To tylko pierwsze wrażenie - Chaz Hayden

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

PIZZA Z NEW JERSEY

 

 

 

 

 

 

DZIEŃ PRZED PRZEPROWADZKĄ do New Jersey powiedziałem swojemu jedynemu przyjacielowi, że nie mam problemu z tym, że już nigdy go nie zobaczę. "Przyjaźń" to dość duże słowo jak na opisanie naszej relacji, ale chciałem czuć, że zostawiam coś za sobą.

Zawsze miałem smykałkę do palenia mostów. Tę cechę odziedziczyłem zapewne po mamie, która wie, jak sobie radzić w życiu.

Ale wielu ludzi przychodzi i odchodzi, nie zważając na osoby, które opuszcza. Moje pielęgniarki prawie nigdy nie oglądają się za siebie. I nie mogę pozwolić, by mnie to niepokoiło, ponieważ (a) większość z nich w ogóle nie zaprząta sobie mną głowy i (b) pielęgniarki muszą rotować, abym nie miał żadnych przerw w opiece.

To nie znaczy, że moi rodzice nie są w stanie się mną zaopiekować; bez nich nie przeżyłbym i nie zaczął drugiej klasy liceum. Ale nie mogą ze mną być w każdej sekundzie każdego dnia, więc zatrudniamy pielęgniarki, na których można polegać na tyle, by chodziły ze mną do szkoły i dbały o to, abym nie umarł na ich warcie.

Pierwszego dnia w naszym nowym domu oglądałem przedsezonowy mecz futbolu z moim bratem Olliem, który miał na sobie bluzę z logo Uniwersytetu Wirginii - jego przyszłego college'u i drużyny lacrosse'a, w której będzie grał w następnym roku. Siedział obok stosu pudeł na kanapie, którą wieźliśmy przez cały kraj.

Weszli nasi rodzice, jedno bardziej zmęczone od drugiego. Mama trzymała dłonie na biodrach, co wcale nie oznaczało, że była zła. Miała zamiar nas o coś zapytać albo coś nam oznajmić.

- Zamówimy pizzę na obiad, okej? - powiedziała. - Jestem padnięta, a poza tym i tak nie miałabym czego ugotować.

- Nie znoszę pizzy - odezwałem się. - Jest paskudna.

- A to pech, Harris. Nie będę biegła do sklepu o dziesiątej tylko po to, żeby kupić ci nuggetsy z kurczaka. Raz możesz się poświęcić i zjeść pizzę. - Odeszła, nie dając mi szansy na odpowiedź. Żeby kłócić się z moją mamą, trzeba być szybkim.

- Stary, jesteśmy w New Jersey. Mają tu jedną z najlepszych pizz w kraju - rzucił Ollie.

Zignorowałem go.

Tata stanął za nami.

- Ollie, mógłbyś wstać i trochę pomóc? Zaniesiesz te pudła do swojego pokoju?

- Dlaczego ludzie z firmy przeprowadzkowej wszystkiego nie rozpakowali?

- To bez znaczenia. Poprosiłem cię o coś.

Ollie zwlekł się z kanapy, podniósł dwa pudła i ruszył korytarzem w stronę naszych połączonych pokoi. Tata poszedł za nim z resztą pudeł.

Siedziałem sam w obcym miejscu.

Nasz dom w San Diego nie był wystarczająco duży, by pomieścić moją rodzinę, kilka pielęgniarek, które zawsze przychodzą i odchodzą - nie wspominając już o stu osiemdziesięciu kilogramach żelastwa, na których siedziałem. Brakowało nam przestrzeni.

Nowy dom póki co wydawał się całkiem niezły. Razem z Olliem mieliśmy własne miniskrzydło na parterze. Obok naszych sypialni znajdowała się ogromna łazienka z kabiną prysznicową na tyle dużą, że mógłbym kręcić w niej beczki wózkiem inwalidzkim. Zaufajcie mi, próbowałem.

Nie uwierzycie, jak duży problem mają agenci nieruchomości ze zrozumieniem, co oznaczają pomieszczenia przystosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Moi rodzice prawdopodobnie więcej czasu spędzili na wyjaśnianiu tego niż na oglądaniu domów. Na przykład: nie, nie może być w nich schodów.

Z kuchni dobiegły mnie dźwięki kłótni rodziców i szczęk ceramicznych talerzy, aż w końcu zapadła decyzja, że zjemy na papierowych. Panowało między nami większe napięcie niż zazwyczaj. Jak się okazało, przeprowadzki są dość stresujące.

Podjechałem do swojego końca stołu, który przywieźliśmy z domu. Dzięki niech będą Bogu za coś znajomego. Mama wzięła leżący przede mną kawałek pizzy i włożyła mi go do ust. Moja niepełnosprawność utrudnia mi podnoszenie rąk i jedzenie. Nawet małe rzeczy, takie jak płatek zbożowy czy plastikowa łyżka, stanowią wyzwanie. Kiedyś miałem mięśnie, dzięki którym mogłem jeść samodzielnie, ale z czasem zanikły.

Ale szczerze mówiąc, bycie karmionym jest całkiem fajne. Poza tym, że czasem jedzenie spada mi na kolana i robi się bałagan, zwykle czuję się jak król karmiony przez sługi. Tyle że te sługi to moi rodzice, brat albo pielęgniarka.

- Cieszycie się, że idziecie do nowych szkół? - zapytała mama.

- Nie mamy po pięć lat - odpowiedział Ollie. - Jesteśmy w liceum. Nikt się nie cieszy.

Przełknąłem pierwszy kęs pizzy. (Jem bardzo powoli).

- Ja się nawet cieszę. Nikt nie będzie mnie znał, więc mogę odkryć siebie na nowo. Może nie zauważą mojego wózka.

- Ci ludzie to nieznajomi, a nie ślepi - zgasił mnie Ollie.

- Tak czy owak cieszę się, że opuściliśmy Kalifornię. Nie chcę więcej o niej myśleć.

- Hej, nie bądź taki - wtrącił tata.

- Jaki? - zapytałem. - Byłem tam nieszczęśliwy. Nie miałem żadnych przyjaciół, ciągle było gorąco, a przecież nie mogłem się wybrać na plażę. Poza tym miałem maks trzy dobre pielęgniarki w ciągu ostatnich piętnastu lat.

- A ty, Ollie? - zapytała mama, uznawszy, że mnie nie przekona. - Nowa drużyna lacrosse'a jest o wiele lepsza od tej z San Diego.

- No nie wiem. Trener przedstawił mnie kilku chłopakom z drużyny podczas wczorajszego oprowadzania. Sprawiają wrażenie dupków.

- Może oni też uznali cię za dupka - wtrąciłem.

- Zamknij się.

- Chłopaki, przestańcie - rozkazała mama. - Dlaczego sądzisz, że są dupkami?

Ollie wzruszył ramionami.

- Żaden się do mnie nie odezwał.

- Dlaczego?

- Bo pewnie wiedzą, że jestem lepszy niż oni. Wkurza ich, że dołączyłem do drużyny.

- Cóż, sezon zaczyna się dopiero za kilka miesięcy. Masz czas, żeby znaleźć przyjaciół.

- Nie muszę się z nimi przyjaźnić. Nie przyjechałem tu, żeby nawiązywać przyjaźnie, tylko zdobyć mistrzostwo, a potem wyjechać do Wirginii.

Podczas gdy mój brat zastanawiał się, czy potrzebuje przyjaciół do gry zespołowej, mama zwróciła się do mnie:

- Dzwonili z tutejszej agencji pielęgniarskiej. Mają kilka osób, które są zainteresowane chodzeniem z tobą do szkoły, Harris.

- Są młode?

- Powiedziałam, że chciałbyś kogoś młodego. Zobaczymy.

- Młodego i pięknego, ale zadowolę się kimś młodym.

- Zadowolisz się tym, kogo ci przydzielą - skwitowała mama.

- Tak, niby czemu to ma być ktoś młody? - włączył się ­Ollie. - Ci ludzie mają o ciebie dbać. Nie musisz się z nimi umawiać.

Mama przysunęła mi do ust kubek z wodą. Pociągnąłem łyk przez słomkę, a potem wziąłem kolejny kęs pizzy.

- Harris potrzebuje rówieśnika - powiedziała mama. - Jak byś się czuł, gdyby jakiś stary cap chodził za tobą po szkole przez cały dzień?

Ollie wzruszył ramionami.

- Szczerze mówiąc, miałbym to gdzieś. - A potem pokazał mi środkowy palec pod stołem.

Tata również postanowił włączyć się do rozmowy.

- Clare, nie pozwól Harrisowi za bardzo wybrzydzać, bo skończy się na tym, że sama będziesz musiała chodzić z nim do szkoły.

- Nie miałabym nic przeciwko. Świetnie się dogadujemy i tak czy inaczej przez kilka pierwszych dni będę mu towarzyszyć.

Na tym dyskusja się skończyła. Oczywiście, rozwiązanie polegające na tym, że mama będzie chodziła ze mną do szkoły, nie było idealne, ale nie było też najgorsze. Była całkiem fajną mamą i dobrze było nie martwić się o towarzystwo w nowej szkole.

Po kilku kęsach pizzy z New Jersey uznałem ją za mocno przeciętną. A jeśli ta rzekomo sławna pizza okazała się taka słaba, to jakie były szanse, że pielęgniarki z Jersey będą lepsze?

 

 

 

 

 

 

TO MIEJSCE MOŻE BYĆ INNE

 

 

 

 

 

 

PIERWSZY DZIEŃ ZACZĄŁ SIĘ zwyczajnie, choć w innym domu niż zwykle. Mama mnie obudziła, wyłączyła aparat oddechowy, którego używałem podczas snu, i zamiast niego założyła mi inhalator. Jedyna różnica między budzeniem się w New Jersey a budzeniem się w San Diego polegała na tym, że taty nie było w pobliżu, żeby jej pomóc. Zdążył już wyjść, aby zdążyć na pociąg do miasta. Mama była zdana na siebie.

Poranki, kiedy mama idzie ze mną do szkoły, są gorączkowe, ponieważ oboje musimy wziąć prysznic i się ubrać, a żadna z tych czynności nie może być wykonana jednocześnie, biorąc pod uwagę, że jedno z nas wymaga pomocy na wszystkich etapach. Zostawiła więc mnie leżącego w łóżku, podczas gdy ona przygotowywała się pierwsza.

Kolejna rzecz, która się nie zmieniła: pośród porannego chaosu zawsze jest taka chwila, kiedy Ollie wpada do mojego pokoju z bajglem w ręce i włącza kanał sportowy.

- Czemu jesteś już ubrany? - zapytałem.

- Mam prawię godzinę drogi do szkoły. Autobus przyjedzie za pięć minut.

- Och. Denerwujesz się?

Ollie wzruszył ramionami. Wlepiał spojrzenie w ekran, na którym pokazywano dziesięć najlepszych zagrań z poprzedniego tygodnia.

- Nie bardzo. To tylko nowa szkoła. Poza tym drużyna la­cro­sse'a jest tutaj o wiele lepsza niż ta padaka w Kalifornii.

Moja rodzina przeprowadziła się do New Jersey z dwóch po­wo­dów. Po pierwsze dlatego, że tata dostał lepiej płatną pracę w jakimś nudnym banku inwestycyjnym na Manhattanie. A kiedy szkoły średnie na Wschodnim Wybrzeżu dowiedziały się o naszej potencjalnej przeprowadzce, zaczęły się telefony. Mój brat był tak jakby wschodzącą gwiazdą lacrosse'a w San Diego, a obietnice stypendiów i kontaktu z najlepszymi uczelniami przeważyły szalę. Przyjechaliśmy do Jersey.

- Wkurza cię, że mama musi iść z tobą do szkoły? - zapytał Ollie.

- Nie bardzo. Już wcześniej to robiła, poza tym potrafi być całkiem fajna.

- Nie znajdziesz żadnych przyjaciół, jeśli będziesz wszędzie chodził z mamą. Od razu przykleją ci łatkę dziwaka.

Ollie wyraźnie tracił do mnie cierpliwość, choć nigdy nie okazywał, że jest mną zniesmaczony. Zamiast zobaczyć na jego twarzy pogardę, widziałem raczej rozbawienie. Możliwe nawet, że dosłyszałem śmiech. Wepchnął do ust ostatni kawałek bajgla i podniósł się do wyjścia.

- Nieważne. Muszę spadać. Nara.

- Kocham cię! - krzyknąłem, gdy odchodził.

- Tak, ja ciebie też - wymamrotał już na korytarzu.

Znów zostałem sam w czterech ścianach mojego nowego pokoju, które zostały świeżo pomalowane na kolor, jaki niebo przybiera, gdy pada deszcz, mimo że nie ma na nim chmur. Odkąd pamiętam, niebieski zawsze był moim ulubionym kolorem. Ten kolor nie niesie ze sobą szczególnie wielu emocji, ale mogę na nim polegać, kiedy nie czuję się dobrze.

Dużo myślę o kolorach. Szczególnie kiedy mam poznać kogoś nowego. Zawsze na początku pytam o ulubiony kolor. To wiele mówi o człowieku.

Bez wątpienia Ollie powiedziałby, że przejmowanie się ulubionym kolorem ludzi czyni ze mnie dziwaka. Tak naprawdę wcale nie chcę nim być. Po prostu zawsze nim byłem i doszedłem do wniosku, że to się już nie zmieni.

Ale potem pomyślałem o przeprowadzce. Ciągle powtarzam sobie, że to moja szansa, bym wreszcie zacząć żyć jak prawdziwy nastolatek. Z filmów wywnioskowałem, że oznaczało to chodzenie na imprezy i łamanie zasad. Ale patrząc na mojego brata, bycie nastolatkiem oznaczało po prostu wyróżnianie się w sporcie i spędzanie czasu z rodzicami oraz młodszym bratem. Pragnąłem czegoś pomiędzy. Pomyślałem, że może to będzie moje ulubione miejsce. Może tak naprawdę pragnąłem po prostu przyjaciela - prawdziwego.

Jako że większość dzieciństwa spędziłem w szpitalu, trudno było mi nawiązać przyjaźnie z dziećmi w moim wieku. Przez choroby i operacje nie było mnie miesiącami i uznałem, że łatwiej do nikogo się nie zbliżać, na wypadek gdybym miał nie wrócić. Kiedy z powrotem zacząłem chodzić do szkoły, wszyscy wydawali się tacy sami: niewinni i beztroscy. Wszyscy oprócz mnie.

Mniej więcej po skończeniu dziesięciu lat przestałem tak często chorować na zapalenie płuc i miałem okazję rzeczywiście nawiązać kontakt z kolegami z klasy. Ale nigdy tego nie zrobiłem. Nie mogłem zacząć od nowa. Wszyscy już wiedzieli, kim byłem - ciągle chorującym dzieciakiem na wózku inwalidzkim - i nie chcieli wiedzieć więcej, bez względu na to, ile wysiłku bym w to wkładał.

Chciałem, żeby to wszystko się zmieniło. Przeprowadzka do New Jersey oznaczała, że faktycznie będę mógł zacząć od nowa, zdobyć przyjaciół, siedzieć do późna, chodzić na imprezy i poczuć, jak to jest być nastolatkiem. Ale żeby cokolwiek z tego się wydarzyło, musiałem ocenić dzieciaki, z którymi miałbym się spotykać, żeby wiedzieć, kto jest dobrym materiałem na przyjaciela, a kto dupkiem albo świrem. Potrzebowałem kolorów.

Oddech parował mi przed twarzą. Kilka razy zaciągnąłem się głęboko lekarstwem, próbując usunąć zatory, które zawsze tworzyły się w mojej klatce piersiowej przez noc, podczas gdy dwie gadające głowy w ESPN-ie kłóciły się o LeBrona Jamesa i Michaela Jordana.

 

 

 

 

 

 

WSZYSTKIE LICEA SĄ TAKIE SAME

 

 

 

 

 

 

WYOBRAŹCIE SOBIE, że jesteście monster truckiem, który utknął w korku. Kusiłoby was, żeby przejechać po innych samochodach, prawda? Cóż, manewrowanie wózkiem inwalidzkim po zatłoczonym korytarzu jest podobne. Mógłbym po prostu jechać z pełną prędkością, przejeżdżając ludziom po stopach i plecakach, ale potem cały dzień miałbym wyrzuty sumienia. Grzeczne proszenie innych, by się odsunęli, nie wchodziło w grę - nie usłyszeliby mnie. Mój klakson brzmiał jak mikrofalówka usiłująca popełnić samobójstwo, więc to też odpadało. Pozostawało mi przeciskanie się przez szczeliny z nadzieją, że nie zarobię w głowę plecakiem albo czyimś tyłkiem.

Mama podążała za mną jak doczepiony wagon. Po prawej pojawiła się luka, z której skorzystałem. Mój wózek inwalidzki przedarł się przez szczelinę jak futbolista. Udawałem, że pozostali uczniowie są moją linią ofensywną, tworzącą idealny blok, abym mógł dotrzeć do strefy końcowej nietknięty. Przesunąłem się w lewo. W głowie wykonywałem spektakularne obroty i mijałem obrońców, ale w rzeczywistości byłem piętnastolatkiem lekkomyślnie jadącym korytarzem na wózku inwalidzkim, za którym ledwie nadążała neurotyczna mama.

Dotarliśmy do mojej szafki.

- Masz kod? - zapytałem.

- Tak, jest na twoim planie lekcji. - Mama położyła mój plecak na podłodze i zaczęła przeszukiwać przegródki. Wyciągnęła złożoną kartkę papieru. - Siedem, sześć, cztery - przeczytała i odblokowała zamek.

Kiedy pakowała moje graty do szafki, obserwowałem ludzi spieszących zatłoczonym korytarzem. Czułem się, jakbym zawadzał, i w pewnym sensie tak było. Zaparkowałem obok szafki, ale zablokowałem też inne dwie. W każdej chwili mogli pojawić się uczniowie, do których były przypisane, a wtedy nastąpi niezręczny taniec pełen przepraszających uśmiechów.

Mama przyczepiła mi do wózka plastikową podstawkę, dzięki czemu mogłem wozić ze sobą książki i patrzeć na podręczniki w klasie.

- Godzina wychowawcza zaczyna się za pięć minut. Potem masz fizykę, trygonometrię i angielski.

- Mamo, wiem, jak działa szkoła, nie musisz czytać mi planu.

Zignorowała mnie i położyła na mojej podstawce segregator gruby na dziesięć centymetrów.

- To na poranne zajęcia. Po ten na popołudniowe wrócimy przed lunchem.

Dziewczyna z brązowymi włosami przytrzymywanymi przez zieloną opaskę podeszła do nas i sięgnęła do swojej szafki, wpadając na tył mojego wózka inwalidzkiego, który prawie w ogóle nie zagradzał jej drogi.

W starej szkole zdarzało mi się spotykać przy szafkach z uczniami trzymającymi w ramionach stosy książek, ale kiedy chciałem zrobić im miejsce, mówili, że nic nie szkodzi i że mogą wrócić później.

Wolałbym, żeby ktoś kazał mi zjeżdżać, niż udawał, że nie stanowię problemu. Ta dziewczyna zachowała się jeszcze lepiej: po prostu robiła swoje.

Odsunąłem się od ściany, żeby zrobić miejsce.

- A ty dokąd? - zapytała mama. - Na godzinę wychowawczą trzeba iść w drugą stronę.

- Wiem. Odsuwam się po prostu, żeby ta dziewczyna mogła dosięgnąć swojej szafki. - Moja mama podniosła wzrok.

- Och, przepraszam. - Chwyciła za joystick na moim wózku inwalidzkim i szarpnęła go do przodu, odsuwając mnie jeszcze dalej. Moja głowa odskoczyła pod wpływem nagłego ruchu.

- Nic nie szkodzi - odpowiedziała dziewczyna.

A potem odeszła.

Godzina wychowawcza wydawała się taka sama jak w San Diego. Nie wiem, dlaczego sądziłem, że w różnych stanach będzie to różnie wyglądało, ale miałem nadzieję, że może w New Jersey rozdają świeże bułeczki z twarożkiem. Marzenia ściętej głowy. W klasie było duszno i pachniało zjełczałym serkiem śmietankowym.

- Nie jest ci tu za gorąco? - spytała nerwowo mama. - Poproszę nauczyciela, żeby wpuścił tu trochę świeżego powietrza.

- Nie trzeba, nic mi nie jest. Nie utrudniaj. Jesteśmy tu niecałe dziesięć minut. Po prostu znajdźmy jakieś miejsce.

Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że kiedy są sprawni, mogą swobodnie wybierać miejsce, w którym usiądą. Jeśli jest wolne, zajmują je. W moim przypadku jest to nieco bardziej skomplikowane i zależy od lokalizacji drzwi. Jeśli drzwi są z przodu, zajmuję miejsce z przodu. Jeśli drzwi są z tyłu, zajmuję miejsce z tyłu. Jeśli drzwi są z boku, blokuję wszystkim wejście i wyjście i modlę się do Boga, żeby nie było żadnych sytuacji awaryjnych.

Na drugim końcu klasy, blisko okna, znajdowała się wolna ławka. Ledwo udało mi się przecisnąć z wózkiem obok biurka nauczyciela, żeby tam dotrzeć. Jedno z okien było popękane i wpuszczało chłodne powietrze, na co nie zwróciłem uwagi mamie, bo zaczęłaby się wtedy martwić przeciągami.

Mama siadła w ławce, a ja zaparkowałem obok niej. Zawsze wydawało mi się dziwne, że osoba, która mi pomaga, siada tam, gdzie uczniowie, podczas gdy ja jedynie jestem obok i obserwuję. Tak czy owak nigdy nie musieliśmy prosić o dodatkowe krzesło; moi asystenci korzystali z tego przeznaczonego dla mnie, a ja - cóż, miałem własne.

Do środka wszedł starszy mężczyzna, trzymając listonoszkę, która dobre czasy miała już za sobą.

- Jeśli jeszcze mnie nie znacie, nazywam Wormhole[1] - przedstawił się głosem wyzutym z entuzjazmu. Serio miał na nazwisko Wormhole. Co to w ogóle za nazwisko? - Będziemy się widywać każdego ranka. Proszę pojawiać się o czasie. Spóźnienia nie będą tolerowane.

Gdyby mówił trochę wolniej, spóźnilibyśmy się na następną lekcję. Gadał o jakichś dodatkowych zasadach wychowawczych, ale nie dosłyszałem, bo gdy tylko zaczął, do klasy weszła brązowowłosa dziewczyna z korytarza.

Wormhole nie wyglądał na zadowolonego z jej spóźnienia.

- A ty to kto? - zapytał.

- Nory Fischer.

- Pomyliłaś klasy. Ta lekcja wychowawcza jest dla osób z nazwiskami na litery od J do M.

- Właśnie byłam w sekretariacie i powiedzieli mi, żebym przyszła tutaj. Ponoć inne klasy mają już komplet.

Stary Wormhole wyglądał, jakby dostał miniudaru, i chyba głośniej, niż zamierzał, wyszeptał kilka przekleństw skierowanych w stronę dyrektorki szkoły, doktor Kenzing. Odetchnąwszy, kazał Nory zająć miejsce i nie winić go, jeśli wybuchnie pożar, a ona zostanie stratowana przez innych uczniów, bo jest ich tu zbyt wielu. Na moje szczęście jedyna wolna ławka znajdowała się obok mnie. Cóż, technicznie rzecz biorąc, obok mojej mamy, ale kto by się przejmował.

- Szkoła wdrożyła nowy program pomocy w odrabianiu pracy domowej - powiedział pan Wormhole. - Macie resztę lekcji na znalezienie kolegi z klasy z podobnym planem zajęć i wymianę numerów telefonów.

Mama wyciągnęła mój plan i rozłożyła go na podstawce.

- Znajdź kogoś.

- Nie, to bez sensu. Nie potrzebuję niczyjej pomocy w odrabianiu pracy domowej.

- Kiedy chorujesz, opuszczasz dużo lekcji, a miło byłoby mieć kogoś, kto przekaże ci, co masz zadane. Poza tym potraktuj to jako okazję do znalezienia przyjaciela.

- O Boże. Mogłabyś choć na chwilę przestać mi matkować? - wyszeptałem. - Poza tym nie mogę się nawet przemieszczać w tej małej klasie, a wszyscy siedzą z tyłu.

- Więc podjedź do przodu i ktoś do ciebie podejdzie.

Włączyła mój wózek i niepotrzebnie szturchnęła mnie w ramię.

Ustawiłem się przodem do klasy i obserwowałem uczniów rozmawiających i śmiejących się z postów na Instagramie. Nienawidziłem tego, że byłem unieruchomiony i nie mogłem zbliżyć się do żadnego z nich. Ledwo potrafiłem się zmusić do spojrzenia w ich stronę. Przebycie prawie pięciu tysięcy kilometrów mnie nie zmieniło.

Potem dostrzegłem Nory, która wyglądała, jakby porządkowała ważne dokumenty w torbie, choć wyraźnie było widać, że ta jest pusta. Wydało mi się to zabawne. Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy - na tyle długo, by dotarło do nas, że oboje jesteśmy bez pary.

- Powinniśmy się wymienić numerami? - zapytałem.

- Byłby to dla mnie zaszczyt.

- Pewnie. Może i jeżdżę na wózku, ale jestem całkiem bystry.

Nory szybko spuściła wzrok na ławkę, a potem zerknęła na mnie, próbując wymyślić odpowiedź.

- Och, nie to miałam na myśli.

- Nie szkodzi. No to jak, dasz mi swój numer i ruszymy z tym tematem?

- Jasne. - Nory uśmiechnęła się i zapisała swój numer na kartce wyrwanej z notesu, a potem wyciągnęła się nad ławką i położyła ją na mojej podstawce.

Jej wyciągnięta ręka nie zawisła w powietrzu w oczekiwaniu, aż odbiorę od niej karteczkę, czego nie mogłem zrobić bez pomocy. Nie musiałem jej mówić, gdzie ma ją położyć, mieć pretensji do mamy za to, że postawiła mnie w niezręcznej sytuacji, ani do siebie za to, że nie mogłem bez pomocy zdobyć numeru do dziewczyny. Byliśmy tylko ja i ona, żadna osoba trzecia nie była potrzebna.

Nory poprawiła opaskę na głowie.

- Zielony to twój ulubiony kolor? - zapytałem.

Zrobiła taką samą minę jak wszyscy, kiedy zadawałem to pytanie: zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.

- A to ma jakieś znaczenie?

- Cóż, chodziło mi...

Wtedy zadzwonił dzwonek i wszyscy skierowali się do wyjścia. Nory nie czekała, aż się ruszę, tylko przecisnęła się obok mojego wózka. Co było prawdopodobnie dobrym posunięciem, biorąc pod uwagę, że nie byłem pewien, czy mogę się ruszyć.

Większość moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się z ważnymi wydarzeniami medycznymi, które miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Hasła "kiedy zostałem zdiagnozowany" lub "rok, w którym przeszedłem operację kręgosłupa" stały się odnośnikami w czasie zamiast typowych kamieni milowych, takich jak nauka raczkowania, pierwszy krok czy pierwsza gra w piłkę.

Ten dzień to miał być typowy kamień milowy - pierwszy dzień w nowej szkole. Ale nie zapamiętałem tego po prostu jako pierwszego dnia. Zapamiętałem to jako dzień, w którym poznałem Nory Fischer.

 

 

 

[1] Ang. otwór wygryziony przez robaka.

 

 

 

 

 

 

NIE WSZYSTKIE ŁAZIENKI SĄ SOBIE RÓWNE

 

 

 

 

 

 

PORUSZANIE SIĘ NA WÓZKU ma swoje zalety, do których zaliczają się między innymi: wchodzenie bez kolejki na koncerty i imprezy sportowe, bezpłatne rzeczy oraz dostęp do osób, które mogą przyznać specjalne przywileje. W szkole tymi ludźmi są woźni i ochroniarze - często ignorowani, ale zwykle są to osoby, które mają moc zamknięcia całej łazienki.

Większość kabin dla niepełnosprawnych w publicznych toaletach tak naprawdę nie jest odpowiednio przystosowana. Jasne, mogą mieć kilka poręczy na ścianie lub podwyższoną toaletę, ale spróbujcie zmieścić wózek inwalidzki w tej przestrzeni. Spoiler: nie da się.

Preferowaną przeze mnie opcją byłoby skorzystanie z pojedynczej łazienki, ale jedyna taka w całej szkole mieściła się w gabinecie pielęgniarki na pierwszym piętrze, po przeciwnej stronie budynku. Szkoła nie wyznaczyła mi jeszcze łazienki, więc następnym logicznym krokiem było, aby mama znalazła woźnego i kazała mu zamknąć łazienkę na dziesięć minut. Twierdził, że ta, którą wybrał, była rzadko używana.

- Dziewczyna z godziny wychowawczej wydawała się miła - powiedziała mama, kiedy znaleźliśmy się za zamkniętymi drzwiami. - Jak miała na imię?

- Nory.

- I wiedziałam, że dasz radę sam zdobyć jej numer. Wystarczyło, że przestałeś się tak bać.

Zignorowałem ją i użyłem inhalatora. Mój wózek stał obok umywalek, przed kabinami. Właśnie skończyłem sikać.

- Powinieneś później do niej napisać, żeby lepiej ją poznać.

- No nie wiem. Wydaje mi się, że jej ulubionym kolorem jest zielony.

- No i co? Znasz już ludzi, którzy lubią zielony.

Prawda, ale żaden z nich nie został moim przyjacielem.

- Zielony i niebieski są zbyt podobne. Nie łączymy się ze sobą dobrze.

- Jak dotąd nigdy się z nikim dobrze nie połączyłeś, więc nie uznaję tej wymówki.

- Tak czy owak, ludzie, którzy lubią zielony, są bardzo niezależni. Ona nie pozwoli, by moja niepełnosprawność ją hamowała. Widziałaś, jak wyleciała z godziny wychowawczej.

Mama westchnęła.

- I Nory potwierdziła, że jej ulubiony kolor to zielony?

- Niezupełnie.

- W takim razie sądzę, że powinieneś do niej później napisać. Może dowiesz się, że tak naprawdę jej ulubionym kolorem jest czerwony.

Westchnąłem, bo mama nigdy nie rozumiała moich teorii dotyczących kolorów.

- Okej, wystarczy mi tego - poinformowałem, odnosząc się do inhalacji.

- Nie, nie wystarczy. Przestań się spieszyć. Woźny czeka na zewnątrz. Nikt nie chce skorzystać z łazienki.

- Wolałbym nie spóźnić się na lunch. Wszystkie stoliki będą zajęte i będę musiał jeść sam.

- Znajdziemy jakiś. Przerwa na lunch trwa godzinę. Nadal masz sporo czasu, żeby dokończyć inhalację i zjeść.

- Godzina to mało. Wiesz, że jem powoli.

- Dobrze. - Mama sięgnęła do plecaka i odłączyła butlę z tlenem od inhalatora. - Z innych wieści: zostajemy dziś trochę dłużej, żeby omówić twój indywidualny program nauczania z radą. Twoja stara szkoła przesłała ten z zeszłego roku i rozmawiałam już przez telefon z panią Maszak.

Przewróciłem oczami.

- Nie zaczynaj, Harris. Chcę tylko mieć pewność, że wszyscy się rozumiemy.

- Rozumiemy? Jeżdżę na wózku, do diabła. Widzą to.

Pani Maszak jest menedżerką ds. przystosowania uczniów w mojej nowej szkole. Miałem już takiego menedżera w San Diego; Delty był wielkim, włochatym starszym panem, który używał za dużo wody kolońskiej i uparcie starał się zmienić moje życie w piekło, wykorzystując każdą okazję, by wyróżnić "wyjątkowego" dzieciaka. Jak możecie się domyślić, nienawidziłem go.

- Zajmuję się tym całe twoje życie, Harris. - Mama była poirytowana. - Spotykam się z nauczycielami, wypełniam papiery, dbam o twoje przystosowanie. To żadna radość, ale ktoś musi to robić, a przed przeprowadzką powiedziałeś, że chciałbyś być bardziej samodzielny. Oznacza to występowanie we własnym imieniu i branie udziału w nudnych spotkaniach.

Kiedy wyszliśmy z łazienki, zobaczyliśmy na korytarzu długą kolejkę składającą się z samych dziewczyn. Była wśród nich Nory. Patrzyła na mnie. Zerknąłem na znak na drzwiach toalety i zauważyłem, że była damska. Jakim sposobem nie zwróciłem na to uwagi? W końcu zrozumiałem, czemu nie było w niej żadnych pisuarów.

Oczywiście woźny przepadł. Kiepska będzie z niego pomoc.

 

 

 

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

 

 

DALEKO

PIZZA Z NEW JERSEY

TO MIEJSCE MOŻE BYĆ INNE

WSZYSTKIE LICEA SĄ TAKIE SAME

NIE WSZYSTKIE ŁAZIENKI SĄ SOBIE RÓWNE

ŻÓŁTY

BEŻOWY

ZIELONY

ROZMOWY SĄ TRUDNE

BIAŁY

BEZ SUKCESÓW

NIECO ZBYT DUŻY ZBIEG OKOLICZNOŚCI

NIEBIESKI

#FF4500

 

NIEDALEKO

TERAZ MNIE DOSTRZEGAJĄ

TĘCZA

CZERWIEŃ ZAWSZE GÓRĄ

MINUSY PRZEBYWANIA NA ZEWNĄTRZ

PRZYCIĄGANIE UWAGI

VICTORIA'S SECRET JEST DLA DOROSŁYCH

NIE JEJ SZEF

WIĘCEJ LUDZI + MNIEJ SAMOTNOŚCI = ZAUWAŻALNA ZMIANA

KOŁO FORTUNY MA ODPOWIEDŹ

SZAFKI MAJĄ WSPOMNIENIA

KIEDY ONA SIĘ DO CIEBIE UŚMIECHA

ZMIANY ZACZYNAJĄ SIĘ OD LUNCHU

WALCZ O SIEBIE

RÓŻ

PODOBAŁO MI SIĘ, KIEDY MIAŁA ROZPUSZCZONE WŁOSY

LICEALNA KLASYKA

MUSI BYĆ COŚ WIĘCEJ

POWIEDZ IM TO, CO CHCĄ USŁYSZEĆ

RELACJE MIĘDZYLUDZKIE SĄ TRUDNE

BĄDŹ SPONTANICZNY

FIOLET

 

BLISKO

SKĄD WIEDZIEĆ, CZY TO RANDKA

NAJLEPSZA RIPOSTA

NIE WIEM, CZEGO NIE WIEM

ODCINKA

JAK STRACIĆ PRZYJACIELA

BYŁEM INNY? CZY BYŁEM SOBĄ?

SPOSÓB NA ZŁAMANE SERCE

NORMALNY NASTOLATEK

MYŚLI O SAMOTNYM CHŁOPCU

PORANKI SĄ ZAWSZE NAJTRUDNIEJSZE

GŁUPIO CZY NIE GŁUPIO

#FF1100 + #0000FF = #800080

RZECZY, KTÓRYCH NIE POWINIENEM WIEDZIEĆ

SZTUKA UPADANIA

TRZEBA DWOJGA

TRUDNE DO ZNIESIENIA

PRAWDZIWYM PRZYJACIOŁOM ZALEŻY

CZERWONY NIEBIESKI CZERWONY NIEBIESKI

 

STRATA

ODEZWIJ SIĘ

AMBIWALENCJA EPISTEMICZNA

NOWA STARA NORMALNOŚĆ

WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE WIEDZIAŁEM

GRANICE WYTRZYMAŁOŚCI MAMY

NADAL TO ROBIMY?

WYDAWAŁO MI SIĘ, ŻE ZNALAZŁEM SPOSÓB

ZAKUPY SPOŻYWCZE ŁĄCZĄ LUDZI

KWAŚNE ŻELKI NAPRAWIĄ WSZYSTKO

 

ZBLIŻENIE

NIEBO JEST ZAWSZE NIEBIESKIE

NIE WSZYSTKO TRZEBA WIEDZIEĆ

CECHY KOMEDII ROMANTYCZNEJ

 

PRZYBYCIE

LUBIĘ CIĘ (A TY LUBISZ MNIE)

WYGLĄDA JAK CZERWIEŃ, BRZMI JAK PRZEPROSINY

INNE JEST PIĘKNE

 

PODZIĘKOWANIA