To tylko instynkt - Karolina Wilchowska

Kup ebooka

44.90 zł
34.57 zł (31,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Lenny

Mroczki przed oczami nie­spiesz­nie roz­stę­po­wały się i po­zwa­lały wró­cić my­ślami na zie­mię. Dzwo­nie­nie w uszach prze­rwał na­gły świst mo­ich płuc, który z każ­dym jed­nym od­de­chem roz­ry­wał je i do­tle­niał ze­stre­so­wane ko­mórki.

Dy­sza­łem ciężko, ni­czym pa­ro­wóz po dłu­giej po­dróży. Przy­glą­da­jąc się dło­niom, po któ­rych stru­mie­niem lała się gę­sta krew, za­czy­na­łem ro­zu­mieć, co się wy­da­rzyło kilka chwil temu. Cie­pła, lepka po­soka roz­no­siła do­okoła odór śmierci. Prze­le­wała się mię­dzy pal­cami ni­czym szkar­łatna ciecz, ka­piąc na zma­sa­kro­waną twarz, która jesz­cze pół go­dziny temu bez­czel­nie się do mnie śmiała. Pisz­czący dźwięk gwizdka dla psów prze­szył mój wy­ostrzony słuch. Za­wy­łem do­no­śnie jak wilk do księ­życa w ze­ni­cie, nie­mal na­tych­miast upa­da­jąc na po­ob­dzie­rane ko­lana. Za­sła­nia­łem jed­no­cze­śnie uszy, aby od­ciąć się od ry­ją­cego moją czaszkę ha­łasu. Strzał bi­cza, który prze­szył skórę ple­ców, spo­wo­do­wał rwący ból na gład­kiej, na­giej po­wierzchni. Mo­men­tal­nie prze­ciął moje ciało ni­czym im­puls prądu. Jakby prze­klęty pisk nie wy­star­czał, aby ra­nić moje wnę­trze. Kilka ko­lej­nych szyb­kich cio­sów prze­szyło ciało; skóra trza­snęła jak zbyt mocno roz­cią­gnięta guma i po­zo­sta­wiła krwawe pręgi. Go­iły się nie­mal na­tych­miast, po­nie­waż by­łem be­stią skła­da­jącą się z wielu zwie­rzę­cych ge­nów, odzianą w ludzką po­włokę.

- Dość! Wy­łącz sy­gnał! - Przy­tłu­miony, bu­czący głos zza bia­łej ma­ski roz­legł się po­mię­dzy iry­tu­ją­cymi dźwię­kami z gło­śnika. - Na ko­lana! No już, do nogi!

Po­tul­nie, na czwo­raka, ru­szy­łem w stronę mo­jego ty­rana. Trza­snął bi­czem, gdy wark­ną­łem ni­czym nie­po­korne zwie­rzę. Wska­zał gru­bym pal­cem stru­mień ciek­nący po be­to­no­wej po­sadzce. Szkar­łatna po­soka spły­nęła ciur­kiem do kratki ka­na­li­za­cji. Kop­nął pan­to­flem moją głowę, na co jęk­ną­łem jak po­trą­cony szcze­niak. Gdy upa­dłem, bez opo­rów przy­ci­snął moją twarz do pod­łogi.

- Pij! Liż, jak na psa przy­stało! Już!

Ko­lejny trzask na skó­rze zmu­sił do po­słu­szeń­stwa. Wy­su­ną­łem ję­zyk, na­chy­li­łem się nad strużką i jak wpra­wiony dra­pież­nik za­czą­łem chłep­tać cie­płą krew. Sma­ko­wała obłęd­nie, do­pro­wa­dzała moje kubki sma­kowe do sza­leń­stwa. Pa­zury na dło­niach po­now­nie wy­dłu­żyły się i wbiły w po­sadzkę. Po­ru­sza­łem bio­drami w przód i tył, na­pa­wa­jąc się tą upojną chwilą. Wzwód roz­ry­wał ma­te­riał mo­ich bok­se­rek, a prze­cież chwilę temu gwał­ci­łem wkur­wia­jącą mnie sukę. Te­raz spi­ja­łem to, co z niej wy­cie­kło, da­jąc swo­jemu ciału peł­nię roz­ko­szy. Sze­dłem wzdłuż ścieżki, wy­ty­czo­nej stru­mie­niem do ciała. Wark­ną­łem, pod­nio­słem wzrok i nie od­ry­wa­łem go od po­pla­mio­nego szkar­ła­tem błysz­czą­cego ma­te­riału szla­froka, który otu­lał mar­twą ko­bietę. Le­żała bez du­cha z roz­ło­żo­nymi rę­koma, a brą­zowe kępki jej po­tar­ga­nych wło­sów zle­piały się na zmiaż­dżo­nej twa­rzy. Ude­rza­łem tak mocno pię­ściami, aż ją zma­sa­kro­wa­łem, od­bie­ra­jąc tę aniel­ską urodę. Sap­ną­łem ner­wowo, bo krew prze­stała się lać. Pod­nio­słem odzianą w pa­zury łapę, wbi­łem ją w mo­stek ofiary i jak wpra­wiony rzeź­nik roz­cią­łem go. Wsu­ną­łem drugą, wciąż ci­cho ry­cząc pod no­sem. Ro­ze­rwa­łem klatkę pier­siową ni­czym stary wo­rek, roz­pru­wa­jąc bez wy­siłku. Że­bra pę­kły z trza­skiem przy­po­mi­na­ją­cym ła­ma­nie su­chych ga­łęzi. Płuca za­pa­dły się, po­zo­sta­wia­jąc po­mię­dzy sobą nie­ru­chome, bor­dowe serce. Od­cią­łem je pa­zu­rem od tęt­nic, które już dawno nie pom­po­wały ży­cio­daj­nego płynu do jego wnę­trza. Trzy­ma­łem w dło­niach ni­czym słod­kie ja­błuszko ze­rwane pro­sto z drzewa. Jędrne, duże, jak dla mnie pach­niało słodko, jak ma­liny la­tem. Prze­bi­łem je, a resztka soku z mar­nego, ludz­kiego tru­chła try­snęła mi pro­sto w twarz. Pły­nęła stru­mie­niem w dół i za­chla­pała ciało.

- Grzeczna be­stia. Grzeczna. - Po­gła­skał mnie po gło­wie za­chwy­cony pan. - Spi­sa­łeś się.

Mach­nął ręką w stronę ka­mery wi­szą­cej w rogu. Ki­wa­łem się na boki, do­cho­dząc do sie­bie, wciąż ści­ska­jąc w dłoni mar­twy or­gan. W we­nec­kim lu­strze doj­rza­łem swoje nędzne ob­li­cze, gdy klę­cza­łem nad tym, co po­zo­stało z ko­biety. Kilka dłuż­szych, ciem­nych wło­sów zle­piało się na mo­krym od krwi czole. Do tej pory błysz­czące błę­ki­tem oczy wra­cały do nor­mal­no­ści: ciem­niały, sta­wały się pu­ste i ludz­kie. Pa­zury rów­nież cho­wały się pod zra­nioną skórę pal­ców. Kilka dłuż­szych kła­ków na dło­niach ob­sy­pało się, wy­li­niały wraz z ma­le­ją­cymi mię­śniami. Jesz­cze chwilę temu były nie­na­tu­ral­nie roz­ro­śnięte, jakby ktoś na­pom­po­wał je po­wie­trzem. Wrza­sną­łem w stronę swo­jego od­bi­cia, czu­jąc wstręt. Wsta­łem z ja­zgo­tem, który przez ko­lejne chwile wy­ry­wał się z mo­jego gar­dła. Rzu­ci­łem w lu­stro resztką serca, wy­plu­wa­jąc ze wstrę­tem to, co mia­łem w ustach. Po­zo­sta­wiło krwawy roz­bryzg na gład­kiej po­wierzchni. Za szklaną ta­flą kilka mi­nut wcze­śniej wi­dzo­wie mo­gli oglą­dać be­stial­ską jatkę, jaką urzą­dzi­łem swo­jej ofie­rze; dziwce, którą sprze­dał mąż. Rzu­cił mi ją pod nogi jak ja­kiś ochłap, abym za­jął się nie­wierną suką i po­zba­wił ży­cia.

- Ja­smine - szep­ną­łem. Zna­łem imię każ­dej wy­pa­tro­szo­nej przeze mnie osoby, bez względu na płeć czy wiek.

- Le­nart.

Pan za­wo­łał mnie imie­niem, gwizd­nął do­no­śnie i ude­rzył dło­nią o spodnie, jakby przy­wo­ły­wał psa. Po­pa­trzy­łem na niego zło­wrogo. Trza­snął bi­czem o mo­krą po­sadzkę, a kilka kro­pel krwi try­snęło i po­bru­dziło jego nie­ska­zi­tel­nie biały gar­ni­tur. Tra­fiły rów­nież na ma­skę za­kry­wa­jącą twarz. Była bez kon­kret­nego wy­razu czy na­wet uśmie­chu, je­dy­nie z otwo­rami na dia­bel­skie oczy. Skry­wał pod nią swoją la­ty­no­ską twarz, szpetną bli­znę pa­zu­rów jed­nej z be­stii, którą zdą­żył ubić, nim stra­cił świa­do­mość. Ho­do­wał ta­kich jak ja, od­mień­ców, któ­rych trak­to­wał jak zwie­rzątka do za­ra­bia­nia gru­bych pie­nię­dzy. Dla niego nimi by­li­śmy, zwie­rzę­tami, krzy­żówką czło­wieka ze wsz­cze­pio­nym zwie­rzę­cym DNA; hy­brydą, wy­ho­do­waną od po­czę­cia w la­bo­ra­to­rium na po­trzeby woj­ska. Wal­czący o na­sze prawa mó­wili "su­per­lu­dzie", brzy­dzący się nas na­zy­wali od­mień­cami bez krzty li­to­ści. We­dług nich mie­li­śmy za za­da­nie uni­ce­stwiać ludz­kość. Nie­stety, nie­które stwory, tak jak ja, wy­do­stały się z kla­tek i wy­mknęły spod kon­troli. Szu­ka­jąc ja­kiej­kol­wiek szansy na prze­ży­cie, zgo­dzi­łem się być psem wal­czą­cym na roz­kaz. In­nego ży­cia nie zna­łem. In­stynkt - to on rzą­dził mną i moim lo­sem.

- Piękne show, Lenny. Klienci są za­chwy­ceni, szcze­gól­nie gwał­tem na suce. Co po­wiesz na po­wtórkę w nie­dłu­gim cza­sie?

Przy­tak­ną­łem zde­cy­do­wa­nym ski­nie­niem jak po­słuszny go­ryl. By­łem jak za­pro­gra­mo­wany; dzia­ła­łem tak, jak na­ka­zy­wała zwie­rzęca na­tura, zmu­sza­jąc się do po­słu­szeń­stwa i wier­no­ści ła­pie, która mnie karmi.

Idąc tu­ne­lem po sta­rych, prze­ciw­ato­mo­wych bun­krach, wie­dzia­łem, że pan już ma dla mnie go­tową ofiarę. Prze­cią­gnął ma­gne­tyczną kartę przez czyt­nik, za­mek w me­ta­lo­wych drzwiach trza­snął, a skrzy­dło uchy­liło się dzięki au­to­ma­tycz­nemu sys­te­mowi. Wska­zał ręką przed sie­bie, za­pra­sza­jąc pew­nym ru­chem do środka. Świa­tło ja­rze­niówki pod su­fi­tem było zimne jak moje serce. Pa­dało na biurko, ka­napę przy­krytą fo­lią oraz pe­łen dro­gich al­ko­holi ba­rek. To do tego kon­kret­nego miej­sca uda­łem się w pierw­szej ko­lej­no­ści. Stą­pa­jąc boso po be­to­no­wych płyt­kach, zo­sta­wia­łem krwawą ścieżkę. Mia­łem to gdzieś. Zła­pa­łem za bu­telkę jacka da­nie­lsa i prze­chy­li­łem, wle­wa­jąc w sie­bie część bursz­ty­no­wego płynu. Po­la­łem nim twarz oraz ciało, od­ka­ża­jąc je, a na­stęp­nie wtar­łem we włosy i do­pi­łem resztę, nie zwra­ca­jąc uwagi na ba­ła­gan, jaki się przy tym two­rzy. Pan, a ra­czej Jorge Ra­mi­rez, za­śmiał się, ob­ser­wu­jąc ten te­atr. Mnie wcale nie było do śmie­chu, bo po raz ko­lejny za­bi­łem w amoku. Sta­łem się po­two­rem, któ­rym być ni­gdy nie chcia­łem.

- Z czego się cie­szysz? - za­py­ta­łem, od­wra­ca­jąc się w jego stronę.

Za­siadł za biurko już bez ma­ski, a se­kundę po­tem za­rzu­cił na blat białe, skó­rzane obu­wie. Od­pa­lił cy­garo, wy­mow­nie buch­nął dy­mem, gdy chwy­ci­łem za ko­lejną bu­telkę. Pa­dłem z nią na ofo­lio­wany me­bel, za­ta­pia­jąc się w nie­wy­god­nym ma­te­riale. Fa­cet po czter­dzie­stce, po­marsz­czony od nad­miaru al­ko­holu i wcią­ga­nej la­tami he­ro­iny, po­słał mi za­do­wo­lony uśmiech. Na­pi­łem się, mu­sia­łem stłam­sić ten me­ta­liczny po­smak w ustach. Cho­ciaż to, co ro­bię, nie było pierw­szy­zną, to od dawna nie czu­łem sa­tys­fak­cji. Za­bi­ja­nie na roz­kaz za­czy­nało mnie nu­dzić. Tylko czy chcia­łem z tym skoń­czyć? Zre­zy­gno­wać z ży­cia jako pies na roz­kaz, skoro mia­łem z tego wszystko, czyli dziki seks i pie­nią­dze? Ra­czej nie. Ży­łem ła­two, bez obaw, że zo­stanę poj­many przez służby mun­du­rowe.

- Wiesz, że je­steś moim naj­lep­szym za­wod­ni­kiem? Od lat nie ho­do­wa­łem tak do­brego za­bójcy, a le­gendy o to­bie przy­cią­gają no­wych klien­tów.

- I to jest po­wód two­jego za­do­wo­le­nia?

- Nie do końca. - Wy­pro­sto­wał się, odło­żył cy­garo na cięż­kiej, krysz­ta­ło­wej po­piel­niczce i się­gnął ręką do szu­flady. Wy­jął z niej teczkę, którą na­stęp­nie rzu­cił na blat, po czym prze­su­nął po gład­kiej po­wierzchni w moją stronę. - W na­grodę, za do­bre spra­wo­wa­nie. Do­sta­łem jako zle­ce­nie od jed­nego z klien­tów, ale po­my­śla­łem, że się ucie­szysz.

Upi­łem ko­lejny łyk i zaj­rza­łem do środka. Wy­szcze­rzy­łem zęby z za­do­wo­le­nia. Cmok­ną­łem w palce jak wy­ra­fi­no­wany ku­charz, wi­dząc za­rys po­staci. Nie­wy­soka, bla­dziutka ko­bieta, która chu­dziutką ręką pełną drob­nych pie­gów po­da­wała kawę ja­kie­muś klien­towi i cza­ro­wała go uśmie­chem. Mruk­ną­łem, ni­czym za­do­wo­lony ko­ciak, i już mia­łem wzwód na sam wi­dok jej ru­mia­nych po­licz­ków oraz ciem­nych kro­pe­czek, które okra­szały gładką skórę.

- Ostat­nio masz same far­bo­wane blon­dynki. Dla od­miany ruda, bo wiem, że ta­kie uwiel­biasz.

- Jak jej na imię?

Chcia­łem prędko po­znać imię mo­jej ko­lej­nej ofiary.

- Na­ta­lie. Jej matka pra­co­wała w la­bo­ra­to­rium, w któ­rym stwo­rzono pierw­sze hy­brydy, a oj­ciec był gliną. Od­strze­lił kilku ta­kich od­mień­ców jak ty. Li­czę w jej przy­padku na pełny pa­kiet.

- Już ja będę ją pa­ko­wał w te słod­kie usta, aż zrzyga się trze­wiami - pod­su­mo­wa­łem. Ko­lejny cierpki łyk whi­sky chlu­snął do mo­ich ust, ani na mo­ment nie stu­dząc za­pę­dów wzglę­dem ru­dzielca. - Ro­ze­rwę jej gar­dło i spiję co do kro­pli, aby mieć pew­ność, że zde­chła.

- Twoja ofiara, twoja sprawa. Daję ci dwa ty­go­dnie wol­nego. Zre­ge­ne­ruj się, wy­pa­trosz ja­kąś dzie­wicę...

- Mógł­bym za­opie­ko­wać się jedną z two­ich có­rek, bo cnot­kami to one już dawno nie są.

- Wierz mi. - Ro­ze­śmiał się gło­śno. - Ro­sa­lia wciąż po­wta­rza, że li­czy na ta­kie za­li­cze­nie jak na fil­mach, ale ja­koś nie mam od­wagi rzu­cać jej to­bie na pewną śmierć. Chyba z każdą ko­bietą spa­łeś w ży­ciu tylko raz, bo zwy­kle koń­czyły tak samo, z dziurą za­miast serca.

- Miej­sce szmat jest w pie­kle - stwier­dzi­łem, bez więk­szego pod­nie­ce­nia. - Wy­pa­tro­szył­bym każdą sukę na tym świe­cie, aby tylko nie uro­dziła ta­kiego po­pa­prańca jak ja.

- Lenny, zbyt mocno przej­mu­jesz się swoją na­turą. Je­steś młody, za kilka lat znu­dzi ci się na­dzie­wa­nie suk na pal i spusz­cza­nie się na ich tru­chła. Może wtedy po­zwolę ci się oże­nić z jedną z mo­ich cór, bo je­steś ide­al­nym kan­dy­da­tem na mo­jego na­stępcę.

- Po moim tru­pie, Jorge.

Gromki re­chot wy­rwał się z jego płuc. Za­stą­pił go ka­szel bu­cha­jący wraz z gę­stym dy­mem cy­gara. Stary, po­pier­do­lony wyga. Przyj­dzie taki czas, kiedy roz­walę mu łeb na bla­cie, a po­tem prze­rżnę córki. Ale cóż, póki to on jest moim pa­nem, mu­sia­łem za­cho­wać te sce­na­riu­sze je­dy­nie dla sie­bie. Dzięki niemu by­łem kimś; po­stra­chem, cie­niem, który bez­sze­lest­nie od­biera ży­cie in­nym, nie tylko w bun­krze. Za­bój­stwami zaj­mo­wa­łem się na pełny etat, pa­tro­sząc na roz­kaz na­wet poza gra­ni­cami kraju. Da­wa­nie show, na­gry­wa­nie mor­derstw w gru­bych mu­rach schronu prze­ciw­ato­mo­wego było tylko do­dat­ko­wym za­ję­ciem. Po opusz­cze­niu biura uda­łem się do swo­jej kwa­tery.

W po­koju prze­glą­da­łem wszyst­kie in­for­ma­cje, ja­kie za­wie­rała w so­bie teczka. Wcze­śniej wzią­łem długą ką­piel, na­stęp­nie do­dat­kowy prysz­nic, spłu­ku­jący resztki krwi tam, gdzie jej nie do­my­łem. Le­ża­łem na dwu­oso­bo­wym ho­te­lo­wym łóżku i gry­złem czer­wone jabłko. Przy­po­mi­nało jędrne ser­duszko Ja­smine, tej sa­mej szmaty, która wy­śmiała moje po­cho­dze­nie. Nie była taka harda, gdy krztu­siła się wła­snymi rzy­gami, po tym, jak wpy­cha­łem jej pięść w gar­dło. Z wy­cią­gniętą ku gó­rze ręką czy­ta­łem uważ­nie każdą po­zo­sta­wioną przez Jorge in­for­ma­cję. Chcia­łem po­znać moją ofiarę, nim za­po­luję, prze­śle­dzę każdy zgrabny krok, za­ata­kuję i zgwałcę na oczach wi­dzów. A wszystko po to, by po­rwać i za­bić przed za­do­wo­lo­nymi klien­tami Jorge Ra­mi­reza. Uwiel­bia­łem rude, blade, stra­chliwe, kru­che, po pro­stu inne, zu­peł­nie jak ja. Na­ta­lie taka była; do­sko­nała w każ­dym calu, opró­szona pie­gami, z uśmie­chem war­tym każ­dego wy­siłku, aby tylko znie­wo­lić i po­zba­wić ży­cia.

- Ide­alna - sap­ną­łem, głasz­cząc jej zdję­cie.

Uca­ło­wa­łem je jak fo­to­gra­fię z uko­chaną, za którą tę­sk­ni­łem. Się­gną­łem dło­nią do ku­tasa, który już ster­czał roz­ocho­cony. Po­gła­ska­łem czub­kiem tę bladą twarz i na­wet nie wiem, kiedy try­snął cie­pły stru­mień spermy. Zwie­rzęcy war­kot wy­rwał się z mo­ich płuc, przez co za­drżało całe ciało. By­łem na nią go­towy, cho­ciaż tego dnia prze­rżną­łem już jedną sukę. Zwie­rzę­cego in­stynktu nie oszu­kasz, nie w moim wy­padku. Pu­ka­nie do drzwi prze­rwało tę cu­do­wną chwilę roz­ko­szy. Nie wsta­łem, na­wet nie wy­tar­łem tego, co przed chwilą opu­ściło moje ciało. Wciąż nagi chwy­ci­łem za kartki, ta­su­jąc je uważ­nie.

- Właź, Jorge.

Wy­czu­łem jego za­pach z da­leka. Mia­łem w so­bie silny gen wilka, po­tra­fi­łem roz­po­znać lu­dzi po smro­dzie, jaki roz­no­szą do­okoła sie­bie. Tak samo na jego pod­sta­wie okre­ślić wiek, co jadł, a na­wet jak dawno temu brał prysz­nic. Do tego moje ciało re­ge­ne­ro­wało się szyb­ciej niż ludz­kie tkanki dzięki DNA sa­la­man­dry. Z ran za­da­nych przez jego bicz po­zo­stały już je­dy­nie czer­wone pręgi, a za kilka go­dzin będę miał tylko blade bli­zny.

Jorge cuch­nął jak za­wsze ku­bań­skim cy­ga­rem oraz drogą wodą ko­loń­ską. O in­nych, bar­dziej przy­ziem­nych aspek­tach, jak smród potu na skó­rze, nie wspo­mnę. Nie był sam. Czu­łem cu­do­wny, de­li­katny aro­mat ko­bie­cych fe­ro­mo­nów, około dwu­dzie­sto­let­nich, słod­kie per­fumy z do­dat­kiem piżma i nutą cy­tru­sów. Rzu­ci­łem okiem w przej­ście, zza któ­rego wszedł naj­pierw on, wciąż w bieli, na­stęp­nie roz­ocho­cona ciem­no­skóra dziew­czyna. Spoj­rzała za­sko­czona, bez­wstyd­nie za­sło­niła na­dy­mane usta i ura­czyła mnie śmie­chem.

- Nie mó­wi­łeś nic, że bę­dzie trój­kąt - oznaj­miła.

- Nie, rżnię­cia z tą be­stią byś nie prze­żyła, la­leczko. - Par­sk­nął śmie­chem w jej stronę i su­nął ręką pod złotą, błysz­czącą su­kienką. - Usta­li­łem na­zwę mia­sta tej lali ze zdję­cia, ale do­kładny ad­res mu­sisz zdo­być na miej­scu. Po pla­mie wnio­skuję, że już zdą­ży­łeś za­chla­pać jej po­do­bi­znę.

- Chęt­nie to ja za­pa­sku­dzę buźkę two­jej to­wa­rzyszki.

- O, jaki słodki - mruk­nęła, na­chy­la­jąc się nieco w moją stronę.

- To be­stia. Wy­ru­chałby cię na sto spo­so­bów, a po­tem ze­żarł. Ta­kiemu rzuca się ta­nie suki, nie tak za­cne la­leczki jak ty.

Wark­ną­łem i wy­szcze­rzy­łem od­sta­jące kły. Jej gło­śny śmiech i to, jak czuła się lep­sza, bę­dąc czło­wie­kiem, do­pro­wa­dzało mnie do szału. Gdyby nie do­no­śne przy­wo­ła­nie Jorge i gwizd jak do psa, za­pewne rzu­cił­bym się na jej szyję i wy­rwał­bym krtań wraz z płu­cami. Spa­so­wa­łem, bo Jorge od­wró­cił się na pię­cie, ży­czył mi mi­łej nocy i wy­szedł ze swoją wy­branką. Na od­chodne po­ka­za­łem im środ­kowy pa­lec.

- "Mil­ton, Pen­syl­wa­nia" - prze­czy­ta­łem na głos, za­pa­mię­tu­jąc te in­for­ma­cje. Pod­pa­li­łem kartkę, z któ­rej buch­nął pło­mień. Zdu­si­łem go, za­ci­ska­jąc dłoń w pięść. - Ju­tro po cie­bie ru­szam, li­siczko.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki