Przez ogromne śnieżne pustkowie, prześwietlając reflektorami rozedrganą zamieć, przetacza się skład wagonów towarowych. Powoli, długo. Mija zawalone zaspami, ledwo widoczne pod śniegiem miasto. I rozpływa się w śnieżnej mgle.
Długi parterowy budynek na uboczu całego świata jest całkiem zaśnieżony. W kilku oknach majaczy mętne światło. Zaprószony szyld - nie sposób odczytać napisu.
W portierni przy żeliwnym piecyku siedzi stara Tatarka w chustce zawiązanej nisko na czole, na nią narzuciła jeszcze dużą chustę. Małym nożem odkrawa kawałki suszonego mięsa, żuje bezzębnymi dziąsłami. Spojrzenie ma ni to bezmyślne, ni to skupione.
W laboratorium siedzi Rudolf Iwanowicz Meier. Jest w ubraniu ochronnym, w masce. Twarzy nie widać. Dłonie w rękawiczkach. Długą igłą umieszcza bakterie w szalkach Petriego. Maszynka spirytusowa się pali, płomień podryguje przy każdym ruchu Meiera. Gesty mężczyzny są płynne, czarodziejskie.
Telefon na stole przed portierką dzwoni długo i nachalnie. Kobieta nie spieszy się z podniesieniem słuchawki.
- Ech, ty szajtanie, czego tak wrzeszczysz, czego się drzesz... - mamrocze staruszka. Telefon się nie poddaje. Starucha wreszcie odbiera.
- Laboratorium! Noc jest! I czego się drzesz? Nikogo nie ma. Nie, nie mogę pisać. Meier jest! Czekaj! No, czekaj, mówię przecie!
Starucha idzie w głąb korytarza, puka do drzwi na jego końcu i krzyczy:
- Meier! Telefon! Moskwa do ciebie! No, idź!
Szarpie klamkę, ale drzwi są zamknięte. Znów puka, krzyczy:
- Meier! Rusz się! Naczelnik się złości i cię wzywa!
Meier w separatce odkłada igłę, zamiera. Pukanie go drażni.
- Zaraz! Zaraz! - Głos brzmi głucho pod maską. Maska się trochę zsunęła, spadł uszczelniacz pod podbródkiem. Starucha usłyszała, wraca do telefonu i głośno wrzeszczy do słuchawki:
- No, czekaj, mówię przecie...
Meier zdejmuje w przedsionku rękawiczki, maskę, kombinezon ochronny, coś wyciera, w końcu biegnie do telefonu.
- Przepraszam, byłem w laboratorium. Tak, tak, doświadczenia nocne. Nie jestem gotowy, Wsiewołodzie Aleksandrowiczu. No tak, tak, w zasadzie. Jestem pewien. Ale potrzebuję jeszcze z półtora miesiąca, może dwóch. Tak, półtora... Ale referat nie jest gotowy. No, jeśli pan tak stawia sprawę. Referat uważam jednak za przedwczesny. Nie biorę za to odpowiedzialności. Tak, tak, do widzenia.
Rozdrażniony odkłada słuchawkę. Starucha uważnie przygląda się Meierowi.
- Na mnie się drze, na ciebie się drze. Szajtan, straszny naczelnik. Jedz! - Podaje mu na nożu kawałek suszonego mięsa.
Meier macha ręką.
- Nie, dziękuję, Galu. - Automatycznie bierze jednak kawałek i żuje.
- Spać idź. Do domu! Czego tu siedzisz?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki