To tylko rock'n'roll (Zawsze The Rolling Stones) - Rich Cohen

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Strona re­dak­cyjna

Ty­tuł ory­gi­nału: The Sun & The Moon & The Rol­ling Sto­nes

Co­py­ri­ght ? 2016 To­ugh Jews, Inc. All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght ? for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2022

Co­py­ri­ght ? for the Po­lish trans­la­tion by Ad­rian Sta­chow­ski, 2022

Redaktorzy inicjujący: Adrian Stachowski, Paulina Surniak

Redaktor prowadzący: Andrzej Szewczyk

Marketing i promocja: Katarzyna Schinkel-Barbarzak

Redakcja: Anna Strożek

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Urszula Drabińska

Konwersja do ebooka: Mateusz Czekała

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Ilustracja na okładce: ? SOPA Images Limited / Alamy Stock Photo

Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.

Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o. in­for­muje, że do­ło­żyło na­le­ży­tej sta­ran­no­ści w ro­zu­mie­niu art. 355 par. 2 ko­deksu cy­wil­nego w celu od­na­le­zie­nia dys­po­nen­tów au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych do ma­te­ria­łów ilu­stra­cyj­nych wy­ko­rzy­sta­nych w książce. Z uwagi na to, że przed od­da­niem ni­niej­szej książki do druku po­szu­ki­wa­nia te nie przy­nio­sły re­zul­tatu, Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o. zo­bo­wią­zuje się do wy­pła­ce­nia sto­sow­nego wy­na­gro­dze­nia z ty­tułu ich wy­ko­rzy­sta­nia ak­tu­al­nemu dys­po­nen­towi au­tor­skich praw ma­jąt­ko­wych.

eISBN 978-83-67324-67-0

Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel. 61 853-99-10

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

Roz­dział 1.

Rock­mani opo­wia­dają ka­wały

Jak już się za­cznie dziać, to na ca­łego.

Sie­dzia­łem na scho­dach mo­jej ka­mie­nicy w West Vil­lage i cze­ka­łem, cho­ciaż jesz­cze nie wie­dzia­łem na co. La­tem mia­sto pach­nie śmie­ciami. Ulice są wy­su­szone, pu­ste, jakby wszy­scy po­je­chali w góry lub nad mo­rze, a zo­stały tylko lumpy snu­jące się ni­czym du­chy alej­kami mię­dzy bu­dyn­kami z czer­wo­nej ce­gły. I na­gle, ot tak, po­rwali mnie Rol­ling Sto­nesi. To było jak ma­rze­nie z dzie­ciń­stwa, by uciec z cyr­kiem - atrak­cje, si­łacz, dia­bel­ski młyn ob­ra­ca­jący się na tle ni­ja­kiego nieba gdzieś w Kan­sas. W 1994 roku mia­łem dwa­dzie­ścia sześć lat, a Sto­nesi byli w tra­sie po Ame­ryce. Do­sta­łem zle­ce­nie, by pi­sać o tym to­ur­née dla ma­ga­zynu "Rol­ling Stone". Wcze­śniej się nu­dzi­łem, ale nuda wła­śnie się skoń­czyła.

Przez na­stępne dwa ty­go­dnie prze­mie­rzy­łem pół kon­ty­nentu. Pod­pie­ra­łem ściany w spe­lu­nach, w któ­rych Sto­nesi grali wy­stępy na roz­grzewkę, upi­ja­łem się na sta­dio­nach pod go­łym nie­bem, ki­ma­łem w ho­te­lo­wych lobby i w gar­de­ro­bach, sta­łem obok gło­śnika na skraju sceny, kiedy ze­spół grał bisy. Oglą­da­łem mój kraj oczami gwiazd rocka, lot­ni­ska i mia­sta sta­wały się nie­wy­raźną plamą - li­czył się tylko na­stępny kon­cert. Sie­dzia­łem obok Ke­itha Ri­chardsa w pry­wat­nym sa­mo­lo­cie Sto­ne­sów, wy­głu­pia­łem się z Mic­kiem Jag­ge­rem, który na­śmie­wał się z mo­jej fry­zury, kiedy mia­łem dłu­gie włosy, i na­śmie­wał się z niej jesz­cze bar­dziej, kiedy były krót­kie. Roz­ma­wia­łem z Char­liem Wat­t­sem o No­wym Or­le­anie i woj­nie se­ce­syj­nej, a po­tem sie­dzia­łem w jego po­koju i słu­cha­li­śmy jazzu. Pi­łem whi­skey z Ro­nem Wo­odem i Bob­bym Key­sem, kiedy do­wie­dzieli się, że pia­ni­sta Nicky Hop­kins, ich przy­ja­ciel i współ­pra­cow­nik, wła­śnie zmarł w Na­shville. Keys skrzy­wił się, wy­pił na raz szklankę jacka da­nielsa, a jego oczy za­szły łzami.

W No­wym Jorku no­co­wa­li­śmy pięć­dzie­siąt prze­cznic od mo­jego miesz­ka­nia, ale od po­przed­niego ży­cia dzie­liły mnie już setki ki­lo­me­trów. Mi­nęło lato, na­de­szła je­sień. Man­hat­tan lśnił, a aleje cią­gnęły się w nie­skoń­czo­ność. Spę­dzi­łem długi dzień w Ra­dio City, pa­trząc, jak Sto­nesi ro­bią próbę przed galą MTV Vi­deo Mu­sic Awards. Ich wy­stęp miał pod­bić sprze­daż Vo­odoo Lo­unge, ale dla mu­zy­ków to był szybki nu­me­rek mię­dzy gdzieś tam a gdzie in­dziej, zu­peł­nie taki sam jak wszyst­kie po­przed­nie. Na­wet nie wró­ci­łem do miesz­ka­nia, nie wi­dzia­łem się ze zna­jo­mymi. Cyrk za­trzy­mał się w moim mie­ście, ale ja już by­łem od­mie­niony, zro­dzi­łem się na nowo dzięki bli­sko­ści naj­lep­szych po­ły­ka­czy mie­czy, akro­ba­tów i naj­więk­szych dzi­wo­lą­gów na świe­cie.

Za­miast wró­cić na chwilę do sta­rego ży­cia, prze­sia­dy­wa­łem z ze­spo­łem, krę­ci­łem się za ku­li­sami i słu­cha­łem, jak Ke­ith Ri­chards i Ron Wood przy­gry­wają so­bie na gi­ta­rach ka­wałki Hanka Wil­liamsa. Sie­dzia­łem na pu­stej wi­downi, kiedy Mick Jag­ger wił się jak wąż mię­dzy fo­te­lami, gra­jąc na har­mo­nijce mię­si­ste in­tro do Love Is Strong. Po dro­dze do gar­de­rób od­by­łem roz­mowę jesz­cze waż­niej­szą niż spo­tka­nie z dzie­ciń­stwa z Joem Di­Mag­gio tuż przed me­czem old­bo­jów ("Czy wy, skur­wy­syny, nie wi­dzi­cie, że je­stem goły?" - krzyk­nął Yan­kee Clip­per do dzien­ni­ka­rzy). Za ku­li­sami ja i Jag­ger wpa­dli­śmy na Bruce'a Spring­ste­ena, który spoj­rzał na nas po­dejrz­li­wie. To samo wi­dzia­łem w oczach obroń­ców z prze­ciw­nych dru­żyn w li­ceum. Po­mru­czeli do sie­bie, wy­mie­nili się uwa­gami. Mick przed­sta­wił mnie jako "do­brego zna­jo­mego". Kiedy od­cho­dzi­li­śmy, wzru­szył nie­win­nie ra­mio­nami i wy­szep­tał coś w stylu:

- Wiesz, Bruce daje bar­dzo dłu­gie kon­certy.

Po tym wy­stę­pie Vir­gin Re­cords zor­ga­ni­zo­wało dla Sto­ne­sów im­prezę w ho­telu Four Se­asons na 57. ulicy. Jesz­cze o pół­nocy miej­sce świe­ciło pust­kami, ale o dru­giej było już pełno lu­dzi. Po­ja­wiły się gwiazdy rocka, które kie­dyś pa­trzyły na mnie z pla­ka­tów roz­wie­szo­nych w moim po­koju. Mu­zyka, skóry, pod­ma­lo­wane oczy, wy­so­kie ob­casy - i gin.

Rzecz­nik pra­sowy Micka po­wie­dział mu, że Ste­ven Ty­ler chciał so­bie zro­bić z nim zdję­cie - "tylko ich dwóch".

- I co my­ślisz? - za­py­tał Jag­ger.

- Mo­żesz to prze­ga­pić - od­parł rzecz­nik. - Ty­ler chce, żeby lu­dzie my­śleli, że Ae­ro­smith są na tym sa­mym po­zio­mie co Sto­nesi, no ale Mick, daj spo­kój.

Póź­niej prze­szedł do ar­ty­kułu z "New York Post" o tym, że człon­ko­wie ze­społu za­częli się de­pi­lo­wać wo­skiem. Au­torką była dzien­ni­karka, która pi­sała o Sto­ne­sach od wielu lat.

- Cie­szyła się do­stę­pem - po­wie­dział rzecz­nik. - Zo­ba­czymy, jak jej się bę­dzie po­do­bało bez niego.

Je­den z lu­dzi Sto­ne­sów po­pchnął mnie na ścianę i za­py­tał, czy chcę "iść na górę i spa­lić jo­inta".

Kiedy się wy­my­ka­li­śmy, spo­strze­głem, że ota­cza mnie roc­kan­drol­lowa ary­sto­kra­cja: Steve Win­wood z Traf­fic i Jim Ca­paldi, ich per­ku­si­sta, a do tego Ron Wood i Ke­ith Ri­chards. I cho­ciaż każdy miał wła­sną toż­sa­mość, wy­da­wało się, że twarz jest wspólna - zmarsz­czona i po­bita, sty­rana jak skó­rzana kurtka, tak ska­to­wana, że w pe­wien spo­sób piękna. Kie­dyś je­den sta­rzec przy­pa­trzył się Jag­ge­rowi i po­wie­dział: "Masz wię­cej zmarsz­czek niż ja". "To od śmie­chu" - od­parł Mick. Fa­cet się za­śmiał: "Nic nie jest aż tak śmieszne".

Ale nie miał ra­cji - coś było, a kon­kret­niej ka­wał, jaki to po­ko­le­nie rock­ma­nów wy­wi­nęło lo­sowi, który szy­ko­wał im ży­cie w ci­chej roz­pa­czy, pracę w fa­bryce lub fir­mach ubez­pie­cze­nio­wych, ale w końcu uczy­nił ich śre­dnio­wiecz­nymi ksią­żę­tami w sur­du­tach ze sprzącz­kami - i dał im ży­wot od wie­ków do­stępny tylko roz­pust­nej eli­cie.

Każdy z męż­czyzn z tego kręgu ema­no­wał ener­gią i zmę­czoną chwałą - pili za dużo, za mało spali, mó­zgi mieli po­pa­lone, sę­kate palce, ale mój Boże, jak oni grali. Byli ostat­nimi z wiel­kich gwiazd rocka, przed­sta­wi­cie­lami ga­tunku, który szedł śla­dem śnież­nej pan­tery - ku wy­gi­nię­ciu. Ci, któ­rzy jesz­cze żyli, byli bez­cenni i uni­kalni, ni­czym re­li­kwie daw­nej re­li­gii. Byli wspo­mnie­niem cza­sów, kiedy mu­zyka była naj­waż­niej­sza - kiedy wie­rzyło się, że nowy al­bum nada wszyst­kiemu sens. Męż­czyźni z tego kręgu byli uoso­bie­niem tej wiary, bo­ha­te­rami, któ­rzy za­częli re­wo­lu­cję i po­zo­stali jej wierni do końca. Stali tak, pili i się śmiali, opo­wia­dali spro­śne ka­wały.

- A zna­cie ten o pia­ni­ście, który grał ka­wałki swo­jemu pro­du­cen­towi? - za­py­tał Ca­paldi. - Gra dwa piękne nu­mery i mówi: "Pierw­szy ma ty­tuł Mam du­żego fiuta, a drugi Mój pe­nis jest ogromny". Po­tem wy­cho­dzi do ła­zienki. Kiedy wraca, pro­du­cent mówi: "Masz roz­pięty roz­po­rek, fiut ci wy­staje". A pia­ni­sta na to: "A tak, do­bre ka­wałki, oba moje".

Ri­chards od­chy­lił się do tyłu i ryk­nął:

- Oba moje!

Kiedy się śmiali - wtedy do mnie do­tarło. Za­wsze czu­łem, że gdzieś są lu­dzie, któ­rzy ba­wią się le­piej ode mnie. Wie­rzy­łem, że gdzieś trwa lep­sza im­preza. I tak było! Zna­la­złem ją! Nie mu­sia­łem już spraw­dzać SMS-ów, pa­trzeć lu­dziom przez ra­mię i za­sta­na­wiać się, gdzie po­wi­nie­nem iść. By­łem na naj­lep­szej im­pre­zie na świe­cie. Pierw­szy raz w ży­ciu by­łem do­kład­nie tam, gdzie chcia­łem być.

- A ty? Znasz ja­kiś ka­wał? - za­py­tał Ca­paldi.

Od­po­wie­dzia­łem, że nie znam, bo pod wie­loma wzglę­dami je­stem po­zba­wiony po­czu­cia hu­moru.

Steve Win­wood spoj­rzał na mnie, pierw­szy raz na­prawdę mi się przy­glą­da­jąc. Był le­gendą bry­tyj­skiego rocka, twórcą Back in the High Life Again i Hi­gher Love, a jesz­cze przed­tem li­de­rem Spen­cer Da­vis Group, Blind Fa­ith i Traf­fic. Miał czter­dzie­ści sześć lat, po­tar­gane włosy i zmę­czoną twarz. Kiedy po­wie­dzia­łem mu, że pra­cuję dla "Rol­ling Stone", jego prze­szy­wa­jące oczy na­brały oskar­ży­ciel­skiego wy­razu.

- Wiesz co, gnój z cie­bie - po­wie­dział na­gle. - Pie­przona gnida. Od wielu lat chcia­łem ci to po­wie­dzieć, no i pro­szę! Ty wredny skur­wy­sy­nie!

- Ste­vie, znasz tego dzie­ciaka? - za­py­tał za­sko­czony Ron Wood.

- Że­byś wie­dział, ten fiut zje­chał każdy mój so­lowy al­bum. Co, my­ślisz, że po Traf­fic nie ma ży­cia? - cią­gnął Win­wood. - Co mam zro­bić, po­ło­żyć się do trumny i umrzeć, skoro ze­spół mi się roz­padł? Nie wy­ki­tuję spe­cjal­nie dla cie­bie. Nie, nie umrę, że­byś się cie­szył.

Za­pa­dła nie­zręczna ci­sza, a po­tem wszy­scy wy­bu­chli śmie­chem, na­wet bar­dziej niż po "oba moje!". Ke­ith zła­pał mnie za ra­mię i po­wie­dział:

- Ste­vie, wa­riat je­steś. Kurwa, ty mó­wisz o sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym. Dzie­ciak miał sześć lat! Co on może wie­dzieć o Traf­fic?

- Ty ro­zu­miesz, że "Rol­ling Stone" to ma­ga­zyn, a nie osoba? - za­py­tał Wood.

Wtedy prze­ży­łem dru­gie ob­ja­wie­nie. Czas za­wsze bę­dzie nas dzie­lił, mnie i tych fa­ce­tów, i całe ich po­ko­le­nie. Wszystko mnie omi­nęło. 1964, 1969, 1972 - to były lata, które coś zna­czyły, a ja uro­dzi­łem się za późno. Co­kol­wiek się stało, już było po wszyst­kim. Całe ży­cie będę pró­bo­wał się do­stać na tę im­prezę, ale kiedy w końcu mi się uda, wszy­scy będą już sta­rzy. Spóź­nial­stwo - to wła­śnie przy­tra­fia się młod­szym bra­ciom i sio­strom, sy­nom i cór­kom sta­rych ro­dzi­ców, trze­cim dzie­ciom, które zja­wiają się w samą porę, żeby zo­ba­czyć pety pły­wa­jące w ostat­nim drinku. Wła­śnie to de­fi­niuje moje po­ko­le­nie. Oszu­kali nas. Przy­szli przed nami, ci bo­ome­rzy, i zu­żyli wszyst­kie za­soby, wy­su­szyli do cna każde źró­dło za­bawy. Po nas zja­wili się mi­le­nialsi, dzieci bo­ome­rów, któ­rzy uczy­nili świat wir­tu­al­nym i ozię­błym. Kon­su­mu­jąc swoją mło­dość, bo­ome­rzy w pew­nym sen­sie skon­su­mo­wali też na­szą. Prze­sa­dzili - żyli tak in­ten­syw­nie, że dla nas nie zo­stało nic, poza opo­wia­da­niem ich hi­sto­rii.

Czas od­se­pa­ro­wał mnie od Sto­ne­sów, ale też coś mi dał - dy­stans. Kto zjawi się na sa­mym końcu, może opo­wie­dzieć wszystko. Rock and roll to coś wię­cej niż mi­lion ga­ra­żo­wych ka­pel, wię­cej niż li­sty prze­bo­jów, przed­sta­wi­ciele działu A&R i wy­twór­nie pły­towe. To po­stawa i cała epoka. Sto­nesi byli naj­lep­szym ze­spo­łem tej ery, w pe­wien spo­sób je­dy­nym, który na­prawdę się li­czył. Byli czymś pier­wot­nym i osta­tecz­nym, ka­pelą, która mo­gła re­pre­zen­to­wać je wszyst­kie. Opo­wia­da­jąc o nich, opo­wiada się całą hi­sto­rię. Ale by to zro­bić, trzeba mieć dy­stans. Trzeba znać ko­niec, by zro­zu­mieć po­czą­tek. Trzeba wi­dzieć zmierzch, mo­ment, kiedy pla­neta We­nus staje się wi­doczna na wscho­dzie. Oto opo­wieść o bo­ome­rach we­dług po­ko­le­nia X. Sto­nesi są w niej jak po­ciąg su­nący do­liną. Wi­dzę każdy wa­gon, pierw­szy i ostatni, po­czą­tek i ko­niec składu, który robi się co­raz mniej­szy, w miarę jak się od­dala.

By­łem z ze­spo­łem w kilku tra­sach, naj­pierw jako dzien­ni­karz "Rol­ling Stone", póź­niej jako współ­pra­cow­nik Micka Jag­gera przy pi­sa­niu sce­na­riu­sza. Pra­co­wa­li­śmy wraz z Mar­ti­nem Scor­sese nad se­ria­lem o fa­ce­cie z fik­cyj­nej wy­twórni pły­to­wej, któ­rego wzlot i upa­dek miały od­da­wać du­cha epoki. Zna­łem opo­wie­ści z pierw­szej ręki i mo­głem te­sto­wać po­my­sły na naj­lep­szym front­ma­nie na świe­cie, cho­ciaż Jag­ger zwy­kle po­mniej­sza swoją rolę. Brzy­dzi się po­kusą ro­bie­nia z pio­sen­ka­rzy bo­gów, jakby wciąż my­ślał o tym, co spo­tkało Johna Len­nona. Jed­nak oczy­wi­stym fak­tem jest, że przez pe­wien czas Sto­nesi byli awan­gardą - i wła­śnie to jest jed­nym z po­wo­dów, dla któ­rych Jag­ger trzyma ję­zyk za zę­bami. Gdy żyje się bez­czel­nie, le­piej się tym nie chwa­lić. Z cza­sem stało się dla mnie ja­sne, że to, co za­częło się jako ar­ty­kuł do ma­ga­zynu, prze­ro­dziło się w coś wię­cej - pa­no­ra­miczną opo­wieść i ob­se­sję. Sagę, w któ­rej grupka mu­zy­ków re­pre­zen­tuje tę­sk­noty ca­łego spo­łe­czeń­stwa.

Za­czą­łem szu­kać świad­ków, któ­rzy mo­gliby wy­peł­nić luki, wy­ja­śnić za­gadki, do­dać ko­lo­rytu. Zna­la­złem ko­le­gów i przy­ja­ciół ze­społu, ich kon­ku­ren­tów, idoli, pre­kur­so­rów, pro­du­cen­tów i dźwię­kow­ców, kum­pli od ćpa­nia i po­ma­gie­rów, go­ści od na­grań, dziew­czyny na jedną noc i nie­ślubne żony. Czy­ta­łem wspo­mnie­nia i bio­gra­fie. Było już kil­ka­dzie­siąt, może i setki ksią­żek. Dla każ­dego, kto spę­dził tro­chę czasu ze Sto­ne­sami - na­wet je­śli trwało to chwilę - było to naj­bar­dziej in­ten­sywne do­świad­cze­nie w ży­ciu. Obej­rza­łem filmy do­ku­men­talne i w kółko słu­cha­łem płyt. Oglą­da­łem zdję­cia - Sto­nesi byli wśród naj­czę­ściej fo­to­gra­fo­wa­nych osób w XX wieku. Od­wie­dzi­łem miej­sca, które wpły­nęły na ich hi­sto­rię: domy, w któ­rych Mick i Ke­ith do­ra­stali w Dart­ford; pub, w któ­rym da­wali pierw­sze wy­stępy; miesz­ka­nie, w któ­rym bie­do­wali pew­nej mroź­nej zimy; klub w Rich­mond, w któ­rym stali się sen­sa­cją; szpa­ner­skie apar­ta­menty i po­sia­dło­ści, które ku­pili, kiedy od­nie­śli suk­ces; Olym­pic Stu­dios w Bar­nes, wy­twór­nię Chess Re­cords w Chi­cago; miej­sce kon­certu w Al­ta­mont; re­zer­wat Jo­shua Tree Na­tio­nal Park; willę we Fran­cji, w któ­rej na­grali swój naj­lep­szy al­bum; kli­nikę w Szwaj­ca­rii, w któ­rej Ke­ith Ri­chards uwol­nił się od he­ro­iny. Wszę­dzie mia­łem w gło­wie te same py­ta­nia: dla­czego ta mu­zyka jest ważna? Dla­czego przy­gody Sto­ne­sów, te hi­sto­rie ni­czym z te­le­no­weli, wciąż fa­scy­nują? Czy rock and roll może zba­wić du­szę? Czy jest w swo­jej isto­cie re­li­gią? A je­śli tak, to dla­czego po­szedł drogą zo­ro­astry­zmu? Po­win­ni­śmy czcić ży­cie czy prze­sła­nie? Czy można ze­sta­rzeć się z god­no­ścią?

Tego wie­czoru na im­pre­zie w 1994 roku Sto­nesi wy­da­wali mi się de­ka­denccy. Byli ze­spo­łem zło­tych prze­bo­jów, a w tym przy­padku cho­dzi nie tyle o bio­lo­giczny wiek, ile o du­cha. A Sto­nesi stali się prze­wi­dy­walni. In­wen­cja od­dała pole po­wta­rzal­no­ści. Ro­bili to, co ro­bili, bo tak było za­wsze. Na po­czątku ko­pio­wali czar­nych mu­zy­ków. Na końcu uda­wali sa­mych sie­bie. Mimo to na­wet na naj­bar­dziej wy­mę­czo­nych kon­cer­tach, gra­nych przed naj­bar­dziej zbla­zo­waną pu­bliką, wciąż można było od czasu do czasu, cho­ciażby przez mo­ment, doj­rzeć prze­błysk tego, czym kie­dyś byli: pul­su­jącą ryt­mem re­wo­lu­cją na dzie­sięć rąk i cztery akordy.

Roz­dział 2.

Dzwo­nek i pla­kat

Kiedy mia­łem dzie­sięć lat, mój brat po­szedł do nieba. Do­ko­nał tego, prze­no­sząc się z dru­giego pię­tra na­szego domu na wy­ło­żone wło­cha­tym dy­wa­nem pod­da­sze z klep­kami na ścia­nie. To pod­da­sze było dla mnie ni­czym ru­bieże. Nie obo­wią­zy­wała na nim ci­sza nocna ani inne re­guły. Cho­ciaż mia­łem za­kaz tam wcho­dzić, cza­sami sta­łem u dołu scho­dów, słu­cha­jąc mu­zyki wy­do­by­wa­ją­cej się z gło­śni­ków, wo­ofe­rów, te­ete­rów, wzmac­nia­czy i subów - i gra­mo­fonu. Raz, sto­jąc za ple­cami ojca, który po­szedł na górę uświa­do­mić bratu, że jed­nak nie jest po­nad wszelką wła­dzą, mo­głem przyj­rzeć się jego sprzę­towi dłu­żej.

Kiedy ta łajza ku­piła so­bie ma­gne­to­fon Na­ka­mi­chi?

Wcze­śniej wi­dzia­łem ten mo­del w skle­pie ze sprzę­tem ste­reo w cen­trum han­dlo­wym, co le­dwo się li­czy. Mieli tam po­miesz­cze­nie wy­peł­nione rze­czami tań­szych ma­rek i sprzę­ci­kiem dla dzieci, ale da­lej, za szybą, mie­ściło się sank­tu­arium dla tych, któ­rzy po­sie­dli wie­dzę i zro­zu­mie­nie. W tam­tej sali, w epi­cen­trum środka, była jesz­cze jedna salka, długi po­kój zwany "ja­jem do od­słu­chu", gdzie wci­śnięty mię­dzy ściany gło­śni­ków klient mógł w po­wa­dze ostatni raz po­słu­chać, za­nim do­kona za­kupu. Pew­nego po­po­łu­dnia, na chwilę przed do­bi­ciem trans­ak­cji, usia­dłem w jaju, a gło­śniki, które wkrótce miały na­le­żeć do mojego brata, krzy­czały pio­senkę uznaną przez sprze­dawcę za wła­ściwą do "de­mon­stra­cji moż­li­wo­ści sprzętu": Life's Been Good Jo­ego Wal­sha, pusz­czone na full. Nar­ko­tyczna so­lówka na gi­ta­rze roz­cho­dziła się po mnie ni­czym grypa.

Na ogół mo­głem się cie­szyć ste­reo mo­jego brata tylko na od­le­głość, zwy­kle sły­sząc je­dy­nie dud­nie­nie basu lub krzyk roc­ko­wego boga, który wła­śnie wcho­dził z im­pe­tem w kul­mi­na­cyjną część bal­lady. Jed­nak pew­nego dnia dziwny rytm do­tknął cze­goś głę­boko we mnie - cze­goś, czego ist­nie­nia nie by­łem świa­domy. Le­ża­łem na łóżku i usły­sza­łem dzwo­nek, a po­tem brzdę­ka­nie gi­tary. Wsta­łem i pod­sze­dłem pod schody. Za­kra­dłem się, otwo­rzy­łem drzwi i zo­ba­czy­łem sto­lik za­sta­wiony bu­tel­kami po pi­wie, na­sta­wioną płytę i roz­świe­tlony sprzęt ste­reo. Mój brat sie­dział w fo­telu, głowę miał od­rzu­coną do tyłu, oczy za­mknięte. Na ścia­nie za nim wi­siał pla­kat. W ja­kiś spo­sób wie­dzia­łem, że są na nim lu­dzie od­po­wie­dzialni za tę pio­senkę, Honky Tonk Wo­men. Przez mo­ment wy­da­wało mi się, że to wła­śnie oni ją te­raz grają, jakby mu­zyka do­by­wała się ze zdję­cia ze­społu - na któ­rym wy­glą­dali do­kład­nie tak, jak po­winna pre­zen­to­wać się ka­pela. Sto­nesi w Pa­ryżu, oko­lice 1976 roku. Jag­ger z przodu, prze­wo­dzący swoim ko­man­do­som pod­czas noc­nej eska­pady. Na kon­cer­tach jest szybki jak ko­li­ber, nie da się mu przyj­rzeć, ale na pla­ka­cie jest przy­szpi­lony, ni­czym okaz do ba­dań. Był wtedy jed­no­cze­śnie gro­te­skowy i przy­stojny, z prze­sa­dzo­nymi ry­sami na­sto­latka, który jesz­cze nie do­rósł do wła­snej twa­rzy. Za nim stał Ri­chards w spodniach w pa­ski i zwiew­nej ko­szuli roz­pię­tej do czwar­tego gu­zika. Grał i pa­trzył w dół, wi­dać było jego dłu­gie i czarne rzęsy. Bill Wy­man, ba­si­sta, stał obok per­ku­si­sty, Char­liego Wat­tsa, który uśmie­chał się za­wa­diacko. Wszy­scy mu­zycy byli ści­śnięci na nie­wiel­kiej prze­strzeni, co przy­wo­dziło na myśl uło­że­nie pa­sów i wa­łów sil­nika. Praw­dziwy ze­spół. To mnie tra­fiło. Nie wy­prze­dane sta­diony ani prze­boje, ale pię­ciu fa­ce­tów, któ­rzy ra­zem grają i są jak ro­dzina lub ja­kaś banda. Nie umia­łem wy­obra­zić so­bie lep­szego losu - ode­pchnąć na bez­pieczną od­le­głość szkołę, ro­dzi­ców i do­ro­słość. Grupa ko­le­gów, któ­rzy za­częli jako dzieci i byli ra­zem już za­wsze. Wtem sta­nął nade mną brat i ka­zał mi wyjść - ale było za późno. Strzała już mnie ubo­dła.

Przed­tem mu­zyka była je­dy­nie tłem mo­jego ży­cia, jego ta­petą. Gdyby byli na niej klauni, może bym spoj­rzał. W prze­ciw­nym ra­zie - nie za­uwa­ża­łem jej, chyba że oj­ciec gło­śno pusz­czał w swoim se­da­nie de ville Franka Si­na­trę - Nice 'n' Easy, Come Fly with Me. Za­nim skoń­czy­łem osiem lat, wie­rzy­łem, że My Way jest na­szym na­ro­do­wym hym­nem, bo tak wła­śnie mówi Si­na­tra na pły­cie The Main Event: "Pa­nie i pa­no­wie, te­raz za­śpie­wam nasz hymn na­ro­dowy, ale nie mu­si­cie wsta­wać". Pierw­szą pio­senką, którą po­ko­cha­łem, był Rhi­ne­stone Cow­boy. Naj­pierw usły­sza­łem, jak Glen Camp­bell śpiewa ją w ra­diu, a po­tem za­czą­łem od­kła­dać, żeby ku­pić so­bie sin­giel. Czu­purne uża­la­nie się nad sobą, ta­nie brzmie­nie i li­cha od­święt­ność. Kiedy ktoś po­trak­to­wał mnie źle, za­my­ka­łem się w po­koju i za­czy­na­łem ko­lejną se­sję te­ra­pii. I've been wal­kin' these stre­ets so long, sin­gin' the same old song, I know every crack in these dirty si­de­walks of Broad­way (Prze­mie­rzam te ulice od lat, nu­cąc wciąż tę samą me­lo­dię... Znam każdą wy­rwę tych brud­nych chod­ni­ków Broad­wayu).

Jak każdy, prędko od­na­la­złem drogę do Be­atle­sów. To był 1977 lub 1978 rok, już po tym, jak ze­spół się roz­padł. Można było ich słu­chać z peł­nym za­ufa­niem. Nie trzeba było się mar­twić, że na­grają słabą płytę. Już było po wszyst­kim - go­towe i skoń­czone. Pa­mię­tam, że mo­jemu ta­cie nie po­do­bało się Here Co­mes the Sun. "Gdyby słońce na­prawdę przy­było - po­wie­dział - spa­li­łoby nas w se­kundę". W Be­atle­sach było jed­nak coś iry­tu­jąco za­cho­waw­czego. Ko­ja­rzyli się z bab­ci­nymi oku­la­rami i zna­kiem po­koju. Mia­łem już za sobą pierw­sze wy­cieczki do sklepu mu­zycz­nego, ro­dzin­nego in­te­resu pro­wa­dzo­nego przez Wally'ego Kinga, zrzę­dli­wego dziadka, który otwie­rał ten przy­by­tek jesz­cze w cza­sach par­ty­tur. Od wielu lat Wally ofe­ro­wał tę samą pro­mo­cję: przy za­ku­pie po­wy­żej sied­miu do­la­rów do­rzu­cał drumlę, ten bla­szany in­stru­men­cik, który trzyma się mię­dzy zę­bami i trąca pal­cami. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych nie­które dziel­nice mo­jego mia­sta w Il­li­nois przy­po­mi­nały Ap­pa­la­chy - dzie­ciaki z pu­stym wzro­kiem ku­cały gdzie po­pad­nie i brzdą­kały.

Moja pierw­sza sa­mo­dzielna wy­cieczka do sklepu była próbą ognia. Mie­sią­cami bła­ga­łem brata, by ob­da­rzył mnie mu­zycz­nym za­ufa­niem. Chcia­łem prze­sia­dy­wać ze star­szymi dzie­cia­kami, słu­chać, roz­pra­wiać, teo­re­ty­zo­wać. Pew­nego dnia zro­bił mi test. Wci­snął w moją rękę dzie­się­cio­do­la­rowy bank­not i po­wie­dział:

- Idź do Wally'ego Kinga i kup nowy al­bum Kan­sa­sów, ten z Dust in the Wind. Po­słu­chamy ra­zem na pod­da­szu.

Prze­rzu­ca­łem płyty dwa­dzie­ścia mi­nut, aż wresz­cie po­sze­dłem do sta­ruszka, by po­pro­sić o po­moc. Wy­jął spod lady to­misz­cze, prze­rzu­cił kilka kar­tek, sku­pił wzrok. Zna­lazł na li­ście płytę Kan­sa­sów i zdję­cie okładki: spa­da­jący z wo­do­spadu sta­tek.

- Sprze­da­li­śmy - po­wie­dział Wally. - Ale coś ci po­każę.

Wy­cią­gnął ze sterty inną płytę i przy­ło­żył ją do okładki Kan­sa­sów.

- Ten al­bum też ma wo­do­spad - rzekł. - Sam zo­bacz. Pra­wie iden­tyczny. Twój brat się nie zo­rien­tuje.

- Czyja to płyta?

- Je­go­mość na­zywa się Slim Whit­man - od­parł Wally. - Zje­chał cały świat, śpie­wa­jąc z gi­tarą i gra­jąc piękne ka­wałki co­un­try, co, je­śli się za­sta­no­wić, jest pięk­nym ży­ciem dla pie­śnia­rza. Je­dy­nym słusz­nym. Prawdę mó­wiąc, pod­czas tych wszyst­kich po­dróży pew­nie od­wie­dził też Kan­sas, i to nie raz, a kil­ka­dzie­siąt razy. Sam wi­dzisz, hi­sto­ria tego dru­giego ze­społu, tych chłop­ców od Dust in the Wind, za­wiera się w pe­wien spo­sób w hi­sto­rii o wiel­kim Sli­mie Whit­ma­nie. Jak mó­wię, twój brat się nie zo­rien­tuje.

Kiedy da­łem płytę bratu, obej­rzał ją i wes­tchnął. Gdyby był moim oj­cem, pew­nie na­zwałby mnie przy­głu­pem. Od­dał mi al­bum i po­wie­dział:

- Wi­sisz mi pią­taka.

To była moja pierw­sza lek­cja na te­mat róż­nicy mię­dzy do­brą a złą mu­zyką, mię­dzy ide­alną pio­senką, która jest jak niebo na dzie­sięć mi­nut przed zmierz­chem, a pio­senką, od któ­rej ciało prze­cho­dzi chłodny dreszcz, jak pod­czas bu­rzy we wtor­kowe po­po­łu­dnie.

Póź­niej już się przy­go­to­wy­wa­łem, za­po­zna­wa­łem z li­te­ra­turą, wcho­dzi­łem w ten nowy świat za­ku­pów z chłod­nym na­my­słem. Pierw­szym praw­dzi­wym al­bu­mem, który ku­pi­łem, była skła­danka Smash Hits Ji­miego Hen­drixa, którą po­ło­ży­łem na wierz­chu mo­jej sterty dzie­cię­cych płyt jak setkę na kupce jed­no­do­la­ró­wek. Przez pe­wien czas by­łem za­wie­szony mię­dzy dwoma świa­tami - dzie­ciń­stwem i doj­rze­wa­niem. Wszystko się zmie­niło, kiedy usły­sza­łem Honky Tonk Wo­men. Dzwo­nek, który za­czyna tę pio­senkę, był jak wo­ła­nie mu­ezina wpro­wa­dza­jące mnie w nowe ży­cie. Sta­łem się roc­kan­drol­lo­wym mo­no­te­istą. La­tami wie­rzy­łem tylko w je­den ze­spół, Rol­ling Sto­ne­sów. Ich mu­zyka przy­wo­dziła na myśl nie­bez­pieczny świat nar­ko­ty­ków, al­ko­holu i in­nych grze­chów. Nie mo­głem się do­cze­kać, aż tego wszyst­kiego spró­buję.

Moja ko­lek­cja za­częła się od En­gland's Ne­west Hit Ma­kers, pierw­szej płyty Sto­ne­sów, którą wy­dali w USA. Okładka jest pro­sta, su­rowa. Pięć twa­rzy: Mick, Ke­ith, Char­lie, Bill i Brian Jo­nes, ten piękny blon­dy­nek. Je­śli zo­ba­czysz ta­kiego mię­dzy bru­ne­tami, módl się za niego, bo to on bę­dzie ofiarą. To byli wcze­śni Sto­nesi; więk­szość ka­wał­ków to co­very: Not Fade Away, I Just Want to Make Love to You, I'm a King Bee. Wy­róż­niało je brzmie­nie, jego ener­gia - gi­ta­rowe par­tie Briana Jo­nesa i prze­wodni rytm Ke­itha Ri­chardsa. Naj­lep­sze pio­senki mru­czą jak sil­nik, są ni­czym ma­szyna su­nąca po­śród ciem­nej nocy. Ho­nest I Do, Lit­tle by Lit­tle, Ca­rol - te utwory spra­wiały, że czu­łem się po do­ro­słemu zgorzk­niały. Przez nie chcia­łem mieć wię­cej płyt. To stało się ru­tyną: od­kła­da­łem pią­taka, sze­dłem do Wally'ego Kinga i ku­po­wa­łem al­bum Sto­ne­sów.

Kiedy wy­czer­pa­łem za­soby Wally'ego, roz­sze­rzy­łem za­kres po­szu­ki­wań, ty­pu­jąc sklepy w oko­licy, aż w końcu za­pu­ści­łem się do cen­trum Chi­cago. Kiedy mia­łem dwa­na­ście lat, moja we­wnętrzna mapa po­zna­czona była skle­pami mu­zycz­nymi: Re­cord City w Sko­kie, Vin­tage Vi­nyl w Evan­ston. W wolne dni mó­wi­łem ro­dzi­com, że idę do mo­jego ko­legi Marka, a po­tem je­cha­łem do mia­sta. Przez okno z tyłu au­to­busu pa­trzy­łem, jak pod­miej­skie traw­niki za­mie­niają się w be­ton. W Evan­ston prze­sia­da­łem się do miej­skiego po­ciągu li­nii L, który wił się mię­dzy po­kry­tymi as­fal­tem da­chami i apar­ta­men­tow­cami, su­nąc pod nie­bem tak nie­bie­skim, aż bo­lało. Wy­sia­da­łem nie­da­leko Uni­wer­sy­tetu Loy­oli, sze­dłem jesz­cze ka­wa­łek, wcho­dzi­łem po scho­dach, przez drzwi - nie­ozna­czone, jak te, które pro­wa­dziły do ukry­tych ba­rów z cza­sów pro­hi­bi­cji - i tra­fia­łem do sklepu Ro­und Re­cords. Ka­no­niczny ka­ta­log mia­łem już za sobą, więc do­sze­dłem do etapu ży­cia, w któ­rym po­luje się na bo­otlegi. Nie­które nie­ofi­cjalne na­gra­nia kon­cer­tów Sto­ne­sów były wy­ra­fi­no­wa­nymi pro­duk­cjami, miały okładki i opisy, ale więk­szość to była ama­torka, ta­śmy na­grane przez ja­kie­goś typa w pięt­na­stym rzę­dzie, sły­chać było ga­da­nie mię­dzy ka­wał­kami. Te na­gra­nia były na ogół bez­war­to­ściowe, ale od czasu do czasu na­tra­fiało się na pio­senkę, którą grali rzadko, ja­kiś ra­ry­tas. Uczu­cie tam­tego triumfu po­rów­ny­walne było do tego, które może od­czu­wać my­śliwy po ustrze­le­niu wiel­kiej zwie­rzyny. Im bar­dziej nie­praw­do­po­dobne było zna­le­zi­sko, tym więk­sza sa­tys­fak­cja. To była przy­goda, którą póź­niej uni­ce­stwiły Na­pster, YouTube, Go­ogle i So­nos, gdzie wszystko jest pod no­sem, za­wsze do­stępne. Biedni mi­le­nialsi! Ni­gdy nie po­znają emo­cji to­wa­rzy­szą­cych od­kry­ciu na­gra­nia kon­certu Sto­ne­sów na Eel Pie Is­land z 1964 roku; nie ze­tkną się z za­po­mnianą sztuką kom­po­no­wa­nia skła­da­nek, nie za­znają tych bło­gich go­dzin spę­dzo­nych na wy­my­śla­niu ide­al­nej li­sty pio­se­nek.

Kto na­prawdę zła­pie bak­cyla, ten szybko się prze­kona, że słu­cha­nie Sto­ne­sów to za mało. Chce się wieść ta­kie ży­cie, stać się mu­zyką. W za­leż­no­ści od tem­pe­ra­mentu jest się Mic­kiem, Char­liem, Ke­ithem lub Bil­lem. Bę­dzie się su­nęło szkol­nym ko­ry­ta­rzem ni­czym Jag­ger lub zrzu­cało z sie­bie mło­dzień­cze smutki z non­sza­lan­cją Ri­chardsa. Dla mnie re­zul­ta­tem tego wszyst­kiego były wy­stępy na szkol­nych prze­glą­dach ta­len­tów. W 1981 i 1982 roku prze­bra­li­śmy się z ko­le­gami za Sto­ne­sów i za­gra­li­śmy w au­dy­to­rium - mie­li­śmy na tyle umie­jęt­no­ści, by co roku uczyć się jed­nej pio­senki. Wy­sze­dłem w prze­bra­niu Ke­itha, w ko­szuli z ce­ki­nami mo­jej sio­stry. Za­pa­li­łem pa­pie­rosa, za­cią­gną­łem się, a po­tem strze­li­łem nim w tłum szó­sto­kla­si­stów.

To w tam­tym roku wresz­cie zo­ba­czy­łem Sto­ne­sów na kon­cer­cie, na sta­dio­nie Ro­se­mont Ho­ri­zon, nie­da­leko lot­ni­ska O'Hare'a. To był mój pierw­szy praw­dziwy kon­cert - ależ piękny po­czą­tek! Pro­mo­wali al­bum Tat­too You. Pa­mię­tam wy­cze­ki­wa­nie, aż wyjdą, okrzyki, które roz­le­gły się, kiedy tech­niczny prze­szedł przez za­ciem­nioną scenę - i ten dym, który wi­siał nad nami jak chmura. Dla mnie była to at­mos­fera jak przed bi­twą pod Au­ster­litz. Ni­gdy tego nie za­po­mnę. Bill Wy­man za­grał na ba­sie riff otwie­ra­jący Un­der My Thumb. Ke­ith po­szedł za nim, z czy­stym ude­rze­niem w struny. Mick za­czął tań­czyć w spodniach fut­bo­li­sty i ko­szulce z nu­me­rem. Let's Spend the Ni­ght To­ge­ther, Shat­te­red, Start Me Up. Za­grali wszystko. W pew­nym mo­men­cie ru­chomy pod­no­śnik prze­niósł Jag­gera nad tłu­mem, a ręce się­gały ku niemu ni­czym macki mor­skiego po­twora. Nic nie może się rów­nać z Jag­ge­rem w ru­chu, za­zna­cza­ją­cym swój te­ren, la­wi­ru­ją­cym w ry­zy­ko­wa­nej prze­strzeni mię­dzy ko­bie­co­ścią a mę­sko­ścią. Gdy jest się wkra­cza­ją­cym w okres do­ra­sta­nia chłop­cem, to po­trafi do­tknąć, pod­nie­cić, sko­ło­wać - i nieco za­wsty­dzić. Tań­czy­łem, ra­du­jąc się, że Mick, Ke­ith, Char­lie, Bill i Wo­ody są tu­taj, stoją przede mną, są trój­wy­mia­rowi, praw­dziwi, dzielą ze mną tę prze­strzeń, ru­szają się. To przej­ście od na­gra­nia i fan­ta­zji do sta­dionu i rze­czy­wi­sto­ści - to był je­den z naj­lep­szych mo­men­tów w moim ży­ciu. W jed­nej chwili za­mie­niasz się z sie­dzą­cego w swoim po­koju dzie­ciaka, po­je­dyn­czego i sa­mot­nego, w część tłumu. Za­tra­casz się w ener­gii wiel­kiego ze­społu. Znane pio­senki grane na żywo zy­ski­wały piękny brud, ze­spół chrza­nił coś po dro­dze, ale uśmie­chali się i grali da­lej, opusz­czali akordy, wy­ćwi­czony ma­te­riał zy­ski­wał nie­ocze­ki­wane wy­miary. To było jak wy­cią­gnię­cie opa­trzo­nej za­bawki z fo­lii za­bez­pie­cza­ją­cej, jak ob­ja­wie­nie - do­sko­nałe wcale nie jest do­sko­nałe; rock and roll to chaos. Naj­bar­dziej po­do­bało mi się, kiedy Jag­ger stał przy mi­kro­fo­nie, a Sto­nesi byli usta­wieni jak na pla­ka­cie w po­koju mo­jego brata. Nie ze­spół, a zgraja, wa­taha psów ze śmiet­ni­ska.

Jak więk­szość wiel­kich ze­spo­łów, Rol­ling Sto­nesi za­czy­nają się i koń­czą na przy­jaźni.

Roz­dział 3.

8.28 do Lon­dynu

To jedna z le­gend za­ło­ży­ciel­skich rock and rolla.

17 paź­dzier­nika 1961 roku Mick Jag­ger stał na pe­ro­nie dworca w Dart­ford, na przed­mie­ściach Lon­dynu, i cze­kał na po­ciąg z 8.28 do cen­trum. Miał osiem­na­ście lat, był stu­den­tem Lon­don School of Eco­no­mics i wła­śnie spóź­niał się na wy­kład z hi­sto­rii eko­no­mii. Ke­ith Ri­chards, wtedy uczeń Sid­cup Art Col­lege, już nie pa­mięta, do­kąd zmie­rzał. Znał Micka z dzie­ciń­stwa w Dart­ford - sza­rego mia­sta ko­ja­rzo­nego ze szpi­ta­lem dla obłą­ka­nych i fa­bryką fa­jer­wer­ków, która wy­le­ciała w po­wie­trze - ale stra­cili kon­takt. To Ke­ith pierw­szy roz­po­znał Micka. Miał spoj­rze­nie biz­nes­mena, ale trzy­mał płyty. Rzadko wi­działo się dzie­ciaka cho­ciażby z jed­nym al­bu­mem, a on miał ich kilka. Ke­ith pod­szedł do niego i za­py­tał: "Co tam masz?".

Po­wie­dział póź­niej, że to wtedy pierw­szy raz na wła­sne oczy wi­dział płytę Muddy'ego Wa­tersa. Przed­tem blu­esman był dla niego le­gendą, mó­wiło się o nim, jak dawni In­dia­nie mó­wili o wiel­kiej rzece wi­ją­cej się gdzieś za ho­ry­zon­tem. Mick miał ze sobą też płyty Lit­tle Wal­tera i Chucka Berry'ego. Wszyst­kie wy­dała ta sama wy­twór­nia: Chess Re­cords. Na­zwa ko­ja­rzyła się z da­le­kim Chi­cago, tym dziw­nym mia­stem, w któ­rym prąd miej­skiego ży­cia po­ry­wał rol­ni­ków z Mis­si­sipi. Kiedy przy­je­chał po­ciąg, Ke­ith i Mick usie­dli ra­zem i roz­ma­wiali przez całą drogę do mia­sta.

To le­genda, więc jej wer­sje róż­nią się szcze­gó­łami. W jed­nej Ke­ith ma wo­kół szyi za­wią­zaną apaszkę, a Mick jest ubrany w ble­zer. W in­nej Ke­ith ma pro­cho­wiec, któ­rego poły za­mia­tają pe­ron. W ko­lej­nej ma ze sobą gi­tarę. Ekwi­pu­nek Micka też się zmie­nia. Cza­sami ma ze sobą Roc­kin' at the Hops Chucka Berry'ego i Muddy Wa­ters at New­port. Cza­sami to The Best of Muddy Wa­ters i One Do­zen Ber­rys Chucka. Jed­nak za­sad­ni­cze szcze­góły są nie­zmienne. To za­wsze płyty Chess Re­cords - bo to ta wy­twór­nia wy­da­wała elek­trycz­nego blu­esa, który Mick i Ke­ith uwiel­biali (Mick za­czął za­ma­wiać z niej płyty kilka mie­sięcy wcze­śniej). To za­wsze pe­ron z po­cią­gami od­jeż­dża­ją­cymi w stronę mia­sta, co można od­czy­tać li­te­ral­nie - Mick spóź­niał się na za­ję­cia - i sym­bo­licz­nie, jak ksiądz czyta Bi­blię. Cho­ciaż tego nie wie­dzieli, Mick i Ke­ith zmie­rzali do mia­sta też sym­bo­licz­nie, czyli ku sła­wie. I je­chali tam ra­zem. Ide­al­nie się zło­żyło, że spo­tkali się na pe­ro­nie, bo po­ciągi w blu­esie za­wsze miały istotną sym­bo­likę. Po­ciąg to ucieczka - dzięki niemu rol­nik z delty Mis­si­sipi wy­do­staje się z kra­iny nie­wol­ni­ków i tra­fia do me­tro­po­lii. Po­ciąg to wol­ność, siła. To dla­tego, kiedy słu­cha się waż­nych pio­se­nek sta­rego blu­esa, nie­mal za­wsze w ich ryt­mie sły­chać stu­kot sta­lo­wych kół.

W każ­dej wer­sji to Mick ma płyty, a Ke­ith tylko gi­tarę. To dla­tego, że płyty ozna­czają bo­gac­two - a to Mick, nie Ke­ith. Ke­ith grał rock and rolla z tego sa­mego po­wodu co Chuck Berry: bo to ko­chał i nie umiał ro­bić nic in­nego. Mick miał wy­bór. Kiedy wpadł na Ke­itha, miał przed sobą ży­cie pełne wy­gód. To dla­tego Ke­ith za­wsze kwe­stio­no­wał od­da­nie Micka. Mick ko­chał blu­esa jak bo­gaty dzie­ciak - jak hobby. Ke­ith ko­chał go jak chory ko­cha pe­ni­cy­linę. To była jego naj­więk­sza na­dzieja.

To w hi­sto­rii rock and rolla złoty czas - nie­któ­rzy twier­dzą, że już ni­gdy nie było le­piej. W 1956 roku Elvis zmie­nił świat, śpie­wa­jąc He­art­break Ho­tel. Pra­wie każdy istotny bry­tyj­ski mu­zyk roc­kowy lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych pa­mięta, jak le­żał w łóżku i słu­chał ame­ry­kań­skiego ra­dia, a Król roz­świe­tlał nocne niebo. Przede wszyst­kim cho­dziło o styl: su­rowa aran­ża­cja, drże­nie w wo­kalu, brzę­kliwa gi­tara. Pu­sta prze­strzeń mię­dzy nu­tami oży­wiła wiej­skie drogi Ame­ryki, a bry­tyj­scy im­pre­sa­rio­wie ob­ło­wili się dzięki pod­rób­kom, ta­kim jak Tommy Ste­ele i Adam Fa­ith. Ci an­giel­scy Pre­sleye prze­wo­dzili mo­dzie na Ame­rykę, nie tylko na mu­zykę, ale też ciu­chy i slang. To ro­dzi py­ta­nie: dla­czego? Dla­czego ta ame­ry­kań­ska szmi­ro­wata mu­zyka dla ubo­gich, tak spe­cy­ficz­nie uni­kalna dla ame­ry­kań­skiego do­świad­cze­nia, ta mu­zyka, która zro­dziła się z za­bro­nio­nego po­łą­cze­nia czerni i bieli, ten mu­lat, mie­sza­niec; mu­zyka, która łą­czyła naj­star­sze tra­dy­cje co­un­try z naj­czar­niej­szym blu­esem z delty Mis­si­sipi, by opo­wie­dzieć hi­sto­rię ca­łego na­rodu od stat­ków z nie­wol­ni­kami po wojnę se­ce­syjną i wielką mi­gra­cję do fa­bryk na przy­dy­mio­nym Środ­ko­wym Za­cho­dzie - dla­czego wła­śnie ta mu­zyka zna­la­zła tak ży­zny grunt w An­glii?

Je­śli za­py­tać lu­dzi, któ­rzy żyli w tam­tych cza­sach, kiedy po­ja­wiło się dzie­się­ciu lub pięt­na­stu Elvi­sów, od­ma­lują ten sam ob­raz An­glii po dru­giej woj­nie świa­to­wej, po­dobno zwy­cię­skiej, ale w sta­nie ru­iny. Zbom­bar­do­wane ka­mie­nice i gruz, a mię­dzy nimi błoto. Kraj był zruj­no­wany, im­pe­rium się roz­pa­dało. Że­gnaj­cie, In­die. Że­gnaj, Man­da­laju. Zo­stała tylko ta po­nura wy­spa, na któ­rej wszystko się za­częło i te­raz wszystko się koń­czyło. Wo­jenne ra­cjo­no­wa­nie to­wa­rów trwało do po­łowy lat pięć­dzie­sią­tych. Pod­czas pierw­szej ame­ry­kań­skiej trasy Be­atle­sów pe­wien dzien­ni­karz za­py­tał Geo­rge'a Har­ri­sona, czy miał gra­mo­fon, kiedy do­ra­stał. "Gra­mo­fon? - po­wtó­rzył Har­ri­son z nie­do­wie­rza­niem. - My nie mie­li­śmy cu­kru!". Ke­ith opo­wia­dał póź­niej, jak żach­nął się na Niem­ców pod­czas jed­nego z pierw­szych kon­cer­tów w Mo­na­chium: "To przez was mamy po­psute zęby. Nie mie­li­śmy po­ma­rań­czy!".

Brud, zgni­li­zna, roz­pad, szare cie­nie na po­kie­re­szo­wa­nych ścia­nach. Bry­tyj­czycy, któ­rzy we­szli w do­ro­słość po woj­nie, przy­rów­nują swoją mło­dość do czarno-bia­łego filmu. Nie było w nim ener­gii, żad­nego cie­pła. Na­dej­ście rock and rolla było jak tech­ni­ko­lor. In­ten­sywny róż! Nie­biań­ski błę­kit! Nikt tak nie żył mu­zyką jak to pierw­sze po­ko­le­nie. Dla nich była bla­skiem i ży­ciem, szansą na za­bawę, ucieczką od hi­sto­rii - Ame­ryką z wy­obra­żeń dzie­ciaka do­ra­sta­ją­cego w bie­dzie.

- Wła­śnie skoń­czyła się wielka wojna - po­wie­dział mi Ethan Rus­sell, ofi­cjalny fo­to­graf Sto­ne­sów w la­tach sześć­dzie­sią­tych. - Za­chod­nia cy­wi­li­za­cja zna­la­zła się w roz­sypce, An­glię znisz­czono, a Ke­ith Ri­chards był dzie­cia­kiem do­ra­sta­ją­cym w gów­nia­nej no­rze na zbom­bar­do­wa­nej ulicy Dart­ford. Ale słu­chał Chucka Berry'ego. Na jed­nym z mo­ich ulu­bio­nych zdjęć Ke­ith idzie ka­czym cho­dem Berry'ego po tej sa­mej ulicy! Ma czter­na­ście lat, ale już się stam­tąd wy­do­stał!

Kiedy Ke­ith za­ga­dał do Micka na pe­ro­nie, pierw­sza fala rock and rolla wła­śnie osła­bła.

- To pię­cio­letni cykl - po­wie­dział mi Neil Se­daka1. - Pięć lat trwał okres, kiedy Everly Bro­thers wy­pusz­czali hit za hi­tem. Con­nie Fran­cis - pięć lat. Fats Do­mino i Brenda Lee też pięć lat. Kiedy Be­atlesi i Sto­nesi do­ro­śli, ci wszy­scy ar­ty­ści, któ­rzy po­ja­wili się w la­tach pięć­dzie­sią­tych, byli już skoń­czeni.

Przy­czy­niły się do tego na­stę­pu­jące po so­bie nie­szczę­ścia i ka­ta­strofy. W 1958 roku Elvis po­szedł do woj­ska. Wró­cił do cy­wila dwa lata póź­niej, ale był już na za­wsze od­mie­niony - woj­sko go skrę­po­wało, wy­łą­czyło jego skrzącą się błę­ki­tem elek­trycz­ność. Jerry Lee Le­wis od­padł z gry, bo po­ślu­bił swoją trzy­na­sto­let­nią ku­zynkę. Chuck Berry zo­stał aresz­to­wany za po­gwał­ce­nie ustawy Manna2. Lit­tle Ri­chard, naj­bar­dziej fir­cy­ko­waty i eks­tra­wa­gancki z tych pierw­szych gwiaz­do­rów, miał wi­zję, która prze­ko­nała go, że grozi mu utrata ży­cia wiecz­nego. "Je­śli chcesz żyć po bo­żemu, nie ma miej­sca na rock and roll - tłu­ma­czył. - Bóg tego nie lubi". To się wy­da­rzyło w sa­mo­lo­cie nad Au­stra­lią. Sil­nik się za­pa­lił, a sa­mo­lot wpadł w tur­bu­len­cje. Lit­tle Ri­chard padł na ko­lana - jego pur­pu­rowe spodnie po­zo­stały gład­kie, tak samo jak ró­żowa po­szetka - i za­czął bła­gać Boga, przy­rze­ka­jąc, że je­śli da­ruje mu ży­cie, odda się ewan­ge­lii. Kilka dni póź­niej wy­rzu­cił swoje pier­ście­nie do za­toki Syd­ney, po czym wró­cił do Ala­bamy i do­łą­czył do Ko­ścioła Ad­wen­ty­stów Dnia Siód­mego.

Kiedy nad­szedł 1963 rok, li­sty prze­bo­jów le­piły się od gumy ba­lo­no­wej. Hi Paula Paula i Pauli, I'm Le­aving It Up to You Dale'a i Grace. To wtedy wielu Bry­tyj­czy­ków od­na­la­zło drogę do blu­esa. Był dla nich ucieczką, schro­nie­niem od ze­psu­cia, które do­mi­no­wało w ra­dio­sta­cjach. Blues był praw­dziwy. Dzie­ciaki ta­kie jak Jag­ger i Ri­chards po­ko­chały go z tych sa­mych po­wo­dów, dla któ­rych moje po­ko­le­nie słu­chało Pu­blic Enemy i NWA. Cho­dziło o au­ten­tycz­ność. Na po­czątku słu­chało się wszyst­kiego, co wpa­dało w ręce. Z cza­sem wy­ło­niły się gwiazdy - Muddy Wa­ters, Chuck Berry, Jimmy Reed. Blues z delty Mis­si­sipi stał się ob­se­sją nie do od­róż­nie­nia od re­li­gii. Dla Sto­ne­sów to była praw­dziwa wiara. Mieli w tym szczę­ście. Ar­ty­sta po­trze­buje wiary, bez róż­nicy, czy to ra­sta­fa­ria­nizm, czy ko­mu­nizm. Li­czy się struk­tura tej wiary - to ona na­daje dziełu spój­ność, kształt. Działa, na­wet je­śli jest nie­uświa­do­miona. Sto­nesi na­grali kilka tra­gicz­nych płyt, to pewne, ale kiedy przy­szło co do czego, za­wsze ra­to­wał ich blues.

Przy­pisy

1 Ame­ry­kań­ski pio­sen­karz i tek­ściarz. Au­tor prze­szło pię­ciu­set pio­se­nek, które na­pi­sał dla sie­bie i wielu in­nych wy­ko­naw­ców. (Wszyst­kie przy­pisy dolne po­cho­dzą od tłu­ma­cza).

2 Ustawa z 1910 roku, uchwa­lona w celu zwal­cza­nia han­dlu ży­wym to­wa­rem, pe­na­li­zu­jąca wy­wo­że­nie ko­biet lub dziew­cząt za gra­nice stanu lub kraju w celu "czer­pa­nia ko­rzy­ści z nie­rządu". W końcu Berry zo­stał ska­zany na trzy lata wię­zie­nia za wy­wie­zie­nie poza sta­nowe gra­nice czter­na­sto­latki, z którą upra­wiał seks. Po osiem­na­stu mie­sią­cach wy­szedł z wię­zie­nia i kon­ty­nu­ował ka­rierę.