Deziluzyjne ambicje kina
Z historycznego punktu widzenia sztuki wizualne przynajmniej od czasu wynalezienia perspektywy dążyły do iluzji realizmu. W malarstwie szczytem tego pragnienia był nurt z drugiej połowy XIX wieku, widoczny na płótnach Gustave'a Courbeta, Jeana-François Milleta czy - na gruncie polskim - Jana Matejki bądź Józefa Chełmońskiego. Malarstwo przeszło więc żmudną drogę zmierzającą do pełnego realizmu. Te ambicje artystyczne zostały zakwestionowane w konsekwencji pojawienia się fotografii (w 1826 lub 1827 roku), która zdefiniowała dalszy rozwój przekazów wizualnych. Malarstwo zdało sobie wówczas sprawę, że nie doścignie pod tym względem nowego medium, zaczęło więc poszukiwać innych sposobów ekspresji i przeszło w fazę kreowania, a nie imitowania rzeczywistości - stąd też narodziny takich nurtów, jak: symbolizm, impresjonizm, fowizm czy ekspresjonizm. Wartością malarstwa stała się wówczas jego fikcjonalność. Krótką próbę powrotu do form przedstawiających stanowił w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku fotorealizm, który Fredric Jameson opisuje w ten sposób:
po nieprzedstawiających abstrakcjach abstrakcyjnego ekspresjonizmu sprawiał wrażenie powrotu do sztuki przedstawiającej, zanim ludzie nie zaczęli sobie uświadamiać, że i te obrazy nie są ściśle realistyczne, ponieważ przedstawiają nie zewnętrzny świat, lecz jedynie jego fotografię lub, innymi słowy, jego wizerunek. Fałszywe jako realizmy, style te są w istocie sztuką o sztuce, są przedstawieniami innych przedstawień1.
Fotografia stała się więc sztuką niedoścignioną w swych możliwościach portretowania rzeczywistości, które dla malarstwa pozostawało już poza zasięgiem i mogło skutkować jedynie obnażeniem tego fałszu. Obecnie sztuki plastyczne mają to szczęście, że fikcja jest ich zaletą, mogą ją eksplorować i eksponować. René Magritte, słynący z rozdzielania świata materialnego od jego wizualnych reprezentacji, powiedział kiedyś: "Wszystko, co widzimy, ukrywa jednocześnie coś innego, naszym dążeniem jest dostrzec, co kryje się za tym, co widzimy". Może zatem naturą ludzką jest pragnienie deziluzji? Warstwa "realizmu" filmowego ukrywa to, czym film jest tak naprawdę - a więc właśnie iluzją. Mechanizmy deziluzyjne pozwalają natomiast zburzyć iluzyjną fasadę, odsłonić jabłko z twarzy Syna Człowieczego, zdjąć sukno z głów Kochanków.
Z gruntu inna była jednak sytuacja filmu in statu nascendi. Jemu to - jako kontynuacji i rozszerzeniu medium fotografii - realizm został dany z góry. Kino nie budowało swojej odrębności formalnej w taki sposób, w jaki miało na to szansę malarstwo. Ominął je okres "dzieciństwa", etap prób, testowania form, gdyż narodziło się ono już po wynalezieniu aparatu, w dobie brzemienia realności dla sztuk opartych na obrazie fotograficznym. Wektor poszukiwań kina jest zatem już w punkcie wyjścia przeciwny w stosunku do opisanego kierunku rozwoju sztuk przedfotograficznych. Musiało odejść od werystycznego mimetyzmu i poszukiwać swojego prawa do fikcjonalności.
Konieczne staje się zaznaczenie ram definicyjnych i określenie pola badawczego, w ramach którego prowadzić będę swoje rozważania. Na deziluzję w rozumieniu przyjętym w niniejszej pracy składać się będą wszelkie zabiegi narracyjne, stylistyczne, fabularne czy techniczne, mające obnażyć tworzywo filmowe i przekierować uwagę widza na istnienie filtra (w postaci kamery i ekranu) pomiędzy nim a opowiadaną historią. Nie będę więc ograniczać się jedynie do zabiegów najbardziej wyrazistych i najczęściej w tym kontekście poruszanych w tekstach teoretycznych czy analitycznych (takich jak autotematyzm, pokazywanie ekipy filmowej czy zwracanie się aktora do kamery). Deziluzja może być świadomą strategią autorską obieraną w konkretnym dziele albo nawet stałym elementem stylu jakiegoś reżysera; może jednak również być niezależna od intencji twórców i powstawać jako efekt uboczny wykorzystywanych w filmie elementów, które dzięki szczególnym kompetencjom widza przyczyniają się do podważenia iluzorycznego charakteru filmu i w konsekwencji wytrącenia odbiorcy z toku opowieści. Druga sytuacja będzie zazwyczaj wiązała się z pewną naiwnością twórcy, a zatem dotyczyć będzie filmów przeciętnych lub kiepskich. Dlatego też naturalne wydaje mi się skupienie wyłącznie na przykładach intencjonalnego wykorzystania mechanizmów zwracających uwagę odbiorcy na tkankę filmu.
Choć teoretycy kina - zarówno ci wcześni, jak i współcześni - nie upatrują esencjalnej istoty kina stricte w przekraczaniu iluzji, to już od pierwszych dekad istnienia nowej sztuki w refleksjach badaczy obecny jest postulat odchodzenia od ułudy referencyjności. Przykładowo Rudolf Arnheim w swojej teoretycznofilmowej pracy z 1933 roku stworzył niezwykle spójny system filozofii kina, w którym - choć jego tezy dotyczyły wyłącznie kina niemego - dostrzegalne są zwiastuny deziluzyjnych realizacji praktycznych z ostatnich czterech dekad. Sam proces reprodukcji uważał za wulgarny, a w rozwoju technicznych możliwości kina widział regres i zagrożenie dla artystycznych walorów tej sztuki. Jak pisał:
Film zdoła osiągnąć wyżyny innych sztuk dopiero wtedy, kiedy uwolni się od więzów fotograficznej reprodukcji i stanie się czystym dziełem człowieka, tak jak film rysunkowy albo malarstwo2.
Edgara Morina (1921-...), autora Kina i wyobraźni, nie interesowała relacja filmu i rzeczywistości, a filmu i widza. Uważał, że kino faktycznie odbija rzeczywistość, ale się do tego nie ogranicza. Pozwala bowiem widzowi na coś więcej, mianowicie na uczestniczenie w świecie snów. Morin, starając się w swoich refleksjach odnaleźć odpowiedź na pytanie, czy w kinie rządzi percepcja rzeczywista czy też oniryczna, doszedł do wniosku, że jest ono oparte na obydwu tych rodzajach logiki odbioru. Wyjściowe spostrzeżenia badacza były w zasadzie podobne do Bazinowskich. Morin także podkreślał, że człowiek posiada naturalną potrzebę podwójności (czego dowodzą mity, wierzenia czy fotografia, która - jak na początku sądzono - miała rzekomo przechowywać duszę osoby portretowanej), wynikającą bezpośrednio z pragnienia unieśmiertelnienia własnego obrazu. Stąd też wniosek, że widzowie tak chętnie uczestniczą w projekcjach filmowych, ponieważ widzą na ekranie swojego sobowtóra, mogą zatem być w dwóch miejscach jednocześnie. Proces, który opisuje tę swoistą bilokację widza w kinie, Morin nazwał projekcją-identyfikacją. O ile identyfikacja jest procesem dosyć oczywistym, polegającym po prostu na identyfikacji z bohaterami i światem przedstawionym, o tyle projekcja jest już nieco bardziej skomplikowana. Ma miejsce także w życiu codziennym, nie tylko w kinie; wiąże się z trzema zachowaniami: automorfizmem (rzutowaniem naszych cech na bohaterów, w tym także na zwierzęta), antropomorfizmem (rzutowaniem ludzkich cech na przedmioty) oraz rozdwojeniem (rzutowaniem własnego bytu w obszar halucynacyjny i objawianiem się sobie w postaci zjawy na ekranie). Procesowi projekcji-identyfikacji sprzyjają zabiegi filmowe (ruch, zbliżenia) oraz sama sytuacja seansu (ciemność sali, unieruchomienie, bierność).
Podwaliny pod opisane przez Edgara Morina zagadnienie projekcji-identyfikacji stworzył poniekąd jeden z prekursorów psychologii stosowanej - zapomniany i odkryty dopiero w latach siedemdziesiątych Hugo Münsterberg (1863-1916). Autor rozprawy Dramat kinowy. Studium psychologiczne chciał, aby widz angażował się emocjonalnie w oglądane dzieło. Przejawiał niezwykle innowacyjne, wręcz wizjonerskie, jak na swoje czasy, myślenie o istocie kina. Był przeciwny utylitaryzmowi sztuki; uważał bowiem, że dzieło nie jest piękne w jakimś celu, a w sposób absolutny. Kino widział jako sztukę autonomiczną, której celem nie jest imitacja rzeczywistości, a przekształcanie świata tak, by wydobyć piękno z codzienności. Swoją filozofię Münsterberg nazwał idealizmem etycznym i przeciwstawiał ją naturalizmowi i pragmatyzmowi. Co szczególnie interesujące w kontekście faktu, że niemiecki filozof miał dostęp jedynie do dzieł z pierwszych lat istnienia kina - fenomen nowego medium dostrzegał nie po stronie techniki, a po stronie widza. Uznał, że to w ludzkim umyśle tworzy się film: nie reprodukuje on bowiem rzeczywistości, a raczej sposób, w jaki umysł tworzy rzeczywistość z ograniczonych danych (w dzisiejszym kinie widać to w postmodernistycznych filmach-grach, np. Lynchowskich). Kino w jego przekonaniu jest sztuką umysłu, w takim sensie, w jakim muzyka jest sztuką ucha, gdyż to umysł pozwala widzieć dwuwymiarowy obraz jako trójwymiarową głębię. Filmowy montaż odpowiada natomiast sposobowi działania ludzkiej pamięci i wyobraźni, a kadrowanie oddaje selektywną percepcję człowieka.
Prekognitywista Jean Epstein istotę filmu także widział w montażu i unaocznianiu zmienności procesów. Postulował postrzeganie kina jako aktywności poznawczej, która możliwa jest dzięki emocjonalnym reakcjom widza:
W ten sposób trafnie oddał specyfikę oddziaływania filmowej narracji. Przejawia się ona, po pierwsze, w ogromnym poznawczym wyzwaniu, jakie stanowi każde filmowe opowiadanie dla naszego systemu przetwarzania informacji, a po drugie - w możliwości generowania u widza zróżnicowanych pod względem jakości i intensywności emocji. Te emocje w znacznej mierze wpływają na sprawność aparatu poznawczego odbiorcy filmów3.
Warto jednak przede wszystkim zaznaczyć kilka wybranych myśli teoretycznych z ostatnich czterech dekad, a więc z okresu, który w kontekście przykładów filmowych będzie interesował mnie najbardziej. Zauważyć wśród nich można nieco śmielsze skłanianie się w stronę postrzegania kina jako kreacyjnego medium, które wyrzeka się narzuconego mu obowiązku replikowania obiektywnej rzeczywistości.
Bodaj jednym z pierwszych takich kierunków był kognitywizm, opowiadający się przeciwko idei biernego, skonstruowanego odbiorcy.
W myśl kognitywnego paradygmatu widz przez cały czas trwania filmu traktuje go z pełną świadomością jako zadanie poznawcze, którego rozwiązaniem jest zrozumienie intencji bohaterów, motywów ich działania, akcji filmu oraz odnalezienie umiejscowionych w narracji kontekstów kulturowych czy społecznych4.
W przeciwieństwie do psychoanalizy badacze tacy jak David Bordwell, Edward Branigan czy Dennis Lynch zajmowali się świadomymi procesami odbioru filmu, zachodzącymi w widzu. Interesował ich "przebieg procesu przetwarzania informacji filmowej oraz kwestia organizacji wiedzy widza wpływającej na ten proces"5. Rozpoznawanie przez publiczność pewnych struktur i konwencji oraz jej zaangażowanie emocjonalne ma zdaniem kognitywistów warunkować lekturę dzieła. Kognitywiści zwracają ponadto uwagę na rolę racjonalnej rekonstrukcji narracji, przebiegającej zgodnie z regułami ludzkiej percepcji. Widz kinowy rozumie zatem zabiegi, które bliskie są jego sposobowi postrzegania świata, nawet jeśli uświadamiają mu one obecność medium. Cielesne poruszenia i emocjonalne bodźce z ekranu, prowokujące w widzu reakcje podobne do tych, uruchamianych przez niego w codziennym życiu, choćby burzyły iluzję projekcji, stanowią zaproszenie do uczestnictwa w audiowizualnej układance. Tak jak kubizm starał się - na swój sposób obiektywnie - pokazać, jak widzimy bryły, tak drgająca, niestabilna kamera z ręki, nazbyt wyrazista, aby pozostać niezauważoną, może unaoczniać pewne stany bohaterów i wywoływać reakcje somatyczne, choć zwraca wtedy na siebie uwagę, a więc jest deziluzyjna6.
Noël Carroll - jeden z przedstawicieli kognitywnej teorii filmu - wskazuje również, że zabiegi obnażające naiwny iluzjonizm mogą mieć charakter deklaracji ideologicznej. Podkreślanie płaskiej faktury obrazu - jak czynili to choćby kubiści - zrywa z ułudą trójwymiarowości. Zaznacza w ten sposób specyficzny status dzieł sztuki jako posiadających własną realność, esencjalnie odmiennych od zwyczajnego przedmiotu. W odwrotnym celu posługiwali się deziluzją dadaiści, którzy zrównywali sztukę z przedmiotami codziennego użytku. Postmoderniści z kolei - jak pisze Carroll - poprzez burzenie tradycyjnych schematów referencyjności dokonywali rewizji określonych narracji, chcąc tym samym udowodnić ideologiczny charakter wszystkich przekazów medialnych7. Nie chcąc przekreślać całej sztuki postmodernistycznej, Carroll próbuje jednak znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego większość teorii wpisujących się w ten nurt myślowy postrzega pojęcie iluzji jednoznacznie negatywnie. W efekcie swoich rozważań wnioskuje, że istnieje opinia, iż tradycyjne formy reprezentacji - a więc iluzja - zakładają, że odbiorca zawsze pragnie doświadczyć przedmiotu reprezentacji, a nie jego signifianta. Fotografia drzewa jest zatem tylko pośrednikiem, substytutem drzewa rzeczywistego. Carroll zastanawia się, jak mi się zresztą wydaje - słusznie, jaki wówczas byłby sens sztuki opartej na obrazie, z samej swej definicji mającej właśnie reprezentować, a więc przystrajać rzeczywistość w estetyczną formę i ujawniać te jej aspekty, na które inaczej widz nie zwróciłby uwagi. Podobnie jak formaliści rosyjscy Carroll ceni sztukę za nadawanie formy codzienności, poszukiwanie "chwytu", który życie zamieni w doznanie estetyczne. Reprezentacja - zdaniem badacza - nie ma być idealną repliką, nie chce udawać, że jest oryginałem - trudno więc tu zatem mówić o oszustwie iluzji. Dodatkowo Carroll sprzeciwia się także założeniu, że publiczność jest podatna na tego rodzaju oszustwo. Zakłada bowiem, że odbiorca nie jest w stanie pominąć istnienia medium i uwierzyć, że obraz faktycznie ma być równoznaczny z samym przedmiotem (miniatura drzewa nigdy nie będzie mogła zostać pomylona z dziesięciometrowym dębem, którego ma być reprezentacją). Widz musi uruchomić, opisany przez Richarda Allena, proces "patrzenia-przez" obraz, a zatem pominięcia jego materialności, faktury. Tej świadomości odbiorcy co do charakteru medium, zdaniem amerykańskiego kognitywisty, antyiluzjoniści nie biorą pod uwagę. Wydaje się jednak, że filozof oskarża postmodernizm o zbyt dosłowne traktowanie iluzji realizmu. Wierna reprezentacja w realistycznej konwencji, której sprzeciwiali się postmoderniści, miała przedstawiać możliwie najpełniejszą iluzję znaczonego, a nie się nim stać. Warunki sali kinowej mają pomóc w wykreowaniu iluzji, a nie stworzyć rzeczywistość, którą widz pomyli z otaczającą. Proces immersji, co wiedzieli również postmoderniści, nigdy nie jest całkowicie pełny, na pewno nie na dłuższą chwilę.
W kontekście budowania/burzenia iluzji w kinie warte przytoczenia są także poglądy badaczki współczesnej kultury audiowizualnej - Maryli Hopfinger, choć przyjmuje ona pozycję dosyć asekuracyjną. Mianowicie zauważa zmianę paradygmatu kina we współczesności, w której nowe media koegzystują ze sobą i wzajemnie na siebie wpływają, lecz nie osądza jednoznacznie, że kino współczesne sprzeciwia się złudnie obiektywnemu reprodukowaniu rzeczywistości:
zmienia się aura związana z filmem opartym na reprodukcji technicznej. Znaki filmu już nie muszą, choć oczywiście mogą, bazować na regule podobieństwa. Funkcja autorytetu poręczania realności, tak oczywista w epoce analogowej, traci ową oczywistość i moc. Przy tym obrazy audiowizualne stają się nierównie bardziej elastyczne i pojemne niż dotąd - a ich potencjał znaczeniowy zyskuje nowe perspektywy i intensywność8.
Hopfinger wskazuje, że współczesny widz ma już inne oczekiwania, nie potrzebuje w ekranowym świecie przedstawionym rozpoznać znaków odnoszących do jego własnej rzeczywistości.
Co więcej - Christiane Voss, zajmująca się filozofią afektów, twierdzi wręcz, że to właśnie umiejętność odróżnienia rzeczywistości od artystycznych przedstawień wpływa na naszą przyjemność projekcji9. Można zatem wnioskować, że zabiegi deziluzyjne wcale nie burzą permanentnie zaangażowania widza, a wręcz wzmacniają satysfakcję z oglądania. Nie należy w związku z tym zakładać, że dzięki odrzuceniu wymogu imitowania rzeczywistości kino dystansuje się od widza - choć z pozoru takiego efektu można by oczekiwać, jako że przypominają one odbiorcy o istnieniu pewnego filtra pomiędzy nim a opowiadaną historią. Widz jest więc wytrącony z toku opowieści, zostaje mu przypomniane, że historia, z którą obcuje, z którą do pewnego stopnia się utożsamił, jest jedynie wytworem wyobraźni filmowca. Wyrwanie z historii jest jednak chwilowe, a uzyskany przez to dystans zmusza do krytycznego namysłu (taki sam cel miały wywołać deziluzyjne "efekty obcości" w teatrze epickim Bertolta Brechta), a w konsekwencji - jeszcze silniejszego zaangażowania, jako że film wkracza w świat odbiorcy. Za pomocą estetyki przekazuje zatem to, czego nic poza sztuką nie może, czy też nie umie, zrobić wiarygodnie. Niegdyś tę pewność, te autorytety w zakresie prawdy mógł przekazać pośrednik między ludźmi a Bogiem (czyli ostatecznym autorytetem). W dobie ponowoczesnego cynizmu i zwątpienia, w czasach po śmierci Boga jest to już niemożliwe. Powrót do niezachwianej pewności (nie "wiary") - jak zdiagnozował Nietzsche - nie może już nastąpić. Współcześnie można co najwyżej właśnie wierzyć, mieć nadzieję. Prawdy moralne może nam w zamian za to dostarczyć sztuka, której wolno więcej - wolno jej być banalną i głosić truizmy, ponieważ ukrywa je pod zasłoną estetyki.
Michał Paweł Markowski podobnie widzi ostateczny cel sztuki:
Sztuka nie jest wyrazem nagiego życia, nie pokazuje, jak jest naprawdę, nie dąży do bezpośredniości, nie tworzy iluzji łatwego dostępu. Jest zapośredniczona w jednostkowym życiu i w tym zapośredniczeniu odnajduje swoje uzasadnienie. Jest, jak mawiał Nietzsche, wzmożeniem pojedynczego życia, a nie jego uszczupleniem (...)10.
Sztuka deziluzyjna będzie zatem ostatecznym aktem włączenia każdego odbiorcy w sieć znaczeń utworu artystycznego. Dzieło filmowe, zapośredniczone w jednostkowym życiu reżysera (jeśli w ogóle jakiekolwiek znaczenie nadajemy osobie martwego autora), zostaje oddane widzowi i to w nim odnajduje swoje uzasadnienie, swój nieuchwytny, jednorazowy sens. Kino deziluzyjne jest w związku z tym szczere, choć nie rości sobie wcale praw do ukazywania prawdy. Nie musi i nie chce być referencyjne i w tej niereferencyjności więcej mówi o świecie, jest bardziej dla widza namacalne i autentyczne niż dzieła konwencjonalnie określane jako realistyczne.
Opinię, że autorefleksyjne filmy pozwalają poprzez estetykę dotrzeć do istotnych problemów współczesnej rzeczywistości, podziela także Maria Poulaki. Jest ona zdania, że autorefleksyjne kino lepiej wyraża rzeczywistość i wzmacnia w widzu zaangażowanie, jako że świadomy medium i jego manipulacji odbiorca może czerpać z niego większą przyjemność. Poprzez zniechęcanie do zawieszenia niewiary deziluzyjne techniki pozwalają skupić się na samym medium przekazu zamiast na narracji. Oddaje to również stan ponowoczesnego świata - przekształconego przez media, przesiąkniętego bodźcami i informacjami - a w konsekwencji dowodzi, że jedynie przez te właśnie media możemy uzyskać dostęp do rzeczywistości. Zgodnie z tradycyjnymi normami, zakładającymi wiarygodność historii, współczesne filmy złożone (complex films) nie mogą uchodzić za bliskie rzeczywistości. Badaczka wskazuje jednak, że rzeczywistość nie jest już reprezentacją faktów, ponieważ nasze postrzeganie świata wokół się zmieniło. Wiarygodne, prawdopodobne reprezentacje faktów nie są już dla nas przekonujące, "być może dlatego, że nasza percepcja rzeczywistości wydaje się obecnie mniej rzeczywista niż kiedykolwiek wcześniej"11. Zmieniło się zatem podejście do tradycyjnych modeli opowiadania, czyli konwencji rozumianej jako pewien przyjęty wzór używany przez twórców filmowych w celu sprawnej komunikacji znaczeń. Uważa się, że reżyserzy "biorą pod uwagę ustrukturowane oczekiwania widzów w zakresie konwencji filmowych"12. W dziełach deziluzyjnych owo "branie pod uwagę" zawsze oznaczać musi igranie z powszechnie obowiązującą konwencją, a co za tym idzie - zakładać, że widz ją zna i potrafi ją odczytać.
Tak czy inaczej - paradoksalnie filmy silnie samoświadome zakładają, że widz jest fundamentem dzieła, a mechanizmy deziluzyjne otwierają możliwość komunikacji pomiędzy tekstem i zawartymi w nim sensami a publicznością. Twórcy nie odwołują się jednak w protekcjonalny sposób do wiedzy i kompetencji odbiorcy, a zamiast tego zapraszają go do czynnego uczestnictwa, indywidualnej interpretacji, tworzenia własnych sensów, a także zachęcają odbiorców do kwestionowania prawd absolutnych. W dziełach realistycznych przyjmujemy z założenia, że narrator (czy też dowolna instancja, którą uznamy za odpowiadającą - kamera, autor, dzieło) mówi prawdę, nie jest obciążony żadnymi uprzedzeniami. Zabiegi metanarracyjne pozwalają odbiorcy lepiej poznać opowiadacza, stworzyć pewne oczekiwania w oparciu o to, jak opowiada i w jaki sposób zaznacza swoją obecność. Może zatem kłamać, przerysowywać, zabarwiać, sympatyzować z jednymi bohaterami i lekceważyć innych, a wszystkie te postawy zaznaczać jedynie deziluzyjnymi środkami poetyckimi. Kino demaskujące tworzywo wystosowuje zatem dodatkowe narzędzia komunikacji, jednocześnie nie pozwalając się już traktować protekcjonalnie i wykraczając na zawsze poza status jarmarcznej rozrywki. Staje się przez to większym wyzwaniem, ale i obiecuje widzowi większą nagrodę.
Przytoczone opinie potwierdzałyby postawioną przeze mnie tezę, że kino ze swej natury nie musi wcale być medium iluzyjnym. Sądzę wręcz - co jest szczególnie wyraźne w kinie współczesnym - że często to deziluzja jest dominantą, której podporządkowane są pozostałe elementy poszczególnych dzieł filmowych. Nie znaczy to jednak, że nie powstają dzieła niedeziluzyjne. Są one jednak archaiczne i wydają się zasadniczo wtórne, jako że iluzja stanowi siłę i dowodzi maestrii rzemiosła w innych sztukach - choćby w malarstwie czy architekturze (tworzenie iluzji głębi i trójwymiarowości płaskich brył; barokowe sklepienia, w których elementy architektoniczne przechodziły płynnie w malowane freski). Kino dojrzałe, jak sądzę, ciąży ku deziluzji, próbując przełamać klątwę realności, która została na nie rzucona wraz z pierwszymi dziełami braci Lumi?re. Iluzja mimetyzmu nie stanowi spełnienia oczekiwań X Muzy - w rzeczywistości jest jej największym brzemieniem. Prawdziwym kinem będzie zatem to, które walczy z jarzmem iluzyjności. Dopiero takie rozumienie kina nadaje mu prawdziwej autonomii, ale i uwzględnia istotność roli widza.
Patricia Waugh opisuje metafikcyjne teksty jako
świadomie i systematycznie zwracające uwagę na swój status jako artefaktu, w celu postawienia pytań o związek między fikcją a rzeczywistością. Dokonując krytyki własnych metod konstruowania, dzieła takie nie tylko odkrywają fundamentalne struktury fikcji narracyjnej, ale także badają możliwą fikcyjność świata poza literackim tekstem fikcyjnym13.
Badaczka zauważa więc, że metafikcja (którą można traktować synonimicznie z deziluzją) jest narzędziem, które pozwala w pewien sposób opisać rzeczywistość czytelnika. Dokonuje ona bowiem rewizji konwencji realizmu. Rozkłada go na czynniki pierwsze, przez co jest w stanie dostrzec analogie pomiędzy konstrukcją sztuki i materialnego świata odbiorcy:
Metafikcja wyraźnie obnaża konwencje realizmu; nie ignoruje ich ani nie porzuca. Bardzo często realistyczne konwencje zapewniają "kontrolę" w tekstach metafikcyjnych, wyznaczają normę lub tło, na którym mogą się przejawiać strategie eksperymentalne. Co bardziej oczywiste, pozwala to utrzymać określony, stabilny poziom przejrzystości, bez którego powstałe przemieszczenia akcentów mogą w odbiorze czytelniczym być albo całkowicie bez znaczenia, albo znajdować się do tego stopnia poza tradycyjnymi trybami komunikacji literackiej lub nieliterackiej, że okażą się niemożliwe do zapamiętania. (...) Metafikcja nie porzuca zatem "realnego świata" dla narcystycznych przyjemności wyobraźni. Co natomiast robi, to ponownie bada konwencję realizmu, aby odkryć - poprzez własną autorefleksję - fikcyjną formę, która jest kulturowo istotna i zrozumiała dla współczesnych czytelników. Pokazując nam, w jaki sposób fikcja literacka tworzy swoje wyimaginowane światy, metafikcja pomaga nam zrozumieć, że rzeczywistość, w której żyjemy na co dzień, jest w podobny sposób skonstruowana, "napisana"14.
Nie będzie zatem błędem uznać, idąc tropem refleksji Waugh, że to właśnie film deziluzyjny, a nie film chcący zwodzić widza iluzją referencyjności, posiada środki konieczne do mówienia o świecie zewnętrznym wobec siebie samego. Kino, którego celem jest stworzenie iluzji rzeczywistości, zawsze będzie tylko środkiem do celu. Jego celem natomiast będzie dostarczenie widzowi gotowego produktu - przejrzystego, opisanego, zakończonego i fałszywego, gdyż składa niemożliwą do spełnienia obietnicę obiektywnej reprezentacji wycinka świata. Tylko dzięki deziluzji kino jest w stanie się wyzwolić, stać się sztuką autonomiczną i niezależną od narzuconych jej utylitarnych funkcji, a jednocześnie może nakreślić status ponowoczesnej rzeczywistości. Te dwie role, sprawowane jednocześnie, ale pozostające w ciągłym napięciu, pisarz i krytyk literacki William H. Gass traktuje jako inherentną cechę każdej sztuki, lecz spostrzeżenie wydaje mi się szczególnie przydatne przy analizie filmu, a przede wszystkim filmu posługującego się narzędziami deziluzyjnymi:
W każdym dziele sztuki zawierają się dwa sprzeczne impulsy, które znajdują się w permanentnym stanie walki manichejskiej: impuls do komunikacji, a więc traktowania medium komunikacji jako środka, oraz impuls do stworzenia artefaktu z danego materiału, a co za tym idzie - potraktowania medium jako celu15.
Zakres materiału badawczego niniejszej pracy ogranicza się do kina ostatnich czterech dekad. Jak postaram się udowodnić - w dużo większym stopniu niż epoki wcześniejsze ucieleśnia ono walkę rozgrywającą się pomiędzy chęcią stworzenia niereferencyjnego, diegetycznego mikrokosmosu a pragnieniem dokonania diagnozy kondycji człowieka i świata w epoce konsumpcji, globalizacji oraz przenikania się mediów i kultur. Ten silniejszy niż dotąd zwrot ku deziluzji związany jest właśnie ze zmianami społecznymi, kulturowymi i ekonomicznymi, które towarzyszą epoce płynnej nowoczesności.
1 Fredric Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, w: Postmodernizm: antologia przekładów, red. Ryszard Nycz, tłum. Przemysław Czapliński, Kraków: Wydawnictwo Baran i Suszczyński, 1996, s. 209.
2 Rudolf Arnheim, Film jako sztuka, tłum. Wanda Wertenstein, Warszawa: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1961, s. 163.
3 Piotr Francuz i Jolanta Pisarek, Poznawcze i emocjonalne zaangażowanie widza w film fabularny w zależności od typu bohatera, w: Psychologiczne aspekty komunikacji audiowizualnej, red. Piotr Francuz, Lublin: Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, 2007, s. 165-166.
6 Zostało udowodnione naukowo, że - z punktu widzenia biologicznego - najbardziej angażującym i iluzyjnym ruchem kamery jest steadicam. Wykonano doświadczenie: grupie badawczej zaprezentowano filmiki ukazujące - z wykorzystaniem różnych ruchów kamery - osobę wykonującą określoną czynność zorientowaną na cel. Dzięki zbadaniu oscylacji fal Mu w korze ruchowej mózgu (uaktywniających się przy wykonywaniu czynności samodzielnie lub obserwowaniu, jak inna osoba wykonuje jakąś czynność) zauważono, że największą aktywność wykazują one właśnie przy steadicamie. Oznacza to, że ten typ ruchu kamery wywołał reakcję mózgu najbardziej zbliżoną do bezpośredniego doświadczenia sytuacji wykonywania pokazanej czynności. Najmniejsza aktywność kory ruchowej towarzyszyła zabiegowi zoomowania, co oznacza, że jest on z perspektywy neurologicznej specyfiki mózgu najbardziej deziluzyjny; zob. Vittorio Gallese i Michele Guerra, The Feeling of Motion: Camera Movements and Motor Cognition, "Cinéma & Cie. International Film Studies Journal" 14, nr 22-23 (2014), s. 103-112.
7 Zob. Noël Carroll, Anti-Illusionism in Modern and Postmodern Art, "Leonardo" 21, nr 3 (1988), s. 297, https://doi.org/10.2307/1578659 (dostęp: 30.10.2020).
8 Maryla Hopfinger, Film - zmiana paradygmatu, op. cit., s. 709.
9 Zob. Christiane Voss, Film Experience and the Formation of Illusion: The Spectator as 'Surrogate Body' for the Cinema, tłum. Inga Pollmann i Vinzenz Hediger, "Cinema Journal" 50, nr 4 (2011), s. 136-150, https://doi.org/10.1353/cj.2011.0052 (dostęp: 2.11.2020).
10 Michał Paweł Markowski, POWAGA: Fluffy shit, ironia i głębsze znaczenie, "Dwutygodnik", nr 150 (2015), https://www.dwutygodnik.com /artykul/ 5661-powaga-fluffy-shit-ironia-i-glebsze-znaczenie.html (dostęp: 7.05.2021).
11 Maria Poulaki, Self-reflexivity, Description, and the Boundaries of Narrative Cinema, "Cinéma&Cie" XII, nr 18 (2012), s. 51, tłum. własne.
12 John Carey, Konwencje i znaczenia w filmie, tłum. Alicja Helman, "Kino", nr 3 (1985), s. 23.
13 "Metafiction is a term given to fictional writing which self-consciously and systematically draws attention to its status as an artefact in order to pose questions about the relationship between fiction and reality. In providing a critique of their own methods of construction, such writings not only examine the fundamental structures of narrative fiction, they also explore the possible fictionality of the world outside the literary fictional text". Patricia Waugh, Metafiction. The Theory and Practice of Self-Conscious Fiction, London-New York: Taylor & Francis Group, 2001, s. 2, tłum. własne.
14 "Metafiction explicitly lays bare the conventions of realism; it does not ignore or abandon them. Very often realistic conventions supply the 'control' in metafictional texts, the norm or background against which the experimental strategies can foreground themselves. More obviously, of course, this allows for a stable level of readerly familiarity, without which the ensuing dislocations might be either totally meaningless or so outside the normal modes of literary or non-literary communication that they cannot be committed to memory. (...) Metafiction, then, does not abandon 'the real world' for the narcissistic pleasures of the imagination. What it does is to re-examine the conventions of realism in order to discover - through its own self-reflection - a fictional form that is culturally relevant and comprehensible to contemporary readers. In showing us how literary fiction creates its imaginary worlds, metafiction helps us to understand how the reality we live day by day is similarly constructed, similarly 'written'". Patricia Waugh, Metafiction..., op. cit., s. 18-19, tłum. własne.
15 "In every art two contradictory impulses are in a state of Manichean war: the impulse to communicate and so to treat the medium of communication as a means and the impulse to make an artefact out of the materials and so to treat the medium as an end". William Howard Gass, Fiction and the Figures of Life, New York: A. A. Knopf, 1970, s. 94, tłum. własne.