wykonania trudnej pracy: nie tylko do siedzenia z boku i wskazywania, co jest nie tak z życiem. Zamiast tego zaprasza do dostrzeżenia tego, co działa, zidentyfikowania tego, co mogłoby działać lepiej, i stworzenia planu, by coś z tym zrobić.
Wszyscy czujemy się czasami zagubieni. Kiedy czujesz się zagubiony, jak możesz odwołać się do swojego popędu generatywnego, żeby dalej iść przed siebie?
Wszystkim nam zdarzają się dni, gdy wydaje nam się, że utknęliśmy, że nie ma nadziei. Kiedy tak się czujesz, jak możesz na nowo połączyć się ze swoją nadzieją, wiarą we własne możliwości i wrodzoną zdolnością do zmiany?
Każdy z nas zmaga się z myślami, zachowaniami i uczuciami, których nie chce doświadczać i których czasem się wstydzi. Kiedy jesteś w takim dołku, jak możesz odzyskać równowagę, by znów poczuć w sobie siłę i pozytywną energię, wiedząc, że mimo trudności robisz wszystko, na co cię stać? A może wiedząc, że możesz zrobić więcej, i postanawiając, że właśnie to zrobisz?
Jak nasze ciała czasem chorują, tak nasze zdrowie psychiczne zmienia się wraz z kolejnymi etapami naszego życia. Jak możesz wzmacniać swoją kondycję psychiczną, by stawiać czoła wyzwaniom z siłą, hojnością i życzliwością?
JAK WYNIEŚĆ JAK NAJWIĘCEJ Z LEKTURY TEJ KSIĄŻKI
Na kolejnych stronach chcę pomóc ci zadawać sobie wzmacniające pytania i odpowiadać na nie z ciekawością i życzliwością, tak, abyś mógł nawiązać kontakt ze swoim popędem generatywnym, z tym, co jest dobre i co sprzyja zdrowiu oraz szczęściu w naszym życiu. W części pierwszej przyjrzymy się podstawowym założeniom dotyczącym naszego ja. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy ludzie lepiej rozumieją, jak są skonstruowani (rozdział 1), jak funkcjonuje ich ja (rozdział 2) oraz jak trzy podstawowe popędy (w tym popęd generatywny, któremu poświęcony jest rozdział 3) kierują każdym z nas na wyboistych i nieprzewidywalnych drogach życia, samo zrozumienie tych mechanizmów często prowadzi do znaczącej pozytywnej zmiany.
W części drugiej wykorzystamy wiedzę zdobytą w części pierwszej, aby pomóc ci stawiać czoła nieuniknionym życiowym wyzwaniom, rozwijać się w ich obliczu i coraz bardziej korzystać z siły popędu generatywnego. Część narzędzi, które ci do tego posłużą, to:
techniki autorefleksji i medytacji w rozdziale 4, praktyki pomagające radzić sobie z lękiem, stresem, wstydem i natrętnymi myślami w rozdziale 5, narzędzia wspierające sprawczość, pokorę, upodmiotowienie i wdzięczność w rozdziale 6, sposoby na podtrzymywanie spokoju, zadowolenia i radości w rozdziale 7 (ze szczególnym uwzględnieniem wykorzystania narracji życiowych), umiejętności pozwalające przywracać równowagę między popędami i regulować ich działanie, a także techniki pracy z zazdrością i demoralizacją w rozdziale 8.Zakończenie ma zebrać to wszystko w całość i opowiedzieć o tym, jak żyć swoim najlepszym życiem. Ze względu na sposób, w jaki zbudowana jest ta książka, proponuję najpierw przeczytać część pierwszą. Część druga jest mniej uporządkowana chronologicznie, choć i ją najlepiej prawdopodobnie czytać po kolei. Oczywiście nie musisz wykonywać wszystkich zamieszczonych tutaj ćwiczeń, ale gorąco zachęcam do wypróbowania co najmniej jednego lub dwóch z każdego rozdziału. To właśnie w nich tkwi sedno tej metody - w samodzielnym wypróbowaniu tych technik i sprawdzeniu, co działa w twoim przypadku. Poza tymi dwiema sugestiami zostawiam ci pełną swobodę.
Ta książka nie jest przeciwna farmakoterapii. Leki mogą się okazać ważne, a nawet niezbędne w walce z kryzysem zdrowia psychicznego. Nie opiera się również na futurystycznej medycynie precyzyjnej, która, mówiąc wprost, nie została jeszcze dostatecznie potwierdzona w psychiatrii. To podejście do zdrowia psychicznego, które od dziesięcioleci stosuję we własnej praktyce i które może pomóc milionom ludzi uwolnić się od utrwalonych schematów myślenia, umożliwiających im prowadzenie życia, na jakie zasługują.
To, co oferuje ta książka, nie jest rewolucyjne. Nie wymyśliłem niczego przełomowego, choć wierzę, że mam kilka nowych koncepcji, którymi mogę się podzielić. W większości przypadków moja praca polegała na syntezie idei i podejść, które przez lata praktyki lekarskiej i psychiatrycznej uznawałem za najbardziej pomocne i skuteczne. Książka ta omawia psychologiczne funkcje i struktury, które wszyscy dzielimy, w prosty, dostępny sposób, a jednocześnie daje praktyczne narzędzia pozwalające zadbać o zdrowie psychiczne. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś, co ci pomoże, i nie będzie to tylko jedna rzecz.
Ta książka ma w wyjątkowy sposób wzmacniać każdego, kto chce usiąść za kierownicą własnego życia. Jest przeznaczona dla osób, które chcą zadawać sobie pytania - trudne pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi, i dla tych, które pragną prawdziwej, trwałej i pozytywnej zmiany, a jednocześnie wierzą w siłę ciekawości i empatii. Wobec samych siebie, tych, których kochają, i całego świata.
Mam nadzieję, że książka ta pomoże ci odnaleźć więcej sensu, satysfakcji, sprawczości, więzi, szczęścia, znakomitego zdrowia psychicznego i wszystkiego, co ma do zaoferowania popęd generatywny.