WSZYSTKIE LICEA SĄ TAKIE SAME
WYOBRAŹCIE SOBIE, że jesteście monster truckiem, który utknął w korku. Kusiłoby was, żeby przejechać po innych samochodach, prawda? Cóż, manewrowanie wózkiem inwalidzkim po zatłoczonym korytarzu jest podobne. Mógłbym po prostu jechać z pełną prędkością, przejeżdżając ludziom po stopach i plecakach, ale potem cały dzień miałbym wyrzuty sumienia. Grzeczne proszenie innych, by się odsunęli, nie wchodziło w grę - nie usłyszeliby mnie. Mój klakson brzmiał jak mikrofalówka usiłująca popełnić samobójstwo, więc to też odpadało. Pozostawało mi przeciskanie się przez szczeliny z nadzieją, że nie zarobię w głowę plecakiem albo czyimś tyłkiem.
Mama podążała za mną jak doczepiony wagon. Po prawej pojawiła się luka, z której skorzystałem. Mój wózek inwalidzki przedarł się przez szczelinę jak futbolista. Udawałem, że pozostali uczniowie są moją linią ofensywną, tworzącą idealny blok, abym mógł dotrzeć do strefy końcowej nietknięty. Przesunąłem się w lewo. W głowie wykonywałem spektakularne obroty i mijałem obrońców, ale w rzeczywistości byłem piętnastolatkiem lekkomyślnie jadącym korytarzem na wózku inwalidzkim, za którym ledwie nadążała neurotyczna mama.
Dotarliśmy do mojej szafki.
- Masz kod? - zapytałem.
- Tak, jest na twoim planie lekcji. - Mama położyła mój plecak na podłodze i zaczęła przeszukiwać przegródki. Wyciągnęła złożoną kartkę papieru. - Siedem, sześć, cztery - przeczytała i odblokowała zamek.
Kiedy pakowała moje graty do szafki, obserwowałem ludzi spieszących zatłoczonym korytarzem. Czułem się, jakbym zawadzał, i w pewnym sensie tak było. Zaparkowałem obok szafki, ale zablokowałem też inne dwie. W każdej chwili mogli pojawić się uczniowie, do których były przypisane, a wtedy nastąpi niezręczny taniec pełen przepraszających uśmiechów.
Mama przyczepiła mi do wózka plastikową podstawkę, dzięki czemu mogłem wozić ze sobą książki i patrzeć na podręczniki w klasie.
- Godzina wychowawcza zaczyna się za pięć minut. Potem masz fizykę, trygonometrię i angielski.
- Mamo, wiem, jak działa szkoła, nie musisz czytać mi planu.
Zignorowała mnie i położyła na mojej podstawce segregator gruby na dziesięć centymetrów.
- To na poranne zajęcia. Po ten na popołudniowe wrócimy przed lunchem.
Dziewczyna z brązowymi włosami przytrzymywanymi przez zieloną opaskę podeszła do nas i sięgnęła do swojej szafki, wpadając na tył mojego wózka inwalidzkiego, który prawie w ogóle nie zagradzał jej drogi.
W starej szkole zdarzało mi się spotykać przy szafkach z uczniami trzymającymi w ramionach stosy książek, ale kiedy chciałem zrobić im miejsce, mówili, że nic nie szkodzi i że mogą wrócić później.
Wolałbym, żeby ktoś kazał mi zjeżdżać, niż udawał, że nie stanowię problemu. Ta dziewczyna zachowała się jeszcze lepiej: po prostu robiła swoje.
Odsunąłem się od ściany, żeby zrobić miejsce.
- A ty dokąd? - zapytała mama. - Na godzinę wychowawczą trzeba iść w drugą stronę.
- Wiem. Odsuwam się po prostu, żeby ta dziewczyna mogła dosięgnąć swojej szafki. - Moja mama podniosła wzrok.
- Och, przepraszam. - Chwyciła za joystick na moim wózku inwalidzkim i szarpnęła go do przodu, odsuwając mnie jeszcze dalej. Moja głowa odskoczyła pod wpływem nagłego ruchu.
- Nic nie szkodzi - odpowiedziała dziewczyna.
A potem odeszła.
Godzina wychowawcza wydawała się taka sama jak w San Diego. Nie wiem, dlaczego sądziłem, że w różnych stanach będzie to różnie wyglądało, ale miałem nadzieję, że może w New Jersey rozdają świeże bułeczki z twarożkiem. Marzenia ściętej głowy. W klasie było duszno i pachniało zjełczałym serkiem śmietankowym.
- Nie jest ci tu za gorąco? - spytała nerwowo mama. - Poproszę nauczyciela, żeby wpuścił tu trochę świeżego powietrza.
- Nie trzeba, nic mi nie jest. Nie utrudniaj. Jesteśmy tu niecałe dziesięć minut. Po prostu znajdźmy jakieś miejsce.
Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że kiedy są sprawni, mogą swobodnie wybierać miejsce, w którym usiądą. Jeśli jest wolne, zajmują je. W moim przypadku jest to nieco bardziej skomplikowane i zależy od lokalizacji drzwi. Jeśli drzwi są z przodu, zajmuję miejsce z przodu. Jeśli drzwi są z tyłu, zajmuję miejsce z tyłu. Jeśli drzwi są z boku, blokuję wszystkim wejście i wyjście i modlę się do Boga, żeby nie było żadnych sytuacji awaryjnych.
Na drugim końcu klasy, blisko okna, znajdowała się wolna ławka. Ledwo udało mi się przecisnąć z wózkiem obok biurka nauczyciela, żeby tam dotrzeć. Jedno z okien było popękane i wpuszczało chłodne powietrze, na co nie zwróciłem uwagi mamie, bo zaczęłaby się wtedy martwić przeciągami.
Mama siadła w ławce, a ja zaparkowałem obok niej. Zawsze wydawało mi się dziwne, że osoba, która mi pomaga, siada tam, gdzie uczniowie, podczas gdy ja jedynie jestem obok i obserwuję. Tak czy owak nigdy nie musieliśmy prosić o dodatkowe krzesło; moi asystenci korzystali z tego przeznaczonego dla mnie, a ja - cóż, miałem własne.
Do środka wszedł starszy mężczyzna, trzymając listonoszkę, która dobre czasy miała już za sobą.
- Jeśli jeszcze mnie nie znacie, nazywam Wormhole[1] - przedstawił się głosem wyzutym z entuzjazmu. Serio miał na nazwisko Wormhole. Co to w ogóle za nazwisko? - Będziemy się widywać każdego ranka. Proszę pojawiać się o czasie. Spóźnienia nie będą tolerowane.
Gdyby mówił trochę wolniej, spóźnilibyśmy się na następną lekcję. Gadał o jakichś dodatkowych zasadach wychowawczych, ale nie dosłyszałem, bo gdy tylko zaczął, do klasy weszła brązowowłosa dziewczyna z korytarza.
Wormhole nie wyglądał na zadowolonego z jej spóźnienia.
- A ty to kto? - zapytał.
- Nory Fischer.
- Pomyliłaś klasy. Ta lekcja wychowawcza jest dla osób z nazwiskami na litery od J do M.
- Właśnie byłam w sekretariacie i powiedzieli mi, żebym przyszła tutaj. Ponoć inne klasy mają już komplet.
Stary Wormhole wyglądał, jakby dostał miniudaru, i chyba głośniej, niż zamierzał, wyszeptał kilka przekleństw skierowanych w stronę dyrektorki szkoły, doktor Kenzing. Odetchnąwszy, kazał Nory zająć miejsce i nie winić go, jeśli wybuchnie pożar, a ona zostanie stratowana przez innych uczniów, bo jest ich tu zbyt wielu. Na moje szczęście jedyna wolna ławka znajdowała się obok mnie. Cóż, technicznie rzecz biorąc, obok mojej mamy, ale kto by się przejmował.
- Szkoła wdrożyła nowy program pomocy w odrabianiu pracy domowej - powiedział pan Wormhole. - Macie resztę lekcji na znalezienie kolegi z klasy z podobnym planem zajęć i wymianę numerów telefonów.
Mama wyciągnęła mój plan i rozłożyła go na podstawce.
- Znajdź kogoś.
- Nie, to bez sensu. Nie potrzebuję niczyjej pomocy w odrabianiu pracy domowej.
- Kiedy chorujesz, opuszczasz dużo lekcji, a miło byłoby mieć kogoś, kto przekaże ci, co masz zadane. Poza tym potraktuj to jako okazję do znalezienia przyjaciela.
- O Boże. Mogłabyś choć na chwilę przestać mi matkować? - wyszeptałem. - Poza tym nie mogę się nawet przemieszczać w tej małej klasie, a wszyscy siedzą z tyłu.
- Więc podjedź do przodu i ktoś do ciebie podejdzie.
Włączyła mój wózek i niepotrzebnie szturchnęła mnie w ramię.
Ustawiłem się przodem do klasy i obserwowałem uczniów rozmawiających i śmiejących się z postów na Instagramie. Nienawidziłem tego, że byłem unieruchomiony i nie mogłem zbliżyć się do żadnego z nich. Ledwo potrafiłem się zmusić do spojrzenia w ich stronę. Przebycie prawie pięciu tysięcy kilometrów mnie nie zmieniło.
Potem dostrzegłem Nory, która wyglądała, jakby porządkowała ważne dokumenty w torbie, choć wyraźnie było widać, że ta jest pusta. Wydało mi się to zabawne. Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy - na tyle długo, by dotarło do nas, że oboje jesteśmy bez pary.
- Powinniśmy się wymienić numerami? - zapytałem.
- Byłby to dla mnie zaszczyt.
- Pewnie. Może i jeżdżę na wózku, ale jestem całkiem bystry.
Nory szybko spuściła wzrok na ławkę, a potem zerknęła na mnie, próbując wymyślić odpowiedź.
- Och, nie to miałam na myśli.
- Nie szkodzi. No to jak, dasz mi swój numer i ruszymy z tym tematem?
- Jasne. - Nory uśmiechnęła się i zapisała swój numer na kartce wyrwanej z notesu, a potem wyciągnęła się nad ławką i położyła ją na mojej podstawce.
Jej wyciągnięta ręka nie zawisła w powietrzu w oczekiwaniu, aż odbiorę od niej karteczkę, czego nie mogłem zrobić bez pomocy. Nie musiałem jej mówić, gdzie ma ją położyć, mieć pretensji do mamy za to, że postawiła mnie w niezręcznej sytuacji, ani do siebie za to, że nie mogłem bez pomocy zdobyć numeru do dziewczyny. Byliśmy tylko ja i ona, żadna osoba trzecia nie była potrzebna.
Nory poprawiła opaskę na głowie.
- Zielony to twój ulubiony kolor? - zapytałem.
Zrobiła taką samą minę jak wszyscy, kiedy zadawałem to pytanie: zmarszczyła brwi i wykrzywiła usta.
- A to ma jakieś znaczenie?
- Cóż, chodziło mi...
Wtedy zadzwonił dzwonek i wszyscy skierowali się do wyjścia. Nory nie czekała, aż się ruszę, tylko przecisnęła się obok mojego wózka. Co było prawdopodobnie dobrym posunięciem, biorąc pod uwagę, że nie byłem pewien, czy mogę się ruszyć.
Większość moich wspomnień z dzieciństwa wiąże się z ważnymi wydarzeniami medycznymi, które miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Hasła "kiedy zostałem zdiagnozowany" lub "rok, w którym przeszedłem operację kręgosłupa" stały się odnośnikami w czasie zamiast typowych kamieni milowych, takich jak nauka raczkowania, pierwszy krok czy pierwsza gra w piłkę.
Ten dzień to miał być typowy kamień milowy - pierwszy dzień w nowej szkole. Ale nie zapamiętałem tego po prostu jako pierwszego dnia. Zapamiętałem to jako dzień, w którym poznałem Nory Fischer.
[1] Ang. otwór wygryziony przez robaka.